czwartek, 31 grudnia 2009

Sherlock Holmes (2009)

Chylę czoła przed Guyem Ritchiem. Udała mu się bowiem rzecz niebywała, ba nawet dwie. Nakręcił swój najbardziej komercyjny film, a jednocześnie zachował swój styl. Odświeżył również wizerunek Sherlocka Holmesa, jednocześnie pozostając bardzo wierny literackiemu pierwowzorowi. Arthur Conan Doyle byłby dumny. Holmes pozostał sobą, a zarazem jest bohaterem na wskroś współczesnym. Brawa, brawa, brawa.


"Sherlock Holmes" to pierwszorzędna rozrywka. Stanowiąca istny amalgamat ale stworzony ze składników dobranych w odpowiednich proporcjach. Awanturnicza intryga przywodzi na myśl najlepsze filmy gatunku jak "Indiana Jones i Świątynia Zagłady" czy "Karmazynowy pirat". Całość przesycona jest bardzo mocno brytyjskim humorem z cudownie ciętymi ripostami, przy których śmiałem się w głos. Fantastycznie zbudowano też relację Holmes-Watson. Ritchie nadał jej homoerotyzujący charakter a la good ol' chaps, zupełnie jak Frodo i Sam. W pewnych kręgach na pewno trwać będą burzliwe dywagacje na temat tego, co konkretnie łączyło parę zawadiaków (a kluczowe będą tu sceny zazdrości Holmesa i opera Don Giovanni). Film pełen jest typowych smaczków znanych z wcześniejszych filmów Ritchiego: montaż, konstrukcja bohaterów, muzyka.

Robert Downey Jr. idealnie pasował do Sherlocka. Świetnie pokazano jego geniusz, ekscentryczność i to, jak wielkim ciężarem jest jego wciąż pracujący umysł. Aż szkoda, że Ritchie nie odważył się nieco bardziej naświetlić mroczną stronę natury detektywa. Jude Law stanowi idealne dopełnienie dla Downeya. Bardzo efektownie wypadli też Rachel McAdams i Mark Strong. No i Brad Pitt, którego w filmie nie ma, ale tak jakby jest. Ritchie doskonale to rozwiązał, tak że Pitt może się pojawić w sequelu, ale nie musi.

"Sherlock Holmes" był ostatnim w tym roku filmem, jaki zobaczyłem w kinie. I trzeba powiedzieć, że kończę rok mocnym uderzeniem.

Ocena: 8

wtorek, 29 grudnia 2009

Made in Hungária (2009)

Sympatyczna, oldschoolowa produkcja. Nie dość że rozgrywa się w czasach 60., to jeszcze zrealizowana jest jak musicale z lat 70. i 80. Jeśli ktoś takie rzeczy lubi, a ja lubię, temu film się spodoba. Całość jest dość przaśna, widać dużo wpadek technicznych, dowcip też nie jest jakichś najwyższych lotów. Jednak bohaterowie są sympatyczni, fabuła trzyma się kupy, a piosenki jak najbardziej pasują do odwzorowywanej epoki. Czas szybko mi minął, bawiłem się zupełnie nieźle, a to się chyba liczy najbardziej.


Ocena: 6

niedziela, 27 grudnia 2009

Bella (2006)

Całkiem sympatyczny filmik, któremu mogę wybaczyć nawet to, że jest tak usilnie zrobiony z tezą. Ideą "Belli" nie jest bowiem opowiedzenie angażującej historii, ale opowiedzenie historii, w której przekazany zostałby pozytywny obraz Latynosów przełamujący pokutujące negatywne stereotypy.


Sama historia na szczęście nie jest aż tak zła, a miejscami jest nawet wzruszająca. Oto dwie zranione dusze spotykają się i w ciągu jednego dnia pomogą sobie rozpocząć proces leczenia ran. On był kiedyś obiecującą gwiazdą futbolu, lecz jedna chwila nieuwagi skazała go na ból i cierpienie, z którego mimo wsparcia rodziny nie otrząsną się do dziś. Ona od lat zmuszona do samodzielności dowiaduje się, że jest w ciąży. Nie jest gotowa na dziecko, nie chce je skazać na cierpienie, którego sama doznała. Jest bliska podjęcia decyzji o aborcji. Rozmawiając ze sobą, dzieląc się swoimi życiorysami, oboje zrozumieją, co naprawdę liczy się w życiu.

Alejandro Gomez Monteverde opowiedział może i naiwną, baśniową historyjkę, ale przynajmniej osadził w niej interesujących bohaterów, których role powierzył równie ciekawym aktorom. Eduardo Verástegui może przesadził z eksperymentowanie z wizerunkiem, ale wybaczam mu to. Zresztą zdaje się, że wszyscy mieli fioła na punkcie image'u. Cóż, to grzechy debiutu reżyserskiego. Zobaczymy, jak Monteverde będzie radził sobie w przyszłości.

Ocena: 6

Dream Boy (2008)

"Dream Boy" to adaptacja książki Jima Grimsleya, z którego twórczością miałem już okazję się zapoznać i mam co do niego mieszane uczucia. Akurat "Dream Boya" nie czytałem, ale jego współczesna powieść "Comfort & Joy" nie była taka zła. Z kolei jego powieść fantasy "Kirith Kirin" nadaje się tylko do kosza i współczuję każdemu, kto jak ja ją przeczytał.


Filmowy "Dream Boy" należy do kategorii "nie taki znów zły". To opowieść o nastolatku, który wraz z rodzicami przeprowadza się na prowincję na południu. Tam spotyka sąsiada-rówieśnika, z którym już wkrótce łączyć go będzie coś więcej niż przyjaźń. Niestety chłopak mógłby mieć na czole napisane 'ofiara losu' i zdaje się przyciągać nieszczęścia jak magnes.

James Bolton zrobił duży krok w dobrym kierunku, po słabym "Ebanie and Charleyu". Bardzo spodobał mi się początek, gdzie historia opowiadana jest przez obrazy i muzykę, a słowa schodzą na drugi plan. Niestety ustawiło to tempo narracji na resztę filmu, co było błędem. Bolton od początku do końca opowiada historię na jednej, dość smętnej nucie utrzymując cały czas nastrój przygnębienia i nieuchronnej katastrofy. W ten sposób widz od początku przygotowany jest na tragedię, zamiast – tak jak bohaterowie – być nią zaskoczeni. Nawet w momentach, kiedy dwójka bohaterów pozwala sobie na odrobinę nadziei, Bolton nie zmienia sposobu narracji.



(Randy Wayne)


Za to duży postęp zrobił w prowadzeniu bohaterów. Jedynie matka Roya jest postacią kompletnie wyrwaną z kontekstu. Max Roeg nie był może też idealnym Royem, ale już i Stephan Bender jak i Randy Wayne ze swoich ról wywiązali się doskonale. Znakomitą kreacją popisała się też Diana Scarwid w roli matki głównego bohatera. Scena przy śniadaniu, kiedy drżącą ręką próbuje podnieść łyżkę do ust jest bezbłędna, naprawdę słowa są zupełnie niepotrzebne.

Ocena: 6

The Boat That Rocked (2009)

"Radio na fali" to sentymentalna podróż do czasów, kiedy muzyka inspirowała do zmiany stylu życia. Zamiast nudy programów publicznych, brzydcy, starzejący się i całkowicie zdziwaczali DJ-e stali się idolami puszczając zakazaną muzę opowiadającą o seksie, narkotykach i wolności. Richard Curtis bardzo stara się, by uczynić z tamtej epoki rajski Złoty Wiek, za którym można zatęsknić z czystym sercem. Stara się niestety za bardzo.


Film ma wiele znakomitych scen (Marianne lądująca w łóżku Dave'a, opowieść o kochance, której puściły zwieracze, cudowna Emma Thomson ujawniająca synowi, kto jest jego ojcem). Każdą z nich można cieszyć się w nieskończoność. Całość jest niestety niezgrabna, zbyt ciężka i aż dziw, że utrzymuje się na powierzchni. W filmie rządzi chaos, brakuje wątku głównego, nici, na której można byłoby zawiesić wszystkie anegdoty. Taką funkcję mógł pełnić Carl, ale z przedziwnych powodów większość czasu spędza na drugim tle. Taką funkcję mógł pełnić minister grany przez Kennetha Branagha, ale Curtisowi wystarcza, że jest ledwie kontrapunktem.

(Talulah Riley)

No cóż, Curtis już w "To właśnie miłość" pokazał, że nie jest tak dobrym reżyserem jak scenarzystą. "Radio na fali" tylko utwierdza w tym przekonaniu.

Ocena: 6

sobota, 26 grudnia 2009

Antikörper (2005)

"Antibodies" zaskoczyło mnie jak rzadko który film, i to zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Spodziewałem się niemieckiej jatki, brutalnej i ociekającej posoką, a tu bach! niespodzianka! – dostałem znakomity mroczny thriller mogący równać się z takim osiągnięciami kina amerykańskiego jak "Siedem" czy "Milczenie owiec". Kiedy już rozważałem, czy bardziej sprawiedliwą oceną będzie 8 czy 9 dostałem porządnego łupnia. W ciągu ostatnich 5 minut film przemienił się w niedzielną katechezę z tak naiwnym zakończeniem, że zniszczyło mi to całą frajdę z seansu. Wszystko mogę zrozumieć, ale jelonki????????????????


"Antibodies" to przypowieść o naturze zła, a raczej o tym, co się dzieje, kiedy kompletnie się na zło zamkniemy. To przypadek wiejskiego policjanta Michaela Martensa, zagorzałego katolika, który ze wszystkich sił stara się być dobrym. Stara się tak bardzo, że odciął się niemal zupełnie od grzesznych instynktów, pozostaje na nie głuchy i ślepy. W swej naiwności myśli, że obwarował się przed złem. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest wręcz odwrotnie – stał się kompletnie bezbronny wobec podstępów szatana. Im bardziej pozostaje głuchy na swoje własne grzeszne myśli, tym bardziej grzeszni stają się w jego oczach inni, w szczególności jego syn. A kiedy spotka się oko w oko z seryjnym zabójcą-pedofilem Gabrielem Engelem, stanie się w jego rękach zabawką. Pozbawiony przeciwciał nie potrafi pozbyć się wirusa, jaki zaszczepia w nim swoimi słowami Gabriel.

Film stanowi też znakomitą pożywkę dla psychoanalityków wszelkiej maści. Można bowiem snuć wiele ciekawych hipotez. Michael jest czystym ekstraktem Superego, Gabriel zaś utonął całkowicie w odmętach Id. Oglądamy walkę, którą toczą między sobą i Boga w roli Ja, która rozdzieli ich i ustawi po kątach. Jednak tak naprawdę jest to uwspółcześniona przypowieść o Abrahamie i Izaaku. Teologia zaprezentowana w tym filmie jest dość wątpliwa i czyni z Boga postać naprawdę dwuznaczną.

Przez 99% czasu "Antibodies" to kino klimatyczne, mroczne, ze znakomitym scenariuszem igrającym z podejrzeniami widza i bohaterów. André Hennicke w roli psychopaty wypada świetnie. Niestety końcówka niszczy całe wrażenie. Ten głupi, idiotyczny, wyjęty z innej bajki happy-end (mimo próby usprawiedliwienia go cytatami z Biblii) niszczy to, co mogła stać się niemieckim "Siedem". Cóż, mimo wszystko jest to film na tyle ciekawy, że z całą pewnością sięgnę po inne obrazy reżysera (jak np. "Pandorum")

Ocena: 6

piątek, 25 grudnia 2009

Arn - Riket vid vägens slut (2008)

Kontynuacja przygód Arna od jego pobytu w Ziemi Świętej przez powrót do domu i ostateczną walkę w obronie królestwa. Choć wystawiłem mu identyczną notę "Arn - Tempelriddaren", to jednak uważam drugą część za odrobinę lepszą. Wynika to głównie z tego, że nie ma w tym filmie tak dużo 'legolasowych scen', jak to było w jedynce. Ma to niestety swój minus, bardziej we znaki daje się decyzja Flintha, by nie iść w drogę średniowiecznego thrillera politycznego.


Uważam to za błąd. Cała fabuła aż prosi się o takie potraktowanie, przecież większość dotyczy a to walki o panowanie nad Jerozolimą, a to walki o tron Östergötland. Finth niestety po prostu opowiada historię, nie nadaje bohaterom drugiego dna przez co "Arn - Riket vid vägens slut" sprawia wrażenie taniej imitacji "Braveheart".

Film mocno zyskuje, kiedy porówna się go z nieszczęsnymi "Templariuszami. Miłość i krew". Paradoksalnie choć to z pierwszym filmem radykalniej poczynano sobie na stole montażowym, to jednak decyzje dotyczące tego, co wyciąć z drugiego filmu są dla mnie bardziej kontrowersyjne. Wycięto bowiem praktycznie w całości wątki Haralda i Sune'a – dwóch postaci, które rzeczywiście nie posuwały fabuły do przodu, ale za to były na tyle barwne, by wzbogacić opowieść.

Ocena: 6

Arn - Tempelriddaren (2007)

No, teraz historia Arna zaczyna mieć sens... Ale od początku. Nie tak dawno temu miałem tę niemiłą przyjemność obejrzeć w kinie "Templariuszy. Miłość i krew". Nie opisałem go na blogu, bo też nie uznaję go za film. To po prostu przydługie streszczenie dwóch filmów Petera Flintha i jak się teraz okazuje nie dość dokładne (pominięcie wielu kluczowych scen, zmiany w montażu wypaczyły sens historii). "Templariusze" jednak zachęcili mnie do obejrzenia oryginałów i tak właśnie sięgnąłem po "Arn - Tempelriddaren".


Jest to historia Arna od dzieciństwa spędzonego w domu i klasztorze przez krótki czas chwały i miłości po lata pokuty w Ziemi Świętej jako rycerz Templariuszy, kończąc się zwycięską bitwą nad siłami Saladyna. Flinth kreśli opowieść sentymentalną i naiwną, ale na tyle osadzoną w tradycji średniowiecznych podań, że aż tak bardzo nie daje się to we znaki. Mogę sobie niemal wyobrazić, że w podobny sposób przed 800 laty opowiadanoby historię Arna z cudownym uzdrowieniem i przyjmowanym jako oczywistość jego talentami. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, by "Arn - Tempelriddaren" mniej przypominało "Władcę Pierścieni", z "posuwistymi" zdjęciami pełnymi malowniczych pagórków, wdzięcznych białowłosych, szlachetnych rycerzy i zdradliwych możnowładców. Flinth niestety nie jest artystą, tylko rzemieślnikiem i najlepsze na co mogłem liczyć to na solidną narrację. To akurat dostałem, co było miłą odmianą po straszliwej sieczce, jaką byli "Templariusze". Jednak nie sposób nie żałować, że reżyser nie zdecydował się trochę zdynamizować przynajmniej tę część opowieści, która dotyczyła intryg politycznych.

W "Arn - Tempelriddaren" zdecydowanie mniej niż w "Templariuszach" irytowała mnie postać Cecylii. Joakim Nätterqvist zdecydowanie lepiej prezentował się, kiedy przestali zmuszać go do udawania młodzieniaszka. Fajnie, że na ekranie jest trochę więcej Vincenta Pereza. Niestety rozczarował mnie Gustaf Skarsgård w roli Knuta. Kompletnie mi do niej nie pasował. Flinth zmarnował też świetną chemię istniejącą pomiędzy Nätterqvistem a Milindem Somanem grającym Saladyna. Jest lepiej niż w "Templariuszach", ale nawet nie w połowie tak dobrze, jak mogło być.

Ocena: 6

Fuera de carta (2008)

Dlaczego z banku spermy zwolniono geja-pielęgniarza?
Bo lubił popijać w pracy.

Maxi i Alex od lat mieszkają pod jednym dachem. Ich życie biegnie ustalonym rytmem. Maxi obsesyjnie walczy o uznanie dla swojej restauracji, Alex z równą determinacją poszukuje miłości. I choć może wydawać się, że rządzi nimi chaos, znaczenie tego słowa poznają dopiero wtedy, kiedy w ich życie wkroczy trójka obcych im osób. Edu i Alba to owoce skazanego na porażkę związku Maxi z kobietą, które ten odziedziczył w spadku. Horacio to była gwiazda futbolu, która zostaje ich sąsiadem. Przystojny piłkarz wpada w oko Alex, ale Horacio nie jest nią zainteresowany nawet w połowie tak bardzo jak Maxim.


Jak na kinowy debiut "Fuera de carta" wypada całkiem dobrze. To sympatyczna, lekka i miejscami zabawna komedia pomyłek w typowo tanim hiszpańskim stylu, który jednak ja lubię (byle nie w zbyt dużych dawkach). Film nie grzeszy oryginalnością, ale nadrabia entuzjazmem i bardzo dobrymi kreacjami aktorskim Javiera Cámaray, Loli Dueñas i Benjamína Vicuñy. Stworzyli oni świetne trio, nadające na tych samych falach. Dzięki nim nawet najbardziej wyświechtane chwyty nie irytowały.

Ocena: 6

środa, 23 grudnia 2009

Nés en 68 (2008)

Spuścizna '68 roku. Gdzie są ci, którzy wtedy stawali na barykadach walcząc o równość i braterstwa? Oto pytanie, na które postanowili odpowiedzieć twórcy "Nés en 68" Olivier Ducastel i Jacques Martineau. Skoro taki temat, to też rozpocząć film należało od burzliwych wydarzeń z tamtego okresu. Głównymi bohaterami są Catherine, Yves i Hervé – młodzi, pełni idealizmu, zaangażowani w walkę z republiką De Gaulle'a. Rezultatem ich walk jest domek na prowincji, gdzie zakładają niewielką komunę.


Początkowo wszystko układa się znakomicie: wolna miłość, swoboda i poczucie wspólnoty przysłaniają wszystko. Czas jednak leci nieubłaganie, a wraz z nim zmienia się dynamika. Kolejne osoby wykruszają, aż pozostaje tylko Catherine z dziećmi i sąsiadami. Hervé wpadnie w sidła walki zbrojnej i wyląduje na lata w więzieniu. Yves zatęskni za życiem klasy średniej, choć z lewicowych poglądów nigdy do końca nie zrezygnuje.


(Edouard Collin)


(Yannick Renier)

W końcu ich dzieci dorosną i przejmą sztandary walki. Ich protesty będą równie dramatyczne, choć hasła się zmienią. Ludmilla, z charakteru bardzo podobna do matki (Catherine), ucieknie w objęcia tradycyjnie rozumianej rodziny, by odkryć, że wcale jej to nie pasuje. Boris okaże się gejem, co w latach 80. było przepisem na katastrofę. W tle tych rodzinnych perypetii Francja chwiać się będzie od prawicy po lewicę, z krótkim flirtem ze faszystami.

Dla mnie, Polaka "Nés en 68" to przede wszystkim historia ludzi, tego jak ideały wypaczają się, dezaktualizują, bądź – co gorsza – trwają zamykając nas w swoistego rodzaju klatce. Twórcom bardzo fajnie udało się uchwycić przemijalność czasu i niezmienność procesów społecznych. Dla Francuzów film na pewno ma głębsze znaczenie. Przecież film ten ilustruje pokrótce powojenną historię ich kraju.


To już kolejny obraz Ducastela i Martineau, jaki mam okazję obejrzeć i ponownie nie rozczarowali mnie. Nie tak dobry jak poprzedni "Crustacés et coquillages", ale tamten film wyjątkowo się im udał. "Nés en 68" choć trwa 2,5 godziny wydaje się być filmem krótkim i chwilami zbyt pobieżnie traktującym losy bohaterów. Nie wszystkie zwroty akcji przypadły mi do gustu. Szczególnie historia Borisa wydaje mi się przesadnie ckliwa (i fryzura młodego Hervé'a). Ale Ducastel i Martineau nie byliby sobą, gdyby nie poddali się tej pokusie.

Ocena: 7

wtorek, 22 grudnia 2009

(500) Days of Summer (2009)

"500 dni miłości" to rzeczywiście nie jest love story. Jest to jednak z całą pewnością film o miłości. Nie tej rozgrywającej się pomiędzy ludźmi, o związku, lecz o miłości rozgrywającej się wewnątrz jednostki.


Tom jest niepoprawnym romantykiem. Co to dokładnie oznacza? Ni mniej ni więcej, jak to, że jest narkomanem, a jego "trucizną", od której jest beznadziejnie uzależniony jest właśnie miłość. Uwielbia te uniesienia, jakie towarzyszą rozwijającemu się uczuciu. "Kocha" nawet ból związany z porzuceniem, rozkoszując się i zanurzając w tragedii niczym primadonna po występie w La Scali. Kiedy tylko w jego zasięgu znajdzie się odpowiedni obiekt płci odmiennej, jego potrzeba drugiej połówki zarzuca wędkę i jak tylko ryba złapie przynętę nie puszcza, niezależnie od tego, co się dzieje. Zignoruje każdy sygnał, nie przyjmie do wiadomości, że związek jest bez przyszłości. Jak już rozpocznie się u niego proces fiksacji, to musi przezeń przebrnąć aż do końca.


Film Marca Webba to rozkoszny i uroczy film o przesympatycznym człowieku i jego sercowych perypetiach. Jest pełen czarująco neurotycznych wtrętów i bardzo prawdziwych drobiazgów, że po prostu nie sposób się w tym filmie nie zakochać. Drugi plan jest może nieco niedopracowany, ale to drobiazgi, które tylko w niewielkim stopniu pomniejszają wartość "500 dni miłości".

Ocena: 8

sobota, 19 grudnia 2009

Humpday (2009)

Życie każdego człowieka jest niczym szafa, w której pogrzebany jest przynajmniej jeden trup. Od czasu do czasu trzeba wyrzucić z niej wszystko i porządnie wywietrzyć, by samemu w żywego trupa się nie zmienić. Taką okazję otrzymują Ben i Andrew, koledzy ze studiów, których drogi życiowe rozeszły się. Ben ustatkował się, założył rodzinę i właśnie zaczyna się z żoną starać o potomka. Andrew pozostał wolnym duchem wędrującym po całym kontynencie, zabierającym się za przeróżne dziwne projekty, lecz nigdzie na dłużej nie zagrzewający miejsca.


Po 10 latach sporadycznego przysyłania pocztówek Andrew postanowił w końcu odwiedzić Ben. Jak na wolnego ducha przystało za nic ma konwenanse i do domu przyjaciela dobijać się będzie o trzeciej nad ranem. Kiedy Ben otworzy mu drzwi, rozpocznie się proces, który wymusi na obu bohaterach przyjrzenie się sobie samym z nowej perspektywy. Durny pomysł nakręcenia "artystycznego porno" o dwóch hetero uprawiających seks ze sobą z Benem i Andrew w rolach głównych stanie się przyczynkiem do wielu dyskusji. Ben odkryje, że gdzieś w nim tli się iskra wagabundy. Z kolei Andrew będzie musiał przyznać się przed samym sobą, że nie jest tak otwarty, jakim zdaje się na pierwszy rzut oka.

"Humpday" to kino niezależne zrealizowane w starym dobrym stylu przypominającym wczesne filmy Kevina Smitha czy też Gregga Arakiego. Kilku bohaterów nie robi praktycznie nic innego tylko ze sobą dyskutuje. Formuła ta wydawała mi się już wytarta i nie do użycia. Jednak w rękach Lynn Shelton wyszło to bardzo odświeżająco. Mogłoby być jeszcze trochę bardziej zawadiackie i zabawne, ale i tak nie mam powodów, by się skarżyć.

Ocena: 7

Seed (2007)

Kiedyś musiało się to wydarzyć. Dotąd udawało mi się omijać te najgorsze filmy Uwe Bolla, teraz jednak w końcu mogłem się przekonać na własnej skórze, dlaczego Niemiec cieszy się tak złą sławą. Po dobrych "Stoic" i "Postal" przyszła pora na "Seed", film pusty i przekombinowany, który jedyne co robi, to wzbudza przemożne uczucie znudzenia.


"Seed" był skazany na porażkę już od momentu poczęcia. Boll wyraźnie miał ambicję stworzenia przypowieści o uniwersalizmie okrucieństwa w królestwie zwierząt. Tej idei podporządkował całą konstrukcję obrazu. Może gdyby pozostał przy prostych rozwiązaniach coś by z tego wyszło. On jednak na każdym kroku komplikował sprawę mieszając linię czasową narracji. Miało to skutek odwrotny do zamierzonego. Zmniejszyło zainteresowanie bohaterami, a całość stała się chaotyczna i w gruncie rzeczy pozbawiona sensu. Film mogły uratować drastyczne sceny, o których można przeczytać na okładce wydania DVD. Niestety w większości nie ma nic ciekawe. Tylko scena z toporkiem jest niezła. W sumie "Seed" sprawia wrażenie zapchajdziury, którą w telewizji można byłoby puścić o 3 nad ranem.

Ocena: 3

czwartek, 17 grudnia 2009

Fish Tank (2009)

Na "Fish Tank" nie wybrałem się ze względu na osobę reżyserki. Gdyby to chodziło tylko o Andreę Arnold, pewnie podarowałbym sobie seans mając w pamięci niezbyt dobre "Red Road". Jednak w "Fish Tank" wystąpił Michael Fassbender, którego bardzo dobrze wspominam z "Głodu". I nie zawiodłem się. Film Arnold stoi tylko i wyłącznie na kreacjach aktorskich i to nie tylko Fassbendera. Ten raz jeszcze udowodnił, że ma fantastyczną ekranową aurę. W "Głodzie" pokazał się jako człowiek o wielkiej charyzmie, a tu emanuje surowym, zwierzęcym seksapilem. Towarzyszące mu aktorki są równie znakomite. Kierston Wareing zagrała jedną z ikon brytyjskiego kina – samotną mamuśkę z blokowiska – i nie dała się pożreć sztampie. To chyba najlepsza interpretacja tej roli od czasu "Beautiful Thing". Katie Jarvis i Rebecca Griffiths, grające córki Wareing, nie ustępują pola dwójce dorosłych.


Dzięki aktorom film obronił się, choć Arnold znów zrobiła wszystko, by film zniszczyć. Reżyserka przypomina trochę bohaterkę graną przez Jarvis. Ta marzy o tańcu, interesuje ją raczej subkultura b-boying, ale całą swoją wiedzę czerpie podglądając innych, czego rezultaty są dalekie od ideału. I podobnie jest z Arnold, pooglądała trochę minimalistycznego kina, przyjrzała się formule Dogmy i myśli, że potrafi zrobić to równie dobrze. Otóż nie potrafi. Arnold zaczyna od prostej materii, by następnie 'przyozdobić' ją zupełnie niepotrzebnymi dodatkami. W przypadku "Fish Tank" są to głównie zwierzęce metafory (szkapy, na którą "przyszła już pora", ryby wyrzuconej ze stawu), brak odwagi w pociągnięciu wątków do końca (zagrożenie gwałtem, 'porwanie') oraz pozorowane katharsis.

Ocena: 6

wtorek, 15 grudnia 2009

Couples Retreat (2009)

Wybierając się na "Raj dla par" nie spodziewałem się eksplozji zabawy, zbyt dobrze znam poczucie humoru Vince'a Vaughna i Jona Favreau. Liczyłem jednak na fajne epizody od aktorów, o których wiem, że potrafią być do łez zabawni. I tu się niestety przeliczyłem! Zbrodnią jest to, co twórcy zrobili z Kenem Jeongiem (niezapomnianym Chińczykiem z "Kac Vegas) czy Johnem Michaelem Higginsem (którego lubię od czasu "Ally McBeal"). A raczej zbrodnią jest to, co nie zrobili: nie dali im ani jednej zabawnej sceny! To po prostu niewybaczalne. Cały film uratował na szczęście Carlos Ponce w roli instruktora jogi. Jego epizod jest najlepszym fragmentem całej komedii i jedynym momentem, w którym naprawdę się śmiałem. Fantastyczna rzecz, szkoda tylko, że poza nim film ma do zaoferowania jedynie komunały, nudę i kilka straszliwych w swoim folderowym uroku widoczków. Koszmarnym nieporozumieniem jest udział w filmie Jeana Reno. Ten francuski aktor pozazdrościł chyba Alowi Pacino i Robertowi De Niro i sam chciał się skompromitować występem, z którego wyraźnie widać, że był zrobiony za kasę.


Ocena: 5

Ps. Szkoda, że w filmie nie znalazło się kilka ze scen, które są w zwiastunie, pewnie dodane zostaną do DVD.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Spread (2009)

Co za bolesne rozczarowanie. Na film wybrałem się tylko z powodu reżysera. Dotąd widziałem dwa jego filmy "Młody Adam" i "Hallam Foe" i to, co mi się w nich podobało, to nietypowe podejście do tematu, wykraczanie poza ramy gatunku, ciekawi bohaterowie często znajdujący się po niewłaściwej stronie normalności. I "Amerykańskie ciacho" też to zapowiadało. W końcu głównym bohaterem jest facet sprzedający swoje ciało bogaty kobietom w zamian za odrobinę luksusu. Niestety film poza samym bohaterem nie oferuje nic interesującego. Wręcz przeciwnie, jest opowieścią do znudzenia konwencjonalną, ułagodzoną tak, jak to jest tylko w Hollywood możliwe. Jaka szkoda, że David Mackenzie tak całkowicie dał się zgnieść walcowi Fabryki Marzeń.


Film przed klęską ratują dwie rzeczy. Zakończenie, w którym udało się uniknąć ckliwego happy-endu, choć nie, ckliwe jest ale nie do końca bajkowe. Drugim plusem jest Anne Heche w znakomitej roli Samanthy. Czyżby po latach infamii udało jej się w końcu powrócić do kina? Mam nadzieję, że tak. Nie pamiętam, kiedy ostatnio była na ekranie równie interesująca. To musiało być jeszcze przed "Psycholem".

Ocena: 5

Dot.com (2007)

Sympatyczny filmik zupełnie o niczym. Jest pozbawiony smaku i własnego charakteru. Mógłby powstać dosłownie wszędzie i nikt nie zauważyłby różnicy (tylko trzeba byłoby zamienić Hiszpanię i Portugalię). Nie jest ani szczególnie zabawnie ani szczególnie odkrywczo. Nie jest jednak również zbyt głupio i nudno. Dla zabicia czasu propozycja w sam raz, ale jej zignorowanie wielkiej straty nie przyniesie.


Aktorsko film prezentuje się równie nijako jak cała reszta, no poza wiejskim włóczykijem/głupkiem, który wydaje się doczepiony zupełnie na siłę. Większość aktorów ma doświadczenie głównie telenowelowe i widać to wyraźnie w intensywności ich spojrzeń mających odzwierciedlać silne uczucia.

Ocena: 6

niedziela, 13 grudnia 2009

Charlie Bartlett (2007)

Kiedy oglądałem "Charliego Bartletta", przypomniał mi się film "Więcej czadu". Oba w zasadzie opowiadają o tym samym: o chłopaku, który w nowej szkole nie bardzo się odnajduje, o młodzieńczych niepokojach i o tym, jak on wysłuchując zwierzeń innych próbuje im pomóc. Jest nawet moment grozy, kiedy jeden z pomniejszych bohaterów próbuje popełnić samobójstwo. Oba filmy zajęły również podobne miejsca w box offisie (poza pierwszą dziesiątką), czego kompletnie nie rozumiem, bowiem mnie osobiście i "Więcej czadu" i "Charlie Bartlett" przypadły do gustu.


Porównanie obu filmów dużo mówi o zmianach, jakie zaszły w kulturze. W "Więcej czadu" samobójstwo jest skuteczne, w "Charliem Bartlecie" już nie. Działania młodych bohaterów nie mają więc tak tragicznych konsekwencji, co jest niezwykle intrygującą socjologicznie obserwacją zważywszy na fakt, że to właśnie w nowszym filmie młodzi ludzie są gwałtowniejsi i brutalniejsi w swoim zachowaniu (przemoc wobec uczniów, zdemolowanie szkoły).


"Charlie Bartlett" z całą pewnością zasługuje na uzyskanie statusu "Więcej czadu" nowego pokolenia. Jest inteligentny, zabawny na swój neurotyczny sposób i ma całą plejadę barwnych, przyciągających uwagę bohaterów. Pozytywnie zaskoczył mnie Anton Yelchin. Toż to istny wulkan surowej aktorskiej energii. Choć widziałem go już w paru filmach, dopiero tutaj naprawdę zwrócił moją uwagę. Hope Davis w roli matki oraz Robert Downey Jr. w roli dyrektora również znakomicie się sprawdzają. Moja ocena byłaby nieco wyższa, gdyby nie to, że mniej więcej po 2/3 filmu tempo nagle spada, a twórcy na gwałt wycofują się z wcześniej ukształtowanego wizerunku głównego bohatera. Moim zdaniem za bardzo go ułagodzili, za mocno spokornieli. Owszem, należało wygrać przedwczesną dojrzałość Charliego, ale nie należało go całkowicie pozbawiać ekscentryczności.

Ocena: 7

sobota, 12 grudnia 2009

Zombieland (2009)

Lubię komedie z czarnym, lekko makabrycznym poczuciem humoru, dlatego też z wielką chęcią sięgnąłem po "Zombieland". Niestety bardzo się rozczarowałem. Kompletnie nie rozumiem tych wszystkich zachwytów. W porównaniu z "Wysypem żywych trupów" czy "Hot Fuzz" to rzecz ledwie przeciętna, a i samej makabreski nie ma zbyt wiele.


Chyba nie bardzo pasuje mi poczucie humoru Ruben Fleischer i scenarzystów "Zombieland", bo film był dla mnie raczej mało zabawny, choć każdy z czwórki bohaterów ma potencjał i to wielki. Dodatkowo jak dla mnie film miał za wolne tempo i zbyt standardowy montaż. Jedyna sekwencja, która mi się naprawdę spodobała to scena w domu Billa Murraya. Do tego dochodzą pojedyncze smaczki (jak prawie naga zombieżyca, numer z pierścionkiem i parę innych.

Ocena: 5

Ciao (2008)

Hmm, po obejrzeniu "Ciao" nie potrafię powiedzieć, dlaczego chciałem ten film zobaczyć. Jest on zwyczajny, ginie w tłumie i choć nie jest stratą czasu, zdecydowanie nie jest tym, czego oczekiwałem.


"Ciao" to historia dwójki osób, których połączyła śmierć ich wspólnego znajomego. Spotykają się i rozmawiają o nim, o sobie nawzajem. To jest bardziej teatr (i to z off-Broadwayu) niż film. Na ekranie jest zazwyczaj jedynie dwójka lub trójka aktorów, którzy deklamują swoje dialogi. W grze brakuje życia, to wszystko wydaje się tylko sztuką, o śmierci i życiu, o związkach, uczuciach i nadziejach. Niezależne kino, które donikąd nie prowadzi. Do tego odtwórcy głównych ról Alessandro Calza i Adam Neal Smith wyglądają dziwnie. Niby są nawet przystojni, ale gdybym miał ich jakoś opisać, to pierwsze co przychodzi mi do głowy, to słowo 'zdeformowani'.

Ocena: 5

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Io, Don Giovanni (2009)

Ekwilibrystyka jaką uprawia Carlos Saura przestaje mnie już zaskakiwać, a po prostu nuży. Jego najnowszy film jest operą, nie będąc operą, opowiada o procesie tworzenia opery, a jednocześnie próbuje tworzyć rzecz hermetycznie zamkniętą i odciętą od zewnętrznego świata. "Io, Don Giovanni" okazuje się ostatecznie eksperymentem, który dużo zapowiada, ale niewiele ostatecznie oferuje.


Jest kilka elementów, które naprawdę mi się spodobały. Przede wszystkim sekwencje, w których Saura pokazuje, jak tworzone są kolejne partie opery Mozarta. Scena, w której da Ponte opowiada Mozartowi początek fabuły jest chyba najlepszą sceną całego filmu. Podobały mi się wszystkie zabiegi formalne, które przekształcały ekran w scenę operową z podświetlanymi dekoracjami czy też tłem namalowanym na materiale.

(Emilia Verginelli)

Irytowała mnie z kolei całą intryga, z postaciami Annetty i Adriany na czele. Dialogi, które w zamierzeniu miały chyba być operowe, są tak kiczowate, że nie potrafię zaakceptować tej konwencji. Nie podoba mi się też ogólnie cała banalizacji opery "Don Giovanni", którą osobiście bardzo lubię i uważam, że zasługuje na wnikliwsze i bardziej wielowątkowe potraktowanie.


(Lino Guanciale)

To za co szczególnie należą się brawa Saurze to wygląd Francesci Inaudi. Ten chodzący anorektyczny kościotrup w tym filmie wygląda naprawdę atrakcyjnie. Jak zresztą większość pozostałych aktorów i aktorek oblanych ciepłym światłem.

Ocena: 4

Up in the Air (2009)

Jason Reitman należy do tej wąskiej grupy reżyserów, którzy jeszcze nie zaliczyli wpadki. Oczywiście póki co zbyt wiele filmów nie nakręcił, ale i tak nie jest to zły rezultat. "W chmurach" z całej trójki jego pełnometrażowych komedii ("Dziękujemy za palenie" i "Juno") uważam chyba za najsłabsze, ale to wciąż naprawdę kawał dobrego kina.


Film rozgrywa się na dwóch poziomach znaczeniowych. Na pierwszym jest to historia starego kawalera, który znalazł sobie idealną niszę do egzystencji. Prawie całe życie spędza na lotniskach, w samolotach i hotelach. Jego relacje z ludźmi są przelotne i rzadko kiedy powtarzalne. Jedynym wyjątkiem jest Alex, która zdaje się postępować zgodnie z identyczną filozofią. Ich związek pewnie trwałby w najlepsze, gdyby nie młoda na siłę wciśnięta mu asystentka Natalie. Jej naiwność i pragnienie trwałego związku przebije się w końcu przez gruby pancerz, co niestety sprawi, że stanie się wrażliwy na zranienie.

Na drugim planie jest to film poruszający bardzo aktualny problem likwidacji stanowisk pracy. Reitman w zaskakująco delikatny sposób obchodzi się z tym drażliwym dla wielu Amerykanów tematem, jednocześnie obnażając tchórzowską politykę korporacji, co było tematem "Dziękujemy za palenie". Reitman nie unika i bolesny prawd, ale pokazuje też, że zwolnienie może być szansą na realizację własnych marzeń.

"W chmurach" ogląda się z przyjemnością, ale do najlepszych komedii tego roku trochę mu brakuje. Bardzo spodobała mi się postać Alex grana przez Verę Fermigę. Podoba mi się też dynamika komediowa pomiędzy Fermigą, Clooneyem i Anną Kendrick. Natomiast ze zdumieniem słucham, jak to George Clooney za swoją rolę otrzymuje kolejne nagrody. Jest to bowiem rola, przy której graniu kompletnie nie musiał się wysilać, wystarczy że będzie sobą (a przynajmniej takim sobą, jakiego widzowie znają z mediów). Jest to ten sam typ aktorstwa co w ubiegłym roku zaprezentował Mickey Rourke. W Ameryce najwyraźniej to jest teraz w modzie.

Ocena: 7

Het leven uit een dag (2009)

Romans w stylu SF, to raczej rzadkość. Holendrowi Markowi de Cloe udało się stworzyć bardzo ciekawy pomysł, niestety wątek romantyczny poprowadził w najbardziej nudny z możliwych sposobów, przez to prawie stracił wszystko to, co zyskał dzięki niezwykłej kreacji świata. Rzeczywistość "Het leven uit een dag" to świat, w którym nic nigdy się nie powtarza. Raz można się zakochać, raz uprawiać seks, raz urodzić dziecko, przeżyć jeden dzień. Dla Benny'ego i Gini to za mało. Ta dwójka chciałaby móc kochać się dłużej. Jest takie miejsce, gdzie ich pragnienie może się spełnić – to piekło. Aby tam się znaleźć muszą popełnić straszliwą zbrodnię.


Udaje im się. Skazani na śmierć trafiają do piekła, lecz niestety zostają tam rozdzieleni. Oboje próbują szukać siebie nawzajem, lecz kiedy to nie daje rezultatu, próbują ułożyć sobie życie na nowo. Gini będzie szukała miłości w kolejnych związkach. Benny będzie szukał spełnienia seksualnego jako chłopak do towarzystwa. Żadne z nich nie może znaleźć szczęścia, bo wciąż myśli o sobie.

(Egbert Jan Weeber)

Pomysł z jednodniowym światem i powtarzalnym piekłem był bardzo fajny. Pomysł z podzieleniem ekranu, kiedy Benny i Gini zostają rozłączeni również. Natomiast kompletnie nietrafiony był pomysł opowiedzenia straszliwie sentymentalnej historyjki ich losów w piekle. Wszystko jest tu takie łzawe, banalnie telenowelowe, a już zakończenie wręcz woła o pomstę do nieba. Poczułem się trochę oszukany. De Cloe mając tak znakomity świat zmarnował okazję i nakręcił rzecz znacznie odbiegająca od oczekiwań.

Ocena: 6

Samson and Delilah (2009)

On – młody chłopak, który całymi dniami musi słuchać brzdąkania brata i jego kolegów, a kiedy sam chce grać, jest przepędzany. Podoba mu się dziewczyna, więc rzuca w nią kamieniami i przynosi zabitego przez siebie kangura. Resztę czasu spędza wąchając klej bądź benzynę. Ona – równie młoda, opiekuje się schorowaną babcią, z którą razem produkuje rękodzieła kupowane przez białego sprzedawcę z miasta. Kiedy babcia umrze, jedynie chłopak pozostanie dziewczynie i razem uciekną do "wielkiego miasta". Tam prowadzić będą los bezdomnych powoli, acz nieubłaganie staczając się na dno rynsztoka.


"Samson and Delilah" to smętny obraz beznadziej, jaka czeka na współczesnych aborygenów. W ich życiu nie ma żadnych perspektyw, żadnych nadziei na lepsze jutro. Pustka zagarnia wszystko, lecz najgorsza jest apatia ich samych. Ani on ani ona nie walczą ze swoim losem. Choć nie, ona jeszcze wykonuje jakieś ruchy pozorowane. Jednak w ich życiu najlepsze, na co mogą liczyć to utrzymanie stanu wyjściowego, zaakceptowanie pustki i prostoty ich żywota z dala od cywilizacyjnego zgiełku. Zakończenie filmu jest niby optymistyczne, ale ten optymizm wynika jedynie z zestawienia z gorszą wizją życia w mieście. Ta alternatywa rzeczywiście jest gorsza, a jednak ich los nie jest do pozazdroszczenia.

Jak na mój gust film Warwicka Thorntona jest zbyt banalny. Gdyby nie minimalistyczna forma, z ograniczoną liczbą dialogów, "Samson i Delilah" ginąłby w tłumie setki podobnych obrazów o mrocznym losie współczesnej młodzieży. Forma jest na swój sposób ciekawa, ale nie ukrywa niedostatków pomysłu i dlatego nie potrafię pozytywnie ocenić filmu.

Ocena: 5

niedziela, 6 grudnia 2009

Napszúrás (2009)

Chciałbym zobaczyć ten film w wersji pełnometrażowej. Może gdyby bohaterka była lepiej psychologicznie dopracowana, a cała historia nie była aż tak bardzo skondensowana, wyszłaby z tego dobra rzecz. W wersji jaką zobaczyłem było to wręcz trudne do wytrzymania. Wszystko tak dramatycznie napuszone, rozgorączkowane, że sprawia wrażenie ataku histeryczki. Postaci mało przekonujące, za dużo się tu dzieje, a relacja między wychowanką o opiekunką zbyt szybko przechodzi przez kolejne stadia. To zdecydowanie źle wygląda w krótkiej formie.

Ocena: 3

Spatzen (2009)

Przy "Pasajero" pisałem, jakie krótkometrażówki lubię, a teraz mam doskonały przykład ilustrujący tę tezę. To niemiecki "Spatzen". Historia jest tu ledwie zarysowana i opowiada o jednej nocy z życia mężczyzny. Film czaruje niezwykłą formą sprawiającą wrażenie jednego długiego ujęcia. Całość pełna jest sennych absurdów, jak choćby śpiewający taksówkarz czy operowa barmanka. Wszystko w tym filmie jest osadzone na granicy absurdu, ale reżyser nigdy nie traci nad filmową materią kontroli. I za to ma ode mnie brawa.

Ocena: 7

Pasajero (2009)

I kolejna liryczna, ale jednocześnie bardzo banalna opowiastka o uczuciach i międzyludzkich relacjach. Szczerze mówiąc nie jestem zbyt wielkim amatorem tego rodzaju kina krótkometrażowego. Zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu kino eksperymentujące, próbujące wypaść z utartych fabularnych kolein. Zrealizowanie shortu w konwencji filmu pełnometrażowego uważam za najtrudniejsze zadanie dla filmowca i na palcach jednej ręki mogę policzyć obrazy, którym ta sztuka się udała. "Pasajero" do nich nie należy.


Ocena: 5

Love (2009)

Film ma bardzo fajny pomysł. Oto rodzina w której normalność jest wyjątkiem. Wszyscy członkowie są w jakiś sposób upośledzeni, tylko nie 12-letnia dziewczynka. Jak wyglądać może w takich warunkach życie? Odważny pomysł nie został jednak równie odważnie poprowadzony. W filmie brakuje też mocnej pointy, która mogłaby całość uczynić niezapomnianym przeżyciem. Twórcy popadają w sentymentalizm tego rodzaju, który nawet mi nie przypadł do gustu. Szkoda zmarnowanej okazji.


Ocena: 4

Koniec sezonu (2009)

O tym filmie w zasadzie nie ma nic do powiedzenia. Jest to krótka impresja na temat starości. Kamera obserwuje staruszków na nadmorskiej plaży. Ma to swój urok, ale chyba jestem już za stary, by zachwycać się tego rodzaju poetyką.

Ocena: 4

Em (2009)

"Em" sprawia wrażenie dzieła stworzonego przez osobę cierpiącą na zaburzenia depresyjno-maniakalne. Jest w nim tyle pomysłów i to fabularnych i stylistycznych, że spokojnie można było nimi obdzielić kilka produkcji. Twórcy jednak nie chcieli lub nie potrafili niczego odrzucić i w ten sposób powstała niekontrolowana eksplozja.

Trzeba przyznać, że niektóre pomysł, zwłaszcza wzorowanie się na montażu filmów Guya Ritchiego, wypada nieźle. Problem w tym, że brakuje w nich konsekwencji. Ekstrawagancki montaż pojawia się w niemal przypadkowych momentach, zupełnie jak w pornosach sceny seksu. Po prostu kiedy uznano, że za długo nic już się nie działo, to wtedy bach i jest kolejna dziwaczna sekwencja.

Fabularnie film też sprawia wrażenie kolażowego recyclingu. Swoich amatorów na pewno filmik znajdzie.

Ocena: 5

A Day's Work (2008)

Kiedy oglądam filmy takie jak "A Day's Work" zastanawiam się, co jest takiego złego w komercyjnym kinie, że nawet studenci od niego uciekają. Owszem, bardzo często komercja jest synonimem słabej jakości, ale nie zawsze. Wszystko zależy od reżysera i pomysłu. Kiedy obie te rzeczy funkcjonują, dostajemy film, o którym mówi się latami.

"A Day's Work" ma właśnie scenariusz, który idealnie nadaje się na komercyjny przebój. Młody Meksykanin za parę dolarów najmuje się do pomocy przy przeprowadzce rodziny gringo. Wraz z nim pracuje dwójka innych nielegalnych emigrantów. Wszystko układa się dobrze dopóki ich pracodawca nie ogłasza, że zgubił portfel i nie może im zapłacić w gotówce. Rozpęta się wtedy piekło.

Jako czyste kino rozrywkowe film funkcjonowałby idealnie. Ma ciekawych bohaterów, interesujące zwroty akcji. Jednak reżyser Rajeev Dassani zrealizował wszystko w konwencji dramatu społecznego zupełnie gubiąc potencjał. To wciąż niezły film, ale daleko od rewelacji.

Ocena: 6

Amoklove (2009)

Krótki film o młodzieńczej miłości. Rzecz prosta, zgrabnie nakręcona, ale poza udowodnieniem sprawności realizatorskiej nie mająca w sobie nic, czym mogłaby przyciągnąć widza. Brakuje w niej indywidualnego ducha, świadomego twórcy, który chce coś przekazać. Mimo wszystko jak na pracę studencką nie jest źle.


Ocena: 5

piątek, 4 grudnia 2009

Die Päpstin (2009)

Witajcie w koszmarze. Tak złego filmu z tak znanymi nazwiskami nie widziałem już od bardzo dawna. Co wcale nie znaczy, że ich nie ma, po prostu zazwyczaj udaje mi się je ominąć, bądź pójść na nie z pełną premedytacją poszukiwacza odmóżdżacza. Tym razem jednak nie byłem przygotowany na sieczkę, jaką sprezentowali Niemcy. Zostałem znokautowany już po 5 minutach i nie podniosłem się już do końca.



"Papieżyca Joanna" to film bez bohatera. Ekran zaludniają papierowe laleczki poruszane jak w średniowiecznym teatrzyku. Nie ma mowy o nadaniu postaciom jakiejkolwiek głębi bądź wyrazu. Gdyby nie narracja, która prowadzona jest całkiem serio, można byłoby uznać film za parodię historycznych biografii. Film sprawia równie wiele radości, co wyrywanie zęba zardzewiałymi obcęgami. Jest absolutnie niestrawny i obecność niezłych aktorów (Wenham czy Goodman) tylko jeszcze bardziej pogrąża twórców.

Reżyser nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. A mnie pozostaje modlić się, że szybko film wypadnie mi z głowy. Kiedy pomyślę, że przed rozpoczęciem seansu głośno proszono, aby nie nagrywać filmu, mam ochotę parsknąć śmiechem. Ja tego filmu nie chciałbym oglądać nawet za darmo.

Ocena: 1

(2009) درباره الی

W końcu do naszego kraju trafia irańska produkcja, w której bohaterowie wypowiadają więcej niż 10 słów przez cały film. To wciąż kino proste ale nie aż tak minimalistyczne jak wcześniejsze obrazy i jest to prawdziwy powiew świeżości. "Co wiesz o Elly" to bardzo interesujący obraz grupowej dynamiki jak również historia ukazująca jak mało możemy wiedzieć o ludziach ze swojego kręgu.


Tytułowa Elly to młoda dziewczyna, która została zaproszona do udziału w wypadzie nad Morze Kaspijskiej przez jedną z kobiet. Reszta grupy przyjmuje ją z otwartymi ramionami, widząc w niej idealną kandydatkę na żonę dla Ahmeda, jedynego singla wśród nich. Dopiero kiedy dojdzie do tragedii i zadane zostaną najprostsze pytania (jak choćby o to, jak brzmi pełne imię i nazwisko Elly), zorientują się, jak mało o niej wiedzą.

(Shahab Hosseini)


Reżyser znakomicie dawkuje informacje dzięki czemu cały czas utrzymuje uwagę widza, kolejne zwroty akcji realizowane przy zastosowaniu najprostszych środków nie pozwalają się nudzić. Do tego wszystko wygląda naprawdę wiarygodnie, a relacje między bohaterami w żadnym momencie nie wydają się sztuczne czy naciągane. Dla mnie była to również okazja na przyjrzenie się odmiennej moralności charakterystycznej dla współczesnych Irańczyków.

Ocena: 7

Sturm (2009)

"Storm" to solidna produkcja, z rodzaju tych, które taśmowo realizowane są we wszystkich krajach. Brakuje w nim oryginalności, postaci są sztampowe, skonstruowane podług powszechnie wykorzystywanego szablonu. Po 10 minutach (no może trochę przesadzam... po 20) można samodzielnie dopisać rozwinięcie i zakończenie. Jest jednak porządnie zrobiony, bez większych błędów i potknięć.



Mimo braku oryginalności na historię też za bardzo nie mogę narzekać. Historia kilku osób uwikłanych w cyniczny system sprawiedliwości. Dla idealistów i ludzi naiwnych "Storm" może być sporym szokiem i objawieniem. Dla mnie jest to jedynie przekonujące nihil novi.

Ocena: 6

czwartek, 3 grudnia 2009

Blackout (2008)

Auć, to był niezwykle bolesny seans. Częściowo spowodowane było to mało wygodnymi fotelami w kinie, głównie jednak winien był reżyser, który zmarnował sporo czasu swojego, aktorów, ekipy i widzów tworząc "Blackout".



Muszę powiedzieć, że pomysł wydawał się całkiem niezły. Facet z gwoździem w mózgu, częściowa amnezja, romans i kryminalna zagadka. Składniki były dobre, danie niestety nie wyszło. JP Siili postawił sobie chyba za punkt honoru zanudzenie widzów na śmierć. I trzeba przyznać, że jest tego naprawdę bliski. Każdą scenę, każdy wątek poprowadził odwrotnie do tego, co powinien, by uczynić film ciekawym dla widza. Wszystko co ciekawe rozgrywa się na drugim tle. Filmowi brakuje dynamiki, emocji, pomysłu. Pozostał jedynie chaos przypadkowo posklejanych sekwencji i wszechogarniający bełkot delikatności i wdzięku zapaśnika sumo tańczącego Jezioro łabędzie.

(Mikko Leppilampi)


Ocena: 3

The Boys Are Back (2009)

Naprawdę lubię Clive'a Owena, ale facet powinien lepiej oceniać swoje możliwości aktorskie. Jego talent ani umiejętności gry twarzą nie są zbyt wysokie, więc nie powinien przesadzać i decydować się na grę w filmach o wątpliwej jakości. Niestety Owen nie posłuchał głosu zdrowego rozsądku i nie tylko zagrał główną rolę, ale również był jego współproducentem.



Historia ojca, który po śmierci żony próbuje zająć się domem i swoim 6-letnim synem wygląda dokładnie tak, jak brzmi – jak produkcja przeznaczona do telewizji. Zero inwencji, całkowita wtórność i położenie nacisku na naprawdę tani sentymentalizm. Rozczarowuje nie tylko Owen, ale też i reżyser Scott Hicks. Facet przed laty był nadzieją kina, lecz gdzieś po drodze się zagubił się i jak pokazuje "The Boys Are Back" nadal się nie odnalazł.

Ocena: 4

An Education (2009)

Dunka Lone Scherfig znów kręci po angielsku. Jej poprzednie dzieło w języku Szekspira "Wilbur chce się zabić" bardzo przypadło mi do gustu, podobnie zresztą jak i jej duńskie obrazy. Kiedy dodać do tego fakt, że w obsadzie "Była sobie dziewczyna" jest Peter Sarsgaard, film był na liście lektur obowiązkowych do obejrzenia.

Początek pozytywnie mnie zaskoczył. Oczywiście Sarsgaard był znakomitym ale to nie jest żadna nowość, więc to nie on był źródłem zaskoczenia. Nie, to Alfred Molina zdumiał mnie znakomitym wyczuciem komedii. Pierwsza połowa filmu jest niezwykle radosna i dowcipna, a większość to za sprawą fantastycznego Moliny. Bez wątpienia to jego najlepsza kreacja od czasu "Fridy".



W drugiej części film znów mnie zaskoczył, tym razem negatywnie. Gdzieś zagubiła się inteligencja i werwa z początku. Kiedy robi się poważnie, zrobiło się również nudno i przewidywalnie. To było strasznie frustrujące i kompletnie niepodobne do typowo udanych komedii obyczajowych z Wysp, które zazwyczaj doskonale łączą powagę z humorem.

Na szczęście aktorsko film do końca trzyma poziom. Poza wspomnianymi wyżej Sarsgaardem i Moliną na specjalne wyróżnienia zasługują Carey Mulligan (przypominająca tu Michelle Williams), Olivia Williams i Rosamund Pike.

Ocena: 6

Coco Chanel & Igor Stravinsky (2009)

Ależ Jan Kounen lubi mnie wnerwiać. Po raz pierwszy poznałem jego nazwisko, kiedy ponad 10 lat temu na Warszawskim Festiwalu zobaczyłem "Dobermanna". Film zrobił na mnie duże wrażenie głównie dzięki dynamicznej narracji i pięknej Monice Bellucci. Później rozczarował mnie kompletnie przesadzonym formalnie "Blueberry", po którym miałem serdecznie dosyć jego maniery. Nie tak dawno temu odzyskałem wiarę w niego za sprawą "99 francs". Film również był niezwykłym kolażem, lecz tym razem znacznie bardziej udanym niż "Blueberry". Zatem z dużymi nadziejami usiadłem na sali kinowej obejrzeć "Coco Chanel & Igor Stravinsky". I oczywiście sromotnie się zawiodłem!


Ten film jest jak plwocina gruźlika. Dla pewnej specyficznej grupy ludzi będzie niezwykle fascynujący źródłem informacji. Dla mnie był to jedynie ohydny rezultat tragicznej pomyłki. Gdzie w tym filmie jest Coco, gdzie Igor i przede wszystkim, gdzie jest Coco i Igor?! Gdyby nie tytuł, nie wiedziałbym, że jest to historia romansu. Uczucia między dwójką bohaterów jest tyle ile między gwoździem a deską, w którą jest on wbijany. Jedyną interesującą postacią jest Katarzyna, żona Strawińskiego. Nawet muzyka kompozytora jest bardzo źle wykorzystana.

Cóż, pozostaje mi liczyć na to, że kolejnym film Kounena znów wzbudzi moje zainteresowanie reżyserem.

Ocena: 4

Bride Flight (2008)

"Bride Flight" jest jak baklawa, z dodatkiem gorzkiej kawy pewnie byłaby zjadliwa w większej dawce. Niestety holenderska produkcja to rzecz bezkofeinowa, pozbawiona odrobiny goryczy, nawet kiedy porusza bardzo dramatyczne sprawy. To, co rzuca się od samego początku to fakt, że twórcy mają całkowitego fioła na punkcie łzawego sentymentalizmu. Podniosła muzyka działająca jak wzmacniacz wzruszającego nastroju, pełne dramatyzmu zdjęcia i dbanie przez twórców o to, by pomiędzy główną parą aż dymiło od wzajemnego pożądania.



Ta naprawdę to "Bride Flight" nie jest wcale złym filmem. Po prostu twórcom zabrakło poczucia proporcji i nie wyważyli odpowiednio całej konstrukcji. Sam pomysł oraz czwórka głównych bohaterów są jednak na tyle interesujący, że film naprawdę wciągał. Szkoda, że był aż tak słodziuchny.

Ocena: 6

wtorek, 1 grudnia 2009

Postia pappi Jaakobille (2009)

Cóż, w tym roku zdecydowanie łatwiej jest mnie wzruszyć i może dlatego "Postia pappi Jaakobille" tak bardzo mi się spodobało. A może po prostu to jest dobry film. Nie ważne. Co ważne to to, że ta kameralna telewizyjna produkcja zachwyciła mnie swoją prostą i wzruszającą historią, która korzystając ze starego wzorca mimo wszystko potrafiła opowiedzieć niebanalną historię.



Kiedy film zaczyna się od wypuszczenia na wolność morderczyni i jej przeniesienia się do ślepego, starego księdza, któremu ma pomagać, pomyślałem, że czeka mnie kolejna z tych ciepłych historyjek o wyciąganiu grzesznika z rynsztoka. Nic bardziej mylnego. Owszem, Leila dzięki kontaktom z księdzem znajdzie w końcu przebaczenie. Jest jednocześnie narzędziem Boga, które zesłane jest księdzu, by wyzbył się pychy i zrozumiał, że czyniąc dobro w imię Boga, za bardzo się od tego uzależnił.

Proste zdjęcia, posta narracja i dwie cudowne kreacje aktorskie. Nie trzeba naprawdę więcj, żeby zrobić dobry film.

Ocena: 9

A Single Man (2009)

Julianne Moore i Colin Firth w jednym filmie? W takim razie musiałem się na niego wybrać, nie ważne, o czym to jest. Kiedy jednak w Wenecji okazało się, że nie jest totalna klapa, moje pragnienie obejrzenia go jeszcze się nasiliło. Po seansie muszę stwierdzić, że nie rozczarowałem się, chociaż nie miałbym nic przeciwko, gdyby był jeszcze lepszy.



"A Single Man" to historia ostatniego dnia życia pewnego profesora. Nie mogąc już dłużej znieść rozstania ze swoim ukochanym, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym, postanawia popełnić samobójstwo. Nie będzie jednak łatwo. Los przygotował dla niego kilka niespodzianek. Świat nagle na nowo zacznie nabierać barw, a jego bliska randka z Tanatosem sprawia, że zacznie być postrzegany w innym świetle przez ludzi wokół niego.

(Jan Kortajarena)


Wiedząc, że film wyreżyserował były szef jednego z najważniejszych domów mody, trochę spodziewałem się show w stylu haute couture. A tymczasem dostałem skromną, lecz mimo wszystko wizualnie wysmakowaną opowieść, którą ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Po wyjściu z kina pierwsza reakcja to podziw, a dopiero długo później przychodzi konstatacja, że przecież w tym filmie tak naprawdę nic nie ma. Wszystko to recycling. Tom Ford jednak sprawił, że nie zauważyłem tego i za to dostaje ode mnie brawa.

Ocena: 7

Świnki (2009)

"Świnki" wypadają całkiem nieźle, jeśli potraktować je jako przypowieść o kapitalizmie opowiedziana z niecodziennego punktu widzenia. To w zasadzie historia młodej Polski wyzwolonej od dyktatury komunizmu. Ponieważ natura próżni nie znosi, jej miejsce zajął kapitalizm. Wszystko stało się dostępne, lecz trzeba mieć czym zapłacić. I tu pojawia się problem. Jednak w świecie, w którym rządzi wolny rynek, prawo podaży i popytu, można na wszystkim zarobić. Wystarczy tylko odkryć, czego na rynku potrzeba i to dostarczyć.

Młody Tomek chce zaimponować dziewczynie, chciałby pomóc rodzinie znajdującej się w finansowych tarapatach, ale początkowo nie wie, jak zdobyć kasę. Okazuje się jednak, że ma coś, na co w przygranicznej miejscowości jest duże zapotrzebowanie – to jego wiek i wygląd. Zaczyna więc sprzedawać towar i dobrze na tym zarabia. A jego 'dziewczyna'? Na pierwszy rzut oka może się wydawać mini-suką. Nie robi nic, jak tylko doi Tomka z kasy i w głębokim poważaniu ma to, jak je zdobywa. Ale czy Tomek zachowuje się inaczej, kiedy prosi o pożyczkę Ciemnego – kolegę, o którym wie, że się prostytuuje? Dziewczyna jest ładna i korzysta z tego, aby zarobić. W drapieżnym świecie próbuje przetrwać korzystając z wszelkich dostępnych środków.

Oczywiście "Świnki", jak każda przypowieść, musi mieć morał. Ten rzecz jasna jest oczywisty od samego początku: nie na darmo mówi się "dziki kapitalizm". Wszystko ma swoją cenę, a czasem jest ona śmiertelnie wysoka.

Gliński nie jest jednak naszym swojskim Larrym Clarkiem. Jego film jest wykastrowaną formą opowieści o młodzieży. Wątek z księdzem i kościołem nie został w ogóle wygrany. Podobnie jest z rodzicami. Całość trochę zbyt pretensjonalna i sztuczna, ale jednak nie aż tak zła, jak wydawało mi się przed filmem.

Ocena: 6

Кислород (2009)

No cóż, gdyby ten film powstał w undergroundzie 30 lat temu, idealnie wpasowywałby się w swoje czasy i naprawdę mógłby coś znaczyć. Dziś doceniam próby twórców stworzenia filmowego eksperymentu, ale z przykrością stwierdzam, że wiele z niego nie wyszło.



Pomysł, by o związku dwójki ludzi i świecie, w którym żyją opowiedzieć przez pryzmat utworów z krążka muzycznego był naprawdę fajnym. Do tego eksperymenty z formą i obrazem również dość innowacyjne. Całość siada jednak przez to, co film opowiada. Teksty 'piosenek' brzmią, jakby napisał je 12-latek, który ma duże wyobrażenia o świecie, ale tak naprawdę niewiele o nim wie. Stąd wszystko to banały i komunały. Fragment o islamie brzmi prawie niesmacznie (choć jednocześnie właśnie tu jest najlepsza muzyka). Trudno się tego słuchało.

Ocena: 5

Moja krew (2009)

"Moja krew" to samouczek gwałciciela. Można się z niego dowiedzieć jak zgwałcić kobietę, by nie tylko nie miała tego za złe, ale się jeszcze zakochała. Po pierwsze powinna być emigrantką, najlepiej nielegalną. To ułatwia sprawę i zmniejsza zakres możliwości zareagowania na gwałt. Po drugie po gwałcie należy zabrać kobietę na lody (waniliowe bądź czekoladowe). I najważniejsze: trzeba być umierającym. Jeśli spełni się te trzy warunki, sukces murowany.



Nie wiem co bardziej mnie zdumiewa: fakt, że film ten w ogóle powstał, czy też to, że będące na widowni kobiety nie wyszły w połowie. Po seansie żartowałem sobie, że prawdopodobnie w pierwotnej wersji scenariusza była historia faceta przygarniającego psa. Potem uznano, że atrakcyjniejsza będzie kobieta, ale już kwestii dialogowych bohatera nie zmieniono, stąd słyszymy z jego ust głównie komendy: "stój", "siad", "leż".

Ocena: 3

niedziela, 29 listopada 2009

The Imaginarium of Doctor Parnassus (2009)

"Parnassus" to daleki kuzyn "Jabberwocky'ego" i "Barona Munchausena". Owszem jest to kuzyn naprawdę daleki i pochodzący z pośledniejszej gałęzi, ale jednak podobieństwo jest niezaprzeczalne. Bogata wyobraźnia, szalone pomysły i zaraźliwe poczucie humoru to cechy szczególne tego filmu. I gdyby były to jedyne cechy, wtedy byłby to jeden z najlepszych filmów Terry'ego Gilliama. Ponieważ tak nie jest, film jest ledwie dobry. Reżyserowi zabrakło konsekwencji w byciu niekonsekwentnym. Pomylił też widowisko z rozmaitościami z chaosem (momentami wyrywającego się spod kontroli). "Parnassus" ma w sobie jednak wystarczająco dużo magii starego Gilliama, że mimo wszystko z seansu wyszedłem zadowolony.


Gilliam bardzo zmyślnie wyszedł z kłopotliwej sytuacji w jakiej postawił go trup Heatha Ledgera. Pomysł na przemiany bohatera to strzał w dziesiątkę. Tony nie był bowiem zbyt fascynującą postacią. W porównaniu z pozostałymi członkami trupy mimo swej niejasnej przeszłości prezentował się blado. Ja szczególną uwagę zwróciłem na dwoje młodych aktorów. Lily Cole nie wygląda tu tak zjawiskowo jak u Sally Potter w "Rage", a w jednej scenie Gilliam prezentuje nam niezbyt przychylne dla niej proroctwo na temat jej starzenia się, ale mimo wszystko warto jej karierze uważnie się przyjrzeć. Drugim aktorem jest Andrew Garfield, który niepostrzeżenie wyrasta na prawdziwe objawienie brytyjskiego kina i już wkrótce będzie pewnie konkurował z Samem Worthingtonem. Tu może nie wykazał się tak wielkim talentem jak w "Boy A", ale talent chłopak ma i będę mu kibicował, aby go nie zmarnował.

Ocena: 6

おくりびと (2008))

Piękny, czarujący, ciepły i wzruszający film o znaczeniu śmierci i godnego traktowania zmarłych. Główny bohater z muzyka przekwalifikował się na specjalistę od przygotowywania zmarłych do pogrzebu. Praca ta znajduje się w sferze tabu i nikt normalny jej nie wykonuje. On również początkowo bardzo niechętnie podchodzi do swojej pracy. Z czasem zaczyna się w niej odnajdywać. Zaś ceremonia, której przewodzi okazuje się czymś niezwykle pięknym, podniosłym i ważnym w procesie ostatecznego pożegnania.



Film wzrusza cudownymi scenami przygotowywania zmarłych. Bawi znakomitym i bardzo taktownym poczuciem humoru. Delikatnie i mądrze opowiada o życiu. Może, jak na mój gust, zbyt wiele w tym filmie jest zbiegów okoliczności, Kiedy jednak spojrzeć na wszystko jak na bajkę, wtedy można to przełknąć, Jedyną rzeczą, która tak naprawdę mi przeszkadzała była muzyka. Zbyt sentymentalna, wtryniająca się w scenach, które doskonale radziły sobie bez dodatkowego akompaniamentu. Czułem się manipulowany, a tego nie lubię. Mimo wszystko film warto obejrzeć i cieszę się, że mnie to się udało,

Ocena: 9

Flashbacks of a Fool (2008)

Być nastolatkiem nie jest łatwo. Trzeba wybierać między przyjaźnią a seksowną dziewczyną, bądź też między dziewczyną a napaloną starszą sąsiadką. Dla większości tego rodzaju przygody kończą się najwyżej na posiniaczonym ego i zwichniętym (na chwilę) sercem. W przypadku Joe było jednak inaczej. Jego błędne decyzje kosztować będą znacznie więcej i choć efektem ubocznym będzie sława i pieniądze to, co liczyło się dla niego najbardziej stracił nieodwracalnie.


Ten film to solidna rozrywka z idealnie wyważonym stosunkiem scen komediowych do dramatycznych. Dużym plusem są ciekawe postaci: obaj nastolatkowie, napalona sąsiadka czy też czarnoskóra gosposia. Podobały mi się także zdjęcia, choć głównie w okresie współczesnym, flashbacki wypadły bardziej standardowo.

Ocena: 6

Cracks (2009)

Debiut pełnometrażowy córki Ridleya Scotta nie do końca jej się udał. W tym filmie jawi się jako reżyserka niezdecydowana, pozbawiona samodyscypliny. Wyraźnie miała więcej pomysłów niż umiejętności połączenia ich w jedną wspólną całość. Wyszła z tego pstrokacizna, w której kilka elementów jest nawet całkiem dobry. Z jednej strony jest to opowieść o drapieżnej kobiecie, która potrafiła omotać wokół siebie młode dziewczęce umysły. Jest to zarazem kobieta tragiczna i słaba, gdyż bez ich uwagi nie potrafi żyć. "Cracks" to też historia obcego (czy też "obcej"), wkraczającego w zwartą grupę i doprowadzającego do przedefiniowania wzajemnych zależności. Jest to również opowieść o obsesji, która prowadzi do tragedii.



Jak więc widać, w tym filmie jest o parę rzeczy za dużo (jak na Scott). Obraz trzyma się kupy głównie dzięki kreacjom aktorskim. Eva Green i Juno Temple tworzą bardzo solidne dwa boki fabularnego trójkąta. Maria Valverde jest już nieco gorsza, choć może to wynika ze słabości scenariusza. Jestem przekonany, że wielu osobom "Cracks" przypadnie do gustu. Ja jednak nie jestem jedną z nich.

Ocena: 5

Get Low (2009)

"Get Low" mógł być naprawdę bardzo dobrym filmem, gdyby tylko jego twórcy tak bardzo się nie starali zrobić 'coś więcej'. Pewnie wynika to z faktu, że scenariusz nie grzeszy oryginalnością, ale to nie musi być przeszkodą. Czasem ważniejsze jest to, jak się historię opowiada. Opowieść o samotniku, który gotów jest w końcu skończyć z wygnaniem mogła wzruszyć. Niestety twórcy postawili na sztampę i ckliwy sentymentalizm tego rodzaju, który zawsze grał mi nerwach. Końcowe wyznanie nie budzi większych uczuć, a ostatnia scena z Bushem to chwyt poniżej pasa.



Twórcy chyba do końca nie mogli się zorientować na ile na poważnie chcą opowiedzieć historię, Stąd dostajemy dziwną mieszankę, która przypomina jazdę kolejką górską. Raz jest fajnie, raz nudno. Najlepiej film prezentuje się w partiach komediowych. I szkoda, że humor ten gubi się gdzieś w całym tym zamieszaniu. Plusem jest też obecność Lucasa Blacka. Niby cały czas gra tę samą postać, ale z jakichś powodów go lubię.

Ocena: 6

sobota, 28 listopada 2009

Adam Resurrected (2008)

Kiedyś Paul Schrader był chodzącą legendą kina. Reżyser "Amerykańskiego żigolaka" i "Mishimy", scenarzysta "Wściekłego byka" i "Ostatniego kuszenia Chrystusa" zniknął jednak z radarów, choć przecież wciąż robi filmy (ostatni naprawdę dobry zrealizował 7 lat temu – "Auto Focus"). "Adam zmartwychwstały" niestety nie pomoże mu powrócić na szczyt.


Film robi wrażenie, jakby była to sztuka wystawiana w jednym z bardziej eksperymentalnych teatrów off-broadwayu. I nie byłoby w tym nic złego (ba, wręcz przeciwnie!), gdyby zostało to zrobione dobrze. Historia 'najzabawniejszego człowieka w Niemczech' będącego Żydem i próbującego przetrwać nazizm jest naprawdę ciekawa. Adam ma niezwykłe zdolności, dzięki którym przetrwa obóz koncentracyjny kierowany przez faceta, którego kiedyś na oczach tłumu powstrzymał od samobójstwa. Wtedy ich życie się splotło i węzeł ten pozostał, nawet po zakończeniu wojny. Naście lat później Adam jest pacjentem szpitala psychiatrycznego przeznaczonego niemal wyłącznie dla osób, które 'przetrwały holokaust'. Targany poczuciem winy, Adam uparcie trzyma się szaleństwa, lecz pewnego dnia wszystko to się zmieni.

Retrospekcje robią duże wrażenie. Postać Adama jest barwna i intrygująco nietypowa. Sam ośrodek również pokazano w sposób ciekawy. "Adam zmartwychwstały" wydawał się idealnie pasować dla przeprowadzenia narracyjno-intelektualnego eksperymentu. Niestety w rękach Schradera wszystko się za bardzo wymieszało. Króluje pozbawiona równowagi, chaotyczna fabuła, w której giną wszystkie ciekawe elementy tak, że ostatecznie imponuje jedynie niewykorzystana obsada.

Ocena: 5

piątek, 27 listopada 2009

(2009) ציון ואחיו

Zion to prawdziwy skurwiel. Określenie mocne, ale w jego przypadku całkiem właściwe, choć przecież na pierwszy rzut oka może wydawać się niesprawiedliwe. Zion przejawia przecież uczucie winy i skruchy. Jednak na przejawach się kończy, jego zachowanie nie zmienia się. Potrafi przekonać innych, by mu pomogli, a potem jeszcze podle się czuli z tego powodu. Na szczęście jest los, który zawsze go ukaże.


Zion chciał odzyskać buty, które ktoś mu ukradł. Zobaczywszy podobne na nogach innego chłopaka uzna tamtego za złodzieja i spróbuje je odzyskać. Kiedy samodzielna akcja się nie powiedzie, na pomoc ściąga Meira, swojego brata. Buty odzyskuje, ale za cenę tragedii. Można byłoby się spodziewać, że wydarzenie to połączy obu braci, stało się jednak zupełnie inaczej. Pomiędzy nimi wyrósł mur niezrozumienia i wzajemnych oskarżeń. Zion sprytnie uczynił z Meira 'tego złego', za co dostanie bolesną nauczkę.

Zion chciał też zamieszkać z matką i jej nowym gachem. W tym celu potrafił ich spiknąć po krótkim okresie separacji. Znów dostał wszystko (czyli nowe buty), znów jego manipulacja się powiodła. I tym razem jego pragnienia trafią w niego rykoszetem, jako że matula zamierza syna wysłać do szkoły z internatem.

"Zion i jego brat" to kilka ciekawych portretów psychologicznych oraz ludzkich interakcji. Nie są to portrety do końca zbalansowane, ale na wystarczająco, by rezonować. Jedyne do czego nie mogę się przyzwyczaić to rola Ronit Elkabetz. Podobnie jak w "Jaffie" tak i tu wygląda co najmniej dziwnie, niczym tania ulicznica przebierająca się za matkę i żonę. Zdecydowanie lepiej wypada w takich rolach jak choćby w "Przyjeżdża orkiestra".

Ocena: 7