środa, 28 stycznia 2009

Lars and the Real Girl (2007)

Kiedy widzę film, w którym grają Ryan Gosling bądź Patricia Clarkson, to sięgam po niego w ciemno. Prawie nigdy nie jestem rozczarowany. I podobnie jest w tym przypadku.

"Lars and the Real Girl" to współczesna wariacja na temat mitu o Pigmalionie. Tytułowy Lars jest człowiekiem bardzo zamkniętym w sobie, co martwi jego bratową. Zasadza się na niego, nie chce mu odpuścić i za wszelką cenę próbuje włączyć go do życia rodziny. Jakże jest więc uradowana, kiedy Lars ogłasza, że poznał dziewczynę. Chwilę potem radość przeradza się w szok, kiedy okazuje się, że jego wybranką jest lalka erotyczna. Lars traktuje ją jednak jak człowieka (inwalidkę to prawda, ale jednak żywą istotę), co zmusza otoczenie również do udawania, że lalka jest prawdziwą kobietą o imieniu Bianca. Będzie to miało zaskakujące konsekwencje.



Film Craiga Gillespie'a zupełnie inaczej podchodzi do choroby psychicznej. Nie jest to tragedia, ale proces można by rzec niezbędny, by osiągnąć równowagę i żyć w społeczeństwie. Relacja Larsa z Biancą to życie w pigułce, swoista szkoła relacji międzyludzkich i to czasem bolesna, bo okazuje się, że choć Bianca jest lalką to i tak ma sporo zajęć i nie zawsze jest na zawołanie Larsa.

Jednak przede wszystkim "Lars and the Real Girl" to piękna baśń o ludziach i pochwała wspólnoty, będącej fundamentem amerykańskiego społeczeństwa. W ciepły, sympatyczny i zabawny sposób opiewa odmienności i dziwactwa, które razem składają się na wspólny żywy organizm społeczności. Kiedy Lars potrzebuje pomocy, wszyscy wokół starają się mu pomóc, uczestniczą w szaradzie, która z czasem staje się niemalże prawdą. To mało prawdopodobne, ale wspaniałe. Aż chciałoby się wierzyć, że tak może gdzieś być naprawdę.

Ryan Gosling jak zwykle jest fantastyczny. Popisowa kreacja, za którą całkiem słusznie nominowano go do Złotego Globu. Moim zdaniem był o niebo lepszy niż Johnny Depp w "Sweeneyu Toddzie", ale cóż, jest młody i na pewno jeszcze nie raz zwycięży.

Lubię takie filmy i takich bohaterów.

Ocena: 8

wtorek, 27 stycznia 2009

Кубанские казаки (1949)

Cóż, tego rodzaju kino rzadko kiedy przypada mi do gustu, choć oglądało się to ciekawie jako materiał naukowy. "Wesoły jarmark" powstał bowiem wkrótce po Wojnie. Partia komunistyczna potrzebowała w tym czasie filmów, które z jednej strony wzmogą ducha patriotyzmu, a z drugiej wprowadzą trochę radości po straszliwych czasach wyrzeczeń wojennych. I film ten idealnie spełnia te zadania.

"Wesoły jarmark" jest znakomitym przykładem propagandy sukcesu pokazującej ZSRR jako kraj bogaty, opływający w dostatki, a ludzie są pracowici i życzliwi. Zaczyna się od wspaniałej panoramy dojrzałego zboża, na które wkraczają ludzie i ich wspaniałe, nowoczesne maszyny. Praca kołchoźniana wre. Co drugie zdanie to propagandowe hasła wzmacniające morale proletariatu, ideę ateizmu i artystycznej wyższości ludu pracującego.

Sama historia inspirowana jest komediami Szekspira. Dwa skonfliktowane rody zostają zastąpione przez dwa rywalizujące kołchozy, reszta jest jednak bez zmian. Szef jednego kołchozu podkochuje się w szefowej drugiego, a ta w nim, lecz obojgu wydaje się, że uczucie nie jest odwzajemnione. Sprawa komplikuje się, kiedy dwójka młodych z obu kołchozów także się w sobie zakochuje i zamierza się pobrać. Oczywiście film jest komedią muzyczną, więc jest śpiew i happy end i wielki sowiecki naród na dokładkę.

Ocena: 5

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Les Témoins (2007)

André Téchiné zrobił film, jakich dziś nie powstaje zbyt wiele – może nawet wcale. Dziś AIDS w świecie Zachodu przestaje być traktowane jako śmiertelna epidemia, a zaczyna jak choroba przewlekła w rodzaju cukrzycy. Zapominamy, bądź ignorujemy straszliwą prawdę, bo też wydaje się, że nie ma o czym mówić. A przecież jest. AIDS to straszliwa choroba, która zabrała setki tysięcy istot przedwcześnie i może zabrać jeszcze miliony więcej. Téchiné przypomina nam tę brutalną prawdę. Jest świadkiem tragedii, o której opowiadał już nie raz. Nie daje zapomnieć ani sobie ani widzom.

Plus d'infos sur ce film

"Les Témoins" to brutalny film w chłodzie i dystansie, jaki kreuje Téchiné. Nie ma tu łzawego dramatu w stylu "Filadelfii", a przecież historia aż prosiła się o takie potraktowanie: chłopak z prowincji trafia do stolicy z jego szalonym, wyzwolonym światem. Żyje pełną piersią, ciesząc się życie, może trafiając na prawdziwą miłość i nagle zostaje mu to wszystko odebrane. Téchiné stawia się jednak w postaci chłodnego narratora, tworzy dystans, jak przez to historia miała mniej boleć. I może rzeczywiście tak jest, jednak gorzki posmak pozostaje. To przedziwne uczucie, kiedy uświadamiasz sobie, że ktoś w tych czasach dorastał, uczył się życia i był świadkiem tylu śmierci wokół. To jak przeżycie wojny, ślad pozostaje na zawsze.

Konsekwentnie poprowadzona narracja, znakomite kreacje aktorskie (Bouajila, Béart) i zdjęcia sprawiają, że "Les Témoins" to naprawdę kawał dobrego kina. Szkoda, że montaż w kilku scenach bardzo mocno zaszwankował. Przez chwilę zaleciało ostrą amatorszczyzną.

Ocena: 7

niedziela, 25 stycznia 2009

Non ho sonno (2001)

Ci, którzy znają Dario Argento wiedzą, czego należy się spodziewać. "Bezsenność" nie jest może najbardziej krwawym z jego obrazów, ma za to całkiem nieźle pomyślaną intrygę i mocny klimat.



Po 17 latach w Turynie znów zaczyna grasować seryjny zabójca kobiet inspirujący się wierszykiem dla dzieci. W sprawę wplątani zostają bohaterowie zbrodni sprzed lat: inspektor, który prowadził sprawę a teraz jest na emeryturze i młody mężczyzna, który jako dziecko był świadkiem morderstwa swojej matki. Kilka przewidywalnych zwrotów akcji, standardowe morderstwa Argento i niezłe zakończenie (choć z logiką będące trochę na bakier). W oglądaniu filmu najbardziej przeszkadzała angielska wersja językowa oraz irytująca muzyka Goblina.

Ocena: 5

Sleepwalking (2008)

James to cichy chłopak. Trudno o nim mówić mężczyzna, choć powoli zbliża się do 30. Spolegliwy, zawsze ugodowy, zero asertywności. Jest sympatyczny, lecz przez swą bierność życie wciąż pluje mu w twarz. Teraz jednak w końcu się doigrał. Jego niestabilna siostra niczym kukułka podrzuca mu swoje dziecko, a sama znika. James nie potrafi się nastolatką zaopiekować, ale spróbuje, co doprowadzi do jej 'porwania' i ucieczki do domu ojca Jamesa, gdzie początek jego porąbanych losów zamknie się w dramatycznym zakończeniu.



Kiedy facet od efektów specjalnych bierze się za reżyserię, zazwyczaj wychodzą z tego koszmarne bohomazy. Tym razem jest inaczej. Bill Maher jest delikatny, prowadzi swoich bohaterów prostą drogą, bez durnych udziwnień, a mimo interesującą. Potrafi wzbudzić zainteresowanie i współczucie widza. Mocnym atutem jest obsada. Theron, Stahl, Hopper, a przede wszystkim młoda AnnaSophia Robb kreują wiarygodne i żywe postaci. Wielki plus dla scenarzysty za ten dialog pomiędzy Tarą a jej matką:

Joleen: You know, you could really start unpacking your own shit instead of sitting there and pretending to do your homework.
Tara: I'm not pretending to do my homework, I'm pretending not to hate my life!
Joleen: Well, you're not doing a very good job of pretending!
Tara: Well, maybe I'm not applying myself!
Joleen: I don't need this kind of shit from you right now, Tara!
Tara: What kind of shit do you need from me right now, Mom?


Filmowi brakuje myśli przewodniej, historia płynie trochę sobie a muzom. Ale jak na debiut jest całkiem nieźle.

Ocena: 6

sobota, 24 stycznia 2009

Dying God (2008)

Z cyklu 'tak złe, że aż dobre'.

Film nie ma ŻADNYCH wartości. I nie mówię tu o wartościach artystycznych ale rozrywkowych. Fabrice Lambot ledwie zna się na reżyserii, jednak w porównaniu z aktorami jest geniuszem. Cała obsada razem wzięta nie uzbierałaby talentu nawet na jednego aktora przedpołudniowej telenoweli. Drętwe dialogi, dukane kwestie i mimika twarzy głazu polodowcowego. Gdyby dodać do tego sceny seksu mielibyśmy porządny pornos i przynajmniej niektórzy oglądający coś by z tego wynieśli, a tak wieje nudą.



Gdybym chciał być w pełni obiektywny, musiałbym postawić filmowi 1. Nie potrafię się jednak na to zdobyć. Taki gniot mógł bowiem powstać tylko i wyłącznie z pasji robienia kina, a nie potrzeby zarabiania na nim. I to chwalę. "Odrodzone zło" to produkt fanów kina, którzy nie potrafią grać ani kręcić filmów, ale za to kochają X Muzą. Poza tym sam pomysł jest bardzo ciekawy. Główny bohater jest do cna skorumpowany i nie zawaha się strzelić w głowę bezbronnemu dzieciakowi, który go wykołował. Nikt w tym filmie nie jest bez winy i wszyscy mordują wszystkich. Na tym tle tytułowe monstrum wcale nie wydaje się takie okrutne i przerażające. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie zacząłem mu współczuć. Szkoda, że Lambot i Jean Depelley nie sprzedali go do jakiejś wytwórni. Mógł z tego powstać naprawdę świetny horror.

Ocena: 4

He Was a Quiet Man (2007)

Pierwsze pozytywne zaskoczenie w tym roku. Po "Spokojnego człowieka" sięgnąłem trochę przez przypadek i z całą pewnością nie tego oczekiwałem. Tymczasem nowy film scenarzysty "Constantine'a" to nieźle pomyślany, dobrze zrealizowany i zagrany film o szaleństwie. Temat wdzięczny, ale trudny. Cappello wyszedł z niego obronną ręką.

Christian Slater gra tu szarego człowieczka, zapewne schizofrenika (rozmawia z rybką z akwarium). Tłumiona agresja zbiera się w nim, aż w końcu jest gotowy zabić swoich współpracowników, którzy mają go w nosie. Kiedy już już ma zrealizować swój plan rozlegają się strzały – okazuje się, że inny frustrat go ubiegł. Zostaje mu zastrzelenie zabójcy, za co ogłoszono go bohaterem. Dostaje nawet w nagrodę dziewczynę swoich marzeń, a że jest sparaliżowana, tym lepiej dla niego… do czasu zakończenia, kiedy cała historia wywraca się do góry nogami.



Slater zaskoczył mnie zdyscyplinowaniem. Film z całą pewnością zapamiętam także za sprawą muzyki zarówno tej Jeffa Beala jak i piosenek skomponowanych przez samego reżysera. Fajny, przewrotny, straszliwie cyniczny film – takie kino lubię. Gdyby jeszcze w reżyserskim warsztacie Cappello się podciągnął, byłoby wspaniale.

Ocena: 6

Mad Money (2008)

"Skok na kasę" to kobieca odpowiedź na kino o napadach na bank. Diane Keaton, Queen Latifah i Katie Holmes tworzą sprawnie funkcjonujący gang, który prosto z banku federalnego wyciąga niezłą fortunę. Faceci w tym filmie pełnią całkowicie drugoplanową rolę i pewnie to zdecydowało o klapie całego filmu. W końcu napady na bank to typowo męskie zajęcie.



Jednak Callie Khouri zrobiła całkiem sympatyczny, przyjemny i ciepły filmik o kobiecej przyjaźni, solidarności i pazerności. Jest średnio zabawnie, nie ma zbyt wiele do ekscytowania się, ale ogląda się to dobrze i bez znużenia.

Ocena: 6

piątek, 23 stycznia 2009

Sisters (2006)

Tania podróbka mająca żerować na strachu związanego z szarlatanami medycyny i tajemnicami osobowości. W rzeczywistości jest to jednak popis aktorskiego bezguścia, drętwoty twórców i masowego przegapiania okazji. Sevigny zawodzi na całej linii. To, co widać na ekranie trudno nazwać nawet grą aktorską. Cała konstrukcja fabuły o rozdzielonych siostrach syjamski jest podana tak nieprzekonująco. Do tego zero atmosfery, brak napięcia i koniec, który niczemu nie służy. Parę scen niezłych, ale w sumie film okazał się stratą czasu.


Ocena: 4

Русалка (2007)

"Rusałka" to brutalna bajka o wielkim mieście, które pożera swoich mieszkańców. Brutalna nie ze względu na fabułę, która jest raczej przyjemna i zabawna, ale na zakończenie i pointę, która daleko odbiega od nastroju całości.

Tytułową rusałką jest Alisa, która wychowała się na prowincji, gdzie nic nie powstrzymywało jej wyobraźni. Potem przeniosła się do Moskwy, która zdawała się ucieleśniać wszelkie marzenia. Na każdym rogu slogany reklamowe niczym mądrości wieków kierują życiem, każdy dzień jest przygodą. Alisa w swej naiwności nie może przestać się tym zachwycać. Żyje swoim prostym życiem. Jednak metropolia konsumpcjonizmu pożre każdego.



Евгений Цыганов


Przez większą część filmu panuje nastrój lekki i przyjemny. "Rusałka" zdaje się być prostą, może nieco tępawo ciosaną komedyjką o prowincjuszce w wielkim mieście. Jednak pod tą radosną makietą, kryje się mroczna rzeczywistość. De facto bowiem "Rusałka" jest gorzką baśnią o straszliwej bezduszności i anonimowości wielkich miast, gdzie wszystko jest na sprzedaż, gdzie każde marzenie ma swoją markę, lecz gdzie człowiek jest nikim. Ta zmiana tonu w końcówce jest tak nagła, że wiele osób może odstręczyć. I jest to reakcja jak najbardziej uprawniona. "Rusałka" jest miejscami zbyt sztuczna. Wcale nie robi wrażenia kina artystycznego. Jednak zakończenie z komercyjnym kinem nie ma nic wspólnego. Takie mutanty rzadko dobrze radzą sobie w kinie. "Rusałka" jest niezła, ale tylko niezła.

Ocena: 6

czwartek, 22 stycznia 2009

Los Cronocrímenes (2007)

Całkiem klimatyczne kino. Hiszpanie ostatnimi czasy ruszają z motyką na Słońce i wychodzą z tego zwycięsko przerabiając wyświechtane klisze na całkiem świeże opowieści. O podróżach w czasie opowiedziano już tyle historii, że spokojnie można powiedzieć, że wszystko to już było. A tymczasem Nacho Vigalondo pokazuje, że nawet jeśli było, to i tak jest miejsce na odrobinę odmienności.

Oto facet z brzuszkiem i paroma dziesiątkami lat na karku zapętla się w czasie. Intryga się zagęszcza podczas gdy bohater próbuje znaleźć sposób, by uwolnić się z błędnego koła. Owszem, film ma trochę na siłę skonstruowaną fabułę – gdyby bohater siedział na tyłku tak jak miał, nic by się nie wydarzyło. Skoro już jednak po naciągano trochę fakty, reszta wypada zaskakująco udanie. Wielki plus za brak duchów, nazistów i kościoła, co Hiszpanom przy tego rodzaju produkcjach rzadko się zdarza.

Ocena: 6

środa, 21 stycznia 2009

Les Quatre Cents Coups (1959)

Pełnometrażowy debiut François Truffaut to perfekcyjne połączenie autobiograficznej opowieści z uniwersalnymi prawdami. Truffaut przekuł na filmową materię swoje trudne dorastanie i stworzył z tego historię pozostającą aktualną do dziś.

Główny bohater to dorastający chłopak, który próbuje wpasować się w świat, ale nie bardzo mu się to udaje. System szkolny nie jest do niego dostosowany, przez co zostaje uznany za urwisa, mąciwodę i niedojdę. Rodzice są mu w zasadzie obcy, nieobecni lub ślepi na jego potrzeby, problemy, nadziej. Stara się zatem przebywać z nimi jak najmniej, w kinie i innych miejskich rozrywkach szukając ukojenia. Kiedy tak przyglądamy się kolejnym dniom z jego życia, wyraźnie widać, że nie jest to degenerat społeczny, nie jest nikim specjalnie się wyróżniającym. A jednak system i rodzice wtłaczają go coraz mocniej i mocniej w rolę outsidera i młodocianego przestępcy.



Smutna to wizja dorastania. Jednak Truffaut opowiada to z dystansem i humorem. Ma do tego prawo, w końcu jemu się udało. Wyszedł na prostą, choć duża w tym zasługa André Bazina, któremu zresztą "400 batów" jest dedykowane. Wielka szkoda, że Bazin nie zobaczył, jak Truffaut debiutuje w kinie i staje się jednym z czołowych przedstawicieli Nowej Fali.

Pół wieku temu film musiał robić naprawdę spore wrażenie. Dziś jest to wciąż solidna produkcja, która wytrzymuje próbę czasu. Jednak do arcydzieła trochę brakuje.

Ocena: 7

wtorek, 20 stycznia 2009

My Blueberry Nights (2007)

Nie do końca udało się to amerykańskie ciasto Kar-Waiowi. Zdecydowanie zabrakło w nim Azjatów. Przeszkadzała też zbyt duża samoświadomość reżysera, który zachował się jak debiutant, a nie jak rasowy wyjadacz chleba, zarzucając nas cytatami z samego siebie. Mamy więc jedzenie (tym razem ciast a nie ananasów w puszce), czarnowłose femme-fatale, duże okulary przeciwsłoneczne, depresyjnego policjanta, platynową blondynkę i wiele innych elementów, które doskonale znamy z dawnych filmów Kar-Waia. Tym razem jednak brakuje w tym wszystkim zmysłowości, tęsknoty, a przede wszystkim klaustrofobicznego osamotnienia. To dopiero drugi film Kar-Waia, w którym zaskoczył mnie nieudolnym operowaniem przestrzenią. Zdjęcia są za bardzo wystudiowane, by sprawiać wrażenie autentycznych, przestrzeń nie zostaje zamknięta, objęta kadrem, a nieliczne udane ujęcia cieszą oko, ale nie wspierają historii.



Najbardziej jednak daje się we znak brak Chińczyków. Jude Law, Norah Jones, David Strathairn grają dobrze, ale widać było, że role te były pisane z myślą o chńskich aktorach i ci – jestem o tym święcie przekonany – wypadli by lepiej. Idealnym tego przykładem jest Rachel Weisz, która jest tanią imitacją Maggie Cheung. Kar-Wai filmuje je obie w identyczny sposób. Weisz nawet chodzi jak Cheung, ale cóż z tego, skoro nie jest w stanie wydobyć z siebie tej samej energetycznej zmysłowości.

Całość broni ostatnia historia z Natalie Portman. Tylko w tej nowelce nie miałem poczucia, że jest to powtórka z rozrywki. Opowieść mnie wciągnęła i wzruszyła, a Portman okazała się świetną aktorką, w doskonale dobranej roli. Gdyby nie ona i historia Leslie, pewnie moja ocena byłaby znacznie niższa.

Jest jednak jeden wielki plus – muzyka. Ścieżka dźwiękowa jest genialna, aż brak mi słów. Dla niej warto się wybrać do kina, ale jeszcze lepiej posłuchać jej w zaciszu domowego ogniska.

Ocena: 6

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Thirteen or so Minutes (2008)

Cóż, ten film upewnia mnie tylko w tym, co i tak widziałem od bardzo dawna: nie należy sugerować się cudzymi opiniami. Film nie ma może zbyt wiele ocen na IMDb, ale średnia jest dość imponująca, mogłem zatem sądzić, że trafiła mi się gratka. Tymczasem filmik jest dość prostą i nie do końca udaną wprawką. Wygląda jak rejestracja aktorskiego ćwiczenia. Miejscami są wiarygodni, miejscami jednak całkowicie przeginają, a niektóre teksty to jak mantry wyjęte z podręcznika dla tolerancji. Brakuje też fajnej pointy, która by to wszystko spięła w całość. Mnie film rozczarował.


Ocena: 5

niedziela, 18 stycznia 2009

Les Femmes de l'ombre (2008)

Nadszedł renesans filmów o II Wojnie Światowej. Po walczących Murzynach, Żydach i Niemcach, przyszła pora na walczących Francuzów i do tego kobiety. "Siła odwagi" to film oparty na faktach opowiadający o akcji, która zabezpieczyła tajemnicę aliantów dotyczących planowanego desantu w Normandii. Cztery kobiety z narażeniem życia ratują pewnego geologa, a potem będą dybać na życie pewnego SS-mana.

Plus d'infos sur ce film

Historia znakomita, wprost wymarzona na film, niestety obraz z tego wyszedł niezły, ale nie dobry. Twórcy poszli za bardzo w stronę dramatu, podczas gdy dramat powinien wychodzić z postaci, a akcja powinna być dynamiczna, ostra i przesiąknięta niebezpieczeństwem. Oczywiście w porównaniu do polskich wojennych produkcji (nieszczęsny "Rok 1941" na przykład, czy "Katyń") film radzi sobie dobrze. Mógł jednak być żeńską wersją "Parszywej dwunastki". A tak przepadnie w zalewie hollywoodzkiego kina. Trochę szkoda, ale Francuzi sami są sobie winni.

Ocena: 6

The Shirt (2006)

Szara rzeczywistość, nuda, pustka, śmierć za życia. Jak się od tego uwolnić? Znaleźć idealną koszulę, która nada życiu sens. Tak przynajmniej myśli bohater tej krótkometrażówki. Całkiem fajna, choć nieco pretensjonalna przypowiastka o ludzkich obsesjach, które jednak mogą pomóc w znalezieniu tego, czego się nie szukało, a co było nam potrzebne.



Ocena: 6

sobota, 17 stycznia 2009

Live! (2007)

Deae populi.

Eva Mendes bawi się w kino niezależne i robi film o zmorze naszych czasów, będących tak naprawdę zmorą każdych czasów – o popularności i potrzebie przypodobania się tłumowi. Czy były to walki w Koloseum, czy publiczne egzekucje zawsze chodziło o to samo: by dać publice to, czego 'chce', za co nas pokocha. Teraz bogami są producenci programów telewizyjnych, a o tym czy są w panteonie czy też nie decydują wyniki oglądalności.



W tej chwili w telewizji liczą się reality show. Jeśli stacja chce wygrać, musi dać widzowi to, czego nie daje żadna inna stacja. Katy (Mendes), dyrektor programowa wpada na pomysł pokazania na żywi rosyjskiej ruletki. Śmierć na ekranie telewizora, a wszystko na żywo! Ostateczna granica przekroczona. Widzimy przygotowania do programu, walkę z prawnikami i ostatecznie sam program. Widzimy i spływa to – przynajmniej po mnie – jak woda po kaczce. Nic w tym filmie nie ma. Miałkie przesłanie z przewidywalnym cynizmem na pointę, widowisko wtórne i bez emocji. Tylko samo show wypada nieźle i napięcie jest budowane bardzo dobrze. Nic jednak z tego nie wynika.

Mimo znanych twarzy w obsadzie (Mendes, Krumholtz, Morgan, Hernandez itd.) i uznanego dokumentalisty za reżysera (5 nominacji, 2 Oscary!) film jest po prostu słaby. Nie udało się uchwycić drapieżnego świata telewizji, ani krwiożerczego demona ludu, który przecież sami ludzie mediów sobie wychowują. "Śmierć na żywo" jest bladym cieniem również niezależnego i pozbawionego gwiazd "Series 7: The Contenders". Tamten film miał w sobie życie, dramaturgię i powstając w czasach apogeum reality show naprawdę zdawał się przepowiadać przyszłość. W "Śmierć na żywo" nic z tego nie ma.

Ocena: 5

Fall Down Dead (2007)

Ekhm, aż wstyd przyznać się do oglądania "Śmierć to za mało". Chciałoby się powiedzieć, że film tak głupi, że aż śmieszny... ale nie jest. Jakiś psychopata, któremu bliżej do zombie niż narcystycznego artysty lata po zamkniętym biurowcu. Grupa pustaków lata po tym samym biurowcu tylko po to, żeby on mógł ich zabić. Do tego muzyka, która jest na maxa spoilerowi i David Carradine, który nie potrafi zagrać ciapowatego ochroniarza, choćby nie wiem co.



Na plus zaliczyć trzeba Dominique Swain, która płuca ma nie złe i wie jak dobrze wrzasnąć. Dawno już nie słyszałem tak dobrych krzyków. Szkoda tylko, że wrzeszczy w tak absurdalnych scenach. Fajnie też było zobaczyć na ekranie Mehmeta Günsüra, którego miło wspominam po filmie "Hamam". Nie jest to jakiś wielki aktor, ale na bezrybiu i rak ryba.

Ocena: 3

Love and War (2006)

Śpiewające operę laleczki! Już za sam pomysł należą się twórcom brawa. Filmowi udało się przekazać całe piękno i kicz opery w historii o tytułowej miłości i wojnie. Scena batalistyczna jest naprawdę świetnie zanimowana, za co dostaje u mnie dodatkowe punkty. Może lekko za długa, ale w sumie wyszło w porządku.



Ocena: 7

Marry Me (2008)

Sympatyczna przypowiastka o miłości, która czy masz 5 czy też 50 lat wygląda tak samo: gdy jedna strona chce, druga mówi nie. Kiedy w końcu przejrzy na oczy, pierwszej się odwidzi. Bardzo fajnie się to ogląda. Zabawne i mocno życiowe.



Ocena: 6

środa, 14 stycznia 2009

Kiss the Bride (2007)

Co za rozczarowanie! "Latter Days" nie było żadnym arcydziełem, ale był to sympatyczny filmik mający swój własny niepowtarzalny, mocno sentymentalny charakter. Tymczasem "Kiss the Bride" to nic więcej jak wymuszona, wymęczona i nudna ponad wszelką miarę komedyjka, która prawie wcale nie jest śmieszna. Sam pomysł – jak to często bywa – nie jest taki najgorszy. Oto facet dowiaduje się, że chłopak, który był jego pierwszą miłością, żeni się i to z kobietą. Jedzie więc odwieść go od tego 'błędu', a może i ponownie rozkochać w sobie. Nic jednak nie jest tak proste, jak się wydaje, a upływu czasu nie da się wymazać.



Gdzieś po drodze pomysł rozmył się w powodzi złych decyzji i miernych żartów. Powiedziałbym, że całość jest nieprzemyślana i niedopracowana i wymagała co najmniej jeszcze kilku przeróbek. Większość scen nie jest zabawna. Inne mają takimi kobyłami napisane 'uwaga dowcip', że uciekło z nich wszelkie powietrze. Film nawet nie jest sentymentalny ani wzruszając. Przez chwilę jest nadzieja, że może czekać na widzów twist w stylu "Przedsionki i sypialnie", ale są to tylko płonne nadzieje. Po Coxie spodziewałem się jednak czegoś zdecydowanie lepszego. A tak wyszły popłuczyny po "Big Edenie" i nic więcej. Wieeeelka szkoda.

Ocena: 4

Süt (2008)

Ach te dramaty młodości! Wszystko wtedy jest tak intensywne, tak ważne, tak ostateczne. Yusuf marzy o innym życiu. Chce być poetą, doświadczać i opisywać świat. Zamiast tego siedzi na wsi z matką, sprzedaje obwoźnie mleko i nabiał. Z trudem radzi sobie z tą szarą rzeczywistością. Kiedy jednak w ten uporządkowany świat wkracza nowy adorator matki, delikatny w gruncie rzeczy Yusuf nie potrafi sobie z tym poradzić. W jego świecie (a może nawet w nim samym) zagnieżdża się wąż grzechu. W desperacji będzie bliski popełnienia może nawet morderstwa. Zamiast tego skaże siebie samego na zesłanie w kopalni i wieczne potępienie bez ukochanej poezji.

(Melih Selcuk)

"Mleko" bardzo przypomina mi minimalistyczne kino latynoamerykańskie z domieszką realizmu magicznego. Surowy, naturalistyczny obraz jest zarazem delikatną przypowieścią o rozterkach młodości, kiedy to marzenia pozostają w konflikcie z tym, co dzieje się naprawdę. W filmie królują niedopowiedzenia, milczenie, obraz. "Mleko" jest jednak dość czytelnym filmem – może nawet zbyt czytelnym. Niektóre metafory, sceny są za bardzo jednoznaczne i schematyczne. Brakuje tu oryginalności. Ale kilku amatorów na pewno znajdzie.

Ocena: 6

wtorek, 13 stycznia 2009

Defiance (2008)

Kiedy Steven Spielberg nakręcił "Listę Schindlera" doprowadził do apogeum historię cierpienia Żydów w czasie Holokaustu. Cóż więcej można było o nim opowiedzieć? Nic. Dlatego też przez lata filmów o tej tematyce powstawało coraz mnie i mnie. Teraz jednak Żydzi powracają, lecz już zupełnie inni. W końcu przestają być tylko baranami idącymi na rzeź, lecz zaczynają być dumnymi synami Machabeuszy, zaczynają sięgać po broń. Po 60 latach Hollywood jest w końcu w stanie pokazać Żyda walczącego.



Niestety Edward Zwick więcej zapowiada, niż dostarcza. Należąc do starszej szkoły twórców nie potrafi w pełni uwolnić się od martyrologicznych tematów. Walczących Żydów usuwa na margines. Pokazuje obowiązkowy napad zemsty, ale potem odsuwa niewygodną brutalność na bok, woląc skoncentrować się na postaci Tuwiego Bielskiego, kreowanej tutaj niemalże na mesjasza. Zwick chce opowiadać o bohaterstwie, lecz sam zachowuje się jak tchórz. Bielscy i ich ludzie byli postawieni w dramatycznej sytuacji niemalże bez żadnego wyboru: zabij lub zgiń. Jednak Zwick niechętnie pokazuje brutalność wojny, jej bezwzględny, dehumanizujący wymiar, rządzę zemsty i pragnienie ślepego odwetu. Aby uwiarygodnić swój film musiał o tym wspomnieć, lecz sceny te ogranicza do niezbędnego minimum i poza sceną samosądu na schwytanym Niemcu reszta jest słaba. Zdecydowanie najlepiej film wypada (a w każdym razie jest najbardziej wzruszający) w scenach, w których pokazane jest cierpienie Żydów. Ta nierówność obrazu bardzo irytuje. Momentami nie da się po prostu filmu oglądać. W innych chwilach całkowicie wciąga i wzrusza.

"Opór" w Polsce wzbudzi na pewno duże emocje. A wszystko to za sprawą napisu na początku twierdzącym, że mamy do czynienia z 'prawdziwą historią'. Otóż nie, nie mamy. Film owszem jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, lecz jest tylko filmem, w którym na dodatek nie ma ani razu mowy o Polsce. Gdyby nie ten napis, można byłoby spokojnie sobie darować całą historię i oglądać film jako kolejny obraz judeo-protestancki o zbawczej sile własnej woli przetrwania, organizowania się i walki.

Ocena: 5

poniedziałek, 12 stycznia 2009

The Curious Case of Benjamin Button (2008)

Przepiękny film, który od razu przywodzi na myśl "Zabójstwo Jesse'ego Jamesa". I nie chodzi tu tylko o Brada Pitta, ale o wszystko: ten sam gawędziarski sposób narracji, ten sam rodzaj zdjęć, muzyka. Wszystko to jest zachwycająco cudowne, odpowiednio wzruszające. Do tego Pitt, Blanchett, Swinton i Taraji P. Henson tworzą znakomite role aktorskie.



Kiedy jednak minie zachwyt i wyschną łzy, co pozostaje z filmu? Niestety niewiele. Brakuje w nim duszy, charakteru, wyrazistości. Nie jest to w zasadzie przypowieść mająca w sobie głębsze dno. Nie ma cech formalnych, po których od razu można byłoby poznać, że to film Finchera. Gdyby obraz zrobił Almodóvar "Button" był zachwycającym melodramatem, którego centrum stanowiłyby Daisy, Queenie i może Elizabeth. U Wesa Andersona podkreślona zostałaby ekscentryczność i absurdalność całej sytuacji. Paul Thomas Anderson stworzyłby prawdziwy fresk ludzkiego losu, zaś Todd Solondz wprowadził nas w świat depresji i perwersji. A Fincher? On po prostu zrobił ładny film o niczym. Podczas oglądania to w zupełności wystarcza, lecz to za mało, bym za rok, dwa potrafił sobie przypomnieć o czym tak naprawdę opowiada.

Ocena: 7

niedziela, 11 stycznia 2009

The Deaths of Ian Stone (2007)

No cóż, "Spirala życia i śmierci" może być nawet niezłym filmem... pod warunkiem, że ktoś ją nakręci. To bowiem, co zaprezentował Dario Piana wydaje się raczej szkicem koncepcyjnym niż gotowym dziełem. Wszystko jest wzięte w olbrzymi cudzysłów skrótów myślowych. Cała koncepcja zabijania i pamięci nie jest dopracowana i w końcu nie wiadomo czy zabójcom Iana zależy na tym, by nie pamiętał czy też żeby pamiętał. Wszystko toczy się w ekspresowym tempie, lecz jednocześnie nic z tego nie wynika. Sam pomysł był jednak niezły.

Z całego filmu moją uwagę zwróciła tylko Jaime Murray, choć kiedy chodzi w czerwonym obcisłym wdzianku wydaje się niezdrowo wręcz chuda.

Ocena: 3

sobota, 10 stycznia 2009

Confess (2005)

Po tym filmie jeszcze lepiej rozumiem wrogość społeczeństwa wobec prostytucji. Prostytucja bowiem jest niczym wrzód na zbiorowym sumieniu, rzuca nam w oczy to, czego nie chcemy przyznać przed sobą – że zamiast cierpliwej pracy i zbierania owoców wszyscy chcemy szybkiej kasy tu i teraz. Najlepszym tego przykładem jest główny bohater "Spowiednika" Terell. Miał mózg, mógł zajść daleko. Zrezygnował jednak ze studiów, bo po co. Zamiast tego założył firmę i chciał się szybko nachapać pieniędzy. Prostytuując swój talent do komputerów, dał się schwytać alfonsom (czytaj: wielkiej korporacji), która zerżnęła go równo i to bez wazeliny i wysiudała z interesu przejmując wymyślone przez niego rozwiązania. I co teraz robi Terell? Zamiast zakasać rękawy i wziąć się do roboty, woli 'karać' tych, którzy mu przeszkodzili w świetlanej przyszłości. Oczywiście nie on sam jest winny, lecz inni i tak oto staje się symbolem współczesnego hackerowego ruchu terrorystycznego.



Kilka pomysłów w "Spowiedniku" jest naprawdę interesujących. Pomiędzy całą tą szmirą i nudą wyziera inteligentna obserwacja na temat współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego i roszczeniowego bazujące na wzajemnym pasożytowaniu. Jednak Stefan C. Schaefer robi wszystko co w jego mocy, by zakopać te ciekawe uwagi w bezsensownej i nudnej fabule. Pod koniec wydaje się, że może w końcu doczekam chwili szczerości, ale okazuje się to zwykłym beknięciem pozera. Szkoda.

Jedyny plus to to, że teraz lepiej rozumiem, skąd się wzięły te wszystkie pomysły w "The Amazing Truth About Queen Raquela". Na szczęście ten drugi film jest najlepszym dowodem na to, że Schaefer się rozwija jako reżyser.

Ocena 4

Cleaner (2007)

Jeden z najbardziej spektakularnych bankrutów Hollywood Renny Harlin wciąż kręci filmy. Zadziwiające! Na szczęście "Ślady zbrodni" to nie wielkie widowisko, a skromny dramat. Ryzyko było mniejsze ale i szanse na spektakularny sukces minimalne. Ten film to rutynowa robota, z kilkoma bardzo dobrymi momentami (Jackson wspominający zamordowanie żony, scena kłótni z córką).


Harlin zrobił dobry, solidny dramat, w którym nic nie jest takie jakie się z pozoru wydaje. To brudny świat, w którym dobry znaczy tyle co mniej skorumpowany. Komu wierzyć, przed kim się chronić. Niezłe role, wszystko skrojone pod znaną formę. Z całą pewnością nie zapadnie mi w pamięci, ale nie jest źle. Może Harlin w końcu wyszedł na prostą.

Ocena 6

czwartek, 8 stycznia 2009

Milk (2008)

Po niemal 10 latach Gus Van Sant był znów gotowy nakręcić film z niemalże gwiazdorską obsadą. "Psychol" i "Szukając siebie" zdecydowanie nie udały mu się, tym razem jest lepiej. Jednak nie aż tak dobrze, jak by się mogło wydawać po tych wszystkich wyróżnieniach, jakim obrzucono film. Jak widać cała ta afera z Propozycją 8 wpłynęła na ocenę filmu trochę ją zawyżając.

"Obywatel Milk" to dobry film, jednak Van Sant ma na swoim koncie filmy znacznie lepsze. Ten z całą pewnością nie zaliczyłby do trzech, a pewnie i pięciu jego najlepszych obrazów. Film wpisuje się w modny ostatnio trend filmów sentymentalnych pokolenia, które w latach 70/80 należeli do młodych gniewnych, pragnących zmieniać świat. Teraz patrzą na współczesny świat i współczesną młodzież i z utęsknieniem spoglądają wstecz, kiedy ideały miały znaczenie, kiedy ludzie walczyli i mieli po co walczyć. I to jest zaletą ale i wadą filmu. Zaletą, bo Van Sant tworzy prawdziwie osobisty film, bardzo wiarygodny. Wadą, gdyż jego film mógł być bardziej uniwersalną opowieścią o fanatyzmie (tym pozytywnym i tym negatywnym) oraz o cenie jaką płaci się, kiedy wkracza się na drogę walki o lepsze jutro. Nie do końca wygrany jest też moim zdaniem konflikt między Milkiem a White'em. Ale cóż, nie będę płakał nad rozlanym mlekiem.

Sean Penn jest jednak w swojej roli świetny i tu wszelkie nagrody i nominacje są jak najbardziej zasłużone. Mnie spodobała się też gra Jamesa Franco i Josha Brolina. Aktorsko w ogóle jest to film bardzo mocny. Van Sant jak zwykle wie, jak dobrać aktora do roli.

Ocena: 7

Pride and Glory (2008)

Gavinowi O'Connorowi pewnie marzył się mocny, psychologiczny dramat policyjny. Niestety dodanie do filmu roztrzęsionych zdjęć a la Greengrass czy pokazywani świata gliniarzy w mrocznych barwach w stylu Fuquy to jeszcze za mało. "W cieniu chwały" jest zbyt dosłowne i łopatologiczne, by można było określić go inaczej jak tylko 'film przeciętny'.


Sam pomysł niezły. Oto rodzina irlandzki policjantów. Wszyscy mają być czujnymi stróżami prawa, lecz każdy z nich jest ślepy choć z różnych powodów i w różny sposób. Ray wpatrzony jest we własne grzechy i ślepy jest na wszystko inne. Jego brat Francis chce awansować i być przy umierającej żonie, więc wygodniej jest mu nie widzieć tego i owego. Ich ojciec ignorancję trenuje przy kieliszku, zaś Jimmy widzi tylko własne potrzeby. Kiedy jednak ginie czterech policjantów, status quo zostaje zachwiane i furie sprawiedliwości spuszczone zostaną ze smyczy. Za swe winy wszyscy poniosą karę – niektórzy bardzo brutalną, ale tak bywa z furiami.


Aktorsko nieźle poradził sobie z rolą Farrell i Voight. Zawsze cieszy mnie pojawienie się Ehle, którą dobrze wspomina z "Sypialni i przedsionków" (zaś większość kojarzy głównie z "Dumy i uprzedzenia"). Nie popisał się za to Norton, który grał niemrawo, bez wyczucia roli. Jednak fabułę kładzie reżyser prowadząc ją w sposób podręcznikowy, koncentrując się na oczywistościach. Film jest też odrobinę za długi, co przy nierównym tempie daje się jednak we znaki.

Ocena: 5

Le Silence de Lorna (2008)

Nie tego spodziewałem się po bracia Dardenne, z całą pewnością nie tego. "Milczenie Lorny" pozostawiło w moich ustach gorzki posmak rozczarowania, poczułem się naprawdę przez nich oszukany. A wszystko zaczęło się wyśmienicie. Oto Lorna, młoda emigrantka dla zdobycia obywatelstwa wychodzi za mąż za ćpuna. Teraz zbliża się wielka chwila, obywatelstwo ma już przyznane. Aby zdobyć więcej pieniędzy, które zbiera na otwarcie wymarzonej kawiarenki, musi zostać wdową. Z tego między innymi powodu wyszła za Claudy'ego. Był tak naćpany, że kwestią czasu było kiedy przedawkuje. Pech chce, że Claudy przedawkować nie chce, co więcej przy pomocy Lorny chce w ogóle rzucić heroinę.



Pierwsza połowa "Milczenia Lorny" to surowy, bezkompromisowy obraz świata, w którym nie ma miejsca na empatię i humanitaryzm. Jeśli chcesz przetrwać i zrealizować swoje marzenia, musisz być bezwzględnym, brutalnym i mieć w nosi wszystkich innych – liczysz się tylko ty. Potem jednak okazuje się, że twarda z pozoru Lorna nie potrafi żyć zgodnie z dewizą "cel uświęca środki". Poczucie winy rośnie w niej wydając zaskakujący owoc. I tu właśnie pojawia się problem. Film staje się straszliwie sentymentalny przeraźliwie zawodząc nad dolą babki, która odkryła, że ma sumienie. Sam w sobie pomysł nie jest zły, ale kompletnie nie pasuje do tego, co Dardenne pokazują w pierwszej części. Jakby wycofywali się z własnych deklaracji o braku nadziei, jakby uznali, że posunęli się za daleko i chcieli wpuścić wątły bo wątły ale jednak promyk nadziei.

Oczywiście "Milczenie Lorny" to i tak całkiem przyzwoity film. Mógł jednak być filmem bardzo dobry.

Ocena: 6

wtorek, 6 stycznia 2009

Teknolust (2002)

Uwielbiam Tildę Swinton. To właśnie dla niej sięgnąłem po film "Teknolust". Powstały 7 lat temu obraz to historia samotnej kobiety, która wyhodowała sobie własne aneroidalne klony do przeżycia wymagające ludzkiej spermy. Pomysł całkiem fajny, ale niestety nawet Swinton nie potrafiła go ocalić, mimo że występuje tu w aż czterech różnych rolach.



Film jest za krótki, zbyt umowny, sztuczny. Również aktorsko mocno poniżej średniej. W zasadzie należało go skrócić i puścić jako odcinek "Strefy mroku" czy "Opowieści z krypty". Wtedy miałoby to więcej sensu, niż ta zabawa w pseudokino. Czasami lepiej jest zrobić krótko- lub średniometrażówkę niż obraz pełnometrażowy. Jedyne, co wciąż mnie intryguje w związku z tym filmem to postać reżyserki. Co jest takiego w Lynn Hershman-Leeson, że po raz kolejny zagrało u niej Swinton? Nie wiem czy kiedykolwiek znajdę odpowiedź na to pytanie.

Ocena: 4

Итальянец (2005)

"Italianiec" ma bardzo sympatyczną historyjkę, która odpowiednio zrealizowana mogłaby się stać sukcesem kasowym na miarę "Slumdog Millionaire". Mały chłopak przebywa w domu dziecka. Właśnie mają go kupić, znaczy się zaadaptować Włosi, lecz on zamiast skakać z radości jest smutny, bo marzy mu się odnalezienie matki. A że chłopak jest rezolutny i zdeterminowany, nie cofnie się przed niczym, żeby spełnić swoje marzenie. Boyle czy Ritchie uczyniliby z historii film dynamiczny, pełen przewrotnego humoru i ostrego montażu. To nadałoby całość ikry. Wersja rosyjska choć nadal miejscami zabawna, jest bardziej stonowana, jak po końskiej dawce psychotropów i po prostu wije się w usilnej próbie bycia kinem artystycznym. Nie rozumiem tej potrzeby na siłę uwznioślania fabuły, podczas gdy normalne rozrywkowe kino wcale nie jest gorsze. Z całego filmu najbardziej spodobał mi się obraz domu dziecka, jako szkoły dla przyszłych mafiosów i Nikołaj Rejutow w roli szofera.

Ocena: 6

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Deception (2008)

Śmieszny film – i to niestety nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Ale czego spodziewać się po filmie, który już swoim tytułem spoileruje całą fabułę? Oto ciapowaty księgowy poznaje pewnego siebie prawnika i szybko stają najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki tej przyjaźni księgowy zasmakuje w najbardziej ekskluzywnych, bo bogatych i posiadających władzę kobietach, które oddają się erotycznym uniesieniom w tajnym klubie wzajemnej adoracji. Jak się jednak okazuje (surprise!) prawnik nie jest tym, za kogo się podaje, a zbliżył się do księgowego, by go wykorzystać do zdobycia spore sumy pieniędzy. Reszta jest równie przewidywalna jak początek.



Najśmieszniejszy w całym filmie jest ów sekretny klub, w którym bogaci i wpływowi ludzie tego świata oddają się anonimowemu seksowi. Wizja tego wyuzdanego świata jest absurdalnie staromodna, że trudno ją brać na poważnie. Całe wyuzdanie sprowadza się tu do telefonu i pytania 'Czy jesteś dziś wolny'. Reszta to spotkanie w drogim hotelu i tani w gruncie rzeczy seks. Tak to mogły wyglądać seksualne ekstrawagancje w czasach, kiedy wynalazek Bella trafił na salony. W czasach Internetu, swinger clubów itp., to co widzimy na ekranie nie jest ani atrakcyjne, ani wyuzdane. Nie widziałem nic równie śmiesznego od czasu "Oczu szeroko zamkniętych". Zastanawia się czy to dewocja czy też rzeczywisty brak wyobraźni sprawia, że filmowcom tak trudno przychodzi pokazanie prawdziwej seksapady.

W tym wszystkim najbardziej szkoda mi Charlotte Rampling, która pojawia się zupełnie bez sensu na jedną chwilę, a i tak aktorsko deklasuje resztę o co najmniej dwie długości. Ta jej mina, kiedy kończy swoje zaskakujące (biorąc pod uwagę 'reguły') wyznanie mówi więcej, niż 10-stronicowy monolog. Szkoda jej talentu dla takiego badziewia.

Ocena: 4

niedziela, 4 stycznia 2009

Easy Six (2003)

To się nazywa marzenie każdego nauczyciela. Jeśli w klasie pojawia się gorąca uczennica, należy tak poprowadzić jej naukę, by bez problemu dostała się do burdelu. Wtedy już z łatwością będzie się można dostać do tego, co skrywa pod mundurkiem.

Przez pierwsze pół godziny "Szczęśliwy numerek" wydaje się być komedią o ciapowatym profesorze, który w Las Vegas może pobaraszkować ze swoją byłą, bardzo ponętną uczennicą. Niestety potem historia zakręca na bardziej poważne tony i wiotczeje niczym laska starego impotenta. Wiele obietnic i nadziei, a satysfakcji brak. Historia wlecze się w jakiś dziwacznych, nieskoordynowanych ruchach rozlewając się po ciekawych pomysłach i interesujących postaciach. Wszyscy zachowują się jakby byli na jakichś psychotropach i tylko James Belushi jako tak wychodzi z tej opresji. Szkoda mi Juliana Sandsa. Fajne z niego chłopisko, ale role wybiera nędzne – a może nie ma już wyboru? Cóż ten film jest na pewno szczęśliwym numerkiem dla jego reżysera i tylko on się pewnie cieszy, że film doczekał się wydania na DVD w paru krajach świata.

Ocena: 4

sobota, 3 stycznia 2009

Shoot 'em Up (2007)

O ile nie mam problemów z tolerowaniem sztucznych piersi Jenny Jameson w "Zombie Strippers", o tyle nad sztuczną manierą Paula Giamattiego nie potrafię przejść do porządku dziennego. Gdyby przeszedł właśnie operację usunięcia migdałków, to bym może jeszcze zrozumiał, ale ten niski, szepczący głos był tak manieryczny, że równie dobrze mógłby sobie przybić do czoła wielką tabliczkę z napisem 'uwaga próbuję grać'.



Zresztą całe "Tylko strzelaj" okazało się jednym wielkim nieporozumieniem. Niby reżyser nieźle sobie wszystko wykoncypował, wiedział, że w takim filmie trzeba przeszarżować i że musi być zabawnie. I niby jest humor i niby przekraczają granicę, a jednak nic z tego nie wychodzi. I moim zdaniem jest to wina aktorów. "Adrenalina" była świetna, bo Jason Statham wcale nie musi się starać, by być zabawny w swojej tępocie. "In Bruges" bawiło bo Farrell jest naprawdę świetnym aktorem charakterystycznym ale Owen? Giamatti? Choćby nie wiem jak się starali (a stękali w tym filmie jakby od tygodnia cierpieli na zatwardzenie) to nic im z tego nie wyjdzie.

Ocena: 4

Zombie Strippers (2008)

Jeszcze parę godzin temu nie przyszłoby mi do głowy, że kilka par silikonowych wymion i chodzące zwłoki w stanie znaczącego rozkładu mogą być symbolem walki o prawa obywatelskie, pokój i wolność. A jednak tak właśnie jest w przypadku "Zombie Strippers". To zresztą tylko czubek góry lodowej przygotowanej przez reżysera. Szokujące jest oglądać gwiazdeczki porno i trzeciorzędne aktorzyny w obrazie rojącym się od odniesie do Camus, Sartre'a czy teozofii. Ale czego innego można się spodziewać po filmie, który inspirowany jest dziełem "Nosorożec" Eugène'a Ionesco, współtwórcy teatru absurdu.



"Zombie Strippers" to rzeczywiście widowisko absurdu, ale za to jakie! Rubaszne dowcipy i krwawe jatki sąsiadują z piekielnie inteligentną, ostrą jak brzytwa satyrą na współczesną Amerykę i panoszące się w niej stereotypy. Do tego cała masa naprawdę zabawnych scen w tym niezapomniane wykorzystanie bil bilardowych czy zombie face dance. Nie jest to "Orgazmo", ale ja w każdym razie bawiłem się nieźle. Duży plus za Carmit Levité, Bławatska się pewnie w grobie przewraca.

Ocena: 6