wtorek, 31 marca 2009

Knowing (2009)

Z Alexem Proyasem mam od dawna problem. Z jednej strony nakręcił niezłego "Kruka" i "Dark City", z drugiej strony ma też na swoim koncie gniot, jakich mało "Ja, robot". Niestety "Zapowiedzi" bliżej jest do temu ostatniemu filmowi, a co gorsza jest to czysta propagandówka ideologii Świadków Jehowych.  Och, zamiast sądu mamy wybuchy na słońcu, a anioły zostały zastąpione przez androgenicznych kosmitów. Reszta jednak to wypisz, wymaluj wizja Dni Ostatnich. 



Całość przypomina serię "Left Behind" tyle że zrobioną z większym rozmachem. Jehowi mogą się cieszyć, bo ich film jest zdecydowanie lepszy od propozycji scjentologów "Bitwa o Ziemię"... ale tylko troszeczkę. Film jest kompletnie spartaczony fabularnie, będąc rozlazłą kluchą bez jakiejkolwiek nawet krzty ambicji.

"Zapowiedź" broni się od strony wizualnej. Proyas może nie rozwija się artystycznie, lecz chwilami przypomina sobie, kim był kiedyś. Scena, gdy Caleb w pokoju ogląda zapowiedź pożogi przywodzi na myśl "Kruka". Bardzo podobała mi się też scena z początku filmu z wieczorem na Wschodnim Wybrzeżu i powolnym przybliżaniu się do ziemi, jak i sekwencja w metrze. To właśnie obrazy obroniły "Zapowiedź" w moich oczach

Ocena: 5

poniedziałek, 30 marca 2009

Star Wars: The Clone Wars (2008)

A wydawało mi się, że po "Zemście Shitów" seria Gwiezdnych Wojen nie może upaść niżej. Jakże się wtedy myliłem. Nowe "Wojny Klonów" to już nie masakra lecz nekrofilia. Lucas pastwi się nad rozkładającym truchłem Legendy i wyciska z niej ostatnie soki przy użyciu sprawnych, lecz bezużytecznych rąk młodych (stosunkowo) animatorów.



Fabuła prosta i może w innych okolicznościach by się sprawdziła, tu jednak budzi równie wielką ekscytację co układ kostki brukowej na pobliskim chodniku. W filmie jest pełno scen akcji, lecz są one zaskakujące w swej statyczności, przez co całkowicie pozbawione jakiegokolwiek waloru rozrywkowego. Animacja jest prosta, ogranicza się do jednego, dwóch planów, co tylko jeszcze bardziej pogłębia marazm. Plusem było wprowadzenie postaci Ashoki, lecz na niewiele się ona zdaje. Najlepsze z wszystkie było droidy, które swym sztywnym anemicznym zachowaniem idealnie wpisywały się w całą produkcję. Szkoda jest mi tylko Christophera Lee, który udzielił głosu hrabiemu Dooku. 

Nic nie jest w stanie uratować tego filmu. A fakt, że jest to jedynie preludium do całego serialu, mrozi mi po prostu krew w żyłach.

Ocena: 2

niedziela, 29 marca 2009

Then She Found Me (2007)

Gdyby Hunt wyreżyserowała ten film 10 lat temu, zapewne byłby przebojem. Teraz to po prostu kolejna niezależna produkcja z niezłymi nazwiskami, którą wyróżnia to, że zrealizowała ją laureatka Oscara. Większość pewnie w ogóle nie wie o jego istnieniu.



Trochę szkoda, bo choć film nie wyrasta poza przeciętność niezależnego kina, mimo wszystko ogląda się to nieźle. W części komediowej Hunt udało się uchwycić tę życiową niezdarność bohaterów, którzy są barwni, zabawni, dowcipni, ale też wrażliwi i niepełni. Gdy film uderza w poważniejsze nuty, film staje się niezgrabny, wręcz toporny. Sceny te wyraźnie nie leżą Hunt jako reżyserce, co niestety mocno odbija się negatywnie na całości.

W materiałach dodatkowych Hunt mówi, że tematem przewodnim jest zdrada. Cóż, nie dla mnie. Ja tu widziałem przede wszystkim przeolbrzymie pragnienie stania się całością, zaleczenia ran, które powstały tak dawno temu, że trudno jest odwrócić czas. Ten film jest o akceptacji siebie, z bliznami, jakie pozostawiło po sobie życie.

Ocena: 6

The Weight of Water (2000)

Spore rozczarowanie. Film, który ma opowiadać o skrywanych namiętnościach i ich nagłych, niekontrolowanych wybuchach, jest całkowicie pozbawiony pasji. Przy takim temacie to prawdziwa zbrodnia. Bigelow zamiast na historii skoncentrowała się na formie, wystudiowanej, precyzyjnej, lecz całkowicie pustej. Błędem było także mniej więcej równe rozłożenie akcentów pomiędzy historią zbrodni z 1873 roku, a współczesnością. W zasadzie wyszły reżyserce dwa filmy, które na siłę ktoś złożył w jedno.



Pierwsza to historia norweskich kolonistów w New Hampshire sprowadzające się do rutyny, pracy, obowiązku i nudy. Pragnienia serca, radość, wolność to dobra ścisłego reglamentowania. Jednak człowiek może je trzymać pod kontrolą tylko do pewnego momentu, potem następuje wybuch, w którym winni i niewinni giną równie często. Gwiazdą tej opowieści jest Sarah Polley. Fantastycznie udało jej się uchwycić desperację życia pod ciągłą kontrolą, życia istniejącego wewnątrz, a na powierzchni praktycznie niewidocznego.

(Sarah Polley)

Druga historia to rozgrywająca się współcześnie opowieść dwóch braci i ich kobiet, którzy spędzają weekend na jachcie i badają tamtą zbrodnię sprzed lat. Tu również namiętności płyną ukrytymi rzekami, porywistymi i niebezpiecznymi. Tu także aktorki poradziły sobie lepiej. Przede wszystkim Elizabeth Hurley, która prezentuje się niczym słownikowa definicja kobiety-wampa.

Szkoda, że Bigelow nie wykorzystała aktorskiego potencjału, nie zawierzyła historii i zepsuła to, co wydawać by się mogło zepsuć nie można. Gdyby nie Polley, film byłby nie do zniesienia.

Ocena: 6

The Shadow Dancer (2005)

Życie wyśnione pisarzy. Ten film to odrealniona bajka, ale piękna, ciepła i nieźle opowiedziana. Przedstawiony w filmie świat nie istniej, odwołując się do sentymentalnej wizji Włoch w stylu "Pod słońcem Toskanii".


Brad Mirman buduje z przepięknych krajobrazów raj, czy raczej azyl dla złamanych pisarzy. Tu ukrywa się były mistrz pióra, od lat uciekający przed własnym talentem. Tu też przybywa młody pracownik wydawnictwa, w duchu pragnący samemu zostać pisarzem, ale bojący się skoczyć na głęboką wodę. Obaj, przy aktywnym udziale mieszkańców wioski żyją w iluzji, ale i tę iluzję powoli dekonstruują. "Pod słońce" to kolejna pochwała życia na prowincji, gdzie odetchnąć można pełną piersią.

Podoba mi się to, jak dojrzewa Joshua Jackson. W tym filmie ma naprawdę postawę filmowej gwiazdy, coś z George'a Clooneya. Czy jednak będzie w stanie grać w dobrych filmach, dzięki którym zaistnieje? Póki co niestety sztuka mu się nie udaje, choć w porównaniu z kolegami z "Jeziora marzeń" i tak radzi sobie najlepiej.

Ozdobą filmu jest zaś bez wątpienia Claire Forlani. Piękna sama w sobie, na tle włoskich pejzaży jest po prostu istnym cudem.

Rapid Fire (2005)

Typowa telewizyjna zapchaj dziura. Wzięli gorący news i przerobili go na papier toaletowy, który może i jest użyteczny, ale za to mało atrakcyjny.

Proste postaci, zrównana z ziemią fabuła i strzelaniny, które są chyba mniej atrakcyjne, niż rzeczywistość. Dla zabicia czasu może i niezłe, ale do niczego więcej się to nie nadaje.

Ocena: 4

czwartek, 26 marca 2009

Tiro en la cabeza (2008)

"Kula w łeb" to film, który jest prawdziwym testem na cierpliwość widza. Testem, który większość oblewa, gdyż to co do dostajemy nijak ma się do tego, co zazwyczaj można obejrzeć w kinie – i to nawet na festiwalu.

Film jest praktycznie niemy. Och, jest dźwięk, lecz jest to w zasadzie szum miasta: szum rozmów, turkot pociągów, warkot samochodów itp., itd. Na ekranie zaś widzimy sceny z życia przeciętnego faceta. Nie robi on nic nadzwyczajnego, jest szarym człowieczkiem, jednym z wielu – do czasu finału, gdzie okazuje się, że jednak takim szaraczkiem to on do końca nie jest.

Film można traktować jako komentarz na temat zjawiska terroryzmu. Z jednej strony pokazuje, jak niebezpieczny jest terrorysta właśnie przez swoją umiejętność wtopienia się w tłum. Rezygnując z nagrania rozmów głównego bohatera, nadaje mu całkowitą anonimowość, ale przecież tak jest w rzeczywistości: kto tak naprawdę zwraca uwagę na drugiego człowieka. To tylko element masy. Z drugiej jednak strony pokazuje bezsens bycia terrorysty – człowiek stawiającego się w opozycji do zastanego układu/systemu. Tymczasem "Kula w łeb" wyraźnie pokazuje, że terroryści nie są żadną alternatywą, oni stanowią element systemu, z którym walczą. Walczą zatem de facto sami ze sobą.

Problem z filmem Jaime Rosalesa polega na tym, że to samo przesłanie można było osiągnąć w 15 minut. Rozciągnięcie tego do prawie półtorej godziny to spora przesada ocierająca się o pretensjonalność. Zwłaszcza, że sama konstrukcja wcale nie jest tak oryginalna, jak głoszą co poniektórzy. Film mnie przynajmniej przywodzi na myśl argentyński "Cień", zatem niczym mnie nie zaskoczył.

Ocena: 5

wtorek, 24 marca 2009

Casual Day (2007)

"Casual Day" zdecydowanie więcej zapowiada, niż w rzeczywistości dostarcza. Pretekstem dla fabuły jest wyjazd integracyjny grupy pracowników pewnej korporacji. W ramach wspólnego weekendu mają się poznać lepiej, przepracować swoje problemy i stać się lepszymi i bardziej efektywnymi pracownikami poprzez sztucznie indukowane morale i poczucie, że szefostwo to też ludzie.



Tak przygotowana scena mogła stać się miejscem znakomitej studium dynamiki grupy. Widać to zresztą w kilku miejscach. Momentami twórcom udało się naprawdę uchwycić drapieżnego ducha korporacji. Jednak poprzez wrzucenie w to wszystko wątku romantycznego niestety rozbija film i na niewiele zdaje się tu mocno cyniczne zakończenie, jakie dzięki niemu jest na serwowane.

Ma swoje dobre momenty, stąd mimo wszystko niezła ogólna nota. Zdziwił mnie Alberto San Juan, który zupełnie nie przypomina tu Benito, jakiego zagrał w "Pod gwiazdami".

Ocena: 6

Venkovský učitel (2008)

Dziwny film zrobił Bohdan Sláma. Film, który wymyka się łatwej klasyfikacji, kilkakrotnie zmieniając w trakcie tempo i charakter. "Mój nauczyciel" zaczyna się niemal jak bukolika, pochwała wiejskiego życia, gdzie ludzie prości, życie ciężkie, ale za to jak spokojnie i pięknie. Idealne miejsce, by uciec od zgiełku, a nawet od samego siebie. Tylko że ta Arkadia okazuje się iluzją. Krajobraz może i jest piękny, ale zamieszkujący go ludzie już niekoniecznie. Tylko dlatego, że mieszka się w raju, wcale nie znaczy, że samemu nagle stanie się człowiekiem idealnym.

"Mój nauczyciel" przez dużą część jest też ilustracją platońskiej idei homoseksualnej miłości erastesa do eromenosa. Jest to wręcz pochwała koncepcji jasno zaprezentowanej w "Uczcie". Tytułowy nauczyciel zauroczony młodzieńcem, uczy go, ma na chłopaka dobry wpływ. A potem wpadamy w augustiański dramat pokusy i grzechu i nauczyciel przekracza granicę intymnego kontaktu, zrywając więź zaufania. W tym momencie film mógł łatwo pójść w stronę dramatu o obleśnym pedofilu (nie do końca, bo chłopak ma 17 lat) czy gwałcicielu. Ale nie, historia znów zakręca stając się opowieścią o pokucie i wybaczeniu.



Sláma stworzył też trójkę niezwykle intrygujących bohaterów. Jest Marie, beznadziejny przypadek kobiety z toksycznego związku, która zawsze cierpieć będzie lokując swoje uczucia w nieodpowiednich facetach tylko dlatego, że "każdy kogoś potrzebuje". Jej syn wydaje się być postacią agresywną, zbuntowaną. W rzeczywistości jest jednak chłopakiem skrzywdzonym, pełnym niezabliźnionych ran, co czyni z niego łatwą ofiarę. Naprawdę nie trudno zrozumieć, co też nauczyciela do niego przyciągało. Ta zbolała dusza aż krzyczy, by ktoś go przygarną. I w końcu sam nauczyciel, który wydaje się być właśnie ofiarą: wyciszony, zawsze uciekający, zamknięty w sobie. W rzeczywistości jest jednak drapieżnikiem i to drapieżnikiem najgorszego sortu, bo padlinożercą, wybiera na swą ofiarę postać słabą, potrzebującą i wykorzystuje dla zaspokojenia swoich własnych pragnień. Wie, że czyni źle, lecz pokusa – instynkt – jest silniejszy.

Jedyna rzecz, która mi w tym wszystkim nie zagrała to zakończenie. Te narodziny cielaka to typowe ciepłe kluchy, czy raczej knedliczki, które naprawdę można sobie było darować. Wciąż też nie jestem przekonany, czy Sláma zrobił film o pokucie i przebaczeniu, czy też wyrodną pochwałę toksycznych związków. Mimo wszystko chyba warto film zobaczyć.

Pavel Liška w głównej roli spisał się świetnie. Wielkim plusem jest też eklektyczna muza.

Ocena: 8

The International (2009)

Biedny Tom Tykwer. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. I fabuła okazała się niewłaściwa i forma nieodpowiednia. A jednak, w innych czasach "The International" mogłoby zostać może nie kasowym hitem, ale przynajmniej obrazem o rozsądnych wpływach.

Niestety historia zawarta w tym filmie za bardzo trąci prawdą, by amerykańscy widzowie mogli to przełknąć. Kiedy ubiegłym roku rozpoczął się kryzys, wszyscy zachowywali się tak, jakby spadł on z nieba i nikt nic nie wiedział. Tymczasem scenariusz Erica Singera napisany parę lat temu dowodzi, że mechanizm kryzysu był doskonale znany. Ta zapętlająca się kredytowa piramida i spekulacje długami. Oczywiście w "The International" całość została przekształcona w spiskową teorię dziejów, co dowodzi, że nawet twórcy nie spodziewali się krachu. Nie zmienia to jednak dość trafnej diagnozy rynku bankowego. Niestety dla Tykwera, film nie oferuje żadnego pozytywnego rozwiązania, co w dobie kryzysu jest po prostu nie do przyjęcia.



Film niestety przegrywa na starcie również formalnie. Tykwer zdecydował się na fabułę w starym stylu. Tempo jest tu stonowane, bez gwałtownych zwrotów akcji i scen podnoszących poziom adrenaliny. Problem w tym, że na samej intrydze dzisiaj w kinie daleko się nie zajdzie, kiedy seriale oferują bardziej zagmatwane fabuły, a do tego z większą liczbą akcji. Jednak mnie konstrukcja Tykwera wcale ta bardzo nie odstraszyła. Owszem, po wyjściu z kina miałem wrażenie, że film trwał dłużej niż w rzeczywistości. Jednak film jest solidną produkcją z minimalnym zadęciem artystycznym, które czuje się pod koniec, kiedy reżyser próbuje nieco na siłę wprowadzić wątek moralnego dylematu.

W sumie całkiem niezłe sensacyjne kino, jednak przegrywające z potrzebami czasu.

Ocena: 6

poniedziałek, 23 marca 2009

En la ciudad de Sylvia (2007)

Zdumiewające, że w tak prostej formie można zawrzeć aż tyle treści! A jednak José Luis Guerín okazał się prawdziwym wirtuozem obrazu. "W mieście Sylwii" jest niemal całkowicie pozbawione dialogów. W zasadzie mamy jedną dłuższą rozmowę, a resztę stanowią zasłyszane z boku fragmenty cudzych rozmów. Całość skonstruowana jest z obrazów, które z pozoru też nic nie pokazują poza codziennym rytmem życia. A jednak wystarczy chwila, by zatopić się w ich prostocie i jednoczesnej głębi. Za każdym kadrem, za każdą twarzą, napisem na ścianie, muzyką w tle kryje się nieprzebrane morze informacji i emocji.



"W mieście Sylwii" jest swoistym komentarzem do dziedzictwa romantyzmu. Główny bohater to młody wciąż jeszcze chłopak, który powraca do źródeł dawnego uczucia – miłości? zauroczenia? – i próbuje odnaleźć jego ślad. Jest jak postać z Byrona, dla którego nie liczy się tak naprawdę spełnienie, lecz podróż, wyczekiwanie, odkrywanie. Kiedy ma okazję, nie wykorzystuje, kiedy wykorzystuje, nie jest to okazja, na którą czekał. Jego baczne obserwacje, wyczekiwanie staje się bodźcem do działania i inspiracji. Jej twarz odkrywa w każdej twarzy, jej życie na ulicach miasta. Wszystko jest tu anonimowe, a jednocześnie namacalne. Okruchy żyć, w których często zamknięte są całe tomy tragedii i radości. Te trzy dni, które zamknięte w półtoragodzinnym filmie spędzamy z bohaterem to podróż po galerii postaci, egzystencji i miejsc. Prawdziwie fascynujący w swej genialnej prostocie.

Ocena: 8

niedziela, 22 marca 2009

Bajo las estrellas (2007)

A to mnie Hiszpanie zaskoczyli tym filmem. Czegoś takiego spodziewać się mogłem po Brytyjczykach, lecz nie po twórcach z półwyspu Iberyjskiego. "Pod gwiazdami" okazało się piękną, zabawną i smutną historią dwójki braci, których życie splotło się więzami tragedii.

Benito opuścił dom, by szukać szczęścia w wielkim Madrycie. Nic tam nie znalazł poza mnóstwem barów, w których mógł się upijać i grać na trąbce. Jego brat Lalo to słodka dusza, nie przygotowana do życia w brutalnym świecie, który kiedyś równie często się upijał, dziś zaś tworzy artystyczne instalacje/rzeźby z metalu. Kiedy Benito powraca na wieść o rychłej śmierci ojca nie wie jeszcze, że jego życie wywróci się już wkrótce do góry nogami.



Félix Viscarret wykreował magiczny świat pełen uroczych, ciepłych choć całkowicie zagubionych dusz. Co jedna osoba to większy dziwak, ale nawet wśród swoich licznych wad pozostają sympatycznymi postaciami, z którymi łatwo wchodzi się w emocjonalną więź. Ta łatwość jest zresztą główną zaletą obrazu. Kolejną jest wpadający w ucho przewodni temat muzyczny.

Z kina wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena: 7

Pas a nivell (2007)

Przerażający obraz pustki życia pewnego nastolatka. Chłopak nie ma żadnych ambicji, żadnych przyjaciół, żadnego życia. Cały dzień je, śpi, myśli o seksie i od czasu do czasu pracuje. Jego życie sprowadza się do podglądania babci, którą szpieguje, by mu nie zmarła (co jednak i tak zrobi). Gdzieś w tle jest jakaś rodzina, jakiś znajomy, jacyś współpracownicy, lecz tak naprawdę nie ma nic, kompletnie nic.

"Przejazd kolejowy" to kino oszczędne w słowach, pokazujący rutynę dnia codziennego Marca. Wiele osób tego nie wytrzyma i wyjdzie z kina, jednak właśnie o to chodzi, aby pokazać całkowity marazm, który daleko wybiega poza to, co jesteśmy w stanie tolerować.

Niezłe kino, choć zdecydowanie nie dla każdego.

Ocena: 6

Die Stille vor Bach (2007)

Nie jestem wielkim fanem Bacha, a jednak "Cisza przed Bachem" bardzo mi się spodobała. Pere Portabella oddaje hołd wielkiemu kompozytorowi odnajdując jego muzykę we wszystkich życiowych sytuacjach i pokazuje, że cisza mogła być tylko przed Bachem – po nim muzyka nabrała nowego znaczenia.

(Jordi Llordella)

Film jest znakomitym eksperymentem filmowym, którego głównym bohaterem jest muzyka klasyczna. Czy to w formie pianoli, harmonijki, czy też chóru chłopięcego, w każdej z form odnajdujemy piękno muzyki – piękno, które koi nerwy, lecz które także potrafi przerażać i niszczyć. Zamknięte w sobie kolejne ekspozycje muzyczne dają wgląd w geniusz Bacha oraz wpływ jaki wywarł na późniejszych twórców. Poznajemy również kilka szczegółów i ciekawostek z życia kompozytora. A wszystko to podane zostało w bardzo zmyślny sposób. Widać, że Portabella chciał uczynić ze swojego filmu doświadczenie totalne. I ta sztuka w pełni mu się udała.



Ocena: 8

sobota, 21 marca 2009

Las 13 Rosas (2007)

Film, który dostał 4 nagrody Goya i dalszych 10 nominacji trzeba obejrzeć, prawda? Otóż niekoniecznie. Film ma wspaniałą historię, lecz niestety został przez reżysera przemieniony w ckliwą historyjkę. Jeśli tak wyglądają dobre filmy o wojnie domowej w Hiszpanii, to zdecydowanie nie mam ochoty oglądać tych złych.

(Felix Gomez)

Film jest historią 13 kobiet, które zostały skazane na śmierć przez reżim Franco za rzekome planowanie zamachu na życie wodza i przynależność do komunistów. Jak łatwo się domyśleć, prawda nie jest aż tak prosta, a wręcz większość ze skazanych okazuje się kompletnie niewinna. Obraz jest przydługi, ze straszliwie telenowelowym wprowadzeniem do sceny egzekucji. Wszystko zresztą w tym filmie trąci kiczowatym melodramatem. Spośród wszystkich postaci jedynie komisarz policji i przełożona w więzieniu są postaciami wyrazistymi, nie można tego powiedzieć niestety o żadnej z tytułowych 13 bohaterek/róż.

(Alberto Ferreiro)
Ocena: 5

Siete mesas de billar francés (2007)

Ciepła, miejscami zabawna historyjka kilku kobiet i mężczyzn, którzy w większości mają już za sobą jakieś życie, a teraz zaczynają wszystko od nowa. Jest w tym urok i sympatia dla bohaterów. Jednak tak naprawdę za lekką powiastką kryje się jedynie chwilowa (ale za to miła) rozrywka. Film zdecydowanie nie zapada w pamięci, ale póki trwa jest dobrze.



Ocena: 6

Che, el argentino (2008)

Trochę trudno oceniać film będący połówką całość. Z drugiej strony Soderbergh sam nakręcił dwa film, a zatem każdy z nich jest zamkniętą całością sam w sobie. Niestety "Rewolucja" nie spełniła moich oczekiwań.



Obraz jest przeraźliwie rozwlekły. Bohaterowie nic tylko chodzą, kaszlą i od czasu do czasu powalczą. Wszystko to można było spokojnie pokazać w godzinę, nie tracąc zupełnie nic, a może i zyskując. Filmowi brakuje też pasji. Soderbergh ze wszystkich sił próbuje pozostać neutralny w rysowanym przez siebie portrecie, lecz jest to tylko mydlenie oczu, bo przecież już sam dobór scen, które nam zostają zaprezentowane jest już interpretacją – jak choć scena z dwójką dezerterów, których może i słusznie skazał na śmierć, jednak według różnych pogłosek, był równie bezwzględny wobec tych, którzy mniej zawinili. Zresztą przy tak długim filmie problemem staje się każda pominięta sprawa.

Jednak największym minusem filmu jest jego absolutny brak pasji, a nawet bohatera. Che, który przecież miał olbrzymią charyzmę, tu jej nie prezentuje. Benicio Del Toro dopracował najdrobniejsze szczegóły swojej postaci (nawet drapał się w zagipsowaną rękę), lecz w tych szczegółach zaginął gdzieś szerszy obraz rzeczy. Bladość opowieści Soderbergh próbuje podkolorować zabawami formalnymi, lecz wypada to trochę pretensjonalnie.

Ocena: 4

środa, 18 marca 2009

The Unborn (2009)

Nie jestem zwolennikiem bigosu w jakiejkolwiek postaci, a właśnie tym jest "Nienarodzony". Goyer wziął skrawki z różnych horrorów, wrzucił je do jednego garnka i uznał, że upichcił wspaniałe danie. Otóż nie. Jego filmu nie da się po prostu przełknąć. Jedna piramidalna głupota goni następną, a wszystko to z bardzo poważną miną. Film jest nadęty, oczywisty i całkowicie idiotyczny. Jedyne co mogło go ratować to pójście w totalny camp, ale na to Goyerowi nie starczyło odwagi.


W ten oto sposób powstał kicz, który pozostaje bezkonkurencyjny w swojej głupocie i udowadnia raz jeszcze, że amerykański horror leży i dogorywa i nie ma komu go wskrzesić. Żal mi tylko Gary'ego Oldmana i Jane Alexander – nie zasłużyli, by na starość grać w tak debilnych produkcjach.

Plus za pomysł z morderczym płodem i staruszka-pająka.

Ocena: 2

wtorek, 17 marca 2009

The Wrestler (2008)

Okrutny jest Darren Aronofsky i straszliwie przewrotny. Niby film jest o come backu, lecz przecież żadnego powrotu na szczyt tu nie ma. To nie "Rocky", w tym filmie bohaterowie po prostu chcą utrzymać się na powierzchni, a to jeszcze nie to samo co wspiąć się na szczyt. Co gorsza ta próba zrealizowania amerykańskiego snu jest okupiona straszliwym cierpieniem, męczarnią i koniec końców upodleniem. A wszystko dla kilku dolców i ku uciesze innych.



Nie wiem czy taki był zamysł Aronofsky'ego, lecz po obejrzeniu filmu zaczynam dochodzić do wniosku, że HIV i podobne plagi nie są najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka. Głównym bohaterom filmu na pewno by pomógł. Nie musieliby się zmagać ze starzeniem ciała, które jest ich jedynym narzędziem pracy. Jego słabość, rozpad, kalectwo, bądź zwykła nieatrakcyjność sprawia, że staczają się coraz bardziej do rynsztoka. Gdyby złapali coś, przedawkowali kokę zmarliby młodo i na szczycie, kiedy wszyscy ich podziwiali i pragnęli. Najbardziej w "Zapaśniku" przeraża to pragnienie życia, bycia kimś, bycia zauważonym, która paradoksalnie może prowadzić do autodestrukcji.

Bałem się najnowszego filmu Aronofsky'ego. Obawiałem się, że Mickey Rourke nie gra w tym filmie, a po prostu jest sobą. Tak na szczęście się nie stało. Owszem, wykorzystuje swoje doświadczenia, wykorzystuje swoją zniszczoną twarz, lecz to wciąż jest gra, nie udaje siebie. Oscara nie dostał sprawiedliwie, gdyż mimo wszystkich zalet Sean Penn zagrał lepiej. Natomiast Marisa Tomei została chyba pokrzywdzona. Cruz była bardziej żywiołowa, lecz lepiej grała właśnie Tomei.

Ocena: 7

poniedziałek, 16 marca 2009

Marley & Me (2008)

Film dla tych wszystkich, którzy posiadali w domu zwierzę, a już w szczególności psa. "Marley i ja" to wspaniały hołd złożony naszym wiernym milusińskim. Widzimy chaos, jaki wprowadzają, obowiązki, jakim – nie zawsze z chęcią – musimy podołać i uczucie, jakim obdarzają i jakim my ich obdarzamy na przestrzeni lat, jakie wspólnie spędzamy.



Pod koniec filmu tak naprawdę nie oglądałem już historii Marleya, lecz jako żywo miałem przed oczami wspomnienia swojego psa. Jego żarłocznego pożerania tynku ze ściany, wiernego przesiadywania na krześle i wyglądania przez oko, czy już wracamy do domu i ostatnich lat, kiedy powoli tracił siły.

Film ma kilka wad, ale to dobrze – gdyby ich nie miał, chyba pękłoby mi serce ze wzruszenia, jakie wywołuje. Piękny film o bezinteresownej miłości i życiu, które ubarwia czworonożny przyjaciel.

Ocena: 8

Frygtelig lykkelig (2008)

Idealna odtrutka na pierdoły w stylu "Ranczo" czy "U Pana Boga w ogródku". Oto historia prowincji, gdzie wszyscy się znają, wszystko o sobie wiedzą i nie wtykają nosa w nie swoje sprawy. Na tym zadupiu ląduje policjant, który został tam zesłany za złe zachowanie. Prowincja ta jednak wcale nie okaże się najlepszym miejscem na rekonwalescencję.



Ten przygnębiający film ma coś w sobie i z "Hot Fuzz" i "Twin Peaks" a nawet "Dogville". To atmosfera wyjątkowości, jaką daje zamknięta społeczność, której porządek zostaje naruszony. Całość nie wyróżnia się specjalnie, momentami będąc nawet lekko przydługa. Za to mocno ironiczne zakończenie wynagradza wszelkie niedostatki.

Plus za piosenkę Kiry "Riders of the Freeway"



Ocena: 7

niedziela, 15 marca 2009

The Reader (2008)

Schlink, a zanim Daldry & Hare, w pomysłowy sposób opowiadają historię XX-wiecznych Niemiec, ubierając wszystko w jakże atrakcyjny strój melodramatu.

Oto Hanna, będąca symbolem nazistowskich Niemiec. Zamiłowanie do porządku i czysta, nieskrępowana siła życiowa, instynkt nagi i zmysłowy. I Michael, powojenne Niemcy, wyrastający na gruzach wojny, wyrastający z miłości, pożądania do tego, co symbolizuje, co ofiarowuje Hanna. Michael daje się jej uwieść, całkowicie i bez pytania. A Hanna, ta żarłoczna siła, aspirująca do transgresji intelektualnej wykorzystuje go, by pochłaniać intelektualny pokarm, którego pragnie, lecz sama wytworzyć nie może.



Michael jest więc ofiarą, lecz nie do końca. Sam podjął decyzję, pozwolił się uwieść, był z tego zadowolony. Kiedy zorientował się, w swojej roli poczuł zdradę, ból, wstyd i chęć odwetu. To także jest sytuacja powojennych Niemiec, które jako cały naród chciałoby uchodzić za niewinne, za jeszcze jedną ofiarę, ale trudno jest im samym w to uwierzyć. Idealnie oddaje to sytuacja procesu. Hanna bierze na siebie winę, staje się kozłem ofiarnym i wszyscy zdają się być z tego zadowoleni. Sprawiedliwości stało się zadość. Czy aby na pewno? A jeśli tak, to dlaczego Michael nie odzyskał spokoju ducha i nie uwolnił się od Hanny? Być może zdaje sobie sprawę, że skazanie jednostki niczego nie zmienia. Nie daje prawa do przebaczenia, nie daje okazji do zmycia cudzych win.

I wreszcie post scriptum, w którym Schlink zdaje się deklarować swoją wiarę w edukację, rozwój świadomości. Kiedy Hanna przestanie być analfabetką, kiedy pochłonie całą dostępną literaturę, wiedza ta, książki te staną się jej stopniami do trumny. Śmierć nazistowskich Niemiec w końcu nadchodzi, lecz staje się to za cenę kilku straconych pokoleń.

W walce między braćmi Weinstein i Daldrym, staję po stronie tego ostatniego. "Lektor" to dobry film, lecz przydałoby się go jeszcze trochę dopracować. W postaci, jaką otrzymaliśmy jest to – przynajmniej dla mnie – bardziej intelektualna niż emocjonalna pożywka. Oczywiście, gdyby Daldry dostał czas, o który prosił, wtedy Kate Winslet nie dostałaby Oscara i w sumie słusznie, bo za tę rolę akurat nie zasłużyła. Zdecydowanie lepiej wypadła w "Drodze do szczęścia", który to obraz ogólnie uważam za lepszy. Warto natomiast zwrócić uwagę na Davida Krossa. Kto wie, być może jesteśmy świadkami narodzin nowej aktorskiej gwiazdy.

Ocena: 7

The Poet (2007)

Ech, nie wiem czemu, ale zawsze boli mnie, kiedy oglądam film, który mógł być naprawdę dobry, a wychodzi ledwie mierny. Tak jest właśnie w przypadku "Poety".

(Zachary Bennett)

Oto historia niemieckiego żołnierza, który chce być godny miana syna generała i wyrusza na wojnę, choć w nią nie wierzy, choć jego dusza romantyka wyrywa się ku innym rzeczom. W okupowanej Polsce natrafia i ratuje przed śmiercią w śnieżycy polską Żydówkę. Zakochują się, lecz los ich rozdziela. On dalej walczy za kraj, który nic dla niego nie znaczy. Ona próbuje przetrwać wspiera przez męża, który postanawia z nią być, choć wie o jej prawdziwej miłości – trudno z resztą, by nie wiedział, skoro ma ono swój materialny dowód w postaci dziecka. Los po pewnym czasie znów zetknie ich ze sobą i nie będzie to szczęśliwe spotkanie.

(Zion Lee)

Pomysł mógł z łatwością zostać przekuty na wzruszający melodramat. "Z łatwością" piszę, choć dla Damiana Lee i Jacka Crystala to było jednak zbyt trudne przedsięwzięcie. Płaski scenariusz bazujący na wielokrotnym powtarzaniu tych samych zdań tyle że w różnych konfiguracjach, dziwaczne uproszczenia sprawiają, że film jest historią straszliwie niewiarygodną. Niby Oscar jest szpiegiem, lecz on i jego ludzie gadają o tym na prawo i lewo. Niby w obozie udają Polaków, ale kiedy Niemiec wnerwia się na dziecko mówi o nim jako o żydowskim pomiocie. Za skrótowo, za płytko, za szybko. Nad "Poetą" należało trochę dłużej popracować, a mogłoby coś z tego powstać.

Ocena: 4

Deceit (2006)

Tak zły film, że aż śmieszny. Słabi aktorzy próbują nam wmówić, że oto jesteśmy światkami zawikłanej gry, w której liczy się żądza i pieniądze. Może i coś z tego wyszłoby, gdyby aktorzy choćby za grosz talentu. Tymczasem Ashley Scott rozwala każdą scenę przesłuchań, a jedyne, co zainteresować może w kreacji Matta Longa to zielone oczy, bo mają tak intensywny kolor, że i to chyba jest sztuczne.

Ale czego spodziewać się po aktorach, kiedy zawodzi i reżyser. Oglądając "Pajęczynę pozorów" miałem wrażenie, że jest to odbębniona na kolanie praca domowa studenta z filmówki. Trochę szybkiego montaży, kilka zbliżeń i voilà. Najbardziej jednak fascynująca w swej bezradności jest praca operatora Rubena O'Malleya. W niektórych ujęciach potrafił odpowiednio ustawić światło i kamerę, tak że Emmanuelle Chriqui wyglądała naprawdę atrakcyjnie, chwilę potem robił na odwal i Chriqui wyglądała jak babcia klozetowa.

Nędzne kino.

Ocena: 2

First Snow (2006)

Co się porobiło z Guyem Pearce'em? Ostatnio na palcach jednej ręki można policzyć dobre filmy z jego udziałem. Co raz bardziej przeraża mnie fakt, że może podążyć drogą Vala Kilmera czy Christiana Slatera i zakopie się po uszy w trzeciorzędnych produkcjach, że nawet kiedy trafi się dobry film, nikogo to nie obejdzie.



"Pierwszy śnieg" miał może i niezły pomysł, lecz gdzieś po drodze został rozwodniony i żeby kupić czas reżyser rozwlókł historię smęcąc coś o przypadku i fatum. Historia sprzedawcy, którego gryzie sumienie za wkopanie przyjaciela do pierdla i śmierć, która czyha na niego zza każdego rogu mogła być całkiem interesującym dramatem psychologicznym, gdyby tylko Mark Fergus nie próbował tak na siłę przekonywać, jaki to dobry film psychologiczny zrobił.

Plusami filmu jest udział J.K. Simmonsa i zaskakująco dobra Piper Perabo.

Ocena: 5

piątek, 13 marca 2009

Seven Pounds (2008)

Od czasu "Łowcy dyktatorów" żaden film nie wywołał we mnie tak fizycznego wstrętu, jak "Siedem dusz". Ta trawestacja katolickiej idei męczeństwa przybrała tutaj monstrualne rozmiary, a Gabriele Muccino może być z siebie dumny, bowiem wspiął 'emotional porn' na nowe wyżyny kiczu. Po wyjściu z kina czułem się brudny. Dawno już nie obrażono tak mojego poczucia estetyki.



Beznadziejnie wtórna historia pogrążonego w depresji faceta, który nie może pogodzić się z wypadkiem, jaki spowodował, to popłuczyny po milionie podobnych obrazów z "21 gramów" na czele. Jednak "Siedem dusz" w rzeczywistości jest niczym innym, jak dwugodzinnym maratonem zbolałych min Willa Smitha. A że ten ma dość ubogi repertuar min, trudno o utrzymanie zainteresowania. Reszta obsady również nic nie robi tylko boleje z wyrazem twarzy wskazującym na chroniczne zatwardzenie lub trwałe zatrucie jadem kiełbasianym, który sparaliżował im mięśnie twarzy.



Całkowita makabra, której jedynym jasnym promykiem jest nieźle dobrany soundtrack, a w szczególności wykorzystanie "Feeling Good" w wersji Muse.

Ocena: 2

czwartek, 12 marca 2009

Martyrs (2008)

Są takie zdarzenia, których nie da się przeżyć. I nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że czasem ciało nie umiera. W obliczu straszliwego cierpienia, absolutnego dramatu, dusza jest bezradna i po prostu ginie. Problem w tym, że nie każda dusza to akceptuje. To jedna z podstawowych koncepcji horroru o opętaniu. To także główna idea skrywająca się za "Martyrs".

Lucie umarła poddawana wymyślnym torturom przez bliżej nieokreśloną grupę z powodów, których nigdy do końca nie poznała. Zginęła, lecz jej ciało przeżyło. Od tej pory jej egzystencja toczy się w cieniu poczucia winy. Kiedy nadarzy się okazja do zemsty, skrzętnie z niej skorzysta. Jednak morderstwo nie jest sposobem na odrodzenie. Od cierpienia Lucie może uwolnić się tylko poprzez śmierć, poprzez złożenie się na ołtarzu i w końcu to zrozumie.


Jej przyjaciółka Anna wkroczy na tę samą drogę cierpienia i dość szybko zda sobie sprawę, że oprawcom nie ucieknie. Jej jedynym wyjściem jest śmierć, a że droga do niej prowadzi do bólu, akceptuje go i w ten sposób staje ponad nim. Jej śmierć jest nieunikniona, lecz akceptując swój los, przejmuje nad nim kontrolę i w ten sposób może doświadczyć absolutu. W obliczu totalności wszyscy jesteśmy bezradni, następuje całkowita anihilacja 'ja', o czym przekona się jedna z oprawczyń Anny.

Choć zabrzmi to dziwnie, biorąc pod uwagę brutalność filmu, "Martyrs" uznałem za film niezwykle piękny. Pełen obrazów surowych, jest też w kilku momentach niezwykle delikatny i subtelny. W przedziwny sposób łączy troskliwość z bólem – rzecz normalnie spotykaną tylko w głęboko patologicznych rodzinach. Zresztą oglądając "Martyrs" łatwo dojść do przekonania, że z Pascalem Laugierem nie wszystko jest w porządku. W tym filmie obiektem cierpienia, ale i ideologiem cierpienia są kobiety. Rola mężczyzny sprowadza się do narzędzia zadawania bólu (czy jest to facet per se czy też jego symboliczna wersja – strzelba). Kobieta jako przyczyna bólu, kobieta której należy zadać ból jest w tym coś z myślenia psychopatycznego mordercy, który czuje wyraźny kompleks niższości i to niezdrowe połączenie miłości i nienawiści zazdrości i współczucia. Ciekawe, skąd się Laugierowi to wzięło.

Ocena: 8

wtorek, 10 marca 2009

Novo (2002)

Kto by pomyślał, że utrata pamięci krótkotrwałej może mieć tak przyjemne skutki. Oczywiście trzeba mieć urodę Eduardo Noriegi, ale wtedy niepamięć staje się silnym afrodyzjakiem. Graham/Pablo po nieszczęśliwym wypadku stracił zdolność do zapamiętywania świeżych informacji. Zapomniał swoją żonę i dziecko, żyje chwilą obecną, która nie trwa dłużej niż 10 minut. Ale ten czas wypełnia mu seksualnie niewyżyta szefowa, która eksperymentuje na skłonnym prawie do wszystkiego facecie bez pamięci oraz nowa atrakcyjna pracownica, która szuka seksu, a znajdzie prawdziwą miłość. Czy miłość ta będzie na tyle silna, by przywrócić pamięć biednemu, ale seksualnie wyżytemu ogierowi?


"Novo" jest filmem nieco przesadzonym. Limosin tak bardzo chciał być artystą, że w którymś momencie zatracił obiekt swojego artyzmu. Obraz jest niespójny chyba bardziej, niż to było w zamiarze. Grzechem jest też niewykorzystanie w pełni Paz Vegi, która wielką aktorką może nie jest, lecz urodę na pewno ma. Eduardo Noriega tym razem mocno starać się nie musiał – jego rola sprowadzała się do wyglądania sexy, a do tego aktorski talent naprawdę nie jest mu potrzebny. W roli Irène można było obsadzić kogoś innego, ale niech tam.


Duży plus twórcy filmu mają u mnie za ścieżkę dźwiękową, a przede wszystkim za umieszczenie na niej utwory Nusrata Fateha Ali Khana.

Ocena: 6

Brideshead Revisited (2008)

Choć "Powrót do Brideshead" jest adaptacją powieści Evelyn Waugh, w rzeczywistości nie jest to film, który powinni oglądać fani powieści. Mogą się bowiem zagubić w oglądanej fabule. Historia została całkowicie zmieniona, zostały tylko pionki i dekoracje, lecz wszystko ustawiono na nowo, redefiniując relacje i zależności.

U Jarrolda ostro zarysowany został trójką miłosny Sebastian-Charles-Julia, czego oczywiście nie było w książce. Wątek homoerotyczny jest niezłym zabiegiem, ale jednak banalizuje problem Sebastiana. W książce Sebastian zapętlony jest w egzystencjalny dylemat bez wyjścia przez co wytchnienia szuka w alkoholu. W filmie jest to afektowany szczeniak, któremu facet złamał serce. Interesujący jest też wątek Charlesa, który nabiera bardziej drapieżnego wyrazu. Jednak zagubiła się w tym wszystkim gdzieś cała esencja historii Waugh. Literacki pierwowzór opowiadał bowiem przede wszystkim o końcu pewnej epoki. Końcu brutalnym i koniecznym, gdyż był to już zatęchły, zepsuty moloch, będący chorobliwą fascynacją i więzieniem, z którego nie sposób się uwolnić. Ten świat uwodził swoim pięknem i odstręczał wewnętrzną zgnilizną. W filmie z tego wszystkie pozostały tylko słowa, słowa, słowa. Szczerze mówiąc bardziej spodobał mi się zwiastun niż sam film.



Fabularna słabość filmu jaka wynika ze niekonsekwentnego zmieniania oryginału sprawia, że nie do końca wczułem się w historię. Jarrold nie przebił się do mnie z tymi swoimi wszystkimi gatkami szmatkami. Jednak wady w pewnym stopniu równoważone są przez piękne zdjęcia i muzykę. Film estetycznie wysmakowany, choć prezentuje typowo angielski 'urok' (jakby to powiedział Anthony Blanche), bez pazura, oryginalności i prawdziwej artystycznej duszy. Plusem są też niezłe kreacje aktorskiej. Emma Thompson jest wspaniała w swej niszczycielskiej dewocji. Idealnym Sebastianem jest Ben Whishaw, zupełnie innym niż Anthony Andrews. Świetnie spisał się też Ed Stoppard w roli Bridy'ego i Patrick Malahide. Na pochwałę zasługują też Matthew Goode (który jednak pozostaje w cieniu Jerem'ego Ironsa) i Hayley Atwell.

Ocena: 6

poniedziałek, 9 marca 2009

Ciudad de M (2000)

Po film sięgnąłem ze względu na aktorów: Santiago Magilla i Christiana Meiera. Dobrze ich wspominałem z "No se lo digas a nadie" i pomyślałem 'czemu nie?'. Oglądając "Ciudad de M" miałem mocne wrażenie déjà vu.


Znów dostałem opowieść o Peruwiańczykach, którzy tylko by ćpali, pili alkohol i marzyli o pracy bez wykonywania jakiejkolwiek pracy. Podobnie jak i w tamtym filmie, tak i tu w połowie mamy tragedię, która naznacza głównego bohatera (biedny Magill), znów marzenie o Miami, z którego nic nie wychodzi. Aż dziwne, że większość z bohaterów wyszła koniec końców na ludzi. Wielkiej kasy nie zbili, ale przynajmniej żyją (z dwoma wyjątkami).

Sam film niczym specjalnym się nie wyróżnia. Brakuje mu oryginalności i wyrazistości. I choć nie jest źle zagrany, to niestety ginie w tłumie.

Ocena: 6

Man on Wire (2008)

Philippe Petit miał marzenie i nie spoczął dopóki go nie zrealizował. Film, w którym opowiada wraz ze swoimi towarzyszami historię niewiarygodnego czynu, jakim było przejście na linie bez asekuracji pomiędzy wieżami WTC, udowadnia, że dla chcącego nic trudnego. To niesamowite, jak bardzo poruszyć może ten prosty w gruncie rzeczy dokument. Ten płomień pragnienia, który spopiela wszystko, ekscytacja z przygotowań, ekstaza spełnienia i chłód przemijania i końca. W tym filmie jest wszystko, cała prawda o ludzkiej egzystencji.



Sam film zrealizowany jest w konwencji heist movie. Do tego Petit jest urodzonym bajkopisarzem, potrafi zaczarować publiczność swoją opowieścią. Kiedy oglądałem "Man on Wire" przypomniała mi się "Droga do szczęścia". Oba filmy znajdują się na dwóch przeciwległych krańcach kontinuum. Podczas gdy bohaterowie "Drogi" smęcą, że coś chcą zrobić, coś tam planują, ale dają się sprowadzić na manowce, bohaterowie "Man on Wire" idą prosto do celu, choć przecież jest on zdawałoby się niemożliwy i absurdalny. To dowód na to, że determinacja jest kluczem do sukcesu. To ale i skrystalizowane marzenie.

Ocena: 8

niedziela, 8 marca 2009

La Fille de Monaco (2008)

Bertrand ma poważny problem. Właśnie podjął się obrony kobiety, która zamordowała mężczyznę i zamknięta w sobie nie chce się bronić. Jednak to nie to jest jego problemem. To Audrey – seksowana blondyna, od której nie może się uwolnić. Audrey jest całkowitym przeciwieństwem Bertranda. Gdy on jest intelektualistą, analizującym wszystko, ona działa z pozoru pod wpływem impulsu. Gdzie on pełen jest rezerwy i kompleksów, ona zdaje się wyzwolona i chętna na wszystko rozkładając nogi przed każdym, kto może jej pomóc. Jej czarowi nie sposób się oprzeć i Bertrand nie wie co gorsze: bycie z nią czy też nie.


Jednak w życiu obrońcy jest jeszcze jedna osoba. Niby stoi z boku, niby tylko obserwuje, lecz dzień po dniu budowana jest między nimi więź zależności, partnerstwa, przyjaźni. Tą osobą jest ochroniarz wynajęty, by strzec bezpieczeństwo prawnika, gdyż w sprawie o morderstwo zabitym jest Rosjanin i istnieje obawa, że jego rodzina może zechcieć wziąć sprawiedliwość w swojej własne ręce.

"Dziewczyna z Monako" to historia o potężnych siłach, jakie targają człowiekiem. Z jednej strony jest erotyczne, zwierzęce wręcz przyciąganie, z drugiej zaś strony solidna, mocniejsza od życia więź, którą nazwać można tylko miłością. Nie jest to miłość w sensie cielesnym, zapewne też nie w aspekcie związku homoseksualnego (choć analogia do historii trójkąta prowadzącego do morderstwa to w pewien sposób sugeruje) – to miłość w sensie szerszym bardziej uniwersalnym, którą nazywa się lojalnością czy braterstwem jeśli chce się uniknąć seksualnego aspektu.




Film Anne Fontaine to urocza francuska komedyjka, która pod lekką i przyjemną fabułą skrywa kilka interesujących prawd o życiu człowieka. Sprawnie zrealizowana, z niezłym scenariuszem tworzy rozkoszną filmową przygodę, którą oglądało mi się z przyjemnością. Louise Bourgoin w roli blondwłosego wampa, który jak kogoś chwyci w swoje starannie wypielęgnowane szpony, to już nie puści wypada po prostu bosko. Jest piękna, ale i drapieżna, głupiutka, ale i bezwzględnie sprawna w sprawach poprawy swojej sytuacji i statusu. Fabrice Luchini jak zwykle wyśmienicie wypada w roli intelektualisty, seksualnego miernoty, któremu jakimś cudem zawsze wpadają gorące laski do łóżka. W przypadku kogoś innego byłaby to bajka, w którą nikt by nie uwierzył, on jednak jest w tej roli niesłychanie wiarygodny. I w końcu Roschdy Zem – siła spokoju, solidna opoka, ideał przyjaciela.


W tym całym towarzystwie najbardziej zdumiała mnie obecność Denisa Dallana. Czyżby zamierzał zamienić grę na boisku do rugby na grę przed kamerą kinową?

Ocena: 7

The Tripper (2006)

No cóż, od tego rodzaju filmów nie wymagam zazwyczaj zbyt wiele: ot po prostu trochę lekkiej, nieco głupawej rozrywki okraszonej posoką. Niestety mimo kilku dobrych pomysłów David Arquette ledwie średnio wywiązał się z zadania niepotrzebnie wtryniając w historię ironiczne komentarze na temat republikanów i zielonych.



Na plus na pewno mogę jednak zaliczyć grę Thomasa Jane, który najwyraźniej w drugorzędnych produkcjach czuje się lepiej niż w wysokobudżetówkach. Bawiąc się rolą stróża prawa, któremu nie w smak są balujący hipisi i narkomani, był rozluźniony, a przez to śmieszny. Nie jest to jakiś super popis aktorski, lecz akurat w tym filmie czegoś takiego było potrzeba i Jane sprawdził się doskonale.

Szkoda tylko, że sceny zabójstw w większości były pokazana bez wyobraźni.

Ocena: 5

sobota, 7 marca 2009

Slither (2006)

W czasach, kiedy nawet ziemskie zombie jest na speedzie, potrzeba kosmitów, by znów zobaczyć na ekranie starych dobrych nieumartych: sztywnych, pokracznych i głodnych ciepłego mięsa. Pomysł na "Robale" był bardzo fajny, szkoda tylko że wykonanie zawiodło.



James Gunn, który zrobił całkiem fajną rzecz w Internecie, a mianowicie PG Porn był jednym z powodów, dla których sięgnąłem po film. Miałem nadzieję na coś naprawdę campowego, kiczowatego, ale w pozytywnym, zabawnym stylu. I owszem same robale będące skrzyżowanie ślimaka, plemnika i penisa wyszły całkiem nieźle. Reszta jednak nie była aż tak ostra i przeszarżowana, jakbym sobie tego życzył.

Plus za obecność Elizabeth Banks.

Ocena: 5

Broken (2006)

Smutna historia dziewczyny, która próbuje zrobić karierę w LA, a kończy jako heroinistka i kelnerka. Film rozgrywa się na kilku płaszczyznach jednocześnie próbując być wielowarstwową parabolą. I choć pomysł był całkiem niezły, coś nie zaiskrzyło.



Może to Jeremy Sisto, który był zbyt oczywistym wyborem na chłopaka-szaleńca? Łatwo się w nim zakochać, lecz w każdym (prawie) filmie okazuje się mieć zwichrowaną psychikę. Może to Heather Graham, która albo tak dobrze wczuła się w rolę albo też naprawdę jest słabą aktorką. Ja postawiłbym na to drugie. W dwóch dramatycznych scenach nie dała rady i zamiast być autentyczna wyszła sztucznie, gorzej niż studenci aktorscy podczas ćwiczeń.

A i zapomniałbym, a przecież to jest najlepsze w całym filmie! Soundtrack z piosenkami The Brian Jonestown Massacre. Miodzio!



Ocena: 5

Delta (2008)

Nieudany eksperyment z minimalizmu, który będzie dobrą lekcją poglądową dla każdego, któremu zdaje się, że nie ma nic prostszego jak nakręcić minimalistyczny film. Prawda jest jednak okrutna – minimalistyczne kino aby zadziałało wymaga niezwykłej samodyscypliny. Tej Mundruczó zabrakło i zrobił film, który mimo niewielkiej liczby dialogów jest przegadany. Większość rozmów mogła zostać spokojnie usunięta, a treść można było przekazać obrazem. To nie jest tak, że te dialogi były szczególnie odkrywcze lub istotne dla treści. Najwyraźniej jednak Mundruczó nie potrafi wytrzymać bez gadania. Węgier powinien sobie obejrzeć któryś z filmów Lisandro Alonso (choćby "Liverpool") i może nauczyłby się, jak to się naprawdę powinno robić.



Sama historia jest niezła, choć mało odkrywcza. Oto brat po latach powraca do zamkniętej społeczności. Matka wita go ciepłą obojętnością, ojczym otwartą wrogością. Jedyną uradowaną z jego powrotu jest siostra. Kiedy rodzeństwo zamieszka razem, po okolicy rozejdzie się wieść, że nie żyją jak brat z siostrą, lecz jak mąż z żoną. Prowadzić to będzie do narastającej wrogości, z którą rodzeństwo nic nie zrobi, ku swojemu nieszczęściu. Koniec przy tej formie był do przewidzenia i jest nieco pretensjonalny. Jednak mimo wszystko mógł z tego wyjść niezły film minimalistyczny.

Ocena: 4

piątek, 6 marca 2009

Watchmen (2009)

No cóż nie przypadł mi do gustu film Zacka Snydera. Chcąc być wierny komiksowi zrobił coś co przypomina rzeczywiście komiks Moore'a tyle że z powyrywanymi stronami. Kinowy "Watchman" jest filmem zdecydowanie zbyt długim i zbyt dosłownie i kurczowo trzymający się oryginału by być atrakcyjnym. Pierwsza godzina to czas całkowicie zmarnowany. Poznajemy poszczególnych bohaterów ale dla fabuły nie ma to większego sensu. Komediant jest fajną postacią i fanom komiksu byłoby źle, gdyby go nie pokazana, lecz w rzeczywistości jego rola kończy się po pierwszych paru minutach, kiedy ginie. Dopiero, kiedy w końcu zaprezentowani zostaną w pełnej krasie wszyscy Strażnicy, akcja rusza i zaczyna robić się ciekawie.


Film ma jednak kilka plusów. Niektóre sekwencje są bardzo dobre: zabójstwo Komedianta czy wszystko co ma związek z Rorschachem w więzieniu. Świetnie dobrano też muzykę. Niestety ogólnie większe wrażenie zrobił na mnie pierwszy zwiastun "Strażników" niż sam film.

Ocena: 4

Mio fratello è figlio unico (2007)

Kolejny z serii filmów opowiadających o młodości w czasach rewolucyjnych nastrojów lat 60. Daniele Luchetti opowiedział o Włoszech tego okresu przez pryzmat historii pewnej rodziny, gdzie jak pod mikroskopem uwypuklone zostały wszystkie paradoksy tamtejszej kultury.



Accio jest bardzo żywiołowym i dość inteligentnym człowiekiem. Żyjąc w cieniu starszego rodzeństwa, a zwłaszcza brata, wpadł w rolę jego przeciwieństwa. Skoro ten wybrał drogę komunizmu, Accio najpierw spróbuje swych sił w kościele, a potem w partii faszystowskiej. Flirtować będzie też i z komunizmem i z młodą kobietą i z mężatką. A cała historia zakończy się bezsensowną tragedią i prawdziwą rewolucją mas, a nie zabawą w slogany.

Luchetti znakomicie uchwycił ducha Włochów. Postał barwny portret mieszkańców półwyspu Apenińskiego. Jednak "Mój brat jest jedynakiem" nie sprostał moim oczekiwaniom. Jest ładny, ale jak na mój gust nieco zbyt pobieżny.

Ocena: 6

Vicky Cristina Barcelona (2008)

Miła patrzeć jak reżyser, który ostatnio nic tylko rozczarowywał w końcu powraca do formy. Najwyraźniej kataloński klimat neurotycznemu Nowojorczykowi sprzyja, gdyż "Vicky Cristina Barcelona" to jego najlepszy film od czasu "Koniec z Hollywood". "Scoop" i "Sen Kasandry" pozostawiły na mnie straszliwe wrażenie, które teraz Allen zmył ożywczym strumieniem ciepłego humoru.



Tak naprawdę film jest niczym więcej jak opowieścią o wakacyjnym romansie. Jednak u Allena ten prosty i wyświechtany pomysł nabiera życia, barw, emocji. Z filmu tryska latynoski temperament, uwodzące ciepło klimatu, rozkoszny czar krajobrazu i kultury i zmysłowa, pełna temperamentu hiszpańska krew. Oglądając film czuje się to wszystko, jakby samemu przebywało się w Barcelonie. Gmatwające się romanse stają się jednak pretekstem do zadania kilku podstawowych pytań o to czym jest związek, gdzie kończy się granica kompromisu, czym różni się fantazja od rzeczywistości.

Przy całym zachwycie dla filmu nie rozumiem jednak jednego: dlaczego Penelope Cruz dostała Oscara. Owszem, gra fajną postać, ale jej kreacja naprawdę wiele wysiłku – zwłaszcza od Hiszpanki – nie wymagała. Już Rebecca Hall miała trudniejsze zadanie i świetnie się z niego wywiązała.

Ocena: 7

środa, 4 marca 2009

Rysa (2008)

"To nic takiego – tylko rysa". Te słowa padają na początku filmu i w zasadzie mógłby być to już koniec, bowiem cała reszta sprowadza się do ilustracji tego komentarza i powrotu do niego po półtorej godzinnym dramacie. "Rysa" nie jest złym filmem. Jak na polskie warunki jest nawet całkiem znośny. Jednak w produkcji tej tkwił spory potencjał, z którego Michał Rosa wydawał się zdawać sprawę, ale i tak go nie wykorzystał.

Oto w domu pewnego szczęśliwego zdawałoby się małżeństwa pojawia się kaseta, która w wątpliwość podaje całe ich dotychczasowe życie sugerując, że było ono fikcją spreparowaną przez służby bezpieczeństwa. Prowadzi to stopniowo do dekonstrukcji związku, do oddalania się żony od męża. I tu była okazja, by się trochę pobawić formą. Jadwiga bowiem w dość spektakularny sposób się zachowuje, bliski reakcji psychotycznej. Rosa mógł to pociągnąć bardziej odważnie, zagrać na wątpliwościach. Czy jej podejrzenia są prawdziwe, czy jej reakcja jest uzasadniona, a może to tylko schizofrenia, a podejrzenia są urojonymi wytworami jej umysłu? Postać męża – Jana – również dawała pole do popisu. Trwa on przy żonie. Jego zachowanie jest niezwykle bierne, a kiedy żona w końcu go opuszcza nagle dostaje zawału i Jadwiga do niego wraca. Chyba za bardzo przesiąkłem Dickiem i to, co spreparował Rosa wydało mi się po prostu blade, bez ikry.

Ocena: 6

wtorek, 3 marca 2009

He's Just Not That Into You (2009)

Be true to yourself. Bądź sobą, bądź wierny sobie – oto przesłanie filmu "Kobiety pragną bardziej". Żyjemy w świecie, w którym wszyscy czegoś oczekują, są jakieś zasady, normy, którym trzeba się poddać, bądź też my sami karmimy się iluzjami, fikcjami i gonimy za rzeczami (bądź ludźmi), których tak naprawdę nie potrzebujemy.



Czy jest to konieczność małżeństwa, czy chłopak którego tak naprawdę nie chcemy – zawsze się znajdzie jakiś powód, by zamiast prawdy wybrać iluzję i bezpieczeństwo konformizmu. Tymczasem twórcy przekonują nas, że prawdziwe szczęście czeka nas tylko wtedy, kiedy będziemy autentyczni, kiedy przestaniemy oszukiwać innych i siebie. Przewrotnie, za tym indywidualizmem kryje się zakamuflowany konformizm, który wychodzi na wierzch choćby w historii Neila i Beth, którzy zamiast kontynuować życie w konkubinacie, jednak się pobiorą.

Sam film jest sympatyczny, bardzo prawdziwy, ale trochę przyciężki. Nigdy tak naprawdę nie wzbija się w powietrze, tak jak to było chociażby w przypadku "Chłopaki też płaczą". To bardzo konserwatywna komedyjka, której plusem jest obsada. Nawet Ben Affleck sobie w tym filmie poradził, ale i tak wolałbym, żeby zajął się reżyserią, bo ta mu lepiej wychodzi.

Ocena: 6

niedziela, 1 marca 2009

Half Light (2006)

To mogło się udać, gdyby Craig Rosenberg zdecydował się, jaki film chce zrobić. Mamy tu bowiem trzy ledwo do siebie przystające opowieści, z których każda – osobno – mogłaby posłużyć na niezły materiał na film.


Jest więc historia matki, która straciła syna, a teraz jest przez niego nawiedzana wywołując poczucie winy - z tego byłby niezły horror. Jest też historia kobiety zakochanej w przystojnym mężczyźnie, który okazuje się być martwy od siedmiu lat – to byłby dobry melodramat. I w końcu jest historia spisku bliskich głównej bohaterki, którzy chcą się jej pozbyć – z tego byłby świetny dreszczowiec. Razem wychodzi z tego rzecz nijaka, niedokończona, całkowicie pozbawiona klimatu.



Nie pomaga również muzyka. Sama w sobie bardzo ładna, lecz zdecydowanie nie pasująca do filmu. Trochę żal mi Demi Moore, bo jej próby powrotu do kina jak na razie się nie udają. Cóż, może nie zagubi się w "Półmroku" na stałe.

Ocena: 5

Little Fish (2005)

Nie wiem co mnie bardziej zdumiewa: to, że w "Płotce" wystąpiło tyle świetnych aktorów czy też to, że film zdobył aż 13 nominacji do australijskich Oscarów. Oglądając ten film o grupie byłych i obecnych ćpunów, miałem nieodparte wrażenie, że to sami twórcy cierpią na zespół odstawienia. Wszystko jest tu przytępione, ospałe, boleśnie ślamazarne. Ma to niby imitować 'poważną sztukę', lecz mnie po prostu irytowało.



To, co można zapisać na plus to gra aktorska. Blanchett a przede wszystkim Weaving zagrali lepiej niż na to zasługiwał scenariusz. Jeśli ten film daje się oglądać, to jest to wyłącznie ich zasługa. Niestety wielce żałuję, że marnują swój kunszt w filmie, o którym już dziś pewnie mało kto pamięta.

Ocena: 5