czwartek, 30 kwietnia 2009

Miss Pettigrew Lives for a Day (2008)

Wow! What a fabulous movie! A Real dealightful piece, charming and witty and very, very naughty.

Nie mogłem się powstrzymać, ale "Niezwykły dzień panny Pettigrew" jest naprawdę bardzo uroczym filmem, który wyjęty jest jakby nie z tej epoki. Naprawdę rzadko komu udaje się sztuka tak perfekcyjnego odtworzenia atmosfery starego kina. Bharat Nalluri jest absolutnym mistrzem. Jego film jest urodzonym klasykiem kina, który po prostu powstał 70 lat później niż powinien. Z łatwością można go włączyć do kanonu filmów 'in the closet'. Ma ten sam charakter, lekkość, spryt i żywiołowe dialogi.



Jakby tego było mało, "Panna Pettigrew" ma znakomitą obsadę. Frances McDormand bezbłędnie radzi sobie w roli dewotki, która trafia w sam środek świata rozpusty. Amy Adams całkowicie porwała mnie swoją rolą Delysii. Jak dla mnie była to jej najlepsza rola i do tego zagrana z taką lekkością, że trudno mi było wyjść z zachwytu. Mark Strong raz jeszcze udowodnił, że jest aktorskim kameleonem. Ostatnio wciąż go widuję na ekranie, a za każdym razem jest to kompletnie inna rola. Lee Pace strasznie się zmienił od czasu "Soldier's Girl" – miło, że się rozwija. I na koniec moja ulubiona aktorka - Shirley Henderson, rólka niby niewielka, ale za to jak zagrana.

Spędziłem naprawdę bardzo urocze 2 godziny oglądając "Niezwykły dzień panny Pettigrew".

Ocena: 7

środa, 29 kwietnia 2009

(2008) ואהבת

Ohed to młody ortodoksyjny Żyd, który toczy zażartą walkę z samym sobą. Z jednej strony jest wiara i jego głębokie oddanie Bogu. Z drugiej strony są jego uczucia i miłość, jaką odczuwa wobec współtowarzysza z jesziwy. Na szczęście (albo też nieszczęście) Kir nie odwzajemnia uczuć Oheda. Ohed walczy ze sobą, pości, waha się, lecz w pewnym momencie będzie musiał zdecydować, którą ścieżką miłości chce podążyć.

 

Chaim Elbaum całkiem sprawnie i wiarygodnie opowiedział historię Oheda. Film jest emocjonalny i bardzo dobrze oddaje stan ducha bohatera. Udało mu się to głównie za sprawą dobrego wykorzystania zbliżeń. Oczywiście mając tak fotogenicznego aktora jak Ori Lachmi, Elbaum nie mógł się powstrzymać i namiętnie serwuje na twarz Oriego. Przypomina mi to Gaëla Morela i jego "Le clan". To fetyszyzowanie Lachmiego mogło łatwo doprowadzić do katastrofy, jednak Elbaum, tylko w jednym momencie przekroczył dopuszczalną granicę. Ma on naprawdę dobre wyczucie obrazu i kilka kadrów (np. cień twarzy Oheda na tle zachodzącego słońca) to prawdziwe perełki.


(Ori Lachmi)


Rozczarowuje nieco zakończenie "And Thou Shalt Love". Wybór Oheda wydaje się ostateczny, co jednak trąci naiwnością. Biorąc pod uwagę fakt, że cały film bazuje na ciągłej walce i wahaniu, wydaje się, że bardziej satysfakcjonujące byłoby, gdyby w ostatniej scenie udało się uchwycić nieco więcej ambiwalencji.

Ocena : 7

The Yes Men Fix the World (2009)

Parę lat temu "Yes Men" było jak powiew świeżości. Oto nieco narwani młodzieńcy (idealiści, a może wręcz utopiści) postanowili zdemaskować obłudę kryjącą się za wolnym rynkiem i filarami kapitalizmu. Wyszedł z tego energetyczny i zabawny film dokumentalny. Z niemałym zatem zainteresowaniem wybrałem się na ich kolejny film "Yes-Meni naprawiają świat" i niestety wyszedłem z niego rozczarowany.



Tym razem tandem Yes Men był nie tylko bohaterem dokumentu, ale również i jego autorem. Nie wyszło to filmowi na dobre. Brakuje tempa, brakuje point, film jest bardzo sztampowy, linearny, pozbawiony humoru i pazura. Pozostała natomiast misja i to, co wyprawiają wielkim koncernom, wciąż budzi zdumienie i śmiech. 

Film raz jeszcze pokazuje to, co powinniśmy niby doskonale wiedzieć, a co jednak mało kto pojmuje – korporacje, spółki, zakłady nie ważne jak duże czy małe, nie istnieją dla dobra ludzi. "Dobro ludzi' jest efektem ubocznym – pożądanym, lecz nie najważniejszym. To, co się de facto liczy to dobro samej spółki i spokojny sen jej akcjonariuszy. Co to oznacza? Tylko tyle, że tragedia ludzi może być biznesową okazją, na której spółka wzbogaci się i rozwinie. Yes Meni jeszcze bardziej niż w pierwszym filmie walczą z "wolnym handlem" i bezwzględnym korporacjonizmem. Kiedy ogląda się ich film łatwo dojść do wniosku, że jednak socjalizm ma swoje plusy, że lewica jest niczym kaganiec zakładany podjadanym buldogom komerchy.

Ocena: 6

wtorek, 28 kwietnia 2009

And, There You Are (2007)

No cóż, na temat tego filmu mogę powiedzieć tylko tyle, że go widziałem i mam nadzieję szybko o nim zapomnieć. Już czołówka przypominała mi raczej nędzną produkcję ze ślubu czy podobnej imprezy. Po filmie sprawdziłem w Internecie i okazało się, że producent rzeczywiście prowadzi firmę kręcącą i montującą filmy ze ślubów. Szkoda, że na nich nie poprzestał.

Co się stało z kinem niezależnym????

Ocena: 1

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

X-Men Origins: Wolverine (2009)

No cóż, muszę przyznać, że "Wolverine" pozytywnie mnie zaskoczył. Nie jest oczywiście aż tak dobry jak dwie pierwsze części "X-Men", ale trzecią pokonuje w przedbiegach.

Filmowi brakuje materiału. Cała historia została rozrzedzona i rozciągnięta w czasie i mimo że nie trwa nawet dwóch godzin to i tak wydaje się za długi. Ma jednak swoje dobre strony. Przede wszystkim podoba mi się początek plus świetnie zrobiona czołówka łącząca w sobie napisy początkowe i krótką historię stu lat z życia Creeda i Logana. Obraz utrzymuje niezłe tempo, lecz brakuje mu wyrazistości i charakteru. Bawiłem się nieźle, ale z całą pewnością nie zapadł mi on w pamięci.



Po obejrzeniu filmu jestem niemal pewien, że pogłoski o konflikcie między reżyserem a wytwórnią są prawdziwe. "Wolverine" to obraz borderline, zahaczający o schizofrenię. Z łatwością można rozróżnić sceny, które są elementami wizji reżysera od tych, które narzuciło studio. I choć rozumiem obawy studia, które wydaje wielką kasę, to właśnie sceny Hooda są tymi, który odstają jako lepsze, bardziej intrygujące.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Muszę powiedzieć, że zadziwia mnie kategoria PG-13. Nie, nie ze względu na przemoc – tam zdaje się być dzisiaj wysysana z mlekiem matki. Jednak w filmie widać nagiego dublera Hugh Jackmana. Kiedy przypomnę sobie raban sprzed paru lat o kawał pośladka George'a Clooneya w "Solaris" czy do milimetra przycięte kadry w "Troi", to muszę powiedzieć, że po scenie ucieczki można było się spodziewać kategorii R. Ciekawe ile Fox posmarował, żeby tego uniknąć.

Ocena: 6

niedziela, 26 kwietnia 2009

What Just Happened (2008)

Co za całkowite, kompletne rozczarowanie. Barry Levinson może najlepsze czasy ma już za sobą, ale mimo wszystko coś tam sobą reprezentuje. Tymczasem wziął się za temat od lat maglowany przez telewizję ("Statyści", "Ekipa", "Akcja") i nawet nie wysilił się, żeby nam pokazać cokolwiek nowego.


W obsadzie są wielkie gwiazdy, w tle Hollywood i Cannes, a na ekranie nuda, nuda, nuda. I jeszcze to zakończenie. Czy to ma być jakaś deklaracja Levinsona? Jeśli tak to wolałbym, żeby zachował się tak jak jego bezkompromisowy bohater reżyser, niż żeby prezentował światu to pokraczne dzieło. Nawet "Deal" z Meg Ryan podobał mi się bardziej!

Małe plusy za muzykę Morricone i Catherine Keener.

Ocena: 4

sobota, 25 kwietnia 2009

Journey to the End of the Night (2006)

Z technicznego punktu widzenia "Podróż do końca nocy" jest całkiem niezła. Aktorsko jest w porządku, zdjęcia też są niczego sobie. Film ma jednak jeden poważny problem – nie bardzo rozumiem po co powstał.



Historia jest dość banalna i sprawia wrażenie patchworku, trochę rodzinnego dramatu, jakaś mafia i korupcja w policji w tle, transseksualne dziwki i ślepi wróżbici na dokładkę. Same ozdoby, ale brak materiału, do którego można byłoby je przypiąć. Zakończenie jest zaś banalne i kompletnie niesatysfakcjonujące. Trochę szkoda zmarnowanego materiału.

Ocena: 5

A Four Letter Word (2007)

 No cóż, pewnie takie filmy są potrzebne. Specjalizacja nawet w świecie kina jest potrzebna. I zapewne targetowej widowni film się spodoba, lecz nie zmienia to faktu, że tak naprawdę jest to film słaby.

Film sprawia wrażenie socjologicznej rozprawki, w której wzięli kilku 'typowych' przedstawicieli społeczności gejowskiej i pokazali, jakie perypetie muszą ich spotykać. Jest więc społecznik, dziwkarz, monogamiści próbujący życia w związku, prostytutka, a w tle jeszcze parę innych modeli. Wszystko obarczone dialogami, które może i na papierze były zabawne, ale w ustach niedoświadczonych aktorów wypadały niczym trociny z tartaku.



Kiepsko też zostali dobrani aktorzy. Największy dysonans istniał w przypadku Jesse'ego Archera, który nie potrafił utrzymać się w roli (swoją drogą dość wymagającej). Miałem wrażenie, że oglądam na ekranie jakiegoś schizofrenika, który jedno mówi, drugie udaje, a w rzeczywistości jest jeszcze inny. Charlie David został zapewne zatrudniony jedynie ze względu na swoją urodę. Ma chyba mieszaną krew, bo jego rysy, zwłaszcza oczy mają intrygujący kształt. Cóż z tego, kiedy przekonujący jest jedynie w scenach ściągania z siebie koszuli.

W całym filmie najlepiej wypadają sceny spotkań anonimowych alkoholików i seksoholików oraz postać Marilyn zagrana bardzo dobrze przez Virginię Bryan.

Ocena: 3

piątek, 24 kwietnia 2009

Ленин в октябре (1937)

"Lenin w październiku" to rzecz przeznaczona przede wszystkim dla tych, którzy interesują się historią. Można go bowiem traktować jako tekst źródłowy na temat komunistycznej propagandy i jako taki jest naprawdę niezwykle interesujący, mimo że wersja, jaką mamy na DVD to chyba wersja zrewidowana po śmierci Stalina (sądzą po tym, jak mało jest w nim odniesień do wodza ZSRR).



Interesująca jest nieobecność Torckiego (poza nazwaniem go zdrajcą). Interesujące jest to, że Lenin nie jest tutaj przywódcą rewolucji, a jedynie jej symbolem. Rewolucja dzieje się nieco obok niego, on ma po prostu być na sztandarach. Oczywiście nie można go było całkiem odrzucić, więc pokazany jest jako równy chłop, niezmordowany pracuś wyrabiający 300% normy przeglądania map i gazet. Łopatologia obrazu na pewno przemawiała do prostych widzów, dziś ciekawi jako narzędzie wykorzystywane do propagowania określonych poglądów.

Ocena: 6

czwartek, 23 kwietnia 2009

Duplicity (2009)

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego ten film nie sprzedał się w Stanach. Toż to znakomita rozrywka jest i kropka. O ile "Michael Clayton" bardziej bronił się ze względu na aktorów a nie na reżysera, o tyle w swoim drugim reżyserskim dziele Tony Gilroy odwalił kawał znakomitej roboty. Otrzymałem bardzo inteligentny, zmyślny, ironiczny, zabawny i trzymający w napięciu film, który wcale nie jest przewidywalny, który nie bierze siebie na poważnie, ale zarazem nie robi błazenady. To kino spod znaku braci Coen, dopieszczone, przemyślane i piekielnie rozrywkowe. I to zakończenie! Miodzio!



Ja bawiłem się na nim znakomicie, a i aktorzy chyba również. Gilroy powoli wyrasta na prawdziwego geniusza jeśli chodzi o pracę z aktorami. Nawet drobne rólki (Kathleen Chalfant czy znakomita Carrie Preston) to prawdziwe perełki. A Clive Owen i Julia Roberts są po prostu stworzeni do grania razem. Ta ekranowa chemia! Tego nie da się podrobić. Julia dawno już tak mnie nie oczarowała jak tutaj. Zaś Clive, ech to jedyny facet, który potrafi być seksowny mając cały czas minę osoby cierpiącej na chroniczne zatwardzenie.

Kilka niewielkich potknięć wcale nie przeszkadzało mi cieszyć się tym filmem. W kategorii czystej rozrywki propozycja niemalże idealna.

Ocena: 8

środa, 22 kwietnia 2009

火垂るの墓 (1988)

Dziwnie jest powracać do filmów, które widziało się dawno temu i było się wtedy pod ogromnym wrażeniem. Teraz ich odbiór jest już inny, oglądając je nieświadomie oczekuje się tych samych co wtedy doświadczeń, lecz czas mija, a wraz z nim i my się zmieniamy. Oczywiście nie jest to żelazna reguła, lecz w moim przypadku i w przypadku "Grobowcu świetlików" tak się właśnie stało.



Kiedy po raz pierwszy oglądałem anime Isao Takahaty, historia wojennych sierot bardzo mnie wzruszyła. Teraz tego wzruszenia nie odnalazłem, film wręcz wydał mi się ckliwy i to aż za bardzo. A jednak "Grobowiec świetlików" raz jeszcze zrobił na mnie duże wrażenie, lecz z zupełnie innych powodów. Teraz moją uwagę przykuł przede wszystkim główny bohater – nastoletni Seita. Wywraca on całą sztampową zdawałoby się konstrukcję do góry nogami. Jak napisałem film jest bardzo ckliwy, przesłodzony, do tego mocno liryczny, co tworzy atmosferę wielkiej tragedii, w której współczuć trzeba bohaterom. Jednak Seita nie jest samą słodyczą, chodzącym dobrem. Taki jest jedynie w odniesieniu do młodszej siostry, którą naprawdę próbuje się opiekować. Jednocześnie jest jednak osobą dumną, pyszałkowatą wręcz, mocno niedojrzałą i egotystyczną. Kiedy przygarnia ich ciotka pasożytuje na niej niczym tasiemiec, a kiedy zwrócona zostaje mu uwaga (owszem, bardzo obcesowo) to ucieka i zabiera ze sobą siostrę. W czasach nalotów jest hieną kradnącą żywność i cenne rzeczy, które na żywność może przehandlować. Kiedy siostra choruje, nie potrafi jej pomóc, bowiem duma wstrzymuje jego kroki. W ten sposób ten z pozoru szlachetny chłopaczek staje się powodem śmierci swojej siostry i siebie samego.

Patrząc tak na "Grobowiec świetlików" film zdaje się być alegorią Japonii, która doprowadziła sama siebie do niemalże całkowitej destrukcji. Wojna staje się tutaj śmiercią roznoszoną przez pychę i nieugięty kark nawet w obliczu nieuchronnej tragedii. Takahata tworzy zatem dzieło mające antywojenną wymowę, lecz wypływa ona z zupełnie innego miejsca, niż należałoby się tego spodziewać.

Mimo całej strawy intelektualnej, jakiej tym razem dostarczył mi "Grobowiec", szczerze mówiąc wolałem ten film wtedy, kiedy wydawał mi się prostszy za to podchodziłem do niego bardziej emocjonalnie.

Ocena: 7 

wtorek, 21 kwietnia 2009

Push (2009)

Wow! Jestem pod wrażeniem, naprawdę. Już dawno żaden film tak mnie nie zdumiał jak ten. Nie wiem, co zszokowało mnie bardziej: to, że ktoś na tę kupę gnoju wydał kasę, czy też to, że twórcy najwyraźniej mieli nadzieję na realizację części drugiej. Chociaż nie, najbardziej mrozi mi krew w żyłach myśl, że "Push 2" naprawdę powstanie.

Przy "Push" "Jumper" i "Niewidzialny" jawią się niczym perły światowej kinematografii. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie udowodnić, że ten film ma jakąś fabułę. Niby jest jakaś walizka, którą trzeba odnaleźć, ale w rzeczywistości jest to pretekst do najbardziej absurdalnej i głupiej sekwencji jaką jest 'oszukiwanie przyszłości'. Całość nie ma za grosz sensu, co jeszcze nie byłoby takie najgorsze, gdyby chociaż bohaterowie byli ciekawi albo sceny akcji ekscytujące. Tymczasem brutalna rzeczywistość jest taka, że film nie ma bohatera a jedyne grupę płaskich i nudnych postaci, a więcej emocji dostarcza mi oglądania nawalanki mojego brute'a niż debilny pomysł z unoszącymi się gnatami strzelającymi do siebie.



Poziom aktorstwa jest równie niski co scenariusza. Prym wiedzie Chris Evans, który nawet nie próbuje kryć się z tym, że jest całkowitym beztalenciem. Należą mu się brawa, bo musi być chyba najlepszym lachociągiem w Hollywood. Tylko robiąc loda jakiemuś przetłuszczonemu bossowi jednej z wielkich wytwórni, mógł zapewnić sobie nie byle rolę, ale rolę główną w widowisku akcji, najbardziej intratnym z gatunków filmowych.

Jednak na specjalne wyróżnienie zasługuje reżyser Paul McGuigan, który dostał w swoje oślizgłe ręce młodziutką Dakotę Fanning i postanowił sprowadzić ją na złą drogę. Ubrał ją w szokująco zdzirowaty strój, który wywołałby rumieniec wstydu nawet na twarzy Madonny. Każe jej przeklinać, biegać z bronią i chlać wódę. A na dodatek wkręca ją w pedofilne sytuacje, bowiem więcej 'chemii' jest w scenach Fanning z Evansem, niż w scenach Evansa z Camillą Belle.

To, że McGuigan jest złym reżyserem wiedziałem już od czasu "Apartamentu", jednak po "Zabójczym numerze" nabrałem nadziei, że może jednak coś z niego będzie. Cóż płonna to była nadzieja i zmarła śmiercią gwałtowną po 10 minutach "Pusha".

Film nie nadaje się do oglądania. Jedynym plusem jest pojawienie się na ekranie Lu Lu (czy jak ona się tam nazywa), ale nie jest to piękność tego kalibru, dla którego chciałoby się cierpieć katusze.

Ocena: 1

niedziela, 19 kwietnia 2009

Stuck (2007)

Stuart Gordon is a very naught boy. Facet jest niezłym sadystą, a przy tym ma spore (choć czarne) poczucie humoru. Tym razem ta mieszanka się opłaciła. "Stuck" to rzecz absurdalna, okrutna, niezwykle ironiczna i bezsprzecznie zabawna.



Pechowiec Thomas Bardo pragnie tylko jednego – znaleźć miejsce, gdzie mógłby przenocować. A dla losu jego życzenie okazuje się rozkazem i chwilę potem zostaje potrącony przez samochód. Zamiast jednak zostać rozjechanym na miazgę, on utknął poharatany na masce i tak dojechał do garażu młodej, trochę naćpanej dziewczyny. Ta, skoro już została z kłopotem musi się go jakoś pozbyć. Stopniowo dociera do niej, że najlepszym rozwiązaniem będzie dokończyć to, co zaczęła i pozbawić go życia. Jednak Thomas ma co do tego swoje własne zdanie i wszelkimi sposobami stara się zdobyć pomoc.

Scena z psem, tekst o O.J. czy wyrzucenie ździry z mieszkania faceta – to rzeczy, na których można się popłakać ze śmiechu. Całość jest jednak ostrą krytyką społeczności, która taką jest tylko wtedy, kiedy jej to odpowiada. Całość można było trochę lepiej poprowadzić i rozbudować, ale to co otrzymałem jest i tak lepsze od moich oczekiwań.

Ocena: 6

AKA (2002)

Oglądając "AKA" zrozumiałem, że remake'i istnieją właśnie dla takich filmów, tyle tylko że nikt ich odświeżać nie chce. Duncan Roy miał bardzo dobry pomysł na film. Inspirując się prawdziwą historią opowiedział o młodym chłopaku, który uciekł z domy, gdzie molestował go ojciec i podszywając się pod syna arystokratki żył jak w bajce.

(Peter Youngblood Hills)

Roy dotyka tutaj wszystkich ważnych spraw: kazirodczej pedofilii, klasowych nierówności, miłości i pieniędzy, konfliktu między tym kim jesteśmy a tym kim możemy być. Stworzył też kilka znakomitych postaci, jak choćby Davida, ale większości z nich nie wykorzystuje w pełni. Tu zresztą tkwi problem z filmem. "AKA" przypomina próbę układania mandali przy pomocy odkurzacza. Wszystko jest tu brutalnie dosadne, niektóre z postaci przerysowane, przeskakujemy od problemu do problemu z prędkością błyskawicy, a refleksja – wyłożona w sposób łopatologiczny – przychodzi dopiero na koniec. Teraz przydałoby się, żeby ktoś opowiedział tę historię tak, jak na to zasługuje.

Ocena: 5

sobota, 18 kwietnia 2009

The Last Winter (2006)

No cóż, Larry Fessenden słyszy dzwony, tylko nie wie w którym kościele. W przypadku "Ostatniej zimy" miał całkiem niezłym pomysł (mało oryginalny, ale spoko). Musiał go jednak zepsuć przez dodawanie pseudosocjologicznych dywagacji na temat efektu cieplarnianego i niszczenia przez człowieka planety. Gdyby się tego pozbył, dostalibyśmy historię grupy osób na odludzi, którzy stawić czoła muszą bliżej nieznanemu zjawisku. Oczywiście takich filmów powstały całe setki, więc Fessenden chciał być oryginalny i trochę go poniosło. Dobrze skrojony film ze znanego szablonu jest lepszy niż nabzdyczony bełkot, który próbuje udawać coś więcej, niż jest w rzeczywistości.



Ocena: 5

A Prairie Home Companion (2006)

Czy Robert Altman wiedział, że umiera, kiedy kręcił ten film? W świetle jego śmierci wkrótce po premierze trudno "Ostatnią audycję" oceniać nie biorąc tego wydarzenia pod uwagę, zwłaszcza że w sposób idealny oddaje credo reżysera i jego ostatnie miesiące życia.

Film inspirowany jest audycją radiową " A Prairie Home Companion" prowadzoną przez Garrisona Keillora, który zresztą gra samego siebie. W przeciwieństwie jednak do historii w filmie, audycja radiowa wciąż jest nadawana, ale Keillor już kiedyś musiał ją zawiesić.



"Ostatnia audycja" to opowieść o odchodzeniu pewnej epoki i ludzi z nią związanych. W porównaniu z dzisiejszym światem mającym obsesję na punkcie gadżetów i komputerów, tu wszystko było robiono naturalnie – nawet efekty specjalne (dźwiękowe) były dziełem człowieka nie zaś maszyny. To świat, w którym liczył się człowiek, praca niemalże w rodzinnych warunkach, gdzie nawet reklama nie wygląda jak narzucony product placement, a jest naturalnym elementem rozrywkowego show. Lata świetności mają już za sobą, lecz wciąż grają, do ostatniej minuty.

I taki właśnie był Alatma: człowiek starej szkoły, którego kino odchodziło do lamusa zastąpione generowanymi komputerowo wizjami. Jednak dopóki mógł robił filmy i odszedł tuż po tym osobistym wyznaniu, zupełnie jak to przepowiedział w ostatniej scenie filmu. Oglądając film cały czas czułem tę atmosferę zbliżającego się końca, wspominanie przeszłości, nostalgia, ale i świadomość, że to nie koniec, że sztuka trwać będzie dalej. Co ciekawe nie ma tu żadnych indywidualnych popisowych kreacji, wszyscy stanowią idealnie dobrane elementy całości i to właśnie film jako całość zachwyca… przynajmniej mnie. Dałem się całkowicie porwać magii chwili. Brawo panie Altman, odszedłeś we wspaniałym stylu!

Ocena: 9

Bangkok Dangerous (2008)

Ugh, czy ten film ma w ogóle jakąś fabułę? Specjalnie pominąłem go w kinie, ale po DVD sięgnąłem. Zupełnie niepotrzebnie. Nie miałem wygórowanych oczekiwań, a mimo to twórcom i tak nie udało się do nich dociągnąć. Cage z tą swoją wielką kobylastą głową wyglądał jakby zgubił drogę do żłobu i teras nie może nawet pożuć prosa. Jakaś totalnie lamerska intryga nie składa się w żadną całość. I do tego to absurdalnie debilne zakończenie! Kto im dał kasę na taki badziew???



W dwóch miejscach bracia Pang przypomnieli sobie, że są twórcami azjatyckimi i zrealizowali niezłe sekwencje akcji bardzo w stylu kina klasy B z Hongkongu. Film ma też całkiem niezłą muzykę. Szkoda, że cała reszta to szajs w czystej postaci.

Ocena: 2

piątek, 17 kwietnia 2009

My Beautiful Laundrette (1985)

Kontynuując sentymentalną podróż po filmach z przeszłości, odświeżyłem sobie "Moją piękną pralnię". I choć film zaczyna powoli pokrywać się patyną, to jest to wciąż jeden z lepszych filmów dekady. 



Za bardzo prostym pomysłem i mało skomplikowaną konstrukcją kryje się wielowarstwowa historia będąca zarazem osobistą historią kilku postaci jak i dogłębnym studium społeczeństwa brytyjskiego ery Thatcher. Ideały ścierają się tu z prozą życia. Szybka kasa z potrzebami serca. Lojalność i miłość walczy o lepsze z solidarnością rasową i klasową. Nic w tym filmie nie jest proste i jednoznaczne: związek Omara i Johnny'ego, Nasser i jego kochanka, ojciec Omara. To fascynujące, jak wiele można powiedzieć używając najprostszych metod.

Oglądany dziś film robi już nieco sztuczne wrażenie. Ścieżka dźwiękowa pozostawia sporo do życzenia. A jednak film wciąż robi wrażenie. Z perspektywy lat widać też wyraźnie, jak wielki wpływ miała "Moja piękna pralnia" na kino brytyjskie. Stała się niemalże archetypową opowieścią. Bez filmu Frearsa nie powstałby ani "Billy Elliot" ani "Wojny domowe" ani "Podkręć jak Beckham".

Ocena: 9

czwartek, 16 kwietnia 2009

The Uninvited (2009)

Chyba za dużo ostatnio oglądałem horrorów. Już po pięciu minutach wiedziałem wszystko... no trochę przesadzam, wiedziałem co się stało i co się stanie nie wiedziałem tylko dlaczego. Jednak to pytanie wcale nie budziło mojej ciekawości. "Nieproszeni goście" są tak sztampową produkcją, że oglądając ją trudno było mi wykrzesać z siebie jakikolwiek entuzjazm. I wcale nie pomaga tu obecność Davida Strathairna i Elizabeth Banks.



Film mogę polecić z czystym sumieniem jedynie zainteresowanym psychoanalizą. Symbolika libidynalna, kompleks Elektry i kilka archetypicznych aspektów zbiorowej nieświadomości pojawia się niemal w każdej scenie. Ich interpretacja zapewnia więcej rozrywki, niż sama historia o psychopatce.

Ocena: 4

środa, 15 kwietnia 2009

Beautiful Thing (1996)

Uwielbiam ten film. Jest on dla mnie jednym z symboli brytyjskiego komediodramatu, porównywalnego z "Moją piękną pralnią", "Billym Elliotem" czy "Podkręć jak Beckham". I kompletnie nie rozumiem, dlaczego jego twórcy nie zrobili kariery. Hettie Macdonald chałturzy w telewizji i "Beautiful Thing" to jej jedyny film kinowy! Niewiarygodne.



Sama historia jest dość prosta. Dwóch nastolatków odkrywa swoją tożsamość i zakochuje się po raz pierwszy. Jeden jest prześladowany w szkole, drugi w domu. W sobie nawzajem znajdują wytchnienie i wsparcie, które pozwala mi trwać dalej. To, co film wyróżnia to doskonale zbudowane postaci, kreślone delikatnymi liniami, lecz mimo to końcowym rezultatem są skomplikowane, bardzo bliskie życiu osobowości. I nie mówię tu tylko o dwóch głównych postaciach, lecz także o drugoplanowych: matce Jamiego próbującej samotnie wychować syna, sympatycznym Tonym i Leah, moja ulubiona postać nastoletniej zdziry z wielkimi marzeniami.

Film oglądałem już parę razy, a kiedy miałem okazję kupić DVD, musiałem z niej skorzystać. Lubię powracać do niego od czasu do czasu.

Ocena: 9

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Survive Style 5+ (2004)

To jest kino jakie lubię! Japończycy na świecie słyną przede wszystkim z horrorów, filmów o samurajach/ninja i anime. Tymczasem kręcą również świetne komedie z rodzaju absurdalnych i maksymalnie pokręconych. Są wręcz mistrzami gatunku, z którymi mało kto może się równać. Niestety zazwyczaj do nas te filmy nie docierają. A szkoda.



"Survive Style 5+" to chyba najlepsza komedia japońska jaką miałem okazję obejrzeć od czasu "Skoków narciarskich parami". Kilka luźno powiązanych historyjek, z których co jedna to bardziej absurdalna. Mnie najbardziej spodobała się historia faceta zahipnotyzowanego w kurę i drugiego faceta wciąż od nowa zabijającego swoją żonę. Gdyby nie lekki spadek tempa pod koniec, ocena całkowita filmu byłaby jeszcze wyższa.



I słowo jeszcze o soundtracku. Ktokolwiek go skompilował powinien dostać medal. Fantastyczna mieszanka, a co jednak piosenka to lepsza. Choć chyba najbardziej spodobała mi się ta o króliku Sebastianie :)

Ocena: 8

जोधा अकबर (2008)

Na świecie film został całkiem dobrze przyjęty i przez publiczność i przez krytyków, a mnie niestety rozczarował. To zapewne wina zbyt dużych oczekiwań, ale czy od twórcy "Lagaan" można oczekiwać czegoś mniej niż arcydzieła?

(Nikitin Dheer)

Tymczasem "Księżniczka i cesarz" to epicka wydmuszka, wcale tak daleko nie odbiegająca od "Ogniem i mieczem". Ashutosh Gowariker postawił na epicki rozmach, w którym bohaterowie wydawali się karłami. Hrithik Roshan w wąsach średnio mi się podoba, zaś Aishwarya Rai jest zachwycająca, ale brakuje jej charyzmy. Rola została napisana jakby z myślą o Kajol, ale ta niestety należy już do innej aktorskiej kasty.


Muzycznie też średnio. Jak na film, który trwa 3,5 godziny jest jej mało. Spodobał mi się tylko jeden utwór "Azeem-O-Shaan Shahenshah", który zresztą ma bardzo dobrą choreografię.

Ocena: 5

niedziela, 12 kwietnia 2009

Mala Noche (1985)

Pełnometrażowy debiut Gusa Van Santa odsłania jedną z jego największych wad/zalet – skłonność do naśladownictwa. Najsłynniejszym tego przykładem był "Psychol" zrobiony klatka w klatkę na podobieństwo "Psychozy" Hitchcocka, najlepszym zaś w "Gerry", w którym czerpał z twórczości Dereka Jarmana. W "Złej nocy" wykorzystuje zaś dorobek Andy'ego Warhola. Niestety dla Van Santa, Warhol tworzył swoje filmiki w latach 60., a "Zła noc" powstała ćwierć wieku później i niestety wtórność aż bije po oczach, co szkodzi wartości filmu.



"Zła noc" odsłania też drugą wielką zaletę Van Santa – jego bezsprzeczny dar do opowiadania historii o młodzieży. Ten film idealnie oddaje młodzieńcze zniewolenie nagłą namiętnością, która obezwładnia, oślepia, prowadzi do działań, na które w normalnych okolicznościach nigdy by się nie zgodzili. Pokazuje również okrucieństwo  bezwzględną brutalność tego świata. W ten sposób "Zła noc" to preludium do kolejnych filmów jak "Słoń" czy "Paranoid Park". 

Wprawka wyszła Van Santowi nieźle, ale daleko mu jeszcze do klasy, jaką pokaże w następnych swoich dziełach.

Ocena: 5 

Adrift in Manhattan (2007)

Ten film ma sens jedynie jako swoisty manifest artystyczne jego twórcy Alfredo De Villy. Wtedy można byłoby powiedzieć, że historia trójki bohaterów to przypowieść o sztuce filmowej, a może ogólniej o sztuce w ogóle. Mamy więc młodego fotografa, który żyje w dziwnym związku z matką, mamy podstarzałego malarza, który ślepnie i jest jeszcze okulistka, która nie doszła do siebie po stracie dziecka. Co ich łączy? Dwie rzeczy: medium – wzrok/obraz oraz tragedia. Ich losy przełożone na język paraboli sugerują, że twórca (filmowy) to osoba cierpiąca, zmagająca się ze sobą i światem. To myśl banalna. Ciekawsze jest to, że w opowieści De Villy działa obrazkowe są łącznikiem pomiędzy osobami doświadczonymi tragedią, smutkiem, samotnością. Jest to jednak łącznik z wewnętrzną wadą, który sprawia, że powstałe dzięki niemu związki są nietrwałe, bądź wypaczone. Niezbyt to sympatyczny obraz sztuki, którą De Villa uprawia. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że się z nią nie przebił, czarnowidztwo jak najbardziej uzasadnione.



Ocena: 5

The Boynton Beach Bereavement Club (2005)

No cóż, dałem się skusić opisowi na okładce i niestety mocno się zawiodłem. W kilku miejscach jest może i wzruszający, ale już o przezabawnym nie ma mowy. Film jest bardzo konserwatywny, a przecież porusza niezwykle nośny temat. Nie oczekują, że Amerykanie zrobią z tego komedię z pazurem, jaką na pewno zrealizowaliby Brytyjczycy, ale mogli się nieco bardziej postarać. Nuda, nuda, nuda.

Ocena: 4

The Last Legion (2007)

Książka "Ostatni legion" jakoś nigdy mnie nie kusiła, choć lubię historię starożytną (nawet w wersji alternatywnej). Nie miałem też zamiaru oglądać filmu powstałego na jej bazie. Potem jednak zobaczyłem obsadę i zmieniłem zdanie, bo czyż można darować sobie widok Colina Firtha w rzymskim wdzianku wywijającego mieczem, a u boku mającego piękną Aishwaryę Rai? Cóż, po obejrzeniu filmu na powyższe pytanie odpowiedzieć mogę tylko twierdząco – oczywiście, że można – ba, nawet trzeba! – sobie ten film darować.



"Ostatni legion" wygląda jakby do blendera wrzucono taśmy z "Króla Artura", "Władcy Pierścieni" i "Excalibura". Wyszła z tego nieznośna papka, która spodobać się może jedynie doświadczonym masochistom. Już dawno żadne 1,5 godziny tak bardzo mi się nie dłużyło. No, ale kiedy wspomniano o Tyberiuszu jako szlachetnym cesarzu, wiedziałem, że to kostiumowa komedia. Trochę to jednak dziwne, że jedna z głównych postaci zna Senekę, ale już Swetoniusza jakoś nie.

Film ma sporo gwiazd, lecz żadna z nich nie spełniała moich oczekiwań. Mam nadzieję, że palą się teraz ze wstydu na samo wspomnienie filmu. Straszna kicha.

Ocena: 2

sobota, 11 kwietnia 2009

On a Clear Day (2005)

Lubię Brytyjczyków za to, że mówią ludziom, iż kariera nie jest najważniejsza i wcale nie jest rozwiązaniem dobrym na wszystko. W tym stoją w całkowitej opozycji do Amerykanów. Ot pierwszy przykład z brzegu: widziany przeze mnie wczoraj "Pracownik miesiąca". Główny bohater leseruje, jego życie stoi w miejscu i nic. Ale potem zaczyna przykładać się do pracy i choć trochę przesadza, w sumie zyskuje wszystko.



Tymczasem u Brytyjczyków jest odwrotnie. Najpierw harują 20 lat i nic z tego nie mają, oni i ich rodziny marnieją. A wystarczy, że zostaną zwolnieni, a voilà nagle mogą podążyć za swoimi marzeniami, a przy okazji pomagając wszystkim wokół. 

"Pogoda na przyszłość" pozbawiona jest oryginalności. Jest kalką filmów, które zna i kocha chyba cały świat. Jednak całość jest mimo wszystko pełna ciepła i wzruszająca. Ogląda się to naprawdę dobrze.

Ocena: 7

Mrs. Harris (2005)

No cóż, nie mogę powiedzieć, by twórcy nie starali się coś z tym całym materiałem zrobić. Słynna zbrodnia została tutaj ciekawie pokazana, ale nie do końca. Są momenty ironiczne, ciekawe formalnie, ale to są tylko momenty reszta jest niestety bezbarwna i popada w rutynę.



Sama historia toksycznego związku (zanim jeszcze pojęcie 'toksycznego związku' się upowszechniło) jest jednak interesująca. Oglądając film miałem wrażenie, iż obserwuję historię osoby, która zachwycona jest swoją idealną ręką. Kiedy zostaje zraniona, nic sobie nie robi, nie pielęgnuje. Rana się zaognia, jątrzy, a w końcu zaczyna gnić rozprzestrzeniając toksyny i zatruwając cały organizm. Jednak osoba wciąż nie chce nic z tym zrobić. Boi się operacji, bo się blizny, braku, aż w końcu zostaje jeden wybór: śmierć albo amputacja. Dwie wersje dramatycznych zdarzeń 10 marca pokazują obie możliwości: pierwsza (zgodna z linią obrony) mówi o samobójstwie, druga (proponowana przez prokuraturę) sugeruje zabójstwo.

Annette Bening gra na swoim wysokim poziomie, który jednak patrząc w porównaniu z innymi aktorami za wysoki wcale nie jest. Jej repertuar aktorski jest dość skromny i nie pokazuje tu nic, czego nie widziałem w "American Beauty" czy "Being Julia" – w tamtych filmach zagrała jednak lepiej. Ben Kingsley natomiast jest chyba najbardziej farciarskim aktorem swego pokolenia. Co jeden film, to większy ogier z niego wychodzi. Tak trzymaj Ben!

Ocena: 6

Employee of the Month (2006)

Trochę wstyd jest się do tego przyznać, ale pewnie dlatego nazywa się to 'guilty pleasure'. Otóż moją wstydliwą przyjemnością są komedie z Danem Cookiem. Wiem, że są głupie i prymitywne, ale co tam i tak je lubię. Dlatego w ramach nadrabiania zaległości postanowiłem sięgnąć po "Pracownika miesiąca" – pierwszą dużą komedię z główną rolą Cooka.



Ku mojemu zdumieniu film zupełnie nie przypomina następnych jego filmów. Nie seksi się, zero nagości, prawie brak durnowatych dowcipów poniżej pasa. Następne filmy były głupie, ale jednak mają swój humor. Ten niestety ma najgorszą z wad komedii – jest po prostu nudny. Chyba ani razu się nie zaśmiałem. Całość jest tak wymuszona, że trudno się nią bawić. Wiedziałem, że film będzie zły, a jednak nie sądziłem, że aż tak bardzo.

Ocena: 4

wtorek, 7 kwietnia 2009

17 Again (2009)

"17 Again" reklamowany jest jako film z Zaciem Efronem, ale ja chciałem go obejrzeć ze względu na reżysera Burra Steersa, który zwrócił moją uwagę swoim debiutem "Igby Goes Down". To było siedem lat temu i od tamtej pory nie nakręcił (w kinie) nic... do teraz. Komedia "17 Again" nie jest żadnym arcydziełem, porażką jednak też nie jest. Pomysł wyświechtany tutaj jednak sprawdza się nieźle, całość ładnie sklejono, a kilka scen jest naprawdę przezabawnych. Koniec końców film radzi sobie lepiej niż "13 Going on 30" innego niezależnego filmowca Gary'ego Winicka, który po niezłym "Debiutancie" zaczął robić gnioty.


To, że film warto zobaczyć nie jest jednak wcale zasługą Steersa, a głównej gwiazdy obrazu. Nie, nie mam tu wcale na myśli Zaca Efrona. Prawdziwym komediowym diamentem jest Thomas Lennon w roli prawdziwego geeka, wielbiciela sf&f biegle mówiącego językami elfów. Wszystkie zabawne sceny są jego udziałem. Dla niego i tylko dla niego naprawdę warto wybrać się na ten film!

A Efron? Cóż nie mam nic przeciwko niemu. HSM jest nie w moim targecie, więc nie widziałem, a w "Lakierze do włosów" był nieinwazyjny. Niestety chłopak nie ma zbyt wiele talentu, dlatego też moim zdaniem zamiast wybierać pomiędzy rolami powinie łapać wszystko, niech go zaszufladkują, niech go wykorzystają, niech mu płacą kupę kasy i niech ją dobrze zainwestuje. Kiedy bowiem za kilka lat straci swój chłopięcy czar, szybko zniknie z afisza i zostanie mu albo przekwalifikowanie się bądź też praca w badziewiach za minimalną pensję.

Ocena: 6

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Diminished Capacity (2008)

Ech, "Pamięć z odzysku" może służyć jako słownikowa definicja pojęcia 'amerykański film niezależny". Ma w sobie cały sztafaż, bohaterów, sytuację i metodykę narracji typową dla kina niezależnego. Są zatem uroczy dziwacy, ludzie nie do końca przystosowani, odmienne indywidua, które jednak są najzwyczajniej normalni. Są smutne, lecz ciepłe sytuacje, w których odnajdujemy czar najprostszych życiowych mądrości. Są tragiczne sytuacje, które łączą ludzi, wydobywają z nich to co najlepsze i zamiast być oznaką końca stanowią tylko początek nowego etapu. Jest wreszcie ten specyficzny sposób opowiadania historii: intymny, pełen ciepła, lekko zadziorny, ale nigdy prześmiewczy.



Niestety, to czego "Pamięci z odzysku" brakuje to autentyczność. Film Terry'ego Kinneya (którego zawsze będę wspominał dobrze za "Oz" – zresztą paru kumpli z serialu udało mu się do projektu przyciągnąć) udaje prawdziwy film niezależny, lecz jest tylko kopią. I nie ma tu znaczenia skąd wziął pieniądze. Niezależne kino wygrywa tylko i wyłącznie w dwóch sytuacjach: 1) kiedy jest autobiograficzne 2) kiedy posiada w sobie ów czar, trudny do zdefiniowania składnik, który pozwala ignorować wszelkie wady i cieszyć się samą historią. "Pamięć" nie spełnia żadnego z tych warunków.

Film ma za to u mnie dużego plusa za włączenie piosenki Sufiana Stevensa "The Dress Looks Nice on You", z którego dyskografią będę się musiał jak najszybciej zapoznać.



Ocena: 6

niedziela, 5 kwietnia 2009

The Event (2003)

Oglądając "Prawo wyboru" przypomniały mi się lata 80. i 90. kiedy to powstała cała masa filmów o ostatnich dniach chorych na AIDS, jak choćby "It's My Party". Jednak podczas gdy Roberts i spółka zrobili rzewny filmik o umieraniu, który miał 'uczłowieczyć' gejów, to w przypadku filmu Fitzgeralda taka rzecz by nie przeszłą (a w każdym razie tak się zdawało reżyserowi). Stąd dodano trochę ironicznego, dystansującego humoru (co było dobrym posunięciem) i wprowadzono cały wątek prowadzonego śledztwa (co było posunięciem złym). Powstał z tego prawdziwy groch z kapustą.



Historia Matta i jego przygotowań do samobójstwa może i była wałkowana setki razy, może i jest nadmiernie sentymentalna, lecz przynajmniej jest interesująca. Historia Nick prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci Matta jest sztuczna, niepotrzebna i rozbija całość. Dodatkowo Parker Posey nie zagrała w tym filmie dobrze w ani jednej scenie! Irytowała mnie przez cały czas swej bytności na ekranie. Na szczęście byli inni (jak Dukakis czy Polley), dzięki którym całość jest znośna.

Ocena: 6

Awake (2007)

Wiedziałem, że ten film to gniot. Miałem go w ogóle nie oglądać, ale stało się inaczej. I muszę powiedzieć, że cieszę się z tego. Nie, film wcale pozytywnie mnie nie rozczarował. Wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, okazał się jeszcze gorszy, a jednak "Przebudzenie" niesie za sobą dobrą lekcję tego, co dzieje się w Fabryce Marzeń.



Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak Joby Harold pitchował potencjalnych producentów: wyobraźcie sobie mężczyznę, który leży na stole operacyjnym, nie może się ruszyć, lecz pozostaje przytomny, czuje każde cięcie skalpela, lecz najgorsze dopiero przed nim – słyszy, że lekarze wcale nie zamierzają go uratować, a zamordować. Mężczyzna desperacko próbuje znaleźć sposób z sytuacji, która nie ma wyjścia...

"Przebudzenie" ma naprawdę diabelnie dobry zarys fabularny. Mógł z tego wyjść mocny, trzymający w napięciu thriller z kilkoma twistami, które niejedną osobę całkowicie by zaskoczyły. Niestety w trakcie realizacji popełniono całą masę krytycznych błędów, które doprowadziły do sytuacji, w której lepiej byłoby spalić jedyną kopię filmu, niż pozwolić jej ujrzeć światło dzienne.

Po pierwsze nie należało powierzać Haroldowi stanowiska reżysera. Może i wymyślił dobrą historię, lecz nie ma zielonego pojęcia o warsztacie, o tym jak budować filmową historię, co jest istotne na ekranie, czego nie należy pokazywać, o tempie narracji i budowaniu ujęć. Kopiuje podręcznik, nie wykazuje się ani krztą pomysłowości, oryginalności, życia. Zanudza widza na śmierć marnując swoją własną historię!

Po drugie całkowicie nietrafiona jest obsada filmu. Hayden Christensen nie potrafi być wiarygodnym miliarderem. Lepiej radził sobie jako zagubiony chłopaczyna na stole operacyjnym, ale nawet tam pasuje równie dobrze jak Kaczyński na paradzie równości. Jessica Alba nie jest zaś żadną zimną suką, jaką ma być jego bohaterka. W każdej wspólnej scenie z Leną Olin dostaje zadyszki i tylko ośmiesza się wydymając swoje olbrzymie usta.

Zmarnowany materiał, ale tylko z punktu widzenia widza. Harold najwyraźniej załapał się na kolejną fuchę, więc z jego perspektywy było warto.

Ocena: 2

The Air I Breathe (2007)

Jieho Lee postanowił zabawić się w psychoterapeutę Boga i rozwiązać zagadkę śmierci i zła, które dzieje się na Ziemi. Oczywiście wychodzi mu z tego banalna przypowiastka o tym, że nic nie dzieje się bez powodu, a człowiek jest zbyt mały, żeby zobaczyć cały obraz. Dlatego też dla zainteresowanych śmierć szarego człowieczka, który tylko chciał trochę zarobić może wydawać bezsensowna, lecz wystarczy prześledzić losy czterech osób, by zrozumieć, że bez jego śmierci, cudze życie mogłoby się skończyć, zanim się jeszcze zaczęło.



Jest w tym obrazie pewna 'poezja' symetrii, jednak po jego obejrzeniu można raczej stracić wiarę w Boga, niż ją w sobie wzmocnić. Bóg bowiem jawi się tutaj jako demiurg, który zamiast prostych i czystych rozwiązań tworzy skomplikowane mozaiki z ludzkich żywotów. Wydaje się, że to nie życie a właśnie owa konstrukcja jest tym, co interesuje Stworzyciela, bo tylko ona w całym filmie ma sens.

Na szczęście ta historia została wymyślona przez człowieka i pokazuje jedynie jakim okrutnie harmonijnym światem byłby ten rządzony przez boga-człowieka.

Ocena: 6

イノセンス (2004)

GITS to prawdziwa instytucja, więc trochę dziwnie się czuję po obejrzeniu "Innocence", które nie do końca przypadło mi do gustu. Och, od strony wizualnej nie mam filmowi nic do zarzucenia – jest po prostu fantastyczny. To kolejny dowód na to, że Japończycy są prawdziwymi mistrzami animacji.



Niestety tego samego nie można powiedzieć o fabule. Ja wiem, że jest Sieć i Major, która w nią się wtopiła ale ten chwyt z deus ex machina był trochę naciągany. Ponadto sama fabuła jest lekko niedopracowana, jakbym miał do czynienia ze szkieletem, któremu zapomniano dodać pełną masę mięśniową. Jest w GITS2 kilka fajnych pomysłów – przede wszystkim pytanie, czy prawa robotyki mają zastosowanie, jeśli granica między człowiekiem a maszyną praktycznie się zaciera. Niestety problem ten zostaje zmarginalizowany zastąpiony pseudofilozoficznymi rozważaniami. Szkoda zmarnowanego materiału.

Ocena: 6 

piątek, 3 kwietnia 2009

Fast & Furious (2009)

To miał być prawdziwy gniot... a przynajmniej na to się psychicznie nastawiłem. A tymczasem nie jest aż tak źle. Film jest dynamiczny, ma niezłe sceny akcji, dobrze zmontowane, nieźle pomyślane, zmyślnie sfilmowane. Niby nic specjalnego nie pokazują, nawet na samochodach za bardzo się nie koncentrują, a muzyka ilustracyjna pozostawia dużo do życzenia, ale nie tego się spodziewałem, więc byłem zadowolony.



Film psuje tylko jedno – dialogi. Co jedna rozmowa, to większe dno. Bez jakichkolwiek rozmów film zyskałby i to znacznie! Problemem jest też opasły Vin, który chyba jednak za bardzo lubi sterydy i zaczyna przypominać genetycznie zmodyfikowane krowy, które hoduje się tylko na mięso.

W sumie całkiem niezła rozrywka. Bez ambicji i bez większego sensu, ale na odprężający seansik w sam raz. Plus dla niezłej składanki, może za bardzo mainstreamowa ale nie mam nic przeciwko (ot choćby takie "Blanco"

Ocena: 6

Comme les autres (2008)

Nie lubię filmów z nachalną tezą. W 99% teza przysłania twórcom wszystko inne, przez co postaci wychodzą papierowe, a fabuła jest głupia i uproszczona. Tym większa jest moja pochwała dla "Baby Love", który to film okazał się urokliwą komedyjką o bardzo uniwersalnym wydźwięku, sprawdzonej formule, znakomicie wyegzekwowaną z całą plejadą ciekawych postaci.

Trzeba jednak na początek wyraźnie podkreśli, że "Baby Love" to przede wszystkim reklama na rzecz prawa gejów do adopcji i wychowywania dzieci. W tym celu Vincent Garenq wykorzystał uniwersalną, bardzo heteroseksualną historię o parze, w której matka pragnie dziecka, a jej partner jest temu przeciwny i matkę podstawił drugim tatusiem. Całość jest słodka, urocza i rozkoszna jak mały bobasek albo szczeniaczek. Garenq zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby widzowie polubili bohaterów i nie śmieli im odmówić prawa do szczęścia.

I gdyby to było wszystko, co "Baby Love" ma do zaoferowania, trzeba byłoby podstawić mi kubeł, bo tych słodkości byłoby do wyrzygania. Na szczęście Garenq poszedł po rozum do głowy i nadał głębi zarówno bohaterom jak i łączącym im relacjom.


Po pierwsze: Manu. Lambert Wilson zagrał go wprost koncertowo. Pokazał geja w pełnej jego krasie: egoista, który żąda, by cały świat spełniał jego zachcianki. I dlaczego miałoby być inaczej, w końcu żyjąc poza nawiasem społeczeństwa, w swej niewoli był wolny od ograniczeń par heteroseksualnych. Manu nie jest jednak odrażający, wręcz przeciwnie – nie można mieć więcej uroku! Nic dziwnego, że wszyscy się w nim kochają. Jego egoistyczna postawa jest raczej wyrazem naiwności i po prostu braku doświadczenia. Ponieważ roztacza swój czar, widz także kibicuje mu w przyspieszonym kursie życia.

Po drugie: Fina. To trzecia rola Pilar López de Ayali, jaką oglądałem w ostatnich kilku tygodniach, lecz pierwsza, gdzie naprawdę ją dostrzegłem. Z jaką prostotą i przekonaniem kreśli postać romantyczki, która wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi zakochuje się w geju. Jest krucha i silna zarazem, bezbronna, zakochana ale i pragmatyczna. Jeśli ktoś mógłby nawrócić kogoś z homoseksualizmu na heteroseksualizm, to jest to właśnie Fina w jej wykonaniu. Elle est magnifique!

Po trzecie: Cathy. To niewielka rola, która miała chyba tylko tworzyć tło. Jednak dzięki znakomitej interpretacji Anne Brochet wyszła z tego mocna, zapadająca w pamięci rola. Cathy również jest zakochana w Manu. Brochet bezbłędnie rozgrywa jej zauroczenie, jej zmieszanie, jej rozpacz. Wszystkie emocje wypunktowuje wyraziście i subtelnie zarazem. Dokonuje też rzeczy niezwykle trudne jest komediowo zabawna budząc jednocześnie współczucie i smutek. Niesamowite.

Na tym tle trochę rozczarowuje Philippe, partner Manu, zagrany przez niezwykle przystojnego, lecz mającego niewielki wpływ na fabułę Pascala Elbé. Szkoda, że jest on aż tak papierowo anty-ojcowski. Wydaje się, że poza fotogenicznością, reżyser nie miał wobec niego żadnych wymagań. Szkoda, już bardziej interesujące są lesbijskie pary, z których każda ma może pół minuty ekranowej obecności.

Ocena: 8

środa, 1 kwietnia 2009

Butterfly on a Wheel (2007)

"Godziny strachu" są doskonały przykładem na to, jak ważną rolę pełni przy realizacji filmu reżyser. Film ma całkiem niezły zarys scenariuszowy wprowadzający niezły twist w opowieści o zdradzie, zemście, zbrodni i karze. Na początku jest trochę zbyt przewidywalny, lecz tu właśnie reżyser mógł się wykazać i pogłębić rys psychologiczny postaci. Mając zaś do wyboru Bello, Butlera i Pierca, mógł sobie pofolgować.



Niestety Mike Barker reżyserem jest ledwie miernym i zupełnie nie potrafił pokierować aktorami. Fabuła się nie klei i kiedy dochodzi do zaskakującego zakończenia, jakoś mało mnie to obeszło, a potem obeszło całkiem bardzo, bo zakończenie jest na tyle fajne, że chciałem, by wcześniejsza historia była równie dobra. Aktorzy starają się, grają intuicyjnie, ale wyraźnie widać, że brakuje im silnej ręki, która by ich poprowadziła. Są nieźli, lecz mogli być lepsi. Naiwna praca operatora, który aż za mocno puszcza oko do widza i podkreśla aluzje, dodatkowo psuje ogólne wrażenie. Film nie jest zły, ale biorąc pod uwagę, że grają w nim lubiani przeze mnie aktorzy, wolałbym żeby był lepszy.

Ocena: 6