niedziela, 31 maja 2009

La nana (2009)

Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że "La nana" została doceniona na festiwalu w Sundance. To naprawdę dobry film, mający w sobie spory potencjał komercyjny, którego jednak twórca Sebastián Silva w pełni nie wykorzystał. Reżyser wolał stworzyć portret służącej, która tak bardzo przyssała się do rodziny, u której pracuje, że przestała mieć własne życie. Skutkiem tego szkodzi i sobie i swoim pracodawcom.


Chwilami mocno psychopatyczna służąca jest idealną wręcz postacią komedii, która mogłaby być prawdziwym hitem. Jednak Silva woli skoncentrować się na kreśleniu portretu psychologicznego. Wychodzi mu inteligentny, wyważony ale i złożony obraz osoby, która gdzieś po drodze całkowicie się pogubiła. Mam jednak nadzieję, że Amerykanie zakupią prawa do remake'u i nakręcą pełnokrwistą, zwariowaną komedię koncentrując się przede wszystkim na wątku zazdrosnej służącej, która nie cofnie się przed niczym, by wyeliminować potencjalne następczynie.

Duży plus za grę Cataliny Saavedry

Ocena: 7

Los paranoicos (2008)

Coś w tym filmie zgrzyta, nie pasuje, fałszuje. Film ma całkiem niezły pomysł, ale jak to często bywa, gdzieś w trakcie realizacji reżyser się pogubił. Brakuje tempa, bohaterowie pojawiają się i znikają jakoś tak bez składu i ładu. Zakończenie nie pasuje do wcześniejszych scen, no a tak w ogóle, to jest w nim trochę za mało i paranoi i śmiechu.


Dobrze sprawuje się za to Daniel Hendler, który perfekcyjnie zagrał Luciano. Choć widziałem go już wcześniej w paru filmach, to jednak dopiero tutaj naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Reżyser nie zasłużył na tak dobrego aktora, przynajmniej nie w przypadku tego filmu. "Los paranoicos" ma też całkiem niezłą choć mocno 'etniczną' muzykę. Mnie najbardziej przypadł do gustu zespół Farmacia


Ocena: 5

Dioses (2008)

Z pozoru studium klas uprzywilejowanych wydaje się być bardzo łatwym tematem na film. Jak jednak pokazuje przykład filmu Josue Mendeza, jest to złudzenie. O klasach najwyższych istnieje wiele mitów, przesądów i stereotypów, łatwo zatem wpaść w pułapkę powtarzanie tego, co o nich opowiada się od tysięcy lat. Mendez niestety wpadł w tę pułapkę po same uszy zatapiając i ciekawych bohaterów i potencjalną historię.


Piszę "potencjalną historię" bo de facto w "Dioses" nie ma żadnej historii. Mamy za to cały basen wyrzyganych frazesów. Mendez nie tworzy żadnego studium, lecz powtarza jak papuga zasłyszane skądś historyjki (jak posłucha się 'making of...' to można dowiedzieć się, że usłyszał je od producentki). Odwołuje się do kazirodczych praktyk bogów-faraonów, a Diego wędrujący po slumsach Limy jest niczym Budda po raz pierwszy doświadczający 'zła' tego świata.

W tym wszystkim nie ma miejsca na bohaterów. Pewnie dlatego reżyser tak obcesowo postępuje z aktorami. W jednej chwili są zmysłowi, piękni i wspaniali, w drugiej są maszkarami, na które nie chce się patrzeć. Najmocniej widać to na przykładzie Sergio Gjurinovica i Maricielo Effio. Effio chwilami jest stuprocentową sex-bombą, by za chwilę przekształcić się w kapucynkę zdjętą z drzewa.

Ocena: 3

środa, 27 maja 2009

I Love You Baby (2001)

Jeśli to miała być komedia, to coś twórcom po drodze się pokićkało. "I Love You Baby" wcale nie jest śmieszne, a po zakończonym filmie zamiast lepiej czułem się gorzej. Nie lubię komedii, które układają dobrze życie tylko wybranym bohaterom, podczas gdy reszta musi zadowolić się skrawkami.


Tutaj tym, któremu się poszczęści jest Marcos. Prowincjusz, który przyjeżdża do Madrytu. Tu poznaje Daniela i wdaje się w romans. Owszem, od początku widać, że poza fizycznym przyciąganiem są mocno niekompatybilni. Ma to zapewne być usprawiedliwieniem dla tego, co dzieje się dalej. Kiedy zostanie walnięty w głowę, Marcos oddala się od Daniela i zakochuje w Marisol, dziewczynie, która kochała się w nim skrycie od dawna. Tej parze się ułoży. Daniel, który mimo różnic prawdziwie kochał Marcosa 'przydzielono' Boy George'a. Co i tak nie jest jeszcze najgorszym rozwiązaniem. Jego przyjaciółka Carmen nie ma tyle szczęścia i musi zadowolić się dwójką adoptowanych w Rosji dzieciaków. Naprawdę żal mi było Carmen. Nie zasłużyła sobie na ten smutny los. Verónica Forqué zagrała ją aż za dobrze i z roli komediowej zrobiła się mocno dramatyczna.

Ocena: 6

wtorek, 26 maja 2009

Monsters vs Aliens (2009)

Szkoda, że tak mało jest w Polsce IMAXów, bo "Potwory kontra Obcy" robi naprawdę piorunujące wrażenie na tak olbrzymim ekranie. 3D w normalnym kinie wypada już nieźle, ale porównać tego się nie da.

Poza samym 3D film jednak nie robi już wrażenia. Owszem jest zabawny, lekki, nieco perwersyjny, pełen aluzji i odniesień do pop-kultury. To jednak standard każdej animacji, zatem zero zaskoczenia. No może trochę za bardzo rozerotyzowany w dwóch czy trzech miejscach, ale pewnie dzieciaki i tak się nie zorientują (chyba że po nerwowym śmiechu towarzyszących im rodziców).


Pokaz filmu psuł jednak polski dubbing. Zero inwencji. W zasadzie czułem się, jakby słuchał odrzuconych kawałków ze "Shreka": ta sama maniera, te same pomysły, tylko jakieś słabsze o ton mniej zabawne. "Shrek" nawet w dwóch wymiarach jest jednak lepszy, tak samo zresztą jak i przed rokiem "Panda".

W tej chwili film broni się dzięki nowince jaką jest 3D. Kiedy technologia ta stanie się chlebem powszednim, wtedy fabuła znów będzie istotna.

Ocena: 6

State of Play (2009)

"Stan gry" to kino retro. Ma to swoje plusy ale i – niestety – minusy. Plusem jest to, że Kevin Macdonald zdecydował się na film z rodzaju tych, jakie teraz w Hollywood są na indeksie. Zamiast akcji mamy bohaterów, jest też intryga, którą jednak rozwiązuje się bez fajerwerków. Soczyste kino, które trzeba przetrawić.

Minusem jest jednak to, że "Stan gry" nie jest filmem samodzielnym. Intryga, bohaterowie są istotni, lecz jednak podporządkowani wyższej idei – idei zrobienia kina a la lata 70-te. W ten sposób oglądając film miałem wrażenie, że przyglądam się obrazowi udającemu coś, czym nie jest. Nie tyle podobał mi się sam film ile owo wrażenie sentymentu za starymi śledczymi obrazami. Po seansie chwytałem się na tym, że mam ochotę przypomnieć sobie chociażby "Wszystkich ludzi prezydenta" czy też (z nowszych, ale też mających swoje lata) "Raport Pelikana". Gdyby dzieło Macdonalda była naprawdę udane, cieszyłoby mnie samo w sobie, a nie poprzez konotacje.


Z tego też powodu wolę "Grę dla dwojga" Tony'ego Gilroya (który jest także scenarzystą "Stanu gry"). Film też odwołuje się do stylistyki starego kina, też ma skomplikowaną intrygę, a jednak jest na wskroś nowoczesny i ma tę cyniczną pointę. Tymczasem "Stan gry" jest niemal elegią za ginącym dinozaurem jakim jest rzetelne dziennikarstwo prasy drukowanej. Nie podoba mi się też ocena dziennikarstwa internetowego, które wrzuca się do jednego worka z komercjalizacją mediów drukowanych. Internet jest tu źródłem zepsucia, a jego jedyną wartością jest to, że od czasu do czasu wplączą się tam potencjalnie dobrzy dziennikarze, których trzeba wyłowić i podszkolić w tym, co naprawdę się liczy.

Film jest za to dobrze spreparowany z solidnymi, lecz nie pamiętnymi kreacjami. Helen Mirren jak zawsze znakomita, Ben Affleck i Robin Wright Penn jaśnieją na drugim planie. Russell Crowe tymczasem daje swój typowy popis coraz bardziej pogrążając się na drodze Marlona Brando donikąd. Crowe grał kiedyś w straszliwych gównach, ale między nimi były prawdziwe diamenty. Potem spotkał Ridleya Scotta i to był jego koniec. Wraz z "Gladiatorem" skończyły się czasy eksperymentowania. "Piękny umysł" był gwoździem do trumny. Od tej pory nie pokazał już nic inspirującego czy oryginalnego. Gra tę samą postać ciągle od nowa, w kółko i w kółko i w kółko to samo. Tu próbuje nieco wyrwać się z tych kolein, w które wpadł. Jednak jego postać jest tak słaba, że nie daje mu żadnych szans. Owszem na jego manierę na pewno wielu się nabierze, ale moim zdaniem nawet we śnie byłby w stanie dać identyczne przedstawienie. To u niego jest jak odruch, nie ma w tym nic świeżego. Trochę szkoda. Mam nadzieję, że Crowe jeszcze mnie czymś zaskoczy.

Ocena: 7

sobota, 23 maja 2009

Young People Fucking (2007)

To zadziwiające, co też przykuwa uwagę zwolenników cenzury. "Young People Fucking" to ciepła, sympatyczna i całkiem zabawna komedyjka o związkach międzyludzkich opowiedziana z perspektywy łóżka. Szczerze mówiąc podobnych filmów było wiele i naprawdę trudno uwierzyć, że wystarczy tylko tytuł, by film wzbudził najgorętszą dyskusję o cenzurze w Kanadzie, jaka odbyła się od lat. Zresztą moje wydanie DVD, z dumnym stemplem "Unrated' nie ma podanego pełnego tytułu, tylko akronim YPF. Śmieszne.


Z pięciu par, których perypetie zostały pokazane, najbardziej spodobała mi się historia stałej pary. To jej dano najśmieszniejsze pomysły. Jednak każda z par mówi dużo o związkach, tych które nie mogą się zakończyć i tych które nie mogą się zacząć, o kłamstwach, gierkach ale i przemilczanych niepokojach. Wszystko to może nie wywiera niezatarte wrażenie, ale ogląda się jak najbardziej przyjemnie.


(Callum Blue)

Dodatkowy plus film ma za udział w nim Calluma Blue. Facet ma naprawdę świetny akcent. Mógłbym go słuchać i słuchać :) To dziwne, bo w "Dynastii Tudorów" tego jakimś cudem nie zauważyłem.

Ocena: 7

The Proposal (2009)

W zasadzie powinienem spisać ten film na straty. W końcu nie ma w nim ani jednej oryginalnej myśli, wszystko oglądaliśmy wielokrotnie i to w lepszym wydaniu. Ona sztywny babsztyl, on udający biedaka jej przydupas/niewolnik. Ze względu na okoliczności zmuszeni udawać parę narzeczonych, odkrywają swoje prawdziwe ja i uczucia.



A jednak film pozostawił po sobie bardzo miłe wrażenie. Jest ciepły, może przelukrowany, ale sympatyczny. Betty White tworzy cudowny epizodzik, podobnie jak Mary Steenburgen i Oscar Nuñez. Sandra Bullock i Ryan Reynolds sprawują się bardzo dobrze w swoich rolach, lecz brakuje między nimi prawdziwej chemii. To głównie wina Reynoldsa. Oglądając go nie mogłem opędzić się od myśli, że Hugh Grant zagrałby lepiej. Zresztą dla Bullock to chyba jest najlepszy film od czasu "Two Week Notice". Powróciła do romantycznych komedii, w których naprawdę jest jej do twarzy.

Typowa, ale bardzo przyjemna komedia.

Ocena: 6

piątek, 22 maja 2009

Friday the 13th (2009)

Cóż, po prawdzie nowy "Piątek trzynastego" jest filmem mocno wtórny i w porównaniu z tym, co dziś kręcą Brytyjczycy i Francuzi mało brutalny i pomysłowy. Jednak Nispel okazał się całkiem sprawnym naśladowcą. Jego film dobrze oddaje charakter serii jednocześnie odświeżając ją może nie w stylu 'extreme makeover' ale zawsze.



Film zaczyna się od dwóch mocnych uderzeń: najpierw ekspresowa historia matki, a potem właściwy prolog, który podnosi wysoko poprzeczkę napięcia i zbrodni. Jak się okazało, zbyt wysoko. Pomysły Nispela kończą się na pierwszej grupie i w drugiej – tej właściwej – powiela tylko i podrasowuje już sprawdzone pomysły. To sprawia, że film jest miejscami nużący i jako całość spisuje się lepiej niż "Nocny pociąg z mięsem" czy "Krwawe walentynki 3D".

Maje jednak film kilka plusów. Niektóre sceny były całkiem zabawne, całość jest mocno retro, znakomicie wpasowując się w serię. Podoba mi się też nowy Jason, choć mógłby być trochę mniej podobny do Normana Batesa.

Ocena: 6

Lake Tahoe (2008)

Powoli zaczyna mnie nużyć to minimalistyczne kino latynoamerykańskie. Owszem, od czasu do czasu można, ale kiedy co drugi docierający zza Oceanu film jest właśnie takie, to się robi po prostu nudne. "Nad jeziorem Tahoe" to właśnie jedna z takich opowieści... o jedna za dużo.



W zasadzie w filmie niewiele się dzieje chłopak łazi po mieście, próbując znaleźć zapasową część do rozbitego samochodu, od czasu do czasu wracając do domu, gdzie matka pogrążona jest w żałobie po co dopiero zmarłym mężu (a ojcu chłopaka). Podróż bohatera jest w zasadzie podróżą ku swoim emocjom związanym z nagłą śmiercią. Gdzie to wszystko ma sens, gdzieś to wszystko wydaje się dobrze do pasowane. Jednak fakt, że forma "Tahoe" jest tak oczywista sprawia, że film mnie nieco rozczarował. Jakby nie było innego sposobu, by o emocjach opowiedzieć. 

Na szczęście film jest dobrze zrobiony i tylko to go w moich oczach ratuje.

Ocena: 6

środa, 20 maja 2009

Comme un frère (2005)

Twórcy filmu do najmłodszych nie należą, a zrealizowali film tak egzaltowany, że nawet u nastolatka byłoby to z trudem tolerowane. Wszystko co mogli zrobili nie tak, choć oczywiście rozumiem ich potrzebę 'eksperymentowania'. W końcu opowiadają tak banalną historyjkę chłopaka, który zakochany był w swoim najlepszym przyjacielu.



Rozbicie czasowe jest kompletnie chybione. Nikogo tym nie oszukają. I tak od początku wiadomo o co chodzi, więc po co udają. Trzeba było się zdecydować: albo robimy film o pobycie Sebastiana na prowincji albo o jego pobycie w Paryżu. Przesadzili z postacią Romaina. Miał zapewne być to heteryk, który jest tak bliskim przyjacielem Sebastiana i tak boi się utracić tę przyjaźń, że spróbuje poeksperymentować. Zamiast tego trudno uwierzyć w jego orientację, tak klei się do Sebastiana, że z nich dwóch to on bardziej wygląda na geja. I jeszcze te dziewczyny. W tego typu historiach, kiedy robią je Brytyjczycy, dziewczęce role są zawsze najbardziej interesujące. Tu niestety są równie bezbarwne, co cała reszta.

Ocena: 4

Terminator Salvation (2009)

Ech, wymęczył mnie ten "Terminator" jak żaden poprzedni. Wyszedłem z niego wymięty, przeżuty i zmiażdżony efektami specjalnymi. Niemal cały film to nic tylko popis umiejętności speców od komputerów i green screenów. Nie mam nic przeciwko efektom specjalnym, ale tylko wtedy kiedy służą fabule. W tym filmie o fabule nie ma nawet mowy. "Terminator: Ocalenie" jest jak film porno, liczy się tylko akcja, a historia ma być niczym więcej, jak tylko pretekstem. Jednak tak jak z pornosami, tak i z efektami jest ten problem, że po pewnym czasie ich monotonia nuży i ma się dość.



Filmowi brakuje epickiego rozmachu. Nie ma bohaterów, nie ma przygody, nie ma fabuły, nie ma dramatyzmu. Wszystko to zastąpił substytut w postaci CGI. Cała gama postaci ginie i tylko Marcus zdaje się być prawdziwy i intrygujący. To ja już naprawdę wolę "Bunt Maszyn" od "Ocalenia". A na zakończenie po prostu brak słów. Kilka dobrych scen, zapewne pochodziło z czasów, kiedy scenariusz miał jeszcze ręce i nogi.

Za to Sam Worthington okazał się prawdziwą perłą i chociaż za niego jestem wdzięczny McG. Pamiętam go z "Salta" i "Macbetha". I muszę powiedzieć, że coraz bardziej mu kibicuję.

Ocena: 5

wtorek, 19 maja 2009

Das Fremde in mir (2008)

Ciąża. Przez 9 miesięcy czujesz, jak rośnie w tobie życie. Planujesz przyszłość, niecierpliwie czekasz, już kochasz dziecko, choć jeszcze jest w tobie. I w końcu nadchodzi ten wielki dzień. Ból, eksplozja hormonów i uczuć i w końcu jest, położone na twoim brzuchu. Radość, satysfakcja, miłość – to powinnaś poczuć. Tymczasem położono ci to coś, a ty nie czujesz nic, nawet jego zapachu. Potem jest już tylko gorzej. Wszyscy wokół zachwycają się dzieckiem i oczekują, że ty też będziesz w siódmym niebie. Próbujesz się zmusić, lecz im bardziej się starasz, tym trudniej przychodzi ci choćby patrzenie na dziecko. To z kolei wywołuje poczucie winy, poczucie, że z tobą jest coś nie tak. I błędne koło się zapętla, aż w końcu stajesz na rozdrożu: albo ty albo ono...



Pierwsza połowa filmu "Obcy we mnie" to naprawdę solidny dramat. Emily Atef znakomicie oddaje na ekranie dramat depresji poporodowej. I dopóki dręczy bohaterkę, dopóty film jest mocny i prawdziwy. Problem w tym, że Atef nie potrafi wiarygodnie opowiedzieć o wychodzeniu z depresji. Stąd druga połowa jest już zdecydowanie słabsza. Czuje się sceniczną sztuczność, na ekranie rządzi banał, przeradzający się w końcu w śmieszność grafomanii. Pod koniec przestałem już całkowicie wierzyć bohaterom, wypadłem w historii i patrzyłem po prostu na dwójkę bezradnych aktorów wysilających się zupełnie niepotrzebnie.

Ocena: 6

Dan in Real Life (2007)

W zasadzie ten film nie powinien mi się spodobać. Nie ma w nim ani jednej oryginalnej myśli, sceny czy bohatera. Wszystko było już maglowane w kinie powielekroć. A jednak wbrew wszystkiemu, wyszedłem z seansu zadowolony (może miało na to wpływ to, że już wcześniej piąte przez dziesiąte ale jednak widziałem).



Podoba mi się Steve Carell w roli sympatycznego ojca/brata/syna, który cierpi zakochany po uszy w dziewczynie brata. To takie urocze i przesympatyczne, a Carell – który przecież z łatwością mógł sobie poszaleć – tutaj jest zdyscyplinowany i wszystkie wygłupy są stonowane. Podoba mi się Juliette Binoche w roli Marie rozdartej między lojalnością do brata głównego bohatera a uczuciem, które zakwitło tak niespodziewanie. I podoba mi się Emily Blunt – chyba po raz pierwszy naprawdę wygląda sexy zwłaszcza w scenie do tej piosenki:



"Ja cię kocham, a ty z nim" jest pełen ciepła, którym zaraża widzów. Prostota i wtórność przekute zostały tu na zalety i choć jestem pewien, że film szybko zapomnę, to jednak póki będzie w mej pamięci, póty będę go dobrze wspominał.

Ocena: 7

poniedziałek, 18 maja 2009

Night at the Museum: Battle of the Smithsonian (2009)

Nie, nie i jeszcze raz nie polskiemu dubbingowi w filmach fabularnych. Oczywiście rozumiem jego potrzebę w filmach dla dzieci, ale i tak mi się to nie podoba. To, co zrobili z głosem Owena Wilsona woła po prostu o pomstę do nieba! Dobrze wypada chyba tylko głos Kahmunraha (Azarii).



Gdyby dubbing był jedynym problemem "Nocy w muzeum 2", pewnie bym to jakoś przełkną (choć z trudem). Niestety to tylko czubek góry lodowej. Nie znam części pierwszej, więc trudno mi się do nie odnieść. Druga część to dla mnie chaos, w którym giną niezłe pomysły. Za dużo efektów specjalnych, wątła edukacyjna historyjka i detale, które powodowały u mnie uniesienie brwi w zdumieniu. Okastrowe amorki wyglądają idiotycznie. Para kowboj-rzymianin jest rozkoszna i tak oczywiście gejowska, że nie wiem, kogo chcą na to nabrać (biedny Oktawian, filar moralności, tu zabawia się z poganiaczem bydła).

Mętlik w głowie powiększa jeszcze bufoniasta muzyka, która ma jeden dobry moment w pojedynku Larry'ego z Kahmunrahem – idealna muza do zwiastunów.

Ocena: 3 

niedziela, 17 maja 2009

Mes stars et moi (2008)

No cóż, jak na komedię francuską "Z miłości do gwiazd" zupełnie nie porywa. Ma kilka lekko zabawnych scen, reszta to nuda, nuda, nuda. Świetny pomysł jednego fana i trzech aktorek, którzy wymieniają się rolami najpierw on jest natrętem (ale działa na ich korzyść) potem one są natrętne (ale działają dla własnej uciechy). Była tu okazja na sporo niezłych gagów. Tymczasem Laetitia Colombani wybrała styl Woody'ego Allena stawiając na neurotyczność, lecz niestety Allenem nie jest.


Zbrodnią jest to, co wyprawia z aktorkami. I Deneuve i Béart nie są w pełni wykorzystane. Najlepszą kreację ma... kot! Tylko on jest zabawny i w zasadzie, gdyby go zabrakło, film można byłoby wrzucić do kosza. Nie tego spodziewałem się po francuskiej komedii, zdecydowanie nie tego.

Ocena: 5

Bahrtalo! (2008)

Grrr, ale nuda i do tego sprzedawana jako dokument. Z dokumentu to pozostał tu jedynie styl. Fakt, 'aktorzy' są naturszczykami i odgrywają samych siebie, ale właśnie słowo 'odgrywają' jest tu najważniejsze. Kilka epizodów komicznych z irytującymi bohaterami, który ma na celu... No właśnie – co? Nie wiem, ale ten film odbił się ode mnie, zupełnie nie trafiając w moje poczucie estetyki. Dla mnie była to strata prądu i taśmy filmowej. Nie znalazłem tutaj żadnej myśli, żadnego przesłania, bo pokazać kulturę można było bez odgrywania tych wszystkich scenek.

Parę plusów jednak było, z których najważniejszym była muzyka. Mogłoby być jej jeszcze trochę więcej.

Ocena: 4

Der Weg nach Mekka - Die Reise des Muhammad Asad (2008)

Jedna rzecz jest w tym filmie ciekawa – pokazanie, że islam to coś więcej, niż tylko terroryzm, fanatyzm i patriarchalna dyktatura. Ale ja wiedziałem to już wcześniej. Dlatego też film ten mnie nie powiedział nic nowego. Ma kilka dobrych momentów, jest nieźle pomyślany, jednak pusty.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób słowa, że 'islam jest piękną religią' i to padające z ust Żydówki mogą być szokujące. Rozumiem, że dla wielu fakt, że kobiety w islamie nie zawsze miały tak podrzędną rolę jak w tej chwili, może być zaskakujące. Zastanawiam się jednak, ile z tych osób naprawdę przyjmie te słowa do siebie. 

Ocena: 5

Живі (2008)

W końcu zobaczyłem film poruszający temat innego ludobójstwa niż Żydów. To niesprawiedliwe, że jedne tragedie są powszechnie znane, a o innych się milczy. Wielki Głód na Ukrainie (i nie tylko) spowodowany przez ideologiczne szaleństwo należy właśnie do nich.

Film "Przeżyć głód" jest bardzo ciekawy, pokazując perspektywę zarówno tych, którzy przetrwali głód jak i korzystając z materiałów źródłowych tych, którzy obserwowali go z boku (albo udawali, że nic nie widzą). Mam co prawda twórcom trochę za złe, że dystansowali się od tragedii, nie byli odważni na tyle, by wkroczyć w nią w pełni. Reżyser tłumaczył, że nie chciał taniego epatowania emocjami. Mogę to zrozumieć, lecz biorąc pod uwagę kinowego widza, czasem warto być bardziej zdecydowanym. Tak film przeminie bez echa i mało kto go zobaczy, a temat zasługuje na to, by wszyscy się z nim zapoznali.

Ocena: 8

sobota, 16 maja 2009

Examined Life (2008)

Czegoś mi w tym filmie zabrakło. Być może to sam pomysł Astry Taylor, by wyjść z filozofią na ulicę i kazać ósemce współczesnych teoretyków myśli wędrować po metropolii jest wadliwy. W końcu jest to banalna i nazbyt czytelna metafora filozofii. Problemem też jest to, że wypowiadane felietony choć czasem atrakcyjne, zawierające hasła, które na pierwszy rzut oka zaskakują, są również banalne i puste. Goście Taylor bawią się pojęciami, lecz nie wgryzają się w nie. Być może dlatego najlepiej słuchało mi się Avital Ronell, lecz jest dekonstrukcjonistką, więc nic w tym dziwnego.



"Życie pod lupą" z jednej strony zachęca do dyskursu, a z drugiej strony przez samą swą formę czyni go niemożliwym. Nie ma w tym filmie odwagi, nie ma intelektualnych wyzwań – chyba że za takowe uznać popkulturową żonglerkę słowną Žižka. Zostaje licealna ściąga sprezentowana w atrakcyjnej formie.

Ocena: 6

Kansakunnan olohuone (2009)

Gdzieś kiedyś czytałem apokaliptyczne przewidywania dla Finlandii, zgodnie z którymi za sto lat może już nie być Finów. Po obejrzeniu "Fińskiego pokoju" zaczynam wierzyć, że w tej wizji jest co najmniej ziarno prawdy. Choć być może to perspektywa kamery zamkniętej w pokojach i nie wychodzącej na zewnątrz (z jednym wyjątkiem) sprawia, że patrzy się na los Finów z takim pesymizmem.

Nie da się jedna ukryć, że film jest depresyjny. Finowie są tu zamknięci w norach zwanych domostwami. Pozostają samotni, a kiedy nawet próbują się łączyć w pary, to w większości przypadków kończy się to całkowitym fiaskiem. I zostają cztery ściany, a w nich pustka. Czasem w jednym pokoju samotnych może być dwoje lub więcej osób, co tylko pogarsza sprawę.

Sam film wydaje się niedopracowany. Brakuje właściwego zamknięcia i wyważenia poszczególnych historii. Rozpada się w palcach na drobne kawałki. Intryguje, głównie za sprawą postaci, lecz nie wywołuje głębszej refleksji. Wzbudzane wrażenia mają charakter bardzo powierzchowny i krótkotrwały... Przynajmniej u mnie.

Ocena: 6

Forgetting Dad (2008)

Całkowicie nietrafiony dokument, choć temat był ciekawy. Syn próbuje dociec prawdy kryjącej się za niewytłumaczalną amnezją ojca, do której doszło kilkanaście lat wcześniej. Film miał być zapewne obrazem intymnym, lecz w rzeczywistości jest terapią z gruntu fałszywą. Służy jedynie racjonalizacji i przenoszeniu uwagi na innych.

Niby bohaterem filmu jest ojciec, lecz ma on tu wymiar mityczny. Nie poznajemy go, a jedynie o nim słuchamy. Niby bohaterem jest syn, lecz jego rola sprowadza się do zadawania pytań, interpretowania faktów i skupiania się na reakcji emocjonalnej innych członków rodziny. Sprawa jego uczuć i stosunku do ojca jest sprawnie marginalizowana. Jednak to się czuje i dlatego nie potrafię przekonać się do tego filmu.

Ocena: 5

Cooking History (2009)

Podobali mi się "Kucharze historii". Lekko, z jajem opowiedział historia kilku konfliktów XX wieku. Reżyser nie ucieka przez brutalnością wojny, ludzkimi dramatami, czy przykrymi stronami gotowania. Humor łączy z naprawdę smutnymi tematami, lecz zamiast chaosu powstaje naprawdę świetnie przyrządzone danie.



Co ciekawe przedstawiając zwierzenia osób, które stają – zgodnie z historyczną dogmatyką – po stronie ofiar ('dobrych') i po stronie oprawców ('złych'), reżyser niczego nie ocenia, nie nadaje etykietek. Być może niektórym niewygodnie będzie się słuchało dowcipu o inwazji hitlerowców na Polskę, mnie to nie ruszyło, było naturalne i jak najbardziej ok. Szkoda, że w konflikcie algierskim zabrakło arabskiego kucharza. No i ten helikopter mógł jednak dolecieć do celu.

Film chwilami tracił tempo. Nie zawsze trzyma poziom, lecz jako całość naprawdę się sprawdził.

Ocena: 8

piątek, 15 maja 2009

Afghan Star (2009)

Film zainteresować może jedynie jako ciekawostka na temat funkcjonowania reality show w takich konserwatywnych i zrytych wojną krajach jak Afganistan. To akurat jest bardzo ciekawe. Jak różne plemiona walczą za swoimi niezależnie od tego, jak śpiewają. Jeszcze ciekawsze były kwestie moralne jak choćby zakaz tańczenia.

Niestety sam dokument jest tak nudny i łopatologiczny, że czułem się, jakbym oglądał zbyt długi materiał w telewizyjnych wiadomościach. Ponieważ film oglądałem dość późno, miałem spore problemy z wytrzymaniem do końca. Naprawdę kusiło mnie, żeby wyjść wcześniej.

Ocena: 5

Pray the Devil Back to Hell (2008)

Feministyczne i mocno tendencyjne. Tak w skrócie można opisać "Idź diable wstecz". Ale czy ktoś kiedyś powiedział, że dokument musi odzwierciedlać prawdę? Zazwyczaj tak jawna propaganda bardzo mi przeszkadza, Tu jednak było inaczej. Pewnie dlatego, że film jest po prostu dobrze zrobiony. Dynamiczny, pełen pasji i oczywiście dotyka bardzo ważnych kwestii wojny domowej w jednym z krajów afrykańskich. Tak naprawdę akcja mogłaby się dziać w niemal każdym kraju Afryki. Niestety w nielicznych tylko koniec jest równie pozytywny. Choć czy aby na pewno? Po kilku latach jest to jeszcze za wcześnie oceniać.

Ocena: 7

Lykkens Grøde (2008)

Jak dużo można powiedzieć milcząc! W tym norweskim dokumencie 96-letnia teściowa i jej synowa w jednym mieszkają domu. Wielopokoleniowe rodziny pod wspólnym dachem to tradycja w tej maleńkiej wiosce. Jednak o ile stara kobieta ze spokojem przyjmuje swój los, w końcu sama cierpiała 30 lat ze swoją teściową, o tyle młodsza kobieta z trudem znosi to stłoczenie.

Reżyserki znakomicie uchwyciły napiętą dynamikę, milczenie, mowę ciała i aluzyjne teksty, których nie powstydziliby się rasowi scenarzyści. Intymny, mocny i dokuczliwy portret, w którym nie ma 'złych' i 'dobrych', żal jest każdego.

Ocena: 7

środa, 13 maja 2009

Milking the Rhino (2009)

Biała właścicielka hoteliku w środku dzikiej Namibii jest sfrustrowana. Nie rozumie, dlaczego mieszkańcy sąsiadującej wioski psują jej interes. Chciałaby, żeby zachowywali się tak, jak tego oczekują turyści: dzicy, niepiśmienni cierpliwie dający się głaskać białym bogaczom. Ta scena jest idealną kwintesencją podejścia świata zachodniego wobec Afryki. Czarny Ląd powinien zostać dziki, nieucywilizowany, a ludzie traktowani są niewiele lepiej od zwierząt.

Na szczęście "Jak wydoić nosorożca" pokazuje, że można inaczej. Fakt, to film w dużej mierze propagandowy, pozytywistyczny, jednak w tym przypadku nie mam nic przeciwko. To ważne, żeby lokalne społeczności afrykańskie zrozumiały, że ich dobro nie zależy tylko ani nawet przede wszystkim od Europejczyków. Niestety pewnie oni tego filmu raczej nie zobaczą. Może przy najmniej europejscy widzowie zrozumieją, że ich 'pomoc' bardziej szkodzi niż pomaga. Lepiej dać Afrykańczykom wędkę a nie rybę.

wtorek, 12 maja 2009

FilmeFobia (2008)

Bosz, co za bełkot. Pretensjonalny i zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek finezji. Udaje, że przekracza granice etyczne, a w rzeczywistości popada w rutynę i zupełnie niczym nie zaskakuje. Znany brazylijski filmoznawca gra tu rolę nieco szalonego artystę mającego obsesję na punkcie różnych fobii. Film jest niby zapisem prac nad niedokończonym filmem mającym być ukoronowaniem jego działań.



W rzeczywistości jest to dokument o relacji między filmową fikcją a prawdą jaką ze sobą niesie. Nie wychodząc poza najprostsze tezy lacanowskiej psychologii jedyne co robi, to szokuje nieświadomych niczego widzów, którzy mogą film wziąć za rzeczywistość. Kompletne rozczarowanie.

Football Under Cover (2008)

Całkiem fajny film o tym, jak dziewczyny z Niemiec próbują zagrać towarzyski mecz piłki nożne z drużyną z Iranu. Jednak sama historia mało mnie zainteresowała. Pewnie dlatego, że twórcy filmowi nie do końca opanowali sztukę dokumentalnej narracji. W film wkrada się chaos i bałagan. Wiele istotnych kwestii w ogóle się nie pojawia albo są pointowane machnięciem ręki.

Za to na drugim planie... o tu już jest naprawdę ciekawie. W tle, kątem oka kamera wychwytuje prozaiczne sytuacje, które jednak dają najlepszy obraz codziennego życia w Teheranie. Mnie najbardziej zafascynował ruch uliczny. Niby na ulicach są pasy ruchu, a jednak wszyscy jeżdżą jak chcą środkiem drogi, między dwoma pasami – to fascynujące i zadziwiające. Właśnie te szczególiki mnie spodobały się najbardziej.

Ocena: 7

poniedziałek, 11 maja 2009

Roman Polanski: Wanted and Desired (2008)

W Polsce ten film nie mógłby powstać. Wystarczy spojrzeć na hecę z książką o Wałęsie. I nie ma tu znaczenia, że opowiada się o faktach. Świętych krów się nie tyka. W Polsce mogą o nich powstać tylko hymny bałwochwalcze.



A przecież "Roman Polański. Ścigany i pożądany" wcale nie jest filmem aż tak kontrowersyjnym. Po prawdzie sam Polański jest tutaj raczej pretekstem do zarysowania portretu społeczeństwa ery massmediów. W tym świecie prawda nie ma znaczenia, a definicja 'faktu' daleko odbiega od tej zdroworozsądkowej. Sprawiedliwość jest przedmiotem targu, a walutą sława i obecność w mediach. To ciekawe, że ofiara w mgnieniu oka może zostać przemieniona w agresora. Wszystko podlega manipulacji.

A sama sprawa? Jest bezsporna. Polański przespał się z dziewczyną mającą mniej niż 15 lat. To przestępstwo. Fakt, że sama tego chciała, że była już seksualnie aktywna, że inni jego koledzy też zaliczali młódki nie ma tu żadnego znaczenia. Faktem też jest, że wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie media. To okrutne, z jaką łatwością gazeta czy telewizja może wywrócić prawdę do góry nogami. W dzisiejszym świecie termin 'prawdziwe fakty' nie jest już błędem, ale gorzkim przyznaniem do tego, że fakt i prawda nie są tożsamymi pojęciami.

Ocena: 7

69 (2008)

Intrygujący obraz młodzieży, który wydał mi się niezwykle cynicznym i ponurym portretem. Młodzi ludzie są tutaj niespokojną warstwą społeczną, walczącą o swoje kiedy trzeba w sposób brutalny. W ten sposób wpisują się w nurt kolejnych pokoleń. Jednak kiedy porówna się protest Duńczyków walczących tu w obronie Domu Młodzieży z walką młodych 40 lat temu, widać całkowitą przepaść. Wtedy młodzi próbowali wyrwać się spod wszechobecnego Systemu rządzącego światem, chcieli być prawdziwymi outsiderami, którzy zmienią świat. Teraz młodzi są już połknięci przez ten System i wcale nie chcą się z niego uwolnić. Wręcz przeciwnie, najbardziej boją się właśnie tego, że się znajdą poza nim. Dlatego walczą o swoje miejsce w tym systemie, o bycie uwzględnionymi, bycie bronionymi. Oni nie chcą być outsiderami, choć za takich się uważają. I to jest podstawowa lekcja – mniejszości w Systemie nie są już mniejszościami, są elementami większej całości. Ich tożsamość jest niczym więcej jak pozą. To trochę ponure.

Podoba mi się zakończenie filmu. Młodzież otrzymała nowy Dom nie dlatego, że walczyli, ale dlatego że koszt przekazania im domu był niższy od kosztu sprzeciwiania się młodym. To morał dla wszystkich strajkujących na świecie: sprawić, by koszty uległości były niższe od kosztów walki, a w kapitalizmie osiągnie się wszystko.

Ocena: 7

Piotr Anderszewski, voyageur intranquille (2008)

Bruno Monsaingeon po raz kolejny przygląda się niezwykle utalentowanemu pianiście polsko-węgierskiego pochodzenia Piotrowi Anderszewskiemu. Wyszedł mu z tego bardzo fascynujący portret człowieka całkowicie zanurzonego w muzyce, co jednak w pewien sposób alienuje go od normalnego świata. Oglądając film miałem wrażenie, że Anderszewski składa się z co najmniej dwóch nie do końca dopasowanych do siebie elementów. Jego manieryzm, sposób wypowiadania się – zwłaszcza te banalne treści, które przekazuje z takim pietyzmem, jakby to były boże proroctwa – wszystko brzmi dziwnie, jakby był osobą niezdarną, kaleką próbującą jednak mimo wszystko poruszać się w normalnym świecie. Kiedy gra, zmienia się całkowicie. Zamyka się we własnym świecie i ogląda się go jakby z dystansu, odgrodzonego, a jedynym łącznikiem z nami jest wtedy muzyka. Jest wtedy kompletny i to my, widzowie stajemy się ułomni, stając się szczęściarzami, przed którymi uchylone zostają drzwi do innego świata.

Zresztą muzyka w tym filmie jest przecudna i choćby tylko dla niej warto się na film wybrać.

Ocena: 7

Megumi (2008)

Ugh, ależ się wymęczyłem na tym filmie. Gdyby potrwał jeszcze z pół godziny, pewnie bym zasnął. Za fajnym tematem opowieści o rodzinie, której córka przed 30 laty została porwana przez siły Korei Północnej i jej los od tamtej pory pozostaje nieznany, kryje się absolutna nuda i bełkot dokumentalistki.

Holenderka niepotrzebnie komplikuje formę konwertując zdjęcia na czarno-białe, czy wprowadzając samą siebie na ekran i tworząc przypowieść kontemplacyjną. Tragedia rodziny rozmywa się w zbyt długim filmie. Całość sprowadza się do kilku ciekawych faktów i całego oceanu banałów. Powstał film, który jest kompletnie nie fair wobec ofiar wydarzenia. Widać wyraźnie, że reżyserka nie podążyła za historią, lecz nagięła ją do swoich własnych planów i wizji.

Ocena: 3

Life Extended (2009)

Jeśli nie masz zbyt wiele do powiedzenia, przynajmniej mów ciekawie. Tak powinno brzmieć motto twórców dokumentu "Przedłużyć życie". Film jest naprawdę dobrze pomyślany i fajnie zrobiony. Jednak nie zmienia to faktu, że czułem się jak na wykładzie. Nie ma tu dogłębnej analizy zjawisk, a po prostu ogólnikowe przybliżenie różnych stanowisk dotyczących śmierci. Jeśli chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć, musiałbym szukać na własną rękę wykorzystując słowa klucze, które padają w filmie.

Ma to jednak swój plus. Daje całościowy obraz świata, w którym duchowość została zmarginalizowana. Naturalny porządek rzeczy nie jest tu czymś, co się akceptuje. Wręcz przeciwnie, jest to rzecz, którą się zwalcza jak najgorszego wroga. Śmierć jest tu rzeczywistym i ostatecznym końcem, a nie tylko bramą do innego wymiaru egzystencji. Nic więc dziwnego, że próbuje się uciec sprzed niej wszelkimi możliwymi metodami.

Ocena: 7

niedziela, 10 maja 2009

De vilde hjerter (2008)

Jak ten czas szybko leci. Jeszcze niedawno "Idioci" szokowali tym, co aktorzy wyprawiali na ekranie. Teraz w "Dzikich sercach" widzimy jeszcze gorsze szaleństwa i to nie w wykonaniu aktorów a prawdziwych ludzi i nie jest to już taka kontrowersja. Czy to dowód na to, jak daleko przesunęła się granica tolerancji na nagość i wybryki? Nie wiem, możliwe.


W każdym razie "Dzikie serca" ogląda się naprawdę świetnie. Przez dużą część jest to film pełen energii i humoru. Jest jednak nierówny. Czasami reżyser popada w chęć zatrzymania się, zadumy, jakby obawiał się zbyt jednostronnego pokazania swoich bohaterów. I choć dzięki temu powstał pełniejszy obraz młodych Duńczyków, to jednak reżyser nie skompilował tego na tyle sprawnie, by uchronić film przed pęknięciem.

Ocena: 8

Fritsud ja blondiinid (2008)

Arbo Tammiksaar okazał się naprawdę okrutnym reżyserem. Bohaterów swojego filmu wkręcił nie raz, lecz dwa razy i pograł sobie z nimi ostro, oj ostro. Najpierw zgromadził ich pod pretekstem gali wręczenia nagród za najlepsze kreacje faszystów w filmach sowieckich. Gala owszem zrobiona została z przymrużeniem oka, jednak służyło to uśpieniu uwagi bohaterów filmu, którzy zostali schwytani w pułapkę. Ujawniają swoje faszystowskie fascynacje – a przynajmniej tak chce reżyser, jednak kto oprze się narzuconej interpretacji zauważy, że są też możliwe inne oceny – i robią z siebie błaznów. Jednak to druga część, w której poddani zostają przesłuchani, oskarżeni o promowanie stereotypów o Bałtach, jest prawdziwie okrutna.

Tammiksaar ujawnia się jako wielki manipulator. Manipuluje i ludźmi i materiałem filmowym i nawet widzami. I OK. Jednak czemu to wszystko ma służyć? Na to pytanie odpowiedzi jednak brak.

Ale całość ogląda się nieźle. Choć dwie części (gala i więzienie) filmowo kompletnie do siebie nie pasują.

Ocena: 5

Krąg rodziców (2008)

Dokumentalna sztampa, która jako film nic sobą nie reprezentuje. Taśma filmowa jest tu tylko narzędziem, nośnikiem informacji i niczym więcej. Jednak to, co na niej zostało zapisane robi naprawdę mocne wrażenie. Ale czy można się dziwić, skoro przez 40 minut na ekranie rodzice opowiadają o stracie swoich dzieci w bezsensownych walkach i atakach terrorystycznych? Do tego dodano zdjęcia archiwalne i już wiadomo, że film będzie chwytać za serce.

Szkoda zatem, że reżyser wybrał tak irytującą melodię jako podkład muzyczny. Raz, dwa razy może być, ale on katuje widzów kilkudziesięcioma nutami powtarzanymi w kółko przez prawie cały film. Muzyczka, która lepiej pasowałaby pod wideo o chrzcinach, naprawdę mocno obniża wagę całego filmu.

Ocena: 6

The Times of Harvey Milk (1984)

Bardzo standardowy dokument. Grupa osób siedzi i gada o zmarłym bohaterze, a w przerwach mamy archiwalne zdjęcia. Nie bardo rozumiem, dlaczego film ten jest tak wysoko ceniony. Mam wrażenie, że co poniektórym osoba pomyliła się z filmem. Dokument jest standardowy i przeciętny, podczas gdy sam Harvey Milk był osobą ponadprzeciętną, ideał społecznika, wyprzedzał swoje czasy wkraczając tam, gdzie żaden gej oficjalnie nie był przed nim i co więcej odnosząc sukcesy. Nic dziwnego, że jest wzorem do naśladowania dla wszystkich działaczy na rzecz równouprawnienia.



Jednak film dość łagodnie traktuje niektóre z jego poglądów, które mnie osobiście wydają się mocno kontrowersyjne. Bardzo łagodnie potraktowana została sprawa jego węgorzowej oślizgłości i umiejętności odnalezienia się w świecie polityki. Milk nie jest idealistą, lecz szczwanym pragmatykiem, co jednak zostaje w filmie zredefiniowane, by nie brzmieć tak pejoratywnie a wręcz przeciwnie staje się to kolejną szczerozłotą zaletą Milka. To ja już wolę fabułę Van Santa.

Ocena: 6

Enrique y Judita (2008)

Znakomity dokument o tańcu. Choć jest w nim sporo tańca (tanga, żeby było jasne), to jednak tak naprawdę cała koncepcja tego czym jest tango pokazana jest w scenach wzajemnych relacji tancerzy, tytułowych Enrique i Judyty. To napięcie, wzajemne przyciąganie i odpychanie, walka o dominację, dostrajanie się i chwile idealnej harmonii. W filmie zostało to wszystko idealnie uchwycone.

Tak jak w tangu, gdzie ideał trudno osiągnąć nawet mistrzom, tak i w tym filmie jest kilka potknięć, momentami tempo fabuły siada. Jednak jako całość obraz prezentuje się bardzo dobrze.



Ocena: 8

Ziętek (2008)

Dokument na pograniczu fabuły, w którym Bogdan Ziętek gra samego siebie – emerytowanego górnika od lat poświęcający każdą wolną chwilę swojej wielkiej pasji – rzeźbieniu pięknych kobiet w drewnie. 

Film zrobiony z jajem i poczuciem humoru jest jednak przepełniony gorzką świadomością przemijalności życia. Film staje się impresją za marzeniem coraz odleglejszym z każdym mijający dniem, aż w końcu jest ono już tak ulotne, że można je nawet sprzedać.

Ocena: 7

Burma VJ: Reporter i et lukket land (2008)

Gorzka opowieść o tym, jak feniksie odradzającym się i umierającym w popiołach, jakim jest nadzieja. Opozycyjni działacze birmańscy opowiadają o swojej walce, o której świat praktycznie nic nie wie. Od czasu do czasu jakieś przemycone zdjęcia wychodzą na światło dzienne. Zdjęcia te malują ponury obraz rzeczywistości.

"Birma VJ" koncentruje się na wydarzeniach z 2007 roku, kiedy to 19 lat po poprzednim zrywie wolnościowym, Birmańczycy znów podnieśli czoło i odważyli się marzyć. Jednak marzenia te wciąż pozostają niespełnione. Okres triumfu trwał krótko, a nadzieja zatopiona została w morzu krwi. Tym razem zginęło mniej osób niż w 1988 roku, lecz rezultat był ten sam.

To straszne, kiedy pomyślę, że być może trzeba będzie jeszcze jednego pokolenia, zanim wolnościowy zryw zyska na tyle na sile, by obalić wojskową dyktaturę.

Ocena: 6

Let's Be Together (2008)

Przyznaję się bez bicia, na początku 14-letni Hairon nie budził mojej sympatii. Kiedy słuchałem, jak jęczy, by ojczym kupił mu okulary przeciwsłoneczne Diora za 400 dolarów kręciłem z niesmakiem głową. Nie zostałbym z nim nawet na pięć minut.

Potem jednak włączył mi się tryb psychologa i przypomniałem sobie głównego bohatera "Ceny magii" Mercedes Lackey. I natychmiast moje uczucia wobec chłopaka się zmieniły. Teraz współczułem mu widząc w nim osobę cierpiącą i desperacko próbującą się przed bólem bronić. Odgrodził się o świata jaskrawym murem pozorów, który jest tak szczelny, że prócz wrogów nie przepuszcza (albo czyni to z wielkim trudem) także tych, którzy naprawdę się o niego troszczą. Zamyka się w bryle lody ozdobionej ekstrawagancką pozą i strojami. Nie do końca panuje nad tą pozą, przekraczając wszelkie granice co zamiast mu pomóc, tylko zwiększa jego problemy.

Reżyserka znakomicie to wszystko uchwyciła, tworząc naprawdę intrygujący i wieloaspektowy portret młodego chłopaka.

Ocena: 7

Rumba (2009)

Chaotyczna impresja o rumbie. Film zaczyna się jak reportaż radiowy, do którego dodano po prostu zdjęcia. Paru starców coś tam opowiada o rumbie. Pocięte zostało to w krótkie 'sety', które w radio spełniłyby swoją funkcję, jednak na ekranie do niczego nie prowadzą. Potem od gadania przechodzą do czynów i zdjęcia z tego jak gra się rumbę są naprawdę interesujące, ale nie zmywają one niesmaku powstałego na początku.

Ocena: 5

czwartek, 7 maja 2009

La vie à rebours (1994)

Gaël Morel debiutował jako aktor w 1994 roku u André Téchiné. Jednak chyba od samego początku bardziej pociągało go bycie za kamerą niż przed nią i w 1994 roku nakręcił też swój pierwszy film – krótkometrażówkę "La vie à rebours".

Jak to zwykle u Morela bywa, pomysł ma bardzo dobry. Dwaj bracia mają trochę czasu w mieście. Jeden z nich chce się spotkać z dziewczyną i nie chce, by drugi mu towarzyszył. Ten, mimo złych przeczuć, godzi się. Kiedy spotka go ponownie, jego brat właśnie dostaje w kość od grupy wymoczków. Nie pomaga mu, lecz zza ściany przysłuchuje się, jak go tłuką a w końcu przez przypadek zabijają. Gdy wraca do samochodu, gdzie czeka na braci ojciec, nie mówi nic...

To bardzo ciekawe studium tchórzostwa, choć nie do końca jestem pewien, czy właśnie tym chciał swój debiut Morel uczynić. Już tu zdradza Morel swoje ciągoty do nadmiernego dramatyzowania, które przybiera niemal histeryczne rozmiary. Ta przesada będzie mu towarzyszyć w kolejnych obrazach. Widać też warsztatowe braki, które Morel stara się zatuszować entuzjazmem. I udaje mu się. Jednak patrząc na jego późniejsze dokonania trzeba przyznać, że raczej powoli się uczy na swoich błędach.

Oczywiście – jak zwykle – duży plus za obecność Stéphane'a Rideau, dla którego rok 1994 był także rokiem debiutu aktorskiego.

Ocena: 6

À toute vitesse (1996)

Ach ta młodość! Wszystko jest wtedy tak intensywne, zdaje się, że nie ma żadnych granic. Dziś jesteś tryskającym zdrowiem nastolatkiem, jutro leżysz w grobie. Dziś jesteście przyjaciółmi, jutro wrogami. Dziś się kochacie, jutro jesteście sobie obcy. Dziś śpisz z dziewczyną, jutro z chłopakiem. Wszystko jest płynne, wszystko jest możliwe i wszystko jest przeżywane ostro, wyraziście.



Szkoda zatem, że "À toute vitesse" nie jest takim filmem. Widać, że w swoim pełnometrażowym debiucie Gaël Morel mocno inspiruje się "Dzikimi trzcinami" Téchiné, w których debiutował jako aktor. Czwórka bohaterów – troje chłopaków i jedna dziewczyna – powiązana ze sobą dziwnymi i niejednoznacznymi więzami. Dwójkę z nich grają aktorzy z "Trzcin": Élodie Bouchez i Stéphane Rideau. Najciekawszą postać gra jednak Pascal Cervo – Quentina, młodego pisarza, który wydaje się sympatyczny, lecz wykorzystuje otoczenie dla swoich celów. Zwodzi, mami i wysysa z historii, które potem czyni własnymi. A jednak wydaje się, że ta ostentacyjna poza jest rzeczywiście pozą, za którą kryje się ktoś o wiele słabszy, który boi się jednak zaistnieć, zostać zranionym. Zastanawiam się ile z samego Morela jest w tym filmie, zważywszy, że zrobił go w dużej mierze przy pomocy znajomych i przyjaciół.

Morel ma ciekawe pomysły, lecz w tym filmie nie radzi sobie z filmową materią. W narracji jest toporny, montaż i zdjęcia zawodzą. Widać tu zarys jego estetycznych preferencji (głównie do młodych, półnagich męskich ciał o jak najkrótszych włosach), ale wszystko to jest jeszcze mocno surowe. No cóż, Morel reżyser musi mnie do siebie przekonać. Póki jednak w jego filmach występować będą Rideau lub Kechiouche (ależ oni są tu młodzi), póty na pewno będę po nie sięgał.

Ocena: 6

środa, 6 maja 2009

Tulpan (2008)

Podczas pokazu "Tulpan" przecierałem oczy ze zdumienia. Czy to jest naprawdę ten film, który tak chwalony wszem i wobec? Nie mogłem w to uwierzyć, ponieważ "arcydzieło" czy "piękny" to ostatnie słowa, jakie przychodziły mi do głowy.



Czułem się straszliwie oszukany. Jak dla mnie "Tulpan" to etnograficzna laurka, która byłaby nawet do przyjęcia, gdyby Dworcewoj pozostał wierny dokumentowi. Tymczasem tu miałem wrażenie, że reżyserowi po prostu nie chciało się rejestrować rzeczywistości i postanowił pobawić się w manipulant. Jak widzę wiele osób dało się schwytać w tę mistyfikację i może wyszli na tym lepiej. Przynajmniej wrażenia z seansu mają o wiele bardziej pozytywne. 

Dla mnie jest to po prostu oszustwo i to grubymi nićmi szyte. Ni to dokument ni to fabuła, a w tle banalna historyjka, która gdyby była prawdziwa pewnie robiłaby na mnie wrażenie. A tak pozostało rozczarowanie.

Ocena: 5

wtorek, 5 maja 2009

Star Trek (2009)

Muszę przyznać się do tego, że nie jestem wielkim fanem J.J. Abramsa. "Felicity" nie oglądałem w ogóle, podobnie było/jest z "Zagubionymi", z "Alias" wytrzymałem jeden sezon, a do "MI:3" czy "Cloverfield" nawet nie chciałem się zbliżyć. Jednak "Star Trek" obejrzałem i – co ważniejsze – jestem pod wrażenie.



Film ten to kwintesencja letniego kina: dużo hałasu, dynamiczna narracja, niezbyt skomplikowana intryga i sympatyczni bohaterowie. Wszystko to układa się w ciąg, który może nie tworzy kultowej produkcji, ale jest przyjemny dla oka i ucha. Jest odrobinę słabszy od "Transformers", zabrakło rozmachu i tego czarnego charakteru, który zapamiętuje się na długo (jak choćby w "Robin Hoodzie: Księciu złodziei"). Po pewnym czasie film wytraca też tempo i zamiast lotu z prędkością nadświetlną, szybuje sobie majestatycznie w stronę kulminacyjnej sekwencji pozbawionej jednak pazura. Końcówka trochę mało satysfakcjonująca, ale cała reszta podobała mi się i to całkiem .

Chris Pine jako młody James T. Kirk okazał się dobrym wyborem. Chris ma coś w sobie z Brada Pitta i mam nadzieję, że nie da się zaszufladkować. Choć w tym filmie jest niezły, to jednak lepsze wrażenie zrobił na mnie w "Asie w rękawie", gdzie miał bardziej wyrazistą postać. 


Mam nadzieję, że kiedyś doczekam podobnego filmu zrealizowanego w uniwersum "Babylon 5".

Ocena: 7

88 Minutes (2007)

Rozczarowanie. Sięgałem po ten film słysząc o nim tylko złe rzeczy, więc oczekiwałem straszliwego gniotu, a tymczasem dostałem film jedynie nudny i pusty. Z całą pewnością jednak nie najgorszy ani w karierze Avneta ani Pacino.



Sam pomysł – jak to zwykle bywa – nie jest zły. Oto psycholog sądowy staje się obiektem wyrafinowanej intrygi. A wszystko za sprawą opinii, która przesądziła wyrok śmierci w pewnej sprawie. Czy jednak psycholog miał rację, czy może jednak doprowadził do skazania niewinnej osoby? Niestety na te pytania szybko otrzymujemy odpowiedź. Intryga jest tak transparentna, że trudno z siebie wykrzesać choć trochę entuzjazmu, kiedy wszystko zostaje ujawnione.

"88 minut" to typowa produkcja z gwiazdeczkami telewizyjnymi, które od czasu do czasu chcą zakosztować kina. Nikt nie zwróciłby większej uwagi na film, gdyby nie obecność Ala Pacino. Moim zdaniem trafił on tu przez pomyłkę i tak też się zachowuje na planie. Jedyne, co z jego postaci się zapamiętuje to szalony fryz, którego nie powstydziłby się co drugi szalony naukowiec komiksowych adaptacji.

Ocena: 5

niedziela, 3 maja 2009

The Hunt for Gollum (2009)

Szacun dla twórców. Po "Hunt..." wcale nie widać, że jest to całkiem amatorska pro ducka. Wręcz przeciwnie, film wyszedł lepszy od wielu tytułów, który powstają w Hollywood. Owszem, są pewne niedociągnięcia, a fabuła została mocno wydłużona wobec tego, co tak naprawdę posiadali. Jednak to co zadziwia najbardziej to świadomość twórców swoich ograniczeń i próba ich zamaskowania bądź obejścia. Szkoda że Hollywood tak nie postępuję.


Ocena: 6

A Raisin in the Sun (2008)

Rzadko narzekam na tłumaczenia tytułów, bo też uważam, że ich się nie powinno tłumaczyć, a nadawać odpowiednie do każdego kraju. W tym jednak przypadku nie sposób nie zastanawiać się, komu też rodzynek pomylił się z narodzinami?! Polski tytuł nie ma najmniejszego sensu, ale trudno, nie tytuł jest istotą filmu.



"A Raisin in the Sun" to telewizyjna adaptacja klasycznej sztuki afro amerykańskiej, która doczekała się 40 lat temu znakomitej adaptacji. Jak możemy dowiedzieć się z materiałów dodatkowych, celem aktualnej adaptacji było stworzenie filmu dla nowego pokolenia. I to się niestety nie udało. Film jest tak staroświecki, jak to tylko możliwe. Kurczowo trzyma się tekstu, który zdradza sceniczne korzenie. Film jest teatralnie przerysowany i kilkadziesiąt lat temu byłby na pewno przebojem. Dziś może jedynie wzbudzić lekkie zainteresowanie. Aktorsko film sprawuje się nieźle. Phylicia Rashad w roli matrony Leny jest perfekcyjna. Mocnym punktem jest też Audra McDonald. Nawet P Diddy poradził sobie nieźle, choć był trochę za bardzo teatralny. Oczywiście przegrywa z Sidneyem Poitier, ale to akurat nie jest żaden powód do wstydu. Miło też było zobaczyć Johna Stamosa, który na zawsze kojarzyć mi się będzie (podobnie jak i Rashad) z okresem dzieciństwa i starymi, naiwnymi sitcomami.

Ocena: 6

Shortcut to Happiness (2004)

Alec Baldwin postanowił spróbować swoich sił jako reżyser, ale chyba nie do końca był pewny swego, bo go swoim nazwiskiem nie podpisał. Nie ma się czego wstydzić, film nie jest fiaskiem. Niestety widać, że realizował go niedoświadczony twórca, pozwolił on aktorom, a przede wszystkim Anthony'emu Hopkinsowi przeszarżować. Grał on za mocno, za scenicznie, przez co najważniejsze sceny końcowego procesu wypadają słabo.



Zresztą cały film jest mdły. Historia pisarza, który za sprawą ponętnej diablicy zyskuje sławę ani ziębi ani grzeje. Ot taka sobie historyjka, którą można sobie puścić w tle, kiedy mamy sprzątanie albo prasowanie na głowie. Tworzy przyjemny hałas w tle i nie wymaga skupienia uwagi.

Ocena: 5

Breaking the Cycle (2002)

Amatorska produkcja, która próbuje opowiedzieć starą jak świat historię, że szukając miłości możemy nie zauważać jej pod swoim nosem. Według twórców film potrzebuje jedynie trochę golizny i to wszystko, stąd też aktorzy biegają po ekranie pół lub całkiem nadzy udając seks, lecz nawet to im kiepsko wychodzi. W sumie wielka strata czasu. Kolejne rozczarowanie kinem niezależnym. Oglądając takie produkcje nie sposób nie zgodzić się z twierdzeniem, że podręczne kamery video dla każdego to przekleństwo a nie dobrodziejstwo. Sorry Mike'u Figgisie, wiem, że jesteś wielkim adwokatem wprowadzania kamer do pospólstwa, ale czasem pospólstwo nie jest gotowe na ich przyjęcie.

Ocena:2

sobota, 2 maja 2009

Home of the Brave (2006)

"Gwiazdy" kina i aspirujący do tego miana aktorzy serialowi próbują udowodnić, że posiadają talent. Wychodzi im to średnio. Zresztą cała produkcja jest mocno przeciętna. Ot kolejny obraz o wojnie w Iraku. Znów mamy to samo. Koszmar wojny, pragnienie powrotu do domu, tragedia ostatniego dnia i w końcu dom, w którym jednak nie można się odnaleźć. Wszystko jest tutaj sztampowe i znane, tak że miejscami aktorzy irytowali mnie swoim fałszem.



"Odwaga i nadzieja" jest kolejnym obrazem pokazującym jak wygodny stał się człowiek Zachodu. Gdzie zaginął duch wojownika. To, co kiedyś było chlebem powszednim – wojna i zabijanie – dziś staje się traumą nie do przejścia. Znów powstaje pytanie: kiedy staliśmy się tacy słabi i kiedy przestaliśmy oceniać to jako słabość a raczej jako zaletę, dowód naszego człowieczeństwa? Niestety film Winklera nie daje nawet cienia odpowiedzi na to pytanie.

Ocena: 5

Silver Road (2007)

Pożegnanie dwójki przyjaciół. Wkraczają w dorosłość, a ich drogi życiowe rozchodzą się. Tego dnia, kiedy powiedzą sobie 'do widzenia' z całą pewnością nie zapomną bardzo długo.


Film ogląda się przyjemnie, ale... No właśnie, temat jest tak ograny, że nie potrafiłem wykrzesać z siebie choćby odrobiny entuzjazmu dla tego obrazu. Wszystko od bohaterów a na formie narracji kończąc było już w kinach pokazywane powielekroć. "Silver Road" ginie w tłumie, ale wcale nie znaczy to, że jest to film zły.

Ocena: 6

Jump! (2007)

Niewiele spodziewałem się po tym filmie i miałem rację. Sięgnąłem po niego tylko dla Bena Silverstone'a, którego pamiętałem z "Get Real" i chciałem zobaczyć jak się rozwinął jako aktor. Cóż, tu zostałem zaskoczonym. Ben wygląda gorzej niż Christian Bale w "Mechaniku". Straszliwie wychudzony, długi, robi bardzo nieprzyjemne wrażenie osoby cierpiącej na anoreksję. Aktorsko mocno się nie wyrobił. Powtarzał tu sztuczki z "Get Real", co podkreślało tylko brak autentyzmu całego filmu. Silverstone bardzo przypomina mi Lothaire'a Bluteau, tyle że nie ma nawet połowy jego talentu.



A sam film jest produkcją mocno sztampową. Jeśli miał pokazać niesprawiedliwość procesu Phillippe'a Halsmana, to niestety zawodzi. Oceniając tylko po scenach sądowych, które zostały pokazane, wyrok skazujący jest naturalny, bowiem linia obrony Richarda Pressburgera jest mizerna i odwołuje się do poczucia przyzwoitości sędziów przysięgłych, co było moim zdaniem taktyką błędną i naiwną. 

Coś dziwnego było też z głosem. Miałem wrażenie, że oglądam film dubbingowany i to niezbyt dobrze.

Najbardziej zaintrygowała mnie Sybil Danning. Na pewno nie wygląda na swoje 60 lat. Jednak botox, naciąganie skóry i inne plastyczne ulepszacze uczyniły z niej kosmitkę. Patrząc na jej oczy wyzierające z dziwnie gładkiej, połyskującej twarzy, pierwsze co przychodziło mi na myśl to Szarzy – klasyczny portret Obcych istniejący w pop-kulturze.

Ocena: 5