poniedziałek, 29 czerwca 2009

Loaded (2008)

25-letni Tristan jest niczym dojrzały owoc, wystarczy wyciągnąć rękę, a sam w nią wpadnie. Na to właśnie liczył Sebastian, kiedy przypadek (nad którym cierpliwie pracował) postawił go na drodze Tristana. Lekkie pchnięcie i chłopak znów wpada w sidła narkotyków, daje sobą manipulować, ślepy na niebezpieczeństwo. Zgodnie z tytułem idzie na dno, lecz nie potrafi przejrzeć planu Sebastiana, aż jest już niemal za późno.


Sama fabuła, choć nie jest odkrywcza, mogła być zaczątkiem niezłego filmu. W wykonaniu serialowych gwiazdeczek jest to jednak tylko odbębnianie kolejnych scen. Wszyscy udają: twórcy, że mają coś do powiedzenia, aktorzy, że wierzą w swoich bohaterów i widzowie, którzy udają, że wierzą w historię. Podręcznikowa produkcja nie jest nawet na tyle zła, żeby wyróżnić się z tła. To film tak przeciętny, jak to tylko możliwe i jako taki szybko wyparuje z mej pamięci.



Ocena: 5

Bobby (2006)

Dawno już nie widziałem tylu znajomych twarzy w jednym filmie. Gwiazdy kina i telewizji połączyły siły, by opowiedzieć o feralnym dniu triumfu i upadku Roberta Kennedy'ego. Szkoda tylko, że nie są oni w pełni wykorzystani. 22 osoby jako równorzędni główni bohaterowie, to trochę za dużo. Żadna z osób nie ma wystarczającej ekspozycji, wątki traktowane są po macoszemu, a całość jest jedynie zbiorem impresji. Ma to swój urok, pod warunkiem wszakże, że Kennedy jest dla widza osobą ważną. Dla mnie takową nie jest, więc nie robiło to na mnie większego wrażenia.


Film jest w gruncie rzeczy sztampowy. Tylko scena zamachu wybija się, została naprawdę dobrze przemyślana i zrealizowana. Była zapewne pierwszą sceną w pełni napisaną w scenariuszu. Reszta jest tej kluczowej scenie niewolniczo wręcz poddana, co tu akurat się nie sprawdza. Spośród wszystkich aktorów jedynie Sharon Stone wybroniła się tworząc najciekawszą kreację. Reszta to tylko kwiaty na ściennej tapecie.

Ocena: 6

niedziela, 28 czerwca 2009

Douches froides (2005)

Kilka tygodni i sześć kilogramów – to wystarczy, by wywrócić życie nastolatka do góry nogami. Mickael jest całkiem niezłym judokiem, jednak po tym jak doprowadził przypadkiem do kontuzji jednego z kolegów, musi zbić sześć kilogramów i przejść do niższej kategorii wagowej. Do tego zbliżają się egzaminy, a jego rodzice mają problemy i finansowe i emocjonalne, co rodzi trochę napięć w domu. Wszystko to pewnie jakoś by zniósł. Jest jeszcze Vanessa, jego ukochana od siódmego roku życia. Ich związek nabierze pikanterii, kiedy z pary zmienią się w trójkąt za sprawą Clémenta. O ile dziewczyna jest zachwycona uprawianiem seksu z dwoma facetami na raz, o tyle Mickael nie potrafi przyzwyczaić się do zmiany.


"Douches froides" to kolejny z serii filmów francuskich poruszających ten sam temat. Sercowe rozterki nastolatków. Wszystkie one układają się mniej więcej podobnie i w większości przypadków jest to układ dwóch chłopaków jedna dziewczyna. To ciekawy temat na głębszą analizę. Dlaczego na początku nowego wieku właśnie ten układ fabularny stał się tak często elementem filmowych opowieści. Obraz Cordiera na tle innych filmów o podobnej tematyce niczym specjalnym się nie wyróżnia zarówno na plus jak i na minus. Całość jest dość pretensjonalnie spointowana i w zasadzie nie wynika z niego nic, nawet odpowiedź na pytanie: po co został nakręcony. Ot, po prostu jeszcze jeden dowód na istnienie pewnego trendu i tyle.

Ocena: 6

Stoic (2009)

Jeden z bohaterów filmu mówi w pewnym momencie, że prawa świata zewnętrznego nie mają racji bytu w więzieniu. To nie do końca prawda. Owszem, prawe narzucone przez cywilizację, mające na celu stłumienie naturalnych instynktów przestają działać, jednak prawa natury... te funkcjonują tu ze wzmocnioną siłą. Wszystkie one sprowadzają się zaś do prostej zasady: 'jedz lub zostań zjedzonym'. Uwe Boll doskonale to pokazał w swoim najnowszym filmie "Stoic".


Wszystko zaczęło się od Mitcha. Facet zdecydowanie nie jest samcem alfa, w kolejce dziobania zajmuje dość odległą pozycję. Jednak tego dnia było inaczej. W grze w pokera ogrywał współwięźniów pięknie aż się patrzy. Już samo to wystarczyło, żeby wzbudzić niezdrowe napięcie. Mitch jednak złamał podstawową zasadę: nie udawaj chojraka, jeśli nim nie jesteś. Upajając się swoim sukcesem postanowił pognębić lepszych od siebie... i przegrał. Cała para z niego uleciała w mgnieniu oka. Ze szczytu spadł na dno, choć mógł się zatrzymać, mógł pokazać, że potrafi przegrywać i zeżreć tę przeklętą pastę do butów, lecz on nie chciał, próbował się wymigać, wyślizgnąć, a każdy jego krok zrzucał go niżej w hierarchii. Był jak ranna foka w morzu pełnym rekinów. Kiedy tylko poczuły krew, ruszyły do walki. Taka jest natura drapieżnika. Jeśli tak nie postępujesz, drapieżnikiem nie jesteś.

(Sam Levinson)

Pierwszy był Harry, doskonale rozumiejący zasady panujące w więzieniu. To on pokazuje Mitchowi, gdzie jest jego miejsce i zmuszając go do zeżarcia pastę, pokazuje też pozostałym więźniom do czego jest zdolny, potwierdzając tym, że jest numerem jeden w stadzie. Natychmiast wyczuł to Peter i zareagował odpowiednio. Peter, który jest zwyczajnym tchórzem powiewającym jak chorągiewka na wietrze poszedł w ślady Harry'ego i też postanowił pogrążyć Mitcha. W ten sposób ustalił, że jest w hierarchii poniżej Harry'ego lecz wyżej niż Mitch. Na to musiał zareagować czwarty z współwięźniów. Wulkanem negatywnych emocji przebił pozostałą dwójkę, czym jasno wykazał, że w hierarchii jest wyżej niż Peter.

Wszystko rozeszłoby się po kościach. Mitch byłby odtąd stałym obiektem żartów w dzień, gwałtów w nocy, ale przeżyłby. Niestety on popełnił kolejny błąd – postanowił poskarżyć się strażnikom. Tego się nie wybacza. To, co nastąpiło potem było w warunkach więzienia nie do uniknięcia...

(Steffen Mennekes)

Coś się niedobrego stało z Uwe Bollem. Zamiast kolejnego gniota, który potwierdziłby jego sławę najgorszego reżysera świata, zrobił film zaskakująco dobry. Udało mu się perfekcyjnie pokazać dynamikę grupy w warunkach więzienia, a cała czwórka bohaterów to postaci bardzo prawdziwe i psychologicznie wiarygodne. Niestety uważam, że pomysł kręcenia filmu bez scenariusza nie był do końca trafiony. Film, zwłaszcza w scenach wspólnych w celi, sprawia wrażenie ćwiczenia aktorskiego z improwizacji. Gdyby był tu scenariusz, można byłoby jeszcze bardziej podkreślić zwyczajność ludzi i ekstremalność (z punktu widzenia zewnętrznego świata) sytuacji. Mimo wszystko Boll tym razem nie ma się co wstydzić. Aktorsko również trzyma się nieźle, choć nie są to mistrzowie gry bez scenariusza. Pewnie dlatego najlepiej wypadają w scenach przesłuchań. Dotyczy to nie tylko Furlonga ale też Steffena Mennekesa czy Sama Levinsona.

Ocena: 7

Max Payne (2008)

Smutne, jak bardzo technika może działać korupcyjnie na twórców. To, co pół wieku temu w filmie noir z powodzeniem kreowano przy pomocy scenariusza, kamery i światła, dziś próbuje się odtworzyć za pomocą komputerów. Rezultatem jest makabryczna groteska będąca tanią podróbką. John Moore najwyraźniej nie zrozumiał, że wygląd filmu noir to tylko jeden z elementów, ważny ale nie najważniejszy. Tymczasem "Max Payne" jest tylko i wyłącznie konstrukcją, stylizacją i to z rodzaju tych pozbawionych smaku, 'oczojebnych' (pardon my frencz) jakie spotkać można w podrzędnym klubie drag-queen a nie na wybiegu mody w Mediolanie.


Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że film nie ma tak naprawdę żadnej fabuły. Tylko patrząc z daleka i to przy olbrzymiej wadzie wzroku, można uwierzyć w iluzję, że jest to historia detektywa, który wciąż próbuje rozwiązać zagadkę śmierci swojej żony i wplątuje się w spory spisek wokół nowej substancji psychotropowej. Kiedy jednak przyjrzeć się całości dokładniej okazuje się, że fabuła rozpada się na kawałki. Poszczególne wątki zostały poszatkowane, wrzucone do bębna maszyny losujące, a potem wybrane i sklecone na chybił trafił.

Miałem nosa, że nie poszedłem na to do kina. Szkoda, że dałem skusić się płycie.

Ocena: 2

The Lodger (2009)

No cóż, David Ondaatje chciał zrobić dreszczowiec w starym stylu. Nie do końca mu się to jednak udało. Film jest zrealizowany sprawnie, ale za bardzo podręcznikowo. Nie ma w nim polotu, prawdziwej atmosfery. Największym problemem jest jednak sama konstrukcja opowieści. Wprowadzając dwa równoległe wątki, od razu zdradza całą historię. Owszem, na końcu jest wprowadzony twist, który jednak wydaje się próbą na chama wykiwania tych, którzy zgadli od razu o co biega. Ta konstrukcja mogłaby się udać, gdyby sprawa kryminalna zeszła na drugi plan, a zamiast niej spróbowano wniknąć w psychikę bohaterów. Ondaatje mnoży jednak niepotrzebnie problemy, przez co wszystko jest potraktowane pobieżnie.


Aktorsko film również stoi na dość przeciętnym poziomie. Lubię Shane'a Westa i Alfreda Molinę, ale naprawdę słabo się tu postarali. Jedynie Hope Davis trzyma poziom, lecz trzeba powiedzieć, że mając najbardziej efektowną postać, miała też najłatwiejsze zadanie.

Ocena: 6

sobota, 27 czerwca 2009

My Sassy Girl (2008)

Nie potrafię dokładnie wskazać, co w tym filmie nie wyszło. Wiem jednak, że coś nie wyszło. Miało być zabawnie, było nudnie. Miało być efektownie, wyszło efekciarsko. Te sztuczki montażowe zupełnie do mnie nie przemówiły. Przez większość filmu się nudziłem. Dopiero końcówka do mnie dotarła i naprawdę się wzruszyłem. Niestety emocje przyszły trochę za późno, by cokolwiek zmienić.


Jedyna, co mnie w tym filmie zainteresowało, to Jesse Bradford. Przypomina mi on zabawkę Potato Head. A jednak ma w sobie pewien urok. Jest jak młody Matthew Broderick i obawiam się, że czeka go podobne balansowanie na granicy gwiazdorstwa, zanim wpadnie w odmęty kina klasy B.

Ocena: 6

czwartek, 25 czerwca 2009

This Film Is Not Yet Rated (2006)

Choć film ten dotyka polityki MPAA dotyczącej przyznawania kategorii wiekowej, w rzeczywistości jednak podejmuje on kilka istotniejszych kwestii związanych z rosnącym problemem korporacjonizmu. "This Film Is Not Yet Rated" nie odkrywa Ameryki, lecz warto sobie przypomnieć, czym jest film. Otóż film jest produktem konsumpcji. Produkt ten ma trafić do jak najszerszego grona odbiorców nie w celu zapewnienia im rozrywki, przyjemności, doznań estetycznych czy intelektualnych – to są tylko efekty uboczne przyjemne, jeśli rzeczywiście pojawiają się, lecz nie najistotniejsze. Ich celem jest pomnożenie stanu posiadania studia, które z kolei jest częścią większego koncernu. I tu jest pies pogrzebany. Film Dicka dotyka bowiem coraz bardziej palącego problemu korporacjonizmu i ukrytego monopolu.


W teorii mamy bowiem sporo wytwórni filmowych, które konkurują o wpływy. W rzeczywistości walka ta jest na drugim miejscu, ważniejsze jest zachowanie status quo, spokoju i bezpieczeństwa koncernów. Tym zajmować ma się MPAA, które pod szyldem dbania o dobro twórców walczy z internetowym piractwem, a pod szyldem dbania o dobro dzieci ogranicza wolność twórczą poprzez kategorie wiekowe. Ponieważ w teorii system kategorii jest dobrowolny, MPAA powiewa flagą 'sprawiedliwości' i 'uczciwości'. Ponieważ rynek kontrolują studia, rating oznacza zgodność filmu z polityką wytwórni. Im wyższy tym bardziej odstaje od standardów, a NC-17 lub wersje unrated są tak obrazoburcze, że choć twórca może je puścić, prawie żadne kino nie będzie ich chciało puszczać, co oznacza finansową klapę. A ponieważ wartość filmu liczy się w zielonych banknotach, to film z kategorią NC-17 jest filmem bezwartościowym.

Wszyscy o tym wiedzą (a przynajmniej wiedzieć powinni), dlatego też nie do końca przekonują mnie narzekania twórców na MPAA. Kiedy Kevin Smith, John Waters czy Matt Stone jęczą, jak ich źle potraktowano karząc ich kategorią NC-17, to mnie ogarnia śmiech i chęć walnięci ich po łbie. 'Widziały gały, co brały' powiada stare przysłowie. Wszyscy oni podpisali kontrakt ze studiem na zrealizowanie filmu zgodnie z wytycznymi studia... po czy zrobili film po swojemu i teraz mają pretensję, że ktoś śmiał im na to zwrócić uwagę. Chcieli mieć wolność twórczą? Niech sobie sami sfinansują film. Robią film za cudze pieniądze, to niech stosują się do reguł, na które się zgodzili przyjmując kasę. Przez to film stracił w moich oczach. Nie udało się bowiem twórcom wzbudzić mojego współczucia wobec pokrzywdzonych twórców. Ale choć nadal uważam, że piractwo jest złe, to będę je popierał, ponieważ MPAA jest organizacją jeszcze gorszą i osadzoną tak naprawdę w mentalności lat 30 ubiegłego stulecia. Przemysł filmowy musi zmienić model postępowania, musi w końcu zrozumieć czym jest globalizacja w kontekście dostępu do mediów i filmu i musi zacząć zachowywać się odpowiednio. Piraci – gdyby się zjednoczyli, gdyby byli w stanie stworzyć wspólną ideologię – mogą być siłą, która MPAA i wytwórnie zmusi do metamorfozy.

Ocena: 7

Zack and Miri Make a Porno (2008)

Kevin Smith już "Clerks II" udowodnił, że odzyskał formę po nieszczęściu, jakim była "Jersey Girl". Teraz potwierdził swoją klasę kręcąc przezabawną, miejscami aż za ostrą komedię o tym, że facet z kobietą nie może się tylko przyjaźnić. Jednak kiedy 20 lat temu udowodnić to można było przy pomocy rozmów, teraz potrzeba do tego ostrego rżnięcia i to koniecznie przed sporą ekipą filmową... 'o tempora! o mores!' chciałoby się zakrzyknąć, ale ponieważ "Zack i Miri" od "Clerks II" tak znowuż mocno nie odbiega, zatem byłby to krzyk mocno spóźniony.


Co najmniej pół najnowszego filmu Smitha to komedia na najwyższych obrotach powodująca ostre odwodnienie i kolkę spowodowaną płaczem ze śmiechu. Druga połowa to już jednak niestety ciepłe kluchy, trochę nazbyt sentymentalne i idące po najmniejszej linii oporu. Najbardziej czuje się to tuż przed końcówką. Jakby Smith doznał przedwczesnego wytrysku i musiał na nowo zebrać siły. Kiedy jest jednak w pełni sprawny, serwuje naprawdę kilka rewelacyjnych sekwencji.

Smith ma u mnie dużego plusa za obsadę. Traci Lords śmieje się z własnej porno przeszłości, a mnie przypomniała się jej rola w "Profiles". Justin Long znów udowadnia, że jest intrygującym aktorem. Podoba mi się też Brandon Routh bawiący się swoim supermanowym wizerunkiem. Nie można też zapomnieć o drobnym, ale jakże ognistym epizodzie Tishy Campbell-Martin.

Ocena: 7

środa, 24 czerwca 2009

Transformers: Revenge of the Fallen (2009)

Rzadko zdarza się, by reżyser dostarczył do kin dokładnie to, co obiecał. Takim wyjątkiem jest właśnie drugi "Transformers". Miało być więcej wybuchów, akcji, robotów, piersi Megan, homoerotycznego patosu i militarnej ekstrawagancji i to rzeczywiście dostałem. "Zemsta upadłych" to wielkie łubudu z namiastką fabuły, co jednak zostaje tak sprawnie zrealizowane, że pomimo posiadania niemal wszystkich wad "Terminatora: Ocalenie" jest to film o niebo lepszy. Bay jest jak dziecko, które nie ma dość zabawy swoimi robocikami i samochodzikami. Jedynym ograniczeniem był tylko i wyłącznie budżet i czas. I trochę żałuję, że Bayowi dano aż tak dużą kasę.


"Transformers" bardzo zyskałby na mniejszym budżecie. Byłoby wtedy mniej efektów specjalnych, mniej eksplozji. Teraz przysłaniają one fakt, że tak naprawdę film ten jest godnym następcą trylogii Indiany Jonesa. Mamy tu tę samą konwencję bajkowo-komiksową, mieszankę awanturnictwa, nabuzowanego testosteronu, szczyptę topornego humoru i sporo akcji. Jednak o ile Spielberg znalazł jakiś złoty środek, Bay znalazł raczej złoty członek, którym rozoruje delikatną materię fabuły. Całość przypomina próbę uprawiania przez słonia seksu z mrówką. Efekty naprawdę przytłaczają tak, że pod koniec całkowicie mi już zobojętniały. W pamięci to nie wielkie rozpierduchy zapiszą się na dłużej, lecz zapożyczenia przez Baya kultowych wręcz scen z innych filmów/seriali: Megan Fox biegająca w zwolnionym tempie a la Baywatch i Sam w scenie z Prime'ami przypominającą spotkanie Supermana ze swoimi przodkami.

Jest jedna rzecz, która zaintrygowała mnie w "Transformers". Ten film jest wręcz apoteozą amerykańskiego stylu życia, amerykańskiej filozofii, której symbolem jest Bush. Oto:
1) wojna z terrorem (deceptikonami) zostanie przeniesiona daleko poza granice kraju
2) wojna rozgrywać się będzie w kraju arabskim o starożytnych korzeniach
3) pretekstem do wojny jest źródło paliwa/energii
4) Ameryka ma prawo wymagać od innych pomocy, niezależnie co robi, gdzie robi i jak bardzo sama jest sobie winna
5) Amerykanie nie liczą się z cudzym dziedzictwem kulturowym, piramidy są tylko scenografią i pretekstem do rozpierduchy, a ponieważ wszystko dzieje się poza granicami można nadużywać materiałów wybuchowych, bo zginą i tak tylko kozy i paru nieszczęsnych pilotów

Jednak o ile Bush budzi aktualnie i na świecie i u siebie w domu raczej negatywne skojarzenia, o tyle historia w Transformers przyjęta zostanie bezkrytycznie, a zapewne i z wielkim entuzjazmem. Bay posunął się nawet do tego, że wspomina Obamę, czym zyskał w moich oczach, bo jest to jak lewy sierpowy wymierzony w nadzieje tych, którzy wierzą, że demokrata w Białym Domu naprawdę coś zmieni.

Ocena: 7

Ps. Ramon Rodriguez mało podobny jest tutaj do siebie z serialu "Day Break"

poniedziałek, 22 czerwca 2009

The Hangover (2009)

Muszę powiedzieć, że jestem zdziwiony, że "Kac Vegas" przez dwa tygodnie okupował pierwsze miejsce amerykańskiego box office'u. Bo też choć odwołuje się do bardzo cenionej w Ameryce komedii kumpelskiej, to jednak twórcy nie przebierają w środka i jadą ostro, bardzo ostro. Ale to dobrze, znaczy się, że Amerykanie już na dobre odzyskali humor. Mnie to cieszy tym bardziej, że przy całej sympatii dla Apatowa, jego komedie zaczynały mnie już nużyć – wszystkie były robione na jedno kopyto.


Todd Phillips tymczasem ma naprawdę niewiele hamulców, a jednocześnie trzyma się pewnego staromodnego trzonu, co sprawia, że jego komedyjka jest sympatyczna, nawet kiedy stara się być chamska. Humoru mniej lub bardziej zadziornego jest w tym filmie sporo. Mnie szczególnie ubawił stały bywalec komedii Apatowa Ken Jeong, który właśnie w "Kac Vegas" stworzył postać najbardziej wyrazistą. Każda kwestia 'Leslie Chowa' to powód do śmiechu pełną gębą i do utraty tchu.

Co do głównych bohaterów to ciekawe jest, że poziom ich zabawności spadał wraz ze wzrostem ich atrakcyjności. Justin Bartha pojawia się na chwilę, Bradley Cooper nie ma naprawdę nic do zagrania, za to Galifianakis i Helms ścigają się o palmę pierwszeństwa w wygłupach.

"Kac Vegas" mocno przypomina "Old School". Jest jednak zabawniejszy i lepiej pomyślany.

Ocena: 7

niedziela, 21 czerwca 2009

Vacancy 2: The First Cut (2009)

Jak na produkcję przeznaczoną bezpośrednio na rynek DVD "Motel 2" jest zaskakująco spójną produkcją. Widać, że twórcy poświęcili czas, żeby wszystko przemyśleć. Szkoda tylko, że zapomnieli, co naprawdę liczy się w tego rodzaju produkcjach. Nikt tu nie szuka sensu czy wartości artystycznych, liczy się pomysłowość i widowiskowość scen mordów. A tu twórcy "Motelu 2" nie popisali się. To jedna wielka nuda, bez wyobraźni, bez pomyślunku, bez bohaterów. Szkoda, bo "Motel" dawał możliwość pofolgowania sobie, a biorąc pod uwagę, że prequel i tak nie miał trafić do kin, swoboda była większa. Raz jeszcze sprawdziła się stara maksyma, że to co nas ogranicza, wzmaga pomysłowość.


Ocena: 4

Poor Boy's Game (2007)

Muszę powiedzieć, że oglądałem "Męską grę" z pewną chorą fascynacją. Zastanawiałem się, jak długo można robić film niezgodnie ze sztuką, zanim ten rozpadnie się na kawałki. Ku mojemu zaskoczeniu, obraz Clémenta Virgo dotrwał do końca i choć daleko mu do kina wyrazistego, zapadającego w pamięć, gniotem jakim być powinien się jednak nie okazał.


Historia boksera, który po 10 latach wychodzi z więzienia jest naiwna i grubymi nićmi szyta. Wszyscy bohaterowie bardzo łatwo i zgrabnie wpadają w przypisane im fabularne przegródki, tak że od początku jest jasne kto przetrwa, a kto jest przeznaczony do odstrzału. Virgo buduje film na wielokrotnych powtórzeniach, dość specyficznych, bo trójkowych – każda scena pojawia się w filmie trzykrotnie (jak choćby szlochający w łóżku faceci, odwiedziny miejsca zbrodni, teksty o tatuażach).

Odrębną kwestią jest Rossif Sutherland, syn Donalda Sutherlanda. Cały film przetrwał na jednej minie zbolałego psa zamkniętego w schronisku. Jest to tak kiczowate i absurdalne, że aż nie mogłem od niego oderwać oczu. To niewiarygodne, że można być aktorem nie posiadając praktycznie żadnej mimiki. No ale ma za to urok i przypomina młodego Billy'ego Zane'a, więc pewnie na ekranie pojawi się jeszcze nie raz. Sam chętnie zobaczę go w innym filmie, choćby po to, by sprawdzić, czy naprawdę nie ma w repertuarze żadnej innej miny.

(Rossif Sutherland)

Ocena: 6

piątek, 19 czerwca 2009

Diary of the Dead (2007)

Romero jest niekwestionowanym mistrzem, jeśli chodzi o opowiadanie historii o zombie. Problem w tym, że on sam ugrzązł w pewnych ramach, poza które nie potrafi się już wyrwać. Stąd też jego kolejne filmy nie wnoszą nic nowego, choć przecież mogłyby.


Ot choćby "Kroniki żywych trupów". Pomysł jest naprawdę niezły – historia opowiedziana z punktu widzenia studentów filmówki. Nie mają pojęcia co się dzieje, po prostu próbują przeżyć. Jeden z nich wszystko rejestruje. Niestety na pomyśle się kończy. Romero wykorzystuje Internet, media, politykę jako pretekst do wygłaszania kolejnych kazań o kondycji ludzkości. Brzmi to pretensjonalnie i nawet u nastolatka sprawiałoby wrażenie nadmiernej egzaltacji. Kolejne sceny są dość nudne i tak naprawdę brakuje tu napięcia. Bez niego zaś film o zombie nie ma większego sensu. Do tego postaci są dziwnie niedopracowane, zwłaszcza Jason. Jego obsesja jest kompletnie niewiarygodna i wydaje się raczej chwytem komediowym, niż realną cechą osobowości.



Trochę szkoda, ale wciąż wierzę, że Romero powróci do świata zombie w wielkim stylu.

Ocena: 5

czwartek, 18 czerwca 2009

The Cinematograph (2009)

Na "Kinematografa" wybierałem się wielce ciekaw, czy Tomek Bagiński po raz trzeci mnie oczaruje. "Katedra" była piękna, zaś "Sztuka spadania" absolutnie bezbłędna, więc szanse były duże. Teraz już jednak wiem, że tym razem Bagiński do mnie nie trafił.


Nie wiem, czy to wina gry "Wiedźmin", która go zmanierowała, czy też fakt, że jest to swego rodzaju wprawka przed animacją pełnometrażową (co powtórzył kilkakrotnie podczas prezentacji filmu), ale w "Kinematografie" zabrakło twórczej dyscypliny i wyczucia proporcji. Widać, że twórcy bawią się formą i jej poświęcają najwięcej miejsca. Historia zeszła nieco na plan dalszy i powstała rozwlekła powiastka pozbawiona emocjonalnego ciężaru, jaki mieć powinna. Przysłowiowa flegma brytyjska jest tu doprowadzona do absurdu, przez co niestety psuje kulminacyjną scenę.

Osobiście drastycznie skróciłbym film, z 12 minut zostawiając może 4-5. W zasadzie jedna sekwencja jest w "Kinematografie" świetna: konstrukcja kolorowej taśmy i to właśnie bym zostawił plus los żony. Wszystko zaś pod wspólną melodią właśnie ze sceny kolorowej taśmy (mocno 'rubikowej', ale akurat tutaj dobrze pasującej). Byłoby krótkie, smutne, gorzkie i mocno cyniczne.

Ocena: 6

środa, 17 czerwca 2009

Chick (2008)

"Laska" to zabawna impresja z dość okrutnym morałem opowiadająca o damsko-męskich relacjach. W 5-minutowej animacji trudno o dużo treści, ale też nie ona jest najważniejsza. Liczy się co innego: pomysł, wyrazistość wykonania i mocne spointowanie. Michał Socha najwyraźniej doskonale to zrozumiał i stworzył bardzo dynamiczny, nieco surrealistyczny filmik, który ogląda się naprawdę znakomicie.

Ocena: 5

wtorek, 16 czerwca 2009

The Fruit Machine (1988)

Czym ten film nie jest? Mamy tu elementy fantasy (człowiek-delfin), kino gangsterskie Echo), buddy movie, road movie, komedię zaangażowaną społecznie i trochę campu, a wszystko podlane sosem 'na serio'. "The Fruit Machine" jest filmem przerysowanym na Maksa, absolutnie 'over-the-top'. Pełno w nim kiczu, ale tego dobrego, który bawi i śmieszy, a nie irytuje. Trudno brać ten film na poważnie, ale jako rozrywka jest po prostu świetny.


Niezapomniany jest w tym filmie przede wszystkim Bruce Payne w roli Echo – zabójcy z maczetą. Parodiuje tu samego siebie i choć nie wypowiada ani jednego słowa i tak kradnie każdą scenę. Rewelacja! A przecież jest jeszcze drapieżna Clare Higgins, jest zabawny Robbie Coltrane i w końcu jest Hans Zimmer, który skomponował do filmu muzykę. Dwójka młodych aktorów również dzielnie sobie radziła, choć nie dziwi mnie fakt, że kariery kinowej jednak nie zrobili.

"The Fruit Machine" to z jednej strony film głupi i naiwny, z drugiej jednak strony inteligentny i nie bojący się poruszać kontrowersyjnych tematów (i to kontrowersyjnych do dziś!). Jeśli jednak ktoś nie łapie konwencji kina nie powinien go oglądać, bo po prostu zmarnuje swój czas.

Swoją drogą kino jest zabawne. Philip Saville reżyser tego filmu będącego kwintesencją kina queer, prawie 20 lat później reżyseruje "Opowieść o Zbawicielu". Coltrane przebiera się za drag queeen, a dekadę później przebiera się dla Harry'ego Pottera. To możliwe tylko w kinie :)

Ocena: 7

sobota, 13 czerwca 2009

Smother (2008)

Są filmy, które wiem, że są złe, oczekuję, że są złe, a i tak je oglądam (bo tak, co... nie można?). Są jednak i takie, które wiem, że arcydziełami nie będą, ale choćby sama obsada gwarantuje przynajmniej film przeciętny, które po obejrzeniu okazują się śmierdzącymi produktami, które natychmiast należy dać do procesu utylizacji ścieków. Do tego rodzaju należy właśnie 'komedia' "Nieszczęścia chodzą parami".


Pomysł historii faceta, któremu do domu zwalają się nieproszeni członkowie rodziny, a żona nie myśli o niczym innym, tylko o zajściu w ciążę, nie jest oryginalny. Daje jednak możliwość nakręcenia zabawnej komedyjki. Do tego Liv Tyler czy Diane Keaton w obsadzie dawały nadzieje na przynajmniej odrobinę śmiechu.

Tymczasem śmiać się mogłem tylko z siebie, że byłem takim durniem i dałem się nabrać na wypożyczenie filmu. Żadna ze scen w tym filmie nie była śmieszna. Dwie czy trzy miały potencjał (jak choćby pogrzeb), ale zostały zmasakrowane. Do tego Diane Keaton, która cieszyła się chyba chwilą przerwy pomiędzy kolejnymi kuracjami botoksem i szczerzy się niczym kobyła podczas pierwszego razu z ogierem. Liv Tyler zaś udowadnia jedynie, że mogłaby zagrać bardzo ładne zwłoki. W jej grze nie ma nawet cienia życia. Co więcej, Tyler nie ma nawet tyle przyzwoitości, by udawać, że gra. Jakim cudem zgodziła się w tym wystąpić, skoro wiedziała, że to gówno??? Zostaje tylko Dax Shepard. Ku mojemu zdumieniu on jeden zdawał się naprawdę grać w tym filmie. I jest oczywiście najlepszym aktorem. Jego sceny są chwilami nawet lekko zabawne, ale do prawdziwego humoru im daleko. Mimo wszystko dziękuję za jego obecność w tym filmie, bo inaczej byłaby to totalna katastrofa.

Ocena: 3

czwartek, 11 czerwca 2009

Taxi zum Klo (1981)

Większość z nas żyje w przekonaniu, że współcześnie mamy do czynienia ze swobodą, jaką nie cieszyliśmy się nigdy wcześniej. Wystarczy jednak obejrzeć "Taxi zum Klo", by przekonać się, jak bardzo pruderyjne jest współczesne społeczeństwo (albo też o ile rozsądniejszej). To, co pokazano na ekranie jest miejscami mocno szokujące i kontrowersyjne. Nawet w mainstreamowych pornosach nie zobaczy się niektórych ze scen (ich nieodpowiedzialność na początku lat 80. dziś może mrozić krew w żyłach, wtedy krew tę mogło zarazić). Jednak jako całość film ten kompletnie nie przypadł mi do gustu i z notą na IMDb trudno jest mi się zgodzić.


Ripploh nie czyni praktycznie żadnej granicy między sobą jako twórcą i sobą jako bohaterem. Fakt, że jest to film autobiograficzny jest tutaj małym usprawiedliwieniem. "Taxi zum Klo" ma wszystkie grzechy amatorskiej produkcji: podziurawiona fabuła pełna dziwnych przeskoków, brak zakorzenionych w fabule bohaterów i straszliwie drewniane aktorstwo, sztywność którego wykorzystać można w pełni tylko w scenach seksu.

Po film sięgnąłem w związku z "Mala Noche" Van Santa. Film Ripploha podawał on jako inspirację dla swojego debiutu. Jedyne, co mogło na młodym Van Sancie zrobić wrażenie to otwartość, z jaką Ripploh podchodzi do tematu homoseksualizmu, pokazując gejów w sytuacjach w jakich mainstreamowi kino rzadko kiedy godzi się ich pokazywać nawet dziś. To musiało robić wrażenie. Ale tylko to, bo z artystycznego punktu widzenia jest tu więcej dobrych chęci niż wykonania.

Ocena: 3

Redbelt (2008)

David Mamet i film o sztukach walki? Cóż, po obejrzeniu "Mistrza" nie jest to aż tak zadziwiające, jak się mogło wcześniej wydawać. Film wyszedł mu naprawdę solidny. Świat mieszanych sztuk walki, a w szczególności jujitsu, został tu odwzorowany całkiem wiernie, choć przecież walki nie są w nim najważniejsze. To, co liczyło się dla niego najbardziej to kodeks honorowy, filozofia życia. W dodatkach do DVD cały czas słuchać odniesienia do 'samurai movies' i rzeczywiście "Mistrz" w dużej mierze odwołuje się i do kina samurajskiego i do tradycji westernu – jeśli chodzi o kreowanie bohaterów). Mnie jednak film ten skojarzył się głównie z Księgą Hioba.


Mike uczy jujitsu, nie tylko walki ale również zasad postępowania w życiu codziennym. Sam stara się być im wierny. W normalnych warunkach jest to dość łatwe. A jeśli okoliczności się zmienią? Mike'owi łatwo przychodzi uczenie Laury, ofiary gwałtu, że z każdej sytuacji jest wyjście i nie można się poddawać. Nie jest mu jednak już tak łatwo zastosować je w praktyce, kiedy okazuje się, że wpada po uszy w długi, został wykiwany przez Hollywood, a jego podopieczny popełnia samobójstwo, a w końcu okazuje się, że wierzyć nie może nawet najbliższym. Mike zatriumfuje, jak Hiob pozostając wierny swojej filozofii. Jego triumf jest zarazem wyrazem miłości jaką Mamet darzy MMA.

Niestety ta miłość trochę zaślepiła Mameta. Film jest dobrze zrobiony, lecz jednak zbyt toporny. Ma kilka wspaniałych scen (jak choćby 'dźgania gwałciciela'), ale z jakichś powodów emocjonalnie to nie brzmi dobrze, czegoś brakuje. Podobnie w zakończeniu, które powinno być swoistego rodzaju katharsis, a jest dość ckliwe i przewidywalne. Dobrze za to prezentują się aktorzy, nawet Tim Allen w roli mało komediowej.

Ocena: 7

Kiss the Bride (2002)

Dziwna rzecz z tymi rodzinami. Niby prawda, że najlepiej wychodzi się z rodziną na zdjęciach, ale z drugiej strony nie można (w większości wypadków) się bez niej obejść. Przez większość życia walczymy z ograniczeniami narzuconymi nam przez wychowanie, chcąc być sobą, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę buntujemy się przeciwko sobie, bo ty czego chcemy czy nie, rodzina do pewnego stopnia nas definiuje. Zrozumienie tego uwalnia nas od negatywnych emocji... do tego przynajmniej próbuje przekonać widza reżyserka "Narzeczonej" Vanessa Parise.


Po "Narzeczoną" sięgnąłem bez powodu, od tak po prostu. Seans nie okazał się stratą czasu, ale film żadnym odkryciem nie jest. Podobnych historii wałkowanych na wszystkie możliwe sposoby było już setki, tysiące, a może i miliony. Jednak bohaterowie są sympatyczni, całość znośnie zlepiona, więc jakoś daje się to obejrzeć. Film idealny na zabicie czasu.

Ocena: 6

wtorek, 9 czerwca 2009

Antichrist (2009)

Von Triers otwiera otchłań bezdennej samotności i obcości, wynikającej z totalnej alienacji człowiek od siebie samego i od świata, w którym żyje. Współczesny człowiek żyje w kompletnym oderwaniu od natury, z której pochodzi, negując tym samym fakt bycia jej częścią, fakt posiadania w sobie fragmentu natury. Wolność od władzy popędów jest jednak iluzją i to bardzo cienką, gdy tylko zbliżamy się do jej granic pojawia się przemożny strach, panika, chęć ucieczki.


Natura jest bytem kompletnie obcym. Można się nią zachwycać, kiedy jest piękna, soczyście zielona z milutkimi jelonkami skaczącymi dookoła. Jednak częścią natury jest też śmierć, rozkład, zgnilizna. To wszystko stało się jednak anatemą. Ból tłumimy lekami, żałoba jest chorobą, a śmierć nie istnieje, bo przecież jest życie wieczne. Thanatos umarł. A co z naturą człowieka? Ta stała się grzeszna. Popędy – zwłaszcza te seksualne – należy wygnać precz jako dzieci Szatana, owoc grzechu pierworodnego. Ten, kto się im oddaje jest czcicielem diabła, piewcą zdrożności, kapłanem rozpusty i zgorszenia. Anton Szandor LaVey przez lata namawiał ludzi, by uznali to za dobre i właściwe. Chrześcijaństwo zaś od wieków wmawia nam, że to jest grzech, z którego oczyścić można się na stosie.

Von Trier wyraźnie wskazuje na Kościół jako źródło ludzkiej alienacji. Psychoanaliza miała stać się świeckim pomostem przerzuconym nad przepaścią Logosu i Mythosu. Jednak Von Trier odrzuca ją, jako zbyt racjonalną, a zatem nie mogącą pojąć ani ogarnąć natury popędów. A te, ignorowane, tłumione jednak żyją. Co więcej nauczyły się przybierać formy akceptowalne przez co szaleństwo zdradliwie przecieka, zarażając w ukryciu, a kiedy zostaje ujawnione, jest już za późno na rozgrzeszenie. W tej sytuacji można już tęsknie wyśpiewywać za Almierną z opery Handla:

Lascia ch'io pianga
mia cruda sorte,
e che sospiri la libertà.


Von Trier nie zaskakuje wskazując na winnych tego stanu nie tylko Kościół ale w szczególności mężczyzn – championów racjonalizmu. Kobieta jest bardziej 'wrażliwa' na naturę świata, a przez to bardziej skażona, zdradliwa, 'zła'. Mężczyzna i kobieta są tu zatem wrogami, ale to mężczyzna zwycięża. Czy jednak na pewno? Anima jest w każdym samcu homo sapiens, podobnie jak i animus w każdej samicy. Można próbować zniszczyć je w sobie, lecz dopóki nie zniszczy się samego siebie całkowicie, dopóty każde zwycięstwo będzie pyrrusowe, a duchy 'zmarłych' gotowe w każdej chwili powstać z martwych.


Lars Von Trier raz jeszcze udowodnił, że jest twórcą jedynym w swoim rodzaju. Jak mało który reżyser potrafi pobudzić do intelektualnych rozważań i to nawet wtedy, kiedy – jak to jest w przypadku "Antychrysta" – tworzy dzieło całkowicie grafomańskie. Film jest lekcją poglądową na temat procesu psychoanalizy w ujęciu klasycznym, ze szczególnym uwzględnieniem relacji (przeciw)przeniesieniowych i teorii seksualności. Von Trier okrasza to wszystko komentarzem zaczerpniętym z "Inferno" Strindberga i "Zwierciadła" Tarkowskiego. W przypadku 15-latka, który właśnie odkrywa relatywizm świata dorosłych i przeżywa kryzys tożsamości pomysł realizacji "Antychrysta" byłby całkiem zrozumiały. W przypadku doświadczonego twórcy (nawet pogrążonego w depresji) budzi to zdziwienie. Bufoniasty i nadęty scenariusz pełen sloganów cytowanych zupełnie bez pomyślunku w niejednym miejscu wywołuje niezamierzony śmiech. Von Trier nie balansuje na graniczy kiczu, on się w nim tapla wyprawiając szalone farmazony. Jeszcze do sceny z mówiącym lisem całość trzyma jakiś poziom. Później jednak pozostaje już miazga z mózgu.

"Antychryst" ma jednak kilka naprawdę wspaniałych momentów. Cała otwierająca sekwencja do muzyki z opery "Rinaldo" to majstersztyk, arcydzieło w miniaturze. Szkoda, że jest to najlepszy moment w całym filmie...

Ocena: 7

poniedziałek, 8 czerwca 2009

JCVD (2008)

Cóż, z całą pewnością jest najlepszy film Van Damme'a od bardzo dawna, może nawet od 20 lat. Ale to wcale nie znaczy, że jest to naprawdę dobry film. Doceniał tę całą pseudowiwisekcję, parodiowanie samego siebie, czym wystawia się na pośmiewisko ale i przed nim się broni. A jednak ten film w moich oczach byłby dobry, gdyby JCVD i twórcy poszli na całość, poszaleli tak, jak choćby Statham w "Adrenalinie". Surrealistyczne alter-ego Van Damme'a.


Niestety film jest dość spokojny, z kilkoma fajnymi momentami, ale ogólnie mający większe ambicje niż rezultaty. Stosuje fajne zabiegi formalne, ale za rzadko i szybko je porzuca na rzecz bardziej konserwatywnej formy narracji. Owszem historia najbardziej pechowe dnia w życiu Van Damme'a jest na swój sposób ciekawa. Jednak ten wyraźnie postmodernistyczny temat jest ledwie pociągnięty. Trochę szkoda. Mimo wszystko może Van Damme doczeka się comebacku. Byłoby mi miło. "Krwawy sport" czy "Kickboxer" do dziś nieźle się ogląda, a w każdym razie lepiej niż "JCVD".

Ocena: 6

Coco avant Chanel (2009)

Ło matko! Co też ta Fontaine najlepszego zrobiła?! Zamieniła Coco z kobiety intrygującej, wyjątkowej, odważnej, w nudną bohaterkę bezbarwnego melodramatu. Po autorce "Dziewczyny z Monako" spodziewałem się jednak czegoś więcej.


"Coco Chanel" nie jest portretem nietuzinkowej postaci, lecz raczej adaptacją XIX wiecznego dramatu. Oto biedna dziewczyna, wychowywana przez zakonnice zostaje utrzymanką arystokraty. Rola ta ja uwiera i kiedy pojawia się przystojny, z pozoru niezależny Anglik, w jej głowie rodzą się różne fantasmagorie. Ten film jest jak wyblakła kopia Dickensa albo Prousta. Te same dekoracje, tylko życia zdecydowanie mniej. Relacja Coco i z Balsanem i z Boyem odbiegają od rutyny, lecz nie w tym filmie. Obraz jest całkowicie wyprany z emocji, co tylko podkreśla niezła w sumie gra aktorów. I Tautou, i Poelvoorde i nawet Nivola starają się jak mogą, ale ich gra jest pusta, nie kryje się za nimi nic poza ogranym trójkątem.

Nie przyjmuję tę wizji i czekam na to co pokaże Jan Kounen, reżyser równie chimeryczny co Fontaine.

Ocena: 4

niedziela, 7 czerwca 2009

Rails & Ties (2007)

Debiut reżyserski córki Clinta Eastwooda to historia trójki osób, których połączyła śmierć. Tom jest motorniczym, który ucieka do pracy, by nie patrzeć na umierającą na raka żonę. Jednak śmierć tak łatwo mu nie ustąpi. Na drodze jego pociągu staje samochód, którego właścicielka postanawia zakończyć swoje życie. Chce zabić siebie i syna, lecz ten uciekł w porę. Tom zabił jednak kobietę. Teraz chłopak przychodzi do niego, szukając winnego ale i rozgrzeszenia, znajdując miłość i dając spokój ducha tak potrzebującym tego Tomowi i jego żonie.


Jak na debiut "Więzy życia" to film nawet niezły. Alison trochę za bardzo stara się iść w ślady ojca, jednak ten "Million Dolar Baby" nakręcił, kiedy był dwukrotnie starszy niż córka i to czuć. Film jest zbyt uproszczony i sentymentalny. Dobrze zagrany, jednak mimo wszystko nieco fałszywy. Nie do końca kupuję tę historię, która zbyt łatwo wpada w znajome koleiny. Mimo wszystko Alison Eastwood może jeszcze wyrosnąć na ciekawą reżyserką, pod warunkiem wszakże że będzie mówić własnym głosem.

Ocena: 6

Clapham Junction (2007)

Cóż jak na film edukacyjno-propagandowy "Clapham Junction" wypada całkiem nieźle. Jedynie dyskusja przy stole po zabraniu Alfiego do szpitala jest za bardzo ideologiczna, reszta wypada całkiem wiarygodnie, choć przygnębiająco.


Ta telewizyjna produkcja pokazuje, jakie niebezpieczeństwa czyhają na gejów w niby tolerancyjnym Londynie. Mamy więc parę, której jeden z panów młodych już na weselnym przyjęciu zabawia się z kelnerem, mamy przypadkowy seks, który zamienia się w nawalanie zbyt naiwnych gejów, mamy małolata, który podrywa starszego faceta, ku wielkiemu niezadowoleniu matki i pedofila, który próbuje żyć, jest i kilku kryptogejów i gej otwarty ale samotny tęskniący za rodziną.

W tym filmie nie ma żadnego optymistycznego zakończenia. "Gay" na pewno nie jest tu określeniem człowieka wesołego. Nie wszystkie historyjki wypadają równie dobrze. Najciekawsza jest opowieść o Theo, 14-latku, który podrywa dwukrotnie od siebie starszego faceta podejrzewanego przez sąsiadów (w tym matkę Theo) o pedofilię. Obaj grający ten wątek aktorzy wypadają nadspodziewanie dobrze, a i matka znakomicie się prezentuje.

Muzyczka jest też niezła, ale strasznie monotematyczna, w kółko leci to samo.

Ocena: 6

Un amour à taire (2005)

Jest rok 1942, Francja znajduje się pod niemiecką okupacją, jednak wojna niejednakowo wszystkich dotyka... przynajmniej na początku. Jean żyje w miarę normalnie dzieląc czas pomiędzy dom i rodzinny interes, a miłość swojego życia. Tragedia wojny zastuka do jego drzwi, kiedy spotka Sarę, przyjaciółkę z dzieciństwa. Jako Żydówce grozi jej śmierć, o czym przekonała się widząc, jak zdradliwie zabita zostaje cała jej rodzina. Jean postanawia jej pomóc. Nie wie jeszcze, że w ten sposób podpisał wyrok śmierci na kilka osób.


Sara jest w Jeanie ślepo zakochana, z czego on zdaje sobie sprawę. I choć bardzo mu na niej zależy, jego serce należy do kogoś innego – Philippe'a. Całą trójka po niezbyt miłym początku dochodzi do porozumienia i ich życie mogłoby potoczyć się harmonijnie, gdyby nie wojna, a przede wszystkim, gdyby nie brat Jeana Jacques, który chciałby zagarnąć Sarę dla siebie. Jak ostatni idiota zdradza brata, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Kiedy aresztowanie Jeana przeradza się w tortury i decyzję o deportacji do obozu koncentracyjnego, jest już za późno na wyrzuty sumienia. Zresztą wyrzuty te szybko zagłusza Sara, bezbronna bez obecności Jeana, w końcu w zasięgu ręki Jacquesa.

"Un amour à taire" to piękny i wzruszający film, który łamałby serca, gdyby został zrobiony jak należy. Niestety jest to produkcja telewizyjna i odziedziczyła wszystkie grzechy małego ekranu. Montaż, poprowadzenie niektórych scen zdradza telewizyjny rodowód, jednak to co najbardziej irytuje w filmie, to muzyka. Banalna, pozbawiona choćby cienia emocjonalnego wydźwięku, jaki znajdujemy w fabule. Jest wręcz irytująca w swojej ilustracyjnej namolności. Szkoda filmu, bo muzyka naprawdę mocno psuje krew. Na szczęście fabuła, skonstruowana według klasycznego wzorca greckiej tragedii broni się sama.

Ocena: 8

piątek, 5 czerwca 2009

Los bastardos (2008)

Pretensjonalność jest jednak w modzie. Tylko tym mogę wyjaśnić wszystkie nagrody, jakie zdobył "Los bastardos". Miałka historyjka dwóch nielegalnych emigrantów, którzy wynajęci zostają do czegoś i włamują się do domu pewnej Amerykanki. Co dokładnie było ich zadaniem, tego się nie dowiemy. Za to boleśnie dokładnie widzimy, jak to się wszystko skończyło.


Film jest bardzo powolny. Nie dzieje się w nim praktycznie nic. Nawet kiedy włamują się do mieszkania kobiety i budzą jej ze snu, tempo nie wzrasta. Całość sprawia wrażenie jakby została nakręcona w psychiatryku przez osoby pozostające pod wpływem końskiej dawki psychotropów.

"Los bastardos" natychmiast skojarzyło mi się z "Cieniem". Tam jednak końcówka była mocniejsza (choć mniej dosłowna) i całkowicie cyniczna. Tu przebija przez mroczną naturę promień nadziei i skrucha czy też żal ostatniej sceny psuje całkowicie zakończenie.

Gdyby nie jedno pif, można byłoby ten film przespać w całości i naprawdę nic by się wielkiego nie stało.

Ocena: 4

środa, 3 czerwca 2009

La buena vida (2008)

Auć, co za bolesne rozczarowanie. Nowy film Andrésa Wooda w niczym nie przypomina wcześniejszego "Machuca". To pretensjonalne wypociny, które mogą podobać się, jeśli tworzy je 15-latka w ciąży, ale nie dorosły facet z filmowym doświadczeniem.


Ideą "Dobrego życia" jest właśnie uchwycenie samego życia. To film "bez fabuły", po prostu się toczy. Kilka równolegle prowadzonych historii opartych jest na rzeczywistych wydarzeniach. Każda z nich byłaby sympatyczną anegdotą, lecz opieranie na nich całej konstrukcji do duża przesada. Jak dla mnie ten film jest kompletnie pusty, niespójny i łopatologiczny. Wybroniła go pojawiająca się na drugim planie historia zmarłej dziewczyny i jej synka.

Niezłe aktorstwo, muzyka i zdjęcia to również duże plusy, dzięki którym nie skreśliłem tego filmu kompletnie.

Ocena: 6

The Haunting in Connecticut (2009)

Nie, amerykański horror nadal leży i kwiczy. Po "Nieznajomych" (który technicznie horrorem nie jest) i "Nocnym pociągu z mięsem" (który z kolei nie został wyreżyserowany przez Amerykanina) wydawało się, że coś drgnęło w sztuce przerażania. Przy "Udręczonych" wciąż drga, ale nic ponadto. W porównaniu z europejskimi produkcjami (nawet brytyjskimi), jest to rzecz mocno przeciętna.


To, co w "Udręczonych" fascynuje najbardziej to to, że całość oparto na autentycznej historii. Ta jest naprawdę niesamowita. Umierający na raka chłopak, dom z mroczną przeszłością, magnetyzm, spirytualizm, nekromancja. Daje pole do popisu dla osób obdarzonych wyobraźnią. Niestety żadna z nich nie pracowała przy tym filmie. Obraz jest za długi, nudny i mało przekonujący. Próbują budować napięcie, a tymczasem zachęcają do smacznej drzemki. To co zrobili, gdyby zostało wykastrowane z wszystkich dłużyzn, idealnie pasowałoby na odcinek "Strefy mroku" czy "Z archiwum X".

Trochę szkoda mi aktorów. Przede wszystkim Virginii Madsen, którą jakoś ominęła sława na jaką zasłużyła. Żal mi też Eliasa Koteasa, ale ten ma na swoim koncie tyle słabych filmów, że jeden więcej naprawdę nie robi już różnicy. Nie ważne i tak go lubię. Cóż z "Armii Boga" wciąż się nie wyleczyłem :) Irytował mnie za to Kyle Gallner. Lepiej pasowałby do "Zmierzchu" niż tutaj.

Ocena: 5

wtorek, 2 czerwca 2009

Satanás (2007)

Gdy bieda i desperacja pukają ci do drzwi – on tam jest.
Kiedy pragnienie lepszego życia stawia cię przed moralnym dylematem – on jest u twego boku.
Gdy pragnienia serca domagają się spełnienia – on trwa przy tobie.
Zawsze na wyciągnięcie ręki, nieustannie wskazuje drogę prostą, łatwą i przyjemną. A kiedy już nią podążysz, będzie na jej końcu, by pobrać opłatę. A jest nią oczywiście życie.


Znany jest pod wieloma imionami: Legion czy też Szatan. Jednak w przypadku "Szatana" lepsze byłoby chyba imię Samael. Kusi on, lecz nigdy nie wyłącza sumienia - jest ono cały czas obecne, człowiek ma możliwość, by powiedzieć "nie", by się cofnąć, by odrzucić propozycję. Kiedy jednak nie znajduje w sobie siły, Samael - anioł śmierci - przybywa wydać wyrok i ogłosić jedyną prawdę piekła: nihil veniae.


To, co zrobił Andrés Baiz to prawdziwy majstersztyk. Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, zrealizowany w modnej teraz formule wielowątkowej historii (zupełnie jak "Babel" czy "Miasto gniewu") pozostaje tworem wyjątkowym i wewnętrznie spójnym. Wykorzystuje wszystkie silne strony latynoamerykańskich kinematografii rozkręcając się powoli, ale nie leniwie (jak to bywa, chociażby w "Lake Tahoe"). Kulminacja jest mocna i pozbawiona sentymentu. Jedyny zarzut jaki mam to decyzja Baiza, by w pewnym momencie prawie wskoczyć w konwencję horroru. Nadaje to całości charakter wyjątkowy, tymczasem dla mnie wymowa tego filmu byłaby o wiele silniejsza, gdyby tej wyjątkowości nie było, gdyby to było całkiem normalne. Ale cóż, odrobina optymizmu reżyserowi była potrzebna i biorąc pod uwagę całą resztę, jestem mu to w stanie wybaczyć.

Z całą pewnością baczniej teraz będę przyglądał się twórczości Baiza.

Ocena: 9

Leonera (2008)

Prawda i fałsz, jakże małe mają znaczenie w codziennym życiu. Liczy się to, co los nam przyniósł i co my z tym zrobimy. Analizy są dobre ale dla sądu, życie jest o wiele bardziej skomplikowane.

Julia budzi się pobita, zakrwawiona, zdezorientowana. Myje się, wychodzi (starannie zamaskowawszy siniaki i zadrapania). Kiedy wróci do domu, dwa ciała leżą w jej mieszkaniu. Dzwoni na policję i... zostaje aresztowana za morderstwo i usiłowanie morderstwa. Co się zdarzyło w jej mieszkaniu? Tego nigdy się nie dowiemy. Poznamy dwie wersje zdarzeń, żadna z nich nie jest do końca prawdziwa, obie przygotowane zostały specjalnie na potrzeby sądu. Prawda nie ma jednak żadnego znaczenia. Czy prawda przywróci życie Nahuenie? Czy Julia będzie przez to mniej w ciąży? Czy pogodzi się z matką? Nie. Znalazłszy się w ekstremalnej sytuacji, Julia zaczyna rozumieć, że przeszłość się nie liczy. Ważna jest chwila obecna i to, jak się ją wykorzysta – ona bowiem kształtuje przyszłość.


Julia na początku ma problemy z przyswojeniem tej lekcji. W końcu jednak dotrze do niej co jest ważne i jak to zatrzymać. Z zahukanego dziewczątka, przekształca się w kobietę mającą jeden cel i jak lwica będzie go bronić, bez względu na cenę.

"Lwica" to kawał znakomitej roboty filmowej. W filmie pojawiają się wszystkie sceny z kanonu kina więziennego, lecz zostały tutaj pokazane z zupełnie innej perspektywy. Proces śledczy i sądowy pojawia się tu mimochodem. Przez długi czas to samo życie w więzieniu jest głównym bohaterem. Niezbyt dyskretne ale i nie nachalne 'rzuty oka' odsłaniają przed nami całą złożoność i ekstremalność pobytu w więzieniu nie tracąc przy tym z oczu głównego wątku. Pablo Trapero w końcu nakręcił film, który mi się spodobał.

Ocena:8

A Máquina (2005)

Brazylijskie kino ostatnio bardzo mnie zaskakuje, a przynajmniej to kino, które do Polski dociera. Widać, że twórcy z tego kraju nie boją się eksperymentować z formą, wyginając filmową materię na wszystkie możliwe sposoby. Czasem pudłują (jak było z "Filmefobia"), czasem trafiają (jak było z "Cleópatrą"), a czasem strzelają w dziesiątkę – i to jest przypadek "Machiny".


Film powstały w duchu Françoisa Rabelaisa to baśń, przypowieść filozoficzna, farsa i komentarz socjologiczny w jednym. Prości bohaterowie prowadzą dyskusje na najwyższym poziomie złożoności, filozoficzne dywagacje na temat czasu sąsiadują z telenowelową powiastką o miłości. Wszystko to jest dynamiczne, podane z werwą, sprawnie i z pomysłem. Świetni bohaterowie, jeszcze lepsze dialogi i całość tak zmiksowana, że nie można oderwać oczu od ekranu.



Film jest historią Antônio, dziecka spokrewnionego z samym czasem. Przez pierwsze pięć lat swego życia nic nie robił tylko płakał. Przez kolejne kochał się w dziewczynie, która marzy o wyrwaniu się z wioski. Dla zdobycia ukochanej Antônio nie waży się zaryzykować życie i podróż w czasie. Całość ujęta jest w ostre ramy umowności. Tytułowa wioska jest niczym więcej jak sceną. Może nie aż tak skąpą jak u Von Triera w "Dogville", ale jednak. Dodaje to tylko 'pieprzu' całej historii i film jest mocno odjechany, choć nie aż tak szalony jak "Survive Style 5+". Niemal idealna rozrywka dla mnie.


Ocena: 9

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Desierto adentro (2008)

Fascynujące studium poczucia winy i szaleństwa ubrane w szaty religijnego fanatyzmu.

Gdyby Boga nie było, Elías musiałby go wymyślić. Tylko w ten sposób może nadać swojemu cierpieniu, poczuciu winy strukturę i sens. Lata 20-te ubiegłego stulecia w Meksyku były czasem dość burzliwym. Władze zakazały w tym czasie praktyk religijnych, czemu chłopi się sprzeciwiali. Elías mimo nalegań matki nie przyłączył się do zbrojnego oporu. Kiedy jednak jego ciężarna żona uległa wypadkowi, nie zważając na niebezpieczeństwo sprowadza księdza. Za nim przyjdą żołnierze, czego skutkiem będzie rozstrzelanie księdza i kilkunastu mieszkańców wioski, powieszenie syna Elíasa oraz śmierć żony przy porodzie. Sam Elías też miał zginąć rozstrzelany, ale jakimś cudem przeżył. Jednak wewnątrz został całkowicie wypalony, pozostała pustynia, czarna dziura, którą porównać można tylko z omnipotentnym Bogiem.


Elías wycofuje się wraz z resztą dzieci na pustynię, gdzie tworzy swoistą sektę wokół wizerunku rozsierdzonego Boga, który za grzech ojca karać śmiercią będzie jego potomstwo. Obsesja Elíasa jest niczym samospełniające się proroctwo. Jednak stopniowo granica między nim a Bogiem zaciera się, gdyż w rzeczywistości to nie Bóg nie chce mu przebaczyć lecz on sam. Utwierdzając się w swojej straszliwej naturze winnego wielkiego grzechu nieświadomie prowadzi kolejne dzieci na śmierć.

"Pustynia we mnie" to znakomite kino, przemyślane, dopracowane i do tego jakże dojrzałe. Rodrigo Plá uniknął pułapki stronniczości. Jego osobiste poglądy da się wyczuć, lecz nie przyćmiewają filmu, co nadaje całość większej niejednoznaczności. Oceniłbym film jeszcze wyżej gdyby nie fakt, że "Pustynia we mnie" mocno przypomina mi "Twierdzę cnoty" Ripsteina. W każdym razie na Plá będę miał teraz oko. Może wyjść z niego naprawdę ciekawy twórca.

Ocena: 8

S.O.S. Ex (2008)

Spodobał mi się ten film. Czwórka bohaterów, ograniczona przestrzeń i bardzo teatralna historia. Jednak Andrés Tambornino dobrze wszystko przemyślał i choć może niebezpiecznie blisko balansuje banału, to jednak stworzył ciekawy dramat, z dynamicznymi interakcjami.


Siłą filmu nie jest fabuła. Ta jest dość standardowa: czwórka osób: dwóch facetów i ich byłe dziewczyny wybiera się na rejs jachtem. Burza spycha ich z kursu i zamiast kilku godzin spędzą na wodzie kilka dni. To czas zamknięcia kilku spraw i odkrycia tajemnic.

Film ogląda się dobrze głównie za sprawą aktorów. Ich kreacje są na tyle dobre, że kiedy reżyser bawi się zdjęciami, miałem wrażenie, że niepotrzebnie próbuje przedobrzyć to, co żadnego udoskonalenia nie potrzebuje. Szkoda tylko, że Tambornino nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia. Refleksja jest tu płytka i wtórna. No ale przynajmniej oglądają film w ogóle się nie nudziłem.

Ocena: 6

El hombre robado (2007)

Szczerze przyznaję się do tego, że nie zrozumiałem tego filmu... a przynajmniej mam nadzieję, że nie zrozumiałem. Wynika to głównie z faktu, że XIX-wieczna historia Argentyny jest mi praktycznie nieznana. O Sarmiento wiem tylko tyle, że był prezydentem Argentyny, o de Rosas i Uruquiza równie niewiele. Tymczasem postaci te cały czas są obecne w filmie. Cytuje się ich, pokazuje związane z nimi miejsca. Mam nadzieję, że Matías Piñeiro miał tu jakąś metodę, że dawna historia i współczesność uchwycona na kamerze łączy wspólny język, wspólna symbolika. Jak dla mnie bowiem jest to jedynie pretensjonalna, bo czarno-białą i gruboziarnista wersja "Beverly Hills 90210", gdzie dziewczyny nie robią nic tylko podkradają sobie chłopaków.

Ocena: 3

Meu Nome Não é Johnny (2008)

Ze zdumieniem przeglądałem stronę IMDb poświęconą filmowi. Nie mogę zrozumieć, skąd tyle nominacji i nagród dla obrazu, który sam nie wie czym chce być. Niby jest to film komercyjny, ale jego konstrukcja (i długość) sugerują, że twórcy chcą pokazać coś więcej. Jak na komercję, ma film za dużo przestojów, jest za bardzo moralizatorski, a ostatnia część jest wyraźnie doszyta pod przymusem. Jak na poważne studium, za bardzo ślizga się po powierzchni, sprytnym montażem unikając rzeczywistego zagłębienia się w problem.


Mauro Lima opowiada inspirowaną prawdziwymi wydarzenia historię João Guilherme Estrelli, który nie pogodził się z chorobą ojca (a w końcu z jego śmiercią). Ból zagłusza balangami i narkotykami. Do tego dochodzi przerażenie śmiercią, więc żyje zgodnie z ideą carpe diem. I tak wplątuje się w przemyt narkotyków na wielką skalę.

Film ma swój urok, ale jest za długi, przez co niestety pozostaje gorzki posmak nudy.

Ocena: 5