czwartek, 30 lipca 2009

Wolfsbergen (2007)

Studium rodziny w trakcie procesu rozpadu. Dokonana sekcja procesów zachodzących wśród najbliższych pokazuje, że nowotwory zżerające organizm nie są tylko tworami wewnętrznymi, lecz występują również w systemach zewnętrznych. Co więcej ta tendencja do destrukcji zdaje się być przenoszona genetycznie.


Konraad, senior rodu, rozsyła do wszystkich najbliższych list, w którym informuje o bliskiej swojej próbie samobójczej. Ten komunikat zachwieje delikatną równowagę, rozpoczynając destruktywną reakcję łańcuchową. Córka Konraada z pozoru deprecjonuje zapowiedź ojca, twierdząc, że jest to nienaturalne. Jednak sama ma spore kłopoty z zaakceptowaniem naturalnych procesów starzenia. Nie akceptując swojego wyglądu, coraz bardziej oddala się od męża, aż w końcu go opuści. Podobny los czeka jej córki. Onno odejdzie od jednej z jej córek, by zacząć romans z drugą. Porzucona kobieta popada w depresję, a jednak przecież przez lata zdradzała męża ze swoim były. Jej córki już są indoktrynowane w trudnej sztuce deprecjacji i autoagresji i trzeba przyznać, że dziewczynki są pojętnymi uczennicami. Jednak na tych gruzach fikcji i iluzji ma szansę powstać coś nowego – pod warunkiem wszakże, że uda się wyrwać z oków iluzji, co nie jest rzeczą prostą.

"Wolfsbergen" zbudowany jest z serii krótki epizodów. Składają się one na mało odkrywczą, lecz interesującą całość. Nanouk Leopold ma wyraźnie ciągoty artystyczne, lecz wielkiego talentu to on nie ma. Jego siłą jest solidne rzemieślnicze przygotowanie. Dlatego też jego film trzyma poziom i ogląda się go ciekawie, lecz nie wnosi on nic do licznych dyskusji, które mogłoby powstać wokół poruszonych w filmie problemów.

Ocena: 7

I Love You, Man (2009)

Kolejny świetny tytuł w szybko rozwijającym się gatunku bromedy. W zasadzie mógłby powtórzyć tu wszystko to, co niedawno napisałem przy okazji "Role Models" czy "Kac Vegas". "Stary, kocham cię" to ciepła komedyjka z sympatycznymi bohaterami. Inteligenta i zabawna ale nie histerycznie śmieszna – takich gagów, na których śmiałem się do łez było ledwie kilka, mógłbym je zliczyć na palca jednej ręki. To jednak nie ważne, bo z kina wyszedłem w dobrym humorze...


A jednak zaczynam się już trochę niepokoić. Kolejne filmy bromedy wyrastają jak grzyby po deszczu. Mam nadzieję, że dzieje się to zbyt szybko, że Hollywood zbyt mocno eksploatuje ten dość świeży gatunek i jest już tylko kwestią czasu, kiedy nastąpi przesyt. Byłaby to wielka szkoda. Zaczyna też mi już powoli brakować komedii typu 'buddy movies'. Muszę jednak przyznać, że "Stary, kocham cię" znakomicie wykorzystało konstrukcję komedii romantycznej dla opowieści o przyjaźni i w tej skostniałej formie potrafiło się odnaleźć nadając całość lekkości, bez której żadna komedia nie ma szans na sukces.


Podobało mi się w filmie też to, że obejrzałem tu sporo moich ulubieńców: J.K. Simmons (choć marzy mi się zobaczyć go raz jeszcze w roli skończonego drania jak w "OZ"), znajomych z Broken Lizard i oczywiście Paula Rudda (nawet z tą kretyńską fryzurą) i Rashidę Jones (która może w końcu odnajdzie się w kinie, bo w telewizji już dawno zabłysła). Jednak z drugiej strony fakt, że jest tu większość znanych komików sprawia, że jestem wściekły na twórców za brak w obsadzie Kena Jeonga. Sorry, ale teraz dla mnie żadna męska komedia nie jest do końca uda, jeśli nie ma w niej Jeonga. Żałuję też, że niektórzy z moich ulubieńców mieli tak mało okazji do wykazania się. Choćby Thomas Lennon – ma fajny epizod, ale w "17 Again" udowodnił, że jest zabójczo wręcz zabawny.

Ocena: 7

poniedziałek, 27 lipca 2009

Pravidla lži (2006)

Nie bardzo rozumiem, dlaczego wszędzie film ten ma wysokie oceny. Moim zdaniem jest to bowiem obraz całkowicie nietrafiony, niewykorzystujący potencjału, jaki tkwił w fabule.


Z jednej strony jest to opowieść o grupie osób, narkomanów, żyjących we wspólnocie, która ma pozwolić im wyjść z nałogu. Jednak w tym filmie nie zaprezentowano nawet podstaw grupowej dynamiki. Nie zobaczyłem tu nic, co mogłoby mnie przekonać, że bohaterowie naprawdę walczą z uzależnieniem. Niby są jakieś zwierzęta, którymi się muszą opiekować, niby są spotkania, na których się zwierzają. Wszystko to jednak sprawia wrażenie wyliczanki tego, co wydaje się, że w takiej grupie powinno mieć miejsce, niż pokazania autentycznego doświadczenia. Kiedy pokazany jest rytuał zakończenia programu przez jedną z uczestniczek, nie przekonała mnie jej emocjonalna reakcja, ponieważ nie widziałem niczego, w czym mogłaby być zakorzeniona.

Z drugiej strony jest tajemnica przeszłości łącząca Milana z Romanem. Tu z kolei była możliwość zarysowania psychologicznego napięcia, gry nerwów. Jednak w filmie Sedlácka wszystko to sprowadza się do zbliżeń twarzy Davida Švehlíka. Gra na jednym wyrazie twarzy – i do tego wyrazie człowieka cierpiącego na ostre rozwolnienie, który ze wszelkich sił próbuje nie zesrać się w portki – to nie jest dobry pomysł i praktycznie nigdy się nie sprawdza. "Reguły kłamstwa" okazały się pustym, i nudnym filmem o niczym.

Ocena: 4

niedziela, 26 lipca 2009

Ma saison préférée (1993)

Jak Téchiné to robi? Gdyby spojrzeć na film chłodnym okiem, to okaże się, że nie ma w nim wiele. Kilka scenek rodzajowych i tyle. Jednak w jego rękach "Ma saison préférée" staje się doskonały portretem pewnej rodziny. Drobne gesty, słowne aluzje, czasem tylko jedno spojrzenie wystarczy do przekazania skomplikowanych więzi łączących poszczególnych członków rodziny. Téchiné odkrywa przed nami głębię miłości splecionej z niechęcią czy wręcz nienawiścią. Żadna relacja w tym filmie nie jest prosta i łatwa do określenia, a jednak reżyserowi udaje się to bezbłędnie i do tego zupełnie jakby od niechcenia!


Duża w tym zasługa aktorów. Catherine Deneuve i Daniel Auteuil jak zwykle prezentują aktorskie mistrzostwo. Każda ich scena to popis gry na najwyższym poziomie. Jednak gasiła ich bez większego problemu Marthe Villalonga w roli matki. Sceny z Bożego Narodzenia z jej udziałem to perły – mogę się nimi zachwycać bez końca. Cała trójka zresztą dostała nominacje do Cezarów za swoje role w tym filmie. Jaka szkoda, że żadne z nich statuetki nie dostało.

Ocena: 8

À cause d'un garçon (2002)

Jakoś nie mogłem się przekonać do tego filmu. Z jednej strony bardzo francuski, a z drugiej zupełnie niefrancuski, a może raczej niedzisiejszy. Francuzi przyzwyczaili mnie już do pewnego modelu opowieści o młodzieży. I na początku "À cause d'un garçon" zdaje się podążać zgodnie z tym modelem: ona jedna ich dwóch, z czego jeden interesuje się bardziej mężczyznami niż kobietami. O ile jednak w innych francuskich filmach, taki układ, odrzucenie wszelkich etykiet i przekraczanie drobnomieszczańskich ograniczeń jest normą, tutaj otrzymujemy historię niezwykle konserwatywną: chłopaka, który zostaje odrzucony przez otoczenie. Poczułem się tak, jakbym cofną się do początku lat 90. Wtedy takie kino zupełnie by mnie nie zdziwiło – nawet w przypadku Francuzów. Jednak film powstał w 2002 roku, przez co wydał mi się spóźniony, nietrafiony i niemodny. Kiedy reszta filmowców nad Sekwaną szła do przodu, Fabrice Cazeneuve najwyraźniej zrobiła krok do tytuł.


Być może za dużo wymagam od filmu. W końcu "À cause d'un garçon" to produkcja telewizyjna. I rzeczywiście czuć to mocno czy to w konstrukcji bohaterów czy też umowności historii. Brakuje w tym wszystkim jakiegoś spoiwa. Muszę jednak przyznać, że młoda (w dużej mierze) obsada poradziła sobie całkiem nieźle. Najlepsze wrażenie wywarła na mnie Julia Maraval. Ciekaw jestem, czy uda jej się przebić do pierwszej ligi.

Ocena: 6

Intolerance: Love's Struggle Throughout the Ages (1916)

Kiedy dziś mowa jest o kinie, domyślnie wiadomo, że mówi się o kinie amerykańskim. Hollywood całkowicie zdominowało świat X Muzy. Jednak u zarania filmu sytuacja była zupełnie inna. To Francuzi i Niemcy byli najbardziej innowacyjni, a Włosi tworzyli największe widowiska. Narodziny amerykańskiej dominacji Hollywood zawdzięcza D.W. Griffithowi, a "Nietolerancja" jest zapowiedzią tego, czego świadkami jesteśmy do dziś.


"Nietolerancja" to swoista hybryda. Cała konstrukcja, narracja, bohaterowie jest bezpośrednią kontynuacją XIX-wiecznego teatru. Griffith okazuje się tu twórcą bardzo staromodnym, a "Nietolerancja" jest niejako pożegnalną odą na cześć sztuki już niemal zapomnianej. Z drugiej strony Griffith eksperymentuje z obrazem, kamerą, montażem przełamując kolejne ograniczenia, tworząc podstawę, na której realizowane są do dziś wszystkie blockbustery: uniwersalna fabuła, wielkie widowiskowe sceny akcji i spora doza łopatologii połączona z nachalnym moralizatorstwem. Współczesnego kina nie da się zrozumieć bez obejrzenia "Nietolerancji". Widać w niej jak na dłoni, skąd kino pochodzi i dokąd zmierza. Griffith wyprzedził swoje czasy, ale nie miał wyboru. Włoskie megawidowiska takie jak "Gli ultimi giorni di Pompeii" czy "Cabiria" w pełni korzystały z braku przestrzennych ograniczeń teatru. Griffith poszedł jednak jeszcze dalej. Jego bitwa pomiędzy Persami a Babilończykami nawet dziś można uznać za naprawdę widowiskową, a w końcówce po raz pierwszy wykorzystał montaż w sposób, jaki dziś wydaje się oczywisty.

Niemniej jednak nie mogę nie zgodzić się z Orsonem Wellesem, który delikatnie ale jednak określa "Nietolerancję" jako dzieło ułomne. Bo też tak jest. Griffith podszedł do filmu straszliwie ambicjonalnie i nadmiernie skomplikował swoje dzieło. Cztery przeplatane historie to za dużo, szczególnie wtedy, kiedy nie wszystkie traktowane są jednakowo. Historia Jezusa jest wyraźnie dorzucona na dokładkę, jako chwyt pod publikę i próba przekabacenia jej do swoich – liberalnych – poglądów odwołując się postaci zbawcy chrześcijaństwa. Po macoszemu jest też potraktowana historia francuska, której jedynym istotnym elementem jest masakra hugenotów. W zasadzie w "Nietolerancji" liczą się dwie historie – babilońska i współczesna. Obie są najbardziej rozwinięte, obie też najpełniej poruszają problemy ważne dla Griffitha. Historia babilońska udziela wielkiego poparcia ruchowi emancypacji kobiet, podczas gdy historia współczesna dotyka spraw fałszywości praw o obrazę moralności, cenzury i kary śmierci. Ta ostatnia historia mnie osobiście najbardziej się spodobała i o dziwo wciąż jest niezwykle aktualna. Kiedy głównej bohaterce odbierane jest dziecko pod pozorem tego, że jest wyrodną matką, od razu przypominają mi się te 'szokujące' historie telewizyjne o pijanych matkach nieinteresujących się swoimi dziećmi. Świat jednak nie zmienił się tak bardzo w ciągu ostatnich 90 lat.

Ocena: 7

Ps. Jakie szczęście, że w wersji którą oglądałem babiloński happy-end jest dodatkiem DVD a nie częścią właściwego filmu.

sobota, 25 lipca 2009

Le dernier des fous (2006)

Upalne lato, w takich warunkach ludzie smażą się we własnych emocjach, a że w rodzinie Martina skrywanych emocji jest wiele, to i uczta będzie prawdziwie obfita.


10-letni Martin nie wita wakacji z radością. Boi się bowiem tego, co czeka go po ich zakończeniu – nowa szkoła i nowe problemy. Tymczasem jego towarzyszka zabaw już dojrzewa i jej zainteresowania zdecydowanie ulegają zmianie. W jej świecie nie ma już miejsca dla Martina. Jego brat, Didier, też się tak bawił, ale wraz z zapowiedziami ślubu, dobry humor go opuścił, a serce rozpadło się na kawałki. W co bawi się matka, tego Martin nawet nie potrafi sobie wyobrazić, skoro praktycznie nie widuje jej. Jego matka zamknęła się w pokoju i spokojnie oddaje szaleństwu, w którym nie ma miejsca dla nikogo, a które zarazem cieniem nakrywa wszystkich członków rodziny. W tych warunkach tragedia zdaje się być tylko kwestią czasu.

Laurent Achard opowiedział całkiem intrygującą historię. I chociaż zakończenie na ekranie nie wypada najlepiej, to potrafię to wybaczyć, biorąc pod uwagę z jaką pieczołowitością wcześniej prowadził narrację. Solidna robota, choć zabrakło w niej odrobiny drapieżności i odwagi. Być może to wina literackiego pierwowzoru, ale od czego jest reżyser jak nie od czerpania garściami ze źródła i tworzenia własnej historii?

Ocena: 7

piątek, 24 lipca 2009

Baghead (2008)

W końcu kino niezależne na poziomie. Po kilku amatorskich produkcjach, na reszcie udało mi się natrafić na film zrobiony za psie pieniądze, ale jednak zrobiony porządnie. Owszem, mały budżet niczym słoma wyłażąca z butów, daje o sobie znać, a dziwna maniera nadużywania zbliżeń może irytować, jednak sama historia jest całkiem interesująca.


Oto czwórka aktorów nie mogąc doczekać się przebicia do głównej ligi postanawia nakręcić film z sobą w rolach głównych. W celu opracowania pomysłu wyjeżdżają do domku leśnego. Tam, pierwszej nocy jedna z bohaterek ma koszmar, w którym widzi nieznajomego z papierową torbą na głowie. Następnego dnia jej sen wykorzystany zostanie jako baza dla przyszłego filmu. Tylko czy aby na pewno całe zdarzenie było snem? Może ktoś rzeczywiście kręci się po okolicy?

"Baghead" ma w sobie coś z duńskiej Dogmy, choć na pewno braciom Duplass nie udało się przenieść tej intensywności skandynawskiej. Trochę więcej muzyki pewnie pomogłoby w budowaniu atmosfery. W sumie jednak twórcom udało się stworzyć spójne, zabawne i ciekawe dzieło, które można rozpatrywać na wielu różnych poziomach, a to u mnie zawsze się liczy. Z jednej strony jest to dość realistyczne spojrzenie na aktorów, którzy nie mają w sobie tego czegoś, co uczyniłoby z nich gwiazdy, a jednak próbują. (Tak naprawdę to Matt ma potencjał, ale bycie gwiazdą wymaga pewnej bezwzględności, której on się na końcu przestraszy). Jest to również próba stworzenia klimatycznego dreszczowca, filmu który rzeczywiście może wzbudzić dreszcz niepewności. Na tym polu "Baghead" radzi sobie zdecydowanie lepiej niż nieszczęsne "Blair Witch Project". Film braci Duplass opowiada też o związkach i to nie tylko o tych męsko-damskich, lecz może przede wszystkim o związkach męsko-męskich. Nie, nie chodzi to o miłość gejowską, ale o męską przyjaźń. "Baghead" ma w sobie dużo z komedii kumpelskiej .

Ocena: 7

środa, 22 lipca 2009

Crank: High Voltage (2009)

No cóż, twórcy "Adrenaliny" poszli tą samą drogą co wcześniej Bay i zrobili po prostu większą rozpierduchę ograniczając do minimum fabułę. Muszę przyznać, że takie postępowanie średnio mi się podoba. Część pierwsza była absurdalna, nieprawdopodobna i całkowicie odjechana, ale stanowiła w miarę spójną całość. Tu liczy się tylko akcja, bijatyki, cycki i tyłki i choć w wielu miejscach to naprawdę śmieszy, pod koniec miałem już tego dość, zupełnie tak samo jak w przypadku sceny finałowej "Zemsty upadłych".


Na pochwałę z całą pewnością zasługuje Jason Statham. Nie wiem, jakim cudem udaje mu się utrzymać ten film na powierzchni, a jednak właśnie to czyni. To co wyprawia (i jak to robi!) jest tak rozkosznie urocze, że po prostu nie sposób tego nie oglądać z sympatią i uśmiechem. Twórcom fajnie udało się dobrać aktorów w epizodach. Jest i David Carradine w roli sędziwego Chińczyka i Spicetka Geri Halliwell w roli matki małego Cheliosa. Po bezbarwnej roli w "Horsemen", fajnie też było zobaczyć szalejącego na ekranie Cliftona Collinsa Jr.

Ocena: 6

poniedziałek, 20 lipca 2009

Τι είναι αυτό; (2007)

Nie ma chyba bardziej banalnej prawdy od tej, że dobry film potrzebuje dobrego pomysłu. A jednak bardzo często okazuje się, że filmowcy prawdę tę ignorują. Tym bardziej cenię sobie te chwile, kiedy natrafią na rzecz prostą, zwyczajną duperelkę, która jednak przez swój pomysł staje się intrygującym obrazem otwierającym wrota wielorakim doznaniom i emocjonalnym i intelektualnym. Tak właśnie jest w przypadku krótkometrażówki "What Is That?".


Na ławce siedzą sobie ojciec i jego dorosły syn. Siedzą razem, a jednak osobno, każdy zajęty własnymi sprawami. Kiedy pojawia się ptaszek, ojciec raz za razem zadaje to samo pytanie: "Co to jest", które szybko wyprowadza syna z równowagi. I ptak i to pytanie mają długą historię, historię, którą ojciec przypomni, zawstydzając syna.

W pierwszym odruchu historia pokazana na ekranie wzrusza. Prostymi słowami zdaje się być tu zapisana okrutna prawda o przemijaniu, dorastaniu i oddaleniu. Jednak potem przychodzi refleksja. A może to tylko iluzja? Pozłaca farba ukrywająca zupełnie inną rzeczywistość. Intryguje przede wszystkim zachowanie ojca, bo jest ono mniej jednoznaczne. Kryje się w nim pewna agresja, wręcz brutalność. Kiedy wręcza synowi dziennik i każe mu czytać na głos, sprowadza go z powrotem do poziomu małego chłopca całkowicie podporządkowanego ojcu. Czy zatem wcześniejsze pytanie nie było rodzajem testu? Jeśli tak, to syn testu nie przeszedł i zostaje zdyscyplinowany, jakby miał 3 lata nie zaś 30. W takim przypadku o oddaleniu nie może być mowy. Ojciec i syn nigdy nie stali się równorzędnymi postaciami, syn nigdy nie uwolnił się z cienia ojca...

niedziela, 19 lipca 2009

Perdita Durango (1997)

Dziesięć lat temu "Perdita Durango" zrobił na mnie duże wrażenie. Obejrzany po latach nie wgniótł mnie w fotel, ale oglądało się go wciąż całkiem nieźle. Álex de la Iglesia inspirując się Quentinem Tarantino i Oliverem Stonem podlewając ich twórczość trzeciorzędnymi horrorami, stworzył wyjątkowy film o parze psychopatycznych morderców. Brutalny, przepełniony trupistycznym poczuciem humoru, sprawia wrażenie filmu zrobionego na potężnym haju. Na ekranie obejrzeć można ofiary z ludzi i płody trzymane w słoikach transportowane do fabryki kosmetyków. Do tego dwójka głównych bohaterów: szalony Romero i jeszcze bardziej odjechana Perdita plus dwójka porwanych przez nich nastolatków. Wszystko kręci się na wysokich obrotach, ale właśnie takie kino potrafiące zachować dystans do samego siebie bardzo mi odpowiada.


Ten film warto obejrzeć przede wszystkim dla Rosie Perez, dla której okazał się to być chyba ostatni z ważnych filmów. Po "Nocy na Ziemi" w 1991 roku osiągnęła szczyt dwa lata później rolą w "Bez lęku", za którą dostała nominację do Oscara. Rok później były "Dwa miliony napiwku", a w '97 "Perdita". Potem jakoś zaczęła znikać z ekranu przesuwana na dalszy plan. A przecież wystarczy spojrzeć na nią w filmie Iglesii. Może i ma twarz kapucynki, ale jeśli nawet, to jest to najseksowniejsza kapucynka na świecie. Ci, którzy oglądali "To nie jest kraj dla starych ludzi" powinni z kolei obejrzeć "Perditę Durango" ze względu na Javiera Bardema, by dowiedzieć się, że tragiczne fryzury i psychopatyczne zachowanie aktor przećwiczył już dekadę przed swoją oscarową kreacją.

Ocena: 7

David Searching (1997)

David jest młodym chłopakiem, który przyjechał do Nowego Jorku w pogoni za swoim marzeniem. Chce zostać filmowcem-dokumentalistą. Jak na razie jednak jego kariera leży i kwiczy. Podobnie zresztą jak i jego życie uczuciowe. Wokół aż roi się od przystojnych facetów, lecz większość z nich chodzi o szybki numerek i zero zaangażowania. Jego jedyną przyjaciółką jest jego współlokatorka, która właśnie kończy użerać się ze sprawą rozwodową i pociesza się w ramionach sympatycznego faceta.

"David Searching" to przypowieść o trudnym żywocie potencjalnych filmowców. Leslie L. Smith chyba opowiadał o sobie kręcąc ten film. I jeśli nawet Davidowi się jakoś wiedzie, Smith chyba mniej, bo "David Searching" jest jego jedynym obrazem. To typowa rzecz niezależna, przypominająca trochę wczesne dokonania Kevina Smitha. Jednak Leslie ma znacznie gorsze wyczucie tempa narracji i czasem decydował się na dość dziwne wstawki montażowe, które przecinały materię filmu niczym tasak kurzą pierś. Aktorsko również średniawo wszystko się prezentuje, lecz to akurat w niezależnych produkcjach norma.

Po film sięgnąłem w zasadzie tylko dla Camryn Manheim, którą lubię, choć przecież wielkiej kariery w show biznesie nie zrobiła (a może właśnie dlatego). Ma tu fajną rólkę i trochę żałuję, że nie ma jej więcej na ekranie.

Ocena: 5

The Wisdom of Crocodiles (1998)

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest w nim coś prawdziwie hipnotycznego, przyciągającego jak magnes, z drugiej strony ma dość banalną historyjkę z nieprzekonującym finałem.


Po-Chih Leong wraz z operatorem Oliverem CurtisEm stworzyli naprawdę wysmakowane widowisko. Niektóre kadry zapierają dech w piersi swoją kompozycją, grą światła, fakturą kolorów. Momentami miałem wręcz wrażenie obcowania z prawdziwymi obrazami malowanymi na płótnie. Do tego Leong wie, jak opowiadać tak nietypową historię jak ta o przedziwnym przypadku Stevena Grlscza. Klasyczny mesmeryzm, przywodzący na myśl horrory z czasów wczesnego kina niemego i dźwiękowego. Pod tym względem "Niemoralności" nie można nic zarzucić.

Niestety relacja Stevena z Anne jest kompletnie niewiarygodna. Zupełnie nie uwierzyłem w to uczucie. Zero chemii, zero magii, którą emanują zdjęcia. Nic z formy filmu nie udzieliło się treści. Końcówka choć równie stylizowana na klasykę kina, jest bardziej pusta niż najgorsza z telenowel. Kompletnie też nie wykorzystani relacji Stevena z policjantem.

W każdym razie miło było po latach obejrzeć film z młodym Jude'em Lawem. Jako młody aktor strasznie przypominał Ewana McGregora. Fajnie też było zobaczyć i Timothy'ego Spalla i Jacka Davenporta, których lubię.

Ocena: 6

sobota, 18 lipca 2009

The Mighty Celt (2005)

Spore rozczarowanie. Naprawdę liczyłem na ten film i miałem nadzieję, że mi się spodoba. Tymczasem z trudem wysiedziałem do końca, choć film jest króciutki. Wszystko przez głównego bohatera. Zachowywał się jak jakiś głąb totalny, chodząca katastrofa. W komedii mogłoby z tego coś wyjść (vide "Pechowiec"), tu jednak chłopak tak mnie irytował, że naprawdę miałem dosyć. I na nic zdała się obecność Gilliam Anderson i Roberta Carlyle'a.


"Waleczny Celt" to skromny film, lecz na Wyspach czyniono już z takich produkcji naprawdę zachwycające cacka. Tu wieje nudą i zbyt toporną fabułą. Niestety. Tym razem skromność oddała pole talentowemu ubóstwu.

Ocena: 4

Role Models (2008)

Oto przykład komedii, na której nie płakałem ze śmiechu, a która mimo wszystko wydała mi się zabawna i niezwykle urocza. "Role Models" urzekło mnie sympatycznymi bohaterami i całkiem niezłym scenariuszem. Wszystko dobrze składa się w jedną stabilną całość, którą po prostu dobrze się ogląda.


Poza całą masą świetnych tekstów, wielką zaletą filmu są aktorzy. I nie mówię to o Scotcie czy Ruddzie – którzy już wcześniej udowodnili, że są świetnymi komikami. David Wain doskonale dobra przede wszystkim drugoplanowe role. Ken Jeong jako Król powala. Nie wiem, jakim cudem dotąd o nim nie słyszałem zbyt wiele, ale tu jak i w "Kac Vegas" udowodnił, że ma poczucie humoru. W tej chwili jest według mnie najzabawniejszym aktorem amerykańskim – prawdziwym królem komedii. W "Role Models" fantastycznie wtóruje mu Jane Lynch, która wypowiada kilka z najzabawniejszych kwestii.

W sumie film ten to dobra rozrywka, naprawdę miło mi się go oglądało.

Ocena: 7

Crónica de una fuga (2006)

Muszę powiedzieć, że trochę mnie ten film rozczarował. To zaczyna być już normą w przypadku filmów podejmujących ważne tematy. Historia kilku więźniów z początkowego okresu junty argentyńskiej lat 70/80 mógł być fascynującym obrazem terroru rozpętanego przez państwo. Tymczasem u Caetano wszystko jest jakieś takie rozmyte. Reżyser za bardzo dał się ponieść dyktatowi historii i zamiast zrobić mocny, emocjonalny film, zrobił po prostu solidną ilustrację technik stosowanych przez reżim.


Aktorzy nieźle radzą sobie z rolami, ale niestety nie stało przed nim jakieś szczególnie wielkie wyzwanie. Role były dość oklepane, a całość zmontowano tak, że po prawdzie średnio mi na nich zależało. Fajnie było zobaczyć Pablo Echarriego w mocno odmiennej roli od tego, do czego zdążył już mnie przyzwyczaić. Rodrigo De la Serna, Nazareno Casero i Lautaro Delgado sprawiali zaś wrażenie, jakby musieli powstrzymywać się przed pokazaniem, na co naprawdę ich stać.

W sumie "Crónica de una fuga" nie jest złym filmem, ale kiedy liczy się na naprawdę dobry film, to za mało, by powstrzymać rozczarowanie.

Ocena: 6

piątek, 17 lipca 2009

Public Enemies (2009)

Ten film chciałbym obejrzeć na Camerimage. Byłaby wtedy okazja spytać operatora o wyjaśnienie powodów, dla których zdecydowano się na kręcenie kamerą cyfrową. Muszę powiedzieć, że kompletnie nie rozumiem. Wszystkie inne działy odwaliły kawał dobrej roboty starając się odwzorować realia epoki (może nie tyle tej prawdziwej ile tej zapamiętanej z kina): kostiumy, fryzury, scenografia, muzyka. Wszystko to bierze w łeb za sprawą kamery. I co z tego, że obraz wydaje się wyrazisty, kiedy brakuje atmosfery klasyki. Obraz jest tak ostry, że czułem się, jakby ktoś wbijał mi żyletki w gałki oczne. Tu potrzebna była większa wrażliwość fakturę i cienie. Potrzebny był ktoś taki jak Roger Deakins. Wtedy, być może, "Wrogowie publiczni" mieliby szansę znaleźć się na liście klasyków kina gangsterskiego... choć ja osobiście w to wątpię.


Kamera to poważny mankament "Wrogów publicznych", jednak tak naprawdę Mann zawodzi na całej linii. Film sprawia wrażenie pracy magisterskiej, dzieła odtwórczego, gdzie strona po stronie parafrazowane są cytaty z kina. Mann cytuje tu i gangsterską klasykę ale i samego siebie. Nie bardzo rozumiem czemu ma to służyć. Wolę obejrzeć "Człowieka z blizną" czy "Bonnie i Clyde'a" niż ich podróbki w cyfrowej kamerce, a do tego właśnie "Wrogowie" się sprowadzają.


Filmowi całkowicie brakuje siły napędzającej opowieść. Tym czymś powinny być postaci Dillingera i Purvisa zagrane przez Deppa i Bale'a. Ale nie są. Mann nawet nie zbliża się do tego, co uczynił w "Gorączce", co najlepiej widać w scenie spotkania obu bohaterów. Ta scena powinna przejść do kanonu, a tymczasem mija kompletnie bez echa. Siłą napędową mógł być również romans Dillingera z Billie, ale tu też Mann serwuje nam niewypał. O parze Depp i Cotillard już za pół roku pamiętać będą jedynie najzagorzalsi fani aktorów. Sama postać Dillingera też mogła wystarczyć. W końcu jest to postać tragiczna, symbol pewnej epoki, który przez swój sukces doprowadził do jej upadku. To również nie zostaje przez Manna wykorzystane. Dillinger jest w tym filmie postacią bezbarwną, miałką. Mannowi nie udaje się stworzyć wrażenia osaczenia, zamykania się w pułapce bez wyjścia.


Z całego filmu wrażenie robi jedynie końcowa sekwencja w kinie. Tu Mann w końcu zbliżył się do tego, czego od niego oczekiwałem. Świetnie wypunktowana i zmontowana sekwencja, w końcu skupia uwagę widza na bohaterach, czyni ich intrygującymi i ciekawymi, powstaje napięcie i poczucie niepewności (choć przecież historia Dillingera jest doskonale znana).

Jeśli chodzi z kolei o aktorstwo, to jedyną osobą, którą mogę w pełni pochwalić jest Billy Crudup. Jego Hoover to w zasadzie jedyna postać, o której mogę powiedzieć, że naprawdę żyje w tym filmie. Reszta gra solidnie, lecz wydaje się przygaszona, bazując raczej na swoich manieryzmach.

Duży plus za muzykę, w tym za "Ten Million Slaves" Otisa Taylora.

Ocena: 5

środa, 15 lipca 2009

Treevenge (2008)

Pomysł "Treevenge" bardzo mi się spodobał. Boże Narodzenie przedstawione zostaje tutaj jako holokaust drzew iglastych. Do tej pory milczące ofiary, tym razem postanawiają się zbuntować. Co z tego wynika, możecie zobaczyć dzięki Twitch w całości poniżej.


To, co mi się nie podoba to przerysowanie, gra aktorska 'in your face'. Moim zdaniem film lepiej by wyglądał, gdyby aktorzy nie starali się aż tak bardzo zaakcentować sztuczność całej sytuacji. Jeśli miało to wprowadzić akcent komediowy, to był to chwyt nietrafiony, a nawet całkowicie zbędny. Jest w tym filmie sporo innych elementów, które bawią (choć pewnie nie wszystkich).

Ocena: 6

Dorothy Mills (2008)

Francuska reżyserka kręci film w Irlandii, a w roli głównej występuje Holenderka. Cóż takie mieszanki czasem dają wyjątkowe owoce, częściej jednak niewiele z nich wynika. Przykro to mówić, ale "Dorothy Mills" to historii raczej nie przejdzie. Film sprawia wrażenie koktajlu zrobionego ze Shymalana połączonego z kinem skandynawskim. Mamy zatem zamkniętą społeczność i historię o duchach, co przywodzi na myśl i "Osadę" i "Szósty zmysł". Społeczność jest wielce hermetyczna i dla zachowania status quo nie cofnie się przed dość brutalnymi zachowaniami. To zaś przywodzi na myśl i "Dogville" i przede wszystkim "Strasznie szczęśliwy" (dla którego to filmu "Egzorcyzmy..." byłyby idealnym preqielem).


To jednak, co w ostatecznym rozrachunku otrzymałem przypomina raczej "Półmrok" z Demi Moore. I muszę powiedzieć, że Moore wypadła w filmie lepiej niż Carice van Houten. Van Houten po prostu nie pasowała do roli, wyglądając i zachowując się co najmniej dziwnie. Na szczęście dla filmu, lepiej niż można się tego było spodziewać ze swoją rolą poradziła sobie debiutująca przed kamerą Jenn Murray. Wraz ze magikami kina udało jej się niezwykle wiarygodnie odwzorować zachowania kojarzone powszechnie i z opętaniem i z osobowością wieloraką. To właśnie Murray film zawdzięcza to, że daje się go obejrzeć.

Ocena: 6

niedziela, 12 lipca 2009

Eban and Charley (2000)

Podczas gdy bogobojna Ameryka przygotowuje się do adoracji nowonarodzonego Jezusa, dwójka tytułowych bohaterów filmu "Eban and Charley" odkrywa uroki zakazanej miłości pedofilnej.

Eban ma 29 lat i wrócił do rodzinnego miasteczka na święta w dość niejasnych okolicznościach. Pewnego dnia zauważa młodego chłopaka. Małymi kroczkami zaprzyjaźnia się z nim, a kiedy okazuje się, że miał rację, że wyczuł ową 'skazę' w chłopaku, pozwolił mu zakochać się w sobie. I chłopak, skrzywdzony przez los, odpowiedział i zapałał uczuciem, szczerym i prawdziwym. Eban zdaje się również go kochać, ale czy równie szczerze to już kwestia otwarta do interpretacji.


Nie ulega wszakże wątpliwości, że James Bolton w swoim debiucie odważył się na bardzo prowokacyjną fabułę. Pedofilna miłość nie jest tutaj czymś straszny. Ledwie 15-letni chłopak zdaje się w pełni akceptować różnicę wieku, co więcej w późniejszym okresie związku to on staje się inicjatorem (bardzo sprytne rozwiązanie – Eban zarzucił wędkę, ale że ryba wzięła to już wina ryby nie wędkarza). Bolton idzie jednak dalej niż reżyserzy "Twelve and Holding" czy "Calpham Junction". Tam też to młodsi adorują i uwodzą starszych, w obu jednak filmach zostają odtrąceniu (no w "Clapham Junction" to odtrącenie pojawia się nieco po czasie, ale zawsze). Tu film kończy się wspólną ucieczką.

"Eban and Charley" to przykład kina skrajnie niezależnego, robionego metodami chałupniczymi. Zwyczajna kamera wideo, niedoświetlone albo zatopione w świetle plany, brak aktorstwa – to tylko niektóre z kardynalnych grzechów obrazu. A jednak film podobał mi się bardziej, niż większość polskich filmów, gdyż film był szczery. Wynikał z prostej chęci nakręcenia filmu i opowiedzenia historii, podczas gdy w Polsce kino ma być sztuką, a polscy twórcy rozumieją ją dość dziwacznie jako nabzdyczone historie o niczym, często niezrozumiałe chyba nawet dla samych twórców.

Ocena: 4

sobota, 11 lipca 2009

Lakeview Terrace (2008)

Hmm, dziwny to film. Niby ma bardzo inteligentny scenariusz, niby świetne kreacje aktorskie, a jednak coś w tym filmie zgrzyta, coś nie pasuje. Samuel L. Jackson jest znakomity jako policjant despot... jak dla mnie to najlepsza jego rola od 10 lat. Z kolei Patrick Wilson nie zwalnia tempa i wciąż gra na wysokich obrotach. Skoro to nie oni zawodzą i nie scenariusz, to z przykrością muszę to stwierdzić, ale winę ponosi zapewne reżyser – Neil LaBute, które bardzo lubię.


W tym filmie LaBute'owi nie udało się stworzyć aż tak gęstej atmosfery, jaką sugerował scenariusz. Metafora pożaru wymykającego się spod kontroli też został dość dziwnie zaakcentowana, niby na drugim planie, a jednak cały czas się niepotrzebnie wtrynia na pierwszy. Zawodzi też tempo, mimo że LaBute sporo materiału powycinał.

Przez te potknięcia "Dzielnica Lakeview" nie jest filmem za dobry, ale to wciąż na tyle inteligenta rozrywka, że warto po nią sięgnąć.

Ocena: 6

La disparue de Deauville (2007)

Sophie Marceau i Christopher Lambert – kolejna para aktorów, których z chęcią częściej oglądałbym na ekranie. Niestety oboje dość krótko filtrowali z Wielkim Kinem i teraz grają w filmach raczej miernych. Mając nadzieję, że tym razem będzie inaczej (plus film wyreżyserowała Marceau), sięgnąłem jednak po "Kobietę z Deauville".


Marceau w swoim drugim pełnym metrażu skoczyła na naprawdę głęboką wodę, wybierając historię zagmatwaną, pełną tajemnic i fabularnych zawijasów. Oglądając film miałem wrażenie, że za długo przebywała w towarzystwie Żuławskiego. Skonstruowała tak skomplikowany labirynt, że w rezultacie okazał się on banalnie prosty. Wrzuciła za wiele wątków, za dużo kart odkrywa zbyt szybko i w rezultacie historia policjanta podejrzanego o całkowite ześwirowanie, stała się mało angażująca i nudną. A szkoda bo i potencjał był i Lambert pokazał się z lepszej strony niż w kilku ostatnich filmach.

Ocena: 5

East Side Story (2006)

Ciepła komedyjka o tym, że czasem kochamy nie te osoby, które kochać powinniśmy. Diego od dłuższego czasu związany jest z jedną i tą samą osobą. Życie seksualne mają całkiem urozmaicone, problem w tym, że w tym związku nie ma miejsca na nic więcej. Diego związany jest bowiem z facetem – Pablo – który nie zamierza swej orientacji ujawniać. Zagrożony, zrywa z Diegiem i zaczyna umawiać się z Blanką, która zakochuje się w nim nie zdając sobie sprawy z jego rzeczywistych skłonności. Tymczasem Diegiem zaczyna interesować się pewien gringo. Problem w tym, że jest on zajęty, a jego partner jest bardzo zaborczy i pomysłowy...


"East Side Story" to klasyczna komedia romantyczna. Bardzo miła, pełna sympatycznych i barwnych postaci. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to debiut reżyserski, Carlos Portugal poradził sobie znakomicie. Jak dla mnie film jest jednak zbyt łagodny, zabrakło mi tu latynoskiego ognia, temperamentu, który podkręciłby atmosferę.




Film całkiem dobrze sprawuje się w warstwie aktorskiej. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że geje piszą kobietom bardzo ciekawe role. Choć w "East Side Story" kobiet jest niewiele i grają one drugie skrzypce, to każda z nich jest interesująca i zapada w pamięć. Czy jest to babcia Irene DeBari, czy też – a może przede wszystkim - Gladys Jimenez. Może wybitną aktorką nie jest, ale grać potrafi, kamera ją kocha i jest naprawdę prześliczna. Wśród aktorów najbardziej pochwalić trzeba młodego (no, w miarę młodego) René Alvarado. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz i nie dwa uda mi się go na ekranie zobaczyć.



"East Side Story" ma też bardzo fajną ścieżkę muzyczną, jeśli kogoś kręci latynoska muza.



Ocena: 6

Mutant Chronicles (2008)

Czasami lubię sięgać po filmy, o których wiem, że są słabe. Jeśli jestem na to przygotowany, wtedy taki seans jest niezwykle pouczający. Mogę spokojnie przeanalizować film i wyłapać błędy, dzięki czemu zawsze uczę się czegoś nowego. Tak właśnie było w przypadku "Kronik mutantów". Film miał potencjał, ale zbyt wiele się w nim działo, reżyserowi zabrakło doświadczenia i po prostu zatonął pod naporem fabuły. Simon Hunter nie znalazł w sobie na tyle wiele odwagi, by odrzucić pomysły, które mogły same w sobie były dobre, lecz nie pasowały do pozostałych wątków. Choćby cały wątek Huntera z Rookerem, dla którego jedynym usprawiedliwieniem jest chęć pokazania wojny między korporacjami. Nie jest to jednak potrzebne. Tworzy to początek, po który następuje drugi początek, zdecydowanie bardziej pasujący do całości. Ponadto podkreśla znaczenie Huntera zbyt szybko, zanim jego rola tak naprawdę staje się istotna.


Ważnym problemem filmu jest też aspekt wizualny. "Kroniki" przypominają trochę "Kapitana Amerykę", lecz o ile tam styl retro był całkowicie przemyślany, tu wydaje się być bardziej wypadkiem przy pracy. Pojawia się i znika w sposób całkowicie przypadkowy, co tworzy wrażenie artystycznego śmietnika i chaosu.

Rzeczą, która mocno mnie rozbawiła, była polityczna poprawność twórców, która tylko uwypukla rasowe uprzedzenia i stereotypy. W bohaterskim teamie są przedstawiciele wszelkich ras i każdy przykłada się do uratowania ludzkości, więc łatwo powiedzieć, że twórcy odrobili lekcję z tolerancji. Wystarczy jednak przyjrzeć bliżej, by zauważyć, że coś w zaprezentowanym obrazku mocno nie gra. Struktura rasowa zostaje bardzo mocno podkreślona i jest on typową strukturą funkcjonującą od setek lat. 'Rasy niższe' mogą wykazać się bohaterstwem jedynie jako wdzięczne mięso armatnie, podczas gdy lepsi od nich pozostają w tyle. Pierwszym który ginie jest bohater czarnoskóry, drugim jest Azjata, trzecim Latynos i dopiero jako czwarty ginie biały. Intrygujące nieprawdaż?

Jako całość "Kroniki mutantów" nie są jednak nawet w połowie tak intrygujące i pozostawiają wiele do życzenia.

Ocena: 4

The House Bunny (2008)

To trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Facet, który ma na swoim koncie wiele odcinków satyrycznego programu Saturday Night Live, zamordował pomysł na komedię, który na 100% powinien być hitem. Czegóż bowiem potrzeba więcej jak paru młodych lasek w skromnych strojach odkrywających potęgę popularności osiąganej dzięki atrybutom własnej płci? Tymczasem w rękach Freda Wolfa ten murowany przebój zamienił się w najnudniejszą komedię pod słońce. Dwustukilowe babsko ma w sobie więcej wdzięku i seksapilu niż wszystkie bohaterki "Króliczka" razem wzięte. Jeśli nie zatrujecie się wcześniej gazem rozweselającym, nie ma praktycznie żadnych szans, byście się choć raz zaśmiali i to pomimo, że kilka scen i tekstów powinno być zabawnych.


Po obejrzeniu filmu strasznie boję się o "Brzydką prawdę". Coś mi się kojarzy, że będzie to kolejna śnięta ryba.

Ocena: 2

czwartek, 9 lipca 2009

Brüno (2009)

Jednego "Brüno" z całą pewnością nie można odmówić – film jest naprawdę bardzo zabawny. Śmiałem się głośno i pełną piersią, ale nie wiem, czy chciałbym drugi raz się na niego wybrać. "Brüno" doszedł do granicy humoru, już bardziej ordynarnych żartów nie da się chyba wymyślić. Wiele scen wywoływało u mnie śmiech na tej samej zasadzie co 'słynne' Two Girls One Cup.


Problem "Brüno" polega na tym, że kiedy kończy się skecz, z filmu wyziera pustka. Film nie ma żadnej myśli przewodniej. Nie ma spoiwa, które łączyłoby gagi w jakąś całość. To wszystko sprawia, że w sekwencjach między skeczami jest po prostu niemiłosiernie nudno. Pod tym względem Cohen i spółka jest sto lat za Brytyjczykami. I "Latający cyrk" i "Mała Brytania" i wiele innych produkcji z Wysp ma ten sam poziom absurdalnego humoru, ale przewyższa "Brüno" inteligencją.

Mimo wszystko polecam do jednokrotnego obejrzenia.

Ocena: 7

Ps. Film jest dość krótki i sporo z tego, co widać w zwiastunie w ogóle nie zostało włączone do wersji kinowej. Chyba więc lepiej jest - jak to zwykle w przypadku 'ostrych' komedii - poczekać na wersję DVD NR.

Pps.

środa, 8 lipca 2009

The Horsemen (2009)

Chciałbym móc powiedzieć, że film był dla mnie wielkim rozczarowaniem. Nie byłoby to jednak do końca zgodne z prawdą, bo wiedziałem, że czeka mnie słaby film. Cóż określenie 'słaby' to w przypadku "Horsemen" wielki komplement. Film znalazł się na dnie i jeszcze porządnie się w nie wkopał. Nic tu się nie trzyma kupy. Scenariusz ma więcej dziur niż najprzedniejszy szwajcarski ser. Dialogi pisano chyba z myślą o pornosie, nie zaś normalnym filmie fabularnym. Sama historia zaś przypomina wyrzyganą papkę, którą ktoś usilnie próbuje nam sprzedać jako świeże danie pierwszej jakości. Nie rozumiem, jak Åkerlund, który ma na swoim koncie kilka naprawdę ciekawych teledysków, tutaj nie ma na tyle przyzwoitości, by choć udawać, że kręci coś oryginalnego.

To jednak, czego nie jestem w stanie twórcom wybaczyć, to sposób, w jaki potraktowali aktorów. To, co kazali grać Ziyi Zhang woła o pomstę do nieba. Żenująca postać, przez którą amerykańska kariera aktorki może umrzeć śmiercią tragiczną. Żal mi jest też Lou Taylora Pucciego, który ma naprawdę kiepskiego agenta. Raz dostaje mu się prawdziwy kąsek (jak "Thumbsucker"), a raz zgniłe jajko. Również Clifton Collins Jr. wyglądał na zagubionego w szambie, do jakiego spuścił go szwedzki reżyser.


Ocena: 2

Filth and Wisdom (2008)

Mam mętlik w głowie, po obejrzeniu "Mądrości i seksu". Film ma naprawdę wiele ciekawych elementów i jedną dużą wadę – jest bardzo chaotyczny. Madonna postanowiła wrzucić tu wszystko, co ją inspiruje, interesuje, wydaje jej się ważne. Mieszanka ta nie ma jednak przemyślanych proporcji, z czego rodzi się bałagan nie do ogarnięcia. Irytują też pseudofilozoficzne mądrości wygłaszane przez głównego bohatera – ich również jest za dużo. I ten brytyjski akcent, który wcale nie brzmi tu naturalnie, a jest raczej pornograficznym fetyszem.


Z drugiej jednak strony "Mądrość i seks" jest niezwykle intrygującym materiałem, jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć o samej Madonnie. Niczym przez maszynkę do mięsa zmielone zostaje tu jej życie i mimo że trudno to rozpoznać, jest to rzecz naprawdę mocno autobiograficzna. AK przypomina młodą Madonnę, kiedy dopiero zaczynała karierę. Grający go Eugene Hutz zaś z wyglądu podobny jest do Tony'ego Warda, chłopaka Madonny i bohatera albumu SEX i kilku teledysków. Pozostałe dwie główne bohaterki też dużo mają z Madonny: czy to baletnica dorabiająca jako striptizerka czy też aptekarka z obsesją pomagania dzieciom z trzeciego świata. Jest i sentyment do Britney (którą – jak chcą niektóre bulwarków – zniszczyła). Jest w końcu filmowa maniera Guya Ritchiego, którego z jakichś powodów połączyła z Kusturicą.


To jednak, dzięki czemu filmu nie skreślam, są kreacje aktorskie. Hutz jest świetny, a kamera go naprawdę kocha jak mało kogo. Richard E. Grant jest po prostu cudowny, prawdziwa perła w koronie. Kolejnym wielkim plusem jest muzyka. Czy to Gogol Bordello czy Alfred Deller, wszystko słucha się wspaniale. Ścieżka dźwiękowa z tego filmu obowiązkowo musi trafić w moje ręce.


Ocena: 6

Everybody Wants to Be Italian (2007)

Szczęka mi opadła, kiedy oglądałem ten film. Jakim cudem ta pokraczna komedia znalazła dojście do naszych kin, skoro wiele lepszych obrazów ląduje od razu na DVD (jeśli w ogóle gdzieś lądują)??? Pomysł był całkiem niezły. Oprzeć się na stereotypach i zmianie ról i stworzyć komedię pomyłek. Co gorsze, znaczna część dowcipów mogła być zabawna. A jednak z filmu nic dobrego nie powstało. To tak, jakby kurę próbowano nauczyć latać zrzucając ją ze szczytu Big Bena – rezultat można sobie łatwo wyobrazić.


Wszystko w tym filmie jest toporne, pozbawione życia, a przede wszystkim nudne. Komedie kręcone 60 lat temu mają w sobie więcej ikry, niż ta produkcja. Trochę szkoda aktorów. Jay Jablonski był trochę za stary do roli, zaś Cerinę Vincent straszliwie postarzyli. Zero magii, zero miłości, zero emocji. W ostatnim czasie poziom amerykańskiej komedii znacznie wzrósł, "Każdy chce być Włochem" niestety na tych wysokościach nie jest w stanie szybować.

Ocena: 3

Slepé lásky (2008)

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem filmów, które nie są ani złe ani dobre, a po prostu nudne. Dokładnie takim filmem jest "Ślepa miłość". Bohaterami tego dokumentu są osoby, które już straciły wzrok, bądź też wkrótce go stracą. Oglądamy ich codzienne zmagania, ale... no właśnie film ma parę 'ale'. Po pierwsze dziwne jest to, jak bardzo niewidzialna chce być kamera. Kiedy reżyser chciał, żeby bohaterowie coś wyjaśnili widzom, dostawia im fryzjerkę albo partnera do chatowania, tak by bohaterowie broń Boże nie zwracali się do widzów. Same historie pozbawione są spójności, to raczej impresje z licznymi lukami. W to wszystko wpleciona zostaje jedna surrealistyczna sekwencja, z dokumentem nie mająca nic wspólnego. Podwodna przygoda jednego z bohaterów przypomina filmy Georgesa Mélièsa. Jest to najlepsza część całego filmu, ale nie ma większego sensu w odniesieniu do historii dokumentu.


Film w ogóle mnie nie zainteresował, bohaterowie byli mi obojętni, a całość wynudziła mnie kompletnie.

Ocena: 5

niedziela, 5 lipca 2009

Pour elle (2008)

Rodzina przy śniadaniu. Mąż karmi dziecko, żona szykuje się do pracy i nagle pukanie do drzwi, natarczywe, głośne, niemożliwe do zignorowania. To policja, która przyszła aresztować kobietę podejrzaną o morderstwo. Dla niej i dla jej męża to szok. Będzie on jeszcze większy, kiedy kobieta zostanie skazana na 20 lat. Po trzech latach ma już dosyć, lecz jej mąż nie zamierza się poddawać i szykuje jej ucieczkę.


"Dla niej wszystko" ma ciekawy pomysł, ale mam wrażenie, że nie zostaje on w pełni wykorzystane. Doceniam to, że mimo iż połowa filmu to opowieść o okresie przygotowań ucieczki, logistyka nie jest ważniejsza od osób. Jednak w takim przypadku brakuje filmowi zakończenia. W tym przypadku 'otwarte zakończenie' nie wypada naturalnie, a wydaje się raczej wybiegiem, oznaką tchórzostwa twórcy, który nie chciał już męczyć swoich bohaterów. Po co zatem dwukrotnie słyszymy zdanie "Ucieczka jest prosta, to pozostanie wolnym jest trudne", skoro film właśnie o ucieczce opowiada a nie o tym, co jest trudne, co jest - zważywszy na pozostawioną bez odpowiedzi kwestię zdrowotną – fabularnie potencjalnie bardziej interesujące?

Ocena: 6

Il divo (2008)

"Boski" to film, który poza granicami Włoch ma raczej małe szanse zyskać większe rzesze zwolenników. Jest zbyt mocno osadzony w historii tego kraju, zbyt wiele bierze za pewnik. Mimo sporej dozy przypisów, film jest jednak przeznaczony dla widzów, którzy znają historię Giulio Andreottiego. To bowiem, co widzimy na ekranie to ledwie migawki z jego ostatnich lat na piedestale. Paolo Sorrentino zresztą wcale nie kryje się z tym, że "Boski" nie jest filmem biograficznym. Wśród słów-kluczy najczęściej powtarzane jest 'enigma' – tym właśnie ma być Andreotti, a skoro jest enigmą, a fakty z jego życia są znane, ich powtarzanie i wyliczanie z typowym brakiem wdzięki filmowych biografii mijało się z celem.


I Sorrentino ma rzecz jasna rację. To, co nam serwuje to pompatyczna opera w połączeniu z błazenadą commedia dell'arte. Eklektyzm formalny połączono ze znakomicie przemyślaną strukturę, która z serii ledwie powiązanych scen buduje emocjonalny portret człowieka na szczycie władzy, który w bezwzględnej wierze w pragmatyzm posunął się tak daleko, że ma już przed sobą tylko drogę w dół. To mroczny, niejednoznaczny portret osobowości, która potrafiła swoje kompleksy i słabości zamienić w oręż trudny do pokonania. Postać Andreottiego mogłaby być spokojnie zastąpiona przez kogoś innego, jak choćby wspomniany w filmie Talleyrand. Mnie jednak najbardziej skojarzył się z Gajuszem Mariuszem – siedmiokrotnym konsulem Rzymu, który sporo dla Republiki uczynił, lecz nie brzydził się używać metod, o których stosowanie 2 tysiące dla później Andreotti będzie oskarżony. Swoją drogą to ciekawe: jeśli Andreotti to Mariusz, to kto jest Sullą? Berlusconi? A jeśli tak, to gdzieś tam już dorastają Pompejusz i Cezar...


"Boski" jest prawdziwą perełką od strony audiowizualnej. Interesujące kadry i bogata ścieżka dźwiękowa budują prawdziwie wysmakowane doznanie estetyczne. Mnie najbardziej spodobało się to, że wykorzystano "Pawanę" Gabriela Fauré'a.


Ocena: 7

L'ennui (1998)

Interesujące studium obsesji, która nie tyle rodzi się ile znajduje dla siebie obiekt będący podłożem do rozrastania się niczym trujący bluszcz.


Martin sześć miesięcy temu rozstał się z Sophie. To wydarzenie całkowicie wytrąciło go z równowagi. Od tego momentu utrzymuje celibat, lecz nocami nie potrafi powstrzymać się od odwiedzania dzielnicy uciech i przejeżdżania obok miejsc obstawianych przez ulicznice. Pewnego dnia na jego drodze pojawia się ona Cécilia, pulchna 17-latka, która ma mniej inteligencji niż chlamydia, którą zapewne sobie wyhodowała. Pusta bryła, którą z łatwością można napełnić, modelować, posiąść. Tak się przynajmniej wydaje Martinowi, kiedy zaczyna spotykać się z nią na niezobowiązujące rżnięcia. A jednak ta bezbarwna, tępa kupa mięcha, którą z taką łatwością przyszło Martinowi zdepersonalizować, jest na tyle zwinna, że wciąż mu się wymyka. Im bardziej chce ją zdobyć na własność, tym bardziej jest ona mu niedostępna, choć przecież nogi dalej przed nim rozkłada. To budzi agresję, frustrację. Obsesja, która przez sześć miesięcy szukała odpowiedniego miejsca, teraz rozrasta się, opętla Martina, który nie potrafi przestać myśleć o Cécilii, ale i o Sophie.

Cédric Kahn stworzył bardzo nietypowy film o obsesji. Jej obiektem nie jest seksbomba, wyróżniająca się cechami charakteru. A jednak uwodzi mężczyzn bez większych problemów. Jej siłą jest wewnętrzna pustka. To żeńska wersja psychopatki i Kahn nakreślił jej fascynujący portret widziany z perspektywy ofiary. Czarna Wdowa w pełnej rozkwitu krasie.

Ocena: 7

Postal (2007)

Zmieniam zdanie o Uwe Bollu. Wcale nie jest taki zły. Może i brakuje mu wizualnej wrażliwości, może i jego montaż przypomina rąbanie drewna na opał, ale za to pomysły ma czasem dobre czy wręcz świetne. Najpierw zaskoczył mnie "Stoiciem", a teraz zachwycił "Postalem".

Tym filmem Boll przypomniał mi, dlaczego lubię Johna Watersa: tony kiczu, bezpretensjonalność, brak świętości i poczucie humoru połączone z diabelną bystrością i trafnością obserwacji. "Postal" zrobiony został w duchu "W czym mamy problem" czy "Apetyt na seks" i przy wszystkich ewidentnych wadach technicznych, ja ten film kupiłem.


Religijni fanatycy prowadzący wojnę o krocze, wyszydzanie rednecków, urzędniczej biurokracji, korporacyjnej bezwzględności, sekciarskiej mentalności, infantylnej fiksacji na seksie i zabawkach, do tego Obama cytujący Bushowi słynną kwestię z "Brokeback Mountain" czy załzawiona na pokaz dziennikarka – wszystko to składa się na pierwszorzędną (i jakże trafną) satyrę Ameryki. Jakby tego było mało, Uwe Boll udowadnia, że ma naprawdę spore poczucie humoru śmiejąc się z samego siebie opowiadając o tym, jak to pieniądze na swoje filmy ma dzięki funduszom zrabowanym Żydom przez nazistów w czasie II Wojny Światowej, na dowód czego Verne'owi Troyerowi płaci złotymi zębami.

Film straszliwie głupi, ale ja bawiłem się pierwszorzędnie.

Ocena: 8

sobota, 4 lipca 2009

Výlet (2002)

Rodzina złożona z babci, matki, dwóch córek, partnera jednej z nich i dziecka drugiej jedzie z Czech na Słowację pochować ojca. Po drodze mają czas, żeby się pokłócić, pogodzić i wyjawić sobie kilka sekretów.

"Małe sekrety" to film naprawdę dobry, ale nie potrafię go wysoko ocenić. To chyba przez zmęczenie materiału. Po prostu jest to kolejny film czeski/słowacki zrobiony na jedno kopyto. Odnoszę wrażenie, że 'obejrzeć jeden czeski film to tak, jakby obejrzeć je wszystkie'. A kiedy obejrzało się ich więcej, to nie ważne jak jest dobry i tak będzie nudził.

Z całego filmu najbardziej spodobała mi się muzyka. Może nie nadzwyczajna, ale przy tym obrazie była jedynym powiewem świeżości.

Ocena: 6

środa, 1 lipca 2009

Conversations with Other Women (2005)

Helena Bonham Carter i Aaron Eckhart. Już na sam widok tych nazwisk na okładce dostaję orgazmu. I szczerze mówiąc nie bardzo mnie obchodzi w czym grają, o czym jest film, wystarczy mi to, że to oni są cały czas na ekranie. Takie podejście uratowało mnie przed całkowitym rozczarowaniem, bo tez po prawdzie "Rozmowy z innymi kobietami" to rzecz błaha i pretensjonalna. Nie jest to na szczęście wina aktorów, którzy ze swych ról wywiązali się znakomicie (choć mam wrażenie, że film powstał o 40 lat za późno i że Burton i Taylor poradziliby sobie jeszcze lepiej). Problem wynika z przyjętej przez Hansa Canosę konwencji.


Materiał wyjściowy, czyli scenariusz Gabrielle Zevin był naprawdę mocny. Dwójka osób spotyka się na weselu, rozmawiają, przenoszą się do pokoju hotelowym, poznają bliżej, przypominają sobie przeszłość. Przypomina to trochę "En la cama" Bizego. Jednak podczas gdy Chilijczyk postawił na całkowitą prostotę, wierząc swoim aktorom, Canosa postanowił poeksperymentować. Podzielił ekran dając każdej oddzielną, choć niemal identyczną historię, dodając reminiscencje i sceny z innymi osobami. Zapewne miało to wzmocnić fabułę, ale rezultat jest odwrotny – prowadzi to do korozji więzi pomiędzy dwójką głównych postaci. To że sceniczna w gruncie rzeczy historia trzyma się kupy, jest w dużej mierze zasługą aktorów.

Ocena: 7

Ice Age: Dawn of the Dinosaurs (2009)

W całkiem normalnych okolicznościach zapewne nigdy nie obejrzałbym tego filmu. Nie widziałem poprzednich dwóch części i jakoś nie rwę sobie z tego powodu włosów z głowy. Trójka do serii też mnie nie przekonała i raczej zaległości nie nadbiorę.


Twórcy raczą widzów wątpliwymi mądrościami na temat rodzicielstwa i przyjaźni. Jest to na swój sposób fascynujące, gdyż powstała bardzo specyficzna mieszanka postępowo-konserwatywna. Z jednej strony całe stado jest dość alternatywne, co powtarzane jest na każdym kroku. Większość bohaterów do 'normalnych' nie należy. Z drugiej jednak strony to właśnie wartości chrześcijańskie z rodziną i prokreacją są najbardziej hołubione. Naprawdę linoskoczek ma prostsze zadanie niż twórcy "Epoki". Ponieważ cały wysiłek twórcy włożyli w racjonalne połączenie wody z ogniem, na fabułę już im miejsca nie starczyło. Sama przygoda jest dość nuda, choć dowcip miejscami ujdzie. Kilka scen jest naprawdę niezłych, a najlepszą wśród nich jest scena tanga wiewiórów. To się animatorom naprawdę udało.

Ocena: 6