sobota, 29 sierpnia 2009

Fatwa (2006)

To jeden z tych filmów, który ma bardzo dobry pomysł, ale niestety kiepskie wykonanie. Na papierze musiało wyglądać to naprawdę interesująco. Oto jest sobie amerykańska pani senator, która staje się obiektem spisku terrorystów. Główne skrzypce odgrywać będzie Arab – taksówkarz nie mogący pogodzić się ze śmiercią syna, za którą obarcza władze amerykańskie. Jest sobie też mąż pani senator, który mając dość wszystkiego zleca zamordowanie żony, po czym odbiera sobie życie strzałem w łeb. Jednak kobieta i dwa plany jej zabójstwa – oba realizowane w ciągu tych samych 24 godzin. To mogło się udać.


Niestety w rękach debiutanta Johna Cartera ten film przemienia się w celuloidowy śmieć. Już użycie kamery wideo było błędem. Zamiast nadawać postaciom więcej życia i realizmu, czyni je mniej prawdziwymi. Do tego reżyser kompletnie nie panuje nad swoimi aktorami: nadinterpretacja i nadekspresja rządzi rozwalając prawie każdą scenę. Aktorzy robią swoje, a Carter najwyraźniej zadowolony jest z tego, że robią to w kadrze i udało się to nagrać. Jednak najgorsza jest scena finałowa. Scenarzysta Scott Schafer (również debiutant) dobrze ją napisał. Jednak montaż, a przede wszystkim bezsensowny dobór muzyki zabija całe napięcie.

Ocena: 4

99 francs (2007)

Jan Kounen po raz kolejny zabiera widzów w wycieczkę, gdzie wszystko jest iluzją, umowną konstrukcją, podlegającą manipulacji i ciągłej zmianie. To, co jest pewne w jednej scenie zostanie zanegowane w następnej. Postaci, a nawet sama forma filmu ulega zmianie, a wszystko to jest niczym odjazd na najlepszych dragach.


Na szczęście tym razem Kounen poszedł po rozum do głowy i utrzymał nad projektem jaką taką przynajmniej kontrolę. Dzięki temu nie powtórzył fiaska, jakim był "Blueberry". Owszem, film wciąż miejscami męczy bombardując zmysły zbyt dużą ilością informacji, nie jest też tak ostry i brawurowy jak "Dobermann", lecz mimo to Kounen odzyskał sporo w moich oczach.

(Elisa Tovati)

Historia pracownika agencji reklamowej, który z jednej strony wykonuje pracę swoich marzeń, z drugiej czuje się coraz bardziej wypalony swoim zajęciem, została pokazana z jajem i bez jakichkolwiek zahamowań. Bazując na stereotypowym wizerunku faceta-nerda, który dzięki kasie ma kobiety i dragi i modne stroje i który zupełnie od niechcenia produkuje kolejne reklamowe hity czując się przy tym ograniczony przez palantów-decydentów. Kounen jednak przekroczył wszelkie granice robiąc film niezwykle drastyczny, który wsysa widza w pustkę i dekadencję niestabilnej prowizorki, jaką jest życie w świecie reklamy. Duży plus mają u mnie twórcy za sekwencję aktorsko-animowaną, kiedy bohaterowie po zażyciu jakichś tabletek całkowicie odlatują gotując rzeźnię na drodze – Ta sekwencja dostałaby u mnie 10.

(Jocelyn Quivrin)

Ocena: 6

piątek, 28 sierpnia 2009

Incendiary (2008)

Jak ja nie lubię takich film: świetny pomysł, kiepska realizacja. "Drogi Osamo" mógł być naprawdę ciekawym dramatem dotykającym nie tyle problemu terroryzmu ile raczej poczucia winy oraz efektu domina, który jedną tragedią obdarowuje wiele osób. Podejrzewam, że prawie wszystko co najlepsze pochodzi od książki. Film ma naprawdę całą gamę znakomitych bohaterów: żonę, która w chwili orgazmu (a w każdym razie seksualnej przyjemności) jest świadkiem w telewizji eksplozji, w której giną jej mąż i syn; jej przyjaciel, szef męża, który ukrywa przed nią ważne fakty dotyczące zdarzenia; żona i syn jednego z terrorystów, którzy w pewien sposób są również ofiarami...


Niestety Sharon Maguire postanowiła zrobić z tego bełkotliwy, pseudoartystyczny dramat, który nuży powtarzalnością i irytuje błazeńską patetycznością. Plus tak naprawdę należy się jedynie Michelle Williams. Ma świetny akcent, a do tego zagrał naprawdę znakomicie i tylko w jednej scenie na końcu nie radzi sobie, ale ta scena z filmowego punktu widzenia była niestety nie do obrony od samego początku.

Ocena: 5

The Ugly Truth (2009)

Jestem ciekaw jakim cudem Katherine Heigl zdołała przekonać samą siebie do zagrania w tym filmie, kiedy publicznie przyznawała się, że "Wpadka" obrażała ją jako kobietę będąc filmem seksistowskim. Jeśli bowiem tak określić "Wpadkę", to "Brzydka prawda" jest już czystym mizoginizmem. Jest więc Heigl albo hipokrytką (która pociesza się, że film jest również mizoandryczny) albo też zwykłą aktorską dziwką, która za odpowiednią cenę zrobi wszystko.


"Brzydka prawda" bazuje bowiem na najprostszych stereotypach na temat kobiet i mężczyzn. Ci ostatni są tutaj niczym więcej jak prostym narzędziem hydraulicznym, z kolei kobiety mają wiele warstw skrywających 'fasolkę'. Film nie jest ani specjalnie odkrywczy ani nawet pomysłowy w sferze dowcipów. Luketic recyklinguje tu wiele sprawdzonych chwytów, nawet w swoich poprzednich filmach (kłania się chociażby "Legalna blondynka"). Skoro tak jest, to po co w ogóle wybierać się na ten film? Może dlatego, że brzydka prawda jest taka, iż od czasu do czasu potrzeba mało skomplikowanej rozrywki. Film Luketica jest właśnie taki: prosty, łatwo przyswajalny, nie wymaga skupienia, przyjemnie się go ogląda, a do tego ma kilka naprawdę zabawnych scen i dialogów (większość nie przedostała się do polskiego tłumaczenia). Do tego Katherine Heigl i Gerard Butler naprawdę do siebie pasują, choć mnie i tak spodobała się najbardziej Bree Turner w roli Joy. Szkoda, że jej rola jest tak skromna (a może to właśnie uchroniło ją przed szarością).

Ocena: 6

wtorek, 25 sierpnia 2009

Janosik. Prawdziwa historia (2009)

Jeśli autorki nie chciały zwodzić widzów, to powinny były zatytułować ten film nie 'historia prawdziwa', lecz 'historia pieprzenia'. Choć dwuznaczność tego tytułu jest równie myląca. Owszem, "Janosik" nie opowiada o niczym więcej jak o pieprzeniu - tyle tylko, że praktycznie nie jest ono pokazywane. Film jest rodzajem soft-porno w typowo kobiecym wydaniu, gdzie sama 'akcja' ma drugorzędne znaczenie. Z drugiej strony reżyserka ze scenarzystką do spółki nie robią nic innego tylko pieprzą trzy-po-trzy, jak przekupie na targu: nie ważne co, byle długo i w miarę barwnie. Sensu w tym oczywiście nie ma, ale gadatliwe panie mają dzięki temu co robić zabijając czas. Szkoda, że przy okazji dobijają i widzów.


Źródłem wszelkich problemów związanych z "Janosikiem" jest już jego konstrukcja, której tak naprawdę nie ma. Film jest mieszaniną co najmniej trzech różnych konwencji, z których każda oddzielnie dałaby zapewne znakomity rezultat, razem przypominają kubeł wymiocin na kiepskiej ale ostro zakrapianej imprezie.

W jednym z wywiadów scenarzystka Eva Borušovičová określa Janosika, jako współczesną gwiazdę muzyki. I rzeczywiście Janosik ma w sobie sporo z rockmena. Zachowuje się jak wielu spośród bohaterów Breta Eastona Ellisa i słynnej 'brat pack': żyje chwilą, gania za panienkami, dobra materialnie równie łatwo zdobywa, co się ich pozbywa: seks, alkohol i party all night long. Jednocześnie cały "Janosik" ma być swoistym dezawuowaniem mitu szlachetnego zbójnika. Jednak próby realizacji antywesternu i wykreowania antybohatera spaliły na panewce. Tak naprawdę nie bardzo wiadomo przeciwko czemu miałby być to film anty-, jest on tak oderwany od "Janosika" z Perepeczko, że nie ma z nim absolutnie nic wspólnego stając się odrębnym bytem, istniejącym niezależnie od wcześniejszego filmowego kontekstu. Nie ma też w Polsce tradycji mitów heroicznych, żeby Holland z Adamik mogły przeciwko niemu występować. Ponadto panie za bardzo lubią swojego Janosika i nie starają się wymazać jego romantycznej legendy. Wręcz przeciwnie tu i ówdzie przemycają jej elementy wprowadzając kompletnie chybione wstawki 'magiczne'. To niestety rozwala wewnętrznie film zwłaszcza, kiedy zestawimy je z realistycznymi scenami końcowymi.

W tym całym galimatiasie ginie też sam Janosik. Po 2,5 godzinie nie dowiedziałem się o nim niczego poza tym, że był, uganiał się za panienkami, zbójował i został powieszony za żebro. Kim jednak był on sam, czego pragnął, co go pchało do przodu – tego w tym filmie nie ma. Po cichu liczyłem, że Holland, która przecież ma doświadczenie w kinie zachodnim (teoretycznie Adamik też, ale lepiej będzie jej 'doświadczenie' pominąć milczeniem), będzie w stanie wprowadzić Janosika do tego samego panteonu, w którym zamieszkują Ned Kelly i Jesse James. Niestety tak się nie stało.

W tym wszystkim pochwalić mogę jedynie Václava Jiráčka, choć tylko połowicznie. Wbrew obawom, nie okazał się on Janosikiem metroseksualnym czy efebowym i mógł – przy dobrej reżyserii – stać się postacią rozpoznawalną. Niestety jak sobie radzi z rolą nie wiem do końca, gdyż film jest dubbingowany – wszystkie słowackie dialogi nagrano raz jeszcze po polsku. Nie wiem kto dubbinguje Jiráčka, ale swoim podkładem robi chłopakowi straszną krzywdę, gdyż jest to dubbing beznamiętny pozbawiony jakiegokolwiek życia.

Ocena: 3

sobota, 22 sierpnia 2009

Ghost Town (2008)

"Ghost Town" to z całą pewnością ciekawe doświadczenie. Nauczyłem się z niego, że komedia może mieć w obsadzie najlepszego komika i pełno pierwszorzędnych gagów, a i tak być nudna i ostatecznie mało zabawna. Tak właśnie jest z filmem Davida Koeppa.


Ricky Gervais jest przezabawny, a prawie każda scena z jego udziałem to mistrzowski dowcip, z którego można byłoby się śmiać godzinami. A jednak całość nie funkcjonuje. Bohaterowie są mierni, fabuła beznadziejna, a poszczególne dowcipy choć śmieszne nie dodają humoru całości. Nudziłem się przeogromnie. Zabrakło mi tu energii, dynamizmu, życia. Ot taka Whoopie Goldberg w "Uwierz w ducha" – to był żywioł. Nawet Eva Longoria w "Nawiedzonej narzeczonej" jakoś bardziej zapadła mi w pamięci, niż wszyscy aktorzy GT razem wzięci.


(Sebastian LaCause)


Wielka szkoda zmarnowanej szansy. Swoją drogą pomysł "Ghost Town" idealnie nadaje się na serial telewizyjny. Aż dziw, że dotąd nie powstał.


Ocena: 5

Franklyn (2008)

To jest kino jakie lubię. "Franklyn" to opowieść rozgrywająca się w labiryncie rzeczywistości. Część zdarzeń ma miejsce jedynie w głowach chorych bądź zranionych osób, część ma miejsce w rzeczywistości. Tylko czy to rozróżnienie ma jakiś sens. Czy to, co niby jest tylko w głowie jest przez to mniej realne. Koniec końców wszystko przecież sprowadza się do działań.


Gerald McMorrow stworzył prawdziwie schizofreniczną opowieść o bólu i stracie. Irracjonalne wydarzenia, z którymi nie sposób sobie poradzić rodzą nowe światy. W nich gubimy się jak w labiryncie i tak samo jest z widzami, którzy nawet jeśli rozpoznają co jest jawą a co zwidem i tak będą mieć wielkie problemy z wyjściem z labiryntu. I to jest w tym fantastyczne. Sugestywna wizja, mroczna, ciężka atmosfera i trzy historie, które związane są ze sobą, choć ich spotkanie będzie... wybuchowe. Zakończenie nieco rozczarowuje, ale cóż począć, w końcu "Franklyn" to baśń, a w baśni gdy giną światy, rodzi się miłość.


Ocena: 8

Funny Games U.S. (2007)

Wiele osób wyrywa sobie włosy z głów i zadaje łamliwym głosem pytanie "Po co to kręciłeś, Haneke?". Cóż, wystarczy spojrzeć na tytuł i dodane do niego "U.S.", by wiedzieć. Rzeczywistość jest okrutna, Amerykanie, poza nielicznymi wyjątkami, nie oglądają filmów zagranicznych, zwłaszcza, kiedy muszą czytać. "Funny Games" nikt praktycznie nie widział, a skoro film był dobry, to dlaczego nie zaprezentować go publiczności. To, że sztuka się nie udała i nową wersję też mało kto obejrzał, to już zupełnie inna para kaloszy.


Prawdziwe pytanie brzmi jednak, dlaczego obejrzało się ten film. Cóż, w moim przypadku chodziło o sprawdzenie, jak kontekst opowieści wpływa na samą opowieść, jej przesłanie i możliwe interpretacje. Patrząc tak na "Funny Games U.S.", warto było film obejrzeć, bo też kontekst jest istotny. Dla Amerykanów własność prywatna, dom to świętość. Wkroczenie do niej dwójki młodych, kulturalnych chłopaków, którzy okazują się sadystycznymi mordercami, ustawia całą opowieść zupełnie inaczej niż to było w oryginale. Tu przemoc zeszła (przynajmniej w moich oczach) na drugi plan, podobnie jak i interakcja przestępców z widownią czy cofnięcie nieplanowanego zachowania. To, co mnie zainteresowało w nowym Hanekenie, to portret ofiary.

W filmie Hanekego to nie przestępcy przestali być ludźmi, lecz właśnie ich ofiary. Żyjąc w pięknych domach, pełni materialnych dóbr, chronieni – a przynajmniej tak im się wydaje – od brutalności świata. Przyjeżdżają w relatywnie dzikie ostępy, by się zrelaksować. Tymczasem przyroda jest okrutna i przez sam fakt racjonalizacji nie przestaje być śmiertelnie niebezpieczna. Dlatego też nie można żyć w tym świecie bez instynktu samozachowawczego. A tymczasem to właśnie zdaje się być konsekwencją egzystencji w konsumpcyjnym społeczeństwie. Jak pokazuje Haneke ten instynkt wciąż w nas jest, kiedy się rodzimy, lecz z czasem jest przez wychowanie, środowisko eliminowany. Dlatego też jedyną osobą, która naprawdę walczy, która miała choć cień szansy na uratowanie się był syn. Mały chłopak jeszcze nie przesiąkł do końca wygodnictwem, które sprawia, że zamiast ratować siebie, małżonkowie będą tracić czas na suszenie komórki – jak bowiem wiadomo współcześnie komórka to sprzęt pierwszej pomocy. Przestępcy spokojnie mogą dawać swoim ofiarom fory, ci i tak nic nie są w stanie zrobić.

Oczywiście zaraz ktoś mógłby mi zarzucić, że łatwo jest mi to pisać siedząc wygodnie przed komputerem. Zarzut byłby zupełnie nietrafiony, ponieważ jestem tego świadomy. Chciałbym wierzyć, że zachowałby się inaczej, ale jestem dzieckiem tej a nie innej cywilizacji i zapewne o wiele większych szans na przeżycie bym nie miał.

Film od strony aktorskiej robi całkiem niezłe wrażenie. Szczególnie podobała mi się Naomi Watts w swojej roli. Jednak ogólnie "Funny Games U.S." brakuje tej samej mocy, którą miał oryginał ponad 10 lat temu.

Ocena: 6

piątek, 21 sierpnia 2009

Largo Winch (2008)

Bardzo pozytywne zaskoczenie. Właśnie tak powinien wyglądać film rozrywkowy bez pretensji do bycia sztuką ale też i bez nadęcia i ambicji bycia atrakcją od której mózg się lasuje. Tak, twórcy wykorzystali cały asortyment klisz i wyświechtanych chwytów. Tak, czuje się tu komiksowy rodowód i sporą dawkę umowności w traktowaniu bohaterów. A jednak wszystkie elementy filmu funkcjonują. Historia została opowiedziana dynamicznie, może czasem lekko poniosła twórców fantazja, ale koniec końców wszystko to łatwo daje się zignorować.


Bardzo dobrze dobrano też aktorów. Nie znam za dobrze serii komiksowej (teraz z całą pewnością to nadrobię – film przekonał mnie, że mogła mnie ominąć całkiem fajna historia), ale Tomer Sisley jako tytułowy bohater Largo wypada bardzo dobrze. Podobała mi się też Kristin Scott Thomas i Gilbert Melki.

(Radivoje Bukvić)

Jest tylko jedna rzecz, która przeszkadzała mi w całym filmie – dubbing. Kopia, którą oglądałem była pod tym względem zrealizowana w sposób absurdalny. Otóż głównym językiem jest francuski, ale bohaterowie w Brazylii mówią po portugalsku, a w Jugosławii po serbsku. Jednak wszystkie angielskie dialogi w Hongkongu zostały zdubbingowane na francuski. Absurd, który myślałem jest tylko polską specjalnością, ale nie. Szkoda. Nie cierpię tego i zawsze mnie to drażni.


(Bojana Panić)

Ocena: 7

The Taking of Pelham 1 2 3 (2009)

Wciąż nie potrafię uwierzyć, że scenariusz do "Metra strachu" napisał facet, który pracował przy "Tajemnicach LA" i "Rzece tajemnicy". Nie potrafię pojąć, że ktoś kto przecież potrafi pisać, popełnił tak straszliwy gniot. Bo też inaczej nie można mówić o scenariuszu. A raczej można, lecz wszystkie inne cisnące się na usta epitety byłyby jeszcze gorsze. Film zdecydowanie zyskałby, gdyby wycięto z nich większość dialogów, jak choćby te żałosne teksty w scenie ruszania konwoju z pieniędzmi czy tekst o galonie mleka. Nic tego nie jest w stanie obronić, absolutnie nic.


Film zdecydowanie lepiej wypada w sekwencjach akcji, pozbawionych dialogu. Tu Scott garściami czerpie ze swojego ograniczonego asortymentu chwytów uatrakcyjniających oglądane obrazki. Sceny są dynamiczne, sprawnie zrealizowane i nawet maniera rozchwianej kamery tu akurat się sprawdza (zresztą wszystko, co sprawia, że bohaterowie milczą, jest tu zaletą). Niestety obsada aktorska sprawuje się zgodnie z poziomem scenariusza, czyli mizernie. Siłą rozpędu (za serial "Ten sam dzień") fajnie było obejrzeć Ramona Rodrigueza. Nieźle sprawował się też Robert Vataj, ale to głównie dlatego, że praktycznie nic nie mówi.

(Robert Vataj - left)

Ocena: 5

czwartek, 20 sierpnia 2009

DeUsynlige (2008)

Nie rozumiem, jak ten film może mieć tak wysokie oceny. Ja z wielkim trudem wysiedziałem do końca i to w zasadzie tylko z poczucia obowiązku. Bezpłciowy, zrealizowany bez pomyślunku z hiperoczywistą symboliką jungowską – tak ja oceniam "Zniknięcie". Pierwsze 30 minut filmu jest jeszcze całkiem niezłe. Potem jednak pada trupem i gnije niemal na moich oczach.


Historia młodego chłopaka, który został skazany za morderstwo i teraz wychodzi na wolność mogła stać się interesującym dramatem o winie, karze, lecz przede wszystkim o domknięciu spraw. Thomas nigdy nie przyznał się do winy. A jednak kwestia ta wciąż nie daje mu spokoju. Czy był to wypadek, a może coś ukrywa? Niezależnie od odpowiedzi musi się oczyścić, wyjść z wody pełnej lęków i oporów. Matka ofiary potrzebuje zaś poznać prawdę, by zrozumieć co się stało, by móc w końcu zaakceptować, że nigdy więcej syna nie zobaczy. I jako opowieść o winie, "Zniknięcie" mogło być standardową, acz mimo wszystko interesującą opowieścią. To jednak Erikowi Poppe nie wystarczyło i zrobił woltę. Pierwsze pół godziny to Thomas jest bohaterem. Potem te same sceny widzimy z punktu widzenia matki zamordowanego chłopca. Pomysł okazał się kompletnie nietrafiony, gdyż wersja matki wcale nie daje nowej perspektywy, nie pogłębia wiedzy na temat zdarzenia. Jest to po prostu powtórka z rozrywki, nudna i kompletnie nietrafiona. To zmarnowany czas, który można było znacznie lepiej spożytkować. Poppe chciał za dużo, a wyszło mu zdecydowanie za mało. Koniec końców materiału filmowego jest tak niewiele, że na średni metraż z trudem by wystarczyło. Rozwodnione do pełnej fabuły jedyne co robi, to nudzi.

Ocena: 3

środa, 19 sierpnia 2009

Terra (2007)

Na "Terrę 3D' nie należy patrzeć jak na typową animację. Z całą pewnością nie jest ona przeznaczona dla małych widzów i nie chodzi mi wcale o brutalność, która nie przekracza normy, ale sposób narracji i tematykę. W rzeczywistości bowiem animacja jest w przypadku tego filmu jedynie określeniem techniki wykorzystanej przez twórców do opowiedzenia historii i niczym więcej. Tak naprawdę jest to film SF nawiązujący do najlepszych tradycji gatunku, w szczególności do wszelkich antyutopii, w których obie strony konfliktu mają swoje racje i nikt nie jest do końca zły.


I tu pojawia się jednak problem, bo "Terra 3D" nie idzie tak skrajnie w ambiwalencję, jak chociażby "Jestem legendą" (książkowe nie filmowe). Postać generała nie budzi żadnego współczucia i decyzja Stantona jest w tym przypadku dość prosta i zrozumiała. Szkoda, że twórcy nie zrobili jej bardziej przyjemnej, współczującej. Wtedy ostateczne poświęcenie byłoby heroiczną decyzją.

Film oceniłbym pewnie wyżej, gdyby nie polski dubbing, który kompletnie popsuł mi przyjemność z oglądania. Zbyt dosłowne miejscami tłumaczenie brzmiało śmiesznie i sztucznie. Większość głosów również średnio nadawała się do dubbingu. No ale jednak w natłoku animowanych komedyjek i zabawek postmodernistycznych, "Terra 3D" jest z całą pewnością powiewem świeżości.

Ocena: 6

wtorek, 18 sierpnia 2009

The Last House on the Left (2009)

Cieszę się, że postał remake "Ostatniego domu po lewej". Jest on bowiem dla mnie doskonałą konfrontacją współczesności z tym, co już minęło. Żyjemy w świecie, który powszechnie uważa się za świat niezwykle liberalnych, z większą dawką brutalności w mediach niż kiedykolwiek wcześniej. Tymczasem film Dennisa Iliadisa wyraźnie pokazuje, że jest to stek bzdur i farmazonów.


Owszem, dosłowność w pokazaniu przemocy jest porażająca, ale jednocześnie cała otoczka została tak odrealniona, że trudno przemoc brać dosłownie, postrzegać ją jedynie jako estetyczny zabieg mający uatrakcyjnić widowisko. U Wesa Cravena było inaczej. Tam przemoc była mocno osadzona w 'wiarygodności' sytuacji. I przemoc i bohaterowie są bardzo prawdziwi, przez co całość szokowała. Dzisiejszy "Ostatni dom po lewej" może co najwyżej zniesmaczyć.


Brutalność filmu Iliadisa demaskuje z całą bezwzględnością tchórzostwo i słabość nie tylko współczesnych twórców ale ludzi w ogóle. Twórcom zabrakło odwagi w równie bezwzględnym potraktowaniu bohaterów jak w oryginale. W rezultacie większość niewinnych nie dość, że pozostaje niewinna to jeszcze pozostaje żywa. Z kolei bohaterowie są zaledwie cieniami swoich oryginalnych wersji. Brakuje im totalność w zachowaniu. U Cravena przestępcy są całkowitymi socjopatami, którzy bez wahania bawią się w okrutny sposób zwierzyną, która wpadła im w łapy. I nawet 'najsłabsze ogniwo' nie jest tak niewinne jak w remake'u. U Iliadisa nawet Krug nie jest aż tak antypatyczny, a Sadie wykazuje zdecydowanie zbyt wiele ludzkich cech. Jedynym jako takim psychopatą jest Francis (Aaron Paul). Podobnie słabymi tchórzami są rodzice Mari. I zemsta (przynajmniej na początku) ma charakter dość przypadkowy. Brakuje w niej tej mrożącej krew w żyłach bezwzględnej premedytacji, z jaką rozprawiali się z mordercami córki w oryginale. I to u Cravena było najlepsze i najbardziej wstrząsające: pokazanie, jak liberalni hippisi przekształcają się w pozbawione litości maszyny do zabijania, które dla zemsty są w stanie mordować nie patrząc na stopień winy. U Iliadisa nigdy nie tracą do końca poczucia człowieczeństwa, ale też i ich tragedia jest mniejsza.


(Aaron Paul)

Sam w sobie nowy "Ostatni dom po lewej" jest filmem nawet niezłym. Choć osobiście bardziej podobali mi się "Nieznajomi", to obraz Iliadisa wypada przyzwoicie z odpowiednią dawką napięcia. Dopiero w porównaniu z oryginałem Cravena, "Ostatni dom" zaczyna tracić. Ale cóż takie czasy – dziś woli atrakcyjną wizualnie lecz pozbawioną pazura brutalność niż film rzeczywiście wstrząsający i poruszający.

Ocena: 6

Let's Make Money (2008)

Nie rozumiem wysokich ocen tego filmu. Na seansie "Zaróbmy jeszcze więcej" wynudziłem się za wszystkie czasy. Ciekawy, bardzo chwytliwy temat został tu potraktowany mocno po macoszemu i wyszedł z tego przesycony dydaktycznym bełkotem nic nienoszący obraz świata finansów. Austriak Erwin Wagenhofer bez owijania w bawełnę prowadzi swoją antyneoliberalną kampanię (co samo w sobie nie jest wadą) bez wyczucia argumentów, podając raz jeszcze fakty, o których wielu dokumentalistów mówiło przed nim i to w sposób o wiele bardziej atrakcyjny. Z całego filmu fajny jest tylko fragment opowiadający o działaniu Banku Światowego i władz amerykańskich. Koncepcja finansowych hitmenów i szakali mordujących niepokornych oraz prostota wyjaśnienia konfliktu w Iraku – to się Wagenhoferowi udało. Szkoda, że tylko to i nic więcej.


Kiedy robi się populistyczny film, warto korzystać z populistycznych metod. Inaczej demaskuje się samego siebie, a przy tym zanudza odbiorcę na śmierć.

Stracona szansa.

Ocena: 4

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Il y a longtemps que je t'aime (2008)

To się nazywa debiut! Wspaniałe, mądre i prawdziwe kino, które na pewno spodoba się wszystkim fanom "Zapaśnika".

Punktem wyjścia jest sytuacja, która dość często prezentowana była już na ekranach kin. Oto osoba wychodzi na wolność po długim pobycie w więzieniu. Stara się odzyskać rodzinę i stworzyć sobie nowe życie. Zazwyczaj jednak bohaterem jest mężczyzna i najczęściej musi walczyć ze swoimi kumplami z kryminalnej przeszłości, którzy czegoś od niego chcą, bądź też żyje tylko myślą o zemście. "Kocham cię od tak dawna" jest jednak zupełnie inne. Najważniejszą, ale przecież nie jedyną różnicą jest fakt, że głównym bohaterem nie jest mężczyzna, członek gangu, lecz kobieta, a jej zbrodnia choć straszliwa miała zupełnie inne podłoże.


Juliette po 15 latach pobytu w więzieniu jest już wolna. Do swojego domu przyjmuje ją jej siostra Léa, która bardzo liczy na odbudowanie więzi rodzinnych. Jej mąż nie podziela jej entuzjazmu, lecz Léa zrobi wszystko, by tym razem zatrzymać siostrę przy sobie. Juliette też się stara, lecz pamięć straszliwego czynu nigdy jej nie opuszcza, a i świat nie bardzo pozwala jej zapomnieć o 15 latach spędzonych za kratami.

"Kocham cię od tak dawna" to opowieść o tragedii, która sprawia, że człowiek zamyka się w sobie niczym w kokonie. To więzienie jest niezbędne, by poradzić sobie z tragedią. Jednak mimo izolacji, ów kokon nie może zostać pozbawiony opieki. Wtedy bowiem usycha, prowadząc do śmierci. Jeśli jednak są wokół ludzie, którzy cierpliwie zadbają o ów kokon (niektórym wystarczą do tego tylko książki), wtedy po pewnym, czasem dość długim czasie, człowiek może opuścić kokon. Dokonuje się transformacja, która nie wymazując pamięci czyni przyszłość znośną perspektywą.


(Jérémie Covillault)

Philippe Claudel nakręcił wspaniałą przypowieść, niezwykle kobiecą, która aż prosi się o potraktowanie 'a la Almodóvar'. Jednak Claudel nie poszedł w tę stronę. Znalazł swój własny język i chwała mu za to. Fantastycznie spisała się też obsada aktorska. Kristin Scott Thomas jest bezbłędna w każdej minucie filmu, a w scenie konfrontacji z siostrą, gdzie bardzo łatwo było przeszarżować, wyprawia mistrzowską woltyżerkę. Szkoda, że musiała zadowolić się jedynie nominacjami do BAFTA i Cezara. Dobrze, że tę drugą nagrodę zdobyła Elsa Zylberstein. Przy Thomas łatwo można było przeoczyć jej delikatną i kruchą kreację. Rola Léi wydaje się na pierwszy rzut oka nieco niewdzięczna, bo z samej konstrukcji filmu jest w cieniu, a jednak za sprawą Zylberstein nie można o niej zapomnieć. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił Frédéric Pierrot w skromnej, niewielkiej roli tragicznego policjanta Fauré'a. To jego milczące wzywanie o pomoc, choć przecież cały czas gada i to ostatnie spojrzenie w restauracji. Po prostu bezcenne!

Ocena: 8

niedziela, 16 sierpnia 2009

Transsiberian (2008)

Z dużą dozą zaciekawienia sięgnąłem po kolejny film Brada Andersona. Za pierwszym razem próbował mnie przekonać, że jest artystą głębokim, finezyjnym, przewrotnym – wyszedł na pozera (przynajmniej w moich oczach, swego czasu mocno mi się oberwało za krytykę "Mechanika"). Teraz spróbował pokazać się jako nowy Hitchcock. I znów przepadł, ale tym razem porażka nie była aż tak spektakularna i "Transsiberian" to film, który ogląda się całkiem przyjemnie. Niestety Anderson Hitchcockiem nie jest, co widać praktycznie w każdej scenie.


Konstrukcja "Transsiberian" jest niczym ilustrowany przewodnik po świecie twórczości słynnego Brytyjczyka. Wszystko zaczyna się od mocnego uderzenia, którym jest morderstwo pewnego mafiosa i kradzież pieniędzy i narkotyków. Potem film będzie się kilka razy zmieniał, a wraz z nim i bohaterowie: trójka Amerykanów, Hiszpan i rosyjski agent narkotykowy. Każde z nich odsłaniać będzie kolejne warstwy, niczym rozkładane matrioszki.



No właśnie – matrioszki. Wraz z nimi dochodzimy do sedna problemu z reżyserią Andersona. Jest on niemożliwie łopatologiczny. Robił to przy "Mechaniku" i najwyraźniej jest to jakiś mocno zakorzeniony nawyk, bo teraz robi to samo. Skupia się na oczywistościach i wielokrotnie zbliża na 'detale', które mają być kluczami do rozszyfrowania historii. W tych zbliżeniach nie zna żadnego umiaru. W "Mechaniku" wbija widzom do głowy "Idiotę" Dostojewskiego, a w "Transsiberian" matrioszki. Jeśli Anderson nie pozbędzie się tego nawyku, nigdy nie stanie się prawdziwie wielkim artystą.

Nie zawodzi natomiast obsada aktorska. Pierwsze skrzypce gra Emily Mortimer, ale dzielnie partneruje jej Woody Harrelson, który już dawno nie pokazał się z tak dobrej strony. Na Bena Kinglseya zawsze można liczyć. Eduardo Noriega nie miał wiele do zagrania, ale fajnie było go oglądać, podobnie jak i Thomasa Kretschmanna. Nawet Kate Mara wypada nieźle.

Ocena: 6

Vagón fumador (2001)

Męczący i pretensjonalny pseudoartystyczny bełkot reżyserki, która na siłę próbuje być kimś, kim nie jest. Mając bardzo fajną historię i ciekawych bohaterów, prawie zupełnie się nimi nie interesuje. Traktuje ich jak klientka burdelu: wybiera, każe robić co chce i porzuca zapłaciwszy ustaloną cenę. W rezultacie mamy dziwaczne ujęcia, niepotrzebne wstawki senne, zabawę czasem i montażem, a przede wszystkim sporo nadętych dialogów i monologów.

"Vagón fumador" mogło być jednak bardzo ciekawym obrazem, za sprawą bazy fabularnej. Chen bohaterami filmu uczyniła dwójkę nocnych istot. Ona jest zagubioną, co wcale nie znaczny 'delikatną', piosenkarką. Błąka się w swoim wnętrzu i po ulicach metropolii. On jest męską prostytutką. Ze wszystkich sił stara się żyć chwilą obecną. Odmawia sobie prawa do analizy, introspekcji, nie chce zaglądać zbyt głęboko. Woli świat czystej transakcji, gdzie wszystko ma swoją cenę, a zatem wartość i znaczenie. Pewnego dnia spotkają się i przez jakiś czas pozostaną razem. Od tego momentu film mógł potoczyć się różnymi drogami, z których każda jest równie interesująca. Chen wybrała najciekawszą: opcję chwilowej koniunkcji, która przemienia, ale nie czyni trwałą ich wzajemną relację. Równie dobrze mogła to być opowieść o tym, jak Andrés ściąga na dno Reni, bądź też jak oboje uwalniają się ze świata nocy. Wybór reżyserki dowodzi, że ma kilka klepek w głowie na właściwym miejscu. Tym bardziej szkoda, że wybrała tak niefortunną formę dla zaprezentowania swojej wizji.

Ocena: 4

Insanitarium (2008)

Dość standardowa produkcja. Ani specjalnie odkrywcza ani też specjalnie zła. "Insanitarium" próbuje 'nowego' podejścia do opowieści o zombie. Tym razem ludzie stają się nimi za sprawą eksperymentalnego leku, który redukuje je do zdziczałych koneserów ludzkiego mięsa. Ten twist znamy z wielu podobnych produkcji. Tu jedynym urozmaiceniem jest osadzenie akcji w szpitalu psychiatrycznym. I to był dobry pomysł, tyle że wykonano go połowicznie. O wiele ciekawiej byłoby, gdyby główny bohater naprawdę był wariatem, a nie go tylko udawał. W sekcji 'sceny usunięte' są właśnie sekwencje z wizjami. Były one co prawda indukowane przez leki, więc w sumie był to słaby pretekst, ale widać, że w pewnym momencie był plan uczynienia z Jacka bardziej świrniętą osobę. Szkoda że nic z tego nie wyszło.


Jesse Metcalfe jako pacjent wygląda całkiem uroczo. Niestety jego gra nie jest równie udana, co jego genetyczna makieta podrasowana przez dział charakteryzacji i kostiumów. Rozczarowuje kompletnie Peter Stormare, który nawet się nie starał. Podejrzewam zresztą, że takie polecenie dostał od reżysera, któremu wystarczyło to, że w ogóle Stormare jest na planie.

Ocena: 5

sobota, 15 sierpnia 2009

This Is England (2006)

Oto opowieść o utracie niewinności, o końcu pewnej epoki.

Dziś mało kto wie, ale ruch skinheadów był ruchem niezwykle otwartym. Jako dziecię epoki hippisów szukało nowych form ekspresji w sztuce – w szczególności w muzyce – lecz dzieliło jedno z podstawowych haseł poprzedniego pokolenia: Jedność w różnorodności. Stąd też ruch ten był mocno anarchistyczny, pełen ludzi o bardzo różnych gustach i poglądach, którzy jednak zamiast walczyć ze sobą stworzyli coś własnego, nowego. Jednak na początku lat 80. ta idea stawała się coraz bardziej utopijna. Konkurencja punku, narastające napięcia wewnętrzne, wojna, wściekłość, bezrobocie – wszystko to sprawiło, że skini zaczęli tracić swoją niewinność. Część próbowała pozostać wierna ideałom, spora część jednak dała się ponieść nowej, radykalnej, rasistowskiej, pełnej nienawiści ideologii, ideologii, dzięki której mogli skanalizować swoje własne frustracje ludzi pozbawionych pracy, perspektyw, z których się nabijano, którymi pogardzano. Ideologia ta dawała poczucie siły i sensu, choć było to poczucie dla wielu złudne, za które przyszło im koniec końców sporo zapłacić.


O tym właśnie opowiada w "This Is England" Shane Meadows. I wie, co mówi, ponieważ film ten powstał w dużej mierze na bazie jego własnych doświadczeń. W 1983 roku, kiedy rozgrywa się akcja filmu, Meadows miał 11 lat – tyle ile główny bohater Shaun. I podobnie jak jego filmowy odpowiednik, właśnie wtedy został skinem, mając kontakt najpierw z tymi, którzy kroczyli starą ścieżką, potem doświadczając bardziej agresywnego nurtu. Może właśnie dlatego, że jest to film tak bardzo osobisty, jest tak cholernie fantastyczny. Bardzo prosta historyjka została opowiedziana po mistrzowsku. Od twórcy "Butów nieboszczyka" zdecydowanie się tego nie spodziewałem. Mocny, bardzo silnie osadzony w rzeczywistości, jest zarazem konkretną historią konkretnych ludzi, jak i przypowieścią o pewnej epoce. "This Is England" jest jednak nie tylko historią ruchu skinheadów w przełomowym dla niego momencie (choć to raczej nie był jednostkowy przełom, a pewien ciągły proces). To także historia o przyjaźni i dorastaniu. Wszystko to zrealizowane zupełnie bezbłędnie.


Sukces "This Is England" to nie tylko zasługa arcygenialnego w swej prostocie scenariusza ale też i pierwszorzędnych kreacji aktorskich. Stephen Graham wzleciał tak wysoko, że tylko garstka brytyjskich aktorów może się z nim równać. A przecież miał bardzo skomplikowaną postać do odegrania. Z jednej strony brutalny osiłek i rasista, z drugiej mocno skrzywdzony człowiek tęskniący za minioną niewinnością, którą chciałby odzyskać, a zamiast tego niszczy coraz bardziej. Debiutujący Thomas Turgoose w roli głównej zagrał tak, jakby już w łonie matki występował na scenie, a urodziny były wyjazdem na zagraniczne tournee. Jak dzieciak, który przecież jeszcze nic takiego w swoim życiu nie przeżył (mam przynajmniej taką nadzieję), mógł zagrać tak dojrzale?? To się nie mieści w głowie.


Odrębną kwestią jest genialna ścieżka muzyczna. Z jednej strony są piosenki przywodzące na myśl tamtą epokę, jak cover The Smiths "Please Please Please Let Me Get What I Want" w wersji Clayhill, z drugiej strony wspaniałe kompozycje fortepianowe Ludovico Einaudiego.

Cóż mogę powiedzieć. Kupiłem ten film nieco w ciemno i nie żałuję ani jednego wydanego funta.

Ocena: 10

दोस्ताना (2008)

Po film sięgnąłem dobrze wspominając "Garam Masala" i nie rozczarowałem się. "Dostana" jest lepszym jakościowo filmem niż GM, lepiej skonstruowanym, bardziej dopracowanym i po prostu zabawniejszym. Niestety muzycznie wypada znacznie gorzej od GM. Ale tu trudno jest jakiemukolwiek filmowi dorównać, bo ścieżka z "Garam Masala" należy do moich ulubionych i o pierwsze miejsce walczyć może jedynie z "Pokiri". Spośród wszystkich piosenek najbardziej podoba mi się remix "Maa Da Laadla" na napisach końcowych.


Jeśli chodzi o aktorstwo, to jak to zwykle bywa w bollywoodzkim kinie, twórcy starali się wyważyć piękno z talentem. W przypadku kobiet oba te elementy znaleźli w osobie Priyanki Chopry, która najwyraźnie rozwija się aktorsko. W "Donie" – gdzie tak naprawdę po raz pierwszy ją zauważyłem – miała jeszcze sporo braków, ale za to jak efektownie się prezentowała na ekranie. W "Dostanie" jest już zdecydowanie lepiej. Jeśli chodzi o mężczyzn, to tu niestety potrzeba było dwóch aktorów. John Abraham to ciało. W zasadzie gdyby paradował przez cały film półnagi, to sądzę, że większość żeńskiej publiczność nawet nie zwróciłaby uwagi na muzykę, scenariusz, dialogi. Ma się facet czym pochwalić. Szkoda tylko, że aktorsko jest do bani, a i z tańcem radzi sobie tylko wtedy, kiedy oglądają go ślepcy. Abhishek Bachchan to talent. Może wielkim aktorem nie jest ale w porównaniu z Johnem jest znakomity. Jednak on musi bazować na kostiumologach (by dobrze wyglądać) i scenarzystach, by zwracać uwagę. W "Dostanie" funkcjonuje i jedno i drugie. Bachchan znakomicie dogaduje się z Abrahamem i ma kilka wspaniałych scen z Priyanką.


"Dostanę" najlepiej oglądać na DVD w wersji ze scenami usuniętymi. Większość z nich została bowiem usunięta z powodów nie do końca przeze mnie zrozumiałych. Owszem, scenę w taksówce mogę usprawiedliwić (choć wersja ostateczna jest trochę nielogiczna przez cięcia). Bardzo dobrze, że zmieniono końcówkę. Jednak scena z Kunalem przykutym do łóżka czy kolacja z odchodzącym szefem Nehy są tak histerycznie wręcz śmieszne, że ich brak bądź też przycięcie to poważne błędy.

Ciekaw jestem, jak ten film przyjęło GLAAD i inne organizacje 'wojujących' gejów. Ten film jest bowiem tak naprawdę mocno anty- choć skrywa się pod bardzo atrakcyjną i łatwą do przełknięcia (!) otoczką.

Ocena: 8

Hitman (2007)

Długo nie mogłem zebrać się do obejrzenia "Hitmana". Z jakichś powodów wydawało mi się, że będzie to kompletny koszmar. Filmy takie jak "Max Payne" zdawały się jedynie wzmacniać to moje przekonanie. W końcu jednak przemogłem się i obejrzałem film... i zupełnie tego nie żałuję.


Timothy Olyphant bardzo dobrze poradził sobie w roli anonimowego perfekcyjnego zabójcy. Jak dla mnie mógłby być jeszcze mniej 'seksualny', ale nie znam gry, więc nie wiem jaki tam jest Agent 47. Fabuła mimo oczywistych logicznych luk trzyma się nawet nieźle i ogólnie jest to film na tym samym poziomie, a miejscami nawet lepszy niż choćby "X-Men: Ostatni bastion". Problem z tym filmem jest taki, że brakuje mu tempa. Całość jest ospała i za bardzo chaotyczna. I dotyczy to nie tylko fabuły filmu i reżyserii, ale też chociażby muzyki. Jest kilka fajnych tematów muzyczny, ale trafiło się też zgniłych jaj, od których można ogłuchnąć. W sumie jednak jest to całkiem niezłe kino.

Ocena: 6

Ps. Szkoda, że film nie przypomina zupełnie tego, co jest w zwiastunie.

piątek, 14 sierpnia 2009

Hamlet 2 (2008)

Cóż za rozkoszny film! To parodia filmów o nauczycielach inspirujących uczniów i wielka pochwała kiczu realizowana z czystej pasji. Andrew Fleming i Pam Brady pokazują, że czasem nie liczy się jakość, lecz autentyczny zapał, marzenia i miłość do X Muzy.


Niestety nie jest to film dla każdego. Fleming i Brady sami w sobie mają dość specyficzne poczucie humoru, a kiedy dodać do tego Steve'a Coogana, to już naprawdę mamy dowcipy jedyne w swoim rodzaju. Mnie odpowiada to poczucie humoru. Kocham Catherine Keener w tym filmie i Elisabeth Shue parodiującą samą siebie. Cudownie radzi sobie Skylar Astin, dla którego był to filmowy debiut. I jeszcze ta piosenka "Rock Me Sexy Jesus".


Po tym filmie mam nadzieję wiele osób z większą wyrozumiałością spoglądać będzie na kiczowate gnioty, które może mają wiele wad, ale za to robione są dla samego filmu a nie z wyrachowania i nabicia kieszeni forsą.

Ocena: 8

My Sister's Keeper (2009)

Nick Cassavetes znów powraca do formy, a może po prostu ma w sobie to coś, co sprawia, że najbardziej udają mu się sentymentalne opowieści o umieraniu. Tak było w przypadku "Pamiętnika", tak jest i teraz, choć "Bez mojej zgody" nie jest filmem aż tak dobry. Niemniej jednak jest to wzruszająca historia o tym, jak trudno jest pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby.


Kate Fitzgerald umiera. Choruje na złośliwą odmianę białaczki i większość swego niedługiego życia spędziła cierpiąc. W tym czasie przeżyła sporo dobrych i złych chwil i w końcu jest gotowa opuścić ten padół łez. Jest jednak ktoś, kto jej na to nie pozwala. To jej matka, która ślepo i bez wytchnienia walczy z wiatrakami, walczy o kolejny dzień życia córki, nawet jeśli jest to dzień spędzony na zwijaniu się z bólu i wymiotowaniu krwią. Nie potrafi powiedzieć dość, nie potrafi się powstrzymać. Dlatego też szokiem jest dla niej pozew, jaki otrzymuje pewnego dnia. Jej druga córka chce się 'uniezależnić medycznie' od rodziców i w ten sposób przestać być dawczynią organów i komórek dla umierającej siostry.

"Bez mojej zgody" to filmowy 'scrapbook'. Rozumiem dlaczego Cassavetes zdecydował się na ten krok, lecz wydaje mi się, że trochę przecenił swoje siły. Film jest trochę chaotyczny i ma zbyt wiele wątków. Trochę czasu zajmuje, zanim przyzwyczaiłem się do konwencji i był to czas niejako stracony. Kiedy jednak już się nią zaakceptuje "Bez mojej zgody" naprawdę wciąga i wzrusza.

Jak w "Pamiętniku" tak i tu nie zawodzi obsada. Reżyser doskonale dobrał aktorów. Diaz, Baldwin, Patric i Cusack to stare wygi i ich gra raczej nie dziwi – no może poza Diaz. Nie spodziewałem się po niej aż tak solidnej gry. Większe wrażenie robią jednak młodzi aktorzy, którzy po prostu trafili w dziesiątkę. Vassilieva jako Kate, Ellingson jako Jesse, nawet Dekker jako Taylor – każda z tych ról to popis dojrzałości i znakomitego opanowania. Najlepsza jest jednak Abigail Breslin. Ta dziewczyna naprawdę ma talent. Ciekawe jednak, czy będzie go potrafiła pielęgnować i utrzymać, kiedy już z dziewczynki stanie się kobietą. Jak wiadomo wielu osobom ta sztuka się nie udaje. Zresztą Breslin trochę się w tym filmie marnowała. Z jakichś powodów Cassavetes zainteresowany był jedynie tym, by Abigail wodziła po ekranie swoimi oczętami i tyle. Wszystko, co pokazała ponadto jest wartością dodaną.

Greg Laswell - Girls Just Want To Have Fun

Film ma też u mnie duży plus za muzykę.

Ocena: 7

czwartek, 13 sierpnia 2009

Chacun sa nuit (2006)

Francuski film o nastolatkach. Od razu więc można domyślić się, co też pojawi się na ekranie: młodzi ludzie, dla których seksualność nie ma etykietek czy granic. W przeciwieństwie jednak do większości podobnych filmów, zamiast trójki bohaterów, jest ich tym razem pięcioro. Reszta to już jednak bardzo typowa historia, niezależnie od tego, co w wywiadach próbują sprzedać widzom twórcy.


"Chacun sa nuit" jednak idzie jeszcze jednym tropem, tropem podjętym parę lat wcześniej przez Larry'ego Clarka w filmie "Bully". Oba obrazy łączy podobna historia oraz fakt oparcia ich na faktach. Jednak różni je podejście do tematu. Clark dokonuje wiwisekcji grupy, próbuje znaleźć wytłumaczenie, rozgryźć motywy zbrodni. Z kolei Arnold i Barr wolą nakreślić dynamikę grupy, wzajemne relacje, więzi emocjonalne. Nie dają jednak odpowiedzi na pytanie "dlaczego?". Każdy widz musi ułożyć tę historię samodzielnie, a być może i tak nie znajdzie w niej jednoznacznego wyjaśnienia. I za to film otrzymał ode mnie dodatkowe punkty. Sama forma bowiem jest nieco zbyt artystycznie nadęta i zblazowana. Nie do końca kupuję ten manieryzm i nachalność w byciu 'wyrafinowanym'.

Oglądając "Chacun sa nuit" nie sposób nie zwrócić uwagi na estetyczną stronę obrazu, przede wszystkim na urodę młodej obsady. Choć żadna z osób nie może pochwalić się typowo 'hollywoodzkim' pięknem (poza Karlem), większość z nich jest naprawdę pięknie ukazana. Na Karla i Lizzie z decydowanie będę miał w przyszłości baczenie.



(Karl E. Landler)



(Lizzie Brocheré, Arthur Dupont & Pierre Perrier)



(Guillaume Baché)



(Nicolas Nollet)



(Matthieu Boujenah)



(Stéphane Dauch)

Ocena: 7

środa, 12 sierpnia 2009

Cannibal Holocaust (1980)

Jak na prawdziwy film spod znaku exploitation przystało "Cannibal Holocaust" nie owija w bawełnę, nie bawi się w estetyczne metafory i gry, lecz trafia prosto do celu. Obraz jest znakomitą krytyką współczesnego społeczeństwa 'cywilizowanego Zachodu'. Oto czwórka młodych dokumentalistów wyrusza do dzikiego zakątka Amazonii i ginie bez śladu. Kolejna wyprawa odkrywa rolki taśmy filmowej, a na nich zapis nieszczęsnej wyprawy. To, co tam zobaczą to orgia barbarzyństwa i dziczy, dla której nie ma usprawiedliwienia. Jednak dokonują jej nie prymitywne plemiona kanibali, lecz właśnie owi cywilizowani biali, wyedukowani ludzie. Z butami wtryniają się do cudzych domów, niszczą, grabią, terroryzują, a na koniec gwałcą. Na swój tragiczny koniec z całą pewnością zapracowali.


Ten krytyczny portret cywilizacji pozostaje wciąż aktualny i film tak naprawdę niewiele się ze starzał. Jednak trudno uwierzyć w szczerość twórców, kiedy to, co jest przedmiotem krytyki jest zarazem tym, co sami twórcy bez żadnego ale stosują – co prawda nie w stosunku do ludzi ale do zwierząt, jest to jednak tylko drobna różnica. Scenę patroszenia żółwia mógłbym jeszcze zrozumieć, jeśli aktorzy rzeczywiście go zjedli, ale już mordowanie małpiatek to czyste brutalność na potrzeby efektownej sceny filmowej. Mnie to zalatuje hipokryzją.

I jeszcze słowo o wydaniu DVD. Ja mam wersję 2-płytową i jest to produkt znakomity. Pełno dodatków, całość dobrze przygotowana. Nie przypominam sobie, by którekolwiek z polskich arcydzieł filmowych doczekało się podobnego potraktowania. Dużo to mówi o naszym rynku DVD, jeśli "Cannibal Holocaust" ma lepsze wydanie niż na przykład "Ziemia obiecana".

Ocena: 6

Easy Virtue (2008)

To szokujące, że "Easy Virtue", które aż skrzy się od znakomitych dialogów do tej pory istniało w kinie tylko za sprawą niemego filmu Alfreda Hitchcocka. Na szczęście błąd ten naprawia Stephan Elliott i to w jakim stylu! Udało mu się przywołać na ekran atmosferę starych komedii, w których najważniejsza była cięta riposta. W "Easy Virtue" tych z całą pewnością nie brakuje. Cudownie celnie korzysta z nich przede wszystkim Colin Firth, który sprawia wrażenie, jakby bez zupełnie nie musiał się starać, jakby miał to we krwi. Kristin Scott Thomas wtóruje mu z niezrównaną siłą, choć jej kreacja trochę za bardzo kojarzy mi się z Emmą Thompson z "Powrót do Brideshead". Jessica Biel ku mojemu zdumieniu poradziła sobie ze swoją rolą też całkiem nieźle.


Najbaczniej przyglądałem się jednak Benowi Barnesowi, a to z powodu jego udziału w "Dorianie Greyu". Muszę powiedzieć, że do tej pory nie byłem przekonany, czy jest on w stanie sprostać roli. Po "Easy Virtue" odetchnąłem z niejaką ulgą. Ben w klasycznej brytyjskiej roli poradził sobie znakomicie, był bardzo naturalny, choć może nie błyszczał tak jak powinien. Mam teraz pewność, że roli Doriana całkowicie nie zawali, ale czy będzie w niej dobry... na to pytanie nie znam odpowiedzi.

W każdym razie Elliott po bardzo długiej przerwie zrobił film, który może drugą "Priscillą" nie jest, ale jest dowodem na to, że w końcu trafił on z powrotem na właściwe tory. Oby następny film był jeszcze lepszy i nie musiał na niego czekać 10 lat.

Ocena: 7

niedziela, 9 sierpnia 2009

Hunger (2008)

W dołączonym jako dodatek wywiadzie z reżyserem, pytający wielokrotnie porusza kwestię, jak to "Hunger" to zupełnie nowa jakość, że takiego filmu jeszcze w kinie nie było. Oczywiście jest to spora przesada. Steve McQueen zrealizował film, który spokojnie można postawić między "Jego brat" Chéreau a "Import/Export" Seidla. Jednak w kinie brytyjskim rzeczywiście podobnego filmu już bardzo dawno nie było.


"Hunger" składa się z dwóch wyraźnie różnych części. Pierwsza, jak opisuje sam McQueen przypomina płynięcie rzeką i przyglądanie się mijanemu krajobrazowi. To obraz Irlandii początku lat 80. Nie ma tu jednego głównego bohatera. Poznajemy osoby stojące po różnych stronach konfliktu: strażnika, policjanta, więźniów z IRA, ich rodziny. Bardzo prostymi, lecz skutecznymi środkami McQueen kreśli obraz świata ludzi postawionych pod ścianą, zdesperowanych, nie mających w zasadzie żadnego pola manewru.

Druga część filmu wymaga naprawdę mocnych nerwów. McQueen bez sentymentu, bez próby odwracania wzroku, łagodzenia szoku, pokazuje stopniową anihilację człowieka. Bohaterem tej części jest Bobby Sands, inicjator strajku głodowego i pierwsza jego ofiara, który umierał przez 66 dni. McQueen skonsolidował to do półgodziny i jest naprawdę 30 minut prawdziwego wstrząsu emocjonalnego.

Pomiędzy tymi dwiema częściami znajduje się łącznik – najwspanialsza scena całego filmu, popis aktorskiego kunsztu, nakręcona w jednym 22-minutowym ujęciu. To scena w której ksiądz rozmawia z Bobbym. Obaj pragną zjednoczonej Irlandii, lecz każdy dąży do tego innymi metodami. Ksiądz próbuje wyperswadować Bobby'emu strajk, ten wyjaśnić powody, dla który nie ma wyboru. McQueen tak napisał tę scenę, że tak naprawdę obaj mają rację. Ksiądz ma rację, kiedy mówi, że strajk głodowy nie jest rozwiązaniem, że Bobby nie myśli klarownie. Bobby z kolei ma rację – będąc postawionym pod ścianą, może już tylko poświęcić samego siebie. To działanie najwyższej desperacji, przyznanie się do porażki, ale jednak jego rezultatem może być coś nowego. Wspaniała scena, stanowiąca znakomity spinacz całego filmu.

Postawiłbym pewnie "Hunger" 10, gdyby nie ostatnia sekwencja i sceny z młodym Bobbym. Przy całej surowości filmu ten sentymentalny akcent na zakończenie brzmi fałszywie.

Ocena: 9

L'instinct de mort (2008)

Francuzi ostatnio wznoszą się coraz wyżej i wyżej i to niemal we wszystkich gatunkach filmowych. Po blamażu jakim byli "Żołnierze mafii", przyszła pora na kawał solidnego kina kryminalnego. Pierwsza część dylogii o Jacquesu Mesrinie to film dobry, choć zrealizowany podług doskonale znanego wzorca. Pewnie dlatego nie porwał mnie, ale też i nie znudził, jak wiele podobnych mu obrazów.


Film oczywiście sprawdza się w dużej mierze za sprawą kreacji aktorskich. Vincent Cassel zasłużenie otrzymał Cezara. Jest znakomity, szczególnie w scenach więziennych. Klasę pokazuje też Gérard Depardieu. Urocza ale i pełna aktorskiego wdzięku okazała się także Elena Anaya.

Po obejrzeniu pozostała mi ciekawość i chrapka na część drugą, co chyba najlepiej świadczy o tym, że obejrzenie filmu nie było stratą czasu.

Ocena: 6

No-Do (2009)

Ten film to zdecydowanie nie moja para kaloszy. Nie kupuje całej tej mody na łączenie Kościoła z teoriami spiskowymi, które od czasu "Kodu Leonarda Da Vinci" jest głównym nurtem mainstreamowej literatury, a teraz i kina. Ci jednak, którzy lubią tego rodzaju historie, odnajdą się w "Wezwanych" bez problemu.


Dla mnie "Wezwani" okazali się filmem wtórnym, nudnym i ogólnie mało satysfakcjonującym. Spodobał mi się ogólnie pomysł tych astralnych istot i podział na dobre i złe cuda. Wydaje mi się, że mógłby z tego powstać niezły serial SF. Niestety jako film wydaje się o prostu kolejną częścią "Udręczonych". Szkoda mi Any Torrent, ale cóż, takie jest życie aktorki.

Ocena: 4

Little Ashes (2008)

Zaletą ale i wadą filmu jest to, że próbuje się on podpiąć pod modę na "Brokeback Mountain". Efekt filmu Anga Lee widać od pierwszej do ostatniej minuty w tym ślepym nacisku na tragiczny los miłości Dalíego i Lorki. Jest to zaletą, bo Paul Morrison wie, jak opowiedzieć wzruszającą historię. Jeśli zatem komuś podobają się melodramaty, ten "Little Ashes" będzie zachwycony. Nie powiem, ja też się wzruszyłem, ale nie było to w stanie zatrzeć irytacji, jaką czułem oglądając film, a którą wzmocnił jeszcze wywiad z reżyserem dołączony jako dodatek.

Błędem było ustawienie całej fabuły pod dyktando miłosnej relacji pomiędzy Dalím i Lorką. Zamiast na Lee, Morrison powinien bardziej opierać się choćby na Venturze Ponsie i jego "Food of Love". Całość byłaby o wiele bogatsza, gdyby pokazano przede wszystkim fascynację artystyczną i wzajemne nieuchronne przyciąganie dwóch osobowości sztuki, dla którego relacja homoseksualna byłaby jedynie fizycznym objawem. Ich 'romans' byłby zatem elementem znacznie większej całości, która pozwoliłaby też lepiej zrozumieć zachowanie Buñuela. Niestety ta ignorancja ze strony Morrisona sprawia, że całość o wiele mniej wyrazista i bogata.


Nie oglądałem "Zmierzchu" ani "Pottera", więc "Little Ashes" było moim pierwszym spotkaniem z Robertem Pattinsonem i muszę powiedzieć, że nie było to nieprzyjemne doświadczenie. Pattinson miał niezwykle trudną rolę do zagrania. Transformacja Dalíego jest dość istotnym elementem fabuły i aktor poradził sobie z nią dobrze, tylko tu i ówdzie potykając się na wyboistej drodze.



Jednak film zapamiętam tylko i wyłącznie ze względu na Javiera Beltrána. OMFG! Cóż za fantastyczny debiut na dużym ekranie i to na dodatek w obcym sobie języku. Beltrán przypomina mi Eduardo Noriegę z "Plata quemada". Mam nadzieję, że będzie miał podobnie owocną i ciekawą karierę. Ja w każdym razie będę mu kibicował.



Ocena: 7

sobota, 8 sierpnia 2009

J'embrasse pas (1991)

Niektórym szczęście nie jest pisane. Nawet jeśli nic nie muszą robić, bo samo się do nich uśmiecha, oni odtrącają je, nienasyceni, niespokojni, niezadowoleni. "J'embrasse pas" to właśnie portret takiej osoby.


Pierre mógł mieć wszystko: spokojne życie na gaskońskiej prowincji, przytulne gniazdko u boku zafascynowanej nim kobiety, wygodne życie podawane mu na tacy przez podstarzałego geja. Nic tylko wybierać i przebierać. Jednak Pierre nie potrafi tego przyjąć. Dziki, pchany jakąś dziwną siłą, którą można chyba tylko z hubris porównać, odrzuca to, co zostaje mu ofiarowane w zamian wybierając los żebraka, dziwki, a w końcu ofiary gwałtu. Téchiné spokojnie i bez afektacji kreśli portret człowieka spalanego wewnętrznym ogniem, któremu brak talentu i celu, by stać się kimś wielkim.

Jak zwykle film Téchiné nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jak dla mnie "J'embrasse pas" jest może nieco zbyt wystylizowany, teatralny, ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się i już pod koniec w ogóle mnie to nie raziło. Manuel Blanc całkiem nieźle poradził sobie z główną rolą, biorąc pod uwagę jak niedoświadczonym był wtedy aktorem. Oczywiście z perspektywy czasu film ogląda się przede wszystkim dla Emmanuelle Béart, która wygląda uroczo w czarnych włosach.

Ocena: 7

Une vieille maîtresse (2007)

I drugie w dniu dzisiejszym rozczarowanie! Jak Catherine Breillat mogła popełnić coś aż tak banalnego! Kto jak kto, ale po niej nie spodziewałem się, że z taką łatwością da się wtłoczyć w gorset kostiumowego melodramatu. "Starą kochankę" mógł nakręcić pierwszy lepszy dewot z Hollywood.


Pomysł fatalnego zauroczenia w XIX-wiecznej Francji, tragicznego romansu, związku miłości i nienawiści i do tego z kobiecego, by nie powiedzieć feministycznego punktu widzenia, był wręcz idealny. Breillat powinna była zrobić z tego krwisty i niepokorny obraz namiętności w okowach konwenansów. Tymczasem owe konwenanse tak ją zaślepiły, że o namiętności nie może być mowy. Bohaterowie mogą sobie mówić o uczuciach ile tylko chcą, ja i tak w nie nie uwierzyłem.

Nie rozumiem, co w filmie robi Fu'ad Ait Aattou. Jak sądzę reżyserka zatrudniła go tylko i wyłącznie ze względu na jego usta, których zbliżeniami katuje nas przez pół filmu. Gdyby to jeszcze były jakieś naprawdę atrakcyjne usta! Ale, nie. U Scarlett Johansson czy Angeliny Jolie wyglądałyby one ponętnie, ale na mało męskiej twarzy Aattou wyglądały po prostu śmiesznie, jakby cierpiał na jakąś alergię. Jednak nawet taki żółtodziób jak Fu'ad potrafił poradzić sobie lepiej niż Asia Argento. Breillat musiała być czasowo niepoczytalna, kiedy zgodziła się ją zatrudnić. Kłoda drewna ma w sobie więcej życia i sprzecznych emocji. Jedynie jej charakteryzatorzy się postarali, włosy na czole układające się w pośladki to bardzo fajny i sprytny zabieg. Szkoda tylko, że tak dosłownie pokazuje, gdzie może sobie Asia włożyć marzenia o aktorskiej karierze.

Ocena: 5

Pedro (2008)

Byłem właśnie w klasie maturalnej, kiedy MTV nadawało trzecią serię Real World z Pedro Zamorą. Pamiętam jak dziś, że program ten zrobił na mnie duże wrażenie, właśnie ze względu na postać Pedro. To było coś innego, niż oglądanie łzawych dramatów. To był prawdziwy człowiek, który żył i umierał niemalże na moich oczach. Do dziś pamiętam niektóre sceny z tego filmu, pamiętam też nie tylko Pedro ale i resztę obsady, nawet obleśnego Pucka, którego mimo wszystko lubiłem i Judda i Pam – moich ulubieńców.


Dlatego też po prosu nie mogłem nie sięgnąć po film "Pedro". Niestety teraz żałuję. Nick Oceano nie wysilił się. Jego film to bardzo prosta biografia, wyliczająca najważniejsze sceny i nawet nie próbująca pokazać, jakim człowiekiem był Pedro i jaki miał wpływ na ludzi wokół. Miał 22 lata, kiedy zmarł, a 17 kiedy dowiedział się, że jest chory. Miał marzenia, plany, był jeszcze młody i niedojrzały, ale rzucił się na głęboką wodę przedwczesnej dojrzałości. W filmie nie ma tej chorobliwej wręcz pasji, jaka biła od Pedro w każdej sekundzie Real World. A ponieważ spora część materiału polegała po prostu na odegraniu przez aktorów scena znanych z telewizji, całość wydała mi się kompletnie pozbawiona sensu. W zasadzie lepiej byłoby, gdyby MTV zrobiło dokument. Materiały z RW i Tribute to Pedro Zamora wystarczyłyby na zrobienie wzruszającego i motywującego obrazu. A tak kicha. Od scenarzysty "Milka" mogłem spodziewać się czegoś zdecydowanie lepszego.


Z całej obsady wspomnieć mogę tylko Justinę Machado. Nikt inny nie zasługuje na pamięć.

Ocena: 5

piątek, 7 sierpnia 2009

Gigante (2009)

Mam szczerą nadzieję, że w Urugwaju powstają też inne filmy, niż te w rodzaju "Gigante". Na dłuższą metę nie da się tego bowiem wytrzymać. Raz na jakiś czas, na festiwalu można to przetrzymać. W normalnej dystrybucji to jednak się nigdy nie sprawdzi. A już z całą pewnością nie w przypadku tego filmu.


Po zakończonym seansie poczułem się oszukany przez reżysera. Przez cały film Adrián Biniez prowadzi narrację w bardzo 'artystyczny' sposób. Długie, pozornie puste ujęcia, mało dialogów i znikoma ilość akcji. Wydawać by się mogło, że ma coś do powiedzenia, a ekranowa pustka doprowadzi do czegoś konkretnego. Tymczasem Biniez wybiera najbardziej lamerskie z możliwych zakończeń – ckliwą scenkę rodzajową, która pasuje do filmu równie udanie co klasyczna mała czarna zapaśnikowi sumo. To mogło się sprawdzić w telenoweli albo w komedii romantycznej, ale nie w "Gigante".

Ocena: 5

G.I. Joe: The Rise of Cobra (2009)

Wiedziałem, że będzie to gniot, ale nie sądziłem, że aż taki. Na film wybrałem się mimo złych przeczuć, bo w obsadzie jest pełno osób, które lubię, z Adewale Akinnuoye-Agbaje na czele. To, co zobaczyłem na ekranie zdumiało mnie kompletnie. Aktorzy, o których, wiem, że potrafią grać, tu zachowywali się jak kompletne tłumoki. Jedynym usprawiedliwieniem byłoby dla nich to, gdyby okazało się, że reżyser nakazał im deklamować dialogi tak, jak to się robi w pornosach. A nawet wtedy to, co wyprawia Dennis Quaid byłoby niewybaczalne. Quiad sięgną dna i przebił się na drugą stronę wlokąc za sobą całą resztę: Akinnuoye-Agbaje, Eccleston, Gordona-Levitta, Miller, Pryce'a, Taghmaoui'ego.


Fabuła jest równie tak rachityczna, jakby zagłodzoną ją w którymś z obozów pracy w Korei Północnej. Zaś efekty specjalne przywodzą na myśl gry na Spectrum bądź Atari, a nie produkcję wytwórni zrealizowaną na początku XXI wieku. Z całego filmu spodobała mi się tylko i wyłącznie pierwsza scena walki dzieciaków. Tu jakoś udało mi się załapać humor.


(Grégory Fitoussi)

"G.I. Joe" przywodzi na myśl stare kiczowate filmy typu "Flash Gordon" czy "Zardoz". Jednak choć je przypomina sam do nich nie należy. Tamte filmy miały w sobie pewną naiwność i choć wierzę, że Sommers też ją ma, to już jego producenci z Lorenzo di Bonaventurą nie – dla nich "G.I. Joe" to tylko dojna krowa, którą trzeba opróżnić z ostatniej kropli mleka, zanim skieruje się ją do rzeźni. Szczerze, wolałbym sobie obejrzeć "Szpiega bez matury" raz jeszcze (ach ta scena ze skorpionem!) niż męczyć się na "G.I. Joe". Nawet "Żołnierze kosmosu 3" są lepsi.

A jednak po przeczytaniu książki Michaela Chabona o wartości literatury pulpowej, a w szczególności początku komiksu, nie skreślam całkowicie film. Dla młodych, ale naprawdę młodych chłopaków, "G.I. Joe" będzie na pewno dobrą rozrywką. Oglądać to będą z wypiekami na twarzy, tak jak ich pradziadkowie zaczytywali się pierwszymi numerami przygód Aquamana, Green Horneta i wielu innych.

środa, 5 sierpnia 2009

The Elephant King (2006)

Czasem ucieczka naprawdę jest potrzebna. Nabranie dystansu, oddechu, uwolnienie się. Jednak kiedy zaczniesz uciekać, trudno jest się zatrzymać. A im dłużej zwlekasz, tym jest to trudniejsze. Wie o tym doskonale Oliver, który przed swoją rodziną uciekł aż do Tajlandii. Ten raj na ziemi szybko staje się więzieniem. Oliver żyje dniem dzisiejszym, ale lepszym słowem byłoby 'wegetuje'. Pije, ćpa i obija się, próbując zabić tęsknotę. Namolne telefony matki tylko wzmacniają jego upór, ale i zwiększają tęsknotę. Postanawia więc sprowadzić do siebie brata. Sądzi, że kiedy nie będzie sam, ucieczka nie będzie aż tak straszna. Niestety pomysł nie wypali. Wręcz przeciwnie, broń zdaje się eksplodować w jego dłoni. I teraz tylko naprawdę dramatyczne zdarzenie może go wyrwać z błędnego koła.


"Król słoni" ma w sobie spory potencjał. Seth Grossman chyba zdawał sobie z tego sprawę, ale z braku doświadczenia (?) a może talentu nie był w stanie go wykorzystać. Obraz ledwie ślizga się po powierzchni emocji. Zajawia je, ale nie wnika głębiej. Kilka scen ma bardzo symbolicznie mocny wydźwięk, ale też sporo jest chybionych posunięć. Tate Ellington radzi sobie nieźle w roli Olivera. Za to Ellen Burstyn jest zupełnie niewykorzystana. Jej rolę mogłaby zagrać każda starsza aktorka. Reżyser zdawał się potrzebować po prostu zapchajdziury i nie wiedział, co zrobić z aktorką tej klasy.

Ocena: 6

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Silk (2007)

O matko! Gdyby ten film był człowiekiem, zostałby bez wątpienia zamknięty w szpitalu psychiatrycznym z diagnozą 'schizofrenia katatoniczna. Stupor, w jaki wprowadza ten gniot nie da się z niczym porównać. Widziałem w tym roku wiele złych filmów, ale tylko jeden był gorszy, bo też "Jedwab" naprawdę trudno jest przebić.


Nudny monolog narratora z offu, który usypia już po pięciu minutach, to tylko najdrobniejsza z niedogodności. Zdecydowanie bardziej w kość daje się brak fabuły, bohaterów, a nawet przyzwoitości, by wprowadzić jakiś patetyczny morał, który mógłby być wykorzystany jako wymówka. Postaci snują się po ekranie niczym dusze zmarłych nieszczęśników, których nie stać na przejażdżkę promem po Styksie. Ma tu być namiętność, poświęcenie, miłość. Ale nic z tych rzeczy nie przebija się przez grubą warstwę nadętego samouwielbienia lirycznych bohomazów. Po 20 minutach miałem dość i przez resztę trwania filmu tylko jednym okiem sprawdzałem co się dzieje – i za każdym razem okazywało się, że nic się nie zmieniło.

Reżyser kompletnie mnie rozczarował. Po autorze "Purpurowych skrzypiec" spodziewałem się jednak więcej prawdziwych uczuć, a nie śmierdzącej szambem imitacji.

Ocena: 1