środa, 30 września 2009

L'ora di punta (2007)

"Godzina szczytu" sprawia wrażenie, jakby została zrobiona przez ślepego i głuchego: dostali dobre materiały, ale nie potrafili się ze sobą dogadać na tyle, by to połączyć w jedną funkcjonalną całość. Historia faceta, który chciałby się dostać na szczyt nie jest odkrywcza, lecz dwie kobiety, szantaż, przeliczenie się z ambicjami – wszystko to dawało okazję do stworzenia intrygującej historii.


Niestety Vincenzo Marra nie posiada cierpliwości, jaką winien się charakteryzować dobry bajarz. Nie rozwija płynnie wątków. Jemu wystarczy, że mężczyzna i kobieta są w jednym pomieszczeniu, a uczucie samo się rozpala (przynajmniej w jednej ze stron). Takich skrótów myślowych jest w "Godzinie szczytu" o wiele za dużo, by dało się to przełknąć. Co gorsza, czasem twórcom udaje się natknąć naprawdę na coś ciekawe, na przykład jakiś bardzo dobry kadr. Jest to jednak ignorowane i zupełnie nie wygranej w całość. Szkoda.

Z całego filmu najbardziej fascynujący był dla mnie odtwórca głównej roli - Michele Lastella. Nie dlatego, że grał dobrze (bo nie grał), ale dlatego, że udało się go uchwycić w niezwykłym momencie. Przy swoich 32 latach znalazł się na granicy pomiędzy młodzieńczością a dojrzałości i widać to doskonale na jego twarzy. Kiedy się uśmiecha, nawet jeśli kryje się za nim coś innego, jego twarz młodnieje, rozświetla się. Kiedy z kolei jest poważny, widać na niej już piętno wieku. Fascynujące. Z kolei Fanny Ardant (dla której tak naprawdę sięgnąłem po film) chyba wolę w bardziej żywych, ognistych barwach włosów.

Ocena: 4

(2008) אנטרקטיקה

Ech, co za rozczarowanie. Nie wiem do końca, czego się spodziewałem, ale wiem, że "Antarctica" tych oczekiwań nie spełniła. Pierwszy film Hochnera "Yeladim Tovim" nie był jakimś genialnym filmem. Po jego obejrzeniu jęczałem, że chaos góruje nad całą konstrukcją. Jednak w porównaniu z nowym filmem, wtedy wykazał się i artyzmem i wyczuciem.


Początek filmu jest obiecujący. W ciągu 15 minut w zmyślny sposób zaprezentowani zostają wszyscy główni bohaterowie, a zarazem zarysowany zostaje cały pomysł filmu – kilka osób i ich perypetie sercowo-łóżkowe. Niestety potem jest już tylko ostra ślizgawka w dół. Pomysł z kosmitami jest kompletnie od czapy. Całość sprawia wrażenie amatorskiej produkcji, co jest po części usprawiedliwione, gdyż większość aktorów nie miała wcześniej doświadczenia w grze przed kamerą. Scenariusz zaś to spis pobożnych życzeń, z których niewiele wyszło. I co najgorsze, w przeciwieństwie do "Yeladim Tovim", tu prawie nie ma smaczków, które mogłyby film ratować.



Przez ostatnie kilka lat bacznie obserwuję izraelskie kino i "Antractica" jest największym rozczarowaniem (deklasujący "Beaufort", który był średniakiem, ale nie rozczarował aż tak bardzo).

Ocena: 4

poniedziałek, 28 września 2009

Кремень (2007)

Nie ma to jak artystyczny bełkot. I co śmieszne, patrząc po ocenach, ludzie dają się na niego nabrać. A ja zachodzę w głowę i nie jestem w stanie zrozumieć, co też może się w tym filmie podobać.


Główny bohater ma być prostym człowieczkiem z prowincji. Bardziej jednak przypomina jakiegoś niedorozwoja, który nie orientuje się w tym, jak to się żyje w wielkim świecie. Może i dałoby się to zrozumieć, gdyby nie fakt, że był w wojsku, a tam fala i demoralizacja spora, więc jakim cudem się z nią do przyjazdu do Moskwy nie spotkał, nie jestem w stanie zrozumieć. Potem jest jeszcze gorzej. Jakiś dziwne pseudointrygi, idiotyczna strzelanina jako scena kulminacyjna i nic z tego nie wychodzi.

Przewodni temat muzyczny jest niezły, ale katują nim zbyt często i nawet on się nudzi.

Ocena: 3

niedziela, 27 września 2009

Fighting (2009)

Dito Montiel niestety filmem "Fighting" pokazał, że nie rozwija się jako artysta. Całość została zrealizowana jak któryś z bardzo tanich filmów niezależnych, z grubo ciosaną fabułą i drewnianymi dialogami. Problem jednak w tym, że nie jest to już kino stricte niezależne, a film odrobinę wyżej stojący w hierarchii. Widać to w fabule, która ma ambicje bycia dramatem obyczajowym i kinem akcji w jednym.


Niestety do duńskiego obrazu o tym samym tytule "Fightingowi" sporo brakuje. Jest to nawet gorsza rzecz od "Męskiej gry", bo tak przynajmniej można było mówić o logicznej całości. Tu najpierw pada deszcz, by później bohaterowie mówili, że na deszcz się zbiera. Są jakieś dziwne sceny, które mają niby pogłębiać portret psychologiczny bohaterów, a w rzeczywistości tylko mieszają w głowie. Są też sceny walki, które mają być realistyczne, a mnie raczej śmieszyły.


Na szczęście film ma też kilka plusów. Po pierwsze spodobało mi się to, jak pokazany jest tu Nowy Jork. Tu Montiel idzie śladami Allena i Scorsese i z miasta tworzy niemalże równorzędnego bohatera (a miejscami nawet ciekawszego niż ludzie). Obraz ma też rewelacyjną ścieżkę dźwiękową i to zarówno tę ilustracyjną (motyw przy walce z olbrzymem – cudo) jak i piosenki. Aktorsko też mogło być gorzej. Jednak Montiel popełnił błąd angażując do roli Harveya Terrence'a Howarda. Nie wierzę, że ktoś taki jak Howard mógłby przetrwać na ulicach Nowego Jorku.

Ocena: 5

Julie & Julia (2009)

Ten film jest jak wata cukrowa. Praktycznie nic tu nie ma, ale tę pustkę idealnie maskuje chwilową przyjemnością. To urocza opowiastka, pełna ciepła i bezpiecznego sentymentalizmu. Jedyne, co tak naprawdę mnie tu raziło to połączenie obu historii w jeden film. Niestety moim zdaniem to nie jest fair dla bohaterów. W ten sposób i jednak i druga Julia nie są zaprezentowane w pełnej krasie, jak to mogło być. Wszystko ma charakter prawie prowizoryczny i gdyby nie aktorzy, pewnie nie udałoby się reżyserce wybrnąć z tego zwycięsko. Na szczęście dla mnie jako widza, "Julie & Julia" okazało się daniem bardzo smacznym.


Amy Adams wciąż jest szarą myszką i jej gra aktorska wymaga sporo poprawek, ale już Meryl Streep był znakomita. Miejscami popadała w przesadę, ale w jej wykonaniu za wiele to nigdy zbyt wiele. A kiedy w kilku momentach przeskakiwała na dramatyczne tory, po plecach mógł przebiec dreszcz, tak mocny jest jej talent. Mnie jednak najbardziej spodobał się Stanley Tucci. Gra cicho, spokojnie, na drugim planie. Daje się całkowicie przyćmić Streep, a właśnie paradoksalnie dzięki temu wygrywa. Jego spokojna obecność u boku jest tak olbrzymim stabilizatorem, że po prostu nie wyobrażam sobie tego filmu bez niego. Szkoda trochę, że Chris Messina nie jest aktorem o podobnym talencie. Mówię szkoda, bo lubię go i chciałbym, aby odniósł sukces.

Ocena: 7

sobota, 26 września 2009

Rewers (2009)

No, no, Borys Lankosz zrobił mi prawdziwą niespodziankę i nakręcił film – polski film! – na którym doskonale się bawiłem. Pierwsza godzina to komediowe arcydzieło na światowym poziomie, genialna wręcz gra konwencją i prezentacja przysłowiowych wręcz postaci (jak 'brunet wieczorową porą') w krzywym zwierciadle. Kiedy dochodzi do sceny kolacji z buchalterem, po prostu płakałem ze śmiechu. Agata Buzek przeszła moje najśmielsze oczekiwania, fantastycznie odgrywając skrajnie satyryczną wersję szarej myszki, która skrywa buzujący w niej seksualizm. Rozbudza go nieokrzesany brutal, którego brawurowo odegrał Marcin Dorociński (to jego pierwsza od czasu "Pitbulla" rola, którą mnie zachwycił). Są jeszcze Krystyna Janda i Anna Polny, które również grają genialnie.

Niestety po godzinie w filmie pojawia się nagły zwrot akcji, który niestety przetrąca skrzydła dziełu Lankosza. Twist mógł się udać, gdyby nie był rozegrany aż tak serio. Scena szantażu jest jakby wyjęta z innego filmu i kompletnie nie pasuje do wcześniejszej konwencji. Później "Rewers" staje się czarną komedią w stylu braci Coen, co jednak sprawia wrażenie działań mających na celu minimalizację strat. Szkoda niestety już się dokonała i gorzkiego smaku nie dało się do końca wymazać.

Kiedy zobaczyłem werdykt jury w Gdyni, śmiałem się, że o Złotych Lwach dla "Rewersu" zdecydowała charakteryzacja, skoro film nie nagrodzono ani za reżyserię ani za scenariusz. Jednak choć powiedziałem to w żartach, to jest to bardzo bliskie temu, co rzeczywiście miało miejsce. Otóż "Rewers" jest bez wątpienia najlepszych filmem polskim w ciągu ostatnich 10 (a może i więcej) jeśli chodzi o realizację. Zdjęcia, muzyka, a przede wszystkim pięta achillesowa naszej kinematografii – dźwięk! – tu są na najwyższym poziomie.

Ocena: 8

czwartek, 24 września 2009

Surrogates (2009)

Oglądając "Surogatów" poczułem się jak koroner, który bada zawartość żołądka, nie, raczej jelita, próbując odgadnąć co też denat jadł przed śmiercią. Wszystkie wartościowe elementy zostały pochłonięte, pozostawiając po sobie smrodliwą breję. Można w niej odnaleźć resztki z "Blade Runnera", "Terminatora", "Matrixa", "Roku 1984", "Diuny" (książkowej) a nawet teledysków Björk, nie mówiąc już o co drugim filmie o stróżu prawa, który naznaczony jest osobistą tragedią. Niestety twórcy kompletnie pogubili się w tym, co chcą powiedzieć i w rezultacie film jest o niczym.


Najgorsze jest jednak to, jak nieprzekonująca jest wizja przyszłości. Mostow i spółka poszli po najmniejszej linii oporu, a wystarczyło, że spędziliby choćby tydzień w takim Second Life, aby zorientować się, jak będą wyglądać i zachowywać się ludzie mający możliwość wirtualnego funkcjonowania bez niebezpieczeństw i bez konsekwencji.

"Surogatów" mogło uratować poczucie humoru. Bohater grany przez Bruce'a Willisa aż się prosił, by potraktować go jako swoistą parodię Davida Addisona Jr. Niestety i tu twórcy sprawiają zawód. Film jest zrobiony tak serio, że wręcz staje się własną karykaturą i tak naprawdę jest tylko nieco lepszą wersją "Jumpera".

Ocena: 3

środa, 23 września 2009

O Ano em Que Meus Pais Saíram de Férias (2006)

W ostatnim czasie w Ameryce Południowej powstała cała seria filmów opowiadających o dyktaturach wojskowych z perspektywy dzieci. Film "O Ano em Que Meus Pais Saíram de Férias" nawiązuje równorzędną walkę z najlepszymi z nich, choć do na przykład "Machuca" trochę mu brakuje. Jest za to lepszy od niedawno oglądanej przeze mnie "Crónica de una fuga".


To, co spodobało mi się w tym filmie to lekkość, z jaką reżyser wymieszał różne składniki. Jest więc odrobina dramatu politycznego, jest historia żydowskiej diaspory w São Paolo i jest piłka nożna wraz z walką Brazylii o trzeci tytuł Mistrza Świata. Wszystko to zostało idealnie wyważone, nic nie zostaje pominięte. Tworzy to skomplikowany i dość pełny obraz zjawisk, z jakimi miano wtedy do czynienia. Główny bohater jest może trochę nazbyt naiwny i ślepy (zwłaszcza jeśli porówna się go z jego rówieśnikami), ale cóż, taka najwyraźniej była wizja reżysera.

Ocena: 7

P.S. (2004)

Są takie filmy, które mogłyby być zupełnie o niczym, ale dzięki innym elementom stają się niezwykle fascynującymi. Takim filmem jest właśnie "P.S.". Co ważniejsze, nie jest to film o niczym, choć fabuła – zwłaszcza pod koniec – mogłaby zostać nieco lepiej opracowana. Jednak prawdziwą wartość obrazowi nadaje Laura Linney. Po mistrzowsku odegrała ona kobietę, której życie zabrnęło w ślepy zaułek. Zrezygnowana, zagoniona, żyje z piętnem romansu sprzed 20 lat. Tamta sprawa nie mogła zostać zamknięta, gdyż chłopak zmarł w tragicznych okolicznościach. Teraz jednak za sprawą sobowtóra chłopaka, ma szansę zamknąć rozdział młodzieńczej miłości i zakochać się raz jeszcze.


Linney ma kilka fenomenalnych chwil, jak choć to jak rozjaśnia jej się twarz, kiedy słyszy zapowiedź randki, bądź też cudowna scena przed lustrem, kiedy opisuje chłopakowi miernotę życia z artystyczną porażką. Powinna była za tę rolę otrzymać co najmniej nominację do Oscara (choć trzeba przyznać, że akurat w tamtym roku było sporo dobrych ról kobiecych).

Linney to nie jedyny plus opowieści. Spodobała mi się konstrukcja bohaterów i ich wzajemnych relacji: przyjacielska relacja męża i żony, która zostaje wystawiona na próbę czy przyjaciółka głównej bohaterki (również bardzo dobrze zagrana przez Marcię Gay Harden. Czuje się, że film ma literacki pierwowzór, jakoś trudno mi bowiem uwierzyć, by stosunkowo mało znani twórcy byli w stanie wymyślić aż tak wielowarstwowy scenariusz. Spodobały mi się zdjęcia, choć manipulacja z nasyceniem kolorów była zbyt oczywista.

Najsłabiej w całym filmie wypada główny wątek. Choć lubię Tophera Grace'a, to jednak do Linney nie do końca pasował. Gasiła go ona w każdej scenie i jedyne, co Topher mógł robić, to po prostu dobrą minę do złej gry – to mu akurat wyszło, więc całej roli nie spalił.

Ocena: 7

niedziela, 20 września 2009

Off the Map (2003)

Czarujący film o niczym , który przy okazji opowiada kilka prawd o życiu. Skromny, pozbawiony fajerwerków odkrywa przed nami prawdziwy czar zwyczajności. Tak jak główni bohaterowie żyją dniem codziennym z dala od zgiełku cywilizacji, tak i ten film próbuje pozostać wierny prostocie i w niej szukać pocieszenia. W takim otoczeniu wszystko ma inny smak czy to smutek czy też radość. Przestrzeń sprawia, że łatwo zdziwaczeć czy oszaleć, lecz właśnie wtedy możemy odkryć kim jesteśmy naprawdę stając nago, będąc otoczonym jedynie przez własne emocje.


Campbell Scott popisał się niezłą reżyserią udowadniają przede wszystkim to, że jest człowiekiem cierpliwym. Tego samego wymagał też od aktorów, z których nikt tak naprawdę nie mógł zabłysnąć, a przez to większość z nich właśnie to czyni. Cudowna jest Joan Allen, lecz dla mnie gwiazdą filmu jest Jim True-Frost. Kto wie, czy przypadkiem tu nie zagrał swojej najlepszej roli.

Niestety Scott zagrał w tym filmie bardzo bezpiecznie. Jego film wpadł w koleiny rutyny i nawet na chwilę się z nich nie wyrwał. Stąd nic, co oglądamy nie ma większego znaczenia, a cała historia sprawia wrażenie, jakbyśmy ją już słyszeli tysiąc razy.

Ocena: 6

Angus, Thongs and Perfect Snogging (2008)

Brytyjczycy (a dokładniej Gurinder Chadha) znów tego dokonali. Choć jest to film dla nastolatek, sztuki kręcenia dobrych filmów mogliby się na przykładzie "Angusa, stringów i Przytulanek" uczyć wszyscy twórcy komedii romantycznych. Obraz Chadhy to idealna kompozycja barwnych, zadziornych lecz sympatycznych postaci (nawet jeśli są nieprzyzwoicie egotyczne) i znakomitych dialogów (te wszystkie bardzo brytyjskie odzywki są po prostu fantastyczne!).


Oczywiście Chadha nie kryje do kogo skierowany jest ten film, lecz choć nie jestem 14-letnią dziewczyną i tak bawiłem się na filmie bardzo dobrze. "Angus..." odwołuje się do najlepszej tradycji brytyjskich komedii. Sekwencja z uczącym sztuki całowania chłopaczkiem to mistrzostwo, którego nawet pythoni by się nie powstydzili. Całość jest lekka i zabawna – rozrywka idealna.


Ocena: 8

piątek, 18 września 2009

Step Brothers (2008)

Adam McKay nigdy nie miał podobnego poczucia humoru do mnie, więc wcale nie dziwi mnie to, że "Bracia przyrodni" nie do końca mnie śmieszyły. Historia dwóch niedojrzałych facetów jakoś tak przeszła obok mnie i ledwie parę razy wzbudziła mój prawdziwy uśmiech. Wiedziałem gdzie są dowcipy, mogłem je nawet logicznie uznać za zabawne i nieźle skonstruowane, jednak były mi one całkowicie obojętne.


Jest jednak kilka rzeczy, które z całą pewnością warte są sięgnięcia po płytę DVD. Przede wszystkim sceny muzyczne. Świetne i zabawne, naprawdę komedia w czystej postaci. Po drugie sceny z Kathryn Hahn, a przede wszystkim świąteczne bzykanko. Jak dla mnie jedna z najzabawniejszych scen. Po trzecie komentarz do filmu w formie muzycznej. Imponujące, nawet jeśli nie zawsze było najwyższych lotów, miejscami znacznie przewyższało wartość filmu.


Ocena: 6

The Accidental Husband (2008)

Ech, trochę za bardzo tradycyjna jest ta tradycyjna komedia romantyczna. Zabrakło w niej iskry życia, jakieś lekkość. Wszystko jest tu odgrywane na siłę, a co gorsza podług tak wyświechtanego wzorca, że aż trudno uwierzyć, że nie jest to remake.


Uma Thurman gra tu bardzo mocno stojącą na ziemi kobietę, racjonalną i odnoszącą sukcesy, która nad miłość wybiera rozsądny dobór partnera. I taki jest też jej wybranek w postaci Colina Firtha. Ale pojawia się ten drugi, żywiołowy i impulsywny, któremu najpierw ona zrujnuje życie, potem on w rewanżu spróbuje jej, by po drodze oboje zakochali się w sobie.

Yak! Ile można! Czy już wszystkie kobiety w komediach romantycznych będą nieszczęśliwymi w miłości kobietami sukcesu? Czy już zawsze tym dobrym będzie impulsywny dzieciak w męskim ciele? W tym roku próbowały tego i Bullock i Heigl i obie wypadły lepiej niż Thurman. "Przypadkowy mąż" broni się tylko i wyłącznie profesjonalną realizacją. Wszystko jest tu zrobione 'na poziomie', przez co poza brakiem prawdziwie zabawnych scen nie ma się w tym filmie do czego przyczepić. Z aktorów jedynie Ajay Naidu wart jest zapamiętania.

Z całej komedii najciekawsze jest to, że po raz drugi w ostatnim czasie Amerykanin Jeffrey Dean Morgan okazuje się tym drugim i w obu przypadkach tym pierwszym byli Brytyjczycy. W "PS. Kocham Cię" pierwszym był Butler, tu Firth.

Ocena: 6

Palermo Shooting (2008)

Ten film to jakiś żart. Wenders dedykował go Antonioniemu i Bergmanowi, ale równie dobrze mógłby nasrać na ich grób i podetrzeć się jedwabiem – efekt końcowy byłby identyczny.


Wszystko zaczęło się obiecująco. Film otwiera sekwencja, która jednoznacznie naprowadza na stare kino, przede wszystkim na niemiecki ekspresjonizm, ale jest też i trochę Buñuela, a później nawet odrobina Charliego Chaplina. Zapowiadało się więc na klimatyczną opowieść, gdzie przeplatają się różne plany rzeczywistości tworząc zawiły labirynt doświadczeń. Już dość szybko włączył się alarm, kiedy zacząłem coraz wyraźnie zauważać, że Wenders dość dosłownie potraktował powrót do ekspresjonizmu i zamiast tworzyć własną wersję, kopiuje innych wykorzystując znane kinowe sceny. Stłumiłem obawy i oglądałem dalej.

Dalej niestety przez długi czas niewiele się dziej. Słynny fotograf snuje się najpierw w Niemczech potem we Włoszech. Gdzieś tam pojawiają się i znikają kobiety (poza jedną). Co chwilę pojawia się irytujący Dennis Hopper w oczywistej roli. Wieje nudą, ale film jeszcze trzyma poziom. Cała cherlawa konstrukcja wali się dopiero pod koniec, kiedy 'odkryta' zostaje tożsamość postaci granej przez Hoppera. To, co potem następuje jest tak żenującym popisem grafomanii, że Wenders zrobiłby dobrze, gdyby wszystko to wyciął. Film sprowadził do poziomu tak banalnego, można go było zeskrobywać z podłogi. Straszne, koszmarne, pozbawione sensu. W tym wszystkim jedynie ścieżka muzyczna się broni.

Ocena: 2

wtorek, 15 września 2009

Still Waters (2008)

Małżonkowie jadą samochodem, nagle prawie rozjeżdżają stojącego na drodze motocyklistę. Postanawiają naprawić swoją niemal fatalną pomyłkę zabierając go do swojego domu, by mógł wziąć paliwo do swego motocykla. Obcy jednak zostanie z nimi na dłużej. Jego obecność rozpocznie ciąg zdarzeń, który zdemaskuje gładką powierzchnię małżeńskiego związku, pod którą wszystko już dawno się zepsuło. Ona jest bogata, on ambitny ale pozbawiony instynktu zwycięzcy. W obecności obcego mężczyzny oboje zaczynają się zachowywać coraz dziwniej, nakręcając spiralę wrogości. Czy jednak ten trzeci naprawdę jest im aż tak obcy?


"Pod powierzchnią" to bardzo standardowa historyjka zrobiona sprawnie ale bez polotu. Carolyn Miller okazuje się lepszą autorką scenariuszy niż reżyserką, choć akurat ten tekst jest zbyt teatralny, by przed kamerą wypadał wiarygodnie. Na deskach teatru mógł stać się intensywnym dramatem psychologicznym. Nie sprawdziła się też i obsada aktorska, która nie potrafiła wyrwać się z więzów sceniczności i nadać autentyczności i lekkości tym skądinąd ciężkim kreacjom. W pamięci pozostaje tylko biała suknia wieczorowa, w której Lake Bell wyglądała zabójczo.

Ocena: 5

poniedziałek, 14 września 2009

Obsessed (2009)

Chciałbym móc napisać, że "Obsesja" jest złym filmem – to by zdecydowanie ułatwiło sprawę. Znaczyłoby bowiem, że film jest 'jakiś'. Prawda jest jednak taka, że "Obsesja" jest produktem całkowicie nijakim. Zrobiono go, by trafił do szerokiego odbiorcy, czego skutkiem jest brak wyrazistości, klimatu, ciekawych bohaterów, intrygującej fabuły i tych wszystkich drobnych smaczków, które czynią z filmu przyjemną rozrywkę. Pozostaje nuda, nuda, nuda.


W teorii ma to być historia ustatkowanego kobieciarza, którego spróbuje upolować pewna atrakcyjna wariatka. W praktyce po ekranie pląsa sobie dwoje murzynków i jedna białaska w niezdarnej gmatwaninie nic nieznaczących rozwiązań fabularnych. Przypomina to próbę tańca przez paralityków – na swój chory i groteskowy sposób jest to fascynujące, ale na dłuższą metę nikt tego nie chce oglądać.

Jedynym plusem filmu jest fakt wykorzystania psychopatycznej kobiety jako głównej postaci. Przez ostatnie 10 lat bohaterki tego rodzaju niemal zniknęły z mainstreamowego kina, a przecież w latach 80. i na początku 90. należały do najbarwniejszych i najciekawszych kobiecych postaci. Ali Larter jest jednak ich cieniem, niczym zamglone wspomnienie dawnej chwały. Mam nadzieję, że jest to jedynie pierwsza jaskółka i że wkrótce pojawi się naprawdę interesujący film o psychopatkach.

Ocena: 4

niedziela, 13 września 2009

Hack! (2007)

Internet spopularyzował przekonanie, że podobać może się tylko to co dobre, a jeśli coś jest dobre, to musi się podobać. To jeden z największych absurdów, który robi naiwniakom sieczkę z mózgu. Jedno z drugim nie ma w rzeczywistości nic wspólnego (przynajmniej jeśli chodzi o film) – dowodem na to jest choćby "Cięcie".


Pod względem artystycznym trudno sobie wyobrazić większego gniota. Większość z 'aktorów' zapewne o talencie czytała jedynie w książkach i pewnie nie wierzy, że coś takiego w ogóle istniej. Gabrielle Richens pojawia się na ekranie tylko w celu zdejmowania ubrań. Sean Kanan mógłby grać w pornosach, kwestie dialogowe już wypowiada z odpowiednim zacięciem. Zaś o umiejętnościach aktorskich Jaya Kennetha Johnsona powiedzieć mogę tylko, że ma ładną linię żuchwy.

A jednak na "Cięciu" fajnie się bawiłem. Spodobał mi się pomysł o szalonych filmowcach, którzy stawiają na autentyzm kręcąc horrory. Podoba mi się ta zabawa konwencją, cytowanie klasyki, dystans twórców do własnego filmu. Film ma również całkiem niezłe zwroty akcji z dodatkiem kilku ciętych ripost. I z tego powodu nic a nic się nie nudziłem.

Ocena: 5

Doomsday (2008)

Dlaczego nie dziwi mnie fakt, że ten film tak jest na Filmwebie krytykowany? Pewnie dlatego, że już dawno doszedłem do wniosku, że współczesna młodzież przynajmniej w Internecie prezentuje się niczym zgorzkniałe zgredy, które krytykują wszystko za powtarzalność, prostotę i wiele innych często zupełnie nieistotnych rzeczy.


W przypadku "Doomsday" jestem niemal pewien, że gdyby powstał 20 lat temu, dziś byłby wymieniany jednym tchem obok "Ucieczki z Nowego Jorku" czy "Mad Maxa", a sama Rhona Mitra mogłaby bez wstydu stanąć w jednym szeregu z Lindą Hamilton. Niestety ten film powstał teraz i z tych samych powodów, dla których kiedyś byłby chwalony, dziś jest krytykowany.

Nie przeze mnie. "Doomsday" bardzo mi się spodobał właśnie przez swój old-schoolowy charakter. Fabuła jest prosta i pełna logicznych dziur, ale co tam, kiedy całość jest opowiedziana z werwą, sporą dozą brutalności ale i klasycznym czarnym humorem. Przeskoki od scen futurystycznych do niemal średniowiecznych wypadło bardzo dobrze tworząc z film prawdziwy festyn kultowych pomysłów fabularnych.

Ocena: 7

piątek, 11 września 2009

Babylon A.D. (2008)

Mathieu Kassovitz chyba lepiej by zrobił pozostając przy aktorstwie. Jego kolejne próby reżyserskie wychodzą mu coraz gorzej i jeszcze trochę, a zamieni się w drugiego Mela Gibsona, a tego bym nie chciał, za bardzo go lubię (Gibsona zresztą też lubiłem).


Wizja świata ukazana w "Babylon A.D." bardzo mi się spodobała. Nie, żebym chciał w tym świecie żyć, ale jest to konstrukcja przemyślana, trzymająca się kupy i naprawdę wiarygodna. Nie jest to jednak prawie w ogóle zasługa Kassovitza. Te pomysły istniały już wcześniej stworzone przez Maurice'a G. Danteca. Kassovitz miał po prostu wprowadzić życie w zbudowanych dekoracjach i to mu się niestety nie udało.

Film jest nudny, mało angażujący, a ogólna intryga jeszcze mniej ciekawa od "Piątego elementu". Zresztą próbę ścigania się z filmem Bessona widać na odległość i wystarczy spojrzeć na Aurorę (Mélanie Thierry), by przypomniała się Leeloo i Milla Jovovich. Wielkim błędem było powierzenie głównej roli Dieselowi. Facet miał odpowiedni wygląd, ale zabrakło mu talentu i charyzmy. Mam wrażenie, że każdy inny aktor byłby lepszy – pewnie nawet znienawidzony przez wielu Zac Efron. Vin Diesel był tak straszliwie drętwy, a dialogi wygłaszał z takim totalnym brakiem emocji, że to raczej on był tutaj sztucznym tworem i to obdarzonym raczej mniejszą niż większą sztuczną inteligencją.

Film jest na tyle słaby, że nawet smaczki w postaci fajnych ról drugoplanowych i epizodycznych nie pomogły, a przecież gra tu sporo z moich ulubieńców.

Ocena: 3

czwartek, 10 września 2009

Séraphine (2008)

Serafinę poznajemy w typowych dla niej sytuacjach: nad rzeką, w kościele, sprzątającą cudzy domu. To kobieta z gminu, niezbyt już młoda, niezbyt piękna i równie mało bystra. Wydaje się być szarym człowieczkiem dopóki nie zobaczymy , jak przystaje na chwilę przy drzewie, bądź siada na łące. Nikt, kto potrafi zachwycić się zwyczajnością nie jest szaraczkiem, lecz osobą niezwykłą. I tak jest też w jej przypadku. Od środka rozpiera ją talent, któremu oddaje się w wolnych chwilach. Tytułowa Serafina to bowiem Séraphine de Senlis, przedstawicielka prymitywizmu we francuskim malarstwie.


Słowo 'prymitywizm' nie jest jednak adekwatne do tego, co czyniła Serafina. Lepszym określeniem jest 'sztuka naiwna'. Bo też Serafina jest osobą naiwną, jej malarstwo nie jest profesją, zawodem, lecz częścią jej natury. To zmieni się wraz z pojawieniem krytyka sztuki Wilhelma Uhde, który odkryje przed nią potencjał 'bycia artystą'. Niestety tym samym zanieczyści jej dar i choć przez chwilę nastąpi eksplozja twórczości, na końcu przyjdzie jej ponieść bardzo wysoką cenę za eksploatację swojego talentu. Nie można bowiem bezkarnie podsycać ogień i wierzyć, że uda się nie dopuścić do pożaru.

Martin Provost przyjął doskonałą postawę. Jego film stara się być równie prosty – 'naiwny' – co sztuka Serafiny. Nie podążą drogą większości biografów (o czym pisałem dopiero co przy okazji "Czerwonego Barona") i zamiast o czynach koncentruje się na samej bohaterce. Co istotne, nie mówi o niej wszystkiego od razu, lecz pokazuje kolejne warstwy, aż w końcu z ostatnią sceną otrzymujemy pełen portret: prosty, a jednocześnie niepokojąco sugestywny. Znakomicie przemyślanemu scenariuszowi towarzyszy cudowna muzyka, która intensyfikuje emocjonalne doznania. Całości dopełniają zaś przepiękne zdjęcia Laurenta Bruneta.

Jednak siłą, życiem filmu jest Yolande Moreau. Jakże różna jest to aktorka od tej, którą dopiero co widziałem w "Une vieille maîtresse". Tam ledwie ją zapamiętałem, tu zaś grała jak natchniona. Muszę powiedzieć, że po obejrzeniu Kristin Scott Thomas w "Kocham cię od tak dawna" nie mogłem zrozumieć, dlaczego to nie ona dostała Cezara. Teraz już wiem. Moreau była po prostu boska.

Mocno wzruszył mnie ten film i to pomimo faktu, że obrazy Serafiny to (poza nielicznymi wyjątkami) nie moja para kaloszy. Provost dokonał rzeczy niebywałej. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to byłaby to postać Helmuta. Jako młody malarz mógł on być pewnym kontrapunktem dla osoby Serafiny. Niestety reżyser tego nie wygrywa, mimo że poświęca Helmutowi sporo miejsca. W gruncie rzeczy można to sobie było darować. Ale to tylko minimalna rysa i nie przeszkodziła mi zachwycać się filmem.

Ocena: 10

środa, 9 września 2009

Los abrazos rotos (2009)

Tak naprawdę to właśnie ten film powinien nosić tytuł "Volver", ponieważ Almodóvar powraca w nim do kina, które zdawało się, że już porzucił. To kino prostsze, bardziej melodramatyczne z wątkami ze starych swoich filmów cytowanymi wprost lub przerabianymi na nowo. Jest tu więcej melodramatu a mniej jawnoformalnych zabiegów wizualno-konstrukcyjnych.


Akcja filmu toczy się dwutorowo. Pierwszy to początek lat 90., to historia pięknej Magdaleny, która ma aspiracje, by zostać aktorką. Na razie jest nałożnicą pewnego potentata biznesowego. Jednak nie rezygnuje z marzeń i tak trafia do Mateo Blanco, reżysera szukającego właśnie aktorów do swego nowego dzieła. Zakochują się w sobie od pierwszego spojrzenia, lecz na drodze ich szczęścia stoi ów biznesmen. Drugi tor, to czasy współczesne, 14 lat po tamtych wydarzeniach. Mateo Blanco teraz żyje życiem swego alter ego jako Harry Caine. Jest niewidomym scenarzystą, który pod wpływem splotu wydarzeń opowie historię swego wielkiego romansu młodemu synowi swojej długoletniej producentki.

(Rossy de Palma)

"Przerwane objęcia" wydają się niezwykle osobistą, by nie powiedzieć autobiograficzną opowieścią. Almodóvar powraca tu do swoich starych aktorek (Rossy de Palma dokładnie po 14 latach znów w jego filmie!) i starych wątków – film mocno kojarzy się z "Prawem pożądania", "Kobietami na skraju załamania nerwowego" i "Kwiatem mojego sekretu". Kiedy główny bohater – reżyser - opowiada, jak to na początku lat 90., po serii dramatów chciał zaryzykować odważną komedią, trudno nie odnieść wrażenia, że jest to aluzja do "Kiki".


(Tamar Novas)


Zresztą sam Mateo wydaje się być filmowym alter ego Almodóvara, który spogląda wstecz na swoją twórczość. Jeśli tak rzeczywiście jest, to Almodóvar "Przerwanymi objęciami" przyznaje się do swojego wieku (kończy w tym roku 60 lat!) i tego, że nie jest już tak sprawnym reżyserem jak kiedyś (Mateo jest przecież ślepy), a jednak pasja tworzenia wciąż nie daje mu odpocząć i może mieć nadzieję, że tworzy kino dobre. Nic dziwnego, że do takiego wyznania wybrał melodramat w stylu noir.

(Alejo Sauras)

I rzeczywiście jego kino wciąż jest dobre. Jednak ten powrót do jego twórczości przełomu lat 80/90 wyraźnie pokazuje, że nie ma w nim już tej żywiołowości, tego pazura co niegdyś. Struktura jest niezmieniona, zabrakło jednak barwnych postaci i szalonych zwrotów akcji. To, co z tego pozostało jest dodane jako filmowa wstawka. Momentami Almodóvar prawie w ogóle znika za wybraną konwencją, którą cytuje bezbłędnie w 100% - scena za schodami to czyste 'stare kino'. Trochę to szkoda. Ale przed świadomością upływu czasu nie sposób uciec (chyba że ma się Alzheimera).

Ocena: 8

Ps. Muszę odwołać to, co dopiero napisałem na temat Cruz. Okazuje się, że również w hiszpańskim kinie nie może uwolnić się od scen miłosnych ze staruszkami. Hmm, co jest w niej takiego, że obsadza się ją w takich rolach??

wtorek, 8 września 2009

Away We Go (2009)

Muszę przyznać się do tego, że całkowicie zakochałem się w tym filmie. Kocham zarośniętego niczym yeti Johna Krasinskiego i napęczniałą Mayę Rudolph, wyschnięte piersi Allison Janney, świrniętą na punkcie koników morskich Maggie Gyllenhaal i smutnego Chrisa Messinę. Zakochałem się od pierwszej chwili i miłość ta nie minęła mi do końca seansu.


"Para na życie" to kwintesencja niezależnego kina w wersji 'happy'. Pełno jest tu neurotycznych, dziwacznych ale jakże sympatycznych i kolorowych postaci. Film skrzy się od drobnych, ale mistrzowsko poprowadzonych scenek, które maksymalnie poprawiają humor. Ta ciepluchna i słodziuchna opowiastka o dwójce przyszłych rodziców wędrujących po Ameryce w poszukiwaniu swojego domu, jest też krótkim przeglądem postaw wobec wychowywania dzieci w rodzinie. A wszystko to pod czujnym okiem optymistycznego reżysera.

Niektórzy mogą poczuć się zdradzeni przez Sama Mendesa, mogą odrzucić ten film jako swego rodzaju negacja tego, co dokonał on poprzednio. I rzeczywiście mieliby sporo racji. "Para na życie" jest całkowitym przeciwieństwem "Drogi do szczęścia". Dla mnie jednak nie jest to wadą. Wręcz przeciwnie, pokazuje, że Mendes nie należy do tych twórców (których jest niestety większość), którzy wciąż katują nas tą samą historią. On udowadnia, że potrafi opowiadać równie przekonujące historie z różnych punktów widzenia. Ta wszechstronność jest czymś co bardzo sobie cenię i czym Mendes naprawdę ujął mnie i zaskoczył.

Wielki plus za obsadę aktorską. Mendes potrafił wydobyć aktorski talent nawet z Johna Krasinskiego, o którym dotąd nie miałem zbyt wysokiego mniemania. Drugi wielki plus za scenariusz i kilka fantastycznych pomysłów jak choćby cała sekwencja w Phoenix.

Ocena: 9

poniedziałek, 7 września 2009

9 (2009)

Na reszcie animacja zupełnie innego rodzaju: bez głupawych min a la DreamWorks, bez sterylnej precyzji Pixara i przede wszystkim bez postmodernistycznego humoru, który zdaje się być cechą obowiązkową amerykańskiego filmu animowanego. Gdybym nie znał nazwiska reżysera, strzelałbym, że zrobił go Tim Burton. "Gnijącą panną młodą" czuć na odległość, ale to oczywiście wielki plus. Acker jest zresztą prawdziwym mistrzem animacji i od strony wizualnej "9" nie można absolutnie nic zarzucić.


Na tym tle nieco słabiej wypada fabuła. Cała historia jest dość prosta, jak dobrze napięta struna gitarowa. Zwroty akcji nie robią większego wrażenia i w ogóle emocjonalnie film jest nieco 'suchy'. Twórcy spokojnie mogli przedłużyć film o pół godziny, bardziej skomplikować akcję i uczynić ją bardziej wyrazistą. A tak zostaje ogólne wrażenie estetyczne.

Oczywiście wizja świata wykreowana przez Ackera jest naprawdę świetna, choć przecież wtórna. Wśród filmów SF jest to jak dotąd najlepsza propozycja w tym roku. Ale nie widziałem jeszcze ani "Moon" ani "Dystryktu 9"

Ocena: 8

niedziela, 6 września 2009

Der rote Baron (2008)

Jestem szczerze zaskoczony faktem, że "Czerwonego Barona" nie wyreżyserował debiutant. Tylko jemu byłbym w stanie wybaczyć błędy w konstrukcji fabuły filmu, a tak nie znajduję żadnych usprawiedliwień. Gdzieś pod grubą warstwą błędów i wypaczeń kryje się historia naiwnego chłopaka, który w czasie wojny dorasta i zaczyna pojmować koszmar tego, co dla niego było tylko sportem. Manfred von Richthofen na początku jawi się niczym opętany hubris Aleksander Wielki, ale potem zmienia się i co ciekawe wraz z tym traci nie tylko naiwność ale i swoją niezawodność.


Niestety w reżyserii Nikolaia Müllerschöna ta interesująca opowieść ginie. Pierwsza godzina jest zlepkiem scen, z których większość nie ma większego znaczenia dla fabuły. Reżyser po prostu wylicza kolejne biograficzne szczegóły, bez wnikania co one znaczą. Kiedy już przyzwyczajamy się do wyliczanki zdarzeń, nagle reżyserowi ubzdurało się nakręcić głębszy film. Niestety psychologicznie po łebkach realizowany film jest kompletnie niewiarygodny. Drażni przede wszystkim pojawiająca się ni stąd ni zowąd przemiana nieznośnego brata Manfreda. Potencjał film miał bardzo duży, nie został on jednak wykorzystany.

Jedyne co mógłby w tym filmie pochwalić to muzyka, ale i ona nie bardzo pasuje.

Ocena: 5

Ca$h (2008)

Amerykanie powinni zacząć się bać. Francuzi zaczynają sobie coraz śmielej poczynać w kinie gatunkowym. "Ca$h" to kolejny tego dowód. Poplątana fabuła, gdzie oszuści i oszukani zmieniają się miejscami co chwila, a plany skoków stają się coraz bardziej wyrafinowany. Plany w planach w planach… i tak pozornie bez końca.


Francuzom brakuje jeszcze odpowiedniej werwy, by wszystko sprzedać jak należy. Tempo filmu miejscami siadało, mogło być też trochę więcej humorystycznych uszczypliwości. Jednak jako całość film sprawuje się bardzo dobrze. To solidny kawał rozrywki, który gdyby był po angielsku pewnie zarobiłby na świecie dwa albo trzy razy więcej.

Ocena: 6

Chromophobia (2005)

Przekombinowana i w gruncie rzeczy bezbarwna opowieść o tym, jak to źle jest na tym świecie, jak trudno jest o nawiązanie realnej więzi z drugim człowiek, a wszyscy – choćby nie wiem jak niewinni się wydawali – koniec końców chcą tylko orżnąć siebie nawzajem. Jakiekolwiek wyrzuty sumienia pojawiają się dopiero po tym, jak mleko już zostało rozlane.


Marcie Fiennes udało się przyciągnąć do swojego projektu imponującą wręcz obsadę, z której większość radzi sobie z powierzonymi rolami dobrze lub bardzo dobrze. To w zasadzie jedyny plus tej produkcji. Gdyby nie profesjonalizm aktorów, film można byłoby spokojnie spuścić do rynsztoka.

Bardzo spodobał mi się Ben Chaplin. Ostatnio nie miałem okazji obejrzeć go w niczym nowym. Pięknie dojrzewa i to zarówno pod względem artystycznym jak i fizycznym. Oby tylko miał gdzie swój talent pokazać. Niepokojący i intrygujący jest też Ralph Fiennes w swojej jakże niejednoznacznej roli. Wspaniała jak zawsze była też Kristin Scott Thomas.

Osobną kwestią jest udział w filmie Penélope Cruz. Zaczynam wietrzy jakiś spisek twórców anglosaskich. "Chromatofobia" to już kolejny film, w którym Cruz spółkować musi z utalentowaną geriatrią. Był Ben Kingsley, teraz Ian Holm. O co chodzi Anglikom i Amerykanom?

Ocena: 5

piątek, 4 września 2009

Day of the Dead (2008)

O tempore! Zombie już nie tylko śmigają szybciej od większości sprinterów, to jeszcze są mistrzami parkouru, a po ścianach wywijają oberka i to bez zadyszki. Może i jest to efektowne, ale mnie zdecydowanie odebrało chęć bliższego zapoznania się t tym 'dziełem'. Niemal niezniszczalny przeciwnik sprawiał, że do wyboru były tylko dwie drogi zakońćzenia: 1) całkowite wyginięcie bez szans na przeżycie 2) rozwiązanie typu deus ex machina czyli jakaś broń masowego rażenia albo nagłe wygaśnięcie wirusa. Oba rozwiżania w przypadku tego filmu nie miały nic, co by mnie zaciekawiło. To drugie było tak oczywiste, że nawet nie chciałem się zastanawiać co też to będzie. To pierwszo mogło być fajne, ale w filmie z minimalnie przynajmniej zarysowaną psychologią postaci.


Obsadowo film również nie prezentuje się jakoś super dobrze. Przy całej sympatii do Meny Suvari, niestety dziewczynka kompletnie nie pasowało do tej roli. Tylko Ian McNeice wypada jako tako. Reszta do zapomnienia.

Ocena: 4

Punisher: War Zone (2008)

Należę do tej nielicznej grupy osób, którym "Punisher" z Jane'em nawet się spodobał. Jego tępe aktorstwo idealnie pasowało do tępej, jednokierunkowej roli. Film mimo łagodności był mocno przerysowany i pełen humoru (co prawda w większości niezamierzonego, ale jednak). Lexi Alexander postanowiła zrobić zwrot o 180° i moim zdaniem kiepsko na tym wyszła.


Owszem nowy "Punisher" jest bliższy komiksowemu oryginałowi niż poprzednie części. Pochwalić można byłoby również brutalność, której w ogóle nie ograniczano. Problem w tym, że większość scen akcji jest po prostu źle nakręcona, a przez to nudna. Co mi po rozwalonej głowie, kiedy jest to tak zmontowane, że jest mi wszystko jedno. Zabrakło mi też czarnego humoru. Wayne Knight został zatrudniony chyba właśnie po to, żeby wprowadził trochę humoru, a tymczasem ostatecznie jego rola jest mało zabawna. Lepiej poszło z Dashem Mihokiem, ale i on tak naprawdę ma tylko jedną zabawną kwestię – ostatnią wypowiadaną w filmie.

Ray Stevenson może i idealnie spełnia warunki na bycie Punisherem, ale mnie do siebie nie przekonał. Zdecydowanie bardziej wolałem go w "Rzymie". Dopóki jeszcze tylko wywijał gnatami wyglądał i sprawował się nieźle. Jednak kiedy musiał zacząć grać, było już tylko gorzej.

Ocena: 4

Enen (2009)

"Enen" to jak na polskie warunki film znakomity. Oczywiście poziom polskich warunków nie jest znów aż tak wysoki, zatem w skali światowej plasuje się gdzieś w okolicach dobrej średniej. To co jest największą zaletą filmu jest też jego największą wadą – staromodność. Tak dziś nie opowiada się już historii. Feliks Falk tym filmem stawia siebie w sytuacji faceta kompletnie oderwanego od tego, czym żyje światowe kino. Nawet kiedy tworzą obrazy retro, pozostają one bardzo współczesne. Tymczasem gdyby nie Szyc, komórki i komputery, mógłbym z łatwością pomylić film z którymkolwiek z obrazów nakręconych w latach 70-tych. Jednak w tamtych czasach poziom polskiego kina był wyższy niż dziś i stąd "Enen" jest mimo wszystko solidną robotą.


Podczas oglądania filmu najbardziej przeszkadzała mi zbyt czytelna symbolika. Już samo wykorzystanie powodzi jako zjawiska zmywające warstwy wierzchnie i odsłaniające czubek sekretów było dość grubą metaforą. "Enen" zbyt mocno trzyma się też podręcznikowego opisu pracy nad wypartą traumą. Trudno było mi się też przyzwyczaić do Szyca, którego w normalnych warunkach niezbyt trawię, a tu w tej szalonej fryzurze był koszmarny. Za to Grzegorz Wolf spisał się na medal.

Film ma kilka absurdalnych momentów – jak choćby ni stąd ni zowąd dodana scena cycatej blondyny spacerującej chodnikiem. Szwankuje również końcowa konfrontacja głównego bohatera z kreowanym na czarny charakter Ambroziakiem. Problem musi tkwić w rozpisaniu sceny, gdyż Krzysztof Stroiński w swojej roli spisał się znakomicie.

Ocena: 6

wtorek, 1 września 2009

The Final Destination (2009)

Rzadko zdarza się, by film spełniał dokładnie moje oczekiwania. Takim wyjątkowym obrazem jest właśnie "Oszukać przeznaczenie 4". Spodziewałem się niezłej, choć totalnie głupiej rozrywki i tak właśnie jest. Ellis przestał udawać, że jest dobrym reżyserem i po prostu robi swoje, puszczając cały czas oko do widowni, by nikt zbyt poważnie nie traktował tego, co widzi na ekranie. I oczywiście trudno być poważnym, kiedy na ekranie królują dialogi rodem z pornosów, przejęci młodzi aktorzy, którym wydaje się, że mogą zostać zauważeni i tak absurdalne sceny śmierci, że mogą tylko śmieszyć.


Kiedy spojrzeć na "Oszukać przeznaczenie 4" jak na horror komediowy, wtedy całość ogląda się bez większych problemów. Pierwsze 20-30 minut to naprawdę świetna gra konwencją, zabawa z widzę i całkiem niezłe widowisko. Kulminacyjna sekwencja u fryzjera jest tą sceną, która zostanie w pamięci na dłużej. Później tempo trochę siada, całość zaczyna nieco nużyć, głównie za sprawą braku wyobraźni w konstruowaniu kolejnych masakr. Scena w szpitalu czy zakończenie zdecydowanie nie dorastają do pięt początkowym minutom. Jednak do końca ten głupawy filmik oglądało mi się dość przyjemnie.

"Oszukać przeznaczenie 4" udowadnia, że cała seria została stworzona na potrzeby 3D. Choć w tym przypadku mamy raczej do czynienia z filmem 2D z elementami 3D. Niestety widać, że twórcy mieli dość mały budżet do dyspozycji i efekty specjalne z cieczami a zwłaszcza płomieniami wypadają strasznie sztucznie. Jest jednak też sporo 'wystających' elementów, które sprawią frajdę niejednemu widzowi.

Ocena: 6