środa, 28 października 2009

J'ai rêvé sous l'eau (2008)

Antonin zakochany jest w Śmierci. Nie mając odwagi samemu oddać się jej w ramiona, wybiera jako obiekty swej miłości tych, którzy znajdują się w jej cieniu. Pierwszy jest Alex, chłopak o duszy artysty niby beztroski, a w rzeczywistości pogrążony w mroku podążający spiralą uzależnienia wprost do grobu. Antonin nie miał odwagi, by w porę wyznać mu miłość. Zdruzgotany ratunku szukał w anonimowym seksie, stając się w końcu dziwką. Seks szybko jednak przestał mu wystarczać i wtedy pojawiła się ona – Juliette. Antonin znów był zakochany, Juliette zdawała się kobietą ze snów, idealną. Powinien był wiedzieć lepiej. Jego podświadomość wyczuła prawdę wcześniej, niż on ją zdołał poznać: dziewczyna również jest narkomanką i wkrótce przestanie ukrywać przed nim, jak blisko jest samozniszczenia. Antonin nie potrafi jej zapomnieć, choć przecież obok ma szansę na udany związek. Niestety Baptiste narkomanem nie jest, jego życie jest zbyt prozaiczne, by mógł na dłużej przykuć uwagę Antonina. Gdzie śmierć tam bowiem on.


Odnoszę wrażenie, że jako krótkometrażówka "J'ai rêvé sous l'eau" sprawdzało się lepiej. W wersji pełnometrażowej jest zbyt egzaltowany, zapętla się, a przy tym jest nazbyt ostentacyjny w formalnych wyborach dotyczących narracji. Co bardziej oczywistych scen można sobie było darować, a i tak droga Antonina byłaby jasna dla każdego z widzów. Całość jest nieźle zrealizowana, ale nie przykuwa uwagi, nie zapada w pamięci. Wszystkie te chwyty zastosowane przez Hormoza koniec końców nie odnoszą rezultatu.

(Hicham Nazzal)

Ocena: 6

The Grudge 3 (2009)

No cóż w klasie kontynuacji tylko na rynek DVD "Grudge 3" prezentuje się całkiem nieźle. Twórcom udało się uniknąć większej wpadki, ale głównie dlatego, że nie próbowali nawet zaryzykować. Historia ma swój klimat, ale brakuje jej napięcia. Całość jest tak łagodna jak schizofrenik po końskiej dawce środków uspokajających. Film ma jednak kilka plusów. Dwa najważniejsze to młodzi aktorzy: Gil McKinney i Emi Ikehata jako Naoko. Całkiem nieźle wypadli w swoich rolach, ale większą karierę wróżę chyba Japonce. Drugi duży plus to zakończenie. Bardzo fajnie uporali się z klątwą jednocześnie otwierając drzwi do kolejnych części.


"Grudge 3" oglądało mi się zdecydowanie lepiej niż choćby "Piłę VI".

Ocena: 6

The Ten (2007)

Nie łapię poczucia humoru Davida Waina. Po "Wyrolowanych" myślałem, że tak, ale "The Ten" ponownie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Waina śmieszą zupełnie inne rzeczy niż mnie. Z 10 opowieści składających się na ten film tylko te opowiadające o seksie wydały mi się zabawne: Winona Ryder zakochana w laleczce, animowana orgia czy więzienne love story. W miarę śmieszna była jeszcze opowieść o Jezusie Chrystusie i to wszystko. Reszta była naprawdę nędzna.


Jedyne, co naprawdę mnie zaintrygowało, jakim cudem Wainowie udało się zgromadzić tak imponującą obsadę? I jeszcze bardziej to, jakim cudem nie wykorzystał tkwiącego w nich potencjału?

Ocena: 5

Ararat (2002)

I kolejny film, na którego obejrzenie przyszło mi długo poczekać. I znów warto było. Dzieło Atoma Egoyana to film niezwykły, który ma jednak pewien efekt uboczny: demaskuje "Listę Schindlera" jako typowy produkt hollywoodzkiej Fabryki Snów pomyślany jako wyciskacz łez. "Ararat" jest obrazem o wiele lepszym choćby przez swoją wielowymiarowość.


Atom Egoyan spróbował się zmierzyć w tym filmie z czarną kartą w historii swego narodu: ludobójstwem w Armenii. "Ararat" jest więc z jednej strony opowieścią o tym straszliwym wydarzeniu, którego realność do dziś jest negowana przez władze tureckie. Z drugiej strony jest to opowieść o twórcy – reżyserze – kręcącym film o tych wydarzeniach, zakrzywiającym prawdę, by bardziej 'przemówić do widza' (czyżby bezpośredni przytyk do Spielberga?). Tak patrząc "Ararat" jest próbą nadania historycznego znaczenia wydarzeniom, o których mało kto dziś wie, w przeciwieństwie o ludobójstwie dokonanym na Żydach. Pamięć Holokaustu jest wciąż żywa i choć dziś często sprowadza się do turystycznej atrakcji bądź narzędzia w politycznych zmaganiach, to jednak ofiary nie zostały zapomniane. Tymczasem o zamordowany Ormianach nie pamięta nikt.

Egoyan mógł spokojnie nakręcić film, który w "Ararat" realizuje jego alter ego. Jednak on poszedł dalej i "Ararat" za sprawą postaci malarza, Raffiego i Celii staje się czymś więcej. Staje się opowieścią o samej istocie pamięci, o tym jaką rolę pełni ona w kształtowaniu naszej tożsamości. Sprowadza okrutną prawdę ludobójstwa do poziomu osobistych tragedii i bada, jak w mikro- i makroskala wpływa na postrzeganie prawdy. Egoyan okazuje się prawdziwym mistrzem, rezygnując z prostej ckliwej opowiastki na rzecz prawdziwie głębokiego traktatu egzystencjalnego.

Ocena: 9

Laberinto de pasiones (1982)

W końcu ktoś się nade mną zmiłował i wydał ten film na DVD. Jest to w zasadzie jedyny pełnometrażowy obraz Almodóvara, którego nie obejrzałem. Na szczęście dziś to się zmieniło.


Warto obejrzeć "Laberinto de pasiones" zwłaszcza teraz tuż po premierze jego najnowszego filmu "Przerwane objęcia". Daje to doskonałą możliwość porównania twórczości Almodóvara 'wtedy' i 'dziś'. W zasadzie podsumować je można jednym zdaniem "Pedro" uwielbia opowiadać historie. Jednak dziś zdanie to znaczy co innego niż ćwierć wieku temu. Teraz Almodóvar zainteresowany jest przede wszystkim tym JAK opowiada historie: te wysmakowane zdjęcia, precyzyjnie przemyślane ujęcia, zabawa formą. Wtedy istotne było to, CO opowiada. W "Laberinto de pasiones" jest sporo technicznych wpadek, sama narracja jest dziurawa niczym szwajcarski ser i pełna skrótów myślowych. To jednak nie istotne, oglądając film czuje się, jak wszystko w nim tętni życiem, jest szalone, gwałtowne, barwne. Z każdego kadru przebija radość i beztroska. I nic w tym dziwnego, w końcu Hiszpania właśnie obudziła się ze snu zimowego, a AIDS jeszcze nie było taką plagą, jaką miało się stać za kilkanaście miesięcy. Wszędzie kwitła nadzieja.

"Laberinto de pasiones" to podróż w świat nagich namiętności. Wszystko jest tu możliwe. Kilkanaście postaci wędruje po labiryncie psychoanalitycznych teorii obrazując to, czym jest kompleks Elektry, gdzie należy szukać źródeł oziębłości seksualnej i nimfomanii. Wszystko to jeszcze traktowane jest lekko, z żartem. Ten film to wielka fiesta. Kto mógł wtedy przypuszczać, że ostatnia w jego twórczym życiu. Od kolejnego filmu melodramat stanie się głównym tematem i nawet w tak nieprzewidywalnych obrazach jak "Kika" Pedro nie powrócił już do tej młodzieńczej swobody.

Ocena: 7

wtorek, 27 października 2009

Eine außergewöhnliche Affäre (2002)

Heteroseksualne małżeństwo geja ma wiele plusów. Dla geja jest to doskonała forma do zachowania zdrowia i kondycji. W końcu trzeba jakoś rozładować popędy, a wysiłek fizyczny – na przykład takie bieganie – jest do tego idealny. Dla partnerki to też doskonały układ, dostaje bowiem męża ekstra troskliwego, dbającego o wszelkie wygody, nawet w łóżku, choć tu trzeba szybko obniżyć swoje oczekiwania – najlepiej do zera. Taki związek ma jednak jedną wadę: jest bańką mydlaną. A każda bańka, nie ważne jak piękna, kiedyś musi prysnąć. I o tym właśnie opowiada "Eine außergewöhnliche Affäre".


Muszę powiedzieć, że Niemcy zaskoczyli mnie tą produkcją. Niby film zrealizowany na zlecenie telewizji, a jednak prezentuje się lepiej niż wiele produkcji kinowych. Pierwsze 20 minut to popis aktorskich umiejętności Hansa-Wernera Meyera. Znakomicie odegrał on faceta, który zmaga się z pokusą, od początku wiedząc, że stoi na straconej pozycji. Potem robi się typowo, by pod koniec stać się popisem aktorskich umiejętności Tatjany Blacher. Niby zagrać zdruzgotaną żonę nie jest trudno, jednak Blacher zagrała ją rewelacyjnie. Jaka szkoda, że i Meyer i Blacher grają głównie w serialach. Mają olbrzymi potencjał i chętnie obejrzałbym ich w czymś jeszcze.

Ocena: 7

poniedziałek, 26 października 2009

Jennifer's Body (2009)

Czasami zupełnie nie rozumiem Amerykanów. Weźmy choćby takie "Zabójcze ciało". To jeden z najlepiej napisanych filmów tego roku, tymczasem w Stanach zaliczył box-office'ową wtopę, a oceny również ma mierne. Jak to możliwe??? Dialogi autorstwa Diablo Cody są ostre, inteligentne, przewrotne i wściekle zabawne. Ja bawiłem się słuchając ich rewelacyjnie. To prawda, że reżyseria jest trochę zbyt zachowawcza – ja wolałby zobaczyć film w wersji Johna Watersa – ale bez przesady, nie jest aż tak źle. Cała historia jest nieźle pomyślana, dobrze opowiedziana i pomimo kilku przestojów naprawdę trzymająca niezłe tempo.


Nawet do obsady nie można się przyczepić. Megan Fox i Amanda Seyfried gigantami aktorstwa nie są, ale też całkiem talentu nie są pozbawione. Widać, że całkiem nieźle bawiły się swoimi rolami. J.K. Simmons w szalonej peruce jest przezabawny. Jak tylko pojawiał się na ekranie, od razu chciało mi się śmiać.

Ocena: 7

Das weisse Band - Eine deutsche Kindergeschichte (2009)

W "Białej wstążce" Michael Haneke powraca do tematu, którym zajmował się nie tak dawno temu w "Czasie wilka". Zamiast indywidualnego bohatera mamy znów bohatera zbiorowego: społeczność pewnej wsi. Haneke jak prawdziwy socjolog przygląda się dynamice grupy prowadząc wykład na temat tego co niewidoczne, co toczy wspólnotę podskórnie, a jednocześnie będąc nieodzownym jej elementem idealnie ją definiuje.


Można na "Białą wstążkę" patrzeć jak na próbę zidentyfikowania korzeni totalitaryzmu. I rzeczywiście patrząc na dzieci, które za 20 lat stanowić będą rdzeń NSDAP, nie trudno zrozumieć, dlaczego nazizm stał się ideologią dominującą w Niemczech. Takie spojrzenie jest moim zdaniem jednak zbyt ograniczone. Równie dobrze można powiedzieć, że film wyjaśnia dlaczego to właśnie Niemcy czasów Republiki Weimarskiej był ośrodkiem dekadencji. Świat sportretowany w "Białej wstążce" to świat czarno-biały jasnych reguł, totalnego posłuszeństwa zasadom protestanckiej religii. Gorset konserwatyzmu i fanatyzmu jest tak bardzo zaciśnięty, że nie pozostała w nim ani krzta swobody, co prowadzi do całkowitego zepsucia i wypaczeń. Pod obyczajnymi szatami skrywane są straszliwe rządze i tajemnice, gromadzi się żółć zawiści i gniewu, które tylko czyha na okazję do eksplozji. Jest więc to obraz świata u kresu wytrzymałości. I Wojna Światowa jest niczym eksplozja gorsetu dając szansę zaczerpnięcia oddechu pełną piersią.

Dla mnie jednak "Biała wstążka" to idealne uzupełnienie filmów Larry'ego Clarka i Gusa Van Santa. W "Bullym" czy "Słoniu" widzimy dzieci zdolne do rzeczy strasznych. Tragedie te są podawana nam przez pryzmat ich doświadczeń, w których brakuje osób dorosłych. Haneke postanowił odwrócić kamerę i opowiedzieć o wszystkim z punktu widzenia dorosłych. I szczerze mówiąc, nie wiem, która perspektywa bardziej mrozi krew. U Hanekego dorośli jawią się jako osoby mocno zainteresowane wychowaniem swoich pociech na dobrych obywateli i chrześcijan. A jednak pozostają straszliwie naiwni i ślepi – nie tylko na swoje własne uczynki, ale też na uczynki swoich dzieci. Skonfrontowani okazują się całkowicie bezsilni i jedyne co mogą zrobić, to bronić ich przed sądem świata. Tak patrząc na "Białą wstążkę", jest to film jak najbardziej aktualny, stanowiący ostrzeżenia przed totalitaryzmami, które mogą nadejść wraz z kolejnym pokoleniem.

Ocena: 8

niedziela, 25 października 2009

Water (2005)

No cóż, po "Wodę" sięgnąłem słysząc sporo dobrego o tym filmie. Sam temat też wydał mi się ciekawy. Niestety film mnie rozczarował przewidywalnym sentymentalizmem, który wydał mi się i mało wzruszając i z gruntu fałszywy. Zamiast przejęcia wywołał u mnie irytację, której źródłem było poczucie, że robi się mnie w konia.


Pomysł fabularny jest niezwykle ciekawy. Indie, lata 30. 7-letnia dziewczynka zostaje wdową. Nie zdołała go jeszcze poznać, już odszedł zrzucając na nią klątwę samotnego i pustego życia w przybytku dla wdów. Dziewczynka nie rozumie tej tradycji, która każe izolować wdowy, która odbiera im wszelkie prawa. W tle usłyszeć możemy o działalności Gandhiego. Niestety ten interesujący i ważny temat został potraktowany w sposób niezwykle sztampowy. Nie podoba mi się już sam układ ról, w którym mamy dziewczynkę i drugą młodą wdowę, które pod wieloma względami są do siebie podobne. Trudno pozbyć się wrażenia, że są one potraktowane jako narzędzia. Od razu wiadomo, że któraś z nich zginie, żeby pokreślić dramatyczną sytuację. Nie trudno też się domyślić która z nich nie dotrwa do końca. Dlatego też to nie one a inna wdowa, religijna, ale jednocześnie wyedukowana i myśląca, jest tą postacią, która jest najbardziej intrygującą. Niestety twórcy potrzebują jej tylko w jednym celu i nie rozwijają jej postaci, a przecież jeśli już trzeba było zbudować jakiś wątek romantyczny, to ten pomiędzy nią a kapłanem byłby o wiele bardziej filmowy.

Ocena: 6

Dedication (2007)

Teoretycznie powinienem uznać "Dedykację" za jeden z najlepszych filmów tego roku. Jest nim wszystko to, co zawsze sobie cenię: nietuzinkowi bohaterowie i równie nietuzinkowa narracja. A jednak czegoś wyraźnie w nim brakuje i koniec końców czuję pewien niedosyt i rozczarowanie.


Jednym z najważniejszych powodów, dla których nie do końca przepadam za "Dedykacją" jest miazga, jaką serwuje się w niej zamiast muzyki. Aż miałem ochotę zgrzytać zębami. Podobały mi się pomysły z zerwaniem ciągłości narracji. Mam jednak wrażenie, że te zabiegi choć atrakcyjne są niekonsekwentnie poprowadzone i raczej zostały pomyślane po fakcie na zasadzie 'gdzie by tu coś pozmieniać'. Za to absolutnie należą się pochwały Billy'emu Crudupowi, który popisał się znakomitą rolą, nie pierwszą zresztą i mam nadzieję, że nie ostatnią. Od czasu "Uśpionych" przeszedł on daleką drogę.

Ocena: 7

Rachel Getting Married (2008)

Kino niezależne najwyższych lotów. Od strony realizacyjnej perfekcja. Jonathan Demme nakręci swoją najlepszą rzecz od 10 lat albo i więcej, zaś scenariusz Jenny Lumet to mistrzostwo świata. Znakomicie udało jej się uchwycić detale relacji rodzinnych, te wszystkie drobiazgi, które sprawiają, że ludzie stają się tym czym się stają. Jak choćby matka Kym, nieobecna, a kiedy się pojawia nieodmiennie staje w centrum reflektorów. I widać, że Kym odziedziczyła swój egocentryzm właśnie po niej.


To, co najbardziej podoba mi się w tym filmie to właśnie realizacja. Wszystko wygląda w nim tak autentycznie naturalnie i prawdziwie. Oglądając czułem się niemal tak, jakby to były zdjęcia z prawdziwego ślubu. Aktorzy też się popisali. Anne Hathaway ostatecznie przekonała mnie, że potrafi grać. Rosemarie DeWitt też się popisała.

Sama historia nie jest tak dobra jak w skandynawskim kinie (np. "Festen") i nie do końca mnie przekonała.

Ocena: 8

sobota, 24 października 2009

Patrik 1,5 (2008)

Ten film to wielka pochwała miłości cichej, cierpliwej, pozbawionej zaborczości. To również ważna lekcja życiowa mówiąca o tym, iż z każdym związkiem jest jak ze stalą – aby się trwały musi najpierw zostać zahartowanym.


Göran i Sven to idealne małżeństwo. Kochają się i zrobią dla siebie wszystko, a przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Do szczęścia brakuje im już tylko dziecka, ale mają nadzieję, że dzięki agencji adopcyjnej to się zmieni, a przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości całkowicie oddany sprawie jest Göran. Sven ma już córkę z pierwszego małżeństwa i wtedy nie wykazał się ani jako mąż ani jako ojciec. Boi się adopcji, ale jednocześnie liczy, że tym razem sprawy nie spieprzy. I wtedy dochodzi do eksplozji. W ich domu rzeczywiście pojawia się dziecko. Nie ma jednak 1,5 roku jak myśleli, ale lat 15, jest zbuntowany i co gorsza notowany. Göran i Sven są przerażeni, choć każde z nich z innego powodu. Göran przerażony jest samą pomyłką agencji adopcyjnej tym, że ich Patrik jest u obcej rodziny, a ten jest zagubiony wśród pary gejów, czego na pewno się nie spodziewał. Sven zaś przerażony jest samym Patrikiem tym, co sobą reprezentuje i co oznacza dla stabilności jego związku z Göranem.


I tak zacznie się proces hartowania, który wstrząśnie całą trójką. Sven powróci do butelki i ostatecznie wyprowadzi się z domu. Göran wiedziony poczuciem odpowiedzialności i miłości wybierze dobro chłopaka nad związek, który jak widzi stał na bardzo chwiejnych posadach. Z kolei Patrik początkowo ostro się buntuje, jest jak dzikie zwierzę zagnane do pułapki bez wyjścia, szczerzy kły w nadziej, że nikt go nie zaatakuje. I kiedy Sven znika z pola widzenia, rzeczywiście nie ma już kto go atakować. Göran jest cierpliwy i zupełnie nieinwazyjny. Jest zawsze blisko, a jednocześnie zachowuje dystans dając chłopakowi bezpieczną przestrzeń. Powoli zaczynają się do siebie przyzwyczajać.

(Richard Ulfsäter)

Na pierwszy, a nawet drugi rzut oka "Patrik 1,5" może wydawać się filmem bardzo ckliwym. A jednak wszystko jest w nim na tyle niezwykłe, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Po pierwsze jest zarazem bardzo prawdziwy i odrealniony, pełen ciepła ale nie ślepy na mroczną stronę życia. Przypomina mi w tym "Away We Go". Po drugie ma wspaniałych bohaterów perfekcyjnie zagranych przez aktorów. Gustaf Skarsgård, Torkel Petersson i młody Thomas Ljungman nie ulegli pozornej prostocie swoich postaci i uczynili je ludźmi z krwi i kości. Po trzecie Ella Lemhagen wykazała się niezwykłym wyczuciem scenariuszowo-reżyserskim. Pewnie poprowadził bohaterów wśród wirów i pułapek taniego melodramatu, a jednocześnie na drugim planie stworzyła wspaniały obraz przedmieścia i to nie w szwedzkim a w prawdziwie amerykańskim stylu niczym w "American Beauty". Wisienką na torcie są znakomite zdjęcia Marka Wiesera. Najbardziej spodobały mi się pięknie wykadrowane portrety oraz pojawiające się od czasu do czasu ujęcia odrealniające całość przypominające mi filmy Todda Solondza. Wszystko to razem składa się na piękny, wzruszający i bardzo ciepły film.


Ocena: 9

piątek, 23 października 2009

Saw VI (2009)

Należę do tej nielicznej grupy, której podobała się więcej niż jedna część "Piły". Ale nawet ja zaczynam już wątpić w sens jej ciągnięcia. Wybierając się na kolejne epizody kinowego serialu, nie spodziewam się artystycznego arcydzieła, prowokującego do myślenia, bądź wywołującego emocjonalne katharsis. Nie spodziewam się nawet dobrego aktorstwa. Jedyne czego oczekuję od "Piły" to krwi.


Początek szóstej części był niezwykle obiecujący. Wyścig pomiędzy dwójką ofiar o to, która wytnie sobie więcej ciała był ciekawy, makabryczny, krwawy i przezabawny. W sumie jednak z najlepszych sekwencji całej serii. Potem niestety to już mogiła. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pułapki bez pomyślunku, mało makabry i zero napięcia. Cała fabuła jest tak prosta, że tradycyjne wyjaśnienie na końcu jest tu kompletnie zbędne. Co gorsza pozostawiono jedną grę otwartą, co też tworzy złą atmosferę.

W całym filmie intrygujące dla mnie było tylko jedno: co też zrobił François Sagat, by się znaleźć w tym filmie. Niby "Piła" to porno, tyle że 'torture porn', ale rola Sagata nie podpada ani pod 'torture' ani pod 'porn'.

Ocena: 3

wtorek, 20 października 2009

Gamer (2009)

Dwie rzeczy są dla mnie jasne po obejrzeniu "Gamera". Po pierwsze Neveldine i Taylor to farciarze. Ich filmy są na tym samym poziomie co filmu Uwe Bolla, ale im udało się jakimś cudem uniknąć stygmatyzacji. Po drugie Neveldine i Taylor potrzebują Jasona Stathama. Tylko on potrafi być zarazem poważny i zdystansowany, co zdecydowanie ułatwia przełknięcie fabuły.


"Gamer" to rzecz zdecydowanie lepsza od "Surogatów", bo nie próbuje być niczym więcej, jak wesołym odmóżdżaczem. Jest jednak gorszy od obu części "Adrenaliny", ze względu na brak dystansu i autoironii. Film to supersoniczne widowisko tak wykoncypowane w swojej chaotycznej formie, że półtorej godziny całkowicie mnie wymęczyło. Butler nie potrafi z równą lekkością grać tępego brutala co Statham, co przeszkadza w zabawie. Podobał mi się za to akcent Michaela C. Halla i postać Kyry Sedgwick (choć potem nie wiem czemu zrezygnowali z jej ostrego portretu i mocną ją złagodzili).

Najsłabiej w tym wszystkim wypada sama wizja przyszłości. Twórcy naprawdę powinni najpierw trochę czasu poświęcić na zbadanie fenomenu wirtualnej rzeczywistości. Second Life jest idealnym polem do eksperymentowania, a jednak źródło to jest prawie kompletnie ignorowane. Kopalnia tego, co też ludzie nie wymyślą pozostaje nietknięta. "Gamer" nie ma też w sobie tej lekkości co chociażby "Uciekinier" z Arnoldem. Ale jako prosta rozrywka sprawdził się wystarczająco dobrze.

Ocena: 5

[Rec] 2 (2009)

No cóż, twórcy z całą pewnością nie wysilili się, idąc zgodnie z regułą sequeli. Mamy więc niemal identyczną sytuację, tylko wszystkiego jest dwa razy więcej... no może z wyjątkiem ofiar. "[Rec] 2" zaczyna się dokładnie w momencie skończenia jedynki i odnosi się bezpośrednio do tamtych zdarzeń, a jednak twórcy sprawnie przeszli nad tym do porządku dziennego, przez co film będzie czytelny także dla tych, którzy jedynki nie widzieli.


Tym razem atmosfera filmu jest już nieco inna. Opowieść o zombie schodzi na drugi plan. Teraz bliżej będzie horrorowi do "Egzorcysty" tyle że widzianego z perspektywy strzelanki TPS. Ma to swój urok, kilka scenek jest makabrycznie śmiesznych. Jednak to już nie to samo, co jedynka. "[Rec] 2" trzyma przyzwoity poziom, lecz wyraźnie wyczuwa się, że jest to film przejściowy niezbędny do zrealizowania części trzeciej, która zapowiada się o wiele bardziej interesująco.

Ocena: 6

poniedziałek, 19 października 2009

The Burning Plain (2008)

"Granice miłości" to pierwszy film wyreżyserowany przez Guillermo Arriagę. Autor scenariuszy do "Amores perros" czy "21 gramów" zagrał bezpiecznie korzystając z tego, co dobrze już poznał. Znów więc mamy kilku bohaterów, kilka planów czasowych i tragedię, która ich wszystkich wiąże. Całość kręci się wokół trzech kobiet: matki, córki i wnuczki. Wszystkie trzy naznaczone zostały nieszczęściem, stratą, a poczucie winy, niespełnienia przerodzi się w grzech, który dopiero przy wnuczce ma szansę zostać odpuszczony.


Wszystko byłoby z tym filmem w porządku, gdyby nie jeden fakt: to już było. I nie dotyczy to tylko Arriagi, ale też i Charlize Theron. Uparła się ona na granie tych samych zmęczonych, okaleczonych przez życie kobiet, których ja już zaczynam mieć kompletnie dosyć. Jest gorsza od Sandry Bullock, ta przynajmniej ma trochę rozumu i od czasu do czasu zagra w jakiejś komedii. A Theron nawet w Hancocku gra postać podobną, tyle że w lżejszym wykonaniu. Dość Theron, dość! Jesteś dobrą aktorką, ale sama szufladkujesz się w tych przewidywalnych kreacjach.

Ocena: 6

niedziela, 18 października 2009

내 사랑 유리에 (2008)

Waginalne love story, czyli opowieść o seksualności i pragnieniu wiecznej miłości. Tak można pokrótce streścić "Yurie, moją miłość". Główny bohaterem jest Dong-Ah, któremu marzy się nieskończona, totalna miłość. Ponieważ uczucie musi być zakorzenione, obiektem 'miłości' Dong-Ah staje się jedyna dziewczyna w okolicy - Go Young-Ja. Chłopakowi nie przeszkadza jej rozerotyzowana natura (jest dziwką, a za alfonsa ma rodzonego ojca), w końcu dla niego nie liczy się prawdziwa dziewczyna, lecz ta z jego marzeń, której zresztą nadał zupełnie inne imię – Yurie. Pewnego dnia, za sprawą szatana może marzenia zamienić w rzeczywistość.


Kiedy spojrzeć na film z dystansu, szybko okazuje się, że jest to opowieść o psychozie i sile obsesji, która nagina fakty, by pasowały do tego, co mamy w głowie. W swoim dążeniu do realizacji psychotycznych celów, dozwolone są wszelkie chwyty i dopiero po wszystkim okazuje się, że nawet najszlachetniejsze uczucie staje się narzędziem destrukcji.

"Yurie, moja miłość" to interesujące kino, które swoje prawdziwe oblicze odkrywa stopniowo. Połączenie faustowskiego dramatu, historii miłosnej z kinem czystego absurdu, tworzą unikalną mieszankę smaków. Nie jest to kino, z którym można byłoby obcować zbyt często, jednak na festiwalu, w niewielkich dawka jest całkiem niezłą rozrywką.

Ocena: 7

Jerichow (2008)

Trójka bohaterów splątana siecią tajemnicy i wzajemnych zależności. Thomas to weteran wojny w Afganistanie, który zwolniony dyscyplinarnie tonie w długa i pozbawiony jest pracy. To zmienia się, kiedy jego drodze pojawi się Ali, właściciel sieci restauracji szybkiej obsługi, który zaoferuje mu posadę kierowcy. Jest jeszcze Laura, kupiona żona Aliego, która rozpoczyna romans z Thomasem.


"Jerichow" zdumiewa niejednoznacznością, która w kinie niemieckim występuje bardzo rzadko (przykładem niedawno widziany "Architekt"). Najbardziej intrygującą postacią jest Ali. Z jednej strony jest on chorobliwie zazdrosny o Laurę, swoją dominację nie raz i nie dwa udowodnił przemocą. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, jak niemal wpycha w ramiona kobiety Thomasa. Ali skrywa też tajemnicę (niezbyt udolnie, ale Thomas okazuje się skończonym kretynem, który nie potrafi dodać dwa do dwóch), która bardzo pomoże Laurze i Thomasowi. Są jednak zbyt niecierpliwi i nie chcą czekać dwóch, trzech miesięcy.

Choć bohaterowie irytowali mnie (w szczególności Thomas), to jednak Christian Petzold postarał się i stworzył ich jako postaci złożone i wiarygodne. Całość jest opowiedziana swobodnie i co ważne bez nadmiernego wzbogacania alegoriami, parabolami, symbolami. Dzieło sztuki to to z pewnością nie jest, ale ogląda się dobrze.

Ocena: 7

Favela on Blast (2008)

Życie w faveli jest krótki, intensywne i brutalne. Tu każdy moment to walka o przetrwanie, o wybicie się, o zdobycie materialnego bezpieczeństwa. I życie to idealnie odzwierciedla tworzona w favelach muzyka brazylian funk. Proste basowe rytmy wzbogacone tekstem to rozrywka niemalże pornograficzna, często bardzo agresywna, stanowiąca element walki terytorialnej. Przy rytmach tych szaleją tłumy i nic dziwnego. Są to bowiem rytmy ich codzienności, a jednocześnie okazja do chwili zabawy i wytchnienia.


"Favela w ogniu" nie jest dokumentem straszliwie przenikliwym. Ale w tym przypadku to chyba lepiej. Twórcy pozwalają przemówić muzyce i tworzącym ją artystom. To wystarcza, by stworzyć energetyczny pełen sprzeczności obraz życia w biednych dzielnicach brazylijskich metropolii.

Ocena: 8

sobota, 17 października 2009

Nije kraj (2008)

Cóż, "To jeszcze nie koniec" z całą pewnością nie należy do kina artystycznego a raczej do komercyjnego. Choć nie jest pozbawiony pewnych ambicji, bliżej mu do typowych komedii romantycznych, tyle że humor jest nieco bardziej czarny i absurdalny.


To, co mnie szczególnie zainteresowało to obraz Chorwatów i Serbów. Choć jest to koprodukcja, wyraźnie czuje się tutaj chorwacką perspektywę. Chorwaci są tu zwycięzcami, Serbowie przegranymi ofiarami zredukowanymi do dziwek. To również Chorwat jest tym, który wyciąga rękę, by wyrwać ze świata pornografii Serbkę, która jest na najlepszej drodze do samozagłady. Czyni to nie tylko z miłości, ale również, a może przede wszystkim z poczucia winy. Tak więc to Chorwaci mają być tym, którzy – nawet wbrew opinii większości – powinni działać na rzecz pojednania, w ten sposób oczyszczając i siebie i innych z winy, tworząc nową unię (choć raczej bez perspektyw na dłuższe trwanie).

Ocena: 7

Algún lugar en ninguna parte (2009)

Coś dla zwolenników kina minimalistycznego, choć w wersji nie aż tak ekstremalnej jak obrazy Lisandro Alonso. Reżyser, Víctor Dínenzon, zabiera widzów w dość intrygującą podróż. "Gdzieś, czyli nigdzie" to medytacja nad ludzką śmiertelnością i tajemnicą śmierci.


Naszym przewodnikiem jest 50-letni Oscar. Jest on świadkiem kilku nagłych i dramatycznych zgonów, rozmawia z ludźmi, których dotknęła śmierć lub którzy byli jej świadkami. Rozlicza się ze własnym życie odwiedzając ważne dla niego kobiety. Co jednak ciekawe, fabuła filmu jest poszarpana, pozornie pozbawiona konsekwencji z tymi samymi bohaterami odgrywającymi nieco inne role. Tajemnice tego zamieszania można domyślić się dość wcześnie, sam reżyser odkrywa ją dopiero w ostatniej scenie.

"Gdzieś, czyli nigdzie" nie jest jakoś szczególnie odkrywcze. Także bohaterowie pozostawiają sporo do życzenia. Całość przypomina wiele podobny przefilozofowanych filmów. Na szczęście nie popada w samoegzaltację, co zniszczyłoby dzieło doszczętnie.

Ocena: 6

Utolsó idők (2009)

I kolejny film zrealizowany poprawnie, sprawnie opowiedziany, ale do bólu wręcz sztampowy, jakby został wyjęty wprost z podręcznika do reżyserii. Głównymi bohaterami są młody chłopak i jego upośledzona siostra. Dziewczyna zostaje zgwałcona, a policja zamiast szukać sprawców woli prześwietlić podejrzaną działalność chłopaka (przemyca on paliwo).


Naprawdę nie trzeba oglądać filmu, żeby wiedzieć, jak się skończy. Jedynym oryginalnym elementem fabuły jest rozgrywająca się na drugim planie historia budowy drogi i protestu jednej rodziny. Alegoryczność tego elementu jest tak grubymi nićmi szyta, że reżyser mógł sobie to w ogóle darować. Naprawdę nie zmienia to ani odbioru filmu, ani nie pogłębia wiedzy na temat tego, o czym Áron Mátyássy nam opowiada.

Ocena: 6

Източни пиеси (2009)

Trochę trudno jest mi oceniać film wiedząc, że inspirowany jest on życiem Christo Christov, który gra tu samego siebie. Artysta, narkoman i alkoholik zmarł ledwie dwa tygodnie po zakończeniu zdjęć, co jest smutnym epilogiem do filmu, który kończy się nutą optymistyczną. Ale takie jest życie, natomiast film, to już co innego.


"Wschodnie zabawy" to niestety standardowa opowieść o ludziach zagubionych, próbujący odnaleźć się w świecie, ale mający z tym problemy Christov nie potrafi poradzić sobie z prześladującymi go demonami. Jego brat szukając jakiegoś układu odniesienia wiąże się z prawicowymi ekstremistami. Film jest ponury, ale nie pozbawiony elementów humorystyczny.

Ocena: 6

Der Architekt (2008)

Na "Architekta" ostrzyłem sobie pazury już od pierwszego zwiastuna, na jaki natchnąłem się w sieci. Spodziewałem się filmu, który tak zgrabnie został opisany w katalogu. I niby rzeczywiście taki jest. Problem w tym, że bohaterowie pozostali mi kompletnie obojętni.


Śmierć matki zmusza bohatera i jego rodzinę do przyjazdu na pogrzeb w rodzinne strony. Przez kilka dni, jakie spędzą w zasypanej śniegiem wiosce, przedefiniowane zostaną łączące ich relacje, wyjdą na jaw tajemnice, a główny bohater zostanie rozliczony z przeszłości.

Niestety znów, jak w przypadku "Gry w ojca" wymyślni bohaterowie nie są w stanie przybliżyć mi historii. Wszystko w tym filmie wydaje się być tylko dekoracją, obrazem kręconym pod publiczkę. Najpoważniejszy problem to jednak relacja tytułu do fabuły. Analogia architektoniczna nie zostaje pociągnięta, a szkoda, bo rozliczenie z życiem przez spacer po pokojach swoich doświadczeń byłoby znacznie ciekawsze od najpiękniejszych ale niewnoszących nic zdjęć zasypanego śniegiem krajobrazu.

Ocena: 5

(2007) סיפור גדול

"Kwestia rozmiaru" to całkiem sympatyczna komedyjka o tym, że kochanego ciała nigdy za wiele. Film w zamyśle ma całkiem właściwe przesłanie, zgodnie z którym nie należy poddawać się dyktatom mody, lecz po prostu być szczęśliwym tym, kim się jest. Moim zdaniem jednak twórcy przesadzili, postępując w sposób nieodpowiedzialny.


Bohaterami filmu jest grupa grubasów, którzy cały czas torturują się, by schudnąć, niestety bezskutecznie. Torturują się głównie psychicznie, bo choć są na diecie, to nie przestrzegają jej rygorystycznie, co chwilę sobie pobłażając, by potem czuć się źle, że kilogramów nie ubywa. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest dla nich nie schudnięcie, a przytycie i stanie się mistrzami sumo. Reszta to już komediowy standard.

Teraz czekam na sequel, którego bohaterkami będą anorektyczki próbujące się nauczyć flamenco. Dzięki grzechoczącym szkieletom, mogłyby zaoszczędzić na kastanietach...

Ocena: 6

Poliţist, adj. (2009)

Chylę czoła przed Corneliu Porumboiu. W swoim najnowszym filmie dokonał rzeczy, jak zdarza się bardzo rzadko. Po pierwsze stworzył dzieło skończone, którego nie da się zredukować do jego części składowych (choć autorzy katalogu WFF mocno się natrudzili, by tego dokonać). Po drugie przekształcił filmową materię w dyskurs filozoficzny. To akurat ambitni twórcy próbują robić raz za razem, w większości przypadków wychodzi z tego bełkot, "Policjant, przymiotnik" do nich nie należy.


Przez większą część filmu nic się w zasadzie nie dzieje. Główny bohater prowadzi śledztwo, dyskutuje z żoną nad znaczeniami słów i pisze raporty. Dopiero w znakomitej scenie końcowej w biurze szefa odkrywamy, że w dziele Porumboiu nie fabuła się liczyć, że jest ona narzędziem. W rzeczywistości "Policjant, przymiotnik" jest podróżą do prawdy, odkrywania rzeczywistych znaczeń, czyli jest nie mniej nie więcej a filmem o dialektyce. Tak, to film o dialektyce a nie wykorzystujący dialektykę dla celów fabuły. Porumboiu odwrócił relacje, co nie powinno się udać. A jednak powstało dzieło niemalże mistrzowskie. Brawo!

Ocena: 9

Rage (2009)

Wreszcie doczekałem się na warszawskim festiwalu filmu, który na pewno pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sally Potter stworzyła arthousowy obraz przywodzący na myśl dzieła tworzone w latach 70. i 80. (kłania się chociażby Derek Jarman). Dziś takie eksperymenty nie są w modzie i sądząc po tym, jak ochoczo ludzie opuszczali salę kinową w trakcie seansu, długo jeszcze modne nie będą. Ja zaś byłem całkowicie zachwycony.


"Rage" nie jest filmem w ścisłym tego słowa znaczeniu. To raczej teatr, gdzie aktorzy praktycznie nie wchodzą w interakcje ze sobą, lecz wygłaszają monologi wprost do kamery (widza). Jest to również coś na kształt multiinstalacji wideo. Ba, powiedziałbym nawet, że "Rage" jeszcze lepiej wyglądałoby w galerii, gdzie każdy monolog mógłby być prezentowany na oddzielnym ekranie, przez co oglądający wędrowałby, wchodził do środka opowiadanej historii, uzyskując jednocześnie kontrolę nad tym czego w danej chwili wysłucha.

(Riz Ahmed)

Wielką zaletą filmu "Rage" są mistrzowskie kreacje aktorskie, których nie można oceniać zgodnie z regułami 'zwykłego' filmu. Fantastyczne monologi, prawdziwy teatr, popis talentu i to nie tylko w przypadku tych znanych (Buscemi, Law, Dench czy Wiest) ale również tych mniej doświadczonych (Ahmed, Adams). A do tego jak oni wszyscy fantastycznie wyglądają! Najchętniej każdy kadr oprawiłbym w ramy i powiesił na ścianie. Za Lawa jako Minx, Ahmeda jako Wisznu, prześlicznie 'laleczkowatą' Cole i królewską Dench charakteryzatorom, oświetleniowcom i kamerzystom należą się wszystkie możliwe nagrody świata. Cudo, cudo, cudo!

(Jakob Cedergren)

(Lily Cole)

Ocena: 10

piątek, 16 października 2009

박쥐 (2009)

Młody, idealistyczny ksiądz bierze udział w niebezpiecznym eksperymencie medycznym mającym pomóc w znalezieniu leku na śmiertelną chorobę. Niestety w trakcie procesu badawczego umiera, by zaraz potem ożyć już nie jako człowiek, lecz wampir. Ksiądz stopniowo odkrywa słabe i mocne strony nowej egzystencji. Największym problemem są dla niego konieczność spożywania krwi, co pozostaje w konflikcie z kodeksem moralnym zabraniającym czynienia krzywdy, a także niezwykle silnie odczuwane żądze cielesne.


"Pragnienie" to klasyczna opowieść o wampirach opowiedziana ze Wschodniej perspektywy, dzięki czemu mogliśmy uwolnić się od wizerunku Draculi. A przecież film ten w dużej mierze opowiada o tym samym co legenda najsłynniejszego wampira: o dramatycznych rozterkach istoty, która jest drapieżnikiem lecz posiada też ludzkie odczucia.

Jako film o wampirach "Pragnienie" sprawuje się znakomicie. Jako film Chan-wook Parka niestety rozczarowuje. W niczym nie przypomina on trylogii zemsty. Brakuje surowej fabuły "Pana Zemsty", paradoksów "Oldboya" i zachwycającej estetyki obrazów "Pani Zemsty". Film ma kilka niezłych scen, z absurdalnym 'trójkątem' na czele, lecz to wszystko. Od Parka oczekuję jednak więcej, dużo więcej.

Ocena: 7

Das Vaterspiel (2009)

Nie rozumiem idei stojącej za powstaniem tego filmu. Choć tematycznie jest zupełnie inny, to w wykonaniu bardzo przypomina mi "Samotność w sieci" – oba uważam za marnotrawstwo taśmy. Nie znam książki, więc nie wiem na ile wierni są twórcy filmowi "Grze w ojca". Wiem jednak, że bohaterowie obrazu kompletnie mnie nie przekonują.

"Gra w ojca" przypomina cyrkową menażerię dziwactw. Jest więc kobieta cierpiąca na zaburzenie, którego rezultatem jest całkowity brak owłosienia. Jest facet, programista, który stworzył grę umożliwiającą mordowanie własnego ojca. Jest matka alkoholiczka i siostra, której relacje z bratem są naprawę bliskie. Wszyscy oni zamieszkują historię będącą połączeniem typowego konfliktu dzieci z rodzicami z tragicznymi wydarzeniami z czasów II Wojny Światowej.

Obraz jest zrealizowany profesjonalnie, więc daje się to obejrzeć. Niestety nie mam zielonego pojęcia, co też reżyser chciał nam przekazać. Mnie po seansie nie zostało nic.

Ocena: 5

La milagrosa (2008)

Pozytywne zaskoczenie. Rafael Lara znakomicie debiutuje w pełnometrażowym kinie fabularnym. "Cudowna" to poprowadzona bez sentymentu, szczerze i z filmowym wyczuciem historia oparta na faktach. Młody Eduardo jadąc samochodem z przyjacielem zostaje porwany, a następnie przetrzymywany przez lewacką partyzantkę. Rozpoczyna się okres ciągłego strachu, niepewności i szaleństwa.


Film, choć ideologicznie zaangażowany, nie jest wykładem ex cathedra. Lara znakomicie czuje obraz. Wiele sekwencji został świetnie sfilmowanych i zmontowanych (jak choćby strzelaniny czy szaleństwo Eduardo). Reżyser oszczędził widzom też taniej ckliwości, choć przecież pojawia się wątek romantyczny, co mogło z łatwością stać się pocałunkiem śmierci. Do tego bardzo dobrze sprawuje się obsada filmu z grającym Eduardo Antonio Merlano na czele.

Tak trzymać panie Lara! Tak trzymać.


(Guillermo Iván)

Ocena: 8

The Time Traveler's Wife (2009)

Związek rozdzielony przez czas, miłość i Brad Pitt... to chyba wystarczy do przekonania każdego, że mamy do czynienia z "Benjaminem Buttonem 2". Co prawda film jest adaptacją znanej książki, a Pitt jest zaledwie producentem, ale w sumie oba filmy są do siebie podobne i skierowane do tego samego widza. Niestety "Zaklęci w czasie" są o klasę niżej.


Przede wszystkim kuleje audiowizualna otoczka. Muzyka Mychaela Danny jest denna i rozbija film na drobne kawałki, czego nie dało się już poskładać do kupy. Zdjęcia również słabsze niż u "Buttona", choć nie tak złe jak muzyka. Z kolei poszczególne sceny same w sobie są często piękne i wzruszające. Problem w tym, że nie tworzy to harmonijnej całości.

Ocena: 6

czwartek, 15 października 2009

Playground (2009)

Oto problem wielu filmów: poruszają ważne tematy, które należy nagłaśniać, ale niestety twórcy nie bardzo wiedzą jak rozgłos osiągnąć. "Plac zabaw" jest doskonałym tego przykładem.


Libby Spears postanowiła przyjrzeć się amerykańskiemu podziemiu pedofilskiemu i wykorzystywaniu nieletnich w prostytucji. Temat samograj, zdawać by się mogło. A jednak okazuje się, że nie. Owszem przedstawione fakty są wstrząsające. Tak wypowiedzi pokrzywdzonych poruszając. Tyle tylko, że nie tworzy to filmowej całości. Reżyserka chyba sama to czuła, gdyż postanowiła suchą narrację ubarwić animowanymi wstawkami. Nic to nie daje. W kinie nie można tego traktować tak jak w telewizji, jako przerwę na reklamę. "Plac zabaw" jest nudnym, suchym, mocno propagandowym filmem (przy czym ciekawe jest to, że najbardziej propagowana w tym filmie jest idea edukacji seksualnej, najwyraźniej Spears nie ma pomysłu jak radzić sobie z pedofilami).

Reżyserka miała nosa, że chciała włączyć do filmu postać jednej z dziewczyn wykorzystywanych w dzieciństwie. Niestety Spears nie rozpoznaje, jak bardzo ciekawą postać udało jej się przyciągnąć do filmu. I to co najciekawsze rozgrywa się w ostatnich 15 minutach, a mógł być to dobry początek interesującego dokumentu.

Ocena: 5

Mammoth (2009)

Lukas Moodysson wykazał się nieprzeciętnym talentem do bełkotania. Spieprzyć taki materiał i taką obsadę – tego nie zrobiłby nawet żółtodziób. Tymczasem Moodysson, którego cenię, radośnie pląsa wśród popłuczyn i niczym średniowieczny przygłup bierze je za krystalicznie czystą wodę, źródło mądrości i objawienia.


W zamierzeniu miał to być chyba dramat pokazujący jak to potrzeba pieniędzy i dóbr materialnych, niezależnie czy uzasadniona czy też nie, staje się największym zagrożeniem dla rodzinnej i psychicznej stabilności. Moodysson niestety zacina się i powtarza w kółko tę samą myśl zmieniając jedynie dekoracje. Tak Lucasie, już po pół godzinie załapałem, że pieniądze są ważne, ale dzieci ważniejsze i trzeba o nie dbać, bo można je stracić. Nie było potrzeby katować mnie dwiema godzinami bełkotu prowadzącego donikąd. I co z tego, że aktorsko film jest na dobrym poziomie, a ścieżka dźwiękowa całkiem interesująca? Moodysson tak naprawdę nie miał nic do powiedzenia. Wymyślił sobie jedno zdanie i wokół niego próbował skonstruować cały film. Nie udało się.

Ocena: 3

Welcome (2009)

Philippe Lioret nie bawi się w aluzje, on mówi prosto z mostu jak jest. Emigranci spoza Europy traktowani są w ten sam sposób, co w czasach III Rzeszy Żydzi. Są personae non grata, nie można im pomagać, nie można ich obsługiwać, mają zakaz wstępu do większości miejsc. Już sam kontakt z nimi może sprowadzić kłopoty ze strony władz. Większość próbuje emigrantów ignorować, inni zagłuszają swoje sumienie wykazując troskę, daleką wszakże od prawdziwej pomocy. Tylko nieliczni odważą się zaryzykować.


"Welcome" stawia jednak jeszcze jedno pytanie: czy rzeczywiście warto emigrantom pomagać. Francuz Simon pomoże Kurdowi Bilalowi, podtrzyma jego nadzieje, w ten sposób jednak doprowadzi do tragedii. Nie sposób nie zastanawiać się, czy gdyby Simon zignorował Bilala, ten zostałby zmuszony do poszukania bardziej racjonalnego sposobu rozwiązania swojego problemu i być może udałoby się uniknąć tragicznego zakończenia. Jak to mówią, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane...

Ocena: 7

(2008) المرّ والرمان

Spojrzenie na konflikt izraelsko-palestyński z kobiecego punktu widzenia. To, co w "Granatach i mirze" jest interesującego to delikatność w potraktowaniu całego problemu. Nie ma tu drapieżności i otwartej agresji, choć przecież są chwile, kiedy pokazane na ekranie zostają dość dramatyczne sytuacje. To opowieść o cichym cierpieniu kobiet, które zostają postawione w sytuacji bez wyjścia, które muszą odnaleźć w sobie siłę i żelazną wolę trwania w warunkach odbiegających od marzeń.


Niestety sama historia jest bardzo naiwna. Ową naiwność pogłębia również różnica kulturowa. Cały poboczny wątek relacji głównej bohaterki i przybyłego do miasta choreografa jest z europejskiej perspektywy nadmiernie rozgorączkowany. Bohaterowie czują do siebie przyciąganie, ale do niczego nie dochodzi. Oni jednak zachowują się tak, jakby co najmniej groziła im aborcja.

Plusem filmu jest Hiam Abbass, której zresztą przypadła najlepsza scena filmu, kiedy jako właścicielka cafe przeciwstawia się izraelskim żołnierzom.

Ocena: 6

środa, 14 października 2009

宮本武蔵 -双剣に馳せる夢- (2009)

Kiedy rozpoczął się film, myślałem, że dam mu wyższą ocenę, niż w końcu postawiłem. Lubię te nieco zwariowane paradokumenty, a tym razem dodatkowo całość została zrealizowana jako animacja! "Musashi" okazuje się być dziełem na wskroś postmodernistycznym z co chwilę zmienianą konwencją, i odnośnikami do kultury tej bardziej i mniej popularnej. Ciekawa wydała mi się też diagnoza osobowości legendarnego samuraja i tłumaczenie wszystkiego przez jego fascynację końmi.


Niestety po pewnym czasie to bombardowanie obrazami i treścią zamiast bawić zaczyna męczyć i irytować. Pod koniec już tylko 'specjalista' od Musashiego i jego asystentka utrzymywali moją uwagę. Cała reszta zaczynała być powtórką z rozrywki.

Trzeba jednak przyznać, że od strony wizualnej animacja prezentuje się bardzo dobrze, mimo że twórcy postawili raczej na mało skomplikowaną kreskę.

Ocena: 6

Bala mordida (2009)

Jak na reżyserski debiut "Nadgryziona kula" sprawdza się nawet nieźle. Historia skorumpowanych policjantów nie jest może pierwszej świeżości, ale wszelkie niedostatki reżyser nadrabia entuzjazmem.


To, co w filmie podoba mi się najbardziej to pokazanie tego, jak funkcjonuje skorumpowane społeczeństwo. Ten naturalizm, z jakim przekazywane są z rąk do rąk łapówki! Te wszystkie afery, z których każdą doprowadzić można do najwyższych szczebli. Ciekawe, że skorumpowany system działa całkiem sprawnie dopóki, dopóty wszystkie strony trzymają się zasad. Dziwki, policjanci, politycy – wszyscy dostają swoją dolę i są zadowoleni. Kiedy jednak pojawi się ktoś, kto żarłocznie domagać się będzie więcej, wtedy robi się gorąco.

Dużym atutem filmu jest ścieżka dźwiękowa. Może jest trochę kiczowata, ale świetnie odnajduje się w estetyce obrazu.

Ocena: 6

(2009) השמצה

Yoav Shamir chyba naprawdę ma ambicje zostania izraelskim Michaelem Moore'em. Już poprzednim dokumentem wywołał spore kontrowersje przybliżając straszliwą rzeczywistość Palestyńczyków poniżanych na punktach kontrolnych. Tym razem jednak Shamir wtyka kij w mrowisko porywając się na święty Graal izraelskiej ideologii XX wieku – wszechobecny antysemityzm. Shamir zastanawia się czym jest antysemityzm i czy w ogóle istnieje.


To co można zobaczyć na ekranie wywołuje zdumienie, śmiech, zakłopotanie i czyste przerażenie. Wychowywanie kolejnych pokoleń w świadomości, że jest się nienawidzonym przez cały świat – naprawdę trudno wyobrazić sobie coś bardziej makabrycznego. Instrukcja jak zachowywać się, kiedy w Polsce wycieczkę izraelskich nastolatków zaatakuje samochód pułapka bądź grad kamieni, mrożą krew w żyłach wywołując śmiech całkowitego niedowierzania. Shamir stawia kilka śmiałych, choć wcale nie takich nowych tez, jak choćby ta, że antysemityzm jest tym dla świeckich Żydów, czym religia dla ortodoksów: buduje tożsamość. W tym momencie nie mogę nie pomyśleć o Polakach, którzy cierpią na podobny syndrom: ideologia wypaczonego Honoru, która każe nam celebrować klęski i męczeństwo.

"Dezinformację" ogląda się naprawdę dobrze, ale technicznie ma kilka wpadek. Wątpliwości moje budzi również manipulacja, jakiej próbuje Shamir dokonać na widzach. Antysemityzm rzeczywiście istnieje, jak zresztą każda rasowa nienawiść. To że nie jest to zjawisko tak powszechne, jak wierzą niektórzy Żydzi, nie zmienia faktu, że antysemityzm nie jest li tylko hasłem ideologicznym. Mam już także powoli dosyć lewicowych dokumentów. I chciałbym zobaczyć, jak prawica odpowiada w równie błyskotliwy sposób. Wtedy dyskurs naprawdę nabrałby barw.

Ocena: 7

wtorek, 13 października 2009

南京!南京!(2009)

I znów sobie ponarzekam na polską kinematografię. "Miasto życia i śmierci" zrealizowany zostało z okazji 70 rocznicy zdobycia Nankinu przez Japończyków. Niestety na głowę bije on nasz "Katyń", też przecież powstały z okazji rocznicy masakry. Chińska produkcja obnaża wszystkie słabości naszego kina, a przecież nie jest to żadne arcydzieło (co tylko jeszcze boleśniej daje się nam Polakom we znaki).


Niemal reporterskie zdjęcia z walk na ulicach Nankinu to prawdziwe mistrzostwo świata. Aż marzy mi się, że ktoś kiedyś tak spróbował pokazać Powstanie Warszawskie. Reszta to brutalna, wstrząsająca ale też nieco emocjonalnie zdystansowana opowieść o tym, co wydarzyło się po wkroczeniu do Nankinu Japończyków. A działy się rzeczy okrutne, które reżyser rekonstruuje w sposób metodyczny a jednocześnie chłodny, bez histerii. Brakuje w tym wszystkim emocjonalnego zaangażowania, czego powodem jest fakt, że Chuan Lu zdecydowanie za mało poświęca uwagi bohaterom. Kiedy już to czyni, jesteśmy prawie na samym końcu opowieści. Mocno też wyczuwane jest propagandowe przesłanie. Jednak tu akurat jest to jak najbardziej zrozumiałe i nie prowadzi do takiego dysonansu, jaki pojawiał się chociażby w "Hero". Lu zaskoczył mnie też dając tak dużą rolę 'dobremu Japończykowi', nie dziwi za to reakcja chińskiej publiczności, która za to niewybaczalne posunięcie groziła mu śmiercią. Lu poszedł dalej niż skłonni byli pójść Spielberg, Polański czy Wajda, choć przecież Chińczyków zginęło więcej niż Żydów i Polaków razem wziętych.

Swoją drogą ciekawie będzie porównać "Miasto życia i śmierci" z niemieckim filmem "John Rabe" o naziście, który starał się ratować mieszkańców Nankinu przed Japończykami.

Ocena: 7

Moon (2009)

I kolejny dowód na to, że kino SF ma się w naprawdę dobrej formie – "Moon". Mając do dyspozycji zaledwie 5 milionów dolarów, Duncan Jones wiedział, że nie starczy to na wizualne fajerwerki, które mogłyby przyćmić pomysły Bay i reszty hollywoodzkich wyrobników. Zamiast tego sięgnął po to, co w SF zawsze było najważniejsze: historia, która stawała się pretekstem do rozważań na tematy uniwersalne, jak choćby to, co to znaczy być człowiekiem.


Pomysł Jonesa na fabułę jest banalnie wręcz prosty. Samotny człowiek na Księżycu odkrywa, że ani on nie jest tym, kim wierzył, że jest, ani też rzeczywistość nie wygląda tak, jak mu się zdaje. Dla fana gatunku, zwłaszcza w jego literackim wcieleniu, historia "Moon" będzie doskonale znana. To, czym Dunca zaskarbi sobie przychylność jest egzekucja filmu. Nigdy nie idzie na łatwiznę, nie stosuje uproszczeń i skrótów filmowych. Mając w zasadzie tylko fabułę, poprowadził narrację w sposób przemyślany i atrakcyjny dla widza.

"Moon" idealnie wpisuje się w kanon gatunku SF. Nie da się jednak ukryć, że mimo wszystko jest to w zasadzie tylko wprawka. Skoro jednak wiemy, że Duncan Jones umie opowiadać historie, to teraz pozostaje tylko czekać na to, aż otrzyma środki i swobodę wystarczającą do nakręcenia arcydzieła. Kto wie, może właśnie on będzie tym, który odda sprawiedliwość prozie Dicka zamiast przerabiać jego paranoiczne opowiadania w płaskie jak deska kino akcji.

Ocena: 7

Царь (2009)

Auć, to zabolało. Po mistrzowskiej "Wyspie" moje zainteresowanie Łunginem mocno wzrosło, dlatego też nie mogłem przegapić "Cara". Niestety film zawiódł mnie na całej linii. Łungin kopiuje samego siebie tyle tylko, że tym razem wrzuca wszystko w XVI-wieczne kostiumy. Tam jednak, gdzie poprzednio odczuwało się prawdziwą magię obrazu, moc wzbudzanych emocji i wielkość wiary, tym razem mamy nabzdyczony wykład o konflikcie władzy i religii. Nie pomaga udział Mamonowa, który tylko jeszcze bardziej ujawnia manieryzm reżysera i słabość jego fascynacji filozoficzno-medytacyjnym bełkotem prowadzącym donikąd.


Jest w "Carze" kilka naprawdę mocnych emocjonalnie scen, lecz najbardziej jestem Łunginowi wdzięczny za to, że pokazuje Polaków w sposób, na jaki nie stać nas w kraju. To już przestaje być zabawne, ale podczas gdy my pławimy się w męczeństwie, Rosja pokazuje nas jako imperium, które mogło zatrząść caratem w posadach. Dlaczego w Polsce nie kręci się filmów, w których zamiast ofiarami wypaczonego pojęcia honoru bylibyśmy panami świata? Czy naprawdę na zawsze mamy pozostać narodem poddańców?

Ocena: 4

Forasters (2008)

Jest w psychologii koncepcja, która twierdzi, że rodziny zachowują się zgodnie z pewnymi nieświadomymi schematami zwanymi. W wyjaśnieniu tego zjawiska stosowane są takie pojęcia jak 'scenariusz rodzinny' i 'mity rodzinne'. Najnowszy film Ventury Ponsa jest uproszczoną ilustracją tejże koncepcji.


Jedna rodzina, dwa plany czasowe odległe od siebie o 40 lat. Gdyby jednak nie odmienne dekoracje i inne twarze, z łatwością można byłoby oba je pomylić, tak niewiele się od siebie różnią. Dzieci, który buntowały się wobec swoich rodziców, teraz są ich niemal identycznymi kopiami, z tym samym zestawem błędów na koncie i ze świadomością, że kolejne pokolenie znów może czekać ten sam los.

Choć w podtytule jest słowo 'melodramat', jest ono przynajmniej w odniesieniu do filmu zastosowane nieco na wyrost. Trudno mówić tu o prawdziwym melodramacie, skoro całość jest sucha, wręcz martwa. To zaskakujące, ale Pons naprawdę traci gdzie wyczucie emocjonalne. Czyżby i jemu we znaki dawał się wiek, jak i Almodóvarowi?

Ocena: 6

poniedziałek, 12 października 2009

(2009) الزمن الباقي

No cóż, "Boska interwencja" to to nie jest, ale Elia Suleiman znów popisał się ciekawym, mocno surrealistyczny, a jednocześnie bardzo prawdziwym filmem. "Czas, który pozostał" to obraz 60 lat egzystencji Palestyńczyków w Izraelu. Oglądamy czasy tuż po powstaniu państwa żydowskiego oraz kolejne ważne wydarzenia w życiu rodziny reżysera.


Suleiman w prosty a jednocześnie niezwykle barwny sposób przedstawia całą absurdalną brutalność palestyńsko-izraelskiego konfliktu. W filmie jest wiele znakomitych, zapadających w pamięci scen, którym jednak brakuje klamry spinającej całość w niezapomniane arcydzieło, jak to było w poprzednim filmie Suleimana.


Ocena: 7

An Englishman in New York (2009)

Twórcy "Anglika w Nowym Jorku" mają wielkie szczęście, że Quentin Crisp został skremowany, inaczej na pewno powstałby z grobu i powiedział kilka ciętych uwag na temat filmu. Trudno nazwać go portretem Crispa, jego biografią. To raczej filmowa karykatura, perwersja. Zamiast elokwentnego, inteligentnego, zabawnego, a przede wszystkim bezkompromisowego filmu o starości, umieraniu i przekleństwie sławy, powstał boleśnie sztampowy sentymentalny gniot składający się niemal wyłącznie z samych banałów. W tym zalewie miernoty giną ostre niczym brzytwa opinie Crispa. Twórcom udało się nawet sknocić motto kończące film – rzecz zupełnie niesłychana.


Jedyne co ratuje ten film przed totalną zagładą jest John Hurt. Nie jest to może jego najlepsza kreacja, ale z całą pewnością stanowi jasny punkt projekcji. Bardzo dobrze zaprezentował się też Jonathan Tucker. Nie przypominam sobie, że był kiedykolwiek zagrał równie udanie. Szkoda, że wysiłek idzie na marne, bo film jest niestety kiepski.

Ocena: 4

The Naked Civil Servant (1975)

"Nagiego urzędnika" oglądałem kilka lat temu i nie zrobił na mnie jakiegoś przełomowego wrażenia, jakie ponoć miał wywoływać kiedy pojawił się na ekranach. Szczerze mówiąc nawet w latach 70. było kilka lepszych i bardziej odważnych filmów o tematyce gejowskiej. Co nie zmienia faktu, że Quentin Crisp to postać bardzo barwna i ciekawa z filmowego punktu widzenia. Niestety w obrazie Jacka Golda nie zostało to do końca wykorzystane.


"Nagi urzędnik" to tak naprawdę audiobook z ruchomymi obrazkami zamiast ilustracji. Pełne ciętych ripost monologi to rzecz jasna najlepsza część obrazu. To, co Quentin mówi o sobie, o środowisku jest szczere do bólu, czasem szokująca, zawsze interesujące i skłaniające do refleksji. Interesujące jest to, jak ze swej 'słabości' Quentin uczynił broń przeciwko bigoterii świata. Strategia 'in your face' nie została przez niego wymyślona, to bardzo częsty sposób postępowania ludzi znajdujących się w totalnej desperacji, którzy stają się krzykliwymi parodiami samych siebie, żeby choć w ten sposób zaznaczyć swoje istnienie. W przypadku Crispa nie ma mowy o desperacji, to przemyślana, wykalkulowana decyzja. Quentin zdefiniował samego siebie, jest zarazem twórcą jak i dziełem, dzieckiem całkowicie racjonalnego umysłu. Sprawia to, że żyje w przestrzeni całkowicie sam, nawet jeśli w otoczeniu przyjaciół. Muszę powiedzieć, że podziwiam jego hart ducha, zazdroszczę akceptacji racjonalnej kalkulacji, ale i współczuję całkowitego braku romantyzmu.

Film moim zdaniem nie oddaje sprawiedliwość osobie Crispa. Jednak kreacja Johna Hurta jest najwyższej próby. Nic, tylko siedzieć i podziwiać.

Ocena: 6

Rejsen til Saturn (2008)

Duńska animacja jest póki co najlepszym pod względem komercyjnym obrazem, jaki widziałem na tegorocznym festiwalu w Warszawie. Choć słowo 'komercyjny' nie jest tu do końca właściwe. Mimo bowiem znakomitej sprzedaży w Danii (3. film roku), gdzie indziej może mieć spore problemy z dystrybucją. Nie wierzę, by w Stanach film doczekał się kiedykolwiek kinowej premiery. Żeby otrzymać kategorię R, cenzura musiałaby go tak bardzo zmasakrować, że jego projekcja pozbawiona byłaby wszelkiego sensu.


"Wyprawa na Saturna" to bardzo tania animacja, co oczywiście rzuca się od pierwszego spojrzenia. To, czego brakuje od strony techniczne, film nadrabia pomysłami. Czego tu nie ma? Golizna, przemoc, pornografia i szarganie wszelkich świętości (Bóg w Niebie wydaje bardzo lubiane przez św. Piotra pisemku "Anielskie cipki"), a wszystko zaprezentowane z typowo skandynawskim poczuciem humoru. Ja bawiłem się świetnie, ale nie byłbym tak odważny jak niektórzy widzowie, którzy na animację wybrali się wraz z dziećmi.

Ocena: 9

Alle Anderen (2009)

"Wszyscy inni" można uznać za nieoficjalny sequel "Adama". O ile amerykańska komedia opowiada w zasadzie o początkach związku, o tyle niemiecki dramat mówi, co czeka dalej ludzi o odmiennych charakterach. Tym razem to kobieta odbiega od norm, będąc spontaniczną i szaloną. Jej towarzysz jest spokojniejszy, na pograniczu całkowitej stagnacji.


Kiedy poznajemy bohaterów, wydają się być parą idealną. Wystarczy jednak, że pobędziemy z nimi chwilę, a na pięknym obrazku pojawiają się rysy. Z początku drobne, stopniowo ujawniają pełnię swej głębi. Para wciąż jest ze sobą, a jednocześnie coraz bardziej się od siebie oddalają, aż dochodzą do punktu, w którym wszystko zdaje się być między nimi skończone.

"Wszyscy inni" pokazują, że wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi dwójka osób, konflikty i różnice są rzeczą normalną. Związek definiowany jest właśnie przez ciągłą walkę sił przyciągających i odpychających od siebie ludzi. Cała sztuka polega na tym, by nie poddawać się, kiedy przepaść zdaje się nie do przebycia. Oczywiście łatwiej się takie rzeczy mówi, niż robi.

Ocena: 6

niedziela, 11 października 2009

Crónicas chilangas (2009)

Widzę, że podstawowym problemem twórców zaczyna powoli być klęska urodzaju. "Kroniki z Mexico City" to trzy splatające się w jedno historie. Pierwsza opowiada o kobiecie zafascynowanej pornosami, druga o emerytach, którym brakuje pieniędzy na spłacenie hipoteki, trzecia o sfingowanym porwaniu i 'porywaczu', który słyszy głosy i wierzy w UFO.

Całość ogląda się całkiem dobrze, głównie ze względu na aspekty komediowe. Problem w tym, że jakościowo historie bardzo się od siebie różnią. Emeryci przez długi czas są tylko zbędnym balastem i dopiero pod koniec stają się ciekawymi postaciami. Z kolej kobieta mająca obsesję na punkcie pornografii jest tak wdzięcznym tematem, że z wielką chęcią obejrzałbym komedię w całości poświęconą tylko jej.

Ocena: 7

(2009) כלת הים

Zdecydowanie najsłabszy z filmów, które widziałem drugiego dnia festiwalu. "Jaffa" to dość przeciętna historia dwójki młodych osób, których dzieli pochodzenie, połączyła miłość, a rozdzieli tragiczny wypadek. Twórcy bez skrupułów torturują nas ogranymi chwytami.


Większość czasu poświęcona jest na opis sytuacji przed wypadkiem, który odmieni losy rodziny. I choć może to być na swój sposób interesujące (głównie za sprawą postaci matki), to jednak kiedy naprawdę robi się ciekawie, film się właśnie kończy. A szkoda, bo to mógł z tego wyjść niebanalny film o leczeniu ran, zakopywaniu przepaści (bądź też niemożności dokonania tego).

Ocena: 6

Adam (2009)

No, no, no, kto by pomyślał, że pod tą piękną buźką Hugh Dancy skrywa prawdziwy aktorski talent. Jestem trochę niesprawiedliwy, bo Dancy ma już na swoim koncie niezłe kreacje, żadna z nich nie była jednak aż tak dobra. Brytyjczyk bez problemu dorówna Seanowi Pennowi, Russellowi Crowe'owi no i oczywiście Tomowi Hanksowi. Jeśli Fox zdecyduje się wydać kasę na jego promocję, to Dancy może nawet liczyć na nominację do Oscara (jeśli nie na statuetkę).


Sam film jest zresztą też bardzo dobry. Niby zwyczajny, prosty i mało odkrywczy, jest jednak pełen ciepła, serdeczności i rozumianej pozytywnie ckliwości. Mnie oczarował zupełnie i bez problemu polecam go każdemu, kto zastanawia się na jaki film wybrać się na randkę. Amerykanie kiedy chcą, potrafią naprawdę bardzo ładnie opowiadać o miłości.


Ocena: 9

De laatste dagen van Emma Blank (2009)

"Ostatnie dni Emmy Blank" to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Czarny humor, groteska i perfidna gra pozorów to główne zalety tego holenderskiego filmu. Na pierwszy rzut oka oglądamy życie w rezydencji starszej pani, która szykuje się na śmierć. W domu prócz niej jest też służba coraz gorzej znosząca fanaberie pracodawczyni. Problem jednak w tym, że jest to tylko iluzja, przedziwna gra, w której każdy ma do odegrania jakąś rolę.


"Ostatnie dni..." odwołuje się do sprawdzonej formuły, w której przodowało kino amerykańskiej lat 60. i 70. (np. "Kto się boi Virginii Woolf?"). Skromna obsada schwytana jest w zagmatwaną sieć wzajemnych powiązań. W filmie aż kipi od emocji, a jednak przez większość czasu są one pod ścisłą kontrolą.


(Marwan Kenzari)

Alexowi van Warmerdamowi nie do końca udało się utrzymać tempo, przez co film mimo że nie jest długi momentami wydawał się ciągnąć niemiłosiernie. Całość jednak ogląda się dobrze, pod warunkiem jednak iż lubi się takie kino.

Ocena: 8

Lourdes (2009)

Jessica Hausner przedobrzyła. Chciała zmieścić w filmie za dużo i tak straciła szansę na proste arcydzieło. Pierwsza część "Lourdes" to popis mistrzostwa w obserwacji ludzkiego zbiorowiska. Oto oglądamy grupę pielgrzymów podczas pobytu w Lourdes. Reżyserka pieczołowicie przygląda się z boku rejestrując całą różnorodność zachowań pielgrzymów. Nie interpretuje, po prostu pokazuje, a to od widza zależy jakie etykietki im nada. Niektóre są dość proste (cyniczne panie) inne bardziej enigmatyczne (kobieta pomagająca głównej bohaterce).

Niestety kiedy pojawia się cud, konstrukcja rozpada się jak piramida z domina. Hausner próbuje konsekwentnie trzymać się wybranej konwencji, lecz sytuacja, w jakiej znaleźli się bohaterowie daleko wykracza poza przyjęte ramy. Stąd też na długie minuty film traci ostrość i dopiero w ostatniej scenie znów nabiera wyrazu.


Wielkim plusem "Lourdes" jest kreacja Elina Löwensohn, którą widziałem już w kilku filmach, lecz chyba dopiero teraz naprawdę ją zauważyłem. Z kolei Bruno Todeschiniemu było bardzo do twarzy w uniformie towarzysza.

Ocena: 7