niedziela, 29 listopada 2009

The Imaginarium of Doctor Parnassus (2009)

"Parnassus" to daleki kuzyn "Jabberwocky'ego" i "Barona Munchausena". Owszem jest to kuzyn naprawdę daleki i pochodzący z pośledniejszej gałęzi, ale jednak podobieństwo jest niezaprzeczalne. Bogata wyobraźnia, szalone pomysły i zaraźliwe poczucie humoru to cechy szczególne tego filmu. I gdyby były to jedyne cechy, wtedy byłby to jeden z najlepszych filmów Terry'ego Gilliama. Ponieważ tak nie jest, film jest ledwie dobry. Reżyserowi zabrakło konsekwencji w byciu niekonsekwentnym. Pomylił też widowisko z rozmaitościami z chaosem (momentami wyrywającego się spod kontroli). "Parnassus" ma w sobie jednak wystarczająco dużo magii starego Gilliama, że mimo wszystko z seansu wyszedłem zadowolony.


Gilliam bardzo zmyślnie wyszedł z kłopotliwej sytuacji w jakiej postawił go trup Heatha Ledgera. Pomysł na przemiany bohatera to strzał w dziesiątkę. Tony nie był bowiem zbyt fascynującą postacią. W porównaniu z pozostałymi członkami trupy mimo swej niejasnej przeszłości prezentował się blado. Ja szczególną uwagę zwróciłem na dwoje młodych aktorów. Lily Cole nie wygląda tu tak zjawiskowo jak u Sally Potter w "Rage", a w jednej scenie Gilliam prezentuje nam niezbyt przychylne dla niej proroctwo na temat jej starzenia się, ale mimo wszystko warto jej karierze uważnie się przyjrzeć. Drugim aktorem jest Andrew Garfield, który niepostrzeżenie wyrasta na prawdziwe objawienie brytyjskiego kina i już wkrótce będzie pewnie konkurował z Samem Worthingtonem. Tu może nie wykazał się tak wielkim talentem jak w "Boy A", ale talent chłopak ma i będę mu kibicował, aby go nie zmarnował.

Ocena: 6

おくりびと (2008))

Piękny, czarujący, ciepły i wzruszający film o znaczeniu śmierci i godnego traktowania zmarłych. Główny bohater z muzyka przekwalifikował się na specjalistę od przygotowywania zmarłych do pogrzebu. Praca ta znajduje się w sferze tabu i nikt normalny jej nie wykonuje. On również początkowo bardzo niechętnie podchodzi do swojej pracy. Z czasem zaczyna się w niej odnajdywać. Zaś ceremonia, której przewodzi okazuje się czymś niezwykle pięknym, podniosłym i ważnym w procesie ostatecznego pożegnania.



Film wzrusza cudownymi scenami przygotowywania zmarłych. Bawi znakomitym i bardzo taktownym poczuciem humoru. Delikatnie i mądrze opowiada o życiu. Może, jak na mój gust, zbyt wiele w tym filmie jest zbiegów okoliczności, Kiedy jednak spojrzeć na wszystko jak na bajkę, wtedy można to przełknąć, Jedyną rzeczą, która tak naprawdę mi przeszkadzała była muzyka. Zbyt sentymentalna, wtryniająca się w scenach, które doskonale radziły sobie bez dodatkowego akompaniamentu. Czułem się manipulowany, a tego nie lubię. Mimo wszystko film warto obejrzeć i cieszę się, że mnie to się udało,

Ocena: 9

Flashbacks of a Fool (2008)

Być nastolatkiem nie jest łatwo. Trzeba wybierać między przyjaźnią a seksowną dziewczyną, bądź też między dziewczyną a napaloną starszą sąsiadką. Dla większości tego rodzaju przygody kończą się najwyżej na posiniaczonym ego i zwichniętym (na chwilę) sercem. W przypadku Joe było jednak inaczej. Jego błędne decyzje kosztować będą znacznie więcej i choć efektem ubocznym będzie sława i pieniądze to, co liczyło się dla niego najbardziej stracił nieodwracalnie.


Ten film to solidna rozrywka z idealnie wyważonym stosunkiem scen komediowych do dramatycznych. Dużym plusem są ciekawe postaci: obaj nastolatkowie, napalona sąsiadka czy też czarnoskóra gosposia. Podobały mi się także zdjęcia, choć głównie w okresie współczesnym, flashbacki wypadły bardziej standardowo.

Ocena: 6

Cracks (2009)

Debiut pełnometrażowy córki Ridleya Scotta nie do końca jej się udał. W tym filmie jawi się jako reżyserka niezdecydowana, pozbawiona samodyscypliny. Wyraźnie miała więcej pomysłów niż umiejętności połączenia ich w jedną wspólną całość. Wyszła z tego pstrokacizna, w której kilka elementów jest nawet całkiem dobry. Z jednej strony jest to opowieść o drapieżnej kobiecie, która potrafiła omotać wokół siebie młode dziewczęce umysły. Jest to zarazem kobieta tragiczna i słaba, gdyż bez ich uwagi nie potrafi żyć. "Cracks" to też historia obcego (czy też "obcej"), wkraczającego w zwartą grupę i doprowadzającego do przedefiniowania wzajemnych zależności. Jest to również opowieść o obsesji, która prowadzi do tragedii.



Jak więc widać, w tym filmie jest o parę rzeczy za dużo (jak na Scott). Obraz trzyma się kupy głównie dzięki kreacjom aktorskim. Eva Green i Juno Temple tworzą bardzo solidne dwa boki fabularnego trójkąta. Maria Valverde jest już nieco gorsza, choć może to wynika ze słabości scenariusza. Jestem przekonany, że wielu osobom "Cracks" przypadnie do gustu. Ja jednak nie jestem jedną z nich.

Ocena: 5

Get Low (2009)

"Get Low" mógł być naprawdę bardzo dobrym filmem, gdyby tylko jego twórcy tak bardzo się nie starali zrobić 'coś więcej'. Pewnie wynika to z faktu, że scenariusz nie grzeszy oryginalnością, ale to nie musi być przeszkodą. Czasem ważniejsze jest to, jak się historię opowiada. Opowieść o samotniku, który gotów jest w końcu skończyć z wygnaniem mogła wzruszyć. Niestety twórcy postawili na sztampę i ckliwy sentymentalizm tego rodzaju, który zawsze grał mi nerwach. Końcowe wyznanie nie budzi większych uczuć, a ostatnia scena z Bushem to chwyt poniżej pasa.



Twórcy chyba do końca nie mogli się zorientować na ile na poważnie chcą opowiedzieć historię, Stąd dostajemy dziwną mieszankę, która przypomina jazdę kolejką górską. Raz jest fajnie, raz nudno. Najlepiej film prezentuje się w partiach komediowych. I szkoda, że humor ten gubi się gdzieś w całym tym zamieszaniu. Plusem jest też obecność Lucasa Blacka. Niby cały czas gra tę samą postać, ale z jakichś powodów go lubię.

Ocena: 6

sobota, 28 listopada 2009

Adam Resurrected (2008)

Kiedyś Paul Schrader był chodzącą legendą kina. Reżyser "Amerykańskiego żigolaka" i "Mishimy", scenarzysta "Wściekłego byka" i "Ostatniego kuszenia Chrystusa" zniknął jednak z radarów, choć przecież wciąż robi filmy (ostatni naprawdę dobry zrealizował 7 lat temu – "Auto Focus"). "Adam zmartwychwstały" niestety nie pomoże mu powrócić na szczyt.


Film robi wrażenie, jakby była to sztuka wystawiana w jednym z bardziej eksperymentalnych teatrów off-broadwayu. I nie byłoby w tym nic złego (ba, wręcz przeciwnie!), gdyby zostało to zrobione dobrze. Historia 'najzabawniejszego człowieka w Niemczech' będącego Żydem i próbującego przetrwać nazizm jest naprawdę ciekawa. Adam ma niezwykłe zdolności, dzięki którym przetrwa obóz koncentracyjny kierowany przez faceta, którego kiedyś na oczach tłumu powstrzymał od samobójstwa. Wtedy ich życie się splotło i węzeł ten pozostał, nawet po zakończeniu wojny. Naście lat później Adam jest pacjentem szpitala psychiatrycznego przeznaczonego niemal wyłącznie dla osób, które 'przetrwały holokaust'. Targany poczuciem winy, Adam uparcie trzyma się szaleństwa, lecz pewnego dnia wszystko to się zmieni.

Retrospekcje robią duże wrażenie. Postać Adama jest barwna i intrygująco nietypowa. Sam ośrodek również pokazano w sposób ciekawy. "Adam zmartwychwstały" wydawał się idealnie pasować dla przeprowadzenia narracyjno-intelektualnego eksperymentu. Niestety w rękach Schradera wszystko się za bardzo wymieszało. Króluje pozbawiona równowagi, chaotyczna fabuła, w której giną wszystkie ciekawe elementy tak, że ostatecznie imponuje jedynie niewykorzystana obsada.

Ocena: 5

piątek, 27 listopada 2009

(2009) ציון ואחיו

Zion to prawdziwy skurwiel. Określenie mocne, ale w jego przypadku całkiem właściwe, choć przecież na pierwszy rzut oka może wydawać się niesprawiedliwe. Zion przejawia przecież uczucie winy i skruchy. Jednak na przejawach się kończy, jego zachowanie nie zmienia się. Potrafi przekonać innych, by mu pomogli, a potem jeszcze podle się czuli z tego powodu. Na szczęście jest los, który zawsze go ukaże.


Zion chciał odzyskać buty, które ktoś mu ukradł. Zobaczywszy podobne na nogach innego chłopaka uzna tamtego za złodzieja i spróbuje je odzyskać. Kiedy samodzielna akcja się nie powiedzie, na pomoc ściąga Meira, swojego brata. Buty odzyskuje, ale za cenę tragedii. Można byłoby się spodziewać, że wydarzenie to połączy obu braci, stało się jednak zupełnie inaczej. Pomiędzy nimi wyrósł mur niezrozumienia i wzajemnych oskarżeń. Zion sprytnie uczynił z Meira 'tego złego', za co dostanie bolesną nauczkę.

Zion chciał też zamieszkać z matką i jej nowym gachem. W tym celu potrafił ich spiknąć po krótkim okresie separacji. Znów dostał wszystko (czyli nowe buty), znów jego manipulacja się powiodła. I tym razem jego pragnienia trafią w niego rykoszetem, jako że matula zamierza syna wysłać do szkoły z internatem.

"Zion i jego brat" to kilka ciekawych portretów psychologicznych oraz ludzkich interakcji. Nie są to portrety do końca zbalansowane, ale na wystarczająco, by rezonować. Jedyne do czego nie mogę się przyzwyczaić to rola Ronit Elkabetz. Podobnie jak w "Jaffie" tak i tu wygląda co najmniej dziwnie, niczym tania ulicznica przebierająca się za matkę i żonę. Zdecydowanie lepiej wypada w takich rolach jak choćby w "Przyjeżdża orkiestra".

Ocena: 7

Mary and Max (2009)

Lubię takie kino, opowiadające o zwyczajnym, czasem tragicznym, czasem zabawnym życiu, lecz robiące to z ikrą i pomysłem. Dwójka głównych bohaterów nie miała łatwego życia. A jednak trwali i co więcej potrafili się odnaleźć. Ich więź miała charakter czysto duchowy, gdyż nigdy nie mieli okazji spotkać się twarzą w twarz.


Całość przesycona jest ekscentrycznym, mocno ironizującym poczuciem humoru, który absolutnie kocham. I naprawdę bawiłem się znakomicie. Niestety mam jedno 'ale' i dotyczy ono właśnie owego humoru. Adam Elliot zrobił film niezwykle defensywny, humor jest tu mechanizmem obronnym, który tłumi ból spowodowany ciężkimi przeżyciami. Wiele traumatycznych scen jest pokazanych tak, że nie sposób się nie uśmiechnąć i dopiero potem przychodzi refleksja. Moim zdaniem Elliot zbudował zbyt wielki dystans, pozwolił widzom poczuć się zbyt bezpiecznie. Szkoda. Nie byłoby nic złego w tym, gdyby pozwolił widzom poczuć trochę więcej bólu z ich egzystencji.

Ocena: 8

czwartek, 26 listopada 2009

(2009) לבנון

Po pierwszy negatywnym wrażeniu deja vu (połowa obsady wystąpiła w filmie "Beaufort", który podobał mi się średnio), film przykuwa uwagę i przynajmniej z wierzchu wydaje się być filmem niezwykłym. Klaustrofobiczna przestrzeń wnętrza czołgu staje się niemalże całym światem dla czwórki żołnierzy, którzy pierwszego dnia wojny z Libanem w 1982 roku wkraczają na teren wroga. Kamera bacznie przygląda się ich zachowaniom i temu, czego świadkami są spoglądając przez wizjery na zewnątrz. Młodzi, nieprzygotowani (pomimo całego szkolenia) zostają wrzuceni w sam środek piekła, kiedy prosta akcja zamienia się w dramatyczną walkę na śmierć i życie. W ogniu prawdziwej walki wypalone zostaną wszelkie skrupuły, aż pozostanie w nich tylko szaleństwo i wola przetrwania.


"Liban" to intymne studium koszmaru wojny. Przerażająca elegia nad ofiarami, które są kompletnie nieświadome powodów, dla których giną. I nie ma tu znaczenia, czy jest to leżący na drodze muł, izraelski żołnierz czy arabski starzec. Wybranie takiej a nie innej perspektywy daje też możliwość kilku ciekawych interpretacji, jeśli ktoś zna się na psychoanalizie. W "Libanie" nastąpiło nierozerwalne splecenie się erosa i thanatos, a sam czołg jest niczym zmaskulinizowanym łonem, itd., itp.

(Oshri Cohen)

Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju, co nie pozwala do końca cieszyć się filmem. To premedytacja, z jaką postępuje Samuel Maoz opowiadając historię jednego dnia służby czołgistów. Nie potrafię odpędzić się od wrażenia bycia manipulowanym precyzyjnie wykadrowanymi, pozowanymi zdjęciami tragedii. Jest to widoczne szczególnie wyraźnie na początku filmu, kiedy widzimy umierającego Araba krzyczącego "Pokój", kobietę spoglądającą w wizje, roniącego łzę muła. Zdjęcia są naprawdę piękne (szczególnie zbliżenia twarzy czołgistów), ale jednocześnie zdają się być zbyt sztuczne, co mnie przynajmniej trochę wybijało z rytmu opowieści.

Ocena: 8

wtorek, 24 listopada 2009

Taking Woodstock (2009)

Ang Lee jakiego naprawdę lubię. Być może nawet "Zdobyć Woodstock" uznam za jego najlepszy film, choć musi jeszcze przejść próbę czasu. W każdym razie spodobał mi się bardziej niż dwa poprzednie obrazy (które przecież złe nie były). O ocenie zdecydowała atmosfera, jaką Lee wykreował. Korzystając z każdej możliwej sztuczki czy to przez bohaterów, czy to przez zdjęcia, muzykę a nawet montaż, Lee buduje obraz jaki można byłoby zapewne oglądać w jądrze gwiazdy: kontrolowany chaos, którego rezultaty są oślepiające. Podział ekranu na kilka części, różne sposoby filmowania od psychodelicznej animacji po surowy styl dokumentalny, wszystko to emanuje pasją, poczuciem wolności, radością, ale i sporą dozą naiwności. Pulsująca energia samego ludzkiego życia.


Na tym tle niczym gwiazdy na niebie lśnią wyraziste postaci, które zbudowane na stereotypach jednocześnie te stereotypy przełamują. Czy jest to Billy, weteran z Wietnamu, czy też Vilma bohater z Korei teraz paradujący w kieckach, są to postaci, których nie sposób zapomnieć – barwni, a jednocześnie wielowymiarowi. Spośród wszystkich bohaterów zdecydowanie na pierwszy plan wybija się matka głównego bohatera, odegrana bezbłędnie przez Imeldę Staunton. Jeśli nie dostanie nominacji za swoją kreację, będzie to kolejny przykład na całkowitą ślepotę Akademii.

Ocena: 9

마더 (2009)

Bardzo przewrotny film, który na nowy poziom przenosi opowieści o toksycznych związkach matki i syna. W tym przypadku skomplikowana więź, na którą składają się intelektualny niedorozwój syna i przeszłe grzechy matki, dodatkowo komplikuje wątek kryminalny. Całość opowiedziana jest w sposób dość ekscentryczny z wieloma, często pozornymi, zwrotami akcji.


Mimo jednak iż jest to film udany i ogląda się go całkiem dobrze, to jednak muszę przyznać, że nie sprostał on moim oczekiwaniom. Najnowsze dzieło Bonga jest jak dla mnie zbyt ugrzecznione woląc bawić się pomówieniami i slapstickową komedią niż rzeczywiście wkroczyć w ten mroczny przecież świat. "Matka" jest też filmem odrobinę za długim, spokojnie można go było o 15 minut skrócić. Bardzo spodobało mi się za to gorzko-słodkie zakończenie rozbijające konwencję prostolinijnego dopięcia spraw na ostatni guzik. Amerykanie mogą się w tej kwestii wiele od Bonga nauczyć.

Ocena: 6

Law Abiding Citizen (2009)

Uwielbiam historie o "zwyczajnych" ludziach, którzy skrzywdzeni przez lata obmyślają zemstę i jest ona niezwykle wyrafinowana, skomplikowana i precyzyjna . Kocham opowieści o starci osób, z których każda ma swoje racje i nie można łatwo określić kto jest tym dobrym a kto jest złym, bo de facto obaj są dobrzy, a źle postępują. "Prawo zemsty" ma oba te elementy, więc powinien mnie porwać. Skończyło się jedynie na tym, że nie wynudził mnie.


Nie wiem w sumie dlaczego, ale z jakiegoś powodu wyszedłem z seansu nie do końca usatysfakcjonowany. Coś w sposobie opowiedzenia historii, tempie, konfrontacjach głównych bohaterów nie zagrało do końca. F. Gary Gray miał kilka naprawdę dobrych pomysłów, jak choćby skrócenie do minimum wstępu czy scena z komórką. Z drugiej strony trudno cały plan Clyde'a wydaje się zbyt prosty i realizowany na zbyt mało skalę. Jakoś nie widzę w jego działaniach uzasadnienia tezy, że powalił całe na kolana całe miasto. Zresztą z krwawiącym sercem muszę powiedzieć, że wypowiadająca te słowa Viola Davis to zdecydowanie najsłabsze ogniwo filmu. "Overacting" – tak można określić jej kreację.

"Prawo zemsty" zaskoczyło mnie swoim przesłaniem, które wydaje się być zakamuflowaną pochwałą terroryzmu. Och, na powierzchni film jest bardzo poprawną historyjką, w której terroryzujący miasto może mieć szczytne ideały, ale przez sam fakt wybrania przemocy już podpisuje na siebie wyrok, który musi zostać wykonany. Jednak wystarczy spojrzeć głębiej, a przede wszystkim obejrzeć końcówkę, by zobaczyć, że ci, którzy zostali dotknięci przez terroryzm inaczej się zachowują, zaczynają doceniać życie, postępują w sposób bardziej moralnie godny. Tym samym męczennik za sprawę uzyskuje to, o co walczył – został wysłuchany, zrozumiany i jego postulaty są w życie wprowadzone. Oczywiście film kończy się tak szybko, że nie wiadomo na ile trwałe są te zmiany, ale jednak są.

Ocena: 5

Ricky (2009)

François Ozon po raz pierwszy zawiódł mnie na całej linii. "Ricky" wygląda jak odrzut z "Sitcomu" i to całkowicie sztuczny, wykoncypowany, pozbawiony życia. Historia uskrzydlonego dzieciaka mogła być bardzo fajna, zwłaszcza że początkowo Ozon zwodzi widza sugerując, że mamy do czynienia z maltretowaniem dziecka albo przez ojca albo przez zazdrosną siostrę. Ta część jeszcze w miarę trzyma się kupy. Kiedy jednak zmienia się konwencja, Ozon nagle głupieje, jakby dostał alzheimera. Film staje się kompletnie pozbawiony wiarygodności psychologicznej. Jednocześnie brakuje mu – nomen omen – lekkości, by móc być uznany za 'pozytywnie absurdalny'. Końcowa sugestia szaleństwa kole oczywistością, która sprawia wrażenie ratowania twarzy. Ozon rozkraczył się nad tym filmem nie znajdując złotego środka między konstrukcją bohaterów a zabawą formą.


Ocena: 3

sobota, 21 listopada 2009

ぐるりのこと。 (2008)

Ten film jest jak samo życie: chwilami miałem go serdecznie dosyć, chwilami zaskakiwał mnie i czarował. "Świat wokół nas" to opowieść o ludzkim oporze, wole walki, gotowości do wytrzymania wszelkich tragedii jakie zsyła los. Na przykładzie młodej pary i losów ich związku przez kolejne kilka lat widzimy, jak ludzkie życie wznosi się ku niebu wraz z nadziejami, by potem zostać roztrzaskanym w drobny mak pod wpływem okoliczności zewnętrznych. U Ryosuke Hashiguchiego los małżeństwa wisi na włosku, rozwód jest prawie pewny, jeśli nie większa tragedia. A jednak bohaterowie wytrwali tam, gdzie wielu by się poddało. I w nagrodę otrzymują szansę na "zwyczajne szczęście" wspaniale symbolizowane w ostatniej scenie. "Świat wokół nas" to obraz, który zachwalić powinny wszystkie grupy prorodzinne.


Od strony realizacyjnej film budził u mnie przez większą część mieszane uczucia. W zasadzie trudno było mi dociec, po co ten film trwa ponad 2 godziny, skoro jego pointa poda jest w pierwszej sekwencji. Kilka scen jednak przeważyło szalę na korzyść filmu: zakończenie, wspaniała sekwencja muzyczna pod koniec i zaskakujący humor pojawiający się w naprawdę niecodziennych sytuacjach.

Ocena: 8

Welgünzêr (2008)

Paradoks podróży w czasie połączony z odkrywaniem zdrady małżeńskiej i planowania własnego morderstwa/samobójstwa. Pomysł niezły, całość również prezentuje się jako tako, ale mam wrażenie, że film jest mimo wszystko nieco przekombinowany. Wygląda to w porządku, ale czegoś mu brakuje. Może Donaldowie są za mało wyraziści, a może zakończenie nie powala? Nie wiem. Coś jednak nie gra.

Ocena: 6

Eel Girl (2008)

Hahaha, to się nazywa blow job! Bardzo prosty filmik z super pointą, tak powinno się robić krótkometrażówki. Stary podjarany facio dostał więcej niż się spodziewał, kiedy dał się uwieźć niezbyt apetycznie wyglądającej kobiecie-węgorzowi. Ale cóż, tak kończą ci, którzy nie ma ją za grosz gustu.


Ocena: 7

Ps. Najwyraźniej film stał się swoistego rodzaju memem, jak 2 girls 1 cup, na you tubie pełno jest reakcji osób oglądających filmik :)

Virtual Dating (2009)

Całkiem sympatyczny filmik o kobiecie, która woli substytut mężczyzny od 'the real thing'. Jak się można spodziewać po pierwszy zauroczeniu sprawy przybierają bardzo nieprzyjemny obrót. Cóż podobny filmów było już wiele. "Virtual Dating" nie jest niczym nowym, ale zrobiono go sprawnie i z lekkością.


Jedna rzecz nie przestaje mnie nurtować. Czy Frederic Simon to taki gigant, czy też Marie Colapietro to mająca wyjątkowo dobre proporcje karlica? Różnica wzrostu jest między nimi olbrzymia.

Ocena: 6

Mi amor vive en las alcantarillas (2008)

Jak widzę po ocenach na IMDb i Filmwebie, film nie przypadł widzom do gustu. Nie bardzo wiem dlaczego, bo mnie się wydał przezabawny. Facet, który pieprzy muszlę klozetową, bo w kanale siedzi jego ukochana komunikująca się z nim za pomocą papieru toaletowego. Czysty absurd ale w dobrym tego słowa znaczeniu, który przecież również dobrze można uznać za studium schizofrenii. W niektórych jej odmianach zachowania przejawiane przez bohatera są dość powszechne.

Film miałby wyższą ocenę, gdyby nie głupi głos, jakim mówi główny bohater. Czemu mu (i mnie) to zrobili?


Ocena: 7

Das Zimmer (2009)

Ten film zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu. Znakomicie zagięte granice rzeczywistości kreują atmosferę jak najbardziej realnego szaleństwa. Co jest prawdziwe, a co tylko iluzją? Czym była transmisja telewizyjna? Projekcją jego podświadomości? Grą mrocznych mocy? Być może sam główny bohater jest niczym więcej jak iluzją, bohaterem właśnie cudzej wyobraźni. Sugestywne, dobre i aż szkoda, że tak krótkie.

Ocena: 7

Brother's Keeper (2008)

Rozczarowanie. Znów dobry pomysł, ale wykonanie dalekie od doskonałości. Jedynym zaskoczeniem może być nekrofilia, ale już gra słowna w tytule zdradza kto jest czyim stróżem. Do tego te usprawiedliwiania są tak nieprzekonujące, że nawet jako przerysowanie postaci nie funkcjonują. Każdy z elementów oddzielnie wydaje się niezły, lecz kompletnie do siebie nie pasują.


Ocena: 4

Night of the Hell Hamsters (2006)

I kolejna krótkometrażówka, która miała duży potencjał, ale niewiele z tego wyszło. Tym razem twórcy wiedzieli, co trzeba zrobić, ale po prostu im nie wyszło. Pomysł opętanych gryzoni świetny, przywodzi na myśl wiele klasycznych horrorów. Szkoda więc, że w filmie jest tylko jedna śmieszna sekwencja, kiedy chomik wchodzi w nogawkę jednego z bohaterów i zaczyna wgryzać się w jego przyrodzenie. Tu twórcy w pełni wykorzystali pomysł. I gdyby skrócili film i wokół tej sceny całość zbudowali byłoby o wiele, wiele lepiej.


Ocena: 5

Head to Love (2009)

Jedyne co mogę pochwalić w tym filmie to intencje. "Head to Love" stylizowane jest na opowieść gotycką z XIX wieku. Niestety całą atmosferę budują w nim skrzypce z wiolonczelą. Aktorzy kładą film. Niestety projekt był bardzo ambitny, ale aby wypalił wymaga doświadczenia, którego obsadzie wyraźnie brakowało.

Sama fabuła też niespecjalnie wyszła. Pomysł z "zarzucaniem wędki" za pomocą graffiti był niezły, lecz historia jest nadmiernie chaotyczna, niekonsekwentnie poprowadzona, by mogła wzbudzić moje zainteresowanie.

Ocena: 5

Ps. Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się podobała - tytuł. Szkoda, że twórcy nie skorzystali z gry skojarzeń.

czwartek, 19 listopada 2009

Fresa y chocolate (1994)

Rozkosznie naiwny film o męskiej przyjaźni. David to chłopak ze wsi, który "dzięki rewolucji" może studiować na uniwersytecie. Jest naiwny w swoich przekonaniach co do komunizmu wierząc w utopię, która nie istnieje. Nadmiernie wrażliwy przez dbanie o cudze uczucia traci kobietę, którą kochał namiętnie. Diego z pozoru nie mógłby być bardziej inny od Davida. Gej, katolik, wolnomyśliciel – w jednej osobie skupiał wszystko to, co wrogie zdaje się być rewolucji. Na dodatek początek ich znajomości nie był zbyt udany, bazując na pozorach i fałszu. A mimo to między nimi nawiązuje się nić porozumienia. Bardzo pomocna okaże się w tym Vivian, maniakalno-depresyjna sąsiadka Diego, której także David nie będzie obojętny.


Na przykładzie tej trójki bohaterów reżyserowie kreślą portret ówczesnej Kuby. Jest to portret pełen ciepła i liryzmu, a także kontrastów i paradoksów. Nic dziwnego, że spodobał Amerykanom. Jednak przy całej sympatii uważam, że nominowanie go do Oscara było lekką przesadą. Całe szczęście film nie wygrał, bo i "Farinelli" i "Jedz i pij, mężczyzno i kobieto" i nawet zwycięscy "Spaleni słońcem" były zdecydowanie obrazami lepszymi.

Ocena: 7

poniedziałek, 16 listopada 2009

Dom zły (2009)

Dlaczego nie dziwi mnie czołobitność, z jaką "Dom zły" przyjęty jest w Polsce? Pewnie dlatego, że jest to kwintesencja polskiego kina, gdzie idee są ważniejsze od ludzi, a 'artystyczna wizja' istotniejsza od zwyczajnego, ludzkiego opowiadania historii. Smarzowski pieczołowicie konstruuje kadry, sceny, wątki, cały film. I nikogo zdaje się nie obchodzić fakt, że jego konstrukcja do zwyczajny domek z kart. Jak w każdym 'porządnym' polskim filmie najważniejsza jest idea. To jej wszystko jest podporządkowane, włącznie z bohaterami, którzy traktowani są w sposób całkowicie przedmiotowy. Ponieważ Smarzowski dodał do tego historię, która choć banalna trzyma się kupy, został ogłoszony mistrzem. Na polskie warunki to pewnie jest mistrzem, w końcu większość jego kolegów ma w głębokim poważaniu historię i nie wysila się nawet w połowie tak bardzo.


I może tak byłoby lepiej. Taki "Katyń" na przykład. Nie ma żadnej historii, a przez to nie ma żadnego potencjału. U Smarzowskiego potencjał był i to duży. Gdyby zamiast bawić się w artystyczne manifesty nakręcił solidny czarny kryminał, "Dom zły" uznałbym za film genialny. Scenariuszowa intryga nie grzeszy oryginalnością, ale została przekonująco skonstruowana. Reżyser uległ jednak pokusie i z kryminalnej intrygi (jak i z wątków pobocznych) uczynił scenografię. Dla niego istotniejszy był portret denata, jakim była Polska Ludowa końca lat 70. i początku 80. To świat moralnej zgnilizny, tonący w alkoholu i obłudzie. To świat zamieszkany przez zbrodniarzy. I nie ma nic złego w tym portrecie, gdyby Smarzowski nie odwrócił akcentów, gdyby to obraz codzienności był na drugim tle, a nie ostentacyjnie bił po oczach.

Ale tego jeszcze było mało reżyserowi! Piramidalną bzdurą przekraczającą wszelkie granice pretensjonalności jest zakończenie. Alegoria ofiary i zmartwychwstania bije po oczach ordynarną sekwencją, w której pojawia się 'dobry' złoczyńca składający siebie w ofierze za ideały, w tym samym momencie na świat wychodzi Nowy Człowiek, jego pierwsze krzyki zwiastują odrodzenie i wolność. Skuty lodem i śniegiem świat dotykają pierwsze promienie przedwiośnia. A mnie aż nie dobrze się zrobiło. Panie Smarzowski, po co była ta ciąża???? Czemu katować banalnym krzykiem nowonarodzonego dziecka, jednym z najbardziej nadużywanych symboli w historii kina??? Czemu nie wystarczyła historia kryminalna??

Cóż, cały film ratują smaczki w postaci niektórych epizodów i zdarzenia rozgrywające się na trzecim planie, na obrzeżu kamery. Nie potrafię się jednak zachwycić tym filmem.

Ocena: 5

sobota, 14 listopada 2009

Trade (2007)

Jestem rozdarty, nie bardzo wiem, jak ocenić ten film. Z jednej strony "Trade" porusza ważny temat handlu żywym towarem w celach seksualnych, ma niezłą obsadę i ciekawych, przykuwających uwagę bohaterów. Z drugiej strony oglądając miałem wrażenie bycia manipulowanym, wszystko w tym filmie doskonale do siebie pasuje, Jorge ma tylko niewielkie problemy ze śledzeniem samochodu, Manuelo od początku ma w sobie miękki punkt, który w kluczowej scenie zostanie wykorzystany, nawet historia córki Raya zostaje prawie rozwiązana. Za pięknie to wszystko wygląda.


Mocnym punktem filmu jest z całą pewnością dwójka młodych Meksykanów: grająca Adrianę Paulina Gaitan, a przede wszystkim Cesar Ramos. Chłopak jest urodzonym aktorem, aż trudno uwierzyć, że nigdy wcześniej nie grał przed kamerą, a tu proszę dostała mu się jedna z najważniejszych ról i wypadł bezbłędnie. Mam nadzieję, że czeka go bogata kariera.

Film ma również u mnie plusa za to, że z reżyserii zrezygnował Roland Emmerich i zadowolił się rolą producenta. Nie wyobrażam sobie "Trade" pod jego kierownictwem. Wybór Marco Kreuzpaintnera jest dość intrygując. Reżyser ten ma wyraźną słabość do młodocianych bohaterów. Dwie najważniejsze postaci "Trade" mają lat naście. Młodzi byli też bohaterowie poprzedniego jego filmu "Sommersturm", jak i następnego "Krabat". Ciekawe...

Ocena: 6

Mulligans (2008)

"Mulligans" to znakomita lekcja dla debiutantów, jak należy kręcić pierwszy film. Nie dlatego, że jest tak dobry, ale dlatego że popełniono w nim wiele kardynalnych błędów, na których najlepiej się można nauczyć.


Po pierwsze: mniej znaczy lepiej. Im więcej bohaterów, tym trudniej nad wszystkim zapanować. Lepiej zatem mieć ich mniej, niż potem cierpieć na złą ekspozycję, braki aktorskie i ogólny chaos. W "Mulligans" dzieje się zdecydowanie za dużo, Chip Hale z trudem łączy to w jedno. Choć po scenach usuniętych widać, że zdawał sobie sprawę z problemu. Zasada ta dotyczy też scenariusza. Znów przynajmniej kilka wątków można było sobie spokojnie darować. Jak choćby cała heca z Chasem wyjawiającym prawdę Tylerowi. Równie dobrze mogło się to wydarzyć przed akcją filmu.

Po drugie: lepiej postawić na piosenki niż muzykę ilustracyjną. Tę zasadę twórcy "Mulligans" też znają, bo kilka piosenek wykorzystali. Niestety nie zrezygnowali z kompozycji Boba Buckleya, która jest koszmarnie irytująca.

Sam film to historyjka dość standardowa. Lubię je jednak od czasu do czasu oglądać głównie ze względu na postać kobiety (zazwyczaj zdruzgotanej żony bądź matki). Z jakichś powodów to właśnie bohaterka odkrywająca sekret jest najciekawszą postacią całego filmu. I tak jest też i tutaj. Thea Gill naprawdę przykuwa uwagę. Teraz mam zatem jeszcze jeden powód, by sięgnąć po "Seed", w którym także wystąpiła.

Dwa plusy to zakończenie oraz zdjęcia. Charlie David ze swoją nietypową urodą idealną do któregoś z seriali "Star Treka" aktorem wielkim nigdy nie zostanie, scenarzystą pewnie też nie, ale wyczucia nie można mu odmówić. Kilka fabularnych pomysłów miał nawet niezłych, a najlepszym z nich jest zakończenie. Wszyscy się rozchodzą, a jednak ma się poczucie happy-endu. Zaimponowała mi też Alice Brooks, operatorka. Idealnie czuje kompozycje i barwy, przez co bardzo pięknie w filmie wypadają i aktorzy i krajobrazy i wnętrza. Naprawdę należą się jej brawa.

Ocena: 5

piątek, 13 listopada 2009

Адмиралъ (2008)

Co za pudło! Gorzej trafić nie mogłem, a przecież trudno było nie skorzystać z okazji i nie obejrzeć filmu, który był na miejscu pierwszym światowego box office'u, był jednym z największych hitów ubiegłego roku za naszą wschodnią granicą. Z samej ciekawości, jeśli już nie ze względu na temat, wydawało się, że warto jest się na film wybrać. Tego, co zobaczyłem na ekranie, z całą pewnością się nie spodziewałem.


Temat "Admirała" wydawał się ciekawy. Jest to obraz ostatnich lat życia Aleksandra Kołczaka, bohatera marynarki z czasów carskiej Rosji, a później lider ruchu antybolszewickiego. Powinienem był wiedzieć lepiej. Jego historia stała się przyczynkiem do patriotycznego bełkotu pełnego religijnych symboli i haseł o honorze i ojczyźnie. Mógłby to jeszcze przełknąć (choć z wielkim trudem), gdyby nie forma w jakiej całość została podana. Poczułem się jakbym wsiadł w wehikuł czasu i cofnął się o jakieś 50 lat. Bezpłciowa muzyka pełna zawodzących smyczków przysłania melodramat, który nawet fankom kuchennych romansideł wydać powinien się przesłodzony. Absurdalne dialogi tylko chwilami są zabawne. Miłość sprowadza się do monologów z offu i spojrzeń zbolałego psa. Dobrze chociaż, że grająca ukochaną Kołczaka aktorka była całkiem urocza, bo w innym przypadku byłoby to zupełnie nie do zniesienia.

Pierwszą godzinę filmu jeszcze jakoś zniosłem, ale później co chwilę zerkałem na zegarek odliczając niemiłosiernie wlokące się minuty do upragnionego końca. Przy tym filmie "Pearl Harbor" to arcydzieło.

Ocena: 2

Paranormal Activity (2007)

Na "Paranormal Activity" wybierałem się z duszą na ramieniu. Porównania do "Blair Witch Project" mroziły mi krew w żyłach, gdyż tamten film uważam za jeden z najgorszych jakie obejrzałem w latach 90. Na szczęście tym razem było zdecydowanie lepiej, choć Oren Peli był bardzo łatwy popadnięcia w pułapkę przesady.


Ocena "Paranormal Acitivity" zależy w dużej mierze od tego na ile widz potrafi uwierzyć w realność opowiadanej historii. Jeżeli będzie się go oglądać pamiętając, że są to aktorzy, że jest to tylko film, to kicha, lepiej jak najszybciej wyjść z kina, bo czekać będą tylko męczarnie. Jeśli odłoży się na bok niewiarę i da się wciągnąć w historię, to wtedy film robi naprawdę niezłe wrażenie. Mnie ta sztuka nie udała się do końca i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do formy. Początkowo trochę mnie to wszystko irytowało, a Peli wcale nie pomagał rozwlekając cały początek. Kiedy jednak niewyjaśnione zjawiska intensyfikują się, robi się ciekawie, choć momentami czuje się, że to tylko gra aktorska ('lunatykowanie' Katie).


Spodobała mi się również konstrukcja bohaterów. Zwłaszcza Micah, choć akurat w jego przypadku 'podobać' to złe określenie. Facet straszliwie mnie irytował swoją arogancją, protekcjonalnością i ogólnie typowo amerykańskim podejściem, ale z drugiej strony jest to tak naturalne, że bez problemu uwierzyłem w jego prawdziwość.

Rzecz, która nie do końca mi się spodobała to zakończenie. Nie wiem jak odebrałbym film z oryginalnym finałem, ale to wymyślone przez Spielberga jest zbyt podręcznikowe i tak oczywiste, że trochę mnie zawiodło.

Mimo jednak kilku potknięć, film ogólnie okazał się zaskakująco dobry.

Ocena: 7

czwartek, 12 listopada 2009

Boy A (2007)

Jack Burridge nie istnieje. Och, można go spotkać na ulicy, w pracy, w pubie. Jest młody, trochę zagubiony, ma bardzo sympatyczną twarz. To wszystko to tylko iluzja, zwiewna idea człowieka, której próbuje się nadać realne kształty. To niezwykle trudne, kiedy ma ona przysłonić, ba, całkiem wymazać!, okrutną prawdę.


Jack urodził się jako Eric. Jego dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. W domu panowała atmosfera śmierci, poza domem Eric był ofiarą innych dzieciaków. Pewnego dnia poznaje innego chłopaka – Philipa. Szybko się zaprzyjaźniają. Z początku wydaje się, że Philip uratował Erica, odmieniając jego życie. Eric nie zdaje sobie sprawy z tego, że to właśnie Philip desperacko potrzebuje pomocy, niebezpiecznie szybko przemieniając się w czarną dziurę przemocy i złości. Eric daje się wciągnąć, czego rezultatem jest brutalne morderstwo i długoletnie więzienie.

Teraz wyszedł na wolność, próbuje skorzystać z drugiej szansy. To nie jest łatwe, bo choć on się zmienił, świat wciąż jest wrogim mu miejscem. Mimo wszystko udaje mu się nawiązać przyjaźń, znaleźć dziewczynę. A jednak Jack wie, że żyje pożyczonym czasem. Pobożne życzenia nie wystarczą i już wkrótce przekona się, czy egzystencja budowana na iluzji może przetrwać próbę czasu.

John Crowley znów tego dokonał. Po znakomitym "Intermission" raz jeszcze opowiedział niezwykle prawdziwą, skomplikowaną i emocjonalnie angażującą opowieść. "Boy A" to próba spojrzenia na świat, gdzie wszyscy bardzo łatwo wydają wyroki, gdzie jednak naprawdę trudno jest o drugą szansę. Film ma tylko jedną wadę: zupełnie niepotrzebnie dodaną ostatnią scenę, która jest trochę zbyt pretensjonalna i oczywista. Ambiwalentne zakończenie byłoby tu jak najbardziej wskazane.

"Boy A" zapewne nie oceniałbym tak wysoko, gdyby nie rewelacyjny Andrew Garfield. To któryś z kolei film z jego udziałem, jaki mam okazję obejrzeć, a chronologicznie najstarszy. Muszę przyznać, że póki co jest to jego najlepsza rola. Jak na żółtodzioba (pierwsza główna rola) jest po prostu fantastyczny. Bezbłędnie wygrywa każdą scenę, a jego niezwykle plastyczna twarz idealnie nadawała się do roli odpokutowującego grzesznika.

Ocena: 9

środa, 11 listopada 2009

Family Guy Presents Stewie Griffin: The Untold Story (2005)

Czy można nie kochać "Family Guy"? Ten absurdalny humor, naśmiewanie się ze wszystkiego, co ma jakiekolwiek znaczenie w pop kulturze i przewrotność doprowadzona do granic rozsądku! Miodzio. I wszystko to znalazło się w "Family Guy Presents Stewie Griffin: The Untold Story".


Co prawda większość filmu nie wychodzi ponad przeciętną serialu, ale trzeba pamiętać, że sam serial jest nieprzeciętnie dobry. Kilka scen jest jednak rewelacyjnych, jak specjalne urządzenie w samochodzie Quagmire'a, 8-sekundowy seks Stuarta czy Lois jako striptizerka. Można się popłakać ze śmiechu!

Ocena: 8

poniedziałek, 9 listopada 2009

Морфий (2008)

Rosjanie postanowili mnie w tym roku rozczarować. Najpierw Łungin "Carem" pokazał, że minimalistyczne kino nie przystaje do ram historycznego widowiska, a teraz Bałabanow uwodnił, że kino beznamiętne nie zawsze daje odpowiednie rezultaty. Na szczęście "Morfina" nie jest aż tak złym filmem, jak "Car". Niestety do "Ładunku 200" brakuje całych lat świetlnych.


Bałabanow, mistrz kina chłodnego, zdystansowanego, znakomicie radzi sobie w filmach diagnozujących stan świata, próbujących zdefiniować człowieczeństwo. Niestety w "Morfinie" postanowił przyjrzeć się nie tyle skutkom degeneracji, ale samemu procesowi. I zamiast kolejnego arcydzieła mamy film przeciętny. Bałabanow owszem ukazuje nam proces upadku jednostki (i państwa), lecz jego obraz jest całkowicie pozbawiony podstaw psychologicznych. Proces dochodzenia Poliakowa do nałogu jest przedstawiony w sposób kompletnie niewiarygodny. Z trudem można uwierzyć w powody pierwszego zastrzyku z morfiny, ale przyjęcie kolejnej dawki ma tak prowizoryczne wyjaśnienie, że nie da się w nie po prostu uwierzyć. Jednak Bałabanowa pytanie 'dlaczego?' w ogóle nie interesuje, on po prostu uznaje, że tak jest i teraz przygląda się temu, co z tego wyniknie. Mnie ta postawa nie odpowiadała i drażniła mnie ta ślepota (podobnie jak i maniera wrzucania plansz ze śródtytułami).

Ocena: 6

niedziela, 8 listopada 2009

Män som hatar kvinnor (2009)

Nie znam książek Larssona, więc nie mam pojęcia, na ile wierną adaptacją jest film. Wiem za to, że "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" nie zachęciło mnie do przeczytania literackiego oryginału.


Owszem, intryga jest zawiła, a przy tym całkiem intrygująca. Postaci, zwłaszcza Lisbeth, barwne, ciekawe i niejednoznaczne (ale nie aż tak, by od razu dawać Rapace nominację do EFA). Ja chyba jestem w tym względzie tradycjonalistą i wolę już filmy z serii "Marple" z Geraldine McEwan w roli głównej. Do tego zakończenie "Millennium" miażdży swoją ckliwością męcząc niemiłosiernie. Dlaczego skoro bohaterowie są niedoskonali, fabuła musi być perfekcyjna, zapięta na ostatni guzik, a każdy wątek doprowadzony do oczywistego końca???

Ocena: 6

sobota, 7 listopada 2009

Fame (2009)

Są takie filmy, które z obowiązku powinny być remake'owane co kilkanaście lat. Dzięki temu możemy łatwo porównać jak zmienia się świat wraz z kolejnymi pokoleniami. I do takich filmów należy właśnie "Sława". To powiedziawszy, muszę jednak dodać, że film Kevina Tancharoena to fiasko, głównie dlatego, że trafiło do kin o 3 lata za późno. Kiedy królowały pierwsze "High School Musical" i "Step Up", wtedy ta "Sława" wpisywałaby się idealnie w panujący trend. Teraz sprawia wrażenie zdyszanego maratończyka, który dobiega na metę wtedy, kiedy większość zawodników zdążyła już zapomnieć, że w maratonie brała udział.


Skoro jednak nowa "Sława" istnieje popatrzmy, jak zmienił się świat w porównaniu z początkiem lat 80-tych. Nie jest to ładny obraz, choć na pierwszy rzut oka bardzo śliczniutki. Jeśli film Tancharoena coś udowadnia, to chyba przede wszystkim to, że świat – przynajmniej mainstreamowego kina – stał się naprawdę straszliwie powierzchowny. A to coś znaczy, skoro era disco i popu przełomu lat 70. i 80. zasadzała się na powierzchowności. W nowej "Sławie" nie ma żadnych bohaterów. Och, są jakieś postaci, bo film bez nich nie może istnieć. Widać jednak, że gdyby dało się obyć bez nich, to twórcy na pewno by ich wykreślili. U Parkera bohaterowie byli najważniejsi. Widzieliśmy, jak rozwijają się, oglądaliśmy ich wzloty i upadki. Towarzyszyliśmy im w edukacji. U Tancharoena bohaterowie stoją w miejscu. Wyjątkiem jest tu tylko Denise. A już chociażby taki Marco kompletnie niczego nie wyniósł ze szkoły, a przynajmniej ja nie zauważyłem żadnej różnicy. Twórcy wrzucają bohaterów w jakieś przypadkowe sceny, a reszty ich historii każą się domyślać – jak choćby z Jenny, która przez cały film nic nie robi, a jednak jakimś cudem przestaje być sztywną zahukaną dziewojką.


Z drugiej strony Tancharoen jest mistrzem choreografii. Sceny muzyczno-taneczne są nakręcone perfekcyjnie. Są piękne, dynamiczne, pomysłowe. Tu "Sława" okazuje się być filmem całkowicie bezbłędnym. Ale właśnie, to jest ta cienka warstwa lśniącej patyny, która czaruje wzrok. Jeśli komuś to wystarcza to ok., mnie niestety nie i dlatego na filmie nie bawiłem się zbyt dobrze. Na osłodę miałem Megan Mullally i grupę utalentowanych (bardziej muzycznie niż aktorsko ale jednak) młodych osób. To trochę złagodziło ból siedzenia w kinie przez prawie dwie godziny.

Ocena: 4

Яптик-Хэсе (2006)

"Japtik-Hasse" przypomina mi filmy etnograficzne, które oglądałem kiedyś w szkole. Oto obraz codziennego życia nienieckiego klanu. Japtikowie postępują zgodnie z odwieczną tradycją. Są koczownikami, hodowcami reniferów, którzy wraz ze swoim stadem wędrują po północnej Syberii. Reżyser zrezygnował z komentarza z offu, zamiast tego dając od czasu do czasu krótkie napisy. Krótko i z humorem komentują one losy rodziny. Całość ma niezwykle ciepły charakter. To rodzaj impresjonistycznego dokumentu, który byłby jeszcze lepszy, gdyby reżyser tak bardzo nie starała się udawać, że wcale się nie stara.


Ocena: 6

Encounters at the End of the World (2007)

Werner Herzog dzieli się swoimi wrażeniami z wizyty na Antarktydzie, jednym z najbardziej poruszających ludzką wyobraźnię miejsc na Ziemi. Słuchając narracji Herzoga miałem wrażenie, że ze wszelkich sił stara się on nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie wywiera na nim ten kontynent i przyjmuje pozę cynika, wszystko 'zlewa' ironicznym komentarzem. A jednak poddaje się mistycznej atmosferze, do czego przyznaje się w sposób pośredni, przez muzykę, jaką wybrał.


"Spotkania na krańcach świata" to naprawdę fascynujące spojrzenie na ludzi, którzy decydują się na pobyt w najbardziej niegościnnym rejonie naszego globu w warunkach daleko odbiegających od tego, co uznawane jest za 'normalne'. Herzog z animuszem opowiada o swoich kolejnych spotkaniach. Czasem trochę za bardzo sobie folguje w prezentowaniu kolejnych bohaterów. Mógłby sobie niektóre komentarze darować. Jest w tym filmie jakaś magia, ale jednocześnie czegoś mi w nim zabrakło. Może za bardzo czułem ten dystans Herzoga, który z jednej strony chce być dziwakiem jak inni przybysze, ale z drugiej nie potrafi zanurzyć się w wodzie i lodzie Antarktydy w sposób totalny, jak czynią to pracownicy i (w nieco mniejszym stopniu) naukowcy stacji badawczych.

Ocena: 7

न्यू यॉर्क (2009)

Kabir Khan to nazwisko, które zdecydowanie muszę zapamiętać. "New York" to jego drugi bollywoodzki film i jest to rzecz naprawdę niezwykła. Widać, że Khan zaczynał jako dokumentalista. Nie boi się poważnych tematów, jego film jest niezwykle ambitny. Podjął wyzwanie i wygrał. "New York" to jeden z najlepszych filmów podejmujących problematykę walki z terroryzmem. W kinie Bollywood ustawił poprzeczkę niezwykle wysoko. Ciekaw jestem jak z wyzwaniem poradzi sobie Karan Johar z Shahrukh Khanem w "My Name Is Khan".


"New York" to hołd złożony ofiarom 11 września. Jednak nie chodzi tu o tych, którzy zginęli w zamachach, lecz o tych, którzy stali się ofiarami polowania na czarownice urządzonego przez amerykańskie władze po 11 września. Setki osób zostało bez powodu, bezprawnie schwytanych i torturowanych. Ich życia zostały złamane tylko dlatego, że byli muzułmanami i byli w Stanach. Praktycznie wszyscy byli niewinni, lecz niektórzy z nich byli przetrzymywani całymi miesiącami. Film Khana jest próbą przybliżenia tego skomplikowanego problemu ślepego strachu i nienawiści, który rodzi błędne koło przemocy i zemsty.


Istniało wielkie prawdopodobieństwo, że Khan spróbuje uprościć problem, lecz on nie dał się złapać w tę pułapkę. Wszystkie postaci są tu niezwykle złożone i niejednoznaczne. Nawet terrorysta nie jest tu negatywną postacią, lecz ofiarą, człowiekiem złamanym, który mimo starań najbliższych nie był w stanie uleczyć zadanych mu niesprawiedliwie ran. Sceny tortur robią wrażenie. Sekwencja otwierająca drugą część jest chyba najlepszym fragmentem całego obrazu. Okazuje się, że bollywoodza stylistyka znakomicie radzi sobie z takim sytuacjami, bez problemu oddając emocje jakie towarzyszą tym straszliwym wydarzeniom.

"New York" zdecydowanie nie jest takim filmem bollywoodzkim, jakim widzą tę kinematografię jej przeciwnicy: nie ma tu głupiutkiego pląsania ani cepelii. Owszem są piosenki, jest też kilka nielogicznych zwrotów akcji. Jednak tak naprawdę przyczepić się mogę do rozwiązania sceny finałowej oraz przede wszystkim do epilogu, który za bardzo pachnie mi kazaniem.

(Neil Nitin Mukesh)

Siłą filmu jest nie tylko dobry scenariusz i konsekwentna reżyseria, ale też i mocna obsada aktorska. Irrfan Khan, choć gra drugie skrzypce, jest jednym z filarów całej produkcji. John Abraham popisał się swoją najbardziej dojrzałą rolą w karierze udowadniając, że poza ciałem reprezentuje sobą coś więcej. Jednak dla mnie prawdziwym objawieniem jest Neil Nitin Mukesh. To pierwszy film z jego udziałem, jak mam przyjemność obejrzeć, ale z całą pewnością nie ostatni. Mocna, złożona i niezwykle wiarygodna kreacja.

Ocena: 8

piątek, 6 listopada 2009

The Art of Being Straight (2008)

Całkiem niezła panorama życia w metropolii, w której liczy się powierzchowność i pozory. W takim mieście bardzo trudno jest żyć w związku, gdyż wszystko jest niezwykle płynne: orientacja seksualna, stan cywilny, wierność. Podstawową prawdą jest zaś hasło: jesteś tym, kim widzą cię inni. W tym sztucznym świecie nawet pozornie pewny siebie chłopak może przeżyć poważny kryzys tożsamości, a co dopiero mówić o facecie w związku, którego na stoisku z melonami kuszą... 'melony', a lesbijka nagle odkrywa, że podnieca ją sąsiad z chromosomem Y.


Jak na debiut ten ledwie pełnometrażowy film radzi sobie całkiem nieźle, choć nie mam żadnych wątpliwości, że w dużej mierze jest to woda na młyńskie koło rozbuchanego ego reżysera. Pomysł, jak to często bywa, okazał się lepszy od wykonania, które było powierzchowne i mocno skrótowe. Jakby Rosenowi zabrakło cierpliwości, by przyjrzeć się dokładniej swoim bohaterom. Po obejrzeniu filmu okazuje się też, że sam tytuł jest pretensjonalny. Bowiem choć chwytliwy średnio ma się do fabuły. Równie dobrze można byłoby nazwać "Young & Restless In LA".

Z całego filmu zapamiętam chyba tylko dwójkę aktorów: Pete'a Scherera i Rachel Castillo. Biedny Scherer urodził się pół wieku za późno. Ma fantastyczny głos i przed laty byłby gwiazdą radiowych słuchowisk. Dziś, mimo niezłej prezencji, nie wróżę mu wielkiej kariery. Zupełnie inaczej ma się rzecz z Castillo. Dziewczyna gra jak z zupełnie innej ligi, zostawiając resztę kolegów (i koleżanek) z planu daleko w tyle. Jeśli tylko będzie miała rozgarniętego agenta, to może zrobić karierę. Talent ma. Oby tylko go nie roztrwoniła.

Ocena: 5

czwartek, 5 listopada 2009

Up (2009)

Amerykańska mainstreamowa animacja w końcu zaczyna doganiać świat. To już nie są li tylko głupiutkie historyjki dla dzieci, ale pełnokrwiste obrazy dojrzałe zarówno w podejmowanych tematach (śmierć, przemijanie, starość) ale i w formie. Jednak żeby zaraz głosić, że ma się do czynienia z arcydziełem? Lekka przesada, choć zrozumiała w odniesieniu do Amerykanów, którzy nie są do tego przyzwyczajeni. A przecież "Odlot" jest tylko bladym cieniem dawnych animacji Disneya. Wystarczy choćby porównać z "Bambi", by zobaczyć jak wielkimi tchórzami są pixarowi twórcy jeśli chodzi o dotykanie kwestii ostatecznych i przemycanie mrocznych tematów do familijnych produkcji.


Nie ulega jednak wątpliwości, że "Odlot" to dobry film. Początek, podobnie jak w "WALL.E", jest niemal niemy i okazuje się być najlepszą, wręcz genialną sekwencją. Potem jest już trochę gorzej, choć animacja nigdy nie schodzi poniżej solidnego poziomu. Dodanie efektu 3D w żaden sposób nie wpływa na odbiór filmu. W 2D robił identyczne wrażenie, co paradoksalnie – przynajmniej moim zdaniem – jest sporym argumentem przeciwko kolejnej gorączce trójwymiarowego kina.

Film budzi u mnie jednak inne wątpliwości. Dotyczą one tego, jak pokazana została tu starość. Ja rozumiem, że jest to niby 'odważna' decyzja ze strony producentów, próba afirmacji starości, która w mainstreamie hollywoodzkim została sprowadzona na margines. Jednak mam wrażenie, że twórcy "Odlotu" nie przysłużyli się sprawie, a wręcz przeciwnie, jeszcze ją pogrążyli. Jak przedstawiony jest Carl Fredricksen? Jako człowiek pełen fizycznej krzepy, supersprawny, zwinny i do tego niezły kombinator. Jest nikim więcej jak młodzieńcem wsadzonym w ciało staruszka, który mimo to potrafi samodzielnie utrzymać grubego chłopca, przekarmionego psa i olbrzymiego ptaka wiszących na linie. A zatem punktem odniesienia, normą są cechy przypisywane ludziom młodym, brak zaś afirmacji starości jako stanu odrębnego ale równie uprawnionego. Jest to dość powszechny błąd. Popełniły go sufrażystki walczące o prawa kobiet, które de facto uznały męskie standardy za normę, którą po prostu należy rozszerzyć na kobiety. Popełniają go też mniejszości seksualnej, uznając za obowiązujące wyznaczniki życia heteroseksualnego, któremu chcą się podporządkować.

Ocena: 8

Partly Cloudy (2009)

Sympatyczna krótkometrażówka, ale tylko tyle. Jak zwykle u Pixara jest sympatycznie i dojrzale. Bocian wcale nie porzuca chmury, a i chmura choć się wścieka to jednak nic naprawdę złego nie robi. Rozkoszne to to, ale Pixar miał już kilka lepszych pomysłów. Co więcej, ten wydał mi się bardzo wtórny. Oglądając miałem ogromne wrażenie déjà vu.

Ocena: 6

środa, 4 listopada 2009

Perfect Opposites (2004)

To urocze, jak aktorzy mało znani lub kojarzeni głównie z telewizyjnych seriali (i to nie najwyższych lotów) próbują opowiedzieć historię rozgrywającą się w Los Angeles z Fabryką Marzeń i jej gwiazdami w tle. Urocze, ale tylko przez chwilę bądź na odległość.


"Idealnie niedobrana para" to historia dwójki osób, którzy zakochali się w sobie i zbyt szybko chcieli się ustatkować. Po niebiańskich wyżynach pierwszych miesięcy, zaczęli lecieć w dół i nie będąc przygotowanym na bolesne zetknięcie z rzeczywistością zmagać się muszą z nieuchronnym, zdaje się, końcem ich związku (choć nie miłości). Wszystko to jest doskonale nijakie, choć przecież twórcy starają się urozmaicić narrację i ubarwić fabułę dodając ekscentrycznych bohaterów drugiego planu.

Ocena: 5

Millénium, son histoire (2009)

Ten, kto nazwał "Millénium, son historie" dokumentem, ma z całą pewnością wyobraźnię bogatszą od Stiega Larssona, nominalnego bohatera tego programu. Tak naprawdę jest to rzecz nakręcona na potrzeby francuskiego wydania DVD "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", które w listopadzie ma swoją premierę (podczas gdy w Polsce film trafia dopiero do kin).

Jak większość tego rodzaju produktów, film ten oferuje minimum treści rozciągnięte do maksimum czasu. Dowiadujemy się z niego zatem o lewicowych poglądach Larssona i jego dziennikarsko-wydawniczej karierze. Otrzymujemy kilka wskazówek na temat inspiracji, ale nie za wiele i jeszcze mniej na temat samej trylogii. Nagłej śmierci pisarza poświęcono niewiele czasu, a po intrygującej batalii na temat praw do spuścizny po nim twórcy prześcignęli się niczym mistrzowie narciarskiego slalomu. Oczywiście nie powinno to dziwić, w końcu od dodatków DVD nie oczekuje się śledczej wnikliwości czy dogłębnej analizy problemu.

Ocena: 3

Like It Is (1998)

Być może ten film za bardzo się zestarzał, choć przecież od jego premiery minęło zaledwie 10 lat, lecz niestety nie spełnił on moich oczekiwań. Tym razem powierzenie głównych ról debiutantom zupełnie się nie opłaciło. Mało przekonujący jest przede wszystkim Steve Bell jako dziki młodzieniec w poszukiwaniu własnej tożsamości. To trochę paradoksalne, bo Bell w zasadzie gra tu samego siebie. Jak jego bohater, tak i on zajmował się boksem (choć na zdecydowanie wyższym poziomie, 4 lata po premierze był kapitanem drużyny wystawionej przez Brytyjczyków na Igrzyska Wspólnoty Narodów). Jednak to właśnie sceny walk wyglądają najgorzej. Nieporadnie maskowana imitacja, która dziś może tylko śmieszyć.


Pomiędzy dwójką, a w zasadzie trójką bohaterów brakuje też chemii. W miłość w ogóle nie potrafię uwierzyć, również we wrogość jaka ponoć ma dzielić Craiga granego przez Bella i Paulę (Dani Behr – ponoć jakaś celebrytka). Z całego filmu warty zapamiętania jest jedynie Roger Daltrey, którego w sumie jest mi trochę szkoda. 35 lat temu zadebiutował w "Tommym", ale później nie zagrał już w zasadzie niczego specjalnego.

Ocena: 5

L'Ennemi public n°1

Druga część "Wroga publicznego numer jeden" to równie solidna filmowa robota jak część pierwsza. I jak jedynka nie porwał mnie tak całkowicie, lecz doceniam jego jakość warsztatową. Konstrukcja jest tu podobna jak przy "Instynkcie śmierci". Film otwiera i kończy się sceną zabójstwa Mesrine'a, a pomiędzy pokazana jest jego przestępcza kariera w latach 70. i polowanie urządzone na niego przez władze Francji.


Richet z wydatną pomocą Cassela konstruuje portret człowieka, który całkowicie się pogubił, który niemal stracił kontakt z rzeczywistością i jest tego świadomy. Mesrine żyje tu chwilą obecną doskonale zdając sobie sprawę z tego, że czekać go może tylko jeden koniec. Póki to nie nastąpi on szaleje obrabiając kilka banków jednocześnie, porywając miliardera, planując destrukcję państwa. Bez hamulców, żyje póki może.

Richet okazał się też zupełnie nieoczekiwanie mistrzem suspensu. Mimo że już w pierwszej minucie widzimy, jak film się zakończy to i tak scena finałowa trzyma w napięciu jak w najlepszym dreszczowcu. To naprawdę rzadkość. Richet tą jedną sekwencją zasłużył na wszystkie wyróżnienia, jakie otrzymał.

Ocena: 6

Whirlwind (2007)

Jest taka niewielka grupa #&^%$@, których nie potrafię nazwać filmami, których nie oceniam i o których obejrzeniu nie wspominam. "Whirlwind" ociera się o tę kategorię. Jest to gniot totalny i aż wstyd mi jest przyznawać się do jego obejrzenia. Aktorstwo zerowe, kilka ciętych i fajnych tekstów zostało położonych beznadziejną deklamacją. Koszmarne zdjęcia i montaż 'na oko' mierżą nawet na samo wspomnienie. W tym wszystkim jest jednak jedna rzecz, dzięki której o filmie w ogóle wspominam. To pomysł na fabułę. Oczywiście tylko pomysł.


Oto jest paczka pięciu przyjaciół, którzy wydają się stanowić grupę idealną. Kiedy pojawia się Drake i zaczyna jątrzyć, wszystko się rozpada a więzi wydają się nagle kruche, wręcz iluzoryczne. To intrygujący pomysł, pokazać jak łatwo zmanipulować osoby, by przeinaczyły interpretację faktów, jak łatwo jest zniszczyć aktualny punkt widzenia. Ciekawa była również idea spróbowania pokazania, że przez dekonstrukcję można odbudować strukturę ale już podług nowych wzorców, nowych perspektyw. Intrygujący mógł być również Drake jako obcy, postać diaboliczna. Niestety tu twórcy poszli za daleko i niepotrzebnie wprowadzili wyjaśnienie jego zachowania (choć nawet to mogło być, gdyby tylko było pokazane jako scena finałowa).

Mimo wszystko nie polecam tego filmu nikomu.

Ocena: 1

poniedziałek, 2 listopada 2009

Le ciel sur la tête (2006)

Małżeństwo z dużym stażem potrzebuje wstrząsu, który wytrąci z rutyny, wymusi zdefiniowanie związku od nowa. Jak się ma szczęście, takim wstrząsem może być ujawnienie przez syna, że jest gejem, ale w gruncie rzeczy każda rzecz jest dobra. Guy i Rosine z pozoru są szczęśliwą parą. Ich życie popadło w wygodną rutynę pozorów, masek, przyzwyczajeń. Niby wszystko jest wspaniale, ale gdzieś w tym wszystkim zatracili się oni – Guy i Rosine, którzy zakochali się w sobie do szaleństwa, korzystając do woli z uroków seksualnej rewolucji. Kiedy ich idealny syn zrzuca gej-bombę, ta harmonia rozpada się grożąc całkowitą anihilacją ich związku.


Choć to film telewizyjny, a Francuzi mają pewną nieszczęsną manierę kręcenia takich produkcji, z której rzadko się wyzwalają, to tym razem film im się udał. Régis Musset stawia tu pytania o granice kompromisu w związku, a przede wszystkim o granice jego trwania. Czy związek utrzymywane z przyzwyczajenia bądź dla dobra dzieci ma racjonalne uzasadnienie? A być może dzięki wstrząsowi jest możliwe zredefiniowanie więzi, odzyskanie choć części tego, co kiedyś się posiadało. Oczywiście za tymi pytaniami są i bardziej banalne mądrości, jak choćby o tym, że pozory i sekrety są męczące i ograniczają nasze życie. Ale wszystko to zostało przyrządzone z lekkością, więc raczej nie ma się czym zadławić.

Ocena: 7

Sauna (2008)

Nie wiem dlaczego, ale z jakichś powodów horror realiach historycznych nie jest zbyt popularny w kinie. "Sauna" jest tu wyjątkiem i choćby już tylko za to twórcom należą się brawa. Na szczęście Antti-Jussi Annila okazał się też całkiem niezłym reżyserem i historia rosyjsko-szwedzkiej ekspedycji wytyczającej granicę pomiędzy oboma krajami wypadał znośnie.


Dużym plusem filmu jest atmosfera zbudowana wokół dwójki braci: brutala i intelektualisty. Maskuje ona pewną niezdarność narracyjną polegającą na nadmiernym stosowaniu skrótów myślowych. Kilka fajnych pomysłów ograniczonych zostało do pojedynczych scen czy wymian zdań. Czasem aż prosiło się, by zatrzymać się na chwilę, by podrążyć temat. A tak wyszedł horror, na który co prawda nie szkoda czasu, ale też w pamięci nie zostanie zbyt długo.

Ocena: 6

Faites comme si je n'étais pas là (2000)

Eric jest nastolatkiem, który zamknął się przed życiem. Stało się to wraz ze śmiercią ojca. Teraz, pięć lat później, żyje podglądając innych. Stoi z boku i patrzy, zazdroszcząc, pragnąc, nienawidząc. Zamknięty w skorupie, czuje coraz większy ucisk, a zarazem coraz większą potrzebę separacji. W egoistycznym więzieniu staje się okrutny dla tych, którzy nie są tacy jak on. I nie wiadomo dokąd by to wszystko doprowadziło, gdyby nie fakt, że znalazły się osoby, które odwróciły relacje. Zamiast być obiektami podglądacza, same zaczęły go obserwować.


Lubię takie kino. Ciche, pozbawione ekscesów fabularnych, skoncentrowane na postaciach. Bohaterowie, choć na pierwszy rzut oka mogą być odstręczający, za maską kryją naprawdę piękne i wyjątkowe dusze. Wszyscy są tu w jakiś sposób skrzywieni, zranieni i to właśnie czyni ich atrakcyjnymi. Konsekwentnie prowadzona narracja nigdy nie traci z oczu celu opowieści. Dzięki czemu film przyciąga uwagę od pierwszej do ostatniej minuty. Do tego ma bardzo ciekawą obsadę aktorską z kilkoma z moich ulubionych francuskojęzycznych aktorów, których mogłem zobaczyć zanim jeszcze stali się sławni.

(Emma de Caunes)

Ocena: 7

Dying Breed (2008)

Szczerze mówiąc nie lubię historii o kanibalach. Głównie dlatego, że filmowcy nie potrafią ich opowiadać. W przeciwieństwie do wampirów, kanibale to zawsze są ofiary chowu ksobnego, zezwierzęceni, dzikusy i brutale. I tak zawsze, bez żadnej wyobraźni. "Dying Breed" nie przynosi tu żadnej odmiany.


Na szczęście owych kanibali nie jest zbyt wiele na ekranie. Całość opowiedziano sprawnie, choć mogli sobie pozwolić na trochę więcej brutalności. Irytujący bubek jest naprawdę irytujący, ale i fajny z filmowego punktu widzenia. Podoba mi się też zakończenie. W sumie oglądało się to nieźle, ale tylko nieźle. Zdecydowanie najlepszy z całego filmu jest plakat.

Ocena: 6

La león (2007)

Kolejny przykład minimalistycznego kina, choć tym razem trochę trudno odczytać intencje twórców. Film niby ma jakąś fabułę, składa się z co najmniej dwóch wątków. Jednak brakuje tu typowej konstrukcji, nie wszystko zostaje wyjaśnione. W zasadzie jest to obserwacja z kilku dni życia w pewnej społeczności. Oglądamy codzienność, którą podkreśla kilka śmierci. Nic z tego nie wynika, do niczego to nie prowadzi. Ot po prostu historia życia bez początku i końca.


Ta otwarta konstrukcja jest zarówno zaletą jak i wadą "La león". Zaletą, bo debiutujący Santiago Otheguy uniknął nadmiernej egzaltacji prostą w gruncie rzeczy historią. Wadą, gdyż mam wrażenie, że niektóre postaci zostały wprowadzone tylko po to, żeby reżyser miał efektowny finał. Gdyby jeszcze nie były one ciekawe, ale nakreślone kilkoma liniami mimo wszystko mogą budzić zainteresowanie i ich instrumentalne wykorzystanie pobrzmiewa bardzo fałszywie.

Ocena: 6

L'homme que j'aime (1997)

Śmierć ma swoje plusy. W jej obliczu można pozwolić sobie na więcej. Można być bezpośrednim, bo nie ma się już czasu na krygowanie. Można pozwolić sobie na uczucia skrywając je pod maską troskliwości. W obliczu śmierci prawda jest o wiele bardziej intensywnie przeżywana...


To mógł być bardzo dobry film. Postać Lucasa, który zakochuje się w umierającym na AIDS chłopaku, jest intrygująca. Ale niestety nie została ona w pełni ukształtowana. Stéphane Giusti ślizga się po powierzchni prawdy psychologicznej, nie zagłębiając się w motywacje bohaterów. Dodatkowo di Ponzo Bo grający Martina deklamuje swoje kwestie z irytującą teatralnością. Pod koniec teatralnej manierze ulega również reżyser. Ta stylistyczna niekonsekwencja niszczy strukturę narracji. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt braku doświadczenia i Giustiego i di Ponzo Bo oraz fakt, że całość powstała dla telewizji. Jednak jest wielu debiutantów i wiele telewizyjnych produkcji, które nie potrzebują taryfy ulgowej. Dlatego też szkoda, że mając dobry materiał wyjściowy zabrakło ludzi, którzy przekształciliby je w dzieło naprawdę interesujące.

Ocena: 6

Drag Me to Hell (2009)

Hmm, nie potrafię rozgryźć do końca tego filmu. Czy Sam Raimi chciał naprawdę zrobić horror na poważnie, czy też jest to ściema i jedna wielka zabawa konwencją? Za tym pierwszym przemawia fakt prowadzenia narracji: cały czas 'na poważnie', podług prawideł gatunku, bez jednego mrugnięcia okiem. Może nie jest krwawo, ale na pewno sceny są kręcone w sposób realistyczny mający wywołać dreszczyk. Z drugiej strony co druga scena to absurd, do którego nie można podejść inaczej jak ze śmiechem (np.: scena stypy), a do tego ta podniosła muzyka niczym z disnejowskiej bajki. Naprawdę trudno brać to na poważnie.


Ja wolę traktować "Wrota do piekieł" jako komedię. Śmiałem się przez pół filmu. Raimi zdecydowanie ma kilka świetnych pomysłów. Niestety jego czarny humor nie jest tak ostry jak Brytyjczyków i przez drugie pół filmu nudziłem się straszliwie. Te fragmenty 'na poważnie' kompletnie mnie nie przekonały. Nawet atmosfery nie mają jakiejś nadzwyczajnej. "Wrota do piekieł" wypadają słabiutko choćby w porównaniu z takimi "Przerażaczami" Jacksona... do klasyki Raimiego nie ma co w ogóle porównywać.

Ocena: 5