piątek, 31 grudnia 2010

Watch Out (2008)

Jonathan Barrows to człowiek mocno skrzywdzony przez życie. Nie wiemy, kiedy to się stało (choć musiało w dzieciństwie), nie wiemy kto mu to zrobił (choć jego rodzice są co najmniej dziwni) i przede wszystkim nie wiemy, co mu zrobiono. To, co widzimy, to rezultat końcowy – to, kim się stał. A stał się 100% narcyzem.


Jonathan całkowicie odrzucił ludzi. Nie tylko nie potrafi nawiązać więzi z drugą osobą, on prawie całkowicie zablokował u siebie potrzebę interakcji. Całą energię i uwagę skupił na sobie samym. Uznał cały świat za zły, kaleki, niedoskonały, rozczarowujący. Ale wciąż pragnie ideału, zatem uznał, że on sam nim jest. Jonathan uważa siebie za cud, boga atrakcyjności i geniusza intelektu. Uczynił z siebie obiekt swoich libidynalnych potrzeb. Jest człowiekiem samowystarczalnym, jest światem sam dla siebie, a reszta – skoro już musi ją zauważać – traktuje z pogardą podszytą nienawiścią.

Wszystko to jest jednak straszliwą iluzją. Jego obsesja na swoim punkcie "maskuje" kompletną emocjonalną niedojrzałość. Choćby nie wiem, jak długo wpatrywał się w lustro, w głębi duszy wie, że nie jest pępkiem świata. Jego obojętność i pogarda wobec innych też jest tylko grą. Prawda jest o wiele mroczniejsza i choć swoje destrukcyjne skłonności potrafi racjonalnie i chłodno wytłumaczyć, nic w jego zachowaniu nie jest ani racjonalne, ani chłodne. Ta wszechogarniająca potrzeba zniszczenia ujawniająca się w akcie drugim filmu wyraźnie pokazuje, jak straszliwie skrzywdzonym jest on człowiekiem tak, że nawet w najgorszych momentach zagłusza swoje prawdziwe potrzeby, pragnienia, swój ból.

"Watch Out" to niezwykle fascynujące studium ludzkiej psychiki. Został bardzo dobrze napisany, choć nie jest to tekst do końca filmowy. O wiele lepiej funkcjonowałby na deskach teatru. W każdej scenie czuć teatralność, co powinno mi chyba przeszkadzać, ale tak naprawdę nawet mnie nie drażni. Historia była na tyle ciekawa, że zaraz po obejrzeniu ściągnąłem sobie na Kindle'a literacki pierwowzór. Liczę, że będzie jeszcze lepszy.

Jeśli chodzi o stronę aktorską, to film niczym specjalnym się nie wyróżnia. "Watch Out" sprawia wrażenie jakby został nakręcony tylko i wyłącznie z myślą o pokazaniu w pełnej krasie Matta Riddlehoovera. I rzeczywiście nic przed widzami nie zostanie ukryte. Ale Matt jest na tyle przystojny, że w roli narcyza wypada wiarygodnie. Zaskoczył mnie Peter Stickles, którego w pierwszej chwili nie poznałem. Ale to dobrze, bo jego dotychczasowe role raczej nie przypadły mi do gustu.

Ocena: 7

niedziela, 26 grudnia 2010

Leaves of Grass (2009)

Co to ma być? Z nudne na komedię, za lekkie na dramat. Niby ma być o ironii losu i o efekcie iluzji równowagi w życiu, jednak w rzeczywistości jest to nudna powiastka, która marnuje tylko talent całe masy utalentowanych aktorów.


Pomysł na film nie jest nawet taki zły. Oto bracia bliźniacy poszli w życiu dwiema skrajnie różnymi drogami. Pierwszy pozostał w stanie chaotycznego zawieszenia, drugi zamknął się w murach perfekcyjnie kontrolowanego środowiska. I żyli sobie tak przez 12 lat, aż w końcu przyszła pora na brutalną zmianę, którą wymusił los, okoliczności, a tak naprawdę oni sami. Na linii starcia ich dwóch egzystencji można było zbudować naprawdę niezłą czarną komedię. Jednak, by to się udało, potrzeba kogoś pokroju braci Coen. Tim Blake Nelson niestety nie dorasta im do pięt. Kilka scen wymyślił naprawdę świetnych (zaloty po łacinie, spotkanie z żydowskim dilerem), niestety całość jest niemiłosiernie wręcz nudna. Z trudem wysiedziałem na filmie do końca.

Ocena: 4

Disarm (2009)

"Disarm" miało w zamierzeniu być refleksją nad życiem bez zakorzenienia, w lęku i negacji samego siebie. W rzeczywistości jest dyskusją prowadzoną przez dwójkę mało interesujących osób, co oznacza, że i sama dyskusja jest mało interesując ograniczając się do kilku wyświechtanych frazesów. Wiele nie jest to warte.

W całym filmie najfajniejszy jest akcent Tarisa Tylera (który był dublerem Hugh Jackmana, kiedy ten grał Wolverine'a).

Ocena: 4

sobota, 25 grudnia 2010

Si nos dejan (2008)

Największym plusem tego krótkiego filmiku jest pomysł formalny. Oto bardzo prosta historyjka opowiedziana została bez słów, tylko poprzez zachowanie i muzykę. Sprawia to, że aktorzy są może nieco nadekspresyjni, ale w tym przypadku nie jest to wadą. Fajne jest też zakończenie, które pozostaje niejednoznaczne i jego interpretacja w dużej mierze jest zależne od tego, kto film ogląda.


Ocena: 6

The Defenders (2009)

No cóż, jako film krótkometrażowy "The Defenders" nie funkcjonuje najlepiej. Za to jako reklama społeczna jest jak najbardziej OK (choć można byłoby to skrócić). Film wykorzystuje najprostszy sposób demagogicznej dyskusji ze zwolennikami tzw. "tradycyjnych wartości religijnych" poprzez demaskację ich podwójnych standardów.  Niezbyt to pomysłowe czy odkrywcze.


Ocena: 5

I Want Your Love (2010)

Granica między filmem a pornosem powoli zaczyna się zacierać. To chyba wynik coraz bardziej ekshibicjonistycznego stosunku do wszystkiego, jaki zaczyna dominować w naszej cywilizacji. Dzięki temu aktorzy nie boją się uprawiać seks (a nie go tylko symulować), a przy tym pozostają aktorami, a nie drewnianymi kukiełkami, które nie potrafią wydobyć z siebie choćby jednego prawdziwego zdania.


W "I Want Your Love" mamy dwójkę kumpli i aktorzy potrafią tę więź dobrze ukazać. Wspólnie spędzony czas przechodzi w coś poważniejszego (jeśli seks ma jeszcze dziś poważniejsze znaczenie), bardziej intymnego. Reżyser Travis Mathews jest wojerystą i nie udaje, że jest inaczej, a jednak potrafi zbudować i nastrój i wiarygodność swojej opowieści. Duża w tym zasługa dobrego montażu i bardzo intymnych zdjęć. Co prawda montaż mógłby być lepszy, a raczej lepiej przemyślany, bo w scenach seksu trochę się gubi między intymnością a chaosem. Ja wiem, że było to zamierzone i gdyby nie pierwsza część, byłoby to ok., lecz ponieważ wstęp jest inaczej montowany, przejście do seksu jest zaakcentowane zmianą tempa. Trzeba było to inaczej rozpracować. Ale i tak wyszedł film niezły.

Ocena: 7

czwartek, 23 grudnia 2010

TRON: Legacy (2010)

"Tron: Dziedzictwo" ma idealnie oddający wartość tego filmu tytuł. Jeśli Disneyowi naprawdę zależało, by zrobić taki film jak "TRON" to gratulacje, udało się. Tyle tylko, że nie wiem, czy jest się z czego cieszyć, bo oryginał to kicha i do tego mocno zramolała. Zamiast robić powtórkę z rozrywki, trzeba było odświeżyć serię i tchnąć w nią trochę życia. To mogło się udać, to powinno się było udać, bo w "TRON-ie" tkwi spory potencjał.


Niestety z Kosinskim u steru i Garrettem HedlundEm w roli głównej "Tron: Dziedzictwo" szedł wesoło w stronę przepaści. To, że nie skończyło się katastrofą to jakiś cud, który tylko w części wytłumaczyć można soundtrackiem Daft Punku. Film ma strasznie głupi scenariusz. Choć nie, jestem zbyt łagodny. W tym filmie nie ma scenariusza. To zlepek jakiś średnio przemyślanych scen i kilku patetycznych dialogów, których słucha się z przykrością. Takie rzeczy to ja mogę tolerować, ale tylko w krótkich filmach. Tymczasem "Tron" jest o co najmniej pół godziny za długi, przez co pod koniec straciłem już całkiem nim zainteresowanie.

Owszem, film ma kilka widowiskowych scen, ale to nie usprawiedliwia całej tej makabry. Muzyka jest miejscami wręcz genialna, ale dla jej słuchania wcale nie jest konieczne siedzenie w kinie. Jedynym plusem jest to, jak zrobili Beau Garrett. W filmie wygląda fantastycznie, lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Fajny był też na Maksa przerysowany Michael Sheen, ale jego postać jest zupełnie niepotrzebna.

Ocena: 4

Μικρό έγκλημα (2008)

"Małe grzeszki" to typowy przykład kina prowincjonalnego, z którym zazwyczaj mam pewien problem. Trudno bowiem traktować fabułę a nawet bohaterów na poważnie, kiedy jest to nic więcej jak zabawa stereotypami.


Ponieważ jest to produkcja grecka, jak na dłoni widoczne są wszelkie przywary i cechy charakterystyczne greckiej ludności. Jest to bardziej komedio etnograficzna, choć kompletnie fikcyjna. Trudno bowiem uwierzyć, że gdzieś jeszcze tak właśnie życie wygląda. Jest to wyidealizowana wersja, zupełnie jak w naszym "U Pana Boga za...".

Główny bohater jest sympatyczny. Reszta też jest miła. Ale film przemyka nie zostawiając po sobie żadnego trwałego śladu. No może poza refleksją, że Grecy lepiej wyglądają filmowani z profila, a Greczynki en face.

Ocena: 5

poniedziałek, 20 grudnia 2010

The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader (2010)

No cóż, nie ma się co oszukiwać, Disney miał nosa rezygnując z trzeciej "Narnii". Film wyszedł mierny i zwalanie winy na trudny do przeniesienia pierwowzór nie jest tu żadnym wytłumaczeniem. Wyraźnie bowiem widać, że twórcy nie mieli żadnego pomysłu na to, jak ugryźć historię i poszli po najniższej linii oporu. W rezultacie wyszła im mało ekscytująca gra planszowa , gdzie każde pole równa się głupiemu wydarzeniu, które nie ma żadnego głębszego sensu.


O ile jednak prostotę fabuły jestem jeszcze w stanie wybaczyć (w końcu to produkcja familijna), o tyle konstrukcja bohaterów to już inna para kaloszy. Są to postaci wycięte z gazety, która wcześniej została dokładnie przeżuta przez jakiegoś łakomego czworonoga. Nie ma więc tu nikogo, kto choćby w przybliżeniu przypominał pełnokrwistą osobę. To nawet nie są nośniki konkretnych idei, są to jedynie zapchajdziury, które były niezbędne, bo przecież ekran czymś trzeba wypełnić.

A przecież "Wędrowiec" aż prosił się o to, by stał się przypowieścią o duchowym odrodzeniu. Oto Eustachy, który na początku jest zadufanym w sobie racjonalistą, "człowiekiem nauki". Jego przekonania są bardzo naiwne, o czym się wkrótce przekona stając w obliczu wiary. Wyprawa Wędrowca to przede wszystkim jego wyprawa do zrozumienia duchowości, otworzenia się na inne aspekty istnienia i w rezultacie duchowa przemiana mająca bardzo konkretny fizyczny wymiar. To mogła być naprawdę poruszająca i inspirująca historia. Niestety w filmie nie zostało z niej nic. Ale czy można się dziwić, skoro reżyserem jest Michael Apted, facet, który od 20 lat nie nakręcił nic wartego zapamiętania.

Ocena: 5

niedziela, 19 grudnia 2010

Triangle (2009)

Lubię filmy, które próbują być wstęgą Möbiusa. Jednak "Piąty wymiar" tylko częściowo spełnił moje oczekiwania. Nie dość, że jest wstęgą pozorną, to jeszcze wcale nie trzyma w napięciu. Ma jednak swoje lepsze momenty, przez co nie uznaję seansu za czas stracony.


Twórcy bardzo starają się zalepić wszystkie końce fabuły, ale nie do końca. Jedną ważną nić pozostawili wolną, a przez to zakończeniem oszukują widza sugerując domknięcie historii, podczas gdy w rzeczywistości wcale tak nie jest. A może jest, tylko przez słaby montaż wydaje się inaczej? Bo niestety montaż jest słaby, a przy takim filmie jest to błąd podstawowy. Podoba mi się za to konstrukcja głównej bohaterki, która wcale nie jest tym, za kogo chce uchodzić. Troszkę szkoda, że twórcy ledwie liznęli jej psychikę, po można ją był jeszcze bardziej podrążyć.

Ocena: 6

Prom Night (2008)

O "Balu maturalnym" naprawdę niewiele mogę powiedzieć. Nie jest nawet tak zły, żebym miał na co ponarzekać. Po prostu jest kompletnie bezpłciowy. Kiedy 30 lat temu pokolenie wolnej miłości dorosło i zaczęło kręcić filmy, w horrorach ostrzegali dzieciaki z pokolenia pop przed skutkami rozwiązłości seksualnej. Choć filmy były w większości kiczowate, ogólnie miało to jakiś sens. A teraz?


Pokolenie pop już się zdążyło zestarzeć, ale zamiast wykorzystać swoje doświadczenia, by straszyć nową młodzież, oni wolą wracać do sentymentalnej przeszłości. Ale ich wspomnienia są lukrowane i dość blade, stąd i ich horrory wypadają dość niepozornie. W "Balu maturalnym" brakuje napięcia, brakuje krwi, brakuje kiczu, brakuje humoru, brakuje klimatu. Jednym słowem brak tu wszystkiego. Ogląda się to z obojętnością. Na plus mogę zaliczyć jedynie przypomnienie mi zespołu Rock Kills Kid.


Ocena: 5

sobota, 18 grudnia 2010

BoyTown (2006)

Głupawa komedyjka o facetach, którzy 20 lat temu byli idolami nastolatek. Teraz, nie do końca wiadomo dlaczego, może kryzys wieku średniego, chcą poczuć raz jeszcze smak sławy. Po pierwszych wpadkach, w końcu udaje im się odnieść sukces.


Nie do końca wiem po co powstał ten film. Przez większość czasu jest to komedia nawet niezła, gdyby pominąć kompletnie idiotyczne teksty piosenek. Kiedy jednak wydaje się, że będzie to jedna z tych głupawek, mamy zakończenie, które jest mocno cyniczne sugerujące, że całość to swego rodzaju krytyka popkultury, która najlepiej rozwija się na świeżych trupach. Wszystko to jest jakieś takie niezborne. A przecież można to było zrobić z większą klasą i pazurem.

Ocena: 5

Virgin Territory (2007)

Lubię połączenie kina kostiumowego z nowoczesną narracją. Taka postmodernistyczna gra bywa całkiem inspirująca. Jednak w przypadku "Dekameronu" czegoś zabrakło. Lekkość zdaje się być wymuszona, humor zawsze jest minimalnie nietrafiony. Niestety to nie jest drugi "Plunkett i Macleane", a nawet "Obłędny rycerz".


W filmie jest wiele fajnych pomysłów: głosy narratora, rozpasane seksualnie zakonnice, hrabia Dzierżyński. Jednak z jakiegoś powodu brakuje całości pazura, energii, czegoś co wyróżniłoby film na tle innych produkcji. Mimo erotycznych podtekstów "Dekameron" jest obrazem zbyt poprawnym, by móc być naprawdę zabawnym. Może powodem tego jest wiek reżysera. 60-latek chyba nie najlepiej nadaje się do opowiadania tego rodzaju historyjek.

Ocena: 6

Le refuge (2009)

Podczas gdy w większości krajów geje nie mają prawa do zawierania małżeństwa. François Ozon idzie dalej i kręci propagandówkę mającą przekonać nas, że geje mogą być dobrym wyborem na rodziców. Nie wiem, na ile jest to wyraz jego własnych pragnień, ale w ostatnim czasie dzieci zdają się być głównym tematem jego twórczości. Osobiście chciałbym, żeby w końcu zaadaptował dzieciaka i zaczął opowiadać w kinie inne historie.


"Schronienie" niestety jest filmem nijakim i przewidywalnym. Postaci wycięte z szablonu walczą o swoją indywidualność i życie, ale w konstrukcji Ozona nie ma miejsca dla ich niezależności. Wszystko jest tu podporządkowane idei. Na szczęście od czasu do czasu zdarzają się nietuzinkowe pomysły, jak scena w pokoju ciążowego fetyszysty, dzięki czemu film nie jest kompletną stratą czasu tak jak to było w przypadku "Ricky'ego".

Ocena: 6

czwartek, 16 grudnia 2010

Black Swan (2010)

Wyobraźcie sobie kibel wielkości sali tronowej w Wersalu. Z kolumnami z najprzedniejszego marmuru. Z wielkim żyrandolem zrobionym z najczystszych kryształów górskich. Z najlepszą terakotą, płaskorzeźbami wysadzanymi masą perłową, szafirami, szmaragdami i diamentami. Z kranami ze szczerego złota i miską klozetową z bezcennej chińskiej porcelany. A wszystko to lśniące, zachwycające, doprowadzone do perfekcji w najdrobniejszym szczególe przez Mistrza. I taki właśnie jest ten film.

Tyle tylko, że nawet w takim kiblu gówno, pozostanie gównem i śmierdzi tak samo. I taki też jest ten film.


Owym gównem jest historia. A raczej nie ona sama, a to w jak naiwny, pozbawiony wyrafinowania sposób została nam przedstawiona. Sam pomysł opowieści o więźniarce niewinności, która przez lata nie potrafiła uwolnić się z niewidzialnych pęt, bezskutecznie zdrapując je z siebie aż do krwi, a teraz otrzymuje tę szansę i niczym supernowa goreje w drodze ku doskonałości, po której życie jest stertą popiołu, mogła być ciekawa (i w rzeczy samej w kinie wielokrotnie z fascynującymi skutkami była opowiedziana np. "Capote"). Niestety w "Czarnym łabędziu" zostajemy zasypani ordynarną symboliką. Matka głównej bohaterki jest żywcem wyjęta z podręcznika do psychoanalizy. Pokój bohaterki jest tak przesadzony w eksponowaniu jej dziecięcej niewinności, że po prostu robi się niedobrze. Dosłowność rozszczepienia i "transformacji" wywołała u mnie fizyczny ból. Kiedy zbliża się drugi akt, sytuacja staje się tak groteskowa, że miałem ochotę wyjść z kina. Kolejne sceny sprawiały wrażenie, jakby były to resztki z "Requiem dla snu" zebrane razem i podrasowane komputerowo.

Ale jak ten film został zrealizowany! Zdjęcia Matthew Libatique'a zachwycają tym, jak potrafią wniknąć w intymność psychiki bohaterów i wydobyć na wierzch żywe emocje, pragnienia, przeżycia. Genialny montaż sprawia, że zanurzałem się po uszy w historii ignorując sygnały ostrzegawcze lewej półkuli. Scena "uwodzenia" tancerki przez Thomasa – mistrzostwo świata. Sekwencje tańca, choreografia – trudno wyjść z podziwu. I w końcu trzy cudowne, perfekcyjne kreacje aktorskie: Natalie Portman, Mila Kunis i Barbara Hershey. Ach, jaka szkoda, że to wszystko skrywa tak smrodliwą niespodziankę! No cóż, najwyraźniej tak trzeba robić teraz kino, jeśli chce się uzyskać poklask elit i plebsu. Ja jednak wolę Aronofsky'ego bardziej bezkompromisowego.

Ocena: 6

wtorek, 14 grudnia 2010

Inside Job (2010)

"Inside Job" jest jak amerykański podręcznik: kolorowy, fajny, prosty i konkretny. W miarę przystępny sposób przedstawia laikom świat finansów, punkt po punkcie wyjaśniając mechanizmy, które sprawiły, że dla milionów ludzi na świecie sen o bogactwie zamienił się w koszmar ubóstwa. I choć większość finansowych pojęć pewnie pozostanie niezrozumiała, widzowie nie powinni mieć problemów ze zrozumieniem o co w tym wszystkim chodzi.


A chodzi o jedyny system, który z przestępczości uczynił regułę, a bezprawie objął parasolem ochronnym prawa. Innym, jak faszyzm czy socjalizm, to się nie udało. Tymczasem kapitalizm ma się fantastycznie jako jedyna słuszna i powszechnie (no prawie) obowiązująca idea. Stworzona jako protestancka (bądź masońska) utopia, idea kapitalizmu przez lata wydawała się sprawdzać. Uznano więc, że nie potrzebuje nadzoru, że jest to rzecz dojrzała, która sama z siebie utrzyma homeostazę. I tak narodził się współczesny system finansowy, który szybko przekształcił instytucje takie jak banki w wielkie pasożytnicze konglomeraty. Rozpoczęła się darwinistyczna wojna o dostęp do środków finansowych, które istniały jedynie w wirtualnym świecie naprawdę wysokiej matematyki. Brutalna walka o maksymalizację zysków doprowadziła do absurdu, w którym porażka i plajta staje się miliardowym sukcesem. W tym wszystkim liczy się już tylko dobro samej firmy (i jej największych udziałowców), reszta jest traktowana jak pożywienie, nawóz i odchody. Człowiek, a nawet cały kraj nie ma znaczenia, liczy się tylko chciwość koncernów.

W "Inside Job" nie ma w zasadzie żadnej odkrywczej tezy. Jak na dłoni pokazano za to, że demokraci i republikanie mogą różnić się w sprawie aborcji, małżeństw homoseksualnych i obecność kreacjonizmu w szkołach, ale kiedy chodzi o system finansowy nie ma między nimi żadnej różnicy. Twórcy naświetlają też gorzką prawdę, że Obama powinien swoje hasło wyborcze "Change" zmienić na "No Change".

Trochę szkoda, że film na końcu okazuje się agitką polityczną. Nie wiem tylko, czy twórcy zdają sobie sprawę z tego, że ich film wcale nie agituje za działaniami w ramach systemu demokratycznego. Film pokazuje bowiem wyraźnie, że demokracja nie ma szans w starciu z korporacjami. Jeśli już, to "Inside Job" zachęca do bardziej radykalnych działań, jak terroryzm ekonomiczny. Spowodowanie, by system sam siebie zniszczył jest bardzo kuszącą myślą po obejrzeniu tego filmu. Jest rzecz jasna myśl naiwna i nie mogąca doprowadzić do niczego dobrego. Jednak pomimo największego ekonomicznego kryzysu w dziejach globalnej gospodarki rynki finansowe niczego się nie nauczyły, bo też i nie musiały. Ci, którzy przetrwali, są potężniejsi niż przed kryzysem...

Ocena: 8

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Mr. Nobody (2009)

Ten film równie dobrze mógłby się nazywać "Advanced Physics for Dummies" i przypomina jeden z tych kursów językowych z telewizji, gdzie rezygnuje się w tłumaczeń na język ojczysty. W rezultacie kurs ten zrozumieć mogą tylko ci, którzy już coś wiedzą, ale z drugiej strony, ponieważ już coś wiedzą, kurs ten będzie dla nich zbyt uproszczony i nic na tym nie skorzystają.


"Mr. Nobody" to wykład z paradoksów znanej nam rzeczywistości, a raczej paradoksów fizyki próbujących rzeczywistość opisać. Punktem centralnym jest problem czasu, jego linearność, pozorne wykluczanie się zdarzeń. Jaco Van Dormael naczytał się trochę o teorii strun i mechanice kwantowej i stworzył obraz, który jest w zasadzie jedną wielką superpozycją. Większość fabuły "w rzeczywistości" skondensowana jest do jednego punktu czasu. Choć oglądamy różne biografie głównego bohatera, tak naprawdę nie oglądamy nic, bowiem bohater stoi na rozdrożu i nie podjął decyzji, a dopóki tego nie uczyni, wszystkie stany, wszystkie jego biografie są równoprawne. Oczywiście, by miało to ręce i nogi, został znacznie uproszczone i sprowadzone do kilku głównych odgałęzień firmowanych krytycznymi punktami. W rzeczywistości jednak każdy kolejny punktu czasu rodzi nieskończoną (?) liczbę potencjalnych możliwości, z których każda jest równie pewna, dopóki nie zostanie "anulowana" poprzez dokonany wybór. Czy jednak aby na pewno została anulowana? Van Dormael zdaje się stawiać przed widzami (a z całą pewnością przed jednym z bohaterów) to pytanie. Jednak zdaje się, ponieważ nie robi tego w sposób zbyt przekonujący i raczej nie zachęca widza do zagłębiania się w to zagadnienie.

Co zatem pozostaje? Niewiele. Kilka mniej lub bardziej łzawych historyjek nieudanych związków głównego bohatera z trzema kobietami. Film jest pusty, ponieważ koncentrując się na fizyce rzeczywistości, zapomina o rzeczywistości emocjonalnej. Van Dormael podobnie jak jego bohaterowie nie potrafił się też zdecydować, jaki film chce zrobić i dlatego "Mr. Nobody" sprawia wrażenie jakby zatrzymał się w pół kroku. Miał kilka możliwości. Mógł pójść w barokową obsadę wizualną. Chyba droga ta go kusiła, bo miejscami rzeczywiście wizja świata jest prawie że przytłaczająca, ale tylko chwilami. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby zdecydował się na totalną jednoczesność zdarzeń i zamiast bawić się montażem, podzielił ekran na kilka części tak, jak zrobił to na przykład Mike Figgs w "Hotelu".

Film jest za to całkiem nieźle zagrany. Ma dobre zdjęcia, a przede wszystkim bardzo ciekawą, mocno eklektyczną ścieżkę dźwiękową. To ona z całości przypadła mi do gustu najbardziej.

Ocena: 6

Как я провёл этим летом (2010)

"Jak spędziłem koniec lata" przypomina "Essential Killing". Jak film Skolimowskiego, próbuje opowiedzieć o ludzkiej naturze skonfrontowanej z sobą samą. Jednak mniej tu ostentacyjnej symboliki przez co całość jest o wiele przystępniejsza i nie robi wrażenia dzieła artysty-narcyza.


Uelen. Stacja polarna na Półwyspie Czukockim. Kiedyś prężny ośrodek naukowy, obecnie na stałe pracuje tam tylko Siergiej. Do towarzystwa młodego Pawła. Poza nimi nie ma tam ani jednej żywej duszy. Kontakt ze światem mają tylko dzięki łączności radiowej. Wydawać by się mogło, że w tych warunkach panowie poznają się bliżej. Jednak choć spędzają ze sobą 24 godziny na dobę, niewiele o sobie wiedzą. Ta niewiedza stanie się powodem ich klęski.

W świecie pozbawionym cywilizacyjnego chaosu, jak w powiększeniu widać wszystkie cechy człowieka. Wady, które w metropolii, w dużej korporacji, dałoby się zamaskować, w arktycznej tundrze mogą zdecydować o życiu i śmierci. Jedna głupia decyzja Pawła, jego tchórzostwo, rozpocznie spiralę zdarzeń, która szybko wyrwie się spod kontroli. Drobne kłamstewko rozrasta się niczym zakażony ropień, a kiedy wreszcie pęknie, smród zgnilizny obezwładni, przytępi zdrowy rozsądek, doprowadzając dwójkę ludzi do ekstremalnych zachowań. Wszystkiego, co się potem zdarzyło można było uniknąć. A jednocześnie wydaje się, że biorąc pod uwagę to, kim byli Paweł i Siergiej, wydarzenia były nie do uniknięcia.

(Григорий Добрыгин)

"Jak spędziłem koniec lata" to intrygujące, kontemplacyjne kino, stawiające człowieka oko w oko z naszą własną słabą i pełną wad naturą. Wystarczyło dwóch aktorów, dobry scenariusz i artystycznej pokory, by powstał film warty obejrzenia.

Ocena: 8

Nowhere Boy (2009)

Deszcz nagród jaki obsypał ten film wydaje mi się mocno przesadzony. Owszem, grające w nim aktorki Thomas i Duff w pełni na wyróżnienie zasłużyły, jednak cała reszta już znacznie mniej.



Ten film jest jak niedokończona mozaika. Wiele elementów, jeśli patrzeć osobno jest całkiem udanych. Jednak nie składa się to w koherentną całość. Nie bardzo wiem po co ten film powstał i o czym tak naprawdę ma opowiadać. Warstwa psychologiczna jest potraktowana po macoszemu i wychodzi na pierwszy plan dopiero pod koniec, kiedy jest już niestety za późno i nie bardzo widać tego sens. Przez to postaci zdają się być bezbarwne i płytkie. Lennon jest tu narcystycznym bufonem, który niby przechodzi fazę regresji, ale tego się w ogóle nie czuje. Lennon jako artysta zaś w ogóle nie istniej. To raczej wyrobnik, który ma talent do gry na instrumentach. Ale jeśli film miał odpowiedzieć na pytanie, jakie są korzenie tej ikony popkultury, to niestety odniósł porażkę.

Ciekawie wypada tu Aaron Johnson. Ciekawie w tym sensie, że zupełnie nie przypomina siebie z Kick-Assa.


Ocena: 5

niedziela, 12 grudnia 2010

Hjem til jul (2010)

Po Bencie Hamerze można się było spodziewać czegoś lepszego. "W drodze do domu" jest typową skandynawską produkcją, jakie od czasu do czasu docierają do naszego kraju. Jest w nim wszystko: śmierć, samotność, nowe życie, bliskość i zdrada, ironia i czarny humor. Jednak braku mu charakteru, wyrazistości. To mógł nakręcić każdy (no, prawie każdy).


"W drodze do domu" to kilka przeplatających się wzajemnie historii rozgrywających w Wigilię. Nie wszystkie są równie udane. Mnie najbardziej przypadła do gustu opowieść o "tej drugiej" ze względu na fantastyczną scenę w kościele. Dobra jest też historia "świętego Mikołaja". Opowieści o piłkarzu i emigrantach są dość nierówne, a dziecięca nowelka nie wyszła w ogóle.

W sumie jest to średniak jakich wiele w czasie świąt produkuje się na świecie.

Ocena: 6

Inkheart (2008)

Co się stało z Iainem Softleyem? Kiedyś kręcił naprawdę dobre filmy. A tymczasem "Atramentowe serce" to jego druga z rzędu wpadka. I tym razem nie ma dla siebie żadnego usprawiedliwienia. "Atramentowe serce" powinno być wielkim hitem. Toż to wspaniała i uniwersalna opowieść. Jest w niej wszystko: przygoda, bohaterstwo, czarne charaktery, a nawet szczypta humoru. Wszystko jest barwne i pełne dziecięcych marzeń o wkroczeniu w wyimaginowany świat. To po prostu nie mogło się nie udać. A jednak tak właśnie się stało.


Film robi wrażenie śmietniska pomysłów. Całość jest chaotyczna, pozbawiona filaru wokół którego mogłyby się splatać wszystkie wątki. Gdyby nie poprawny montaż "Atramentowe serce" rozleciałoby się na drobne kawałki. Zawodzi nie tylko reżyseria ale i scenariusz, który spłycił bohaterów czyniąc z nich papierowe marionetki. Tylko Paul Bettany był w stanie tchnąć życie w swego bohatera i to właśnie historia Dustfingera próbującego wrócić do swej Roxanne spodobała mi się najbardziej. Całość psuł również Brendan Fraser, który uwielbia grać w familijnych produkcjach. Problem w tym, że we wszystkich gra tak samo, co niestety nie jest zbyt atrakcyjne.

Ocena: 5

sobota, 11 grudnia 2010

Kompisar (2007)

Zrobić dobrą krótkometrażówkę wcale nie jest tak prosto. Taki film, ze względu na swoje czasowe ograniczenia w dużej mierze opiera się na pomyśle i poincie. Jeśli tego zabraknie, jeśli nie ma oryginalności, wtedy całość niestety blednie w oczach. I tak jest z filmikiem Morka.

Flatmates - Kompisar from Anonimux Nimux on Vimeo.


"Kompisar" to rzecz do bólu przewidywalna. Historia dwóch przyjaciół, którzy zamieszkali razem i którzy pozwolili, by przekroczone zostały pewne granice nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych historii. Całość mogła jeszcze uratować pointa, ale Mork poszedł w standardowy melodramat. Cóż. O wiele lepiej obejrzeć "I twoją matkę też" albo "Krámpack". Nie dość, że dłużej trwają, to i są lepiej zrobione (fabularnie i technicznie).

Ocena: 5

Animal Kingdom (2010)

No proszę. Nie tylko Brytyjczycy ale i Australijczycy postanowili wykorzystać w niestandardowy sposób kino gangsterski. "Królestwo zwierząt" w Australii miało nawet podtytuł "A Crime Story". Jednak tak jak "44 Inch Chest" nie było kinem gangsterskim, tak nie jest nim i obraz Michôda. Tak naprawdę "Królestwo zwierząt" jest dość konwencjonalną coming of age story, tyle że osadzoną w dość brutalnym świecie kryminalistów.


Nastolatek J po śmierci matki z przedawkowania heroiny wprowadza się do babki i jej synów, z których każdy jest już zatwardziałym przestępcą. J chroniony był przed tym światem jest więc swego rodzaju niewiniątkiem. Jednak niewiniątka w brutalnym świecie zwierząt nie żyją zbyt długo. Chłopak odbiera bolesną lekcję "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Jeśli jednak chce przetrwać, musi przestać liczyć na cudzą ochronę, odrzucić niewinność i stać się dorosłym mężczyzną... To kupi mu czas, przynajmniej dopóki nie pojawi się inny samiec alfa...

"Królestwo zwierząt" ma kilka mistrzowskich scen. Przede wszystkim ostatnie pół godziny, kiedy atmosfera zagęszcza się, kiedy wszyscy pokazują swoje prawdziwe oblicza, kiedy stajemy przed pytaniem o to kto co zrobi. Michôd wygrał to bezbłędnie. Młody James Frecheville stworzył wyśmienitą kreację, która przypomniała mi trochę występ Sama Worthingtona w "Salcie". Ciekawe czy i Fercheville wystrzeli na sam szczyt hollywoodzkiej piramidy sławy. Wszyscy zachwycają się Jacki Weaver i początkowo zastanawiałem się dlaczego. Jednak w ostatnich 30 minutach pokazuje prawdziwą klasę i nie dziwię się, że została zapamiętana.

Całość przywodzi mi na myśl inny australijski film sprzed ponad 10 lat – "The Boys". Ale jest bardziej oryginalny.

Ocena: 9

Blessed (2004)

Co tu dużo mówić. Rzeczywiście "Błogosławiona" to powtórka z rozrywki. Twórcy wykorzystują znane wątki z prawie każdego satanistycznego horroru o zamkniętych, podejrzanych wspólnotach. Porównania do "Dziecka Rosmary", "Omenu" czy "Adwokata diabła" są jak najbardziej na miejscu. Oznacza to, że sama fabuła nie kryje przed widzem żadnych tajemnic. Od początku wiadomo, jak się to wszystko potoczy i czego możemy się spodziewać.

Zwiastun można obejrzeć TUTAJ. (Z jakichś powodów niewłaściwie mi się embeduje :( )

A jednak nie jestem wobec tego filmu tak krytyczny, jak większość osób. Może i brak mu oryginalności, ale mnie podobało się to JAK całość została opowiedziana. Tempo, montaż, utrzymanie klimatu – wszystko to było jak najbardziej w porządku. Heather Graham w roli ciężarnej matki sprawowała się doskonale. James Purefoy był czarująco obsesyjny no i Fionnula Flanagan w niewielkim epizodzie. Czyż można jej nie kochać? Jednak najbardziej spodobał mi się temat muzyczny Stephena Jonesa. To on, w połączeniu z montażem, sprawiał, że film miał swój klimat i oglądało się go z zaciekawieniem.

Ocena: 6

Centurion (2010)

Po dobrym "Doomsday" z nadzieją sięgałem po "Centuriona". Byłem ciekaw jak po wyprawie w przyszłość wyjdzie mu wycieczka do starożytności. Niestety podróż mu się zupełnie nie udała. Pewnie 20 lat temu, kiedy zaczytywałem się książkami z serii Dragonlance "Centurion" by mi się spodobał – ma bardzo RPG-ową konstrukcję. Niestety dziś, kiedy telewizja całkiem nieźle radzi sobie z tematyką starożytną, a komiksy (zwłaszcza francuskie) czynią to wręcz po mistrzowsku, obraz Marshalla wygląda jak zakurzony rupieć zupełnie niepotrzebnie wyciągnięty z jakiegoś stryszku.


"Centurion" ma dobre momenty. Cała pierwsza sekwencja z Arianną wyszła Marshallowi bardzo dobrze. Sceny batalistyczne był bardzo fajnie zmontowane. Niestety pozytywne wrażenie psuła beznadziejna muzyka. Część rozwiązań fabularnych z happy-endem na czele to pomysły zupełnie nietrafione.

Nie rozumiem, dlaczego Marshall nakręcił tak podręcznikowo bezpłciowy film. Przecież na pierwszy rzut oka "Centurion" jest bardzo podobny do "Doomsday". Oba filmy opowiadają o garstce próbujące przetrwać we wrogim i obcym środowisku. A jednak "Doomsday" Marshallowi wyszedł.

Cóż choć "Król Artur" wysoko poprzeczki nie ustawił, "Centurion" lepszym filmem wcale się nie okazał. Pozostaje liczyć, że "Eagle" (także opowiadający o IX legionie) będzie lepszy.

Ocena: 5

piątek, 10 grudnia 2010

Bernard and Doris (2006)

Jak to jest, że ktoś może być sumiennym pracownikiem, spełniać każde życzenie pracodawcy, a i tak zostanie zwolniony, podczas gdy ktoś inny jest pijakiem rujnującym piwniczkę z trunkami właścicielki, a i tak pozostaje najbliższym towarzyszem? Cóż "Bernard i Doris" nie daje na to pytanie odpowiedzi, choć przecież taki był cel powstania tego filmu.


Bernard Lafferty jest nowym kamerdynerem "najbogatszej kobiety świata" Doris Duke. Jakimś cudem staje się jej powiernikiem i kompanem tak, że w końcu granica pani-sługa zaczyna się między nimi zacierać. Doris wybaczy mu nawet wyżłopanie wszystkich najdroższych win, wódek, whisky i innych trunków, a po śmierci uczyniła go milionerem. Niestety film nie pozwala zrozumieć w czym tkwił sekret Bernarda, na którego pogrzebie pojawiła się m.in. Elizabeth Taylor. Pozostał enigmą, a jego związek z Doris jest ledwie zarysowany.

"Bernard i Doris" został napisany jak klasyczny obraz z lat 50. i 60. Jednak nie został w podobny sposób poprowadzony. Przez to, mimo dobrej gry, kreacje aktorskie nie są tak wyraziste jak być powinny. Oglądając Sarandon i Fiennesa przypominają się duety sprzed lat jak choćby Taylor i Burton w "Kto się boi Virginii Woolf?" i widać wyraźnie, że w nowym filmie brakuje tej samej dynamiki.

Ocena: 6

czwartek, 9 grudnia 2010

Enter the Void (2009)

I kolejny artysta, który mydli widzom oczy zasypując nas wizualnymi impulsami, za którymi nic, ale to absolutnie nic nie stoi. Historia "Wkraczając w pustkę" jest banalnie prosta (uwaga spoleruję). Pewien ćpun i diler zostaje zastrzelony przez policję, którą nasłał na niego kumpel wściekły, że ćpun przespał się z jego matką. Potem sobie lata obserwując swoje życie i losy swoich bliskich, by na koniec odrodzić się w sposób zapisany w "Tybetańskiej księdze umarłych".


Może i był to materiał na film, ale na pewno nie taki, jaki nakręcił Noé. Jego formuła wyczerpała się po 25 minutach, w momencie zastrzelenie głównego bohatera. Gdyby w tym momencie pojawiły się napisy, uznałby film za świetną krótkometrażówkę. Niestety to jest tylko preludium do tego, co następuje później, a co sprowadza się do pseudopsychodelicznych impresji na temat wspomnianej "Tybetańskiej księgi umarłych", której Noé chyba nie widział na oczy. "Wkraczając w pustkę" przypomina bowiem rzecz nakręconą na podstawie kiepskiego streszczenia książki sprowadzające wiarę w reinkarnację do poziomu infantylnej naiwności, która de facto powinna obrazić wszystkich, którzy w reinkarnację wierzą.

Gdyby jeszcze poza formalnym oczopląsem Noé coś zaoferował. A tu nie. Dwie godziny człowiek się męczy, by dojść do zakończenia, które jest oczywiste od samego początku. Reżyser naprawdę się nie wysilił i zrobił pusty film, licząc, że jak widz się za długo pogapi w migające obrazki, to zacznie dostrzegać "głębię" "Wkraczając w pustkę".

Od czasu "Blueberry" nie widziałem na ekranie równie nudnej psychodelii.

Ocena: 3

wtorek, 7 grudnia 2010

Life as We Know It (2010)

Za to, że film nie spełnił moich oczekiwań, nie mogę winić twórców. Nie powinienem mieć oczekiwań. W końcu widziałem, że to film wytwórni, że grają w nim gwiazdy aspirujące do najwyższej ligi, że akcja osadzona została na Południu. Było więc pewne, że film ani o jotę nie zboczy z utartej ścieżki konwencji.


Może łatwiej byłoby mi się z tym pogodzić, gdyby sceny komediowe były zabawne. Ale tak nie jest. Humoru jest tu nawet sporo, ale wszystko jest letnie i bardzo zachowawcze. Niby wszystko jest w porządku, ale nie odwraca to uwagi od wad. "Och, życie" to komedia z rodzaju tych, których nie lubię, bo zamiast kibicować głównym bohaterom, żal mi jest postaci drugoplanowych, tych miłych, poczciwych i sympatycznych osób, które wydają się idealne dla głównych bohaterów, ale nie są, bo bohaterowie muszą się zakochać w sobie. Tu co prawda jest tylko jeden, ale to o jednego za dużo. Zdecydowanie wolałbym, że bohaterka wyszła za lekarza, gach zaś znalazł sobie jaką panienkę, przy której by się ustatkował i w czwórkę zamieszkali w jednym domu. No ale to byłoby zbyt nowoczesne dla wielu.

Ocena: 5

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Nebo, peklo... zem (2008)

Kiedy na początku filmu zaczynają się piętrzyć głupoty i wyświechtane sceny zdrad, rodzinnych dramatów, nieprawdopodobnego pecha i jeszcze bardziej niewiarygodnych przypadków, można próbować przymknąć na to oko. W końcu "Niebo, piekło... ziemia" wydaje się komedią obyczajową. Ale w pewnym momencie zaczynają pojawiać się wątpliwości. Głupot jest coraz więcej, ale humoru wcale nie przybywa. Gdzieś przebłyskuje myśl, że być może ten film wcale nie jest komedią obyczajową. Ale jeśli tak jest, to trzeba by przyjąć, że jest to film koszmarnie zły. To, czego świadkami jesteśmy w przeciągu półtorej godziny trwania seansu, przeciętnej telenoweli dałoby materiału na jakieś dwa lata emisji. Niestety w tym przypadku wygląda to tak, jakby reżyserka wzięła coś na twórcze przeczyszczenie i kiedy już się z niej wszystko wylało, podtarła się taśmą filmową.


Jedyna grupa odbiorców, która z obejrzenia filmu odniesie jakiś pożytek, to podstarzali donżuani. Dla nich "Niebo, piekło... ziemia" będzie podręcznikiem podrywania i rozkochiwania w sobie młodych panienek. Przepis jest prosty. Po pierwsze należy udzielić takiej dziewojce pomocy. Potem należy jej zaimponować kasą. A potem stopniowo rozbudzać zmysły, lecz za każdym razem studzić je w ostatniej chwili. W pewnym momencie sama wskoczy do łóżka i jeszcze będzie myśleć, że jest w siódmym niebie. Metoda może pracochłonna, ale w wieku (przed)emerytalnym jako hobby w sam raz.

Ocena: 3

Soul Kitchen (2009)

Fatih Akin na wesoło. To trochę dziwnie wygląda, ale trzeba przyznać, że Akin potrafi bawić nie rezygnując ze swojego wyrazistego głosu. Nie jest to film tej klasy co "Głową w mur" czy "Na krawędzi nieba", ale mimo wszystko warto po niego sięgnąć. Choćby po to, żeby nauczyć się kilu ważnych lekcji o życiu:


1 – Jeśli związek oparty jest na seksie, nawet wirtualne bara-bara nie pomoże w utrzymaniu związku

2 – posiadanie rodzeństwa jest kosztowne, taniej wychodzi bycie jedynakiem

3 – nie rżnij skarbówki, bo na koniec i tak to ty zostaniesz zerżnięty

4 – zakochanie ZAWSZE związane jest z bólem

5 – nawet junk food może dobrze wyglądać

6 – kontrkultura to żyła złota dla każdego biznesmena

Jest w tym dużo cynizmu, ale pewnie dlatego "Soul Kitchen" mi się spodobało. A może spowodowała to znakomita i bardzo eklektyczna ścieżka dźwiękowa. Akin już wcześniej udowodnił, że zna się na muzyce. Jeśli ktoś miał wątpliwości, to słuchając soundtracku pozbędzie się ich raz na zawsze. Płyta z muzyką trzeba mieć koniecznie!

Ocena: 7

niedziela, 5 grudnia 2010

Hanoi - Warszawa (2009)

Europejska Nagroda Filmowa zmotywowała mnie, by w końcu obejrzeć tę krótkometrażówkę. I nie żałuję. Nie wiem, czy w Europie nie nakręcono lepszego shorta, ale wiem, że ten jest bardzo dobry. Ma w sobie to, co lubię w krótkim metrażu najbardziej: pomysł i pointę.


"Hanoi-Warszawa" to gorzka opowieść o marzeniach, które rzeczywistości rozbija w drobny mak. To historia dwójki Wietnamczyków. On już jest w Warszawie (oczywiście nielegalnie), ona dopiero jest w drodze. W końcu się spotkają, ale nie będzie to happy-end. Ona, żeby się do niego dostać, zostanie zgwałcona. On został aresztowany. Ona dla niego daje się aresztować, a przy okazji go zdradza. Tyle w tym gorzkiej ironii, że po prostu nie może mi się nie podobać..

Ocena: 8

Bal (2010)

"Miód" posmakował mi zdecydowanie bardziej niż "Mleko". Opowieść o relacji Yusufa z ojcem wyszła Kaplanoglu znacznie lepiej niż relacja z matką. Jest coś prawdziwie magicznej, chwytającego za serce w związku łączącym cierpiącego na padaczkę ojca z jąkającym się Yusufem. Ich cicha więź staje się gruntem, na którym wyrasta wrażliwy chłopiec. Rzadko kiedy ojciec i syn są w kinie tak wspaniale portretowani.


Plusem jest też odejście Kaplanoglu od metafor, które w "Mleku" były zbyt oczywiste. Jest ich kilka (funkcjonujących głównie jako spoiwa z poprzednimi filmami trylogii o Yusufie), ale nie przytłaczają one całość. Zamiast tego jest tu kilka naprawdę przepięknych scen (jak choćby Yusuf wypijający na końcu szklankę mleka albo mord w jego oczach, kiedy widzi ojca dającego innemu dziecku podarek).

Oto skromne, ciche kino, w którym tkwi prawdziwa magia. Nie to co u wyrachowanego Skolimowskiego.

Ocena: 8

Halloween II (2009)

Po perypetiach jakie przeszła druga część "Halloween" aż dziw, że film wyszedł tak dobry. Spodziewałem się papki, która powstała tylko dlatego, że takie były zapisy kontraktów. A tymczasem film ma kilka fajnych scena i całość ogląda się nawet nieźle.


Jak na Zombiego nie jest to film najlepszy. "Halloween" to jednak nie jego para kaloszy. Ale wątek toksycznej rodzinki został tutaj fajnie rozwinięty, choć całość kuleje pod względem logiki. Bardzo fajnie wygląda porównanie nowej Laurie do tej ze starej serii. Zombie zdecydowanie ją "zeszmacił". W nowej odsłonie Jamie Lee Curtis by się raczej nie odnalazła. Z drugiej strony Zombie w tej części otworzył zupełnie nowe drzwi sprawiające, że seria może pójść w kompletnie innym kierunku, stając się alternatywną historią do serii, którą znamy. I ta redefinicja jest chyba największym sukcesem Zombiego. Ciekawe tylko, czy ktoś spróbuje to pociągnąć dalej.

Ocena: 6

Me and Orson Welles (2008)

"Me and Orson Welles" trudno jednoznacznie ocenić. Linklater nie wykazał się jako reżyser próbujący przenieść na ekran pasję teatru i niezwykłą drapieżność artystycznego geniuszu. W jego filmie brakuje życia, dynamizmu, krwi i potu. Bohaterowie dużo mówią, ale wszystko jest jakby przywalone historyczną scenografią i kostiumami, co tłamsi niezbędną energię.


Film sprawuje się zdecydowanie lepiej jako coming of age story. Jest to historia tygodnia z życia pewnego nastolatka, który poznaje kulisy teatru, sam zostając aktorem z epizodem w sztuce, która uczyniła z Orsona Wellesa geniusza w oczach Nowego Jorku (i nie tylko). Ten tydzień będzie lekcją dorastania, o wiele bardziej ekscytującą od szkolnych wykładów, ale też i o wiele bardziej bolesną. Pozna czym jest zraniona dusza i ile kosztuje duma. Na własnej skórze doświadczy czym jest ambicja i strach. Ale też przeżyje kilka uroczych chwil, pełnych radości, flirtu i seksualnych uniesień.

Film Linklatera jest zbyt zwiewny, by wywołać silniejsze emocje i pewnie dlatego lepiej funkcjonuje, kiedy skupia się na młodym chłopaku. Jego uniesienia są tak nierozsądne, nieadekwatne, że muszą być odfiltrowane, aby nie wyglądać na ekranie śmiesznie. Młodość bywa przecież egzaltowana, ale egzaltacja w kinie zazwyczaj się nie sprawdza.

Efron w głównej roli sprawuje się zaskakująco dobrze. Zaczynam wierzyć, że może z niego być jeszcze aktor, ale jego gwiazda raczej szybko zgaśnie. W obsadzie były jednak parę osób, które prezentowały się znacznie lepiej. Zaliczyć do nich można Claire Danes, której moda lat 30 bardzo służy, czy Eddie Marsan jako szef teatru.

Ocena: 6

sobota, 4 grudnia 2010

The Promotion (2008)

Kiedy w obsadzie pojawiają się nazwiska Seanna Williama Scotta i Johna C. Reilly'ego, to można się spodziewać zabawy na sto-dwa. Tymczasem "Nowe stanowisko" choć jest komedią, jest zarazem filmem bardzo gorzkim, cynicznym i wyrachowanym. Bliżej mu do prawdziwego świata, który pokazuje przez uśmiechy i łzy niż fikcyjnej rzeczywistości typowej dla komedii.


W "Nowym stanowisku" nie ma tak naprawdę złych bohaterów. Główna dwójka przez – Doug i Richard – zostali rywalami niejako z winy losu. Obaj walczą o kierownicze stanowisko i dla jego zdobycia czasem są w stanie podłożyć drugiemu świnię. Ale który z nich jest gorszy? Doug, który okłamuje dziewczynę, kupuje dom na który go nie stać i czuje się beznadziejnie za każdym razem, gdy widzi lekarza, z którym pracuje jego dziewczyna? Czy Richard, który jest sympatyczny i miły, był na chrześcijańskiej misji, walczy z nałogiem, ale przydarzają mu się rasistowskie wpadki, wykorzystuje znajomości, by poprawić swoją pozycję i nawet oszukuje na temat kontuzji? Oczywiście reżyser (i scenarzysta w jednej osobie) daje nam mało wyrafinowane wskazów, ale mimo wszystko nie mamy tutaj klasycznego schwarzcharakteru. "Nowe stanowisko" pokazuje realia życia zwyczajnych obywateli mieszczących się gdzieś w granicach klasy średniej, którzy próbują po prostu łączyć koniec z końcem. Z komercyjnego punktu widzenia nie jest to może najlepszy pomysł – ci, którzy są naturalnymi odbiorcami tego filmu nie będą chcieli go oglądać, bo mają to na co dzień – ale mnie się to nawet podobało. Na swój smutny, pełen goryczy sposób.

Ocena: 6

Eating Out (2004)

Pozytywne zaskoczenie. Spodziewałem się wszystkiego co najgorsze, a tymczasem "Eating Out" okazało się całkiem przyjemny filmem. Fakt, nie jest to najśmieszniejsza komedia, co jest wadą zważywszy na fakt, że jest to klasyczna komedia pomyłek, ale podobali mi się bohaterowie i niektóre pomysły. Oczywiście najlepsza jest scena seksu z telefonem. Nie dlatego, że jest super śmieszna (bo nie jest), ale dlatego, że jest to fajny pomysł i nieźle to rozegrano.


"Eating Out" raz jeszcze zwróciło moją uwagę na jedną z największych tajemnic kina: dlaczego w filmach o gejach najfajniejszymi bohaterkami są kobiety? Tu akurat najzabawniejsza jest Tiffani z wielkim cycem. Ostro przerysowana zdzira lubiąca brutalne gry jest tak naprawdę jedynym elementem całego filmu, który prawdziwie mnie rozśmieszył. Szkoda, że było jej tak niewiele.

Ocena: 6

czwartek, 2 grudnia 2010

Jackass 3D (2010)

Tak naprawdę to nie bardzo wiem, jak oceniać "Jackass 3D". Film jest z tego żaden. To po prostu kompilacja różnych dziwnych wyczynów grupy facetów, którzy kiedyś mogli być zabawni, bo byli młodzi i za głupich mogli uchodzić, a dziś chwilami wyglądali niedorzecznie. Film to symfonia bólu, obrzydliwości i głupoty.


Jednak nie da się ukryć, że niektóre numery są naprawdę śmieszne. Ja najbardziej śmiałem się na tych najbardziej obrzydliwych jak picie "soku" ze świeżo wyciśniętego gruba, czy banji-shake'a w przenośnym klozecie. Najmniej śmieszyły mnie sceny z ukrytą kamerą. Choć pomysły mieli fajne, to reakcje ludzi już nie koniecznie były równie zabawne. Ogólnie jest się z czego pośmiać i jeśli uznać, że taką funkcję ma pełnić "Jackass 3D", to spełnił on swoje zadanie.

Ocena: 6

środa, 1 grudnia 2010

L'illusionniste (2010)

"Iluzjonista" to rzecz o przemijaniu i ulotności marzeń. Tytułowy iluzjonista żyje w świecie, który oferuje ludziom ciekawsze rozrywki niż  sztuka magii i iluzji. Jego czas powoli mija, lecz on sam jeszcze próbuje trwać. Z losem zacznie godzić się pod wpływem młodej wiejskiej dziewczyny, która wierzy, że jest on prawdziwym czarodziejem. Przedziwna z nich para, każde wprowadzi drugie w prawdziwy świat, żegnając się przy tym z marzeniami i ułudami. Dla dziewczyny będzie to znaczyło wkroczenie w dorosłość i znalezienie sobie towarzysza życia. Dla iluzjonisty odłożenie na bok kart i bukietów kwiatów, uwolnienie królika z kapelusza. Jego los i tak jest lepszy niż wielu jemu podobnych, którzy nie potrafią stawić czoła zmieniającym się realiom stają się alkoholikami, żebrakami, samobójcami.


Choć animacja ta powstała całkiem niedawno. Jest przesiąknięta duchem twórczości Jacquesa Tatiego. Pewnie dlatego parę lat temu film oceniłbym wyżej. Teraz jednak zapał na Tatiego mi już przeszedł i przy całym uroku animacji Chometa, nie do końca wciąga mnie ten świat. Oglądało się to przyjemnie, ale jeden seans w zupełności mi wystarczy.

Ocena: 6

wtorek, 30 listopada 2010

Easy A (2010)

Cóż, gdyby wgryźć się w ten film, to pewnie okazałoby się, że nie ma w nim zbyt wiele. Ale tym razem nie mam ochoty. Podobała mi się powierzchowność, kilka fajnych tekstów i ogólnie lekki, sympatyczny ton całości. Emma Stone nie wygląda na licealistkę i może nie jest najzabawniejszą dziewczyną, ale za to ma wsparcie w reszcie obsady. Mnie najbardziej spodobali się Tucci i Clarkson jako rodzice głównej bohaterki.


To pierwszy film Glucka, który oglądam ale zapewne nie ostatni. Nie jest on może mistrzem komedii, ale ma poczucie humoru i wie, jak opowiadać niezobowiązujące historyjki. Oczywiście niby jest w tym wszystkim drugie dno, przypowieść o podwójnej moralności i tolerancji, ale chyba nawet Gluck i spółka nie bardzo wierzą w moralizatorstwo i można sobie spokojnie darować to "drugie dno".

Ocena: 7

Darfur (2009)

Wieść gminna niesie, że po Uwe Bollu należy spodziewać się wszystkiego najgorszego. Moje doświadczenia z jego twórczością są zupełnie inne. Poza "Seed" wszystkie jego filmy jakie widziałem były dobre albo bardzo dobre. Z ciekawością więc sięgnąłem po ten film zatytułowany "Darfur". Ku mojemu zdumieniu obraz okazał się zaskakująco konwencjonalny. Wydaje się, że tym razem Boll trochę się przestraszył tematu i nakręcił rzecz, którą tak naprawdę mógł zrobić każdy.


Struktura filmu jest standardowa. Najpierw grupa dziennikarzy jedzie do wioski w Darfurze, by przepytać mieszkańców na okoliczność działalności Dżandżawidzów. Potem przyjeżdżają Dżandżawidzi i biali uciekają zostawiając wioskę na pastwę okrutnych partyzantów. Kolejne zwroty akcji są także do przewidzenia. "Darfur" nie mówi tak naprawdę nic o konflikcie. Dżandżawidzi są tu jedyną "złą" siłą, ale konflikt został tu bardzo uproszczony jedynie do kwestii rasowej "Arabowie" kontra "Afrykańczycy". Niestety Boll nie wyściubił tym razem nosa poza oczywistości.

Całość została sprawnie nakręcona. Choć sceny masakr estetyką za bardzo przypominają strzelanki wideo. Za to zaskakująco dobrze wypadł Boll w scenach pełnych wrażliwości i delikatności z pierwszej 1/3 filmu.

Ocena: 6

niedziela, 28 listopada 2010

Segunda piel (1999)

Po film sięgnąłem skuszony obsadą. Wystąpiła tu sama śmietanka hiszpańskiego kina, moi ulubieńcy i ulubienice. Mogłem więc spodziewać się interesującej fabuły. Niestety na nadziejach się skończyło. "Segunda piel" okazał się całkowitą pomyłką.


Winę za to ponosi Gerardo Vera. To on do spółki z kompozytorem położyli ten film. W jednej z ostatnich scen główny bohater filmu Alberto wypowiada kluczową kwestię o tym, jak to nawet gdyby chciał, to nie potrafi przestać kłamać, kryć się. Kiedy słuchałem tego pomyślałem, że wiem, czym mógł być ten film, ta tragiczna historia człowieka rozdartego pomiędzy dwojgiem osób, z których każda go kocha. Niestety na ekranie panuje chaos, z którego przebija się irytująco sentymentalna muzyka ze smyczkowym tematem wartym jakiegoś kostiumowego melodramatu. Chaotyczny montaż sprawia, że całość nie trzyma się kupy. Wątki przeskakują, bohaterowie to znikają to się pojawiają. Niektóre sceny nie mają większej racji bytu. "Segunda piel" to zmarnowany materiał. Mógł być intensywnym dramatem psychologicznym, a stał się nudą, którą bronią jedynie dobrzy aktorzy (choć nikt z nich nie jest tu w życiowej formie).

Ocena: 5

माय नेम इज़ ख़ान (2010)

Mam mieszane uczucia co do MNIK. Ten film jest zbyt zachodni, za mało w nim Bollywoodu. A jednocześnie pozostał całkowicie naiwnym obrazkiem, bajką o tym, jak to ludzie są (w większości) z natury dobrzy. MNIK próbuje pogodzić dwie skrajne koncepcje: wielkiego chwytającego za serce widowiska i poważnego dramatu. I nie do końca się to udaje, a w każdym razie nie aż tak dobrze, jak w konkurencyjnym bollywoodzkim filmie podejmującym temat terroryzmu "New York".


To, co w filmie razi, to naiwność w konstrukcji postaci. Jak pokazał "New York" można nawet w mainstreamowym kinie bollywoodzkim zniuansować bohaterów. Z drugiej strony Karan Johar jest mistrzem w konstruowaniu scen wzruszających. Niezdarne próby adorowania Mandiry przez Rizvana, czy wszystkie sceny w miasteczku w Georgii. Są piękne i niejedna osoba będzie na nich pochlipywać.

Fajnie było znów zobaczyć razem Kajol i Shahrukh Khana. Szkoda jednak, że nie jest to film na miarę ich wcześniejszych wspólnych przebojów.

Ocena: 7

sobota, 27 listopada 2010

Across the Hall (2005)

Ponieważ spodobała mi się pełnometrażowa wersja "Across the Hall", postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość i obejrzeć krótkometrażówkę, na której bazie film powstał. I rzeczywiście podobieństwo jest uderzające. W wersji ostatecznej pozostało sporo niezmienionych dialogów a nawet całych ujęć. To sprawia dziwne wrażenie, zwłaszcza jeśli oglądało się to w odwrotnej kolejności.


Mnie jednak bardziej spodobała się wersja ostateczna. I nie chodzi mi tu o zmiany w końcówce (tu akurat short jest bardziej konsekwentny), a o atmosferę. Narracja jest w krótkometrażówce liniowa i zabrakło w niej tej specyficznej hotelowej atmosfery, którą przesiąknięty jest pełny metraż. A właśnie ów klimat tak bardzo mi się spodobał. Tu liczy się pomysł, który jest niezły ale też wcale nie aż tak oryginalny. Trójkąty naprawdę wałkowane były już na wszystkie możliwe sposoby.

Ocena: 6

À l'intérieur (2007)

Nie jestem zwolennikiem francuskich horrorów. W większości przypadków stosunek krwawych scen do nudy jest niesatysfakcjonujący. Tak na szczęście nie jest w przypadku "À l'intérieur". Ekspozycja i przygotowanie sceny dla krwawego widowiska zostało tu maksymalnie skondensowane w czasie. W rezultacie otrzymałem niezwykle intensywny koszmar pozornie bezsensownej przemocy, za którą kryją się głębokie traumy i pierwotne pragnienia.


"À l'intérieur" to imponujący debiut. Każda scena wydaje się być dopracowana do najdrobniejszego detalu. Napięcie cały czas utrzymuje się na najwyższym poziomie. To, co robi wrażenie to zdolność do zbudowania naprawdę brutalnych sytuacji przy jednoczesnym zachowaniu cichej, spokojnej przedświątecznej atmosfery.

Nie wszystkie rozwiązania były równie udane. Niektóre decyzje dotyczące montażu dźwięku uważam za dziwaczne i nie do końca zrozumiałe. Trochę za bardzo sobie pofolgowali, przez co chwilami chciało mi się śmiać, kiedy krwawym cięciom towarzyszyła beznadziejna muzyka czy efekty dźwiękowe. Za to wybór Dalle do roli psychopatki był jak najbardziej trafny. Nie dość, że potrafi ona samym spojrzeniem zmrozić człowieka, to w tym samym ujęciu potrafi wywołać sympatię i zrozumienie. To nie jest maszyna do zabijania i jakkolwiek trudno zaakceptować jej metody, to jednak jej dążenia nie są aż tak absurdalne, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

Ocena: 7

Across the Hall (2009)

Zarys historii "Across the Hall" nie jakoś szczególnie powalający. To opowieść o zdradzie w związku i tragicznych tego konsekwencjach. Było to wałkowane w kinie na milion różnych sposobów. Reżyser Alex Merkin postanowił zatem nie tyle zająć się fabułą (co przecież zrobił już w krótkometrażówce pod tym samym tytułem), ile sposobem narracji. I był to strzał w dziesiątkę.


Zaburzenie linii czasowej już wprowadza zamieszanie podobne do tego, jakie czują bohaterowie. Opowieść o dwóch przyjaciołach i dziewczynie zaczyna nabierać rumieńców, spogląda się na nią zupełnie inaczej. Jednak to, co Merkinowi udało się najlepiej to zbudowanie atmosfery tego starego hotelu, który swoje lata świetności ma już za sobą, ale jeszcze się trzyma. Niejedno widział, zatem jest doskonałym miejscem na jeszcze jedną zbrodnię namiętności. Fantastyczne, prawie lynchowskie klimaty sprawiają, że nawet naiwność rozwiązań fabularnych nie przeszkadza w cieszeniu się z filmu.

"Across the Hall" chyba wielkiej furory w Stanach nie zrobiło. A szkoda, bo to naprawdę niezły thriller. Teraz zapamiętany zostanie głównie jako jeden z ostatnich filmów Brittany Murphy. Spodobał mi się w tym filmie Danny Pino. Z brodą, pogrążający się w szaleństwie złamanego serca i przyjacielskiej zdrady, wypada rewelacyjnie. Przywodzi mi na myśl Dane'a Cooka, który także mocno odszedł od swojego emploi w filmie "Mr. Brooks". W przypadku Cooka okazał się to jednorazowy wybryk. Mam nadzieję, że Pino nie pójdzie tą samą drogą.

Ocena: 7

Make the Yuletide Gay (2009)

Czy mógł mi się nie spodobać film, który w połowie składa się z sexual innuendos, a co trzecie zdanie to punch line? Oczywiście, że nie. Co prawda aktorzy nie zawsze potrafią odpowiednio zaprezentować przezabawne teksty, a chwilami naprawdę brakowało śmiechu z offu, ale i tak oglądając śmiałem się nie raz i nie dwa razy.


Niestety poza zabawnymi dialogami film ma niewiele do zaoferowania. To ciepła, sympatyczna komedyjka, ale nic ponadto. Raz można obejrzeć, drugi raz już tylko przewija się od jednej kwestii do drugiej. Plusem jest aktorstwo. Nie, to nie są jakieś rewelacyjne kreacje. Zostali jednak dobrze dobrani do ról. Keaton jako matka jest pełna życia. Jordan i Ruggiero fajnie wyglądają razem. Arngrim jako rozwiązła sąsiadka była przezabawna.

Ocena: 6

piątek, 26 listopada 2010

Easier with Practice (2009)

Lubię takie kino: skromne, ciche, ale przemyślane, z genialną pointą. To opowieść o introwertykach, którzy niekoniecznie odnajdują się w świecie szarej codzienności. To opowieść o samotnikach, którzy pragną kontaktu z drugą osobą. Żyją więc w światach iluzji, które są tak satysfakcjonujące, że chcieliby je przenieść do rzeczywistości. Niestety konfrontacja z prawdą może być naprawdę szokująca...


"Easier with Practice" to debiut reżyserski Kyle'a Patricka Alvareza, który słusznie został nagrodzony "niezależnym Oscarem" jako ktoś, kogo trzeba obserwować. Jeśli pierwszy film jest tak przemyślany, tak dopracowany i wypieszczony, to można spodziewać się naprawdę sporo po kolejnych obrazach, kiedy nabierze doświadczenia i filmowej ogłady. Fakt, że w tym filmie pomogło mu życie (opowieść inspirowana jest prawdziwymi zdarzeniami), tylko w niewielkim stopniu umniejsza jego zasługi. Wielu twórców inspiruje się życiem, ale potem dochodzi do błędnego wniosku, że to za mało i na siłę próbują "ulepszyć" historię. Tu udało się zachować szczerość, a przynajmniej jej pozory.

Ocena: 7

Fruit Fly (2009)

Kino ekstremalnie niezależne opowiadające o grupie artystów mieszkających w jednym domu w San Francisco. Nie jest to historia jakoś specjalnie oryginalna czy nawet angażująca. Całość przywodzi na myśl przedstawienie teatralne z off- off- off-.


Twistu całości dodaje fakt, że jest to musical. Piosenki w większości nie są nawet takie złe, a "Fag-hag" jest nawet fajna. Niestety brak pieniędzy sprawia, że instrumentalnie całość przypomina jakąś wiejską potańcówkę niż musical pełną gębą. Poza tym śpiewająca główną rolę L.A. Renigen albo ma słaby głos albo nie wykorzystuje go w pełni.


Ocena: 5

The Experiment (2010)

Wow. Zupełnie nie dziwi mnie to, że Sony zdecydowało się zepchnąć ten film bezpośrednio na rynek DVD. Niepomiernie mnie za to dziwi fakt, że Paul Scheuring w ogóle zdołał "The Experiment" nakręcić. Czy ktokolwiek w Sony czytał scenariusz, czy dopiero po obejrzeniu całości zrozumieli, że tak rasistowskiego, skrajnie prawicowego filmu nie da się wprowadzić do kin, a już z całą pewnością nie za rządów Obamy?


"The Experiment" pokazuje bowiem co się stanie, jeśli do władzy dorwie się "czarnuch". Spokojny Barris zostaje przywódcą strażników, staje na straży reguł eksperymentu i... zmienia się w totalnego psychopatę niczym któryś z afrykańskich dyktatorów. Jednak twórcy poszli jeszcze dalej i kiedy dochodzi do ostatecznej konfrontacji, Barrisowi przeciwstawia się m.in. członek bractwa aryjskiego, czyli rasista (no może były) jest "dobry" a Afroamerykanin jest zły. Warto też zauważyć, że pierwszy konflikt, od którego wszystko się niejako zaczyna, został wywołany przez innego czarnoskórego bohatera, który rozkwasił gębę (przypadkowo) jeszcze innemu czarnoskóremu bohaterowi.

"The Experiment" przestrzega też przed lewakami, new-age'owcami i pacyfistami. Okazują się mąciwodami, a kiedy przychodzi co do czego to właśnie oni prowadzić będą do eskalacji konfliktu, zamiast propagować porozumienie, negocjacje i pokój. Takim lewakiem jest Travis, który staje się nieoficjalnym przywódcą więźniów. Swoim zachowaniem będzie zaogniał i tak napiętą atmosferę, aż w końcu pośrednio przez niego jedna osoba zginie. Travis stanie wtedy na czele rewolucji mającej na celu obalenie zastanego porządku.


Żeby nie było, że dostaje się tylko politycznej poprawności i ruchom lewicującym. "The Experiment" jest też obrazem w pewien sposób antyreligijnym. Bóg (reprezentowany przez badaczy) to Bóg nieobecny. Można się do niego modlić, można błagać, ale nic to nie daje. Bóg pozostaje niemy. Dopiero kiedy przekroczone zostaną wszelkie granice, dopiero wtedy działa w jedyny możliwy sposób – dokonując końca.

Ocena: 6

czwartek, 25 listopada 2010

Un barrage contre le Pacifique (2008)

"Un barrage contre le Pacifique" to adaptacja klasycznej powieści, której akcja osadzona została w latach 30. ubiegłego wieku w Indochinach. Opowiada o wdowie, która próbuje utrzymać swój majątek i dwójkę już prawie dorosłych dzieci przy sobie. Jednak naprawdę jest to historia Indochin i genezy konfliktów zbrojnych, jakie będą wstrząsać tym krajem przez kolejne pół wieku. Oczywiście diagnoza nie jest zbyt trudna. To same władze kolonialne sprawiły, że ludność tubylcza w końcu się przeciwko nim obróci. To również kolonialne stoją za rozłamem na Wietnam północny i południowy i w konsekwencji za wojną wietnamską. Bohaterka jawi się tu jako prorok, którego nikt nie słucha, a który przestrzega przed brutalną przyszłością.


Film to stylowa adaptacja. Piękne widowisko z kilkoma znakomitymi kreacjami aktorskimi. Jednak brakuje w tym wszystkim czegoś wyjątkowego, drapieżnego, co pozwoliłoby obrazowi wybić się ponad przeciętność i pozostać zapamiętanym na dłużej. Aktorsko choć dobry, nie jest aż tak dobry. A reżysera jest bardzo przeciętna, pozbawiona wizji, indywidualnego charakteru. W rezultacie najlepiej wypadł wątek pana Jo, a to co najistotniejsze zostaje podane w nazbyt łopatologiczny sposób. Przez to czuć, że materiał został niestety zmarnowany.

Ocena: 6

Il compleanno (2009)

Biedni są bohaterowie filmu Marco Filibertiego. Raz wsadzeni w kierat pewnego trybu życia, pozostają jego niewolnikami na zawsze. Kiedy próbują się szamotać, stają się śmieszni, stają się bohaterami wagnerowskiej opery, fantazją na kozetce psychoterapeuty. A jeśli mimo to spróbują wyrwać się z pęt, sprowadzą tragedię, która niczym wybuch w centrum miasta, ofiarami uczyni nie tylko ich samych, ale też tych, którzy znajdą się wokół.


"Il compleanno" nie jest filmem udanym. Tak naprawdę nigdy nie wychodzi poza koncept. Postaci są zbyt stateczne, niczym manekiny o określonych etykietkach osobowościowych. To, że w ogóle widać w nich ludzi jest zasługą nie reżysera a doświadczonych aktorów. Gassman, de Medeiros, Cescon, a przede wszystkim Massimo Poggio starają się jak mogą i do pewnego stopnia im się to udaje. Niestety wszystko psuje Thyago Alves, który nie bardzo rozumiem dlaczego został zatrudniony. Przystojnych facetów jest przecież dostatek, można więc było wziąć kogoś, kto zna chociaż podstawy aktorstwa.

Ocena: 5

Synecdoche, New York (2008)

Jeśli dla kogoś "Incepcja" była skomplikowana, ten niech lepiej nie bierze się za oglądanie "Synecdoche, New York". Nic z niej nie zrozumie. Tak jak u Nolana u Kaufmana rzeczywistość przypomina rosyjską babę-matrioszkę. W przeciwieństwie do Nolana granice pomiędzy kolejnymi warstwami są o wiele subtelniejsze, czasem naprawdę trudne do rozróżnienia. I to jest jeden z trzech największych atutów filmu.


Drugim jest bardzo, ale to bardzo specyficzne poczucie humoru, które bawi ale nie powoduje salw śmiechu. Jak choćby w scenie, kiedy przerażona córka-hipochondryczka dowiaduje się, że w jej ciele jest krew. Trzecim atutem jest genialna obsada. Hoffman raz jeszcze wspina się na szczyty aktorskiego kunsztu. Nie jest tam sam, spotyka tam chociażby wyśmienitą Hope Davis.

"Synecdoche, New York" to opowieść o życiu i umieraniu, to opowieść o śmierci będącej częścią życia. To subiektywna historia człowieka próbującego zrozumieć swoje własne istnienie. Opisać ten film w kilku słowach jest nie sposób. Trzeba zagłębić się w każdą scenę, a w niej w każdy obecny element. Na to potrzeba setek jeśli nie tysięcy stron. Z drugiej strony, można spojrzeć po prostu na całość jak na swoistą mandalę i zamiast szukać słów, odnaleźć ich emocjonalny ekwiwalent. Dzięki temu można lepiej całość zrozumieć.

Naprawdę zachwycam się tym filmem. A jednak nie potrafię ocenić go jako arcydzieło. Jak na debiut Kaufman zrobił rzecz bardziej niż imponującą. Jednak jako scenarzysta ma na swoim koncie dzieła lepsze, nie tak ambitne, nie tak wszechogarniające, ale bardziej zbalansowane, jak "Adaptacja" czy "Być jak John Malkovich". I dlatego końcowa ocena jest taka, a nie inna.

Ocena: 8

środa, 24 listopada 2010

Infidèles (2009)

Po spojrzeniu na seksualność hetero, dla równowagi wybrałem sobie film poruszający temat seksualności homo. I jak powiedziała Julia Roberts w "Pretty Woman" był to "big mistake". Claude Pérès pozazdrościł chyba "sławy" najbardziej pretensjonalnemu pseudoartyście undergroundowemu Bruce'owi LaBruce'owi. I choć wydawało mi się to niemożliwe, jest jeszcze gorszy. LaBruce wciska ludziom kit, że kręci niezależne kino, podczas gdy w rzeczywistości są to pornole z fabułą, z których na potrzeby różnych festiwali usuwane są sceny hardcore'owe. Jednak nawet w swoich nieocenzurowanych wersjach jego filmy mają przynajmniej historię i jakichś (miernie zagranych) bohaterów. Tego samego nie można powiedzieć o "Unfaithful".


Pérès próbując być oryginalny nakręcił rzecz, która de facto jest powieleniem tego, co tysiącami kręcone jest co tydzień na różnych stronach pornograficznych. Żeby się wyróżnić, większość jego scen jest niedoświetlonych (w założeniu ma to być "gra światła i cienia") i źle napisana (czyli zanudzająca pseudofilozoficznymi banałami – Pérès ma ambicje bycia myślicielem i komentatorem współczesnej cywilizacji, napisał na ten temat – o zgrozo! – parę artykułów i książkę). Film ma pokazywać co się stanie, kiedy "reżyser" zaprosi "przypadkowo poznanego aktora", by spędził z nim noc i dzień, a w tym czasie zrobią "wszystko na co oboje wyrażą zgodę". I kicha. Nic się nie dzieje. "Bogactwo" wyobraźni seksualnej po prostu powala. Najbardziej "zaskakującym" pomysłem, na który wpada "reżyser" są łaskotki. Nie wiem co przeraża mnie bardziej: płytkość filmu czy jego twórcy. Przy całej mojej niechęci do LaBruce'a on przynajmniej nie udaje Salomona.

Omijać z daleka!

Ocena: 1

wtorek, 23 listopada 2010

Verfolgt (2006)

Wielka jest siła poddaństwa. Ulegając można zdobyć olbrzymią kontrolę nad drugą osobą. To wiedza doskonale znana na Wschodzie. W naszym kręgu kulturowym przyswoili ją sobie jedynie sadomasochiści. Ale trzeba uważać. Każda zabawa z ogniem może skończyć się poparzeniem.


Elsa Seifert ma 50 lat i długie doświadczenie w pracy z młodocianymi jako kurator. Wydawać by się mogło, że w swojej karierze doświadczyła już wszystkiego. Jak się okazuje tak jednak nie jest. W chwili, gdy spotyka prawie 17-letniego Jana, zadrgała w niej struna, o której istnieniu nawet nie wiedziała. Chłopak wyczuł to natychmiast i mimo całej swej uległości nie daje kobiecie spokoju. Elsa początkowo broni się rękami i nogami, ale Jan doskonale wie, jak się wokół niej zachowywać, jak wciągnąć ją w mroczny świat pragnień. I oczywiście chłopak wygrywa. A w nagrodę dostaje ostre lanie, obrożę i sporo poniżających rozkazów do wykonania. Ale tego właśnie oczekiwał.

"Verfolgt" to interesujące studium ludzkiej seksualności, lecz trochę jednostronne. Twórcom świetnie udało się ukazać postać Elsy, jej walkę z własną ukrytą dominą, która dopiero teraz ma szansę się ujawnić. Jednak już postać Jana, mimo że poświęcono mu sporo czasu ekranowego, nie jest już tak pełna i zniuansowana. Jan jest przede wszystkim katalizatorem, cała reszta schodzi na drugi plan. A trochę szkoda. Film przez to nie jest odpowiednio wyważony. Ale i tak jest to intrygujący obraz.

Ocena: 6