niedziela, 31 stycznia 2010

The Escapist (2008)

Znakomite kino więzienne. Fabuła jest dość prosta, ale za to jak zrealizowana. Frank otrzymuje list, z którego dowiaduje się, że jego córka jest narkomanką znajdującą się na krawędzi całkowitej autodestrukcji. Postanawia zatem uciec z więzienia i się z nią spotkać. Frank szybko opracowuje plan, a szczegóły uzgodni z wybranymi partnerami w ucieczce. Sprawy skomplikują się, kiedy ich intrygę wywęszy brat kryminalisty nieoficjalnie kierującego więzieniem. Sama ucieczka też nie przebiega gładko.


Rupert Wyatt skręcił film, który jest niezwykle efektowy pod względem wizualnym, jak i tempa narracji. Historia opowiadana jest jednocześnie na dwóch planach: pierwszy pokazuje samą ucieczkę, drugi okoliczności, w jakich do niej doszło. Ma to kluczowe znaczenie, gdyż tak naprawdę pierwsze wrażenie jest w przypadku tego filmu bardzo złudne. Sekwencje ucieczki są niezwykle dynamicznie kręcone i zmontowane. Jednak mnie bardziej podobały się sceny w więzieniu, zwłaszcza te pozbawione dialogów. Wyattowi i spółce udało się wspaniale oddać atmosferę zamknięcia przy użyciu bardzo prostych środków. Na mnie szczególne wrażenie zrobiły sceny, kiedy młody Lacey próbuje uciec przed Tonym, a w rzeczywistości jest zaganiany niczym dzikie zwierzę oraz scena milczącego ale jakże dramatycznego spotkania Franka z jego żoną. Końcówka jest nieco pretensjonalna, ale mogę to Wyattowi wybaczyć.

Mocną stroną "The Escapist" jest obsada aktorska. Brian Cox to król i jak zwykle jego występ pozostaje bez zarzutu. Świetne wrażenie zrobili na mnie Joseph Fiennes (to chyba druga współczesna rola, która przypadła mi do gustu), Damian Lewis, Liam Cunningham, a nawet Dominic Cooper.

Ocena: 8

sobota, 30 stycznia 2010

Bronson (2008)

Charles Bronson jest jednym z najbardziej znanych więźniów w Wielkiej Brytanii, a teraz także i na świecie. Pragnął sławy i ją osiągnął za sprawą znakomitego filmu Nicolasa Windinga Refna, zdecydowanie lepszego niż Bronson zasługuje.


"Bronson" to film z rodzaju tych, które naprawdę lubię oglądać. Nie jest zwyczajną biografią, fakty mają tu zupełnie drugorzędne znaczenie. Rwana fabuła, żonglerka formą sprawia, że mamy do czynienia z impresją, próbą opowiedzenia nie o zdarzeniach a o człowieku, który był ich bohaterem. Poznajemy zatem Michaela Petersena, który stał się Charlesem Bronsonem. W interpretacji Refna (i rzecz jasna Toma Hardy'ego) jest to postać daleko wybiegająca poza jednoznaczność.

W pierwszych słowach Bronson przedstawia i bardzo prosto opisuje siebie: Od zawsze chciałem być sławny. Problem niestety w tym, że nie do końca pasuje (przynajmniej w filmie) do definicji cudownego dziecka. Jest raczej człowiekiem prostym, otwartym i zaskakująco tolerancyjnym. Pozbawiony zwyczajnych talentów ma jednak coś, w czym zdecydowanie przewyższa innych - przemoc. Jak każdy artysta wykorzystuje otrzymany od Boga talent, by osiągnąć sławę.

Refn znakomicie potrafił ten przedziwny charakterologiczny koktajl ukazać. Widzimy człowieka, który kocha walkę, konfrontację, a jednocześnie jest pozbawiony zła, pogardy, wredoty. Nie sposób nie zastanawiać się nad tym, gdzie by Bronson zaszedł, gdyby jako nastolatek został przygarnięty przez jakiegoś trenera boksu, zapasów lub innej podobnej dyscypliny. Tymczasem okazuje się człowiekiem, który kompletnie nie przystaje do realiów normalnego świata.

Jak napisałem powyżej "Bronson" odbiega od typowej biografii. Jego konstrukcja przywodzi z jednej strony kino niezależne z pogranicza eksperymentalnego, jakie w Ameryce kręcono w latach 60. i 70. Z drugiej strony należy do tej samej kategorii co "Boski", niemal operowych przedstawień, w których następuje transgresja realnych postaci. Podobnie zresztą jak w "Boskim", tym co szczególnie wybija się w "Bronsonie" jest kompozycja kadrów, niesamowicie malarskie wyczucie obrazów i doskonale dobrana muzyka. Tworzy to rozkoszną ucztę dla zmysłów.

Zupełnie osobną kwestią jest grający Bronsona Tom Hardy. Skubaniec, jest naprawdę piekielnie dobrym aktorem, kameleonem potrafiącym całkowicie zmienić się w odgrywaną postać. Jako Hardy jest raczej osobą mało wyróżniającą się (przynajmniej w materiałach dodatkowych dołączonych do DVD). Za to jako Bronson jest idealny i to w każdej odsłonie i jako szaleniec i jako pięściarz i jako artysta na scenie (moją ulubioną sceną jest ta, gdzie jedna jego połowa jest Bronsonem a druga szefową wariatkowa – cudo). Ciekaw jestem czy "Bronson" będzie dla Hardy'ego tym czym dla Erika Bany był "Chopper".

Ocena: 8

Стиляги (2008)

Pozostając w kręgu musicali sięgnąłem po rosyjskich "Bikiniarzy". Film ten bardzo spodobał się widzom ostatniego Sputnika, na którym ja niestety obejrzałem same gnioty. W porównaniu z nimi "Bikiniarze" to rzeczywiście świetny film, ale porównując z innymi produkcjami rzecz przeciętna. Osobiście minimalnie lepiej oceniam "Made In Hungaria", bo jest bardziej dowcipne.


Rzecz rozgrywa się w 1955 roku w apogeum młodzieżowej kontrkultury, która w ubiorze, zachowaniu, a przede wszystkim w dobrze muzyki wyrażała swój sprzeciw przeciwko uniformizacji kraju. Na pierwszy rzut oka "Bikiniarze" zdają się być pieśnią ku czci tych młodych ludzi, odą ku radości, wolności i akceptacji odmienności. Brzmi to oczywiście groteskowo, jeśli pamiętać, że Rosja należy do krajów o obniżonym poziomie tolerancji obcości (i nie mówię tu o gejach, ale o zwyczajnej nieco ciemniejszej karnacji – zaraz można spodziewać się baczniejszej obserwacji i podejrzeń o bycie czeczeńskim terrorystą).


Po bliższym przyjrzeniu się okazuje się jednak, że "Bikiniarze" nie są tak radosnym i optymistycznym filmem, jakby się to mogło wydawać. Radość jest tylko na początku, kiedy główny bohater zachłystuje się wolnością i miłością. Z czasem jednak okazuje się, że młodzieńcze porywy są tylko porywami i kiedy rzeczywistość wejdzie z butami w ich życie, pozostanie tylko rozczarowanie, zgorzknienie, utrata złudzeń. I koniec, który widzimy w pierwszej scenie – niezależnie od ideologii wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku: prosto do grobu.



(Максим Матвеев)

I jeszcze jedno. Za wybranie Polzy zamiast Katii, główny bohater powinien trafić na Sybir. Wyraźnie nie ma gustu. Jewgienija Brik jest o niebo ładniejsza od Oksany Akinsziny.


(Евгения Хиривская)

Ocena: 6

Fairies (2003)

Historia młodego geja chodzącego do wyłącznie męskiej szkoły w konserwatywnej okolicy. Nie ma się co dziwić, że jest workiem treningowym dla (prawie) wszystkich. To się zmienia wraz z lekcją o Szekspirze i czytaniem "Snu nocy letniej". Chłopak dostaje przepis na magiczny kwiat, który wzbudza ślepą miłość. W ten sposób w ciągu jednego dnia zmienia homofobów w homoseksualistów.


"Fairies" zapewne oceniłbym wyżej, gdybym wcześniej nie obejrzał "Were the World Mine" (który jest pełnometrażową wariacją nakręconą przez tego samego reżysera). Ponieważ jest inaczej, trudno mi nie zauważyć, że pod każdym względem jest to film gorszy. James McKay nie potrafi śpiewać. Wendy Robie ma straszliwą fryzurę, a postać Angie (w pełnym metrażu Frankie) wykreowana została na jakąś kretynkę. I o ile "Were the World Mine" jest zdecydowanie za krótkie, o tyle "Fairies" jest zdecydowanie za długie, przez co brak mu w ogóle tempa.

Ocena: 5

Were the World Mine (2008)

Po obejrzeniu "Glee" postanowiłem zostać w temacie i obejrzeć jeszcze jakiś musical. Wybrałem "Were the World Mine", bo wydawało mi się, że będzie najbliższe serialowi. No cóż, jeśli o podobieństwo chodzi, to się rozczarowałem. Film jest zdecydowanie za mało muzyczny, za spokojny, brakuje mu ciętego humoru, większej swobody i szaleństwa. W końcu to "Sen nocy letniej"!


To rzekłszy, muszę jednak powiedzieć, że nie było tak najgorzej. Kiedy już przyzwyczaiłem się do niższego poziomu, film był nawet całkiem uroczy. Niestety nie da się ukryć, że jest to film niedopracowany. Mógłby spokojnie być o pół godziny dłuższy i zamiast tak gnać do przodu pokazać więcej epizodów, drobnych drugoplanowych (a i pierwszoplanowych) scenek. Tak miałem wrażenie, że oglądam pejzaż z okna pędzącego ekspresu. A szkoda, bo wydaje się, że pejzaż był całkiem ciekawy. Pomysł, by psotne 'elfy' pojawiły się w konserwatywnej społeczności i wywróciły wszystko do góry nogami był naprawdę bardzo fajny. Do tego miłość (a raczej miłosne zaślepienie) pokazane jest tu jako żywioł, który raz uwolniony trudno opanować. Przypomina to mocno "Pachnidło" (ale tam scena ekstatycznego oddawania się miłosnym uniesieniom jest zdecydowanie bardziej widowiskowa).


Mieszane uczucia wywołują u mnie aktorzy. Tanner Cohen całkiem nieźle poradził sobie z główną rolą. Jednak zdecydowanie wolę go jak wygląda 'normalnie'. Zaintrygował mnie też Nathaniel David Becker. Ciekawe czy będzie kontynuował karierę aktorską. Jednak jedyną osobą, którą z filmu zapamiętam będzie Wendy Robie. Jej obecność przypomniała mi stare dobre czasy "Miasteczka Twin Peaks". Co więcej, jako jedyna z całej obsady naprawdę czuje Szekspira.

Ocena: 6

wtorek, 26 stycznia 2010

The Book of Eli (2010)

Połóżcie dłoń na blacie. Weźcie tępą piłę i zacznijcie odcinać sobie palce po kolei, jeden po drugim. Gdy już obetniecie wszystkie, zanurzcie kikut w kwasie solnym. Gwarantuję, że będzie to doświadczenie znacznie przyjemniejsze od oglądania "Księgi ocalenia". To chyba najgorszy filmy dekady, jaki widziałem w kinie, a wydawało mi się, że po "Nienarodzonym" nic gorszego mnie już nie spotka. Oczywiście, jeśli jesteście zwolennikami moherowych nakryć głowy, wtedy film braci Hughes będzie dla was najlepszych kinowym doświadczeniem od czasu kulinarnego przeboju wszech czasów z przepisem na ludzkiego tatara czyli "Pasję".


Początek "Księgi ocalenia" jest całkiem obiecujący (nawet mimo obecności kota z teledysku Lady Gagi). Pierwsze minuty przywodzą na myśl "Mad Maxa" oraz westerny z lat 70. Niestety iluzja szybko pryska zastąpiona rosnącą w zastraszającym tempie piramidą bzdur. Pal go sześć idiotyczne pojedynki w stylu anime (są przynajmniej ładnie skręcone), ale z chwilą gdy bohater trafia do miasteczka, ginie gdzieś cała fabuła zastąpiona krótkimi epizodami z najbardziej oklepanymi i banalnymi rozwiązaniami. Gdyby jeszcze była w tym choćby ziarenko autoironii! Ale nie! Tu wszystko jest śmiertelnie poważne. Po godzinie ma się tego już serdecznie dosyć i marzy się jedynie o opuszczeniu sali.

Najgorsze jednak w tym wszystkim jest przesłanie. "Księga ocalenia" odrzuca mi swoim światopoglądem, któremu blisko jest do fanatycznego, wojującego chrześcijanizmu. Oto mamy tu maluczkiego, prostaczka, który zaślepiony (!!!) jest wiarą. I to okazuje się być dobrą rzeczą. To pozwala mu wyjść z każdej opresji i za jego sprawą zniszczona wiara chrześcijańska zostanie zachowana. Skrajnym katolikom i protestantom to jawne wyzwanie rzucone ateistom, muzułmanom i innym ruchom kwestionującym tradycyjne normy "Księga ocalenia" na pewno się spodoba. Jest to kwintesencja dogmatyzmu i populizmu prawicy.

Ocena: 1

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Post Grad (2009)

Aż trudno uwierzyć, że za "Absolwentkę" odpowiada współreżyserka pierwszego "Shreka". Gdzie ta radość, zabawa, humor, oryginalność odkryta w prostych i znajomych schematach??? Na szczęście film nie była aż tak zły, jak się tego spodziewałem. Mała to jednak pociecha.


Filmik jest mdły i kompletnie pozbawiony zadziorności. "Absolwentka" przypomina raczej jeden ze słabszych odcinków "Kochanych kłopotów" niż pełnoprawny film kinowy. Pierwsza połowa jeszcze jakoś trzyma poziom. Pogrzeb kota, babcia w trumnie i przyłapanie bohaterki w niedwuznacznej pozycji z sąsiadem – wszystko to zafunkcjonowało tak jak należy. Potem jednak inwencji wyraźnie zabrakło i film jak szalony pędzi do oczywistego zakończenia.

Obsadowo film też się średnio trzyma. Pochwały należą się w zasadzie tylko Carol Burnett, choć Michael Keaton i Zach Gilford również wypadli nieźle. Bledel gra tak jak grała w serialu, więc trudno tu mówić o jakimś postępie. Jane Lynch, choć bardzo ją lubię, pasowała tu jak piąte koło u wozu. Podobnie jak i Santoro (którego też przecież lubię). Szkoda, że tylko na chwilę pojawia się J.K. Simmons.

Ocena: 5

niedziela, 24 stycznia 2010

All God's Children Can Dance (2007)

Spore nieporozumienie i rozczarowanie. Robert Logevall najwyraźniej nie wie co to filmowy liryzm i pozoruje go ujęciami snującego się bez celu bohatera lub gapiącego się w przestrzeń kompletnie bez sensu. W tle rozgrywa się anemiczna fabuła, przy której można po prostu umrzeć z nudów.


Tymczasem materiał wyjściowy był bardzo ciekawy. Główny bohater jest owocem niechcianej ciąży. Jego matka przeszła transformację z latawicy w dewotkę i o swej przeszłości nie mówi synowi nic. Nawet na pytania o to, kto jest ojcem odpowiada Bóg. Ten balast niewypowiedzianej przeszłości nie daje bohaterowi ani na chwilę o sobie zapomnieć, co determinuje jego życie bezowocne, stojące w miejscu. Tytułowy taniec symbolizuje przełom, ale w filmie w ogóle go nie czuć.

Bardzo, bardzo szkoda zmarnowanego materiału. Duży plus za Joan Chen, którą zawsze lubię oglądać.

Ocena: 4

sobota, 23 stycznia 2010

War, Inc. (2008)

Rozumiem, że "Wojenny biznes" miał być satyrycznym komentarzem na temat tego, jak Stany Zjednoczone prowadzą wojnę z terroryzmem, w szczególności w Iraku. Niestety w porównaniu z podobnymi filmami realizowanymi w przeszłości, "Wojenny biznes" sprawia raczej mierne wrażenie.


Film jest kompletnie nie przemyślany. Obok poważnych wątków znajdują się kompletnie absurdalne, obok ostrej i trafnej krytyki są dowcipy wyjęte w rynsztoka. Jak w przypadku osobowości dwubiegunowej, zupełnie nie wiadomo, czego się spodziewać. Kuleje tu niemal wszystko od scenariusza przez reżyserię po grę aktorów. Chwilami bywało zabawnie, ale niestety jako całość nuży. Szkoda, bo przecież obsada jest naprawdę interesująca. I co z tego, że twórcy trafiają w sedno krytykując wiele spraw. Decydując się na przeniesienie akcji w przyszłość (nawet jeśli jest ona niedaleka) osłabili wymowę.

Ocena: 5

Night Train (2009)

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się gniotem. Szczególnie odrzuca cała ta syntetyczna otoczka z pociągiem wyglądającym jakby wypadł z którejś z bajek Zemeckisa w motion-capture. Ale przy bliższym przyjrzeniu się nie jest taki zły.


Historia dziwnej szkatułki, która wzbudza w ludziach tak wielką chciwość, że zniszczą siebie i innych, by tylko ją zaspokoić jest prosta ale skutecznie przyciągająca uwagę. Dalszy ciąg jest oczywiście całkowicie do przewidzenia. Wiadomo, że wszyscy będą próbowali wykończyć wszystkich. Jest jednak w filmie wystarczająco wiele... świątecznego klimatu, by oglądało się to miło i całkiem bezboleśnie.

Ocena: 6

piątek, 22 stycznia 2010

Man About Town (2006)

Zawsze fascynują mnie filmy, które mają wszystko, by być świetnymi okazami kina gatunkowego, a z jakichś przedziwnych powodów okazują się przeciętniakami. Do tej grupy zalicza się właśnie "Człowiek z miasta".


Oto historia agenta gwiazd, który przechodzi kryzys. Aby z niego wyjść zapisuje się na kurs samopoznania. Niestety kurs ten spowoduje jeszcze większy kryzys, kiedy jego osobisty dziennik, w którym ujawnił parę kompromitujących szczegółów ze swojego życia, został skradziony. Film ma gwiazdy (może nie pierwszej wielkości ale jednak), które choć grają porządnie, to jednak za słabo, by zapaś w głowie. Ma sporo świetnych gagów (np.: pogoń przez pół Chinatown), które ledwie wywołują uśmiech na twarzy. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale niestety... tak właśnie jest. Można by pomyśleć, że to wina Bena Afflecka, ale nie. Facet jest kiepskim narratorem, ale poza tym nie ma się do czego przyczepić. Wydaje mi się, że wina leży po stronie reżysera, który po prostu nie potrafił wykrzesać tej iskry, która nadaje całości życia, dynamiki, jaj.

Ocena: 6

środa, 20 stycznia 2010

You Belong to Me (2007)

Jeffrey przekona się, że ciekawość to pierwszy i ostatni krok do piekła, które jest znacznie bliżej, niż mu się to wydaje. Śledząc swojego najnowszego kochanka, który najwyraźniej nie traktuje związek równie poważnie, natyka się na właścicielkę mieszkania do wynajęcia. Pod wpływem impulsu godzi się zamieszkać, licząc, że w ten sposób łatwiej mu będzie zbliżyć się do ukochanego. Kiedy tak sam szykuje się na łowy, nie przeczuwa nawet, że to on sam będzie zwierzyną łowną. Kiedy zaś to do niego dotrze, z przerażeniem stwierdzi, że został uwięziony w troskliwych objęciach właścicielki.


"You Belong to Me" to bardzo hitchcockowy film. I to jest jego największą wadą. Twórcy zamiast zrobić porządny dreszczowiec, podstawili po prostu pod schemat Hitchcocka swoich bohaterów i upichcili całkowicie przewidywalną historyjkę a la "Psychoza". Początek z jednej bajki, po czym powoli odkrywamy zupełnie inną intrygę, by na końcu spotkać się oko w oko z wysuszonym trupem.

Jak na pierwszy film nie jest to rzecz zła. Wolałbym jednak, gdyby reżyser dał trochę więcej z siebie, a nie po prostu wykonał "wyciął" i "wkleił" w gotowy szablon.

Ocena: 5

niedziela, 17 stycznia 2010

WTC View (2005)

Dlaczego nie zdziwiło mnie, kiedy w jednym z materiałów dodatkowych reżyser opowiada, że "WTC View" zanim trafiło na duży ekran było sztuką teatralną? Pewnie dlatego, że Brian Sloan nie wysilił się za bardzo adaptując ją. To nawet nie jest film, a zwyczajny teatr telewizji. Sloan po prostu postawił kamerę, posadził przed nią paru aktorów i kazał im deklamować kwestie ze sztuki. Nie wziął kompletnie pod uwagę faktu, że teatr rządzi się innymi prawami niż film.


Sloan chwali się, że wie, jak kręcić filmy i że jest to bardzo proste. Sądząc po tym, co zobaczyłem, w jego wykonaniu reżyseria jest naprawdę prosta, bo jej w ogóle nie ma. "WTC View" to nudna rejestracja wysiłków grupy aktorów próbujących odgrywać jakieś tam role. Gdyby to nakręcili studenci filmówki, aktorzy ćwiczący to, jak wypadają przed kamerą, mógłbym to zrozumieć. Niestety film nie spełnia nawet podstawowych standardów kina niezależnego. Jedynym plusem jest Elizabeth Kapplow.

Ocena: 2

La confusion des genres (2000)

Oto historia ludzi, którzy (w większości) nie potrafią się na nic zdecydować. Zawsze się wahają, zmieniają zdanie, mieszają w głowach sobie i innym. Taki jest choćby Alain. Niby gej a jednak sypia z kobietami. Nie przeszkadza mu to jednak spać również z młodym Christophem, choć co chwilę go wygania (nawet w tej samej scenie potrafi dać mu klucze do swojego mieszkania i zarzekać się, że powinni skończyć się widywać). Raz decyduje się na małżeństwo z Laurence, by o mało co nie wycofać się już w pałacu ślubów. A Laurence? Niby kocha Alaina, a deklaruje, że nie wierzy w miłość. Raz godzi się na ślub, a raz jest mu przeciwna. Raz chce dziecka, a raz nie. Raz jest z Alainem a raz z Karimem.


Wbrew pozorom "La confusion des genres" wcale nie naigrywa się z ludzi, którzy nie potrafią się w życiu na nic zdecydować. Wręcz przeciwnie, pomimo wszystkich problemów zdają się być najbardziej normalnymi osobami. Ich przeciwieństwem są osoby oślepione przez miłość, zachowujące się jak szaleńcy. Jak choćby Marc, który nie potrafi zapomnieć o Babette, czy Babette, która w obecności Marca zamienia się w galaretę.

Film mógłby być odrobinę bardziej zabawny w niektórych scenach, ale ogólnie wypada całkiem nieźle.

Ocena: 6

sobota, 16 stycznia 2010

Rise of the Footsoldier (2007)

Solidne kino gangsterskie. Inspirowana prawdziwą historią opowieść o zwyczajnym stadionowym chuliganie, który robi karierę w półświatku Essex. Film na mnie sprawiał wrażenie niedopracowanego, jakby reżyser nie mógł zdecydować się, jak chce opowiedzieć historię. Stąd bardzo zmienne tempo od dynamicznych filmów a la Guy Ritchie po społeczne obrazy Kena Loacha. Mnie zdecydowanie bardziej podobały się momenty dynamiczne. Na plus zaliczyć należy też przegląd muzycznych brytyjskiej sceny muzycznej od końca lat 70. do połowy lat 90.


Trzeba też przyznać, że jest to film dość brutalny. Bohaterowie nie patyczkują się tutaj zbytnio ze sobą. Szkoda jednak, że za tą brutalnością nie idzie w parze równie szczere portretowanie relacji psychologicznych. Kompletnie niezrozumiałe jest to, co kobiety widziały w tych troglodytach. Podobnie wzajemne relacje w organizacji są traktowane po macoszemu. Jakby co, zawsze wszystko wyjaśnia się w dialogach. A to tak nie powinno wyglądać.

Ocena: 6

Closing the Ring (2007)

I'm a sucker for that kind of movies. Jakoś po angielsku zdanie to brzmi lepiej, ale to prawda, mam słabość to filmów w rodzaju "Znak miłości". Po 8-letniej przerwie Richard Attenborough wyreżyserował prostą historyjkę o bardzo skomplikowanych związkach miłosnych. I choć z wierzchu jest to opowieść liryczna, piękna i wzruszająca, pod spodem kryje się warstwa goryczy ukazująca miłość jako zjawisko mogące naprawdę zrujnować ludzkie życie.


Film rozgrywa się na trzech płaszczyznach. Pierwsza to rok 1941, Ameryka. Trójka młodych chłopaków wkrótce wyruszy na wojnę. Wszyscy podkochują się w pięknej Ethel Ann, ale ta serce oddała tylko jednemu z nich. Niestety źle wybrała, bowiem właśnie ten jeden z całej trójki nie wróci do domu. Druga to Ameryka 1991 roku. Ethel Ann właśnie pogrzebała swojego męża i uwolniona z obowiązku bycia żoną powraca myślami do swojej jedynej miłości. Jej zachowanie jest kompletną zagadką dla córki. Trzecia to Irlandia Północna 1991 roku. Stary Irlandczyk i młody chłopak rozkopują okolice Belfastu w poszukiwaniu części samolotu, który rozbił się 50 lat wcześniej. Odnajdą znacznie więcej.

"Znak miłości" to opowieść o tym, jak młodzieńcze uczucie i głupia obietnica może uwięzić ludzi w przedziwnym splocie okoliczności. I choć film ma happy end, trudno go za taki uważać, skoro przychodzi po wielu latach cierpień i wyrzeczeń.



Attenborough nakręcił film bezsprzecznie wzruszający i momentami niezwykle piękny. Niestety wkradło się weń sporo błędów, z których najbardziej odczuwalna jest irytująco sentymentalna muzyka. Motyw z ptakami też był lekkim przegięciem. Obsada okazała się też nie dość równa. Grający Teddy'ego Stephen Amell to całkowita pomyłka. Z kolei bardzo spodobał mi się młody Martin McCann. Kamera naprawdę go kocha. Nie zawiodła stara gwardia: Shirley MacLaine (pomimo faktu, że wyglądała na znudzoną swoją rolą) i Christopher Plummer.

Ocena: 7

piątek, 15 stycznia 2010

Nine (2009)

Ponoć geje mają niezwykłą rękę jeśli chodzi o pokazanie kobiet. Jeśli to prawda, to albo Rob Marshall jest wyjątkiem albo kryptohetero. To co zrobił z aktorkami woła o pomstę do nieba. Fergie wygląda jak napompowana sprężonym powietrzem żaba, Hudson jak maślany pączek, Loren jak zasuszona małpiatka, Cruz jak strach na wróble z podpaską, a Kidman jak manekin. Masakry uniknęły tylko Dench i Cotillard. Ta ostatnia zresztą jest największą ozdobą filmu. Daniel Day-Lewis za to aktorsko znów bez zarzutu. Mistrz transformacji raz jeszcze po prostu stał się włoskim reżyserem-egoistą.


"Nine" to film, który tak naprawdę najlepiej przyjęty zostanie przez studentów filmoznawstwa. Tylko oni będą w stanie docenić neorealistyczną formę i olbrzymią liczbę cytatów i nawiązań do czasów renesansu włoskiego kina. Ci jednak, którzy nie znają się na historii X muzy mogą wyjść rozczarowani. Jako musical z początku XXI wieku "Nine" jest produkcją bezbarwną i miałką. Marshall jest za mało odważny, poszedł bezpieczną drogą i nawet w choreografii nie zaszalał. Widać to szczególnie wyraźnie w piosence "Cinema Italiano". Pełna ekspresji, nieskrępowanej radości życia muzyka okraszona został bardzo przeciętną oprawą taneczną. Jedyny numer, który mi się naprawdę spodobał to "Be Italian".

Całość jest zbyt teatralna, a za mało filmowa, bym mógł naprawdę zakochać się w "Nine". A jednak pod tą grubą warstwą przeciętniactwa kryją się elementy warte obejrzenia. Podobał mi się cały wątek Luisi i Guido, ewolucja postaci reżysera pod koniec filmu oraz ostatnia scena, która jako jedyna jest tak przesycona emocjami, nie będąc jednocześnie samoświadoma tego, co ma wywołać. Za tę scenę film dostał ode mnie dodatkowy punkt.

środa, 13 stycznia 2010

Prayers for Bobby (2009)

To było rozczarowujące przeżycie, choć tak naprawdę nie wiem, dlaczego mnie to dziwi – przecież film powstał dla kanału Lifetime będącego synonimem taniego melodramatu, hurtowni wzruszających lub podnoszących na duchu obrazów. A jednak spodziewałem się czegoś więcej po filmie, który zdobywa co chwilę jakieś nominacje. Niestety oglądając film poczułem się tak, jakby czas się zatrzymał... nie, nawet gorzej – jakby cofnął się wstecz o 20 lat.


"Prayers for Bobby" przypomniało mi te wszystkie uświadamiające filmiki z drugiej połowy lat 80., jak choćby "Consenting Adults" (też produkcja telewizyjna, tyle że powstała dla ABC, co ciekawe ABC jest współwłaścicielem firmy będącej właścicielem kanału Lifetime). Znów jest biedny nastolatek z problemem coming-outu, znów jest rodzina, która go kocha, ale nie potrafi zaakceptować (w "Consenting Adults" to był ojciec, tu jest matka). Różnica polega jedynie na tym, że tu gej popełnia samobójstwo w połowie filmu, a resztę czasu widz spędza obserwując, jak matka dochodzi do punktu, w którym akceptuje homoseksualizm.

(Austin Nichols)

W paru miejscach twórcy robili nieporadne próby wyrwania się z konwencjonalnej telewizyjnej narracji (przebitki na blok, zabawy z tempem i montażem). Niestety rezultat był jeszcze gorszy, niż gdyby pozostali przy całkowitym kopiowaniu starych wzorców. Gdyby nie Sigourney Weaver (a tylko dla niej po ten film sięgnąłem), film byłby naprawdę nie do wytrzymania i przecież Weaver też się rozkręca. Jako bogobojna chrześcijanka wypada zdecydowanie mniej interesująco niż jako zbolała matka.

Niestety prawdziwa historia została zmarnowana w tym filmie.

Ocena: 5

wtorek, 12 stycznia 2010

Daybreakers (2009)

Sol - In hoc signum vincis

Oglądając "Daybreakers" zastanawiałem się, która z chrześcijańskich organizacji zasponsorowała ten film. W końcu mamy tu do czynienia z ułagodzoną wersją opowieści o zbawicielu. Ułagodzoną, gdyż główne postaci muszą przeżyć, więc ich ofiarę ponoszą inni. I tak Dafoe gra Jana Chrzciciela, Hawke jest oczywiście Chrystusem (choć mocno zmieszanym z Pawłem, co jest mocną wskazówką na temat potencjalnego sponsora), zaś Karvan – Marią Magdaleną. Fabuła zaś jest także opowieścią o pierwszych wiekach chrześcijan, gdzie wampiry są niczym rzymscy poganie, a ludzie ukrywającymi się chrześcijanami. Jedyną kontrowersją może być dosłowność potraktowania agape i zbawiennego wpływu ciała i krwi.


Co do samego filmu, widać, że twórcy bardzo dobrze przemyśleli świat, w którym rozgrywa się historia. Trudno jednak nie zauważyć, że poza chęcią pokazania, jak mogłoby funkcjonować państwo rządzone przez wampiry, autorzy "Daybreakers" nie mają widzom nic do zaoferowania. A to wystarczy tylko geekom. Reszta potrzebuje jednak jakieś fabuły. Ta niestety jest grubymi nićmi szyta. Niestety bracia Spierig dobrymi reżyserami nie są i po prostu próbują się prześlizgnąć, licząc, że wykreowany świat wystarczy. Otóż nie wystarczy (no chyba, że jest się Cameronem, ale co ja tam mogę o tym wiedzieć, "Avatar" to jeden z tych filmów, które omijam szerokim łukiem).

Ocena: 5

Unmade Beds (2009)

"Niezasłane łóżka" należą do tych filmów, które chcą być urocze w prosty, lecz nieco ekscentryczny sposób. W rzeczywistości są jedynie pustą, mało odkrywczą, za to mocno egzaltowaną opowieścią o niczym. Jest sobie młody Axl, który przybył z Hiszpanii, by w Londynie odnaleźć swojego biologicznego ojca. Jest też Vera, która próbuje dojść do siebie po związku z Lucasem. I tak sobie żyją, bawią się, kochają, a po drodze dorastają do właściwych decyzji, bądź też decyzje te podejmuje za nich los. Nic nowego, nic naprawdę ciekawego.


Są jednak dwie rzeczy, które wyróżniają film na plus. Pierwszym jest bardzo dobra, bardzo różnorodna ścieżka dźwiękowa. Bardzo "niezależnie-filmowa", ale wpadająca w ucho i świetnie komponująca się z tym, co widać na ekranie. Druga to wspaniałe zdjęcia. W obiektywie Jakoba Ihre wszyscy aktorzy zdecydowanie wypiękniali. Większość obsady wydawała mi się kompletnym objawieniem, a dopiero sprawdziwszy ich filmografię odkryłem, że znałem ich od dawna. Szczególnie zaś do gustu przypadły mi zdjęcia ze scen łóżkowe, bardzo intymnie pokazane i wszystkie sceny rodzącego się uczucia pomiędzy Verą a jej tajemniczym nowym adoratorem.


Ocena: 6

niedziela, 10 stycznia 2010

Sebastiane (1976)

Ostatni z ważnych filmów Dereka Jarmana, który w końcu udało mi się zobaczyć. Miałem go już od dawna, ale dopiero teraz po niego sięgnąłem. Nie bardzo wiem dlaczego zwlekałem, w końcu Jarman należy do moich ulubionych reżyserów, a dodatkowym plusem filmu jest to, że jest po łacinie.


"Sebastiane" inspirowany jest żywotem i męczeńską śmiercią świętego Sebastiana. Jak to zwykle bywa u Jarmana, inspiracja ta jest bardzo luźna i poza imieniem i sceną śmierci niewiele ma film wspólnego z rzeczywistym świętym. Nie należy się też dziwić, że u Jarmana chrześcijański męczennik stał się masochistą obsesyjnie myślącym o boskim zbawicielu o włosach z płynnego złota. Całość, choć rozgrywa się w słonecznych plenerach Włoch, ogląda się raczej jak surowy dramat więzienny. Oto grupa mężczyzn na odległym posterunku (de facto zesłani tam za różne przewinienia), pozbawiona kobiet i jakiegokolwiek sensownego zajęcia jedyne co robi, to gra sobie na nerwach i wykorzystuje siebie do zaspokojenia swoich zachcianek. Nie inaczej jest też z Sebastianem. W swoim masochistycznym zacietrzewieniu prowokuje dowódcę oddziału do coraz bardziej gwałtownego zachowania. Sewerus nie jest odporny na urok chrześcijanina, ale jedyny sposób, w jaki może z nim być to przemoc. Stąd każe go, wystawia na próby, pragnie jego poddania. Sewerus pchany jest do działania przez pożądanie i nienawidzi siebie za to, co czyni Sebastianowi. W końcu postawiony pod ścianą, kiedy Sebastian wciąż odrzuca jego awanse, nie pozostaje mu nic innego, jak zniszczyć obiekt pożądania licząc, że w ten sposób uczucie zginie. Ten sam wątek fabularny w różnych konfiguracjach zaobserwować można w większości filmów Jarmana.

"Sebastiane" to kwintesencja niszowego kina lat 70. Nie da się go z niczym podrobić. Nie jest to z całą pewnością najlepszy film Jarmana, ale trzyma wysoki poziom. Jest trochę niezdarny w łączeniu poezji słów z poezją męskich ciał, ale z drugiej strony nie ma się co dziwić nadmiernej samoświadomości. W niewielu swoich filmach odważył się na tak odważne i niedwuznaczne celebrowanie męskiego ciała i homoerotyzmu. Niektóre sceny jednak wyszły Jarmanowi mistrzowsko. Dla mnie najlepszą była ta, kiedy Sebastian siedzi na kamieniu i widzimy jego odbicie w wodzie przywodzące na myśl ikonografię nie tylko św. Sebastiana ale przede wszystkim Chrystusa. Pięknie skomponowany kadr.

Ocena: 8

While She Was Out (2008)

"Zaraz wracam" daje odpowiedź na pytanie, dlaczego kobiety powinny dziękować za męża, który się nad nimi znęca (nawet jeśli tylko głównie werbalnie). Otóż uczy to je trudnej sztuki przetrwania, nie tracą głowy, potrafią nieźle kombinować, a kiedy miarka się przeleje, to są bezwzględne jak mało kto. Ot choćby taka Della, główna bohaterka filmu Susan Montford. W domu zdaje się być kompletną ofiarą podporządkowaną swojemu ciągle wściekłemu mężusiowi. Kiedy jednak zostanie zaatakowana przez czwórkę młodocianych przestępców, a ucieczka okaże się bezskuteczna, będzie wiedziała co robić.


Jak wiedzę po ocena tu i tam, film nie spotkał się z przychylnością widzów. Nie bardzo rozumiem dlaczego, bo mi się całkiem podobał. Żeńskie kino akcji, gdzie to kobiety kule się nie imają wypada bardzo dobrze w porównaniu z kinem macho, zaś Kim Basinger wcale nie ustępuje w walce z oprychami Michaelowi Dudikoffowi czy Sylvestrowi Stallone. Owszem, jak w kobiecych pornosach, tak i tu akcenty są nieco inaczej rozłożone, ale tylko w scenie finałowej konfrontacji pomysły reżyserki nie do końca wypaliły. Śmierć drugiego wyrostka była zaś bardzo widowiskowa i zabawna (na swój sposób). Jak dla mnie satysfakcjonująca rozrywka.

Ocena: 7

La stella che non c'è (2006)

Film o niczym. Tak, wiem, że ma to być poetycka opowieść o tym, jak głupia część wielkiego pieca hutniczego staje się pretekstem do odbycia podróży zmieniającej życie dwojga osób. Na papierze może to i pięknie wygląda. Rezultat na ekranie jest m i z e r n y.


Główny bohater smęci się przez pół Chin i nic z tego nie wychodzi. Gdyby chociaż był umierający, chwyt ograny, ale zdecydowanie bardziej wolałbym to, od tego, co zobaczyłem. Nawet trudno się wściekać, bowiem tak naprawdę film nie wzbudza żadnych emocji. Zostaje więc kilka ciekawostek z życia Chińczyków i wątek z dzieckiem głównej bohaterki. To wszystko.

Ocena: 5

sobota, 9 stycznia 2010

Tortured (2008)

Z niezdrową fascynacją obserwowałem, jak James Cromwell i Laurence Fishburne – aktorzy, którzy mają na swoim koncie kilka niezłych ról – grają drugie skrzypce, podczas gdy gwiazdą "Za cenę bólu" jest niejaki Cole Hauser. Who the fuck is Cole Hauser? Aktorskie beztalencie, które oglądać można jedynie w scenach zbliżeń jego oczu, pod warunkiem że się łaskawie nie odzywa. Nie, żeby Cromwell i Fishburne bardzo starali się zawyżyć poziom. Całość wygląda śmiesznie, jak przydługi odcinek jakiegoś serialu.


Problem z "Za cenę bólu" jest taki, że jego twórcy nie do końca wiedzą, jaki film chcą opowiedzieć. Niby jest to sensacja o agencie-tajniaku. Fabuła poprowadzona jest tu jednak tak nędznie, że trudno uwierzyć, że komuś przyszło do głowy, iż może z tego powstać niezły film. Chwilami próbuje być przypowieścią, gdzie historia FBI i wielkiego gangstera to w rzeczywistości historia USA i tego, jak Amerykanie wyhodowali sobie Bin Ladena. Ale wątek ten nie jest pociągnięty. Momentami, kompletnie bez sensu, staje się dramatem psychologicznym. Tu Hauser bryluje w paleniu jednej kwestii za drugą. Jako dręczony przez koszmary glina nie wygląda zbyt przekonująco. Jedyne co w tym filmie się udało to ostatnia scena z telefonem. Owszem, bardzo oczywista, ale skoro wcześniej twórcy spalili i nie wykorzystali kilku fajnych pomysłów, to bałem się, że i tu wpadną na coś o wiele bardziej kiczowatego.

(Patrick Sabongui)

Ocena: 4

Married Life (2007)

Patricia Clarkson, Rachel McAdams, Chris Cooper, Pierce Brosnan, David Wenham – film z taką obsadą po prostu musiałem zobaczyć. Dziwi mnie jednak to, że zupełnie nic o nim nie słyszałem i całkiem przypadkiem wpadł mi w ręce. Niesamowite.


"Życie małżeńskie" to film z rodzaju tych przewrotnych i bardzo cynicznych, gdzie nawet happy-end wydaje się strasznie smutny, a wszyscy bohaterowie przegrani. Harry od lat żonaty ma dość swojej wybranki i właśnie znalazł sobie nową kobietę. To że jest o połowę młodsza i zdumiewająco piękna nie jest ponoć istotne, liczy się uczucie. A ponieważ Harry jest bardzo wrażliwy na uczucia, także swojej żony, zamiast więc skazać ją na społeczny ostracyzm i szeptane plotki, postanawia ją zamordować. Nie wie, że żona już dawno znalazła sobie kochanka i chętnie by z nim znalazła szczęście, gdyby nie przysięga małżeńska i świadomość, że bez niej biedny Harry pewnie kompletnie by się załamał. Jest też Richard, kobieciarz i stary kawaler, który obserwuje dramat swoich przyjaciół, a jednocześnie ostrzy sobie pazurki (i inne części ciała) na ponętną kochankę Harry'ego.

Film Iry Sachsa pokazuje jak egoizm niszczy ludzkie szczęście. Z jednej strony i Harry i jego żona zupełnie samolubnie szukają zaspokojenia poza łożem małżeńskim. Z drugiej strony mają czelność uważać się za Bóg-wie-co i w swoich małych móżdżkach ubzdurali sobie, że bez nich druga połowa sobie nie poradzi (choć przecież już od lat radzą sobie świetnie). Gorzka końcówka zaś wyraźnie pokazuje, że tak zwane "spokojne małżeńskie życie" to koszmar konwenansów i kompromisów, ale i poczucie stabilizacji. Czy cena spokoju nie jest jednak zbyt wysoka?

Niestety "Życie małżeńskie" nieco rozczarowuje. Jest ledwie letnie w swoim cynizmie i gorzkich obserwacjach. Wydaje mi się, że Sachs nie był dość odważny, nie naciskał na przesunięcie granicy. W jednej scenie (kiedy Richard prawie wyjawia żonie Harry'ego prawdę) widać chęć pójścia na całość. Ale ponieważ jest to wyjątek odstaje on i nie pasuje do całości. Mimo wszystko cieszę się, że film zobaczyłem.

Ocena: 6

Ps. Rachel McAdams w blondwłosach wygląda po prostu bosko.

Miss Conception (2008)

Czasami żałuję, że za robienie złych filmów nie idzie się do więzienia, być może wtedy niektórzy pomyśleliby dwa razy, zanim wzięli do ręki kamerę. Szczególnie boli to nie w totalnych gniotach, ale tych, w których był bardzo duży potencjał. Do tej grupy należy "Zajście awaryjne".


Film ma znakomity pomysł: Bohaterka dowiaduje się, że zostało jej już tylko jedna komórka jajowa, więc za wszelką cenę chce zajść w ciążę. Problem w tym, że nie bardzo ma z kim, bo pokłóciła się właśnie ze swoim chłopakiem, który o dzieciach nie myśli. Ma cztery dni, by złowić idealnego dawcę nasienia. Pomysł pierwsza klasa. To mogła być żeńska odpowiedź na "Kac Vegas" i wszystkie filmy Judda Apatowa. Do tego obraz realizowano w Wielkiej Brytanii, a chyba każdy wie, jak niepoprawnie śmieszne komedie potrafią kręcić Brytyjczycy.

(Paul Telfer)

W "Zajściu awaryjnym" niestety na pomyśle się skończyło. Większość gagów jest nieśmieszna, albo ledwie zabawna. Niemal wszystkie randki to prawdziwa fiesta del fiasko. Mieszane uczucia mam też wobec Heather Graham. Do twarzy jej z brytyjskim akcentem, zresztą twarz ma też piękną, ale kiedy pokazana jest w całości i widzę te cieniutkie kikuty zamiast nóg to aż przechodzi mnie dreszcz obrzydzenia.

(Heather Graham)

Ocena: 5

piątek, 8 stycznia 2010

F. est un salaud (1998)

Dziwny to film. Z jednej strony jest to historia pierwszej miłości, młodzieńczego zauroczenia, z drugiej mroczna opowieść o obsesji i emocjonalnym uzależnieniu. Jak na najlepszy film szwajcarski roku, "F. est un sala ud" nie wygląda imponująco. Ma jednak swoje interesujące chwile.


Jest rok 1973, Beni zdaje się być typowym nastolatkiem, który świata nie widzi poza swoim muzycznym idolem – Fögim, liderem rockowego zespołu. Zauroczony po uszy jest łatwym kąskiem dla rockmana. Nawiązuje się pomiędzy nimi więź przekraczająca granice miłości i seksu. Beni chcąc być blisko Fögiego godzi się na wszelkie poniżenia, traktowanie jak psa, wykorzystywanie jako rent-boya. Co jednak ciekawe, im bardzie Fögi poniża chłopaka, tym bardziej jest od niego uzależniony i materialnie i emocjonalnie. Beni jest tym, który trzyma go przy życiu i z jednej strony Fögi jest mu za to wdzięczny, z drugiej nienawidzi go z całego serca. Testując granice cierpliwości, odnajdzie je, a za nimi czekać na nich będą decyzje, których konsekwencji nie da się odwrócić.

Mroczne namiętności to temat, który lubię. Niestety tu spotkało mnie małe rozczarowanie. Reżyser opowiada o mrocznej naturze, ale jego historia jest kompletnie beznamiętna, pozbawiona pasji i żywych emocji. To relacja ocalałego, który o koszmarach mówi równie spokojnie jak o pogodzie. Takie podejście, biorąc pod uwagę bohatera i materię, wydało mi się błędem.

Ocena: 6

czwartek, 7 stycznia 2010

Wszystko, co kocham (2009)

Chyba będę musiał zmienić opinię o polskim kinie. Ostatnio jakość naszych rodzimych produkcji wyraźnie się podniosła. Pośród gniotów ("Moja krew") i rzeczy artystycznie nabzdyczonych ("Dom zły") co raz więcej jest filmów porządnych. Nie dobrych – tych w każdej kinematografii jest rocznie niewiele, ale mocnej średniej – co u nas dotąd prawie w ogóle nie funkcjonowało. "Wszystko, co kocham" to właśnie przykład dobrze zrobionego średniaka. Ogląda się to z przyjemnością, ale nie aż tak wielką, by zignorować potknięcia.


Nowy film Jacka Borcucha to dwie historie w jednym. Pierwsza to opowieść o licealiście, który stawia pierwsze kroki w dorosłość. Poznaje czym jest seks, miłość i realizacja własnych marzeń. Druga to opowieść o początku stanu wojennego i tym, jaki miał on wpływ na zwyczajnych ludzi. Z konstrukcji filmu wnioskuję, że dla Borcucha to właśnie rok 1981 jest najważniejszym elementem. Nie chciał jednak, by było to oczywiste, więc pozornie przesunął akcenty na opowieść o młodym chłopaku. Jednak nigdy tak naprawdę nie uczynił ze stanu wojennego tła – obecnego i wywierającego wpływ na widza, ale jednocześnie nigdy nie przytłaczający osobistej historii. Być może było to zadanie, które przerosło Borcucha. Finezja i żonglowanie wieloma wątkami jakoś nie wydają się silną jego stroną. To, co mu zdecydowanie wychodzi najlepiej to scenki rodzajowe, osobiste, intymne, i wewnętrznie zamknięte jak choćby koncert w Koszalinie, uwodzicielska Sokołowska, pierwszy pocałunek Janka i Basi.

Pochwały należą się młodym aktorom. Widać, że nie przesiąkli jeszcze polską szkołą gry, która jest bardzo teatralna (choć w kilku miejscach to piętno da się zauważyć: jak w wymianie zdań przed szkolnym koncertem). Są naturalni, wiarygodni, prawdziwi. Jednak postać Janka nie do końca mi leży i to chyba "wina" Mateusza Kościukiewicza. Coś jest tu nie tak. Kiedy przyglądam się jego twarzy, oczom wydaje się, że wewnątrz, w psychice są jakieś rany, ból, szalejący demona (albo i dwa), duszy niespokojnej w stopniu znacznie bardziej niż to widać na ekranie. Postaci rodziców też nie uzasadniają takiej interpretacji. Stąd oglądając miałem poczucie dysonansu.

Ocena: 6

środa, 6 stycznia 2010

Everybody's Fine (2009)

Oglądając "Wszyscy mają się dobrze" pomyślałem, że właśnie tak wyglądają problemy z przerośniętą prostatą. Czuje się wewnętrzne parcie, ale zamiast strumienia moczu jednak kropla skapnie, po paru minutach następna. I właśnie ślamazarność narracji jest moim głównym zarzutem. Choć i poszczególne rozdziały też mało ciekawe i jeszcze mniej odkrywcze. Zaś metafora kabli telefonicznych jest tak tępa, że nie przebiła się do mojej jaźni i nie zrozumiałem, po co w ogóle jest.


Robert De Niro zdziadział do reszty. Pozostałe gwiazdy pojawiają się zupełnie po nic. Każda kwestia jest zmarnowana uporem reżysera, który wszystko chciał nam przekazać przez pryzmat schizofrenika na podwójnej dawce psychotropów. Po "Wszyscy mają się dobrze" jeszcze bardziej doceniam kino w stylu "Pary na życie". U Mendesa te same pomysły wykorzystano zdecydowanie lepiej. Nie mówiąc już o poczuciu humoru, które tu kompletnie zawodzi.

Ocena: 4

Harry Brown (2009)

Typowe (?) osiedle. Młodzi ludzie bez perspektyw są narzędziami w rękach niewiele bardziej inteligentnych zbirów i całkowicie im to odpowiada, jeśli w zamian mogą sobie trochę poszaleć i się zabawić. Ich zabawy są jednak dość brutalne, czasem nawet ktoś może zginąć – najczęściej ludzie słabi, jak choćby staruszkowie. Bywa jednak tak, że pozory mylą i niegroźny zgred może okazać się ostatnim koszmarem w życiu. Trzeba jednak takiego zgreda nieźle wkurzyć, żeby ruszył swoje cztery litery. Jeśli nie ma doświadczenia – zdesperowany zginie. Jeśli jednak wie, jak zabijać ludzi, wtedy wiek okaże się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia.


"Harry Brown" to opowieść o przemocy, pozbawiona otoczki sensacji czy też nadmiernego gloryfikowania brutalności. To nie jest "Adrenalina", gdzie walka i śmierć stają się własną karykaturą. Daniel Barber postawił na naturalizm, przez co "Harry Brown" staje się surowszym kuzynem "Gran Torino".

Jak na debiutanta film Barberowi nawet się udał. Ale czasem wychodzi jeszcze z niego niedojrzałość (jak choć konieczne pokazanie, jak na końcu Harry idzie przejściem podziemnym). Jest jednak sporo ciekawych sekwencji (początek, scena u handlarzy narkotyków). Mimo jednak, że film mi się podobał, to nie do końca pojmuję, jakie kryły się za jego powstaniem intencje. Nie jest to z całą pewnością kino rozrywkowe. Trudno też uznać je za kino społecznie zaangażowane. Problem przemocy i narkotyków mimo całej ekspozycji jest jednak tylko scenografią. Cóż, może kiedyś się dowiem, po co Barber "Harry'ego Browna" nakręcił.

wtorek, 5 stycznia 2010

L'homme du train (2002)

Szkoda, że obejrzałem ten film do końca. Do ostatnich chwil byłem pod wielkim urokiem "Człowieka z pociągu", jednak rondo, jakim uraczył Leconte na zakończenie kompletnie do mnie nie przemawia. Ta zamiana miejsc, nie ważne jak bardzo dosłownie ją traktować, jest wyjęta z zupełnie innej bajki.


Przez 99% trwania filmu jest prosta, ale nie głupia, opowieść o dwójce życiowych rozbitków. Manesquier przeżył swoje życie bez ekscytacji i teraz w wigilię operacji na otwartym sercu marzy mu się przygoda. Z kolei Milan to człowiek-włóczykij, który z niejednego pieca chleb jadł. Czuje już jednak na karku ciężar przeżytych lat i z chęcią by się ustatkował. Przypadkowo spotykają się i zaczynają rozmawiać. I tak spędzą kilka dni szykując się do ważnych w swoim życiu wydarzeń. Niby nic wielkiego się nie dzieje, ale też nie musi. Relacja pomiędzy dwójką głównych postaci jest na tyle interesująca sama w sobie, że wystarcza za całą fabułę. Do tego Leconte świetnie dobrał aktorów Rochefort i Hallyday tworzą duet dynamiczny i niejednoznaczny.

Szkoda.

Ocena: 6

niedziela, 3 stycznia 2010

Carmo (2008)

Kino drogi na brazylijskiej prowincji. "Carmo" niczym specjalnym się niestety nie wyróżnia. Dwójka niedopasowanych bohaterów tuła się w bliżej nieokreślonym celu. Niby jest jakaś intryga, niby coś ich dzieli, a coś łączy, lecz koniec końców los bohaterów jest kompletnie obojętny.


Przed całkowitą porażką film broni sposób narracji. Choć równie mało oryginalny, choć zupełnie niepotrzebnie stonowany, jest mimo wszystko na tyle dynamiczny, by jakoś tam utrzymać moją uwagę. Już za sam sukces, że nie usnąłem na nim, twórcom należy się plus.

Jest jednak coś, co kompletnie mnie zaskoczyło – to wygląd Fele Martíneza. Gdyby nie napisy początkowe, nigdy był go nie poznał. Czy to tylko kwestia charakteryzacji, czy też z wiekiem tak bardzo zaczyna się zmieniać?

Ocena: 6

My Name Is Bruce (2007)

Porównywanie tego filmu do "Bubba Ho-tep" to przykład całkowitego braku humoru, co swoją drogą idealnie pasuje do "My Name Is Bruce", filmu kompletnie wyzutego z dowcipu. Bruce Campbell chciał pewnie, żeby było zwariowanie i zabawnie, ale zamiast tego stworzył egotystyczne show, które pewnie tylko jego będzie bawić. Jakim cudem z całkiem fajnego filmu udało się zrobić tak koszmarną nudę, nie mam zielonego pojęcia. Jedno jest pewne, zdecydowanie bardziej wolałbym obejrzeć czwartą część opowieści o kosmicznych jaskiniowcach niż jeszcze raz "My Name Is Bruce".


Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w całym gównie szmiry pogrzebane są i diamenty. Niektóre teksty i sceny w innych warunkach byłyby naprawdę zabawne, jak choćby moja ulubiona wymiana zdań pomiędzy Brucem a Kelly:

- May I have this dance?
- Do you believe in reincarnation? 'Cause it's not gonna happen in this lifetime.

Ocena: 4

Rock Haven (2007)

W zasadzie nie mam nic do powiedzenia o tym filmie poza tym, że go obejrzałem. Historia nastolatka, który musi dojść do ładu ze swoimi uczuciami i wiarą jest tak nijaka, że nie wzbudza nawet irytacji. Mdli bohaterowie, kiepskie aktorstwo, wyświechtane scenariuszowe klisze składają się na rzecz chałupniczą, jakie mogą kręcić nadmiernie egzaltowani młodzieńcy, którzy pewnie sto lat temu sączyliby absynt i pisali smutne wiersze umierając na suchoty.


W tym wszystkim na plus można ocenić brak łzawego happy-endu, który pogrążyłby tę miałką produkcję w odmętach kiczu. Spodobała mi się też new-age'owa matka jednego z bohaterów. Ogólnie, gdyby nie fakt, że Sean Hoagland strasznie przypomina Jima Parsonsa, filmu w ogóle bym nie zapamiętał.

Ocena: 3

Hôtel des Amériques (1981)

Smutna przypowieść o tym, że miłość to za mało, by dwójka ludzi mogła żyć ze sobą. Hélène i Gilles spotkali się w dość ekscytujących okolicznościach: ona o mały włos nie rozjechała go swoim zdezelowanym samochodem. To zdarzenie zapoczątkowało serię spotkań: chaotycznych, niemal przypadkowych, gdzie siły odpychające są tak samo mocne jak te przyciągające. Ich związek kilkakrotnie rozpadł się zanim się jeszcze na dobre rozpoczął. A kiedy w końcu zamieszkali razem, ich życia wcale nie wypełniły się harmonią. Przeszłość, kompleksy, niedopowiedzenia sprawiają, że cały czas egzystują na krawędzi. Kochają się, pragną być ze sobą, lecz coraz bardziej się od siebie oddalają. Ich życie przypomina tor wyścigów Formuły 1 z tą wszakże różnicą, że każde z nich jedzie w przeciwną stronę i tylko raz na jakiś czas mijają się w niekończącym poszukiwaniu spełnienia.


"Hôtel des Amériques" to wspaniały, liryczny i jakże tragiczny film. Téchiné, jak to często ma w zwyczaju, snuje delikatną, niemal niewidoczną nić opowieści, która jedna wzbudza silne emocje. Dwójka głównych aktorów Catherine Deneuve i Patrick Dewaere stworzyli wstrząsająco prawdziwe kreacje zagubionych dusz. Szczególnie wyraźnie widać to w grze Dewaere'a, w którego spojrzeniu kryje się prawdziwy mrok. Ile z własnego bólu włożył w postać, można się tylko domyślać. Faktem jest, że rok po premierze już nie żył, popełniwszy samobójstwo.

Ocena: 8

sobota, 2 stycznia 2010

Assassination of a High School President (2008)

Twórcy mieli całkiem fajny pomysł. Zrobić komediową wersję filmu noir i osadzić akcję w liceum. Mamy więc ciapowatego detektywa-dziennikarza, który próbuje rozgryźć dziwną intrygę, której sam stał się ofiarą. Jest on tak niezdarny w tym, co robi, że nie potrafi zobaczyć prawdy, choćby ta rozebrała się nago przed jego oczami. Ale czy można mu się dziwić, skoro na jego drodze staje atrakcyjna femme fatal?


Całość wyszła fajnie, ale tylko fajnie. Twórcom zabrakło jaj i filmowi wyraźnie brakuje energii. Dowcipy są w większości błahe i ledwie zabawne. Bruce Willis w roli dyrektora szkoły i Kathryn Morris jako pielęgniarka to dwa najjaśniejsze punkty obrazu. Reszta jest bardzo przeciętna. Szkoda, bo miałem zdecydowanie nadzieje na coś lepszego.

Ocena: 6

Nous étions un seul homme (1979)

Mój pierwszy film 2010 roku. Mam nadzieję, że będzie on dobrym wskaźnikiem tego, co czekać mnie będzie przez pozostałe 360+ dni. "Nous étions un seul homme" to bowiem film niejednoznaczny. Z jednej strony historia bardzo mi się spodobała tak, że miałem ochotę postawić filmowi 10. Z drugiej strony wykonanie miejscami jest nie do strawienia i film spokojnie zasłużył na 2. Ta rozbieżność jest jednak właśnie tym, co najbardziej przypadło mi do gustu. Co jak co, ale szybko o nim nie zapomnę.


"Nous étions un seul homme" to historia rozgrywająca się w 1943 roku w okupowanej przez Niemców Francji. Guy, człowiek prosty, którego miejsce jest raczej w wariatkowie niż na prowincji, ratuje rannego niemieckiego żołnierza Rolfa. Kiedy został przez Niemca spytany, dlaczego to zrobił, odparł, że podobały mu się wystrzały. Rolf po kilku dniach będzie mógł już odejść, ale nie zrobi tego. Guy przyczepił się do niego niczym pies przybłęda i nie daje mu odejść. Jednak i Rolf nie do końca chce go opuścić. Obaj mężczyźni tak bardzo się od siebie różnią, że intryguje ich to i przyciąga do siebie. Guy, człowiek towarzyski, w końcu nie jest sam w swojej wiejskiej chatce. Rolf zaś po raz pierwszy ma kontakt z osobą, o których istnieniu w III Rzeszy się nie mówiło. Między nimi nawiązuje się niezwykła nić przyjaźni-nienawiści. Raz potrafią być wobec siebie bardzo opiekuńczy i wyrozumiali, a innym razem ich relacje nabierają bardzo brutalnego i krwawego charakteru. To właśnie ta dynamika sprawia, że film ogląda się znakomicie.

Niestety wykonanie pozostawia sporo do życzenia. "Nous étions un seul homme" przywodzi na myśl typowe undergroundowe produkcje z lat 70. ubiegłego wieku. Grający dwójkę głównych bohaterów Serge Avedikian i Piotr Stanislas są za przystojni, za ekspresyjni, za aktorscy w tym co robią. Bardziej nadawaliby się do trupy cyrkowej, gdzie ich miny i akrobacje można byłoby wykorzystać w numerach z clownami. Do tego dochodzi koszmar, który twórcy nazwali muzyką. Dla filmu byłoby znacznie lepiej, gdyby jej w ogóle nie było.

Mimo tych wad, postanowiłem jednak ocenić film wysoko, a to ze względu na postaci Guya i Rolfa.

Ocena: 8