niedziela, 28 lutego 2010

Find Me Guilty (2006)

Nie bardzo rozumiem, po co ten film powstał. Poza bowiem byciem wehikułem czasu oraz sceną, w której Vin Diesel może udowodnić swoje aktorskie umiejętności, nie ma w nim nic: zero dramaturgii, szczątkowa fabuła, papierowi bohaterowie.


Realizacja filmu o najdłuższym mafijnym procesie w historii USA to karkołomny wyczyn. Skoncentrowanie się na postaci Jackiego DiNorscio było dobrym posunięciem, ale Sidney Lumet za bardzo się rozdrobnił. Nie udało się więc zgłębić jego motywacji, ani skomplikowanych relacji z innymi mafiosami czy z prawnikiem Klandisem. Sam proces pozbawiono cliffhangerów zostawiając za to kilka zabawnych (ale tylko przez fakt bycia prawdziwymi) scen.

"Uznajcie mnie za winnego" jest jednak perfekcyjnie zrealizowanym obrazem retro. On nie imituje dramatów sądowych z lat 30. i 40. – on nim jest. Wystarczy zamknąć oczy i wsłuchać się w dialogi, dźwięki, a wydawać się będzie, że to najprawdziwsze stare kino. Film pokazuje też Diesela jako całkiem sprawnego aktora dramatycznego (choć nie ma co się oszukiwać, najbardziej dramatyczna to jest jego fryzura). Niestety przez fakt, że całość jest przeciętna, jego kreacja się marnuje.

Ocena: 4

L'ennemi intime (2007)

Bardzo sztampowa opowieść wojenna. Do Algierii przybywa nowy porucznik. Zastąpi on zabitego przez pomyłkę przez własnych żołnierzy dowódcę oddziału. Nowy podoficer jest naiwnym, pełnym skrupułów idealistą. Kilka miesięcy w strefie zakazanej bardzo go zmieni.


Mam już dość wciąż tych samych bohaterów w tych samych opowieściach wojennych, gdzie jedynymi różnicami są nazwy krajów i miast. Nie trudno się domyślić, że idealista zostanie zniszczony, nie wytrzyma presji brutalności zdarzeń, które oficjalnie nie są nawet nazywane wojną. "Wewnętrzny wróg" miał potencjał poszerzenia nieco skostniałej formuły za sprawą postaci sierżanta Dougnaca. To mogło być ciekawe, gdyby twórcy skupili się na tym, jak w raz z przemianą idealisty w zobojętniałą maszynę do zabijania, Dougnac z pewnego siebie żołnierza przemienia się we wrak człowieka. Niestety twórcy tego kompletnie nie wykorzystali i ledwie zasygnalizowali to, co mogło być główną osią dramaturgii.

Ocena: 6

Open Graves (2009)

Cóż, choć raz napis na okładce nie kłamał. Film rzeczywiście jest mieszanką "Jumanji" i "Oszukać przeznaczenie". Szkoda tylko, że zamiast windować poziom w górę, twórcom wystarczyło jedynie sił na rzecz kompletnie przeciętną.


Pomysł jest całkiem fajny. Oto uratowana od ognia inkwizycji mistyczna gra trafia do rąk grupy młodych ludzi. Zwycięzca gry może otrzymać spełnienie swego największego marzenia. Młodzi nie wiedzą jednak, że przegrani giną w bardzo makabrycznych okolicznościach. Oczywiście wkrótce się o tym dowiadują, na własnej skórze.

"Uciec przeznaczeniu" to bardzo typowa produkcja. Na kasetach VHS i płytach DVD aż pełno podobnych produkcji. Sceny śmierci są średnio ekscytujący, cała intryga zaś mało skomplikowana. Aktorsko nie jest źle, ale też naprawdę nie mają na czym się potknąć, gdyż scenariusz nie jest zbyt wymagający.

Ocena: 5

piątek, 26 lutego 2010

Tan Lines (2006)

Sądząc po "Tan Lines" Ed Aldridge to potencjalny nieoszlifowany diament. Jego film jest chaotyczny, miejscami zalatuje prowizorką. Ma jednak w sobie duży potencjał, zwłaszcza jeśli chodzi o łączenie ironii, humoru z ciekawymi obserwacjami socjologicznymi. W "Tan Lines" interesujące jest nie to, co dzieje się na pierwszy planie, lecz to co zachodzi w tle. Jeśli tylko nauczyłby się sztuki konstrukcji, znalazł większe pieniądze, a przede wszystkim profesjonalnych aktorów, może być z Aldridge'a bardzo ciekawy reżyser.


"Tan Lines" to hybryda, skrzyżowanie Gusa Van Santa z łagodną formą Larry'ego Clarka. Pokazuje na zwyczajne lato zwyczajnych nastolatków w mało zwyczajnych warunkach. Dla patrzącego z zewnątrz może się wydawać, że mamy do czynienia z chorymi sytuacjami: pijana matka śpiąca w jednym łóżku z masturbującym się synem, nauczyciel molestujący nieletniego, stara ciotka jako stręczycielka. Jednak reżyser pokazuje nam tę historię nie z zewnątrz, a od środka. Dla głównego bohatera zwanego Midget to są dni codzienne, zaakceptował to, przyzwyczaił się i choć marzy o podróżach i wyrwaniu się w wielki, nieznany świat, czyni to nie z powodu wszystkich dziwactw, w jakie się wplątał, ale jak typowy nastolatek, który ma dość niewielkiej mieściny i chciałby zobaczyć wspaniałą metropolię.

Główna historia opowiedziana jest dość niezdarnie. Wina leży zarówno po stronie reżysera, który nie potrafi jej płynnie opowiedzieć, stosuje momentami nieuzasadnione sztuczki montażowe, ale też po stronie aktorów, którzy w większości nie potrafią grać i potrafią spalić niemal każdy dowcip zapisany w scenariuszu. Jest jednak wiele surrealistyczny smaczków, jak choćby gadające po włosku dewocjonalia czy bardzo urocza scena emerytów bawiących się nocą. I w tych scenach upatruję nadzieję dla reżysera.

Ocena: 5

wtorek, 23 lutego 2010

Agora (2009)

Z "Agorą" mam ten sam problem, co wcześniej z "Obywatelem Milkiem". Jeśli chodzi o stronę artystyczną, to film mi się podobał (choć ma swoje wady). Jeśli jednak chodzi o prezentowaną tam filozofię, budzi ona mój wewnętrzny sprzeciw. "Agora" to film krytykujący religijny fanatyzm. Najbardziej dostaje się chrześcijanom, ale tak naprawdę żadna grupa nie jest tu bez winy. I nie miałbym nic do zarzucenia, gdyby nie postać Hypatii, z której Amenábar uczynił też fanatyczkę, tyle że nauki. Cały zaś film skonstruował w identyczny sposób, jak tworzyło się hagiografie katolickich świętych. I to już problem. Okazuje się bowiem, że fanatyzm fanatyzmowi nie jest równy, że jeden jest zły a inny jak najbardziej szlachetny. Tyle tylko, że (tak samo jak w "Milku") to rozróżnienie pomiędzy dobrym a złym fanatyzmem jest bardzo mgliste i mocno dyskusyjne.


Trzeba jednak przyznać, że Amenábar potrafił opowiedzieć o Hypatii w bardzo sugestywny, piękny i angażujący emocjonalnie sposób. Jej pasja, zaślepienie naprawdę nie są tu wadami, lecz szlachetnymi cechami, dzięki którym w szalonych czasach tlił się płomień rozsądku i racjonalnego umysłu. Weisz świetnie odegrała bohaterkę, może nawet za dobrze, bowiem na tle osobistej historii opowieść o polityczno-religijnych perypetiach Aleksandrii sprawia wrażenie doczepionej na siłę. Tu też Amenábar podjął kilka wątpliwych w moich oczach decyzji. Przede wszystkim stosowanie bardzo szerokich planów w scenach pogromów, przez co budowany jest niepotrzebny dystans.

"Agorę" miło mi się też oglądało ze względu na udział w nim wielu aktorów, których normalnie w zachodnich produkcjach zbyt często nie da się uświadczyć, a ja ich lubię.

I jeszcze jedno. Trochę nie podoba mi się pokazywanie chrześcijaństwa jako monolitu. IV ale i V wiek do spokojnych nie należał i brak wspomnienia o stronnictwach schizmatycznych czy wprost heretyckich mnie raziło (no ale ja swego czasu dość głęboko interesowałem się kwestią herezji wczesnochrześcijańskich)

Ocena: 7

The Wolfman (2010)

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Prawdziwość tego przysłowia do pewnego stopnia potwierdzona została przez "Wilkołaka". Niczym w słojach powalonego drzewa zapisana jest w kolejnych scenach cała historia tego projektu: zmian reżysera, zmian montażysty, eksperymentowania z muzyką, wielodniowych dokrętek, zmiany efektów specjalnych. Wszystko to pozostawiło swój ślad. Stąd też "Wilkołak" nie jest dziełem spójnym, a mieszanką różnych stylów i pomysłów.


Z tego też powodu właśnie patrząc z dystansu, na całość "Wilkołaka", film wypada najgorzej. Niewiadomo bowiem kompletnie, czym miał być. Niby reklamowano go jako powrót do korzeni, ale film Johnstona poza scenografią nie ma w sobie zbyt wiele z gotyckiego horroru. Przerysowana postać ojca głównego bohatera z kolei wyjęta jest żywcem z campu. Anthony Hopkins i Hugo Weaving sprawiają wrażenie, jakby dopiero co zeszli z planu "Narzeczonej Frankensteina" Jamesa Whale'a. Zaś same sceny z wilkołakiem, koncentracja na efektach specjalnych przywodzi na myśl widowiskowe ale pozbawione inteligencji filmy akcji, od których nie można się obecnie opędzić w kinie. Filmowi brakuje też jakiegoś przesłania, myśli przewodniej, powodu czy choćby pretekstu jego powstania.

"Wilkołak" nie jest jednak filmem złym, ale tylko wtedy kiedy zamiast oglądać "big picture" będzie się koncentrować na szczegółach. Sama przemiana Del Toro w wilkołaka jest fajnie zrealizowana. Toksyczna postać ojca do granic przerysowana przez Hopkinsa jest najlepszą rzeczą, jaka mogła ten film spotkać. Tuż za nim jest przezabawna postać detektywa Abberline'a w świetnej interpretacji Weavinga. Jest więc wiele powodów do zadowolenia. Szkoda tylko, że film nie przywraca wilkołaka do łask szerszej widowni.

Ocena: 6

niedziela, 21 lutego 2010

In Tranzit (2008)

I kolejny film, który przegapia swoją szansę idąc ścieżką wyświechtanego melodramatu. Oto ZSRR tuż po wojnie. Do opustoszałego obozu przejściowego dla kobiet dostarczony zostaje transport 50 niemieckich żołnierzy będących jeńcami. Obóz prowadzą kobiety, które dość szybko stają się bardzo przyjacielskie wobec niedawnych wrogów... chyba nie muszę wyjaśniać, że film nakręcił facet.


Było kilka ciekawych historii, które można było w tej scenerii opowiedzieć. Choćby o perfidii sowieckich dowódców, którzy wykorzystują służące ojczyźnie kobiety jako przynęty dla pozbawionych od dawna kontaktu z kobietami niemieckich jeńców. Jeszcze ciekawsza byłaby historia Rosjanek, które pozbawione w wojnie mężów wybierają sobie niemieckich żołnierzy na partnerów, by ich stracić, kiedy zakończą się negocjacje pokojowe. Nawet opowieść, na którą ostatecznie zdecydowali się twórcy – o lekarce rozdartej między zniszczonym przez wojnę mężem a kiełkującym uczuciem do jednego z jeńców – mogła zostać lepiej opowiedziana. Cała historia jest tu bardzo bezpłciowa, pozbawiona emocji i gdyby nie Farmiga i Malkovich film nie wart byłby obejrzenia.

Ocena: 6

The Hunting Party (2007)

Przedziwny film. Jego reżyser Richard Shepard najwyraźniej nie do końca wiedział co chciał nakręcić i tak powstała pstrokacizna. Ma swój urok, ale jest to urok dzieła zmarnowanego.


Z jednej strony "The Hunting Party" to komedia przygodowa. Trójka mocno różniących się od siebie osób robi zamieszanie w Serbii poszukując zbrodniarza z czasów wojny bałkańskiej. Pełno jest tutaj mocno absurdalnych scen, którym smaczku dodaje fakt, że w większości miały one miejsce w rzeczywistości. Chwilami jednak Shepard zdaje się kręcić horror. Sceny w przydrożnej restauracji, w zabitej dechami wiosce są żywcem wyjęte z tanich produkcji grozy jak choćby "Hostel". Są jednak i takie sceny, kiedy twórcy porzucają prześmiewczy ton i zaczynają opowiadać dramat sensacyjno-wojenny z naprawdę przejmującymi scenami.

Całą tę mieszankę daje się obejrzeć, ale mnie osobiście nie przekonuje. Jest za mało zawadiacka jak na film awanturniczy, za mało śmieszna jak na komedię, a jednocześnie za lekka, by być poruszającym dramatem.

Ocena: 6

sobota, 20 lutego 2010

Righteous Kill (2008)

Do filmów z "twistem" podchodzę ostrożnie. Zazwyczaj twórcom tak bardzo zależy na zagmatwaniu akcji i zaskoczeniu widza, że zapominają o samej historii. Tak jest niestety z "Zabójcami". A przecież jest w filmie ukryta bardzo fajna historia, niestety chyba tylko mnie by ona zainteresowała. To historia seryjnego zabójcy, który ma już dość. Przez długi czas pozostaje bezkarny, choć z każdym kolejnym zabójstwem jest coraz bardziej "bezczelny" w swoich morderstwach.


Niestety Jona Avneta interesuje zupełnie co innego. Jak zaskoczyć widza, kiedy prawie na samym początku "poznajemy" zabójcę, słyszymy jego spowiedź. I cały film jest właśnie temu poświęcony. Bohaterowie, aktorzy, to nie istotne. Liczy się tylko mieszanie fabuły i rzucanie fałszywych tropów. Mimo to końcówka (głównie za sprawą Pacino i jego monologu) jest bardzo fajna. Zresztą ogólnie Pacino wypada w tym filmie lepiej niż De Niro.

Ocena: 6

piątek, 19 lutego 2010

Desert Flower (2009)

Przy tego rodzaju obrazach u wielu osób zawsze pojawia się problem, jak rozdzielić tematykę od oceny samego filmu. Ja nie mam tego problemu i tylko dlatego, że "Kwiat pustyni" porusza bardzo ważną kwestię, o której wciąż za mało się na świecie mówi (a przede wszystkim czyni), nie zamierzam zawyżać oceny. A fakty są takie, że Sherry Horman zrobiła film ładny, wręcz laurkowy, do bólu szablonowy, który przed porażką ratuje nie scenariusz a aktorzy.


Horman chyba od samego początku miała problem, jak pogodzić historię głównej bohaterki w Somali z tą w Londynie. Poszła na podręcznikowy kompromis, który niestety słabo się tu sprawdza. Przejścia pomiędzy jedną a drugą przestrzenią czasową są wymuszone, a narracja zamiast stawać się spójniejszą, rozbija się i wytrąca z rytmu. Kilka wątków jest przeciągniętych ponad miarę, niektórzy bohaterowie są niepotrzebni (przynajmniej w tak duże ekspozycji). Horman nie potrafi pokazać, jak to naprawdę jest być obcym w wielkiej metropolii. Nie potrafi przekonująco opowiedzieć całej historii. Za to doskonale radzi sobie z detalami. "Kwiat pustyni" jest bardzo pięknie nakręcony. Reżyserka świetnie czuje aktorów i wraz z operatorem odwaliła kawał dobrej roboty. Film miejscami wzrusza, w innych rozbawi, ale są to uczucia dość powierzchowne.

Jak powiedziałem ważnym elementem filmu jest jego obsada. Ze swoich ról świetnie się wywiązali nie tylko starzy wyjadacze (Hawkins, Spall, Stevenson), ale również ci mający niewielkie doświadczenie, jak choćby odtwórczyni głównej roli Liya Kebede. Kilka scen to naprawdę zachwycający popis gry aktorskiej.


Bardzo spodobała mi się też muzyka Martina Todsharowa. Mam z nią jednak duży problem, bo choć motyw przewodni jest przepiękny, kompletnie nie pasuje on do zrealizowanego przez Horman filmu. Kiedy ogląda się kolejne sceny i słucha muzyki pojawia się ostry dysonans i wątpliwość, czy kompozytor w ogóle widział film, czy też po prostu napisał muzykę, jak mu akurat w duszy grała.

Ocena: 6

The Good Heart (2009)

"Dobre serce" to film, który spokojnie mógłbym ocenić wyżej, gdyby nie przejrzysta konstrukcja. Kiedy w szpitalu spotykają się młody chłopak po próbie samobójczej, który postanawia zapisać swoje organy do przeszczepów i stary mężczyzna po 5 zawałach, któremu już wkrótce do przeżycia potrzebne będzie nowe serce, wtedy koniec filmu jest oczywisty.


Skoro zakończenie zostaje wykreślone z rzeczy ważnych w tym filmie, pozostają sami bohaterowie. I w nich właśnie tkwi cała siła obrazu Dagura Káriego. Brian Cox jako gburowaty właściciel baru o niewyparzonym języku żyjący cały czas w silnym stresie jest jak zwykle fantastyczny. Chciałoby się powiedzieć, że przeszedł samego siebie, ale to nie do końca prawda, w końcu Cox bardzo często gra na tak wyśmienicie wysokim poziomie. Paul Dano jako naiwny, nieujawniający swoje agresji bezdomny jest idealnym dopełnieniem Coxa. Razem tworzą bardzo filmowy duet. Tyle tylko, że pod koniec jednak powraca u Káriego potrzeba spointowania całości. I to niestety okazuje się ruchem w złym kierunku. Gdyby nie czarny humor, film dużo by w moich oczach stracił.

Ocena: 6

Ps.: plus za psa, zwłaszcza w scenach w barze i w szpitalu.

czwartek, 18 lutego 2010

From Paris with Love (2010)

"Pozdrowienia z Paryża" wykorzystują formułę, którą lubię. Morel przypomina tu "Zabójczą broń", "Gliniarza z Beverly Hills", "Tango i Casha", a nawet "Szklaną pułapkę". A jednak nie potrafi do końca zbudować podobnej atmosfery, a Rhys Meyers i Travolta nie tworzą tak zgranego duetu jak inni.


Być może wynika to z faktu nadmiernej koncentracji na scenach akcji. Morel kocha dynamiczne, ale pozbawione sensu (i pierwiastka prawdopodobieństwa) sekwencje. W "Uprowadzonej" trzymał swoje skłonności na wodzy, więc teraz postanowił odreagować. Rezultat jest lekko przerażający. Owszem miejscami jest naprawdę fajnie i śmiesznie. Miejscami jednak śmiałem się jednak z zażenowania.

Zresztą nie tylko Morel przeszarżował. Podobnie jest z Travoltą, który swojego "entuzjazmu" chyba w ogóle nie kontrolował. Ale to mi mniej przeszkadzało niż ciągle szczerzący zęby Rhys Meyers. Wyglądał jakby miał jakąś wadę szczęki. Za to pochwalić mogę Kasię Smutniak. Rola może nie była wymagająca, ale udało jej się w niej wypaść całkiem dobrze.

Ocena: 4

wtorek, 16 lutego 2010

The Ghost Writer (2010)

Roman Polański dołączył do 'zaszczytnego' grona reżyserów cierpiących na twórczy uwiąd starczy. "Autor widmo" to najgorszy film uznanego reżysera od czasu "Palermo Shooting" Wendersa. O ile jednak w tamtym filmie niemal wszystko było nie tak, u Polańskiego początek był zachwycający. Ale jak to mówią: miłe złego początki.


Już po pierwszych minutach z zachwytem stwierdziłem, że Polański daje odpowiedź na pytanie: Czy można stać się fałszerzem samego siebie? Oglądając "Autora widmo" poczułem się jakbym wsiadł do wehikułu czasu i cofną się o 40 lat. To, co Soderbergh próbował odtworzyć w "Dobrym Niemcu", Polański zrealizował do perfekcji: sposób narracji, tempo, zdjęcia, detale drugiego planu, muzyka, scenografia. Oglądałem to z zapartym tchem, jak pewnie każdy, kto kocha klasyczne kino. Owszem, film pozbawiony był nawet krzty oryginalności, Polański kopiuje tu samego siebie... ale cóż to jest za kopia!

O ma naiwności! Dlaczego nie zauważyłem, że oto oglądam ofiarę prowadzoną na szafot. Kiedy zorientowałem się, było już za późno. Gilotyna została zwolniona. Scena tête-à-tête ducha z Ruth morduje cały film. To, co następuje później to są już tylko parkosyzmy bezgłowego trupa. Następuje zastraszająca deterioracja narracji, film traci napięcie, tempo, wszystko. Tak jak w zdechłego ulubionego zwierzaka wpycha się trociny, tak "Autora widmo" wypełnia się pozbawionymi sensu pomysłami, z których każdy następny jest coraz gorszy.

Nie wytrzymałem i po raz pierwszy zaśmiałem się w scenie z Googlem. Wszechwiedząca wyszukiwarka to najgorszy product placement w historii. Szczerze mówiąc mniej by mnie zaskoczyło, gdyby w pustynnych scenach "Aleksandra" Colin Farrell założył Ray Bany. Byłem przekonany, że większej głupoty Polański i spółka już nie strzelą. Myliłem się. Chwilę później absurd osiąga nowe wyżyny wraz ze sceną z Frankiem i rozmową z Robertem. W tym momencie byłem już na 100% pewien, że nic głupszego już Polański i Harris nie byli w stanie wymyślić. Kiedy zatem zobaczyłem ostatnią scenę, już kompletnie nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Była to reakcja odruchowa, jak kichanie u alergika. Takich debilizmów w kinie nie uświadczysz (choć jestem prawie pewien, że scena ta jest cytatem z innego filmu).

Jedyne co przychodzi mi na myśl jako obrona Polańskiego to to, że jest w areszcie, że nie mógł w pełni kontrolować montażu, że trzeba się było śpieszyć, by zdążyć na Berlinale. Nie da się jednak ukryć, że film jest nieukończony. Nawet laik nie będzie miał problemów ze wskazaniem miejsc, w którym montaż to prowizorka. Niestety ta prowizorka nie wytrzymała próby.

Ocena: 3

niedziela, 14 lutego 2010

Orphan (2009)

"Sierota" to koronny dowód na to, że za horrory i thrillery psychologiczne nie powinny brać się wielkie wytwórnie filmowa. Zwłaszcza jeśli mają to być horroru z rodzaju tych "niepokojących". Pomysły są tu świetne, ale zachowawczość wytwórni sprawia, że nie można ich w pełni zrealizować. Lepiej byłoby, gdyby filmy takie robiły niszowe studia.


Pomysł "Sieroty" jest wręcz znakomity: lolitka jako czarna wdowa. Dla mnie bomba – "Hard Candy" w wersji gore. Niestety przez cały film Jaume Collet-Serra wije się i kombinuje, jak tu pokazać historię morderczej dziewczynki bez zbytniego akcentowania tego, co jest motywem jej zbrodni: erotycznego zainteresowania swoim adoptowanym ojcem. W ten sposób zamiast mrocznej atmosfery, lepkiej od niewypowiedzianych pragnień i aluzji, otrzymałem typową, miejscami dość siermiężną i zdecydowanie za długą powiastkę bez żadnego twistu i zaskoczenia. Nie jest to film zły, ale potencjalnie mogła być to rzecz kultowa. I tylko pointa mnie rozbawiła. "Sierota" okazuje się przestrogą dla wszystkich mężów tego świata: słuchajcie swoich żon, jeśli nie chcecie źle skończyć.

Duży plus za obsadę. Vera Fermiga jak zawsze wspaniała. A Peter Sarsgaard, cóż, czy istnieje ktoś, kto nie chciałby, żeby było on jego/jej "tatusiem"?

Ocena: 6

Downloading Nancy (2008)

Żal mi Marii Bello. Zgodziła się zagrać bardzo trudną, wymagającą rolę i naprawdę widać, że się postarała. Niestety cały jej talent zmarnowany jest przez reżysera, który kompletnie nie wiem co zrobić z posiadanym materiałem oraz scenarzystów, którzy ciężki temat potraktowali z rozczarowującą naiwnością. W rezultacie powstała jednak wielka kupa gówna, której nie powstydziłby się żaden oddział szpitalny z osobami cierpiącymi na daleko posuniętego alzheimera.


Bello gra tu Nancy, kobietę o zwichrowanej psychice. Nancy jest niczym delikatny kwiat, który potrzebuje nieustannej uwagi i pielęgnacji. Niestety już od dzieciństwa nikt jej tej uwagi nie poświęcał, chyba że była to uwaga negatywna. Jak to jednak mówią na bezrybiu i rak ryba, stąd też Nancy przyzwyczaiła się utożsamiać ból, przemoc, krzywdę z wyrazami miłości, bo przynajmniej wtedy istniała w oczach. Niestety na męża wybrała sobie człowieka, który nawet krzywdzić jej nie chciał. W jego oczach jest ona ledwie dodatkiem do mieszkania, na który nie ma potrzeby zwracać większej uwagi. W jego życiu jest tylko jedna pasja i Nancy nie ma z nią nic wspólnego. Dlatego też Nancy zamierza dokonać radykalnej zmiany swojego życia. Przez Internet szuka osoby, która zgodzi się dokonać na niej eutanazji. I kiedy kogoś takiego znajduje, opuszcza męża. Dopiero jej brak wytrąci go z rutyny, ale będzie już za późno na zmianę.

Film jest niemiłosiernie pretensjonalny. Biorąc pod uwagę brudne barwy, powolną i ponurą narrację, koniec Nancy jest oczywisty od momentu, kiedy po raz pierwszy słyszymy, że chce się zabić (a słyszymy to prawie na samym początku filmu). W takim przypadku film ma sens tylko wtedy, kiedy próbuje zagłębić się w temat lub też twórcy szykują jakiś twist. Niestety w "Gdzie jest Nancy?" nic z tego nie występuje. Cały wysiłek twórczy poszedł w montaż i przemieszanie trzech planów czasowych. Twórcy nie mówią jednak prawie nic o bohaterach, idąc po najmniejszej linii oporu. Myślałem, że doczekam się może jakiegoś "chorego" zwrotu akcji, kiedy bohaterowie grani przez Rusufa Sewella i Jasona Patrica spotkają się. Ale i tu wielkie rozczarowanie.

Bello naprawdę mogła sobie darować grę, bo i tak nikt z twórców jej nie docenił. Najbardziej zaskakujący jest w filmie akcent Sewella. Nie poznałbym go po głosie.

Ocena: 2


Mr. Right (2009)

Jeśli robić filmy przeciętne to tylko z brytyjskim akcentem! Wtedy nawet najbardziej nijaki film nabiera "smaku". I pewnie za sprawą akcentu "Mr. Right" mimo wszystkich oczywistych wad oceniam pozytywnie.


Najważniejszą wadą filmu jest to, że oszukuje i zwodzi. Pierwsza scena zapowiada komedię romantyczną z bohaterką, która odnalazła "pana idealnego", by na końcu dowiedzieć się, że był on gejem. Problem w tym, że już kolejne minuty wyraźnie pokazują, że nie jest ona główną bohaterką, nie jest nawet w pierwszej piątce najważniejszych bohaterów. Jej postać znika na całe minuty, a kiedy pojawia się, jest tylko dodatkiem. Cały film poświęcony jest tak naprawdę trzem parom jej przyjaciół próbujących ułożyć sobie życie i kariery w Soho.

(Benjamin Hart)

Pod względem komediowym film nie powala na kolana. Scen naprawdę zabawnych jest niewiele, a i pomysły na postaci raczej mało oryginalne. Fajna jest asystentka jednego z bohaterów i mająca nieco makabryczne zainteresowania córka innego. Jako całość film przechodzi bez echa, ale za sprawą akcentu jest w nim jednak coś uroczego.

Ocena: 6

sobota, 13 lutego 2010

Le fils de l'épicier (2007)

Nie jestem pewien czy "Le fils de l'épicier" optymistycznym, podnoszącym na duchu, czy też raczej przygnębiającym i wywołującym depresję. Jest to historia Antoine'a, który po 10 latach powraca do rodzinnego miasteczka, by pomóc matce prowadzić sklepik i dojeżdżać do różnych zakątków regiony, do ludzi, którzy z różnych powodów (głównie wieku) nie są już w stanie samodzielnie do sklepu dotrzeć.


Antoine nie dogaduje się ani z rodzicami ani z bratem ani z klientami. Bardziej niż na sklepie zależy mu na Claire, której niby pomaga dostać się na studia, ale jednocześnie sabotuje jej starania. Przez większą część filmu w zasadzie nic się nie zmienia, bądź są to zmiany bardzo delikatne. Dopiero w ostatniej tercji Antoine wyraźnie staje się bardziej przyjazny, akceptuje swoją pozycję i nawet godzi się z rodzicami (po części dlatego, że jego wychwalany dotąd brat trafia do psychiatryka po próbie samobójczej).

I tu pojawia się mój problem z tym filmem. Z jednej strony kupuję tę ciepłą bukolikę o tym, jak to spokojna prowincja kojąco wpływa na charakter Antoine'a. Wszystko zdaje się układać pozytywnie pod koniec filmu. Z drugiej strony nie mogę opędzić się od przygnębiającego wrażenia, że mamy tu do czynienia z akceptacją więzów, w jakich skowane jest życie. Antoine zamiast wylecieć z klatki, zamiast spróbować zrobić coś ze swoim życiem, godzi się z tym, że nie uda mu się wyrwać z narzuconych pęt. Nawet jeśli miałby ponieść porażkę (a po pierwszych scenach jest to bardzo prawdopodobne), mnie wydaje się to o wiele bardziej pozytywne, niż przyjęcie z uśmiechem miejsca w wygodnej, złotej klatce.

Ocena: 6

czwartek, 11 lutego 2010

Amelia (2009)

Cóż, nie jestem zwolennikiem tego rodzaju filmów biograficznych. Całość składa się z serii zdarzeń, które mają pokazać, jaką to niezwykłą osobą jest bohaterka filmu. Wygląda to raczej tak, jakby twórcy usprawiedliwiali się, dlaczego film robią (zobaczcie, jaka ona niezwykła), zamiast naprawdę opowiedzieć o Amelii. Ja jednak wolę filmy, w których to bohater, a nie związane z nim wydarzenia są na pierwszym miejscu (np. "Bronson", "Boski").


Jest jednak pewna przewrotność w "Amelii", która broni film przed porażką. Na pierwszy rzut oka mamy tu opowieść o bardzo niezależnej kobiecie, która nawet dziś uchodziłaby za jedyną w swoim rodzaju. Ceni sobie wolność i ciągłe parcie do przodu. Można by rzec iż jest to modelowy przykład sufrażystki (jeśli jeszcze nie feministki). Ale przy bliższym przyjrzeniu się obrazek nie jest już tak idealny. Nair (specjalnie czy też przypadkiem) nakręciła przypowieść pochwalną prostytucji. Amelia prostytuuje się tutaj, by zdobyć fundusze na realizację swoich marzeń, zaś jej mąż jest nikim więcej, jak tylko alfonsem. Morał z filmu jest taki: tylko prostytutki stać na realizację marzeń (pod warunkiem, że trafią na dobrego alfonsa). Czy tak powinien wyglądać pean na cześć bohaterki przestworzy?

Ocena: 5

Dear John (2010)

I znów to samo. Mam wrażenie, że adaptacje powieści Nicholasa Sparksa robione są na jedno kopyto. Niby są ładne, niby wzruszające i niby fajnie zrobione, a jednak przewidywalne, nudne i kompletnie sztampowe. Już nawet nie trzeba oglądać filmu, by wiedzieć co i jak zostanie pokazane. To naprawdę robi się nużące!


Po Hallströmie spodziewałem się, że będzie w stanie wykrzesać z filmu choć odrobinę iskry. Ostatni jego film, jaki widziałem – "The Hoax" – zapowiadał zwyżkę formy reżysera. Niestety tu poszedł po najniższej linii oporu. Całość została tak zrealizowana, by nie powstało na nie ani jedno znamię oryginalności, które mogłoby pomóc w identyfikacji reżysera. Połowa filmu to tak naprawdę wideoklipy do smętnych (choć na swój "niezależny" sposób przyjemnych) kawałków muzycznych. Jedynym prawdziwym dokonaniem Hallströma jest tak naprawdę uczynienie z Tatuma aktora znośnego i wiarygodnego.

(D.J. Cotrona)

Film oceniam na korzyść głównie za sprawą Richarda Jenkinsa. Dzięki niemu dostałem bardzo wzruszający wątek opowieści o ojcu i synu, którzy niby się kochają, ale nie potrafią sobie miłości przekazać. Szkoda, że we wszystko musiał się wtrynić wątek romantyczny.

Ocena: 6

środa, 10 lutego 2010

Valentine's Day (2010)

Jeżeli miał to być film o miłości, to niestety twórcy polegli na całej linii. W "Walentynkach" nie ma w ogóle miłości (no, może przemyka gdzieś daleko na drugim planie, ale zdecydowanie brak jej na pierwszym). Jest to film przeraźliwie depresyjny, pokazujący ludzi jako desperatów, którzy nie potrafią żyć sami, którzy spędzają każdą wolną chwilę czepiając się innych w poszukiwaniu drugiej połówki. Zazwyczaj są jednak ślepi albo też wymyślają sobie różne przeszkody, które bycie we dwoje uniemożliwiają. To, co króluje w filmie to strach: wszechogarniający lęk przed byciem samemu. Tak naprawdę Walentynki to nie święto zakochanych, lecz święto desperatów, ale ponieważ nazwa ta jest za mało pozytywna, rozumiem dlaczego się nie przyjęła.


Mimo gorzkiego i przygnębiającego portretu ludzkości, film bawi. Ku mojemu zaskoczeniu Garry Marshall dość sprawnie poradził sobie z całym tabunem równorzędnych bohaterów. Oczywiście pisząc to mam na myśli tylko to, że film trzyma się kupy i nie rozłazi (zbytnio) po kątach. Niemniej jednak nie uniknięto irytujących i jakże typowych w takich produkcjach "schodów": nadmierna ekspozycja bohaterów kompletnie na to niezasługujących i za mało czasu ekranowego dla tych, którzy naprawdę byli ciekawi.

Osobiście bawiłbym się znacznie lepiej, gdyby na ekranie było mniej Ashtona Kutchery i wszystkich tych dzieciaków i nastolatków. Świetna była za to Anne Hathaway, dobrze wypadła też Jessica Biel. Bardzo żałuję, że prawie kompletnie zignorowano Queen Latifah i Kathy Bates. Kompletnym niewypałem okazało się obsadzenie w rolach gejów Bradleya Coopera i Erica Dane'a. Zupełnie nie dziwi mnie, że jest to jedyna para, która się nie pocałowała. W tej jednej króciutkiej scenie razem są tak niezgrabni i kompletnie nie ma między nimi chemii. Po scenie tej żałowałem, że nie było nic między Cooperem i Julią Roberts – tu czuło się nić porozumienia. Do tego ten akcent Dane'a, ugh.


Duży plus należy się autorom dialogów. Kilka tekstów było naprawdę przezabawnych jak choćby o wibrującym telefonie (w polskim tłumaczeniu przerobionym na palmtopa), o wzroście, seks rozmowa Queen Latifah. Nawet Taylor Lautner żartujący sam z siebie był niezły.

Jednak najbardziej fascynujące w "Walentynkach" było obserwowanie tego, co nie zostało pokazane. Z jaką starannością uniknięto pokazania choć rąbka gołego pośladka. Jak to Grace i Kutcher ("Różowe lata 70-te"), Dempsey i Dane ("Chirurdzy") obie panie Roberts ani chwili nie przebywają wspólnie na planie. Ciekaw jestem, czy Julia Roberts spotkała się z Hectorem Elizondo ("Pretty Woman", który to film jest przypomniany w jednej ze scen).

Ocena: 6

niedziela, 7 lutego 2010

Delirious (2006)

I kolejny film, który ma lepszą obsadę niż na to zasługuje. Tym razem obyło się jednak bez całkowitego blamażu, choć niestety całość sprawia wrażenie misz-maszu, nad którym nikt nie potrafił objąć kontroli.


"W pogoni za sławą" to dwa nachodzące na siebie filmy. Pierwszym jest historia fotografa-samotnika. Jest paparazzo, ale bardzo broni się przed tym terminem. Marzy mu się sława, akceptacja ze strony rodziny, ale dopóki nie pozna pewnego bezdomnego młodego chłopaka, dopóty nie zorientuje się, jak bardzo w jego życiu brakowało przyjaciół. Druga historia to opowieść romantyczna niemal żywcem wyjęta z baśni Andersena. Młoda, odnosząca sukcesy księżniczka popkultury spotyka na swej drodze żebraka. Spędzają razem wspólny wieczór, ale okoliczności ich rozdzielą. Żebrak stanie się jednak wschodzącą gwiazdą, co da mu szansę na kolejne spotkanie i odzyskanie serca ukochanej. Obie historie łączy postać bezdomnego/żebraka zagrana przez Michaela Pitta. Niestety ten bohater, choć pełni główną rolę w filmie nie ma tak naprawdę własnej historii i to jest podstawowa wada całego projektu. Przeskoki z jednej fabuły w drugą i z powrotem sprawiają, że tak naprawdę obie na tym tracą, a Pitt nic nie zyskuje. Żal mi jest przede wszystkim tej pierwszej historii, głównie ze względu na Steve'a Buscemiego. Jego finałowa scena jest tak żenująca, że aktor powinien pozwać twórców za niszczenie jego aktorskiego wizerunku.

Film ma duży plus za przypomnienie mi zespołu The Dandy Warhols.


Ocena: 5

Even Money (2006)

O matko! "Władza pieniądza" to prawdziwa gwiezdna apokalipsa. Tyle znanych nazwisk zagrało w filmie, który wstydziłbym się wrzucić do swojego kosza, tak jest zły. Kilkanaście lat temu Mark Rydell może i robił porządne filmy, ale ten czas dawno już minął i chyba nie wrócić.


"Władza pieniądza" ma być opowieścią o tym, jak marzenia zmieniają się hazard, hazard w nałóg, a nałóg w chorobę niszczącą właśnie marzenia. Ma być, bo w rzeczywistości jest to jedna długa masochistyczna tortura wyraźnie udowadniająca, że niektórzy ludzie nie potrafią cenić czasu swojego i widzów. Besinger, Liotta, Roth Whitaker, Gugino i inni marnują się miotając w rolach, które nie dają im żadnych szans na rozwinięcie swojego talentu. Szkoda, wielka szkoda.

Ocena: 3

sobota, 6 lutego 2010

Hacia la oscuridad (2007)

Ci, którzy wymyślili nazwę Kolumbii, mogą być z siebie dumni. Kraj ten doskonale odzwierciedla losy Krzysztofa Kolumba, który wielkim odkrywcą był, ale zmarł kompletnie zrujnowany. I taka jest Kolumbia. Pełna desperatów próbujących przetrwać, którzy rzadko kiedy mogą liczyć na uśmiech losu. I nie jest ważne, czy masz pieniądze, czy też jesteś biedakiem. Gdy nastanie czas desperacji, pozostaje tylko modlitwa i smutek.


Młody chłopak zostaje porwany wyszedłszy z klubu nocnego. Jego rodzice muszą zgromadzić pół miliona dolarów i przekazać o umówionej porze, inaczej zginie. Pomoc w przekazaniu pieniędzy oferują Amerykanie, byli (i obecni) pracownicy różnych agencji rządowych. Film łączy ze sobą historię wyścigu z czasem ze scenami tego, jak bohaterowie znaleźli się w tej sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami nie ma w sobie tej samej mocy oddziaływania co na przykład "La milagrosa". Film jednak trzyma tempo, jest dobrze i sprawnie opowiedziany. I nawet jeśli większość emocji przekazuje się poprzez pocieranie oczu, to i tak ze względu na udział w filmie Davida Sutcliffe'a i Camerona Daddo całość oceniam pozytywnie.

Ocena: 7

piątek, 5 lutego 2010

It's Complicated (2009)

Komedie romantyczne kojarzą się z ludźmi młodymi, dynamicznymi, szukającymi dopiero tej jedynej / tego jedynego. "To skomplikowane" udowadnia jednak, że młodzi nie mają monopolu na miłosne perypetie: zagmatwane niczym węzeł gordyjski i do łez zabawne.


Nancy Meyers stworzyła film, który z jednej strony jest ciepłą opowieścią o dojrzewaniu, a z drugiej strony szaloną komedią o emocjonalnym skołowaniu. Ta pierwsza część pokazuje, że życie nie kończy się na rozwodzie. Uczy dojrzałości, dorastania do akceptowania rzeczy, na które nie ma się wpływu i przyjmowania odpowiedzialności za te, na które się ma. Pokazuje też prawdę o tym, że nie sztuką jest to, by dwoje ludzi się kochało, lecz to by kochały się w tym samym czasie. Ta druga część jest źródłem radości, humoru utwierdzając widzów w przekonaniu, że życie z jego szalonymi splotami nie kończy się wraz z menopauzą.

Osobiście preferuję elementy komediowe. Meryl Streep wyjawiająca, jak to kocha dużą ilość spermy to rzecz bezcenna. Podobnie Alec Baldwin mówiący "Home Sweet Home". Meyers za te sceny należą się owacje na stojąco. Część pokrzepiająco-edukacyjna mnie jednak trochę nużyła, pewnie dlatego że nie jestem w targecie (jeszcze). Zupełnie też nie rozumiem po co są te dzieciaki i te znajome. Robią tylko sztuczny tłum jak w tramwajach i autobusach obstawianych przez kieszonkowców. Mnie tylko irytowali.

I jeszcze jedno. Kobiet powinny postawić Meryl Streep wielki pomnik. Niemal samodzielnie doprowadziła do tego, że kobiety po 50 znów są w modzie, mogą być utalentowane, zabawne i sexy. Hollywood od dekad przekonywało widzów, że życie kobiet kończy się po 40. Teraz to ulega zmianie. Miejmy nadzieję, że na Streep się nie skończy.

Ocena: 7

Logorama (2009)

Chyba za mało przejmuję się markami i logami, bo spośród wszystkich nominacji akurat ta krótkometrażówka spodobała mi się najmniej. Owszem doceniam pomysłowość twórców i umiejętność wplecenia w historię aż tylu logotypów. A jednak McDonald's w roli złoczyńcy jakoś średnio mnie ekscytował. Wszystkie te "fucki" też mało mnie obeszły. Film wydał mi się zdecydowanie za długi. Wolałby, gdyby trwał o połowę krócej.


Ocena: 6

La dama y la muerte (2009)

Pełna humoru opowieść o pojedynku jaki o ciało staruszki toczą ze sobą śmierć z lekarzami. Ta pierwsza przyszła zabrać ją do zmarłego wcześniej męża, lekarz chce wszelkimi metodami zachować ją przy życiu. Film jest zabawny, miejscami nawet bardzo. Niestety całość zrealizowana jest nieco zbyt konserwatywnie, przez co jest zbyt przewidywalna. Jest też odrobinę zbyt długa i nie do końca trzyma tempo. Kiedy jednak jest zabawnie to jest naprawdę bardzo zabawnie i za to duży plus.


Ocena: 8

Granny O'Grimm's Sleeping Beauty (2008)

To właśnie tej animacji będę kibicował podczas oscarowej nocy. Spodobał mi się i humor i pomysł na spojrzenie na bajkę o Śpiącej Królewnie z punktu widzenia pominiętej wiedźmy. Historia opowiedziana jest z temperamentem i co najważniejsze jest śmieszna. Zachowuje tempo i trwa w sam raz. Dużym plusem jest też wykorzystanie różnych technik animacji. Całość oglądało mi się naprawdę bardzo fajnie.


Ocena: 8

French Roast (2008)

Spośród wszystkich tegorocznych nominacji do Oscara ta krótkometrażówka wydaje się być najdojrzalsza i najbardziej wyważona. I z jednej strony jest to jej zaletą (nie ma w zasadzie słabych punktów), z drugiej strony brakuje też w niej jakiegoś szaleństwa, próby wyrwania się poza ramy narracji. Podobają mi się zatem poszczególne elementy: bezdomny, zakonnica, zepsuta lampa, ale jako całość mimo wszystko czegoś w filmie tym brakuje.


Ocena: 7

Boogeyman 3 (2008)

Naprawdę nie spodziewałem się żadnej rewelacji i pewnie dlatego nie byłem aż tak bardzo rozczarowany. "Boogeyman 3" to produkcja, którą tylko na DVD można obejrzeć i tylko traktując ją z przymrużeniem oka. Hektolitry czerwonej farby nawet nie próbują imitować krwi, cały nastrój buduje się za pomocą trzaskania drzwiami i wyglądania zza węgła. Wydaje się jednak, że kręcili to ludzie, którzy brak talentu nadrabiali pasją. A to się liczy. Niezły był też pomysł, by główna bohaterka stała się niejako nosicielką i przyczyną katastrofy przed którą chciała innych uchronić. Jak w "Cube" nie-aktywność okazuje się być zaletą, a podejmowanie działań wadą. To takie nie protestanckie i przez to interesujące.


Niestety trudno pominąć milczeniem fakt, że sam Boogeyman jest po prostu beznadziejny. Wygląda jak drag queen, której nie udało się przebranie za Kayako z "Klątwy". Mimo prób uatrakcyjnienia postaci przez eksperymentowanie montażem, całość robi mało satysfakcjonujące wrażenie.

Ocena: 4

wtorek, 2 lutego 2010

Leap Year (2010)

Anand Tucker raz jeszcze udowodnił, że jest słabym reżyserem. Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że w "Oświadczynach po irlandzku" nic nie jest najwyższych lotów. Mała to jednak pociecha, bowiem mając wszystkie podstawowe składniki Tucker i tak się namęczył klecąc najprostszą z możliwych fabuł.


Historia kobiety, która "kocha" niewłaściwego mężczyznę i w pogoni za nim natrafia na tego jej przeznaczonego jest tak stara jak świat. I naprawdę nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje tutaj oryginalnej fabuły. Mnie wystarczyłaby pełna dynamizmu, humoru i chemii lekka opowiastka. Niestety Tucker kompletnie nie ma wyczucia i choć kilka scen jest zabawnych, to jednak całość osiada na mieliznach.

Kiedy ma się do czynienia z miałką fabułą, ważne jest, by w rolach obsadzić aktorów z komediowym temperamentem. Są oni wtedy wznieść całość na wyżyny niedostępne i dla scenarzysty i dla reżysera. Niestety Amy Adams to nie Meg Ryan czy Julia Roberts, to nawet nie jest Sandra Bullock. Moim zdaniem Adams lepiej by zrobiła koncentrując się na poważnych rolach, niż męcząc siebie i mnie próbami bycia zabawną. Matthew Goode jest niewiele lepszy. W "Oświadczynach" zagrał swoją najbardziej błazeńską rolę (spośród tych, które widziałem) i kompletnie ona do niego nie pasowała. Sam chyba też to wiedział, gdyż odniosłem wrażenie, że nie traktuje swojej roli poważnie błaznując zdecydowanie ponad miarę. Przeszarżował i w ten sposób mimo starań z obu stron, pomiędzy nim a Adams nie czuje się prawdziwej romantycznej chemii.

Ocena: 5