środa, 31 marca 2010

Crazy Heart (2009)

Podstarzały, zapijaczony muzyk country. Ciągle w drodze, uparcie trzymający się jedynej kariery, na jaką kiedykolwiek mógł liczyć, zatapiający smutki w gorzale. Na swej drodze spotyka dziewczynę, która pobudzi jego serce. Resztę można sobie dośpiewać bez większego problemu.


"Szalone serce" to ckliwa opowiastka, którymi zapychane są ramówki stacji telewizyjnych. Zaprawiona odrobiną goryczy, by nie być całkowitą bajką, jest to niestety historia prymitywna i męcząca. Fabuła jest rozwlekła i kompletnie przewidywalna. Bohaterowie sztuczni, podobni do setek innych filmowych postaci. Owszem Jeff Bridges gra tutaj nieźle, ale ma w swoim dorobku ciekawsze kreacje. Oscar dla niego jest równie niezrozumiały co chociażby Cage'a za "Leaving Las Vegas" (choć tamten film podobał mi się bardziej, przynajmniej wyłamywał się z konwencji). Całkowitą porażką jest za to kreacja Maggie Gyllenhaal. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni widziałem ją tak nieumiejętnie odgrywającą uczucia.

Jedyny plus filmu to muzyka. Za country nie przepadam, ale w przypadku "Szalonego serca" był to chyba jedyny element, który mnie nie irytował.

Ocena: 4

wtorek, 30 marca 2010

Home (2008)

"Home" rozpoczyna się od sceny szczęśliwej, wesołej rodziny spędzającej razem czas. Może niektóre ich zachowania wydają się nieco ekscentryczne, może granice pomiędzy jednostkami chwilami pozostają za ostre, ale ogólnie widać, że mamy do czynienia z harmonijnym środowiskiem. Ponieważ to pierwsza scena, to ciąg dalsze jest łatwo przewidywalny. Nietrudno domyślić się, że ten szczęśliwy obrazek zostanie poddany trudnej próbie.


W przypadku "Home" tą próbą jest droga szybkiego ruchu, przy której rodzina mieszkała od 10 lat. Do tej pory zamknięta, w permanentnym stanie budowy, teraz nagle zostaje ukończona i otworzona. Uparta rodzina nie zamierza się przeprowadzać, więc musi znosić straszliwy ruch, hałas i spaliny. Szybko cierpliwość kończy się, szczęście ulatuje, następuje stopniowa deterioracja, aż po szaleństwo, które dopada praktycznie każdego członka rodziny.

Ursula Meier niestety nie wysiliła się. Jej fabuła pozbawiona jest polotu i oryginalności. Co gorsza, jest też tchórzowsko ckliwa i nawet zakończenie jest mdłe i irytujące. Owszem, reżyserka wie, jak opowiadać historię, stąd wiele scen samych w sobie jest rozwiązanych ciekawie. Niestety zabrakło najważniejszego elementu, czyli oryginalności. Przez to trudno odczytywać "Home" jako parabolę, ponieważ przez słabe zakończenie byłaby to parabola bardzo naiwna, niegodna dojrzałego twórcy.

Ocena: 6

poniedziałek, 29 marca 2010

Fighting Tommy Riley (2005)

Tommy Riley to bokser z potencjałem. Problem w tym, że jak dotąd nikt nie był w stanie przekuć ten potencjał na coś konkretnego. Tommy zdaje się roztrwonił już swoje szanse i znajduje się na najprostszej drodze do spieprzenia sobie życia na amen. I wtedy, zupełnie niespodziewanie w jego życie wkroczy on – stary, gruby facet, samotny z całą półką leków, z psem jako jedynym towarzyszem. To Marty, kiedyś sam niezły bokser, potem trener, teraz nauczyciel. Wciąż jednak na wpół amatorsko para się treningiem. Przyszedł ocenić innego boksera, zobaczył Tommy'ego i od razu zauważył w nim to coś.


Zaczęli trenować. Marty przebił się przez mur Tommy'ego, wyprowadził go na prostą. Chłopak po raz pierwszy uwierzył w siebie i znalazł kogoś, kto jest dla niego wsparciem. Dla Marty'ego to być może już ostatnia szansa na wypromowanie bokserskiego mistrza. O ile jednak Tommy zdaje się być w siódmym niebie, o tyle Marty nie jest do końca szczęśliwy. Tommy jest darem z niebios, ale darem, który ma kilka bolesny kolców. Marty pozwalając, by Tommy wszedł do jego życia, otworzył drzwi, które dawno już były zamknięte i zamurowane. Niestety nie starczy mu już sił, by je zamknąć ponownie. A lojalność, jaką wyhodował u Tommy'ego okaże się ostatecznie tym, co go wykończy.

J. P. Davis pisząc scenariusz "Fighting Tommy Riley" zapewne liczył, że będzie drugim Sylvestrem Stallonem, a sam film nowym "Rockym". Jeśli tak rzeczywiście było, to Davis mocno się przeliczył. Przede wszystkim "Rocky" był opowieścią archetypiczną, z kolei "Fighting Tommy Riley" to historia mocno konwencjonalna. Bliżej jej do melodramatu niż do filmu sportowego. Po drugie przy "Rockym" pracowali lepsi specjaliści. Realizacji "Fighting..." kuleje w wielu miejscach.

Jednak Davis może być dumny ze swojego scenariusza. To jeden z najsilniejszych punktów całego filmu. Bardzo podobało mi się nakreślenie relacji pomiędzy dwójką głównych bohaterów, cała konstrukcja ich osobowości, która w wielu miejscach była kompletnie nietypowa dla tego rodzaju obrazów. Sam Davis świetnie też poradził sobie z rolą młodego Tommy'ego, zaś Eddie Jones okazał się doskonały w roli Marty'ego. Niestety w historii jest kilka tanich sentymentalnych chwytów, które można sobie było darować. Jednak tym, co najbardziej obniża wartość obrazu jest muzyka. Tylko w dwóch miejscach udało się kompozytorowi trafić i wybić poza typowe brzdąkanie. Reszta to jedynie bardziej harmonijny szum. Ocena jaka ostatecznie wystawiłem filmowi jest mocno na wyrost, ale daję ją ze względu na bohaterów i grających ich aktorów.

Ocena: 7

niedziela, 28 marca 2010

Dare (2009)

Uczucia są niczym żywy, nieokiełznany ogień. Igrając z nim można się nieźle poparzyć. Ale czasem pożoga jest nieunikniona, trzeba spalić maskę, za którą się kryjemy, by sprawdzić, kim naprawdę jesteśmy.


Alexa, Ben i Johnny to społeczne wyrzutki, choć ten ostatni dobrze się maskuje jako członek popularnej grupy w szkole. Alexa pragnie zostać aktorką, lecz jest to fantazja niepoparta żadnym doświadczeniem. Stroni od typowo dziewczęcych zachowań, aż pewien aktor wyleje jej na głowę kubeł zimnej wody. Metamorfoza, jaką przejdzie będzie wstrząsająca i rozpocznie całą lawinę zdarzeń, nad którą nie zapanuje. Dopiero po czasie zrozumie, że jej zachowanie odbijało się nie tylko na psychice jej, ale też ludzi wokół. Ben, zawsze na uboczu, zawsze kryjący się za Alexą, niejako za jej inspiracją również odważy się na krok w nieznane. Niestety zaślepiony drogą ku samoakceptacji, nie zauważy, jak bardzo rani niby bliską mu osobę.


(Zach Gilford)


I jest w końcu Johnny. Pozer jakich mało. Ukrywa się za maską "złego chłopaczka", rozpuszczonego bogacza, podczas gdy w rzeczywistości jest samotnym, wrażliwym chłopakiem, który tęskni za normalną rodziną i marzy, by w końcu ktoś go zauważył, tak naprawdę zauważył. Dlatego też mimo grube pancerza tak łatwo dał się złapać Alexie i Benowi. Zaoferowali mu wodę, kiedy wędrował przez pustynię dorastania. Przyjął ją bez zastanowienia, bez patrzenia na konsekwencje, bez refleksji. Niczym niedojrzały dzieciak uznał, że może mieć wszystko. Nie wziął jednak pod uwagę faktu, że Alexa i Ben nie są ani nie chcą być ekscentrykami. To, co ich pociągało w Johnnym to jego "normalność". Alternatywny styl życia, o jakim on pragnął, nie mieścił się w ich samolubnych główkach. Oświecenie było dla niego o wiele bardziej traumatycznym przeżyciem, gdyż zaryzykował wszystko. Ale pewnie też dlatego tylko on był w stanie naprawdę odrzucić maskę i stać się kimś innym.


(Emmy Rossum)

Pełnometrażowa wersja "Dare" okazała się filmem interesującym, ale pod wieloma względami niewykraczającym poza typowe rozwiązania fabularne. Obraz broni się przede wszystkim za sprawą postaci Johnny'ego. Niby jest to typowy młody chłopak z bogatej rodziny, który za wyluzowaną pozą skrywa sporo lęków i psychicznych ran. Jednak w interpretacji Zacha Gilforda jest to naprawdę fascynująca wielowarstwowa postać, niejednoznaczna i na swój sposób tragiczna. To jego naiwne pragnienie posiadania i Bena i Alexy, ta rozczulająca scena z matką Bena w samochodzie. Czuło się w tym szczerość. Podobała mi się też scena w basenie. Na Gilforda już wcześniej zwróciłem uwagę, a teraz to już z całą pewnością będą baczniej mu się przyglądał. Niestety jak na razie wybiera projekty o minimalnym znaczeniu komercyjnym. Mam nadzieję, że to się zmieni.

Na plus zaliczam też kreację Emmy Rossum. Piękna i utalentowana, udanie balansuje pomiędzy dwiema skrajnymi postawami: nerda i wyluzowanej zdziry.

Ocena: 7

sobota, 27 marca 2010

The Rise (2010)

Niewiele mam do powiedzenia o tym filmie. "The Rise" to historia świata w czasach krytycznych transformacji. Sprzedaż domu jest tutaj dość prostą i czytelną metaforą odchodzenia w przeszłość jednego pokolenia i wprowadzania się nowego, któremu przyszło żyć w trudnych warunkach. Efekt cieplarniany sprawia, że coraz ciężej jest godziwie żyć. Posiadłość kiedyś znajdująca się w centrum osiedla, dziś jest na skraju oceanu. Powracają czasy pierwszych osadników.


Ocena: 6

Play (2009)

Lynchowska opowieść o wirtualnym świecie, gdzie jednak gra prowadzi do kolejnej, a to do jeszcze jednej i tak bez końca. To rzeczywistość całkowicie uzależniająca, pułapka bez wyjścia, gdyż nawet przegrana bądź kliknięcie "exit" niczego nie zmienia. To tylko wybór opcji następnej gry.


"Play" to całkiem fajna, choć nieco przydługa krótkometrażówka. Skonstruowana wizja to labirynt, który mimo swej prostoty wciąga, podobnie jak gry bohaterów. Pod koniec film lekko siada, ale ironiczne, bardzo narkomańskie zakończenie wynagradza ten "bug".

Ocena: 7

Pia (2010)

"RoboCop" i "Strefa mroku" w jednym. Jest rok 2063. Umiera mężczyzna. Jego żona podpisuje zgodę na wykorzystanie jego ciała. Nie spodziewała się zapewne, że dwa lata później usługowy android pojawi się w jej domu mając wspomnienia zmarłego.


Film to liryczna opowiastka, z której tak naprawdę niewiele wynika. Jest to po prostu spotkanie osób, które spotkać się już nie powinny. Ale twórca nie stawia żadnych pytań, nie próbuje określić żadnych granic. W ten sposób brakuje w filmie tego wszystkiego, co czyniło z SF najlepsze narzędzie dyskursu filozoficzno-teologicznego. Szkoda, że Tanuj Chopra nie poszedł w ślady wielkich twórców SF.

Ocena: 6

The Other Side (2010)

Przewidywalna i do tego strasznie rasistowska opowiastka o rozpadzie Stanów Zjednoczonych. Ojciec i dwójka dzieci próbuje wydostać się ogarniętego bezprawie kraju do bogatego i szczęśliwego sąsiada jakim jest Meksyk.


Nic nowego, taki pomysł widziałem już kilka razy. Ciekawe jest to, jak wyglądają Stany. Otóż językiem oficjalnym jest hiszpański, angielski znajduje się na drugim miejscu. Policja i wojsko zupełnie się nie liczą. Jednym słowem to Latynosi są odpowiedzialni za to, że w 2040 roku USA nie jest już "najwspanialszym krajem na świecie".

Ocena: 5

Mister Green (2010)

Bajka o eko-terroryzmie. Przesłanie ma prawie identyczne jak "Fallout", tyle że rozszerzone na całą ludzkość. Jeśli chcemy zmienić świat, powinniśmy zapomnieć o przekonywaniu do swoich racji. Zamiast tego trzeba zmusić ludzi do zmiany, postawić ich przed faktem dokonanym.


Reżyser "Mister Green" nie za bardzo wierzy w ludzi. Co więcej, swoje racje wspiera cytatem z Gandhiego. Całkowicie jednak wypacza jej sens. Gandhi mówił o dobrowolnym przystąpieniu do zmiany. W tej krótkometrażówce nikt wolnego wyboru nie ma.

Ocena: 6

Fallout (2010)

Druga krótkometrażówek w serii "Futurestates" zdecydowanie nie jest przeznaczona dla kobiet. A już w szczególności dla kobiet, które mają nadzieję na założenie rodziny. Przesłanie "Fallout" jest dość proste, choć mrożące krew w żyłach. Chcesz kobieto usłyszeć deklaracje miłości od swego chłopa? chcesz, by zadeklarował, że jest gotowy na związek i dziecko? Zatem módl się o bombę atomową, bowiem tylko wtedy jest on gotów przyznać, że bez ciebie nie może żyć. Fakt, że film nakręcił facet dużo o nim mówi...


Co do samego filmu to mam mieszane uczucia. Podoba mi się użyta technika. Z drugiej strony w większości scen widać, że wszystko było nagrywane w pokoju. Tło, drugi i trzeci plan zostały nałożone dość niestarannie, przez co wszystko sprawia wrażenie sztucznej inscenizacji. Do tego dochodzi przeciętne aktorstwo. Oglądając film miałem wrażenie, że mam do czynienia z materiałem z aktorskiego szkolenia.

(Jake Muxworthy)

Ocena: 6

Plastic Bag (2009)

Werner Herzog jako plastikowa reklamówka przybliżający na zawiłości ludzkiej egzystencji jak i nieśmiertelności. Od pierwszego oddechu, przez pobyt ze stwórcą, porzucenie, podróż, po nieskończoność na dnie oceanu – "Plastic Bag" to wspaniała, poetycka przypowieść dająca nam inną perspektywę na problemy i pytania, z jakimi sami borykamy się dzień po dniu. Jaki jest sens naszego istnienia? Gdzie jest nasz stwórca? Miłość. Opuszczenie. Przypadek.


Oczywiście jest to również proekologiczna agitka. Reklamówka jest niemal niezniszczalna. Jej długowieczność, jeśli nie nieśmiertelność, jest prawdziwym problemem. Przez krótki czas jej życie ma jakiś cel, jakieś znaczenie. Potem, wyrzucona, nie mogąc przestać istnieć, skazana jest na wieczną tułaczkę i niemą modlitwę o śmierć.

Ocena: 9

piątek, 26 marca 2010

The Men Who Stare at Goats (2009)

Wbrew temu, czego można się było spodziewać, "Człowiek, który gapił się na kozy" nie jest absurdalną komedią awanturniczą. No, chwilami jest, ale nie stanowi to rdzenia obrazu. Tym jest pozbawione złudzeń rozliczenie z pokoleniem Dzieci Kwiatów, przez co wpisuje się on w cały trend podobnych obrazów (by wymienić choćby"Across the Universe").


Cała historia zaczyna się na początku lat 70., kiedy to Bill Django doznaje olśnienia podczas walk w Wietnamie. Następne lata spędzi w różnorakich hipisowskich komunach i ruchach alternatywnych nasiąkając atmosferą wolności, swobody i miłości. Tę filozofię spróbuje potem zaszczepić na grunt armii amerykańskiej. Początkowe sukcesy i utopijna naiwność z czasem stają się przyczyną zguby. Projekt, który miał służyć promowaniu pokoju został wypaczony, a potem skomercjalizowany. Na tle wojny w Iraku i z zagubionym dziennikarzem w roli narratora, reżyser kreśli ponury i gorzki obraz degradacji ideałów, choć dla łatwiejszego przełknięcia powleka wszystko sporą warstwą humoru. Ostatnia scena to próba wykrzesania nadziei, naiwnej wiary w cuda. Coś mi się jednak zdaje, że Heslov kręcąc ją nie do końca w to uwierzył.

"Człowiek, który gapił się na kozy" jest produkcją z technicznego punktu widzenia poprawną. Zabrakło w niej wewnętrznego ognia, ale stojące na wysokim poziomie aktorstwo i kilka absurdalnych scen nie pozwala obrazowi rozbić się na ewidentnych mieliznach narracyjnych. Jeff Bridges z całej obsady chyba prezentuje się najlepiej. Choć wytrzeszcz oczu George'a Clooneya niewiele mu ustępował.

Co ciekawe, niemal we wszystko, co pokazano w filmie jestem w stanie uwierzyć, jeśli pamięta się, jaka panowała w latach 80. retoryka i co tak naprawdę widać na ekranie.

Ocena: 7

czwartek, 25 marca 2010

Mentiras y gordas (2009)



Pusty film o pustym życiu hiszpańskich nastolatków. Całymi dniami nie robią nic innego, jak tylko balują i komplikują sobie życie uczuciowe. Twórcy "Mentiras y gordas" kompletnie bez pomysłu podeszli do tematu. Zamiast drapieżności i humoru (tego akurat odrobina, ale tylko odrobina, się znalazła) otrzymałem mdłą operę mydlaną z jedną piękną choć do bólu przesłodzoną w swym tragizmie sceną końcową. A może narzekam, bo za dużo naczytałem się Ellisa, który o młodych pisał dość konkretnie.


"Mentiras y gordas" przywodzi na myśl "Km. 0" czy "Amor de hombre". Mamy tu do czynienia z tą samą konstrukcją wielowątkowej opowieści splatającej się ze sobą. Bohaterowie gonią za iluzjami, karmią się nieistniejącymi uczuciami, wykorzystują siebie nawzajem i uciekają przed rzeczywistością. A kiedy pojawi się szansa na prawdziwe uczucie, w większości przypadków spieprzą to, zanim jeszcze będzie miało ono okazję rozkwitnąć.


Na tle wspomnianych wyżej filmów ta produkcja nie wyróżnia się ani na plus ani na minus. Przeciętna fabuła i gra aktorska to wynik skupienia się na stronie wizualnej. Wszyscy zostali dobrani według klucza urody. Na krótką metę to wystarczy, ale nie pozwoli zapamiętać filmu na dłużej.

Ocena: 6

Les dues vides d'Andrés Rabadán (2008)

Andrés Rabadán to postać prawdziwa. W 1994 roku zamordował swojego ojca strzelając z kuszy i doprowadził do wykolejenia się trzech pociągów. Został skazany na 20 lat pozbawienia wolności, które spędza w zakładzie psychiatrycznym.


Akcja filmu rozgrywa się po 11 latach odsiadki. W zasadzie niewiele się dzieje. Andrés cały czas próbuje udowodnić sobie i innym, że istnieje i wciąż próbuje uciekać. Nowa lekarz psychiatra zapisuje do programu, dzięki któremu być może będzie mógł skorzystać z przepustki. Zatrudniono też młodą pielęgniarkę, której zainteresowanie Andrésem daleko wykracza poza te należące do jej zawodowych obowiązków.Reżyser "Podwójnego Życia Andrésa Rabadána" niby próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak ktoś taki jak Rabadán, człowiek z pozoru zrównoważony, rozsądny i sympatyczny może jednocześnie być potworem z pierwszych stron gazet. I choć niby daje odpowiedź, to w rzeczywistości niczego nie wyjaśnia. Straszna postać ojca może co najwyżej rozjaśnić sytuację zewnętrzną, wskazać na impulsy, które pchnęły Andrésa na drogę zbrodni. Nie mówi jednak o tym, kim on sam jest. Przecież w podobnej sytuacji jest niestety wiele osób, a jednak mało kto porywa się z kuszą na ojca, a jeszcze mniej rozwala pociągi. Co naprawdę kryje się we wnętrzu Andrésa, tego się nie dowiemy, a reżyser dość sprytnie omija ten problem, wkładając w usta bohatera tekst sugerujący jakąś chwilową dysocjację osobowości (co jednak też jest tylko objawem i rodzi więcej pytań niż odpowiedzi).

Film jest fabułą dość prostą, lecz jest to mimo wszystko ciekawy portret osobowości. Trochę szkoda, że portret ten nie został pogłębiony, ale może reżyser nie był do tego zdolny. Jego relacje z Rabadánem są dość bliskie, sporo z nim rozmawiał, zanim zrobił film. Może więc jak pielęgniarka, nie ma dystansu i zadając pytania o to, dlaczego to zrobił, jednocześnie boi się otrzymać prawdziwą i szczerą odpowiedź.

Ocena: 6

wtorek, 23 marca 2010

Ander (2009)

Jest rok 1999, wszyscy boją się problemu Y2K i co stanie się z urządzeniami elektronicznymi. Y2K stało się symbolem końca pewnej epoki i początku nowej... który nie nastąpił, a raczej nastąpił, ale w sposób zupełnie niezauważalny. Podobnie rzecz się ma z bohaterami filmu "Ander". Przejście od zaściankowości do ultraliberalnego i alternatywnego stylu życia odbywa się tutaj w sposób tak naturalny, że niemal niewidoczny.


Ander to imię jednego z głównych bohaterów. Baska, rolnika pracującego dodatkowo w fabryce, głowę rodziny, na którą składa się matka i siostra. W jego domu panują bardzo konserwatywne zasady zachowania. Przy stole każdy ma przypisane sobie miejsce. Do kolacji nie można zasiąść póki nie pojawi się Ander, itp., itd. Pewnego dnia Ander ulega wypadkowi, łamie nogę i zostaje uziemiony. Gospodarstwem musi się ktoś zająć. Najęty zostaje zatem robotni, młody, sympatyczny Peruwiańczyk. Jak to zwykle bywa, wystarczy dodać obcy element do zamkniętego systemu, by system ten został rozsadzony od środka. Choć "rozsadzony" to złe słowo, tu raczej mamy do czynienia ze stopniową deterioracją. Przestawić się na nowe tory nie wszystkim jest łatwo, zwłaszcza jeśli miało się pewne oczekiwania co do siebie i swego życia. Jednak największą przeszkodą w nadejściu nowego jest to (coś lub ktoś), co hołduje starym zasadom. Przesłanie twórców "Andera" jest jednak proste: cierpliwości, prędzej lub później stare zniknie z powierzchni ziemi, taka jest kolej rzeczy.

"Ander" to bardzo uroczy film. Jego czar nie wynika z głównego wątku (który jest akurat najsłabszym elementem filmu), ale z tego, co dzieje się wokół. Niemal dokumentalne ukazanie życia baskijskiej prowincji. Sentymentalne ale w pozytywnym znaczeniu historie wiernej żony będącej zarazem dziwką czy platonicznej miłości trwającej dziesięciolecia. Piękne historie, niby banalne ale nie do końca banalnie pokazane.

Ocena: 7

Finished (1997)

I jeszcze jeden wczesny film Williama E. Jonesa, równie frustrujący co wcześniej przeze mnie opisane. Ponownie widzę w nim duży potencjał, który nie został do końca zrealizowany.

Pretekstem do filmu jest samobójcza śmierć aktora filmów pornograficznych. Niby Jones opowiada o tym, jak to chciał nakręcić o aktorze film, a w rzeczywistości zastanawia się nad tym, kim jest osoba decydująca się na pracę dziwki i porno-gwiazdy, czym jest przemysł pornograficzny i jaki ma wpływ na człowieka oraz co popycha ludzi do samobójstwa. Jones buduje skomplikowaną mozaikę wskazując kolejne tropy: narkotyki, AIDS, zbliżający się koniec kariery, mesjanistyczno-komunistyczne obsesje, dążenie ku nieśmiertelności. Niestety każdemu z tych elementów poświęca niewiele uwagi. Znów rzuca tylko hasła, ale już o wydanie plonów nie troszczy się. Tymczasem niektóre z jego koncepcji są niezwykle intrygujące i warto byłoby się im przyjrzeć z bliska. Jak choć koncepcja filmów pornograficznych, które unieśmiertelniają aktorów na zawsze pozostawiając ich młodymi i atrakcyjnymi.

"Finished" trudno mi też zaakceptować przez fakt bardzo przedmiotowego potraktowania bohatera. Mimo ciągłych deklaracji, jak to Jones chce "poznać" Lamberta, w rzeczywistości wykorzystuje go do budowy filmowej konstrukcji, w której rzeczywisty człowiek jest nieistotny.

Ocena: 5

The Fall of Communism as Seen in Gay Pornography (1998)

Trzeba przyznać, ż filmik ma niezwykle prowokujący i intrygujący tytuł. Niestety, jest również niezwykle zwodniczy. A szkoda, bo to naprawdę jest fascynujący temat wart głębszego zbadania bez popadania w tani skandal.

"The Fall of Communism..." to wykład/referat Jonesa, który zilustrowany został autentycznymi zdjęciami z gejowskich pornosów ze Wschodniej Europy (i podobnie jak tytuł więcej tu się obiecuje, niż rzeczywiście pokazuje). Niestety wykład ten pozostawia sporo do życzenia. Poza kilkoma ogólnie dostępnymi informacjami oraz frazesami jak to "aktorzy" są wyzyskiwani i otrzymują niewielką część tego, co ich amerykańscy koledzy po fachu, film nie oferuje nic. Jest jedno zdanie, które mogłoby być wstępem do głębszej analizy (Gorbaczow i Breżniew w jednym z pornosów), ale pozostaje ono bez dalszego ciągu.

To, co broni film przed klęską, to ostatnia część pozbawiona komentarza z offu. Oglądamy fragmenty "zdjęć próbnych" przeprowadzany przez producenta z rosyjskimi chłopakami gotowymi za kasę pokazać to i owo przed kamerą. To, co widać na ekranie jest absolutnie wstrząsające. Widzimy wyraźnie skrępowanych sytuacją chłopaków, którzy jednak cierpią obleśne zabiegi "producenta". To niemal gwałt, na który się godzą za marne grosze. Przerażający obraz wolnego rynku.

Ocena: 5

Ps. Film można obejrzeć na stronie reżysera TUTAJ.

poniedziałek, 22 marca 2010

Whatever Works (2009)

Po tragicznych "Scoop" i "Sen Kasandry" Woody Allen powraca do formy. Już "Vicky Cristina Barcelona" była udanym filmem, a w "Whatever Works" wzniósł się na wyżyny, które wydawały się być już poza jego zasięgiem. Od lat na filmie Allena nie bawiłem się tak wyśmienicie. "Whatever Works" jest połączeniem klasycznej komedii sytuacyjnej z libertyńskimi poglądami na życie, jakie modne były w latach 60. i 70. Allen cofa się tu po własnych śladach do czasów z początków kariery, lecz w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu z równie długim stażem, zupełnie nie nudzi… no może na początku, ale po 20 minutach film się rozkręca i nie zwalnia tempa aż do samego końca.


Podstawą sukcesu "Whatever Works" jest fantastyczny scenariusz, pełen soczystych i zabawnych dialogów. Niemal wszystko w nim funkcjonowało. Allen w końcu stworzył całą plejadę barwnych postaci. Oczywiście prym wiedzie niesamowity Larry David, który do perfekcji dopracował postać neurotycznego hipochondryka z awersją wobec wszystkich, którzy mają IQ niższy od niego (czyli 99% ludzkiej populacji). Choć jest egocentrykiem pełnym zgryźliwości, nie jest postacią antypatyczną, a w głębi duszy jest człowiekiem całkiem sympatycznym. Evan Rachel Wood zaimponowała mi swoim talentem i artystyczną dojrzałością. Jak dla mnie Melody to jej najlepsza rola w karierze. Patricia Clarkson jak zwykle nie zawiodła. Jako dewotka z Południa była moją ulubioną postacią i strasznie żałuję, że tak szybko dokonała się w niej przemiana. Na deser został Henry Cavill. Po raz pierwszy widzę go w roli niekostiumowej i wypada niezgorzej. Mam nadzieję, że w końcu się wybije, że nie wpadnie w tę samą pułapkę co Joseph Fiennes.

(Henry Cavill)

Bardzo podoba mi się również atmosfera wolności i swobody, jakiej u Allena nie było już od lat jeśli nie dziesięcioleci. Tym razem Allen zdaje się naprawdę równo traktować różne wersje związków, zgodnie z tytułem filmu, że dla każdego co innego może zafunkcjonować. W "Vicky Cristina Barcelona" trójką koniec końców się rozpada, tu już jest źródłem pełnej satysfakcji Podobnie związek hetero- i homoseksualny czy też z dużą różnicą wieku. Allen pokazuje też, że związki, które aktualnie funkcjonują dobrze, za jakiś czas mogą przestać być takimi harmonijnymi, że życie jest dynamiczne i tak samo jest z relacjami. Po zakończeniu jednego związku, pojawi się kolejny, wystarczy być na niego otwartym albo mieć trochę (nie)szczęścia.

Ocena: 9

niedziela, 21 marca 2010

Harold & Kumar Escape from Guantanamo Bay (2008)

Pierwszy film o przygodach Harolda i Kumara przeszedł u nas zupełnie bez echa, zagrzebany gdzieś pośród premier DVD. A szkoda, bo była to zabawna i do tego całkiem inteligenta rozrywka połączona z podróżą przez amerykańskie kino. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później musiałem obejrzeć kontynuację. Niestety w tym przypadku prawo sequeli okazało się prawdziwe. Film jest słabszy od swojego poprzednika.


Tym razem Harold i Kumar mają lecieć do Amsterdamu, zamiast tego wylądują w Guantanamo Bay, na Florydzie, w Alabamie i Teksasie. Po drodze znów czekać ich będzie sporo zwariowanych przygód, choć nie aż tak jak w pierwszej części. Film bardzo powoli się rozkręca. Dopiero od scen przesłuchania rodziców Harolda i Kumara zaczyna robić się ciekawie. Scena z czarnoskórymi ulicznymi koszykarzami, z KKK, z NPH naprawdę śmieszyły. W szczególności zabawna była scena z sarenka i wizyta u rednecków. Kiedy znika z filmu Harris, całość znów traci tempo i nie odzyska go już do końca.


Mimo to fajnie było film obejrzeć. Plusem są cytaty filmowe jak również niezła ścieżka muzyczna.

Ocena: 6

I'm Here (2010)

Czy androidy marzą o złamanym sercu?

Spike Jonze znów się popisał. Jego krótkometrażówka "I'm Here" nawet gdyby opowiadała o ludziach byłaby przeurocza, a ponieważ bohaterami uczynił androidy, jest rewelacyjna. Jedyny minus to fakt, że film powstał dla promocji wódki.


Na pierwszy rzut oka jest to niezwykle romantyczna opowieść o miłości, której bohaterami są introwertyczny pracownik biblioteki i nieco roztrzepana dziewczyna. Jonze cudownie pokazuje kolejne etapy znajomości. Ich pierwsza rozmowa przy samochodzie, fantastyczna scena w łóżku. "I'm Here" to kwintesencja niezależnego kina spod znaku "feel good", pełna uroczych chwil, wzruszeń, radości i gorzkich momentów.

Jednak na film można też spojrzeć zupełnie inaczej, mniej romantycznie, a bardziej klinicznie. Zamiast cudownej miłości możemy uznać, że mamy tutaj do czynienia z mocno zaburzonym młodym chłopakiem i niezwykle problematyczną relacją. Oto główny bohater to osoba zamknięta w sobie, którą nagle ktoś zauważa. Pojawia się przemożna chęć bycia z nią, doprowadzenia do symbiotycznej relacji, w której zaciera się granica pomiędzy własnym "ja". Stopniowo własne "ja" jest coraz bardziej redukowane, aż staje się ledwie dodatkiem do nowego tworu. Takie postępowanie, gdyby dotyczyło ludzi, zostałoby uznane za należące do grupy najpoważniejszych zaburzeń psychicznych.

Ocena: 9

Ps. Jonze udostępnił film wszystkim internautom. Można się wybrać na niego do wirtualnego kina TUTAJ (trzeba tylko trafić na godzinę seansu).

sobota, 20 marca 2010

Massillon (1991)

"Massillon" to spojrzenie na świat okiem "przestępcy". Jest to świat pozbawiony w zasadzie ludzi. Widzimy efekt ich działań, słyszymy wspomnienia o kontaktach z nimi, lecz na ekranie prawie ich nie ma, a kiedy są to migają nam jako przechodnie, element tła. To intrygujący zabieg zastosowany przez osobę, której obecność negowana jest w społeczności, jaką portretuje. Tak, jak on jest niewidzialnym outsiderem dla bogobojnych Amerykanów, to oni są jedynie duchami dla niego.



Konstrukcja filmu jest całkiem intrygująca. Nakręconym 16-mm kamerą zdjęciom Ohio i Waszyngtonu towarzyszą komentarze z offu reżysera. Pierwsza część to autobiograficzna opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Jonesa rozpoczynając od szkółki niedzielnej, a skończywszy na pierwszych homoseksualnych doświadczeniach. Tę część cechuje dystans do samego siebie spleciony z sentymentalną introspekcją. Wszystko to zaś przyozdobione zostało ironicznymi komentarzami, które na Zachodzie stały się punktem skupiającym uwagę krytyki. Druga część to rozważania na temat prawa karnego według którego stosunki homoseksualnej podlegają nawet dożywotniemu więzieniu. Ta część jest niczym studencki referat, z którego można dowiedzieć się o źródle słowa "bugger", o grzechu sodomii i unii prawa kościelnego z cywilnym, czego wynikiem było uznanie homoseksualizmu za przestępstwo.

"Massillon" to ciekawy eksperyment filmowy. Jednak czuje się w nim jakąś niedojrzałość. Mimo zerwania więzi pomiędzy audio i wideo, jest to rzecz nadmiernie konkretna, bym mógł ją uznać za udane dzieło artysty. Jest jednak z całą pewnością intrygującym spojrzeniem na Jonesa i jego artystycznej wrażliwości.

Ocena: 5

Tres dies amb la família (2009)

Oto film, który z pozoru jest kompletnie pusty, wyprany ze znaczeń, przesłań i morałów. Zgodnie z tytułem oglądamy trzy dni z życia pewnej rodziny, która żegna głowę rodziny. Film w zasadzie nie ma początku ani końca, większość spraw jest jedynie zaznaczonych ale nie rozwiązanych. Zwolennicy kina hollywoodzkiego wyjdą na pewno zawiedzeni.


To, co jest siłą filmu to rejestracja interakcji, możliwość podejrzenia samego życia. Tu nie jest istotna fabuła, lecz sam proces istnienia i kontaktowania się z innymi. Jedno spojrzenie, kluczowy wyraz, gest. To wystarczy, nie potrzeba nic więcej, byśmy zrozumieli, w jakim stanie znajdują się bohaterowie. Niestety problem w tym, że tak naprawdę powyższe dotyczy trójki bohaterów. Reszta jest tylko tłem, a materiał aż prosił się o film z rodzaju "ensemble". Przez fakt, że z jednej strony kamera jest niby tylko obserwatorem, a z drugiej jej percepcja jest wyraźnie selektywna, reżyserka jawi się niczym pozerka.

Ocena: 6

Arritmia (2007)

Zaczynam powoli mieć dosyć filmów o wojnie. Jeśli bowiem nie jest to kino akcji, a dramat, to już po samym haśle gatunkowym wiadomo, czego się spodziewać: bohaterów, których niszczy przemoc, którzy nie potrafią sobie z nią poradzić. I tak jest też w "Arytmii". Choć twórcy próbują zagmatwać sprawę, jest to ni mniej ni więcej, jak tylko opowiastka o młodym i przystojnym (oczywiście!) facecie, któremu więzienie Guantanamo wyszło bokiem doprowadzając go na skraj szaleństwa. A ja zamiast się wczuć w jego ból nie mogłem przestać się zastanawiać, co jest z ludźmi nie tak. Czy rozwój cywilizacyjny sprawia, że jesteśmy coraz słabsi psychicznie? A może w czasach starożytnych, czy średniowieczu ludzie też cierpieli na syndrom stresu pourazowego związanego z brutalną rzeczywistością wojny?


Twórcy filmu mieli kilka fajnych pomysłów, ale też i kilka zupełnie nietrafionych. Zatarcie granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy. Niestety trochę nie wyszła realizacji i zbyt łatwo jest przejrzeć całą intrygę. Zdecydowanym niewypałem było wprowadzenie monologów z offu. Sprawiają one, że całość jest pretensjonalnym bełkotem pseudoartystów.

Rupert Evans wypada tutaj znacznie lepiej niż w "Agorze", choć obsesja Vicente Peñarrochy na punkcie pokazywania jego zbolałej twarzy graniczy z fetyszyzmem. Oczywiście dla mnie najważniejszy był Derek Jacobi. Niestety tutaj wypadł średnio.


Niezła jest ścieżka dźwiękowa. Niestety została ona wybrana przez grafomana. Większość piosenek w sposób tak oczywisty wali po uszach, że zamiast podkreślać obraz sprawia, że całość jest po prostu ordynarna.

Ocena: 6

Ps. Pierwszy klip zawiera wiele scen, których nie ma w wersji filmu, jaka widziałem – na szczęście, bo tu łopatologia aż miażdży.

czwartek, 18 marca 2010

Legion (2010)

Na "Legion" wybierałem się z cichymi nadziejami, że będzie to "Armia Boga" na dobry początek nowego wieku, ale obawiając się, że bliżej mu będzie do "Gabriela". Niestety moje obawy się sprawdziły. Zamiast klimatu mam tu głupawe sceny walki i fabułę, która trzyma się kupy tylko na słowo honoru.

Niezależnie jednak od słabości scenariuszowych, film ma też swoje zalety. Przede wszystkim obsada. Paul Bettany świetnie się spisał jako archanioł Michał. Mając całkowicie bezsensowną rolę do zagrania, idealną dla mięśniaka z bokserską lub zapaśniczą przeszłością, potrafił dobrze się bawiąc zachęcić mnie do oglądania całości. Jest oczywiście Lucas Black, którego uwielbiam i naprawdę bardzo żałuję, że nie zrobił jak dotąd kariery (za samą jego obecności film ma o 1 punkt więcej).

Efekty specjalne są na poziomie "Xeny", a sceny nie mają większego sensu. Kilka ciekawych pomysłów ginie zalane lipnym scenariuszem. Na szczęście film nie jest tak zły jak choćby "Book of Eli", za co jestem twórcom dozgonnie wdzięczny.

Ocena: 5

Shutter Island (2010)

"Wyspa tajemnic" należy do tego rodzaju filmów, o których można mówić jedynie zdradzając fabułę, a jednocześnie warto obejrzeć go wcześniejszej znajomości, gdyż zawiązanie intrygi ma tu kluczowe znaczenie. Dlatego też lojalnie uprzedzam tych, którzy chcą poznać moją opinię: będzie pełno spoilerów, więc czytacie na własną odpowiedzialność.


Pod koniec filmu główny bohater grany przez Leonardo DiCaprio zadaje pytanie: Co jest lepsze: żyć ze świadomością, że jest się potworem, czy też umrzeć dobrym człowiekiem? On dokona wyboru, ale pytanie tak naprawdę zadane zostało widzom. Jeśli o mnie chodzi, zgadzam się z nim, choć z racji odebranego wykształcenia teoretycznie bliższe powinno być mi stanowisko psychiatrów.

Jest jednak coś nie do końca stosownego już w samym pojęciu "zaburzenia" psychicznego czy "choroby" psychicznej. Niby potem mówi się, że jest to strategia przetrwania, mechanizm obronny, ale jednocześnie staje się na stanowisku, że norma jest czymś właściwym i pożądanym, a chorego pacjenta trzeba nakierować, by przepracował traumę i stał się produktywną komórką społeczeństwa. Wystarczy jednak spojrzeć na przypadek Andrew Laeddisa, by zobaczyć jak powierzchowne jest to podejście. Andrew był gliną, a raczej agentem federalnym, który w wyniku swoich doświadczeń lubił sobie wypić. Jednak jego największym problemem było całkowite ignorowanie psychicznych kłopotów żony. Mimo podejmowanych przez nią prób samobójczych, mimo niepokojących zwierzeń, Andrew ignorował objawy, zostawiając ją samą, bez nadzoru. Pewnego dnia, kiedy wrócił do domu, został świadkiem tragedii – żona utopiła trójkę dzieci. Andrew całkowicie się załamał. Ostatnim świadomym (choć już nie do końca) czynem było zastrzelenie żony, po czym jego umysł zaprotestował, odciął się od wspomnień i stworzył sobie zupełnie nową tożsamość. W tej tożsamości niepokojony jest przez wizje i dziwne sny, jego misja za każdym razem kończy się niepowodzeniem, a jednak on sam jest w niej zupełnie innym człowiekiem. Ponieważ oglądamy właśnie tę wymyśloną tożsamość ale tak jak on, jakby była prawdziwa, możemy skreślić słowo "jakby" – ona była i jest prawdziwa dla Andrew, o czym przekonujemy się dobitnie na własnej skórze – w końcu dla nas ta rzeczywistość też jest prawdziwa, aż do czasu konfrontacji w latarni. Możemy zatem sami przekonać się, która z tych rzeczywistości jest mniej destrukcyjna dla Andrew. Niestety to nie jednostka, a grupa liczą się wśród ludzi. Ta filozofia skazuje z samej swej podstawy bohatera na cierpienie: albo zaakceptuje ból prawdy albo też przejdzie zabieg, którego rezultatów nie da się odwrócić.

Ponieważ znałem książkę i wiedziałem, jak się skończy, nieco inaczej patrzyłem na fabułę – głównie pod kątem scen kluczy. Muszę powiedzieć, że Scorsese świetnie sobie z tym zadaniem poradził. Począwszy od otwierającej film sceny wyłaniania się promu z mgły przez dramatyczne śledztwo po koszmary i wizji – całość buduje gęstą, niepokojącą atmosferę. Film byłby pewnie jeszcze lepszy, gdyby nieco zmieniono scenariusz i skrócono środkową część. Kilka scen powtarza się zupełnie bez sensu trącą łopatologią, wybijając widza z rytmu i przytłaczając oglądających. Bardzo dobrze za to wypadła cała ekipa aktorska, no i oczywiście materiał źródłowy jest niezwykle wartościowy. I choć uważam "Wyspę tajemnic" za najsłabszą z adaptacji Lehane'a, to jednak nie ulega wątpliwości, że to właśnie jego książki są teraz najlepszym źródłem inteligentnych, mrocznych opowieści "made In Hollywood".

Ocena: 7

wtorek, 16 marca 2010

The Box (2009)

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że Richard Kelly okazał się typowym przypadkiem "one hit wonder". "Donnie Darko" było niezłe, ale wszystko, co później nakręcił jest już po prostu słabe. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kelly jest totalnie zafiksowany na tej samej historii i w kółko opowiada to samo. Popełnia tu ten sam błąd co wcześniej M. Night Shyamalan, jednak tamten miał więcej udanych obrazów niż Kelly.


Choć jest to adaptacja opowiadania, film jest w 100% 'kelly'owski". Ponownie mamy kilka planów rzeczywistości, skomplikowane intrygi wewnątrz intryg i szarzy ludzie wystawieni na próbę przekraczającą ich możliwości. Całość przypomina raczej odcinek "Strefy mroku" niż pełnoprawny film kinowy. Śmieszne jest przesłanie. Oto bowiem kobiety okazują się materialistkami i przyczyną, dla której ludzkość nie potrafi przejść prostego testu. Z kolei mężczyźni postawieni zostają w sytuacji męczenników i katów. Szkoda tylko, że ten morał ubrano w tak przestarzałe szaty.

"The Box" to oczywiście krok w dobrym kierunku w porównaniu z "Końcem świata". Niewielka to jednak pociecha, gdyż tamten film naprawdę znajdował się poniżej przyzwoitego poziomu.

Ocena: 5

poniedziałek, 15 marca 2010

Różyczka (2010)

Nie podzielam zachwytów nad filmem Kidawy-Błońskiego. W moich oczach "Różyczka" jawi się jako film wtórny a przy tym wybrakowany. Cała fabuła jest niedokończona, jakby twórca poszedł na skróty zmęczonym wysiłkiem tworzenia dobrej fabuły.


Nie podoba mi się wałkowanie w kółko tego samego obrazu PRL: SB-cy są tu prymitywami o zwierzęcym magnetyzmie, którzy uwodzą bogu ducha winne panienki. Za współpracą z tajnymi służbami zawsze kryje się jakaś słabość, usprawiedliwienie.

Nie podoba mi się również to, że w tym szpiegowsko-sercowym trójkącie dopracowano zaledwie dwa wierzchołki. Świetnie wykreowano postać Rożka: faceta z pozoru twardego, w głębi ducha słabego i tchórzliwego, który dla krycia swojej tajemnicy jest w stanie poświęcić miłość. Dobrze wypada również tytułowa Różyczka jako niespełniona femme fatale, która kierowana miłością, prawdziwą miłość odkrywa. Niestety kluczowy element tej układanki – inwigilowany Adam Warczewski – to niewypał (choć Andrzej Seweryn gra go dobrze). Ta postać ma sens, gdyby jak reszta grał, udawał, był kimś innym, niż jest z pozoru. Niby postać grana przez Szapołowską stara się coś tam zasugerować, ale w filmie nie jest to pokazane. A tymczasem byłby to zupełnie inny obraz, gdyby Warczewski na początku grał Różyczką w takim samym stopniu, co ona nim. Oczywiście jemu przyświecałyby inne cele niż jej (łóżko a nie wyciągnięcie tajemnic). Wtedy mielibyśmy prawdziwą, soczystą intrygę, a tak film zdaje się jedynie bladym cieniem "Gdzie leży prawda" Egoyana.

Oglądając zaś sceny na dworcu Warszawa Gdańska pomyślałem, że tak naprawdę to obejrzałbym sobie komedię osadzoną w 1968 roku o obrotnym Polaczku, który chciałby się uwolnić od PRL-u i chce wyjechać na Zachód. W tym celu udaje Żyda i syjonistę, by tylko znaleźć się na liście osób w kraju niepożądanych. Niestety po drodze poznaje piękną agentkę SB (choć nie wie, że agentką jest) i nagle przestaje mu się uśmiechać deportacja z kraju.

Ocena: 6

Les plages d'Agnès (2008)

Mam mieszane uczucia co do "Plaży Agnes". Z jednej strony bardzo spodobała mi się instalacyjna forma dokumentu. Opowiadając o swoim życiu Varda wykorzystuje bardzo różne techniki filmowania, bawi się obrazem, eksperymentuje taśmami, kamerami, scenografią. Miesza zdjęcia archiwalne z rekonstrukcjami, tworzy film a jednocześnie video-art.


Jednak z tych samych powodów film mi się nie podoba. Odrzuca mnie jako wykoncypowany, sztuczny, wyrachowany, wręcz perfidny. Kontrola nad własną historią jest tu posunięta do absolutnego maksimum. Terror osobistej interpretacji i wiwisekcja własnych doświadczeń miesza się tu z wyreżyserowaniem każdego kroku. Dlatego też nie potrafię uwierzyć we łzy Vardy, które roni patrząc na zrobione przez siebie fotografie ludzi już nieżyjących. Wydaje się to być tylko grą na potrzeby filmu. Co więcej, kiedy spojrzeć na całość filmu okaże się, że tak naprawdę niewiele dowiadujemy się o jej życiu. Sprytnie wyłgała się z przybliżenia swego dzieciństwa, jeszcze sprytniej "opowiedziała" o związku z Demym - niby mówi dużo, ale tak naprawdę jest to puste. Zastanawiam się zatem, czy cała ta instalacja zamiast zwieść widza nie ma przypadkiem zwieść jej samej, niczym mechanizm obronny tworzący bufor pomiędzy prawdą, a tym co gotowa jest świadomie przyjąć.

Plusem są zdjęcia archiwalne, te przynajmniej są szczere, choć stojąca za nimi decyzja już niekoniecznie.

Ocena: 7

niedziela, 14 marca 2010

School for Scoundrels (2006)

W ramach nadrabiania zaległości sięgnąłem po komedię Todda Phillipsa zrealizowana przed "Kac Vegas". "Szkoła dla drani" okazała się typową dla Phillipsa produkcją o facetach, którzy w końcu muszą dojrzeć (jako tako) i wziąć kontrolę nad swoim życiem lub je zaakceptować.


W "Szkole dla drani" mamy do czynienia raczej z tą drugą sytuacją. Phillips pokazuje, że owcy nie da się przerobić na wilka. Można ją w wilka przebrać, po drodze może się nawet czegoś nauczyć, ale koniec końców zmiany nie są głębokie. I o to właśnie chodzi. Ważniejsze od zmiany jest zaakceptowanie siebie i znalezienie swojej własnej niszy na świecie. Celem jest żyć dobrze i w zgodzie ze sobą. Phillips idzie w swoim przesłaniu jeszcze dalej, otóż pokazuje on, że prawdziwe "dranie" to mit. Twardziele tylko grają takich, wystarczy, że pojawi się ktoś silniejszy, a już kulą ogon. A że ktoś się pokaże to pewne, choć w połowie przypadków nie jest to w ogóle nosiciel chromosomu Y.

Film ogląda się fajnie, choć naprawdę zabawnych scen jest niewiele. Na szczęście Phillips nie przynudza i tym razem nie zaliczył wpadki, jak mu się to ze "Starskym i Hutchem" zdarzyło.

Ocena: 6

In the Loop (2009)

Chyba od czasu "Pulp Fiction" o Oscara za scenariusz nie ubiegał się film z taką liczbą przekleństwa. O ile jednak u Tarantino były to głównie "fucki", o tyle u Brytyjczyków język jest o wiele bardziej barwny i soczysty. I trzeba przyznać, że za sprawą Petera Capaldiego jest to najbardziej atrakcyjny element filmu.


Za tym komediowym płaszczykiem "In the Loop" skrywa jednak przerażającą prawdę o współczesnej polityce. Choć jest to w gruncie rzeczy satyra na transatlantycki sojusz USA-Wielka Brytania, obawiam się, że twórcy niewiele pomylili się jeśli chodzi o ukazanie mechanizmów wypowiadania wojny przez dzisiejsze mocarstwa. Bez trudu mogę sobie wyobrazić, że właśnie tak w 2003 roku wyglądały przygotowania do inwazji na Irak. Gabinetowe przepychanki, naiwni politycy wystawieni na odstrzał, manipulacja faktami, aż dochodzimy do sytuacji bez wyjścia. Wszyscyśmy to widzieli, kiedy USA wrzeszczało o broni masowego rażenia w Iraku. Wtedy publika to łyknęła, ale i ona nie miała wyjścia. W "In the Loop" opinii publicznej prawie nie widać. Świat polityki rzadko kiedy ma z nimi do czynienia, choć przecież nie taka jest definicja demokracji. Kiedy w końcu się pojawia, jest manipulowana i wykorzystywana jak wszystko inne.

"In the Loop" jest może nazbyt statycznym filmem, ogląda się to prawie jak teatr telewizji. Jednak scenariusz i dialogi ma fantastyczne. Brits done it again.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po serial.

Ocena: 7

sobota, 13 marca 2010

Alex in Wonder (2001)

Produkcja jakich wiele. W zasadzie nie ma się za bardzo do czego przyczepić. Wszystko zostało tu zrealizowane dość poprawnie. Nie ma jednak nic, za co film warto byłoby zapamiętać. Oto opowiastka o dorastającej dziewczynie, która odkrywa, że świat nie jest tak liberalny, jak by się mogło wydawać, że jej szczęśliwa rodzina też się może rozstać, a seks nie zawsze jest źródłem euforii. Bohaterowie są sympatyczni, poszczególne sceny nawet fajne. Zgrało się to w całość, ale niestety brakuje smaku, brakuje wyrazistości.

Ocena: 6

Savage Grace (2007)

Kiedy tylko dowiedziałem się, o czym są "Uwikłani", wiedziałem, że muszę ten film obejrzeć. Do tego w obsadzie pełno osób, które lubię. Nie miałem w zasadzie wyboru. Niestety dochodzące do mnie informacje, że film jest słaby, potwierdziły się. Tom Kalin całkowicie pogubił się w tej opowieści.


Film opowiada fascynującą więź zależności, gdzie miłość nierozerwalnie spleciona jest z nienawiścią. Barbara i Brooks tworzą wzorcową wręcz parę opartą na mechanizmie przyciągania się przeciwności. Grają sobie na nerwach, walczą o dominację, bez przerwy się ranią, a jednak fascynacja jest silna. Brooks przez długi czas nie będzie mógł uwolnić się z sieci zarzuconej na niego przez Barbarę. Miał jednak tę przewagę, że dorósł bez jej obecności. W końcu więc udało mu się uwolnić, choć nie całkowicie. Natura nie znosi jednak pustki. Jego miejsce w życiu Barbary zajął ich syn Tony. Tony, który we wczesnym dzieciństwie nauczył się ukrywać swoją wściekłość i pokazywać jedynie miłość do Barbary. Im bardziej granica pomiędzy nim a matką zanikała, tym większy był wewnętrzny nacisk. Aż w końcu nie wytrzymał. Wyzwolił wszelkie swoje skrywane uczucia, "upuścił" pary i uspokoił się. Dla zewnętrznego świata musiał jednak wyglądać jak potwór.

(Unax Ugalde)

Niestety Kalin nie poradził sobie z tą delikatną acz wyrafinowaną materią. Jest ostentacyjny, wręcz ordynarny w tym, jak pokazuje bohaterów. Nie ma nawet najmniejszego wyczucia w niuansach i cieniach relacji. Obraz próbują ratować aktorzy i do pewnego stopnia im się to udaje. Ale Kalin robi wszystko, by ich zniszczyć. To, jak pokazuje Julianne Moore to zbrodnia! Zaś muzyka woła wręcz o pomstę do nieba. Ach, jakaż szkoda, że to Kalin wziął się za realizację historii Baekelandów, wielka szkoda.

Ocena: 5

czwartek, 11 marca 2010

Double Take (2009)

"Dubel" to film przedziwny. Nie sposób w zasadzie go określić. Z jednej strony można powiedzieć, że jest to dokument, ponieważ składa się wyłącznie z materiałów archiwalnych i dokumentalnych. Z drugiej strony "Dubel" jest swoistą adaptacją opowiadania Jorge Luisa Borgesa "Veinticinco Agosto 1983". Wszystko to zaś wykorzystane jest po to, by stworzyć filmową impresję o czasach zimnowojennych lęków i narodzin współczesnego konsumpcjonizmu, któremu początek dało rozpowszechnienie się telewizji i reklam.


Jak u Borgesa "Dubel" zapętla się, zatraca linearność narracji, a nawet jednolitość bohatera, którym jest Alfred Hitchcock. Jak w opowiadaniu Borgesa tak i w "Dublu" główny wątek fabularny dotyczy spotkania bohatera z samym sobą tyle że starszym. Na Hitchcocka spoglądamy przez pryzmat jego telewizyjnych wcieleń ale i produkcji kinowych jak "Ptaki". Patrzymy też na niego przez pryzmat jego sobowtóra oraz imitatora jego głosu. Jednocześnie jednak obserwujemy kulminacyjny okres zimnowojennych zmagań, kiedy to ZSRR pod wodzą Chruszczowa wysforowała się na przód w wyścigu o podbój kosmosu, by zaraz potem ulec blefom Kennedy'ego. Gdzieś w tle przewija się wątek spiskowej teorii dziejów oraz irytująca wszechobecność reklamy.

"Dubel" to film trudny w odbiorze, choć słowo "film" nie do końca jest właściwe. Johan Grimonprez stworzył kolażową impresję a do jej utrwalenia wykorzystał taśmę filmową. To rzecz, która dla 99% widzów będzie nie do zniesienia. Jednak pozostały procent uzna go za fascynujący. Mnie może nie powalił na kolana, ale z całą pewnością zaciekawił.

Ocena: 7

środa, 10 marca 2010

The Crazies (2010)

Horror należy do tych gatunków, które najlepiej sprawdzają się jako barometry społecznych nastrojów. W końcu muszą odwoływać się do naszych lęków. Kiedy Romero kręcił swoich "Szaleńców" kończyła się właśnie era "Dzieci Kwiatów". Niewinność i wiara w czystość ludzkiego ducha rozwiewała się niczym dym marihuanowego skręta. Jej miejsce zajmowała mroczna strona człowieczeństwa: demony i skrywane namiętności. Dlatego też tak często w latach 70. w horrorach mieliśmy do czynienia z opętaniami czy to nadprzyrodzonymi czy też wytworzonymi przez człowieka. To właśnie dlatego Romero pokazywał nam świat, w którym człowiek sprowadzony został do stworzeń żyjących bez żadnych hamulców.


Dziś boimy się (a przynajmniej boją się Amerykanie) czegoś zupełnie innego. Żyjemy w czasach Patriot Act i terrorystycznego zagrożenia. Przeraża nas zatem łatwość, z jaką sąsiad może zwrócić się przeciwko sąsiadowi, a najlepszy przyjaciel niespodziewanie staje się śmiertelnym wrogiem. Przeraża też państwo i rząd, który przestał stać na straży dobra obywateli a stał się więziennym strażnikiem inwigilującym, ograniczającym wolność, a kiedy trzeba eliminującym bez jakiejkolwiek kontroli. I to właśnie zobaczyć możemy w "Opętanych".

Niestety Romero był bardziej sugestywny w swojej wizji niż Breck Eisner. Autor "Opętanych" rozkraczył się fabularnie. Z jednej strony nie poszedł w kierunku gore i torture porn, choć kilka średnio krwawych scen pokazano, z drugiej strony słabo mu wyszło straszenie Wielkim Bratem. Niezdecydowanie, próba znalezienia drogi środka sprawiła, że film jest kompletnie nijaki. W tym wszystkim najbardziej żal mi Joe Andersona, który gra zdecydowanie lepiej, niż było to wymagane oraz Timothy'ego Olyphanta, którego lubię, a który niestety w kinie nie potrafi zaistnieć. Role w "Opętanych" nie pomogą ani jednemu ani drugiemu.

Ocena: 5

wtorek, 9 marca 2010

The Lovely Bones (2009)

Nie czytałem książki, zatem nie mam zielonego pojęcia, na ile wierna jest to adaptacja. Może to jednak i lepiej, dzięki temu mogę po prostu skupić się na wrażeniach filmowych, bez dodatkowego "zanieczyszczenia".


Wiem, że na Zachodzie film został przyjęty z mieszanymi uczuciami i dlatego do kina wybierałem się z pewnymi obawami. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Film naprawdę mi się spodobał, a kiedy trzeba i wzruszył. To nie jest ten Jackson z "Władcy Pierścieni", o nie. "Nostalgia anioła" więcej ma wspólnego z jego wcześniejszymi filmami jak "Przerażacze" (estetyka wizualna) czy "Niebiańskie stworzenia" (narracja). Owszem, Jackson ma czasem manieryczne wtręty, których mógłby się pozbyć, ale z całą pewnością film trzyma poziom.

Historia Suzie, która musi zaakceptować istnienie świata bez niej oraz jej rodziny, którzy muszą zaakceptować życie bez niej opowiedziana została z wdziękiem i emocjonalnym wyczuciem. Przejście od życia do śmierci jest wspaniale ukazane. Nie trudno wyobrazić sobie, że właśnie tak rodzą się duchy. Scena rozpaczy ojca i pękających butelek ze statkami należy do najbardziej wzruszających w całym filmie. "Nostalgia anioła" wydała mi się bardzo prawdziwym obrazem bólu, rozpaczy, wściekłości. Do tego cudowna Susan Sarandon jako wentyl bezpieczeństwa. Wielkim plusem jest oczywiście Stanley Tucci, który wcale siebie nie przypominał.

Film jest trochę przegadany. Jak na mój gust Jackson trochę za mało operował obrazem. Cóż, rzadko kiedy można dostać wszystko. Teraz pewnie sięgnę po książkę i sprawdzę, co tak zachwyciło miliony...

Ocena: 7

niedziela, 7 marca 2010

Phoebe in Wonderland (2008)

W kinach triumf (przynajmniej finansowy) odnosi "Alicja w Krainie Czarów" Tima Burtona, ja zaś sięgnąłem po mniej spektakularną wersję "W krainie czarów". Rzecz wtórna, ale na swój sposób bardzo urocza. To połączenie Terry'ego Gilliama z "W krainie traw" z "Were the World Mine" z niewielkim dodatkiem "Nibylandii". To, co łączy wszystkie te trzy filmy, to niezwykle delikatna granica, jaka dzieli świat realny od wyobrażonego.


Kiedy oglądam takie filmy, zawsze w głowie pojawia mi się w głowie pytanie, czy zaburzenia psychiczne rzeczywiście należy leczyć. I zawsze filmy te przekonują mnie, że w niektórych przypadkach nie. Choćby Phoebe. Jest to dziewczynka, która bardzo różni się od swoich kolegów. Ma wspaniale rozwiniętą wyobraźnię, ale też cierpi na wiele kompulsji. Jej zaburzenie ma swoją nazwę, można je kontrolować. Tylko czy aby powinno się. Odpowiedź brzmi "tak", jeśli Phoebe ma stać się "produktywnym" członkiem społeczności. Jej zachowanie potrafi wpływać destabilizująco, wyróżnia, przez co staje się obiektem wrogości. Z drugiej jednak strony jest inna. Jej obecność wzbogaca nie tylko ją samą ale też całą wspólnotę. Jeśli znajdzie swoją niszę, jeśli pojawi się ktoś, kto skanalizuje jej energię, wtedy może powstać coś wspaniałego. Twórcy pokazują, że nie normalizacja jest właściwą drogą, ale próba znalezienia miejsca dla odmienności. Nawet takiej, którą powszechnie nazywa się zaburzeniem psychicznym.

Elle Fanning wyraźnie idzie tą samą drogą, co jej siostra. Trzeba jednak przyznać, że została nieźle obdarzona talentem. Pozostaje jednak pytanie, czy talent ten przetrwa burzliwy okres dorastania. Na drugim planie znalazły się jak zawsze urocze Felicity Huffman (całkiem fajnie wygląda jako brunetka) i Patricia Clarkson.

Ocena: 7

sobota, 6 marca 2010

La linea (2009)

Film jakich wiele, setki, a może tysiące. Oglądając go miałem wrażenie, jakby już go kiedyś widział. Ogólna intryga jest dość prosta. Oto szykuje się zmiana warty w rodzinie kontrolującej przemytniczy szlak prowadzący z Meksyku do USA. Sępy zbierają się z całego świata i każdy występuje przeciwko każdemu. OK, było wiele razy, ale jak jest fajnie opowiedziane, to czemu nie. Problem w tym, że im bardziej szczegółowo przyjrzeć się fabule, tym gorzej ona wygląda. Jest sobie jeden zabójca, który coś robi ale nie wiadomo co i po co. Każdy ma jakąś historię, której nie chcą twórcy opowiadać, a jednak to robią. Kolejne sceny są absurdalne i nielogiczne. I gdyby nie fajna obsada, nie byłoby naprawdę nic, co mogłoby uratować ten film.


Ocena: 5

Man tänker sitt (2009)

Jeśli ktoś zamierza obejrzeć szwedką impresję "Burrowing", to powinien najpierw przypomnieć sobie kim był H.D. Thoreau. Ja tego nie zrobiłem i jedyne, co o nim pamiętałem to fakt, że promował koncepcję obywatelskiego nieposłuszeństwa. Niestety zakłóciło to nieco odbiór filmu.


"Burrowing" to filmowa impresja, których podstawą są myśli Thoreau wypowiadane przez 11-letniego chłopca. Służą one za komentarz życia mieszkańców jego osiedla. A jest to życie miłe, przyjemne i uporządkowane. Problem w tym, że nie dla wszystkich. Ci, którzy nie potrafią wpisać się w system szczęśliwego życia, dryfują na jego uboczu, jako outsiderzy, ludzie przegrani bądź żyjący pod silnym stresem próbując wciąż od nowa przystosować się do tego "co jest właściwe". Nie jest to obraz zbyt piękny czy pokrzepiający. Z tego też powodu nie jestem pewien, czy twórcy stają po stronie anarchizującego Thoreau, czy też wkładając jego słowa w usta dziecka, który nie musi jeszcze żyć samodzielnie, nie czynią z niego utopijnego naiwniaka, którego poglądy nie przyniosą szczęścia nikomu poza dzieckiem.

Sam film jest trochę zbyt hermetyczny jak na mój gust. Bardzo za to spodobała mi się muzyka Erika Enockssona.

Ocena: 6

czwartek, 4 marca 2010

The Brøken (2008)

Wybierałem się na ten film wiedząc, że będzie zły. Dlatego też nie mogę powiedzieć, by mnie rozczarował. Wręcz przeciwnie, spełnił moje oczekiwania – film okazał się słaba, nieprzemyślaną krótkometrażówką, którą reżyser rozdmuchał do prawie 90 minut.


Jak to często bywa w takich sytuacjach, film ma bardzo fajny pomysł, ale jest on kompletnie niewykorzystany. "Odbicie zła" sprawia wrażenie pilota niezrealizowanego serialu. Po jego zakończeniu mam więcej pytań niż odpowiedzi. Nie znana jest ani przyczyna ani motywacja pojawienia się dubli. Nieprzekonująco prezentuje się też cały świat, w którym akcja się rozgrywa. Ellis miał tylko jeden pomysł, zafiksowanie się głównej bohaterki na tym, że inni mogą nie być tym, kim się wydają, że nie orientuje się, że sama nie jest tym kim myśli, że jest. I z tym właśnie mam problem. Kiedy bowiem odkrywa prawdę o sobie, jej zachowanie jest kompletnie nielogiczne. Dlaczego cała jej emocjonalna natura nagle zostanie wymazana. A przecież to byłby bardzo ciekawy początek filmu. Oto inni są z pozoru idealnymi kopiami, ale są to jedynie chłodne odbicie, a zatem pozbawione uczuć, kierujące się instynktem przetrwania. Gina 2 w wypadku zostaje "uszkodzona" staje się ludzka, w ten sposób znajdując się pomiędzy oboma światami. Można było zrobić z tego fantastyczny dramat egzystencjalny w konwencji SF (czyli to, z czego literatura SF słynie od lat).

Najbardziej szkoda mi aktorów: Melvila Poupauda (którego lubię, a tak rzadko mam okazję go oglądać), Lena Headey (która niestety prędzej się zestarzeje niż stanie się sławna) i Richard Jenkins (który tu jest cieniem samego siebie z "Wciąż ją kocham").

Ocena: 4

poniedziałek, 1 marca 2010

Lesbian Vampire Killers (2009)

To jest to, co tygryski lubią najbardziej: absurdalny i rozkosznie głupi humor, brak poszanowania dla wszelkich świętości i czysta nieskrępowana zabawa dla niej samej. Oto kino w swej najbardziej rozrywkowej postaci pozbawione samoświadomej konieczności przypodobania się komukolwiek. Na "Lesbian Vampire Killers" bawiłem się doskonale i za to twórcom brawa.


Historyjka jak to zwykle w tego rodzaju produkcjach jest głupia i mało skomplikowana. Dwóch kumpli wybiera się na wycieczkę i trafia do wioski jakby wyjętej ze średniowiecza. Tam zostaje im wskazany "darmowy pensjonat", do którego wcześniej skierowane zostały młode i jurne dziewojki. Szybko okazuje się, że to pułapka, a bohaterowie mają stać się obiektem niewyżytych pragnień lesbijskich wampirem. Tyle tylko, że jeden z chłopaków okazuje się potomkiem lokalnego barona, który może doprowadzić do odrodzenia Królowej Wampirów ale też ma szansę ją ostatecznie zgładzić mieczem Dildo.

To, co można zobaczyć na ekranie to cała seria mniej lub bardziej udanych dowcipów, szalonych gagów i absurdu, jaki zrodzić się mógł tylko w głowach Brytyjczyków. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby LVK było jeszcze bardziej odjechane. Ale i tak nie narzeka. Film spodobał mi się bardziej niż "Wysyp żywych trupów" i "Zombie Strippers". Jest jednak słabszy od "Orgazmo" czy "Hot Fuzz".

Ocena: 7