czwartek, 29 kwietnia 2010

Iron Man 2 (2010)

Do sceny walki urodziny Starka "Iron Man 2" pozytywnie mnie zaskoczył. Nie będąc fanem jedynki zupełnie nie spodziewałem się, że kontynuacja może być tak żywiołowa, dynamiczna, tętniąca życiem. Sposób pokazania z jednej strony Starka żyjącego ponad stan, a z drugiej strony szykującego się na rychłą śmierć naprawdę mi zaimponował. To kino komercyjne, ale jednocześnie z wyczuciem osobowości jednostki.


A potem wiagra przestała działać i pozostał jedynie zwiotczały flak, z którym nie ma żadnej frajdy. Historia rozłazi się na boki, scenariusz pełen jest wybojów, a sekwencja finałowa to chaos jakby żywcem wyjęty z któregoś z filmów Baya. To symptomatyczne, że wszystko rypnęło się w scenie, w której zagrał DJ AM. Nie dożył on premiery filmu, podobnie jaki sam film nie doczekał swego końca.

W sumie jednak jest lepiej niż w jedynce, gdzie tylko Robert Downey Jr ratował film przed upadkiem.

Ocena: 6

Handlarz cudów (2009)

Chciałbym móc powiedzieć, że "Handlarz cudów" to zły film, oznaczałoby to bowiem, iż jest on "jakiś". Prawda jest jednak taka, że film jest kompletnie nijaki, bezpłciowy, z pomysłem, który jednak nigdy nie wychodzi poza fazę koncepcyjną, z ciekawym bohaterem, który jednak okazuje się pustą wydmuszką.


Pomysł był nawet całkiem ciekawy: kino drogi w polskim wydaniu ze zwichrowanym głównym bohaterem. Niestety twórcy nie wyszli poza ten pomysł i sam sens powstania filmu jest już niejasny (jeśli w ogóle istnieje). Nie jest to bowiem historia o odkupieniu. Niby mamy łzawą scenę pożegnania i modlitwę z offu, ale przecież nigdzie nie jest pokazane, że za sprawą dzieciaków bohater odmienił swoje życie. Nie jest to też gorzka i cyniczna przypowieść o tym, że nadzieja jest matką głupich, a człowiek słaby słabym pozostanie choćby nie wiem co. Cała historia to po prostu opowieść o przejściu z punktu A do punktu B i tyle – nie ma w tym żadnego morału.

Borys Szyc zagrał nieźle, tylko po co, skoro za jego bohaterem nie stoi nic, żadna myśl. Szkoda tylko zmarnowanego potencjału.

Ocena: 5

środa, 28 kwietnia 2010

Un prophète (2009)

Malik trafia do więzienia. To jego pierwsza wizyta w tej instytucji i od razu na sześć lat. Jednak świat systemu penitencjarnego nie jest mu oby. Wcześniej przebywał w ośrodkach dla młodocianych. Mimo to nie jest mu łatwo. Nie ma rodziny, która mogłaby zadbać o niego. Nie ma kumpli, którzy mogliby go chronić wewnątrz. Nie jest nawet taki silny czy sprytny – łatwo daje się zgnoić i to nie raz. Jest za to Arabem, a to we francuskim więzieniu kierowanym przez korsykańską mafię nie wróży najlepiej. I rzeczywiście Malik szybko otrzymuje od korsykańskich zbirów propozycję nie do odrzucenia: ma zabić niewygodnego więźnia, jeśli tego nie zrobi, zginie. Chłopak próbuje się wywinąć, niemrawo buntować, ale szybko głupie pomysły zostają wybite mu z głowy. Nie mając wyboru dokonuje pierwszego w swym życiu mordu. To zdarzenie stanie się przełomowe w życiu Malika, to ono stanie się fundamentem, na którym zbuduje całe swoje życie, a jego ofiara na zawsze z nim pozostanie (no może nie na zawsze, ale w każdym razie na długo).


Malik rozpocznie naukę czytania i pisania, stanie się sługusem korsykańskiego przywódcy w więzieniu zdobywając w końcu jego zaufanie. Jego pozycja pod skrzydłami ochronnymi mafii rośnie, aż w końcu zacznie rozkręcać własne interesy, wykorzystując zmieniające się środowisko. Dobrze zapamiętawszy lekcję pierwszych tygodni, z czasem dorośnie do swego imienia – "Malik" znaczy król.

"Prorok" absolutnie zasługuje na wszystkie nagrody, jakimi został obsypany. To znakomita wielowarstwowa przypowieść, która na każdym poziomie jest równie udana.

Na najbardziej podstawowym poziomie jest to historia więzienna. Można byłoby powiedzieć, że jest to standardowa historyjka o świecie za kratami: pełna przekupnych strażników, mafijnych podziałów wpływów i brutalności. Jednak Audiarda inna jest wymowa tej historii. Zamiast pokazywać więzienie jako miejsce, które niszczy człowieka, w którym nie ma nadziei, pokazuje je jako miejsce, dzięki któremu można wiele osiągnąć. I nie trzeba być największym zabijaką, przeciwnie lepiej być nieco niżej, mieć głowę na karku, być bezwzględnym, ale nie wychylać się, umieć zwietrzyć okazję i ją wykorzystać. Więzienie jest niczym hutniczy piec, w którym przetapia się rudę. Jeśliś wystarczająco silny, zostaniesz przekuty w stal: tworzywo w miarę elastyczne, a jednocześnie niezwykle wytrzymałe.

Na nieco wyższym poziomie "Prorok" to przypowieść o odkrywaniu własnej tożsamości. Kiedy Malik trafia do więzienia jest nikim. Niby ma arabskie korzenie, ale kultura muzułmańska, zasady zachowania są mu kompletnie obce, nawet je wieprzowinę. Znalazłszy się pod opieką Korsykańczyków, spróbuje być jak oni, nawet języka się nauczy. Jednak cały czas towarzyszy mu też duch zabitego Araba przypominając o tym, kim jest. Z czasem Malik zrozumie, kim jest, a akceptacja własnej tożsamości i korzeni okaże się mieć kluczowe znaczenie dla jego dalszego życia.

"Prorok" to również przypowieść o tym, co obecnie dzieje się we Francji, Niemczech czy Hiszpanii. O stopniowej islamskiej rekonkwiście. Kiedy rozpoczyna się film arabscy więźniowie są nic nieznaczącą mniejszością. Z każdym rokiem jest ich coraz więcej, a dotychczasowi władcy krok po kroku tracą władzę. Jedna Audiard mówi wprost, że muzułmanie mogą przejąć władzę tylko w jeden sposób, jeśli "biali" im na to pozwolą. César toleruje Malika, uczy go mechanizmów sprawowania władzy, daje czas, by pod jego skrzydłami okrzepł i nabrał ogłady, a kiedy już nie ma go czego nauczyć, wtedy Malik przejmuje pałeczkę i César dopiero po wszystkim boleśnie przekonuje się o utracie wpływów. Tak patrząc "Prorok" jest zarazem proarabskim filmem pokazując, jak spore szanse mają muzułmanie w krajach Europy Zachodnie, jak i filmem antyarabskim, wyraźnie podkreślającym lęki Europejczyków, którzy mogą się stać obcymi we własnym domu.

Ocena: 8

wtorek, 27 kwietnia 2010

I Love You Phillip Morris (2009)

Oglądając "I Love You Phillip Morris" nie mogłem wyjść ze zdumienia, że w Stanach premiera tego filmu to taki wielki problem. Toż to klasyczny przypadek sytuacji "wiele hałasu o nic". Z drugiej strony rozumiem niechęć dystrybutorów do wprowadzania filmu do kin. Gdyż film ten nie ma szans na zbicie kasy. Problemem nie jest tu jednak wątek gejowski, a to, że jest to film po prostu mało śmieszny.


Prawdziwa historia, która stanowi inspirację dla filmu, jest niesamowita i aż prosiła się o nakręcenie komedii. Facet, który był tak pomysłowy, że potrafił wyrolować wielkie koncerny, sądy i władze stanowe oraz kilkakrotnie uciekający z więzienia, w sposób najbardziej pomysłowy i zwariowany jaki tylko można sobie wyobrazić, to idealny bohater komediowy. Jim Carrey zaś wydawał się strzałem w dziesiątkę, do stworzenia kolejnej po "Głupim i głupszym", "Masce", "Ace Venturze" itp. itd. klasycznej kreacji komediowej. Tymczasem poziom humoru w "I Love You Phillip Morris" nie przekracza stanów średnich. Chyba że (jak siedząca obok mnie jakaś paniusia) bawi was sam fakt dwóch facetów będących ze sobą (tańczących, itp.) – wtedy pokładać się będziecie ze śmiechu. Kilka gagów jest naprawdę niezłych, lecz całość niestety rozczarowuje. Po takich perypetiach spodziewałem się czegoś naprawdę "outrageous". W rzeczywistości jedynym szalonym momentem jest Jim Carrey w obcisłych czerwonych szortach. Od czasu Johnny'ego Deppa w "Before Night Falls" żaden strój hollywoodzkiej gwiazdy nie rozbawił mnie tak bardzo. Szkoda, że reszta taka nie jest.

Ocena: 6

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Ninja Assassin (2009)

Zasiadając do tego filmu byłem przygotowany na gniot jakich mało. Rozczarowałem się. Film jest słaby, ale nie aż taki zły jak mogłoby się wydawać. A gdyby poprawiono kilka błędów, byłby to nawet całkiem niezły film.


Twórcy nie do końca pojmują różnicę pomiędzy hołdem a podróbką. Ich film udaje tylko aktorskie anime pełne imponujących scen walki i przerysowanej przemocy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że "Ninja zabójca" bardziej przypomina "W potrzasku" z Lambertem niż prawdziwe japońskie produkcje. Pewnie dużą rolę odgrywa w tym język. Gdyby film został nakręcony po japońsku a nie angielsku, wtedy jego wartość na pewno bardziej by wzrosła. Te wszystkie szeptano-dyszane dialogi przez azjatyckich aktorów brzmią idiotycznie w ich wyuczonym języku.

Jednak najpoważniejszym grzechem twórców było zatrudnienie Ilana Eshkeriego na kompozytora. Jego bezpłciowa muza kompletnie zepsuła mi zabawę, jaka mogła towarzyszyć scenom walki. A wystarczyło podłożyć pod te sekwencje coś w stylu Afro Celt Sound System "Riding the Waves" albo Nigela Kennedy'ego & Kroke Band " T 4.2", bym spijał ten sceny jak olimpijski nektar.

Ocena: 5

Brothers (2009)

Szczerze mówiąc nie spodziewałem się wiele po filmie Sheridana. Duński oryginał to znakomity obraz mający ledwie kilka niewielkich wad. Powinienem mieć większą wiarę w reżysera, Sheridan to nie pierwszy lepszy wyrobnik, czego dowodem są "bracia". Obraz naprawdę dobry z solidnie zarysowanymi postaciami i dramatami moralnymi.


Jest to (oczywiście) film słabszy od "Braci" Bier, ale tylko o jeden to niżej. Dunka zbudowała swój film wokół jasno wytyczonej granicy kiczu. Będąc jej całkowicie świadoma, balansowała, ocierając się o tani melodramatyzm, ale nigdy, w żadnym momencie nie przekraczając tej granicy. Dzięki temu film miał bardzo intensywny charakter, relacje aż pulsowały życiem. Sheridan zagrał bezpiecznie. Jego film jest zrobiony zgodnie z podręcznikiem, wszystko wypunktowano jak należy (poza piosenką U2 na koniec – to był tani chwyt). Jednak bez ryzyka nie udało się uzyskać podobnego poziomu emocjonalnego napięcia.

U Sheridana inaczej też rozłożone zostały akcenty. To, co podobało mi się u Bier to komplementarności historii obu braci: gdy jeden się podnosi z kolan, drugi na nie pada. U Sheridana Sam Cahill (brat-żołnierz) jest postacią ważniejszą i to pod dyktando jego transformacji rozgrywa się cała opowieść.

Plus za kreacje aktorskie. Główna trójka Maguire, Gyllenhaal i Portman zagrali na naprawdę wysokim poziomie.

Ocena: 7

niedziela, 25 kwietnia 2010

Toy Story (1995)

Chyba już nigdy nie zdarzy mi się paść na kolana przed Pixarem. Owszem, jego filmy są od technicznej strony bez zarzutu, a fabularnie też niczego im nie brakuje. Jednak arcydziełami ich filmów też bym nie nazwał. Ot, choćby taki "Toy Sotry". Od tego filmu zaczął się mit Pixara. Moim zdaniem więcej w tym zasługi komputerowej animacji niż fabuły, choć twórcy na każdym kroku przekonują, że jest inaczej.


Owszem, historia pewnej zabawki, która czuje się zagrożona utratą statusu samca alfa, została opowiedziana bardzo fajnie, dogłębnie przemyślana, a całość trzyma się na solidnych podstawach. Jest to jednak historyjka dość prosta i w bajkach niekoniecznie filmowych wałkowana od lat. Można byłoby zatem po arcydziele spodziewać się czegoś więcej.

Ocena: 7

The Dark Crystal (1982)

Choć film ten określa się mianem "familijnego", nie sądzę, by był on odpowiedni dla wszystkich. Może i mupety nie są aż tak straszne, ale już niektóre sceny wydają się niezwykle ostre i brutalne, a poruszane tematy co najmniej drażliwe. I może nie przez swoją brutalność (tę dzisiejsze dzieciaki pochłaniają bez mrugnięcia okiem), ale ze względu na psychologiczną intensywność.


"Ciemny kryształ" to bowiem film, który doskonale nadaje się do psychoanalitycznej interpretacji. Rozszczepienie dobra i zła i konieczność ich integracji w jedną całość to doskonała przypowieść zarówno procesu dorastania jak i procesu schizofrenii i próby jej leczenia. Główny bohater z kolei odkrywa nie tylko swoją rolę w społeczności, ale też własną seksualność, poznając bliżej płeć przeciwną.

Jim Henson stworzył baśni, która odwołuje się do najważniejszych wzorców gatunku odwołując się bezpośrednio do naszej nieświadomości. Wyszedł z tego zaskakująco mroczny twór, który mimo całej zachwycającej wizji pozostaje nieco zbyt infantylnym jak na mój gust.

Ocena: 6

So ein Schlamassel (2009)

Pomysł na film twórcy mieli całkiem niezły. Gorzej niestety z wykonaniem. Oto pewna Żydówka wywodząca się z dość tradycyjnej rodziny zakochuje się w rodowitym Niemcu. Żeby nie było skandalu namawia chłopaka, by udawał Żyda. Ile jednak można udawać...


Mogła wyjść z tego całkiem zabawna komedia pomyłek. Tymczasem w rękach reżysera Dirka Regela całość rozpada się, zanim jeszcze na dobre się sklei. Film jest głupi, by nie powiedzieć prymitywny. Wszystko dzieje się tu "na słowo honoru", szybko bez najmniejszego wyjaśnienia, składu i ładu. Pełno w nim ważnych tematów, ale nic nie zostaje pokazany w sposób interesujący lub przykuwających uwagę. Jest to raczej lista, której kolejne punkty są odhaczana co 10 minut. Szkoda.

Ocena: 4

Kielletty hedelmä (2009)

Strzeżcie swoje dzieci! Nie, nie przed klubami, gdzie alkohol, narkotyki i seks dostępne są na wyciągnięcie ręki. Nie przed wyrodnymi siostrami lub wyuzdanymi koleżankami. Nie przed zwodniczą magią pieniądza i kolorowym blichtrem rzeczy. Strzeżcie dzieci przed kinem. Ci, których dotknie X Muza są zgubieni. O ile bowiem powyższe rzeczy uwodzą w sposób jawny, a przez to wyczuwalnym, dając nam szansę stawienia oporu, o tyle kino uwodzi w sposób ukradkowy, niezauważalny. Kiedy cię chwyci, jest już za późno. Nigdy nie uda ci się cofnąć do tego, co było przed.


Taki mniej więcej morał można wyciągnąć z "Zakazanych owoców", pięknego filmu o dojrzewaniu i dorastaniu do wiary. Dwie dziewczyny, jednak gorącokrwista i ciekawa świata, druga skrywająca się za dogmatami wiary. Ta pierwsza czuje, że należy do kongregacji i buntuje się przeciwko temu. Ta druga wie, że w gruncie rzeczy pragnie czegoś więcej, zatem kurczowo trzyma się tego, co ma, bojąc się to utracić. Rezultat tej historii jest oczywisty. Jednak jej piękno tkwi gdzie indziej: w cudownych zdjęciach Tuomo Hutriego i ciekawie dobranej ścieżce dźwiękowej. Całkiem interesujący jest tu również konserwatywnej kongregacji wiary. Nie ma tu patrzenia z góry, tak typowego dla nowoczesnego człowieka, który religijność chowa na samym dnie osobistego kufra. Tu religia pełni bardzo ważną funkcję spajającą. Czasem może wydawać się opresyjna, ale tylko dla tych, którym ona uwiera. Religia chrześcijańska może i jest dla każdego, ale nie każdy jest dla niej.


Ocena: 8

piątek, 23 kwietnia 2010

Tobruk (2008)

"Tobruk" to bardzo dziwny film, jakby nakręcony przez schizofrenika. Wyraźnie czuć dwie sprzeczne tendencje. Z jednej strony jest chęć nakręcenia filmu wojennego, który trafiłby w gusta publiczności. Z drugiej strony widać chęć pójścia w stronę kina bardziej ambitnego, artystycznego. Wpływ Malicka i Weira jest bardzo widoczny.


"Tobruk" zdecydowanie lepiej wygląda w chwilach komercyjnych. Sceny w obozie szkoleniowym przypominają "Gallipoli". Václav Marhoul czuje się tu dość swobodnie i sceny te są naturalne i bezpretensjonalne. W scenach "ambitnych" już tak dobrze nie jest. Pojawia się niezdarność, brak wyczucia materii. Marhoul nie potrafi dobrze operować ani "pustymi" kadrami ani milczeniem. Owszem zdarzają mu się i tu ciekawe pomysły (jak scena śmierci jednego z bohaterów). Zdecydowanie najsłabiej wygląda film w tych momentach, w których obie te stylistyki stykają się ze sobą. Wychodzi wtedy niekonsekwencja i absurdalności takiego podejścia.

Mimo wszystko "Tobruk" to całkiem niezłe widowisko wojenne. Twórcom udało się uniknąć patriotycznej martyrologii i uczynić z żołnierzy ludzi zwyczajnych, mających swoje wady i zalety. Po "Ciemnoniebieskim świecie" to kolejny policzek dla nas. My, którzy mamy zdecydowanie bardziej chwalebną historię walk w czasach II Wojny Światowej od czasu upadku komunizmu nie doczekaliśmy się jeszcze dobrego filmu wojennego. ("Jutro pójdziemy do kina" to najlepsza jak dotąd rzecz, a przecież de facto nie jest to film wojenny).

Ocena: 6

(2008) גפילטע פיש

Sympatyczna historyjka o tym, jak jedna ryba o mały włos nie zrujnowałaby ślubu i małżeńskiego życia pewnej kobiecie. Zamiast tego przynosi bardzo ważną lekcję o potędze szwindlu i wartości kłamstw w dobrej wierze. Z krótkometrażówki jasno wynika, że czasem iluzja jest lepsza od prawdy, ale tylko wtedy, kiedy wszyscy udają, że się na nią nabierają, a w rzeczywistości doskonale prawdę znają.


Humor filmiku może nie do końca mi pasował, ale wcale nie było tak najgorzej.

Ocena: 6

czwartek, 22 kwietnia 2010

The Bounty Hunter (2010)

Kiedy oglądam filmy takie ja "Dorwać byłą" zaczynam tęsknić za starym kinem. W tym konkretnym przypadku tęsknię za "Ptaszkiem na uwięzi". Andy Tennant powinien był obejrzeć tamtą komedię i nauczyć się jak łączyć sensacyjną intrygę z komedią romantyczną. Butler i Aniston to blade duchy Gibsona i Hawn, a najśmieszniejsze z gagów "Dorwać byłą" nie zakwalifikowałyby się do ostatecznej wersji scenariusza "Ptaszka".


Komedia Tennanta jest zbyt poprawna, zbyt łagodna, zbyt przewidywalna i zbyt nudna. Nie mówiąc już o tym, że chemii między dwójką głównych bohaterów nie ma zbyt wiele. Już zdecydowanie lepiej prezentowała się para Butler-Heigl w "Brzydkiej prawdzie".

Dość ciekawie prezentuje się za to drugi plan. Irene i Teresa: miodzie. Stewart – zabawny, choć postać jest kompletnie od czapy i film nic by nie stracił, gdyby go nie było. Christine Baranski – fantastyczna (gdyby była facetem, byłaby z niej niezła drag queen). Joel Garland i Ritchie Coster zaś są uroczy w rolach zbirów, którzy zachowują się raczej jak stare małżeństwo.

Ocena: 4

Nedodržaný sl’ub (2009)

Życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Gdyby nie ostatnie sceny, nie uwierzyłby, że "Złamana obietnica" to film oparty na autentycznych wydarzeniach. Liczba szczęśliwych trafów, przypadków, dzięki którym bohater wykaraskał się z niejednej opresji jest po prostu niewiarygodna. Podczas gdy wszyscy wokół niego giną, on – sam, na ochotnika zgłaszający się do obozu koncentracyjnego – trwa. Z drugiej strony film ten sprawia wrażenie kompletnie wypranego z Boga. Martin nie jest nikim szczególnym, a jednak los mu sprzyja. Wydaje się, że wszystkim rządzi ślepy los a nie "intelligent design".


Sam film to niestety produkcja dość przeciętna. Twórcy nie wysilili się zbytnio. Mając tak niesamowitą historię, po prostu ją opowiadają. Narracja jest standardowa, muzyka irytująca i tylko koleje losu zaskakują. Daleko filmowi do "Europa, Europa" czy "Czarnej Księgi". Mimo wszystko z ciekawością spojrzałem na słowacką perspektywę na Szoa.

Ocena: 6

The Cove (2009)

Oto przykład na to, jak należy kręcić filmy zaangażowane. Tak, "Zatoka delfinów" to rzecz jak najbardziej jednostronna, pozbawiona obiektywizmu, ale twórcy wcale tego nie ukrywają. Wręcz przeciwnie, od samego początku jasno wyznaczają swoje cele: chcą poruszyć widzów i zmobilizować opinię publiczną, by w ten sposób wymusić koniec bardzo konkretnego procederu. Przez to film odbiera się jako szczery i nie ma się tutaj tego poczucia manipulacji i wyrafinowania, jakie dostrzec można u Michaela Moore'a.


Dodatkowo to, co mnie szczególnie zaintrygowało to zupełnie nieświadome uczynienie z dokumentu portretu zbrodniarza, architekta masowych mordów, który próbuje odkupić swoje winy. Bohaterem filmu jest bowiem Ric O'Barry, światowej sławy trener delfinów. To on schwytał i wyszkolił samice, które grały "Flippera", zaś serial ten doprowadził do niezwykłej popularności delfinów. Oceanaria nagle stały się intratnym biznesem, a liczba delfinów w niewoli zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie. Te osobniki, które nie miały szczęścia i nie zostały wybrane przez szefów parków rozrywki, były zabijane. O'Barry przez lata zupełnie ignorował ciemną stronę swego fachu i cieszył się zarobioną kasą. Kiedy przejrzał na oczy, wstrząśnięty rozpoczął walkę. Czasem jednak niewiele potrzeba by coś zbudować, lecz zniszczyć to jest prawie niemożliwością. O'Barry jest w dużej mierze powodem pogromu delfinów. Ale na jego miejscu mógłby być ktokolwiek. Film ukazuje, jak możemy stać się zbrodniarzami z powodu własnej ignorancji i stawia pytanie, czy odkupienie jest w takiej sytuacji możliwe.

Jednak na pierwszym planie "Zatoka delfinów" to wstrząsający obraz procederu mającego miejsce co roku w pewnej japońskiej miejscowości. To, co przychodzi oglądać na ekranie jest przerażające i z trudem się na to patrzy. Twórcy jeszcze wzmacniają efekt kształtując dokument na wzór i podobieństwo "heist movies". Mrożą krew w żyła brutalne zdjęcia traktowania delfinów, ale jeszcze bardziej całkowita bezsensowność tych działań. W końcu w rzeźniach, kurzych czy gęsich fermach dzieją się rzeczy jeszcze koszmarniejsze, ale dzieją się tam z konkretnego powodu – dla mięsa, jaj, wątróbek. Delfiny niby też zabija się dla mięsa, ale prawie nigdzie się go nie sprzedaje, a tam gdzie jest, jest zazwyczaj podstawiane jako mięso wielorybów. Co jeszcze istotniejsze, mięso delfina jest tak zanieczyszczone ciężkimi metalami, w tym rtęcią, że w zasadzie jest szkodliwe dla ludzkiego zdrowia. A mimo to tysiące osobników jest zabijanych.

Ktoś może stwierdzić, że większe tragedie dzieją się na świecie. I choć mogą to stawiać jako zarzut wobec "Zatoki delfinów", w rzeczywistości jest to jednak dodatkowy atut pokazujący jak ważny jest to film. "Zatoka delfinów" rzeczywiście dotyczy sprawy bardzo marginesowej. Jednocześnie pokazuje, że ludzkość jako całość nie jest w stanie problemu rozwiązać. Stawia to bardzo przygnębiające pytanie: skoro z tak drobną sprawą nie można sobie poradzić, to jakie są szanse, że z większymi problemami będziemy w stanie walczyć i to z sukcesami.

Ocena: 10

środa, 21 kwietnia 2010

Ondine (2009)

Co za rozczarowanie! "Ondine" to zdecydowanie najsłabszy film Neila Jordana, jaki miałem okazję oglądać. W założeniu miała to być współczesna baśń, gdzie mit i pobożne życzenia nakładają się na rzeczywistość, kształtując ją w coś niezwykłego. Jednak bajka Jordanowi wyszła niezdarna, jeszcze gorsza od tej, którą w filmie bohater grany przez Farrella próbuje opowiedzieć córce.


A przecież w "Ondine" jest wiele elementów, którymi można się zachwycać. Stephen Rea jest cudowny w roli księdza. Allison to jedna z nielicznych postaci nadmiernie rezolutnych dzieci, która wcale mnie nie irytowała. Całkiem dobrze poradził sobie też Farrell, raz jeszcze udowadniając, że nie jest typem hollywoodzkiej gwiazdy, a solidnym aktorem potrzebującego dobrego scenariusza. Jordan napisał też kilka mocnych dialogów. Niestety wszystko to ginie pogrążone w bagnie banału. Bohaterka grana przez Bachledę to jakaś groteskowa postać, która wywołuje jedynie pusty śmiech. Neil Jordan za mocno też naciąga logikę opowieści zapominając, że nawet baśń rządzi się swoimi regułami.

"Ondine" jako całość przypomina ocean: raz mamy przypływ pełen świetnych pomysłów, a zaraz potem odpływ weny, po której zostaje tylko dużo szlamu i różnego śmiecia.

Ocena: 5

Act of God (2009)

"Act of God" to fascynujący temat, który został potraktowany przez twórców dokumentu po macoszemu. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem po co ten film powstał, jaka przyświecała mu idea.


Ogólnie jest to opowieść o ludziach, którzy przeżyli uderzenie pioruna. Ale nie do końca. Do filmu została dołączona sekwencja kubańska, która przybliża kult gromowładnego. Ta część jest zupełnie niezrozumiała, bowiem jeśli chciało się wziąć pod uwagę jakiś szerszy aspekt kulturowo-religijny, to należało zająć się mitami grecko-rzymskimi i nordyckimi. Reszta filmu to opowieści osób, które przeżyły uderzenie pioruna. Ale i tu nie bardzo wiadomo, co ma z tego wynikać, poza banalna konstatacją, że każdy przeżywa i interpretuje to niezwykłe zdarzenie w inny sposób. Jedni widzą w tym przypadek, inni odczuwają duchowe przebudzenie, dla jeszcze innych jest to dowód na istnienie niepoznawalnego Boga. Ale to mogłem powiedzieć bez oglądania filmu.

Szkoda zmarnowanego tematu.

Ocena: 5

Videocracy (2009)

To mógłby być bardzo dobry dokument, gdyby jego twórca Erik Gandini zdecydował się na bardziej syntetyczne podejście do tematu i zamiast po prostu zilustrować problem dokonać jego analizy i interpretacji. Rezygnując z tego sprawił, że "Wideokracja" to zaledwie zbiór faktów, intrygujących tylko dlatego, że tak bardzo odbiegają od naszych relacji.


Oczywiście ze względu na temat film oglądać się naprawdę dobrze. Sytuacja medialna we Włoszech jest absurdalna. Oto Berlusconi postawił się w sytuacji, w której kontroluje praktycznie wszystkie media we Włoszech. Jest twórcą żywej baśni, krainy marzeń, w której spełniają się życzenia. Jego podwładni kreują gwiazdy, eksploatują je w brukowcach, a kiedy trzeba to i niszczą. Sam Berlusconi jest zarówno dobrym królem jak i wrednym czarnoksiężnikiem tej przedziwnej krainy, który potrafi najpierw odkupić "kompromitujące" zdjęcia córki od paparazzi, a potem opublikować je w jednym z posiadanych przez siebie szmatławców. Na pierwszy rzut oka może to dziwić, lecz we Włoszech media są wszystkim. Jeśli w nich nie istniejesz, to naprawdę nie istniejesz. Tysiące dziewczyn gotowych jest na naprawdę wiele, by tylko zyskać odległą szansę zostania gwiazdą.

Fascynujące. I właśnie dlatego szkoda, że "Wideokracja" jedynie opisuje zjawisko, bez próbę wniknięcia głębiej.

Ocena: 6

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Fantastic Mr. Fox (2009)

Aż trudno uwierzyć, że "Fantastyczny pan Lis" nie jest oryginalnym pomysłem Wesa Andersona. Przecież jest to kwintesencja jego stylu! Te wszystkie zwierzęta o bardzo ekscentrycznych charakterach, pełni dziwactw, obsesji, kompleksów i talentów. Ci cierpiący geniusze, którzy mają (a przynajmniej mogą mieć) wszystko, a i tak odczuwają głęboki brak. Do tego ta specyficzna narracja i drobne detale, na które nie wpadłby nikt inny.


Anderson w wersji animowanej naprawdę daje radę. Jak dla mnie "Fantastyczny pan Lis" z tym swoim przedziwnym poczuciem humoru i nieco męczącą stylizacją to drugi najlepszy film w historii reżysera (numerem jeden jest oczywiście genialne "Podwodne życie ze Stevem Zissou"). Nie sposób nie zakochać się w tych postaciach. Może dlatego tak mocno czuć było brak w obsadzie Anjelici Huston. Streep jest ok, ale Huston zdecydowanie lepiej czuje Andersona.

Ocena: 8

Edge of Darkness (2010)

Zupełnie nie dziwię się, dlaczego na swój kinowy comeback Mel Gibson wybrał "Furię". Toż to idealny film dla niego. Policjant, który jest świadkiem brutalnej śmierci swojej jedynej córki. Teraz zrobi wszystko, by odkryć prawdę. Gibson przez lata był synonimem mściciela i wojownika o prawdę (kłania się "Okup", "Braveheart"). I tu jest w swoim żywiole, choć mniej w nim dawnego romantycznego uroku, a więcej zimnej stali. Gibson z całą pewnością dał z siebie wiele, by wypaść jak najlepiej. To nie on zawodzi, ale inni.


Najpoważniejszym problemem jest scenariusz. "Furia" jest po prostu źle rozpisana. W zasadzie całość sprawia wrażenie, jakby pisało ją niezależnie od siebie pół tuzina osób, a potem posklejano to wszystko w przypadkowej kolejności. Chwilami jest to klasyczne kino zemsty i sceny te należą do najlepszych. Chwilami jest to solidne, choć wtórne kino sensacyjne z dawką akcji. Niestety miejscami otrzymujemy jakąś przedziwną parodię komiksowych adaptacji (scena, w której po raz pierwszy widzimy Jedburgha). Najgorszym jednak pomysłem było roztkliwianie się i wprowadzenie wątku metafizycznego, z duchem córki nawiedzającym ojca.

Problemem są też nieodpowiednie angaże aktorskie. Najbardziej nietrafiona jest Caterina Scorsone, która położyła rolę Melissy na całej linii.

"Furia" ma potencjał, ale nie został on zrealizowany. To dziwne, bo przecież reżyser nakręcił serial, który stał się podstawą filmu kinowego.

Ocena: 4

New Moon (2009)

Nie trudno jest mi sobie wyobrazić cały krąg piekielny, w którym grzesznikom bez końca pokazywany jest "Księżyc w nowiu". To mordercza katorga, przy której 20 lat w kamieniołomach wydaje się jak wczasy w spa. Liczba idiotycznych dialogów i koszmarna maniera kręcenia zdjęć, w połączeniu ze zbolałymi minami cierpiących na zatwardzenia aktorów sprawia, że niemal słyszałem jak w głowie strzelały mi rozpadające się na kawałki neurony.


Z drugiej strony czego oczekiwać od filmu, który jest odą pochwalna masochizmu w najczystszej postaci. W tym filmie wszyscy się samobiczują, cierpią, poświęcają. Połączenie represjonowanych popędów seksualnych z koncepcją odkupienia na krzyżu stworzyła tutaj bardzo perwersyjną mieszankę ekstazy. Przypomina się św. Teresa z jej wizjami anioła dźgającego ją ognistym "piorunem" albo bohaterka "Pianistki" tnąca się. Kwintesencją jest scena Belli w lesie, gdy Edward ją porzuca. Gdyby wyłączyć głos, patrząc tylko na jej zachowanie i twarz, można by pomyśleć, że właśnie przeżywa orgazm. To wszystko bardzo wyraźnie wskazuje na konserwatywno-chrześcijańskie korzenie całej opowieści. W żadnej innej kulturze cierpienie nie jest źródłem tak wielkich rozkoszy.

W samym filmie jest tylko jedna fajna scena, w kinie, kiedy obaj towarzysze Belli trzymają w pogotowiu dłonie czekając, którego z nich dziewczyna chwyci. Niestety to wszystko, co warto z filmu zapamiętać. Po "Księżycu w nowiu" całkowicie straciłem szacunek do reżysera. Jakoś do tej pory Weitz robił na mnie wrażenie solidnego twórcy, a nie zwykłego wyrobnika.

"Księżyc" nie jest nawet wart, by porównywać go z operami mydlanymi. O wiele więcej pozytywnych przeżyć dają mi kolejne odcinki "Emmerdale".

Ocena: 2

sobota, 17 kwietnia 2010

August (2008)

Austin Chick trochę przekombinował z tym filmem (ale czy można się dziwić komuś o takim nazwisku?) i chcąc opowiedzieć jakąś "prawdę" o Amerykanach mocno nagiął rzeczywistość.


Z jednej strony "Sierpień" jest historią dwóch braci, którzy na nowych technologiach chcą się szybko dorobić. Mają pomysł, są przebojowi (a w zasadzie jeden ma pomysł, a drugi jest przebojowy), ale żyją marzeniami. Dopóki inni te marzenia podzielają, dopóty wszystko jest w porządku. Kiedy jednak do boju rusza "stara gwardia", domek z kart szybko się rozpada. Tak patrząc film byłby ciekawą przypowieścią na temat stary rynek kontra nowe z czasów bańki internetowej. Problem w tym, że bańka ta prysła w 2000 roku, a Chick umieszcza swoją akcję w 2001. Niby na początku mamy jakieś tam wyjaśnienie, że oto jak łososie podczas tarła idą pod prąd i odnoszą sukces. Ale jest wyjaśnienie bardzo kiepskie i działa na niekorzyść przypowieści.

Powodem dla którego akcja rozgrywa się w 2001 roku jest chęć podłączenia się pod temat 11 września. Ta strona filmu jest jednak kompletnie bez sensu, gdyż podłączenie to istnieje tylko poprzez fakt tytułu i opisu do filmu. Bo też nie bardzo rozumiem, co też chce przekazać Chick umieszczając akcję filmu tuż przed atakiem terrorystycznym. Gdyby film nakręcił w 2002 lub 2003 roku, uznałbym, że chodzi tu o opisanie końca pewnej epoki. Patrząc jednak na to, co dzieje się w 2010 roku, trzeba stwierdzić, że 2001 był tylko krótką czkawką na drodze ku całkowitemu odmóżdżeni społeczeństwa. Sieć niczym wirus rozprzestrzeniła potrzebę psychicznego ekshibicjonizmu. W Internecie królują społeczności z wirtualnymi przyjaciółmi dewaluujące znaczenie tego słowa. W telewizji królują wywodzące się z blogów i webcamów reality show, w których nie ma już prawie żadnych świętości. Lady Gaga do groteski doprowadziła pęd za materialistycznymi gadżetami potrzebne do niczego, co nie przeszkadza milionom osób kupować iPady. Na tym tle "Sierpnień" okazuje się filmem zupełnie pozbawionym znaczenia.

Ocena: 5

Shoot on Sight (2007)

Jeszcze jeden film o tym, jak to terroryzm niszczy ludzi od środka. W ostatnim czasie było podobnych filmów wiele i całkiem spora ich liczba była wykonana zdecydowanie lepiej niż "Strzelaj by zabić".


Twórcy chcieli chyba pokazać, że terroryści ukrywają się wśród nas, korzystając z zakorzenionej wśród wielu ludzi nieufności wobec odmienności. Wszystko zaś opiera się na pozorach i wyciąganiu pochopnych wniosków. Mamy więc policjanta, który zdaje się być rasistą. Mamy chłopaka, który zdaje się być terrorystą. Mamy chłopaka, który zdaje się być przykładnym studentem. Mamy przełożonych, którym zdaje się nie przeszkadzać wiara podwładnych. I wszystko byłoby dobrze, gdyby twórcy filmu tak kurczowo nie trzymali się schematu robienia wszystkiego na odwrót do tego, co się wydaje. Gdyby w którymś momencie spróbowali się wyłamać. Niestety nie czynią tego, zatem już po 20 minutach i zaprezentowaniu wszystkich bohaterów, koniec filmu jest oczywisty. A przecież była postać Abdullaha, która gdzieś przemyka na obrzeżach, którą z łatwości można było wykorzystać lepiej.

(Mikaal Zulfikar)

Film pewnie i tak oceniłbym wyżej, gdyby nie tragiczna wprost muzyka. Wyjące smyczki i brzdąkające fortepiany kompletnie nie pasowały do filmu wywołując jedynie irytację.

Ocena: 6

Sugar (2004)

Film z cyklu "zobacz, jak nisko upadli". Choć w przypadku Brendana Fehra był to upadek z niewielkiej wysokości (bo szczytem jego kariery był serial "Roswell"). Jednak już udział Maury'ego Chaykina był sporym zaskoczeniem, zaś obecność na ekranie Sarah Polley to prawdziwy szok. Mam nadzieję, że Polley po tym filmie wywaliła swoją agentkę i to z wielkim hukiem.


O tym jak nędzne jest to filmidło najlepiej świadczy fakt, kto jest inspiracją – Bruce La Bruce – facet, którego nie potrafię nazwać filmowcem, skoro większość jego filmów finansowanych jest przez porno biznes i właśnie tym są – filmami porno, które w wersji ocenzurowanej sprzedaje jako "kino undergroundowe". Kiedy zobaczyłem, że to jego opowiadanie jest podstawą scenariusza, już wiedziałem, że mogę pożegnać się z interesującą fabułą.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby pornos z wyciętymi scenami seksu, to "Sugar" jest odpowiedzią. Film składa się z luźnych scenek rodzajowych, które łączą się ze sobą w bardzo nieskładną opowieść o 18-latku krążącego na obrzeżach świata ulicznych dziwek, gdyż zafascynowany jest jednym z chłopaków. Historyjka to prosta i dość przewidywalna, rozgrywająca się według hasła: bawisz się ogniem, więc nie dziw się, że się oparzysz.

Film ma cztery elementy, które w niewielkim stopniu ratują go przed totalną katastrofą. Pierwszym jest wspomniana Polley, której tak mi żal. Drugim jest postać Cookie, małolaty z jointami. Trzecim scena w której Fehr jako dziwka uprawia "seks" z tak grubaśną babą, że jest już na rencie. Scena ta jest na swój sposób chorobliwie fascynująca. I czwarte to scena gwałtu na oczach klienta, bo wydaje mi się, że najlepiej podsumowuje ona całą twórczość La Bruce'a.

Do tego filmu z całą pewnością już nie wrócę.

Ocena: 3

czwartek, 15 kwietnia 2010

Kick-Ass (2010)

Nie znam komiksu, więc trudno jest mi się odnieść do tego, na ile udaną adaptacją jest "Kick-Ass". Za to dobrze wiem, co mi ten film przypomina – "Kevin sam w domu". Chloe Moretz bardzo przypomina Macaulaya Culkina. Oczywiście "Kick-Ass" to wersja "Kevina" po ostrym tuningu, stąd też Hit-Girl nie rozrzuca po podłodze kulek i nie atakuje pierzem, a kiedy już kogoś skopie to na amen. Reszta w zasadzie bez zmian. No bo niby jest jeszcze ten cały wymoczek Kick-Ass, ale szczerze mówiąc jego historia jest nudna jak flaki z olejem.


"Kick-Ass" ma kilka naprawdę świetnych scen (pościg trójki gachów za jakimś facetem, egzekucja Kick-Assa i Big Daddy'ego i sekwencja finałowa). Jednak podobnie jak w przypadku "Gwiezdnego pyłu" Vaughn znów coś pominął, jakiś element, przez co całość jest przyciężka i nie do końca daje radę.

Na plus za to zaliczyć mogę występ Cage'a. Może nie jest to zaskoczenie tego pokroju co w przypadku Miliny w "Była sobie dziewczyna", ale Cage już dawno nie zagrał tak solidnie.

Jako całość "Kick-Ass" to dobry film około komiksowy, jednak słabszy od poważniejszych "Donnie Darko" czy "Niezniszczalnego".

Ocena: 7

wtorek, 13 kwietnia 2010

Rapt (2009)

Stanislas Graff ma wszystko. Wspaniały dom, ciepłą posadkę, koneksje z najwyższymi rangą politykami, piękną kochankę i wystarczająco dużo pieniędzy, by tracić tysiące euro podczas jednej gry w pokera. Żyć nie umierać. Ale pewnego dnia jego życie zostanie zagrożone. W sposób najbardziej dosłowny z możliwych los pokaże mu, że wszystko ma swoje konsekwencje – zostaje porwany.


To, co potem następuje na pierwszy rzut oka wydaje się standardowa opowieścią. Porywacze żądają astronomicznej sumy, rodzina spróbuje ją zgromadzić, podczas gdy policja wolałaby odnaleźć porywaczy i ich aresztować. Jednak "Rapt" to nie jest typowy film o porwaniu. O Graffie można bowiem wiele powiedzieć, ale nie to, że jest niewinną ofiarą. Powoli kolejne brudy wychodzą na światło dzienne stając się żerem dla mediów. Rodzina, która dotąd martwiła się o to, czy Graff żyje, teraz musi martwić się o siebie. Współpracownicy, którzy jeszcze nie tak dawno zastawiliby swój majątek, by go ratować, teraz chcą się od niego odciąć. Podobnie postąpić zamierza premier i prezydent.

W końcu Graff zostaje uwolniony. Happy end... Nie, nie tu. Trzecia część filmu jest najbardziej gorzka i surowa dla ludzkiego gatunku. Okazuje się, że niewola i strata palca nie zmieniły aroganckiego charakteru Graffa, choć wciąż będą go dręczyć koszmary. Zaś otoczenie szybko zapomina, że był on ofiarą i zaczyna traktować go, jakby to on był sprawcą, jest niewygodnym balastem, drzazgą, którą należy się pozbyć. Nagle okazuje się, że dla wielu martwy Graff jest więcej wart niż żywy... nawet w rodzinie.

Jedyne pozytywne przesłanie, jakie znaleźć można w filmie "Rapt" to wyraźne podkreślenie, że prawdziwym przyjacielem człowieka może być tylko pies. Dla niego nie ważne jest to, jakim chamem i dwulicowym draniem okazuje się być człowiek. Obdarowuje on uczuciem bezwarunkowo, nie żądając wyjaśnień, korzenia się, błagania o przebaczenie.

Mimo ciekawego przesłania i intrygującej konstrukcji, "Rapt" zmęczył mnie dość mocno. Film przypomina relację z którejś z komisji śledczych, poznajemy całą sytuację porwania od kuchni, zagłębiamy się w zakulisowe procesy. Wszystko jest tu wypunktowywane z mozolna pieczołowitością i archeologiczną precyzją. Jak dla mnie jest to trochę zbyt rozwlekłe.

Ocena: 6

Le fatiche di Ercole (1958)

Po "Starciu Tytanów" naszła mnie chęć na przypomnienie sobie starych włoskich produkcji inspirowanych mitologią. Postanowiłem zatem raz jeszcze obejrzeć jeden z najsłynniejszych obrazów gatunku – "Herkulesa" ze Stevem Reevesem w roli głównej.


Film okazał się dokładnie taki, jakim go zapamiętałem. Naiwna fabuła, śmieszni w swej heroiczności i przebiegłości bohaterowie i piękna Sylvia Koscina. Każda scena to film w filmie z uroczo romantycznym zakończeniem. I te dialogi, cięte, choć ich złośliwości dziś raczej wywołują już tylko uśmieszek jak słuchanie "two bickering old queens". Mimo wszystko ma to swój urok cyrkonii z lamusa.

Ocena: 6

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Under One Roof (2002)

Czasem wychodzi ze mnie naiwniak. Dałem się złapać na reklamowe shity. Ten film przyrównywany był do "Przyjęcia weselnego" Anga Lee, który to film swego czasu bardzo mi się podobał. Postanowiłem zatem obejrzeć. Jedyne co ma "Under One Roof" wspólnego z filmem Lee to azjatyckiego bohatera.


"Under One Roof" to nawet nie jest film niezależny, to film amatorski. "Production value" (jak to mówią w Hollywood) jest tu znikoma. O aktorstwie to grające w filmie osoby zapewne słyszały jedynie w telewizji. Cała historia jest zaś tak naiwna i nieskomplikowana, że nie pozostaje nic, jak spoglądanie z politowaniem. Film ma jednak parę plusów, z których największym jest – o zgrozo! – scenariusz. Kilka fajnych dialogów, ciekawe (choć nierozwinięte) postaci, wśród których mnie najbardziej przypadła do gustu matka.

Rzecz ta to nic więcej, jak luźne notatki filmowca, które nigdy nie zostały zredagowane. Ma to swój amatorski urok, ale tylko jeśli serwowany jest w niskich dawkach.

Ocena: 5

niedziela, 11 kwietnia 2010

The Ministers (2009)

Na papierze "The Ministers" zapewne prezentował się całkiem nieźle. Oto pewnego szczęśliwego dnia Celeste idzie z rodzicami na urodzinowy obiad, gdy nagle do jej ojca podchodzi dwójka zamaskowanych facetów, przystawia broń do głowy i pociąga za spust. Naście lat później Celeste jest policjantką, a zamordowani mordercy powracają by znów zabijać. Oczywiście kobieta chce zemsty. Tymczasem w jej życiu pojawia się nowy mężczyzna. Celeste nie wie, że jest to morderca jej ojca, który wcale nie jest potworem, jakim powinien się zdawać. Wręcz przeciwnie, jego zachowanie także podyktowane było tragedią i zemstą.


A zatem "The Ministers" mogło i powinno być interesującym obrazem o lojalności i zemście i cenie, jaką za to się płaci. Jednak kiedy przyszło co do czego, reżyser okazał się niezdecydowanym bałwanem. Fabuła rozlatuje się, przecieka mu między palcami. Nie jest to ani dramat psychologiczny ani kryminalna zagadka. To coś pomiędzy, czyli tak naprawdę nic. Obraz jest też fatalnie zmontowany, przez co brakuje mu rytmu.

Ocena: 4

Che: Part Two (2008)

Druga część biograficznej dylogii Stevena Soderbergha o Che trafiła do Polski wyłącznie na DVD. I szczerze mówiąc zupełnie się temu nie dziwię.


Nie bardzo rozumiem po co ten film powstał. Jest on bowiem niczym więcej jak ilustracją wybranych stron z zapisków samego Guevary z czasów jego ostatniej porażki, jakiej doznał w Boliwii. Soderbergh zachowuje pozory obiektywizmu. Nie stara się (wprost) interpretować ani analizować, po prostu pokazuje z bolesną i nużącą dokładnością losy Che i jego komunistycznych bojówek. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany Guevarą lepiej zrobiłby sięgając bezpośrednio do źródła, które jest obszerniejsze i bardziej osobiste.

Owszem "Che 2. Boliwia" pokazuje człowieka ogarniętego manią rewolucji, który nie potrafi zatrzymać się, powiedzieć dość. Kompletnie nieprzygotowana "rewolucja" w Boliwii, pozbawiona zaplecza politycznego i wsparcia lokalnej społeczności, od samego początku skazana była na porażkę. I tego zdaje się spodziewać Che Soderbergha. Mimo deklaracji wiary w ludzkość, Che prowadzi w Boliwii grę, której celem wykazanie jest, iż ludzie są głupawymi, niemrawymi istotami, które nie potrafią zmusić się do walki o lepsze jutro, wybierając za to gorsze, ale znane dziś. To, co pokazuje reżyser to jakieś nic nieznaczące lokalne potyczki i aż dziwić może tak silne zaangażowanie w jego zniszczenie władz Boliwii i USA.

Wszystko to fajnie, ale materiału fabularnego jest w tym filmie może na godzinę. Reszta to naturalistyczne scenki, które rozciągają całość do trudnego do wytrzymania rozmiaru 2 godzin. Soderbergh tym razem zdrowo przesadził i ratuje go tylko rzemieślnicza doskonałość.

Ocena: 6

Voor een verloren soldaat (1992)

Historia wojenna i coming-of-age w jednym i do tego poruszająca kontrowersyjny temat w jeszcze bardziej kontrowersyjny sposób. I pomyśleć, że film ten powstał prawie 20 lat temu.


Znany choreograf Jeroen Boman przygotowuje przedstawienie na 35 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej. Przedstawienie to ma dla niego bardzo osobisty wydźwięk, gdyż jak młody chłopak w 1945 roku przeżył najważniejsze chwile w swoim życiu.

Jak wiele dzieci w jego wieku, został odesłany z Armsterdamu na wieś, gdzie zaopiekowała się nim obca mu rodzina. Mieszczuch, z trudem przyzwyczaił się do wiejskiego, znacznie prostszego życia. Z czasem zaakceptował je. Jednak prawdziwie przełomowa chwila nastąpiła wraz z przybyciem oddziału alianckiej armii. Jeroen szybko zwraca uwagę na młodego żołnierza Walta. Ten zresztą też go zauważa. Między dwojgiem rodzi się więź, która dziś napiętnowana byłaby jako zbrodnia i przestępstwo. W tym filmie jednak jest opowiedziana jako piękna w swej ulotności opowieść o szczęściu o ludziach kompletnie sobie obcych, nie potrafiących się nawet dobrze ze sobą porozumieć, którzy odnaleźli w sobie bratnie dusze.

Film jest adaptacją autobiografii baletmistrza i choreografa Rudiego van Dantziga, dla którego uwiedzenie przez żołnierza nie było traumatycznym przeżyciem. A jednak kiedy ogląda się historię z boku, jej piękno zabarwia zwątpienie. Nie da się ukryć, że Walt wykorzystuje chłopaka, o którym nic nie wie, który mówi obcym mu językiem. Jeroen jest jedynie obiektem, na którym może przez chwilę skupić swe uczucia, skanalizować pragnienia. Nie jestem nawet pewien, czy tak naprawdę widział chłopaka, czy jedynie był on nośnikiem fantazji. Dla Jeroen jest inaczej. Jego budząca się seksualność w końcu może zakwitnąć. W swej naiwności myślał zapewne, że będą mieć więcej czasu. Po kilku dniach jednak oddział ruszył w drogę, a chłopakowi pozostały tylko wspomnienia. I to właśnie one, a nie rzeczywiste zdarzenia, będą miały decydujący wpływ na jego życie.

Ocena: 7

sobota, 10 kwietnia 2010

Alice in Wonderland (1903)

No cóż po ponad 100 latach ten film można traktować jedynie jako ciekawostkę. Jest to pierwsza adaptacja "Alicji w Krainie Czarów" i w czasach swojej premiery na pewno zdumiewała efektami specjalnymi (zmniejszająca się Alicja, znikająca Alicja).


Dziś to, co zwraca uwagę to metoda adaptacji polegająca na prostym wyliczeniu kluczowych scen i ignorowaniem całej otoczki, która przecie była cały clue powieści. Chciałbym móc powiedzieć, że dziś inaczej obchodzą się twórcy z literackimi pierwowzorami. Rzeczywistość jest jednak odmienna – "Alicja" to prekursor tego, co dziś jest nagminną bolączką hollywoodzkich produkcji. Film pozwala zrozumieć, skąd wzięła się taka postawa twórców. Jednak o ile wtedy była ona zrozumiała (ile z książki można przekazać w 9 minut?) o tyle dziś twórcy nie mają żadnego usprawiedliwienia.

Ocena: 5

Les chansons d'amour (2007)

No to wyjaśniła się sprawa tego, skąd czerpał inspirację Allen kręcąc "Co nas kręci, co nas podnieca". "Piosenki o miłości" opowiadają podobną historię, tyle że zamiast monologów łamiących "czwartą ścianę" mamy piosenki, a całość jest bardziej gorzka, smutna, liryczna, sentymentalna i kiczowata.


Ismaël i Julie są ze sobą, ale mimo że się kochają coraz bardziej działają sobie na nerwy. Pewnie dlatego postanowili dokooptować sobie Alicję. Niestety piorunochron nie działa właściwie i tylko skomplikuje sprawy. Na krótko, gdyż w wyniku nieszczęśliwego wypadku Julie zginie. Ismaël, Alicja i cała reszta musi sobie z tym jakoś radzić. Nie jest to łatwe, ale jak to mówią natura nie lubi pustki. Miejsce Julie zajmą inni...

"Piosenki o miłości" to film zdecydowanie nie dla każdego. To sentymentalna, ale opowiedziana z werwą i humorem historia miłości i żałoby i tego, jak radzić sobie z jednym i drugim. Reżyser nie stroni od kiczu, ale w musicalu to jakoś nie razi, wręcz przeciwnie tworzy jakąś przedziwną otoczkę wewnątrz której wszystko nabiera innych barw, smaków, kształtów.

Jedynie postać Ismaëla do końca mieszała mi w głowie. Sprawiał na mnie wrażenie schizofrenika bądź osoby cierpiącej na DID. Jest to postać tak niespójna, jak kameleon zmieniająca się od sceny do sceny. Nie jestem pewien, czy reżyserowi i aktorowi do końca udało się zapanować nad materiałem. Ale jest to tylko drobny zgrzyt w tym zachwycającym w swym rzewnym humorze obrazie. Reżyser ma znakomite wyczucie. Scena śmierci i próba ratowania przez sanitariuszy chwyta za serce mimo że jest bardzo rzeczowa i pozbawiona jakiegokolwiek sterowania emocjami, nawet muzyka jest wtedy nieobecna, co robi wstrząsające wręcz wrażenie.

Ocena: 9

Versailles (2008)

"Wersal" to historia dwójki ludzi, którzy znaleźli się na dnie i za sprawą małego chłopca spróbują się od tego dna odbić. Pierwszą osobą jest matka chłopca. Od dawna bezrobotna, tuła się po ulicach Paryża, dawno już pozbawiona złudzeń co do służb socjalnych. Drugą osobą jest Damien, były narkoman, teraz mieszkający w szałasie, wegetujący w stanie zawieszenia. Pewnego dnia cała trójka spotka się i spędzi noc przy ognisku. Kobieta zniknie zostawiając syna pod opieką Damiena. Zrobiła to, by znaleźć pracę, a kiedy jej się to udało, chciała po syna wrócić. Chłopiec zmotywuje również Damiena do zmiany stylu życia. Powróci on do rodziny, zacznie pracować, uzna chłopca za własnego syna tylko po to, by mógł on funkcjonować w społeczeństwie. Jednak film Pierre'a Schöllera nie jest ckliwą bajeczką, gdzie wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Reżyser pokazuje, że mimo szczerych chęci nie każdy jest w stanie naprawdę od dna się obić. Kobieta zacisnęła zęby i wykonywała każdą pracę, jaką jej zlecono. Damien mimo starań nie potrafi się w fizycznej pracy odnaleźć.


Za rolę w tym filmie Guillaume Depardieu otrzymał nominację do Cezara. Nie jestem pewien czy słusznie. Owszem jego rola jest wyrazista i mocna, ale czy to była jeszcze gra. Depardieu kręcąc ten film już wyraźnie cierpiał. Kiedy widzimy jak kuleje, to nie jest to udawane. Problem z nogą, który miał od paru lat stał się problemem śmiertelnym. Dwa miesiące po premierze "Wersalu" już nie żył, a nominację do Cezara przyznano mu pośmiertnie.

(Aure Atika)

Jeśli chodzi o sam film, to jest w nim wyraźne pęknięcie, jakby w połowie reżyser zmienił zdanie co do tego, jak chce historie opowiedzieć. W pierwszej części jest więcej milczenia. Schöller bardziej zdecydowanie operuje obrazem. W drugiej części jest więcej dialogu, ale są to teksty dość płytkie bądź efekciarskie.

Ocena: 6

piątek, 9 kwietnia 2010

Ceux qui restent (2007)

Jeśli wierzyć kinu, to na świecie istnieją tylko dwa rodzaje miłości. Pierwsza to miłość młodzieńcza, wynikająca z zachłyśnięcia się buzującymi hormonami. Druga to miłość wynikająca z naznaczenia śmiertelnością. To uczucie wynikające z aury jaką otacza się człowiek umierający lub też żyjący w cieniu czyjejś śmierci. W przypadku bohaterów "Ci, którzy zostali" już sam tytuł jasno sugeruje, z którym rodzajem uczucia będziemy mieć do czynienia.


Bertrand i Lorraine spotykają się na oddziale onkologicznym. Ich bliscy leżą tam walcząc z pochłaniającymi ich nowotworami. Mimo wyraźnych różnic charakterologicznych, połączyło ich wspólne przeżywanie śmierci. Ich relacje stopniowo pogłębiają się. Trudno jednak budować trwały związek, kiedy jego fundamentem jest śmierć.

"Ci, którzy zostali" to bardzo obraz w niezwykle interesujący sposób portretujący umieranie. Chorych małżonków głównych bohaterów nie zobaczymy ani razu. Jest tak, jakby już ich nie było. A jednocześnie ich doświadczenie, balansowanie na granicy śmierci jest odczuwalne w każdej minucie, definiuje i odkształca każdy moment rzeczywistości. Oczywiście u Anne Le Ny najważniejszy jest wątek melodramatyczny, jednak mnie właśnie owa atmosfera śmierci najbardziej zainteresowała. W kilku scenach reżyserka pokazała też, że ma poczucie humoru. Liczę, że kiedyś zaprezentuje go więcej.

Ocena: 7

czwartek, 8 kwietnia 2010

How to Train Your Dragon (2010)

To się nazywa rozrywka. DreamWorks raz jeszcze udowodniło, że wcale nie jest gorsze od Pixara i choć nie wiem na ile jest to film dla dzieci (osobiście dałbym ograniczenie "od lat 12"), ale ja bawiłem się na filmie świetnie.


"Jak wytresować smoka" jest klasyczną baśnią opartą na prostym pomyśle i konsekwentnie zrealizowanym bez bawienia się w nudne już gry postmodernizmem. Główny bohater jest sympatyczny, historia jego przyjaźni ze smokiem jest wzruszająca, a sceny akcji są widowiskowe i trzymają w napięciu. Miejscami może wkrada się pewien chaos, ale na ogół nie wymyka się on spod kontroli.

Oczywiście "Jak wytresować smoka" to tania agitka ucząca dzieci, że odmienność nie jest czymś złym, a wręcz przeciwnie należy ją pielęgnować, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. W ten sposób jest to niejako polemika z inną dreamworksową animacją – "Film o pszczołach". Tam bowiem indywidualizm jest jedynie pozorowany w ramach Systemu. Tu System okazuje się na tyle elastyczny, by ze "perwersji" uczynić akceptowalną normę.

Szkoda tylko, że film jest tak fallicznocentryczny w swoim przesłaniu, że "latanie" na smoku jest fajne i niemal całkowity brak kobiecych wzorców (nieliczne bohaterki okazują się bardziej męskie od większości bohaterów).

Ocena: 8

Ps. Smok wygląda naprawdę uroczo, ale DreamWorks musi popracować nad uśmiechem postaci. Od czasu Shreka wszyscy bohaterowie mają identyczne uśmiechy

New York, I Love You (2009)

Niestety "Zakochany Nowy Jork" to sromotna porażka, jeśli porównać film z "Zakochanym Paryżem". Tam naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Poszczególne nowelki naprawdę przybliżały atmosferę Paryża, pokazując je jako miejsce, gdzie wszystko może się zdarzyć. Wydawać by się mogło, że Nowy Jork będzie godnym następcą. To kosmopolityczne miasto zdawać by się mogło jest perfekcyjnym tyglem do wytopienia każdej historii. Tymczasem reżyserzy, wśród nich naprawdę uznane nazwiska, mieli z miastem poważny kłopot, czego rezultatem są zaskakująco miałkie, pozbawione wyrazistości historyjki.


Nowego Jorku prawie w ogóle tu nie ma. Jeśli chciałbym poczuć atmosferę tej metropolii to lepiej zrobiłbym sięgając po filmy Dito Montiela czy też starsze obrazy Woody'ego Allena. Zresztą neurotyczny duch Allen jest mocno wyczuwalny w większości nowelek. W jednych wychodzi to lepiej (Joshui Marstona o starszej parze), w innych gorzej (Allena Hughesa z Bradleyem Cooperem). Większość to mocno wtórne historyjki, które trzymają ledwie przeciętny poziom. Na tym tle jedyną wyróżniającą się historyjkę opowiedział Brett Ratner. Pełna humoru, zadziorna i niepokorna. Zresztą w zasadzie tylko nowele komediowe, przewrotne warte są uwagi. Jedynym wyjątkiem jest oniryczna przypowieść według scenariusza nieżyjącego już Anthony'ego Minghelli.

To, co jednak rzuca się najbardziej w oczy to całkowita pozorność wielokulturowego tygla. Nowy Jork jako centrum kulturowe zupełnie nie istniej, choć niby jest i pisarz i filmowiec i malarz i tancerz. Mieszanki rasowe są również niemal kompletnie niewidoczne. Brakuje prawie zupełnie związków nietypowych, brakuje Latynosów i Afroamerykanów. Wszystko jest takie porządne, uładzone, przystosowane do powszechnego użytku. Dla mnie było to jednak danie kompletnie pozbawione smaku. Film nie wytrzymuje porównania nie tylko z "Zakochanym Paryżem" ale też z londyńską parafrazą "Scenami z życia intymnego".

Ocena: 5

Clash of the Titans (2010)

Nie ukrywam, że wcale nie chciałem dzisiaj oglądać "Starcia Tytanów". Zasiadając w fotelu byłe pełen jak najgorszych przeczuć. Spodziewałem się filmu nudnego, głupiego, hałaśliwego. Słowem "Legionu" albo "Księgi ocalenia" tyle że w wersji mitologicznej. Teraz muszę powiedzieć, że nie żałuję, że film zobaczyłem. Nie wiem, czy zechciałbym go obejrzeć drugi raz, ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się na nim dobrze.


Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że film ma naprawdę fatalny scenariusz. Fabuła jest tak mizerna, że aż trudno uwierzyć w liczbę scenarzystów, którzy nad nią myśleli. Można ją streścić w naprawdę niewielu słowach: Perseusz, syn Zeusa, zostanie w wyniku nieprzyjemnych okoliczności zmuszony na wyprawę, której cele ostatecznym jest zabicie niepokonanego potwora Krakena. Po drodze czeka go parę przygód, z których wyjdzie cało tylko dzięki pomocy towarzyszy podróży.

Nie ma w tym filmie nic, ani fajnych bohaterów, ani dobrych dialogów, ani nawet zapierających dech efektów specjalnych. Głowa mówi zatem, by film wrzucić do kosza. Ale serce... Z jakichś powodów "Starcie Tytanów" mi się spodobało. Na pewno udział w tym ma głupawa rozrywka i dynamiczna narracja. W filmie pełno jest też aktorów, których lubię albo przynajmniej znam. Całość przypomina mi też stare włoskie filmidła spod znaku miecza i sandałów. Może właśnie ten duch retro sprawił, że z kina wyszedłem zadowolony. Nie ważne. To, co się liczy to fakt, że nie mam poczucia zmarnowanych dwóch godzin.

Ocena: 7

Bright Star (2009)

Na ten film czekałem bardzo długo. Może za długo. Bowiem z seansu wyszedłem rozczarowany. Film wydał mi się pusty, pozbawiony bohaterów, historii, dramaturgii. Miałem wrażenie, że dwójka osób, których połączyło uczucie, to bohaterowie drugiego planu, nic więcej, jak tylko efekt uboczny artystycznego projektu. Bowiem "Jaśniejsza od gwiazd" to przede wszystkim próba opowiedzenia o poezji przy pomocy obrazów. Zdjęcia to najsilniejsza strona filmu. Wspaniałe, niezwykle malarskie, zachwycają i kompozycją i barwami. Bliżej jest im jednak do obrazów Moneta niż do poezji Keatsa. Tej podporządkowana jest kompozycja filmu, rytmika opowieści, montażu. Od strony formalnej naprawdę nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Problem w tym, że poza formą " Bright Star" nie ma praktycznie nic.


Co gorsza film jest bardzo wtórny. Jeśli chodzi o reżyserkę to jest to nic więcej, jak wariacja na temat "Fortepianu". Straszliwym błędem było obsadzenie w roli Keatsa Bena Wishawa, którego lubię, ale który niemal w każdym filmie kończy tak samo. To się staje powoli nudne.

Szkoda zmarnowanej okazji. Lepiej czas wykorzystać czytając poezję Keatsa niż oglądając o nim film.

Ocena: 5

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

The Tulse Luper Suitcases, Part 3: From Sark to the Finish (2003)

Trzecia część historii Tulse'a Lupera niestety rozczarowuje. Greenaway miał bardzo ciekawy pomysł. Oto w tym filmie pokazuje kłamstwo, jakim jest wszelkie opowiadanie historii. Fiksacja na punkcie gier słownych, splotów okoliczności, dzieł, które stają się ważniejsze od rzeczywistości, jaka je zainspirowała. "From Sark to Finnish" w tym sensie bardzo przypomina "Rekonstrukcję".


Dobrym zabiegiem było przesunięcie Lupera na drugi plan. Jest on praktycznie nieobecny, nawet wtedy, kiedy jest na ekranie. Niestety błędem ekspresowe tempo narracji. Poprzednio bezbłędnie funkcjonująca konstrukcja tu zaczyna rzęzić, niczym nienasmarowany silnik. Film nie robi już takiego wrażenia wizualnego. Całość, pomimo bardziej chaotycznego charakteru, jest zarazem w znacznie prostszy sposób prezentowana. "From Sark to Finnish" ogląda się nie tyle jako trzecią część "Tulse'a Lupera" ile raczej preludium do "Nightwatching". Greenaway zdecydowanie lepiej zrobiłby, gdyby spróbował historię Lupera opowiedzieć w dwóch filmach.

Pomniejszym błędem jest też tak jawne opowiadanie o uranie, który to pierwiastek stoi niejako w tle całej biografii Lupera. Może jednak z powodu tych wszystkich wad, muzyka w części trzeciej wybija się na pierwszy plan. Przykuła moją uwagę w znacznie większym stopniu niż w poprzednich dwóch częściach.

Ocena: 6

Hollywood, je t'aime (2009)

Co za rozczarowanie. Ten film reklamowany był jako "crowd-pleaser". Cóż jedyne co było w nim "pleasing" to to, że nie trwał zbyt długo. "Hollywood, je t'aime" to bajeczka o facecie, który po zakończonym związku ucieka na święta za Ocean aż do Hollywood. Jako że to bajeczka, to niemal wszyscy spotkani nieznajomi okazują się sympatycznymi i przyjacielskimi duszami, które pomogą w potrzebie zagubionemu obcokrajowcowi. Może i uwierzyłbym w to, gdyby nie fakt, że główny bohater był straszliwie irytujący i kompletnie nie rozumiałem, dlaczego budzi on u wszystkich takie matczyne/ojcowskie uczucia.


Sama reżyseria też pozostawia sporo do życzenia. Film ma sporo scen "omamowych" ale nie są one odpowiednio wygrane. Całości brakujże dynamizmu, życia, a przede wszystkim humoru. Wszystko jest tu słodkie i ciepłe, ale przypomina to raczej zupę mleczną z rozgotowanym makaronem, która zdążyła już kompletnie wystygnąć. Niektórzy mogą to uznać za apetyczne, nie ja.



(Terence Leclere)


Film ma za to całkiem fajną ścieżkę dźwiękową. Mnie szczególnie do gustu przypadła piosenka "Fingers Sprouting Feathers" Jordana O'Jordana (można jej posłuchać TUTAJ).

Ocena: 4

niedziela, 4 kwietnia 2010

The Tulse Luper Suitcases, Part 2: Vaux to the Sea (2003)

Druga część "historii życia" Tulse'a Lupera opowiedziana została mniej więcej w ten sam sposób co "Moab Story". Tym razem jednak Greenaway skoncentrował się na obsesjach, które choć barwne i twórcze stają się więziennymi kratami, ograniczeniami poza które nie sposób się wydostać. Taką obsesją jest kino, zarówno jako miejsce ale też jako funkcja. W tym filmie olbrzymią rolę pełni architektura, która jest niczym innym jak ekspresją hybris artysty. Kino jest też miejscem, w którym opowiada się historię. Historia jednak jest zawsze fałszem. Historia nie istnieje, jest wytworem historyków. Artysta też jest historykiem, który w teorii powinien ukazywać to, co widzi, częściej jednak obserwację zastępuje wyobraźnia.


"Vaux to the Sea" odkrywa przed nami także obsesje Greenawaya, a raczej przypomina je widzom. Kto bowiem widział "Kontrakt rysownika" czy "Dzieciątko z Macon" ten doskonale wie, o co chodzi.

W drugiej części pojawiło się więcej znanych nazwisk. Jednak Greenaway nawet jeśli łagodzi nieco formę, to z całą pewnością nie treść. "Vaux to the Sea" to wciąż drapieżne kino eksperymentalne, szarżujące zmysły widza rozleniwionego widowiskami rozpisanymi na trzy akty. Rzecz fascynująca i wcale nie wtórna wobec części pierwszej.

Ocena: 8

sobota, 3 kwietnia 2010

The Tulse Luper Suitcases, Part 1: The Moab Story (2003)

To miało być opus magnum Petera Greenawaya. Zamiast tego jest projektem, którego w sposób legalny prawie nie sposób w całości obejrzeć. Dzięki Bogu są Australijczycy, gdzie rzecz została wydana na DVD.


Dla fana Greenawaya "Tulse Luper" jest jednak rzeczą obowiązkową do obejrzenia. W końcu Luper to swego rodzaju alter ego reżysera. "Moab Story" sprawia wrażenie kompilacji z cyklu "The Best Of...". Znajdziemy tu wszystkie chwyty wizualne, scenograficzne rozwiązania, eksperymenty formalne i bohaterów, z których zasłynął Greenaway w swoich wcześniejszych filmach. Tym razem jednak mniej jest szokowania, wykraczania poza granice konwencjonalnej fabuły, za to zdecydowanie więcej jest eksperymentów formalnych. Greenaway rekonstruuje rekonstrukcje, prowadzi zdjęcia próbne do przyszłych scen, pozostaje niestały (ale nie niekonsekwentny) w ukazaniu bohaterów, cytuje samego siebie, wykorzystuje wszelkie możliwe formy od fotografii przez teatralną inscenizację po zabawy montażem. Wszystko po to, by ukazać swoją własną filozofię kina, kina, które jego zdaniem jest wciąż w powijakach nie mogąc uwolnić się od fotograficzno-malarskiego ojca i teatralnej matki.



(Naím Thomas)

"Tulse Luper" jest także przypowieścią o artyście zmagającym się z formą. Jest on dla Greenawaya więźniem, któremu okoliczności, ograniczenia natury nie pozwalają w pełni przekazać tego, czego pragnie. Artysta jest obserwatorem życia, zainteresowanym każdym jego najdrobniejszym aspektem. Jednak przemoc, seks, śmierć zdają się być niczym masywne planety zakrzywiające czasoprzestrzeń. Artysta jest dla Greenawaya kolekcjonerem, twórcą rzadko kiedy kończącym swoje działa. Zresztą nie to jest najistotniejsze. Kronika życia prywatnego i wielkich zdarzeń jest bowiem równie obszerna jak samo życie. Większość z tego powinna zostać zagubiona. Skrawki, które ocaleją, przez swoją niepełność bardziej pobudzają wyobraźnię.



(Scot Williams)

Forma filmu wymaga przystosowania się. Kiedy jednak już wkroczy się w specyficzny świat Greenawaya, można wsiąknąć całkowicie. Tak było ze mną. Liczę, że druga i trzecia część będą równie udane.

Ocena: 8

Shelter (2007)

"Shelter" to film, który stoi w sprzeczności z chrześcijańską postawą życiową i to wcale nie dlatego, że dwójka głównych bohaterów jest gejami, ale ze względu na morał, który mówi, iż poświęcanie się dla innych nie zawsze jest właściwe. Od czasu śmierci matki młody Zach stał się głową, ostoją i spoiwem rodziny. Swój czas dzieli pomiędzy pracę, opiekę na siostrzeńcem i surfowaniem. Jego siostra wykorzystuje go na każdym kroku przyzwyczajona, że może robić co chce i kiedy chce, bo dzieciaka po prostu zostawia z bratem. To zmienia się, kiedy do kalifornijskiego nadmorskiego miasteczka powraca z LA Shaun, brat najlepszego przyjaciela Zacha. Pod jego wpływem chłopak nie tylko odkryje swoją orientację, ale przede wszystkim zacznie być bardziej asertywny. Jego priorytety pozmieniają się i choć siostrzeniec i rodzina pozostaną dla niego ważne, to jednak przestanie być popychadłem siostry.


Pełnometrażowy debiut scenografa Jonaha Markowitza to rzecz, którą tak naprawdę znieść mogą jedynie zakochani i 100% romantycy. Stężenie cukru jest tu bowiem na granicy tolerancji. Historia zbliżania się do siebie i oddalania Zacha i Shauna to kwintesencja filmowego (i nie tylko) romansu. Na szczęście Markowitz jest szczery i nie próbuje nam wmawiać, że nakręcił coś więcej niż tylko ckliwą historię o miłości. "Shelter" jest naiwną bajką, ale od czasu do czasu i takie bajki są nam potrzebne.

Ocena: 6

czwartek, 1 kwietnia 2010

Nothing Personal (2009)

Oto historia kobiety, która odgrodziła się od świata. Przeżyła bliżej niesprecyzowaną tragedię, która nigdy nie zostanie wyjaśniona, choć można snuć domysły. Teraz stała się burkliwym nomadą wędrującym po Irlandii, aż dociera do stojącej na uboczu chatki Martina. Tam odnajduje podobnego do niej odludka i powoli zaczyna opuszczać swoje ochronne tarcze. Powinna była wiedzieć lepiej.


"Nic osobistego" to intrygująca opowieść o anonimowości, która staje się spoiwem niecodziennego związku. To opowieść o pragnieniu drugiej osoby i przemożnym strachu przed otwarciem się na innych. To historia samotności i partnerstwa.

Można by więc rzecz piękne, artystyczne kino, tyle że tak nie jest, a w każdym razie nie do końca. Coś mi nie gra w tym wystudiowanym debiucie Urszuli Antoniak. Owszem technicznie nie mam zarzutu, podziwiam wręcz dyscyplinę i konsekwencję w prowadzeniu narracji. Problem leży raczej w tym co opowiada. Cała historia, główna bohaterka wydaje mi się przeraźliwie egzaltowaną i pretensjonalną kreacją. To rzecz jaką może stworzyć wrażliwa artystyczna dusza mająca większą potrzebę wyrażenia się niż doświadczeń, z których mogłaby korzystać. Stąd powstaje rzecz wykoncypowana, oderwana od rzeczywistości, naiwna w swej pozornej symbolicznej złożoności.

Ocena: 6

House of Boys (2009)

Przed projekcją filmu Jean-Claude Schlim powiedział, że jego film ma młodym ludziom przypomnieć o groźbie AIDS, którą ponoć nowe pokolenie ignoruje. Jeśli rzeczywiście taki był cel filmu, to niestety Schlim go nie osiągnął. "House of Boys" przynosi jednak inną, chyba jeszcze bardziej ponurą myśl: od gównianego życia nie ma ucieczki.


Z jednej strony jest Jake, który nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Po śmierci matki został sam z ojcem, który postanowił wygnać z niego grzech gwałcąc go raz za razem. W końcu udało mu się z domu uciec. Wylądował w Amsterdamie, gdzie został "gay for pay". Kiedy w końcu dowie się, czym jest prawdziwa miłość, dowie się też, że ma AIDS i kilka miesięcy życia przed sobą (akcja dzieje się w 1985 roku).

Z drugiej strony jest Frank, który ma sympatycznych i tolerancyjnych rodziców, a z domu ucieka tylko dlatego, że jest wolnym i niespokojnym duchem. Baluje, uprawia przypadkowy seks, ale nic mu nie jest. Miał szczęście jako dzieciak, ma szczęście i teraz. Jeśli tak się chce przestrzegać przed groźbą AIDS, to daleko się nie zajdzie.

Intrygująco wypada inny wątek filmu, a mianowicie relacji rodzice – dzieci. U Schlima każda z tych relacji zostaje przerwana, czy to ucieczką, czy to porzuceniem, czy to aborcją czy to morderstwem. Relacje z przyjaciółmi, ukochanymi to próba odtworzenia relacji rodzicielskiej, tyle że tym razem w postaci idealnej. Jeśli taką relację uda się stworzyć, wtedy możliwe jest nawiązanie na nowo kontaktów z własnym rodzicem/dzieckiem.



(Luke J. Wilkins)

"House of Boys" to strasznie chaotyczny film. Widać, że to debiut Schlima. Znalazło się w nim chyba wszystko poza animacją. Mamy sekwencje magiczno-taneczne, narrację z offu, przejście ze zdjęć kamerowych do fotograficznych itp., itd. Brakuje w tym konsekwencji, jakby Schlim po prostu musiał w filmie zmieścić wszystkie swoje pomysły.

Z drugiej strony podoba mi się pokazanie atmosfery tytułowego Domu Chłopców. Fajnie też wypada Udo Kier jako prowadząca Dom Madame. Większość aktorów gra średnio, widać, że brakuje im doświadczenia. Najfajniej wypadają pojawiający się na drugim planie Luke J. Wilkins i Steven Webb. Co nie powinno dziwić, obaj mają na swoim koncie znacznie więcej ról niż odtwórcy Jake'a i Franka.

Ocena: 6