poniedziałek, 31 maja 2010

जेल (2009)

Miałem duże nadzieje związane z "Jail", dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałem możliwości obejrzenia filmu. Zainteresował mnie zarówno temat jak i fakt, że występuje w nim Neil Nitin Mukesh, który zrobił na mnie bardzo duże wrażenie w "New York". Niestety seans zakończył się pełnym rozczarowaniem. Z ciekawej fabuły zostały strzępy, z fascynującej kreacji pozostała jedynie twarz Neila – jedyna rzecz, jak nie została sknocona. No może nie jedyna, twarze innych są również doskonałe, jak choćby Mugdhy Godse, która niestety poza wyglądem też nie miała zbyt wiele do zaprezentowania.


"Jail" okazuje się mdłą opowiastką o więzieniu, które przypomina raczej nędzny pensjonat, gdzie nie ma w zasadzie ani jednego prawdziwego drania. Miałem nadzieję na dynamiczne kino w stylu "Pokiri", a tymczasem jest to łzawy melodramat z bardzo słabym wątkiem miłosnym. Od strony muzycznej też niczym specjalnym się nie wyróżnia. Niezłe jest "Saiyaan ve", ujdzie też "Bareily Ke Bazzar Mein", ale muzyka ilustracyjna jest zupełnie niestrawna.


Film być może dla zwyczajnego hinduskiego kinomaniaka jest za ostry, ale mnie się jednak zdaje, że "Jail" przepadł w Indiach, bo po prostu jest nudny. Na szczęście pozostał mi "New York".


(Ali Quli Mirza)

Ocena: 5

niedziela, 30 maja 2010

Mniejsze zło (2009)

"Mniejsze zło" ma jeden fajny pomysł: pokazanie, że nie tylko spasieni dygnitarze z PZPR mogli korzystać z uroków młodych ciał. Również kobiety – przynajmniej niektóre – miały jak w raju, pomagając młodym opozycjonistom, idealistom i twórcom. Oczywiście pomagały z dobroci serca, tak się jednak dziwnie składało, że serce to znajdowało się u nich dość nisko, tak gdzieś między nogami.


Cała reszta to już typowe polskie bagienko. Smęty, smęty, smęty. I do tego ten sympatycznie antypatyczny bohater, którego reżyser nie ma odwagi uczynić prawdziwym socjopatą. Od początku widać, że jest to historia psychicznego dojrzewania. I choć widok czyśćca został nam oszczędzony. Nawrócenie już nie. Szkoda.

Ocena: 6

Pierrepoint (2005)

Ten film aż prosił się o opowiedzenie go w tym samym stylu co "Bronson" czy "Boski". Oto jeden z najsłynniejszych katów Wielkiej Brytanii, wielbiony i wyklinany, zabójca kilkuset osób, wszystkie zabił profesjonalnie, chłodno i w majestacie prawa. Impresjonistyczne kino mogłoby pomóc widzom wniknąć w głąb psychicznego doświadczenia, jakim jest zabijanie na zlecenie sądu, przeniknąć maskę, jaką Pierrepoint sam przyoblekł będąc jedynym , od kogo w zasadzie można czerpać informacje o jego życiu.


Niestety reżyser wolał kręcić film "po bożemu". Wyszła z tego zupełnie nijaka biografia, która nic w zasadzie nie mówi, niczego nie pokazuje. Dostajemy kilka slajdów z miejsca kaźni plus kilka scenek rodzajowych i tyle. Mając znakomitą obsadę (Spall, Stevenson) kompletnie jej nie wykorzystuje. Tylko w jednej scenie widać prawdziwe emocje. To trochę mało. Ale po twórcy telewizyjnym trudno się był spodziewać więcej.

Ocena: 6

Tout contre Léo (2002)

Interesujące. Christophe Honoré musi mieć problem ze śmiercią. Ktoś zmarł, a on sobie z tym nie poradził. Bo też dlaczego po raz kolejny (odwracam tu kolejność, w końcu ten film powstał wcześniej) opowiada tę samą historię? Teraz pozostaje pytanie, która wersja jest bliższa prawdy. Czy tak jak to było w "Les Chansons d'amour" śmierć nadeszła nagle, czy tak jak to jest właśnie tu w "Tout contre Léo", gdzie śmierć jest wyczekiwana, obecna zanim jeszcze fizycznie nastąpi. Jest też jeszcze "Novo", gdzie temat śmierci jest podobnie potraktowany. We wszystkich nich zdradzieckie jest samo ciało, to choroba jest przyczyną śmierci. Inaczej jest w "Aprés lui" (który mam nadzieję niedługo obejrzeć).


W "Tout contre Léo" umierający jest Léo, a cała rodzina musi się z tym pogodzić, musi na to czekać. Historię oglądamy z punktu widzenia jego 12-letniego brata Marcela, którego rodzina postanawia ochronić i nic mu nie mówi. Ten jednak podsłuchał ich rozmowę i o wszystkim wie. Rozpoczyna się przedziwna gra podwójnych znaczeń i iluzji. Dość dobrze oddana przez reżysera.

Nie jest to film tej samej klasy co w "Les Chansons d'amour". Choć łączy je wiele (nawet jedna piosenka!), to jednak tutaj rzecz wydaje się jeszcze surowa, niedopracowana artystycznie. Honoré postawił na prostotę i naturalność, ale miejscami pojawiają się zapędy "histeryczne" nie pasujące do konstrukcji (jak matka leżąca w trawie). Całość jest jednak nasycona dużym pierwiastkiem emocjonalnym i nie czuć w nim telewizyjnej produkcji. To sztuka, która Francuzom rzadko kiedy się udaje. Chyba wolę kiedy Honoré reżyseruje swoje własne scenariuszem, niż kiedy pisze dla innych.

Ocena: 7

sobota, 29 maja 2010

Last Chance Harvey (2008)

Harvey i Kate to osoby, dla których życie już się skończyło. Och, mogą jeszcze pobyć na tym świecie wiele lat, ale odstawieni zostali na boczny tor, samotni, pozbawieni nadziei, odepchnięci. Kate zdaje się być z tym pogodzona. Wybudowała wokół siebie warownię, w której tkwi bezpieczna, choć czasem samotność boleśnie jej doskwiera. Harvey zapominał o wszystkim dzięki pracy, którą właśnie ma stracić. I wtedy, w najczarniejszej godzinie pustki spotykają siebie. Ich pierwsze spotkania pozbawione są konwenansowej kurtuazji. Są złośliwi, wygadani, pewni siebie, jak tylko można być w sytuacjach, co do których nie przywiązuje się żadnej uwagi. I właśnie tak pozbawiona krygowania się prawda niespodziewanie przyciągnie ich do siebie. Tak rodzi się baśń o prawdziwej miłości.


Nie rozumiem, dlaczego ten film przeszedł bez echa. Dlaczego nie trafił do kin. I dlaczego ma tak niskie oceny. Przecież "Last Chance Harvey" to prawdziwa perła. Piękny, prosty i bardzo ciepły film. To bajka, ale z rodzaju tych, które słucha się z zapartym tchem. Cudowni bohaterowie zostali ożywieni przez fantastyczną parę aktorską. Emma Thompson i Dustin Hoffman bezbłędnie się uzupełniają tworząc fantastyczne kreacje nie tylko oddzielnie (o co jest stosunkowo łatwo) ale i razem (co zdarza się już znacznie rzadziej). Ich rozmowy rozgrzewają serce. Widok czekającej na Harveya Kate zaś wywołuje fizyczny ból. Mistrzostwo! Do tego dochodzą piękne epizody, jak choćby Atkins w roli matki Kate.

Magiczny film.

Ocena: 9

Nordwand (2008)

Nie bardzo rozumiem, jaki jest sens robienia takich filmów, jeśli nie ma się odwagi zrobić ich dobrze. Philipp Stölzl wyczuł, że w nieudanej próbie zdobycia góry Eiger jest spory potencjał, ale jednocześnie wyraźnie bał się swoich bohaterów, którymi byli naziści. Jak opowiedzieć o bohaterstwie, kiedy bohaterami są reprezentanci wcielonego zła? Na to pytanie Stölzl nie znalazł odpowiedzi czego rezultatem jest mdłe filmidło pozbawione napięcia i dramaturgii.


A przecież reżyser miał wszystkie narzędzia by uczynić z tego historię uniwersalną. Alpiniści mogli być typowymi bohaterami napędzanymi marzeniami, którzy w swej obsesji zdobycia ślepi są na realia i konsekwencje towarzystwa w jakim się obracają. Z kolei dziennikarz zagrany przez Tukura plus austriacki bogacz biznesmen mogli być idealnym tłem pokazującym jak niszczycielska i niewybaczająca jest maszyneria totalitaryzmu, w którą wpada i młoda fotografka, by za sprawą alpinistów odnaleźć prawdziwy sens i wyzwolić się z iluzji wielkości wyczarowywanej przez III Rzeszę.

To mogło się udać. Niestety został tylko potencjał. Film wyszedł średni, a mógł być naprawdę dobry.

Ocena: 6

wtorek, 25 maja 2010

Nanny McPhee and the Big Bang (2010)

Chyba jestem już za stary na tego rodzaju kino. Miałem nieodparte wrażenie, że scenariusz pisano nie z myślą o dzieciach a o idiotach. Pomieszanie z poplątaniem, bardzo luźna ale nie skeczowa konstrukcja sprawia, że film ledwo trzyma się kupy. Wszystko dzieje się w ekspresowym tempie i jest tak płytkie, że nie sposób przejąć się bohaterami. Po Emmie Thompson spodziewałem się czegoś bardziej "witty".


Dzieciakom się jednak podoba. I momentami jestem to w stanie zrozumieć. Scena z pląsającymi w wodzie prosiaczkami był naprawdę zabawna. Reszta już jednak znacznie mnie. A panny Topsey i Turvey są jakby wyjęte z zupełnie innej bajki, niepokojące i absurdalne. Mnie jednak najbardziej przypadły do gustu.

W filmie pojawia się kilka znanych brytyjskich gwiazd. Szkoda, że nie mają zbyt wiele do zagrania. Odniosłem wrażenie, że pojawiają się w filmie tylko ze względu na przyjaźń z Thompson.

Ocena: 6

poniedziałek, 24 maja 2010

Gainsbourg (Vie héroïque) (2010)

"Gainsbourg" wpisuje się w nurt filmów biograficznych ostatnio bardzo modny i mnie szczególnie przypadający do gustu. To filmy próbujące odkryć naturę postaci, a nie wyliczać koleje losu. Takimi obrazami są "Bronson" czy "Boski". "Gainsbourg" na ich tle wypada słabo, ale to wciąż ciekawy portret nietuzinkowego artysty.


Joann Sfar kreśli bardzo ponury obraz artysty. Choć w napisach końcowych zarzeka się, że nie zależało mu na prawdzie, to jednak wydaje się, że jest to tylko forma asekuracji i wyprzedzenia ataków, że tak mało miejsca poświęca w nim faktom. Jednak przy użyciu zabiegów odbiegających od "normalnej" biografii, udaje mu się dotknąć natury może nie samego Gainsbourga, ile raczej artysty w ogóle. U Sfara artysta to człowiek wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony jest "ja" osobiste, zazwyczaj obdarzone talentem, ale nie siłą przebicia. Z drugiej strony jest "gęba" – maska, za którą się skrywa publicznie, ale która przejmuje również dominację w życiu wewnętrznym. Emocjonalne relacje do owej maski są mocno ambiwalentne, lecz wydaje się ona niezbędna do osiągnięcia sukcesu. Ceną za to jest samotność i ulotność szczęścia. Wszystko się wypala, aż w końcu zacierają się granice. Integracja, która w normalnych okolicznościach wydaje się jak najbardziej pożądana, tu niczego nie rozwiązuje. Ale artysta u Sfara jest jak rekin – nie może przestać się poruszać, kiedy to zrobi umrze.

Ocena: 6

Prince of Persia: The Sands of Time (2010)

Leni Riefenstahl byłaby dumna. Rzadko kiedy mamy do czynienia z tak czystą propagandą, którą ogląda się zupełnie tej propagandy nie czując. "Książę Persji" jest bowiem niczym więcej jak purytańską agitką i na ironię losu zakrawa fakt, że przygotował go Anglik, skąd przecież purytanie zwiali w poszukiwaniu ziemi pod budowę Nowego Jeruzalem.


Film doskonale oddaje ducha ruchu, który zapoczątkował budowę kolonii i dał podwaliny pod dzisiejsze Stany Zjednoczone. Władza państwowa jest tu krytykowana, pojawia się wyraźny wątek kontestacyjny. Jedyna władza możliwa do przyjęcia to ta, która ma korzenie w religii. Jednak i ona ma ograniczenia. Tak jak u nas modny jest ostatnio podział na patriotów i prawdziwych patriotów, tak "Książę Persji" wprowadza podział na dobrych ludzi i wielkich. W ten sposób sprytnie unika krytyki wierzących, którzy podporządkowują się rządowi i władzy federalnej, a jednocześnie strofuje ich mówiąc wyraźnie, że nieposłuszeństwo wobec władzy jest ważniejsze, jeśli w grę wchodzi sumienie. Wątek religijny jest zresztą w filmie niezwykle istotny, lecz jednocześnie bardzo zmyślnie ukryty tak, by nie czuć było ewangelizacyjnym zacięciem.

Wszystko to można byłoby wybaczyć, lecz "Książę Persji" idzie dalej. Pokazuje, że na drodze do zbawienia wszelkie ofiary są uzasadnione i nie należy od nich odstępować. To już jest czysty fanatyzm, który skutkuje całymi stosami trupów. Prawie wszyscy w tym czy innym momencie filmu giną. Kiedy jest to ofiara złożona z siebie to jeszcze można to jakoś zrozumieć. Kiedy jednak w imię idei mordowani są inni, to już mam problem. Jeszcze gorsza jest jednak coś innego – obietnica, że śmierć nie jest końcem. W filmie prawie wszyscy zostają wskrzeszeni. Zapowiedź zmartwychwstania jeszcze tylko wzmacnia determinację do śmierci za wiarę – w końcu nie jest to śmierć wieczna.

Ta koszmarna ewangelia w normalnych okolicznościach odstręcza, lecz Mike Newell tak sprawnie opowiada historię, że uwodzi widza. Sam nie raz łapałem się na tym, że oglądam to widowisko z zainteresowaniem i ekscytacja. Nie zważając nie tylko na przesłanie ale też i na chaos panujący na obrazie. Ta kusząca wizja wystarcza mi za uzasadnienie, dlaczego w niektórych rejonach Stany nazywane są szatanem.

Ocena: 6

niedziela, 23 maja 2010

Catch a Fire (2006)

Oto paradoks każdego reżimu: władza dąży do całkowitego podporządkowania sobie poddanych (bo nie obywateli). A jednak nigdy nie jest w stanie uwierzyć w pełne poddaństwo. W ten sposób tworzy samospełniające się proroctwo. Oto bowiem nawet kiedy człowiek stara się żyć z godnie z prawem, nie wychyla się, jest pokorny, prędzej czy później zostanie schwytany przez machinę. Kiedy przerwany zostanie punkt wytrzymałości, z biernego poddanego przekształci się w aktywnego bojownika. W ten sposób reżim sam hoduje sobie kolejnych wrogów.


Choć film ma już kilka lat i dotyczy przeszłości RPA, doskonale można go odnieść do aktualnej sytuacji i tak zwanej wojny z terrorem. To błędne koło, które przerwać można wybaczając. Ktoś jednak musi na to wybaczenie się zgodzić, ktoś musi przerwać spiralę zemsty i przemocy. Wielu jest odważnych, kiedy trzeba sięgać po broń. Mało, kiedy trzeba sięgać po kwiaty.

"Catch a Fire" to Noyce w wydaniu społecznie świadomym. Nie jest to jego najlepszy film. Nie jest to nawet najlepszy film o czasach apartheidu, ale nie jest też najgorszy. Lepiej można było poprowadzić dynamikę dwójki postaci: Patricka i Nica.

Ocena: 6

sobota, 22 maja 2010

The Ruins (2008)

Grupa znajomych spędza wolne chwile wylegując się na meksykańskiej plaży. Parę dni przed powrotem wpadają na genialny plan, by wybrać się do ruin, o których nikt nie słyszał lub słyszeć nie chce. Reszta filmu jest równie typowa, co ten początek.


Mimo wtórnej fabuły film wypadł całkiem niezły. Byłem pozytywnie zaskoczony. Nie jest to mistrzostwo świata. Wiele rzeczy można było nakręcić lepiej. Jednak mimo wszystko jest w nim emocjonalna intensywność wystarczająca, bym się nie nudził.

Imponująco wypada obsada filmu. To młode ale gorące nazwiska, które mają szansę na niezłą karierę, a Joe Anderson mógł nawet liczyć na coś więcej. Trochę się dziwię, że zgodzili się oni wystąpić w obrazie, od którego na kilometr zajeżdża gatunkowym gettem. Pewnym wytłumaczeniem jest fakt, że producentem jest Ben Stiller. Jeśli jednak liczyli, że jego osoba pomoże im w przyszłości w karierze, to się chyba przeliczyli.

Ocena: 6

The Spirit (2008)

Jestem pod wrażeniem. Sprawić, by ewidentnie śmieszne sceny nie były zabawne, nie jest wcale sztuką tak łatwą, jak się wydaje. Tymczasem Frank Miller po mistrzowsku masakruje jedną komiczną scenę po drugiej. Reżyser tak zatopił się w czarno-białej konwencji, że jakiekolwiek humor musiał zniknąć, by nie psuć sztucznej estetyki obrazu. Powstał więc filmowy mutant, który przypomina ślimaka sunącego powoli o asfaltowej drodze, miażdżonego raz za razem kołami samochodów, a mimo to uparcie nie zdychającego.


Film jest obrzydliwie wręcz nudny i choć nie jestem fanem komiksów Eisnera, to Miller musi go naprawdę nienawidzić, żeby dokonać takiej masakry. Gdzie w tym polot, lekkość, naginanie reguł konwencji? Samuel L. Jackson najwyraźniej nie posłuchał reżysera i jest jedynym elementem, który jakoś się ogląda. Film okazał się stratą czasu, choć w tym przypadku nie jest to niespodzianka, w końcu sporo złego już wcześniej o nim słyszałem.

Ocena: 3

czwartek, 20 maja 2010

Green Zone (2010)

2003 roku. Po długiej medialnej kampanii USA w końcu dokonuje inwazji na Irak. Atak był konieczny, bo Irak miał broń masowego rażenia, szykował broń nuklearną i współpracował z Al-Kaidą. A przynajmniej tak wmawiano opinii publicznej. Pamiętam te gorące dyskusje na nieistniejącym już forum istniejącego jeszcze miesięcznika filmowego. Ależ się kłóciłem ze zwolennikami inwazji, podważając medialne informacje. Skoro w Polsce, kraju bądź co bądź mało zainteresowanym wojną z terroryzmem, cała sprawa budziła tak żywiołowe reakcje poparcia, to jak to musiało wyglądać w Stanach. A jednak wszystko, co mówiona w telewizji, na łamach prasy, okazało się kłamstwem. O kulisach jednego z nich opowiada właśnie "Green Zone".


Paul Greengrass postanowił pójść inną drogą niż twórcy "Ukrytej strategii". Choć mnie tamte film się podobał, wielkich pieniędzy on nie zarobił. Greengrass, który otrzymał niebywały budżet, nie chciał błędu powtórzyć. To się nie udało. Film poniósł finansową klęskę. W sumie to nic dziwnego, bo choć jest to rasowe kino sensacyjne z pościgami, zabawą w kotka i myszkę, to jednak nie jest to abstrakcyjny Bourne, a bardzo konkretny i dla wielu aż za bardzo prawdziwy film. A mało kto lubi słuchać, jak zrobiło się z niego durnia.

"Green Zone" przy wszystkich swoich zaletach, dość typowych dla warsztatu Greengrassa, budzi chwilami mieszane uczucia. Wydaje się, że całość sponsorowało CIA. To właśnie tej agencji dostało się najbardziej, kiedy afera z "fałszywymi danymi wywiadowczymi" wyszła na jaw. Tymczasem u Greengrassa CIA jest jedynym głosem rozsądku, jedyną agencją, która ma racjonalne podejście do sytuacji i posiada realną wiedzę na temat tego, co dzieje się w Iraku.

Moje wątpliwości budzi też główny bohater. Matt Damon gra żołnierza, który orientuje się, że rząd go oszukał, że jego obecność i konieczność walki w Iraku jest oparta na kłamstwie i iluzji. I to rodzi jego oburzenie i protest. Nie kupuję tego. Jesteś żołnierzem, więc walczysz tam, gdzie wysyła cię rząd. Rząd nie musi ci się tłumaczyć ze swoich powodów. Są to na pewno powodu zmierzające do poprawienia pozycji tych, co są przy władzy. Czy pretekst jest "legit" czy też nie, ma drugorzędne znaczenie, a w zasadzie nie ma go wcale. Tym samym Damon to nikt inny, jak zdrajca. Co innego zdawać sobie sprawę z tego, a co innego wiedzę tę przekazywać na zewnątrz.

Ocena: 7

poniedziałek, 17 maja 2010

Date Night (2010)

W związku jest fajnie, ale tylko tak długo, jak długo nie dochodzi do prokreacji. Jeśli jednak przyjdzie wam do głowy wydać na świat potomka (lub potomków), to wiedzcie, że stąd już tylko równia pochyła do stagnacji i rozwodu. W takiej sytuacji pomóc może tylko jedno: wplątanie się w sam środek afery. To ożywi związek, pozwoli pozbyć się brudów, a kiedy życie zawiśnie na włosku umożliwi docenienie tego, co ma się na co dzień.


"Nocna randka" nie jest filmem super zabawnym. Jednak dzięki dwójce aktorów w głównych rolach pozostaje interesujący nawet w słabszych scenach. Pomiędzy Carellem i Fey jest prawdziwa nić porozumienia. Gdyby trafili na kogoś lepszego, to mogliby rozsadzić kino dawką humoru. A tak zostaje kilka niezłych scen (jak striptiz) i bloopersy na napisach końcowych. Całość fajnie się ogląda i ma w sobie coś z "Home Alone" – z łatwością mogę sobie wyobrazić sequel w stylu "I done it again".


Ocena: 7

niedziela, 16 maja 2010

Det røde kapel (2009)

Mads Brügger postanowił zdemaskować totalitaryzm Korei Północnej. W tym celu wymyślił najbardziej skomplikowany happening, w który zaangażowanych zostało dwóch duńskich komików koreańskiego pochodzenia oraz wielu przedstawicieli koreańskiego aparatu władzy, włącznie z wiceministrem kultury. W rezultacie wyszedł dokument niezwykle zabawny, który ogląda się bardzo przyjemnie. Mam jednak wątpliwości, czy jest w jakikolwiek sposób odkrywczy.


To, że w Korei Północnej jest źle, to wiemy wszyscy. Trąbią o tym na prawo i lewo media, a przede wszystkim machina propagandowa Stanów Zjednoczonych. Może i Obama jest nowym prezydentem, ale Oś Zła Busha pozostała nietknięta i Korea Pn. jest jej częścią. Film owszem pokazuje wiele absurdów, ale są one rezultatem nie tylko totalitarnego systemu władzy ale i różnic kulturowych. Brügger żeby podkreślić jak bardzo totalitarny jest to kraj i tak musi posiłkować się komentarzem z offu, dokonywać za widza interpretacji obrazów.

Najciekawiej wypada film wtedy, kiedy Brügger zaczyna "kwestionować" swoje motywy, zaczyna zastanawiać się, czy sam nie jest równie bezwzględnym manipulatorem co przywódczy KRLD. Napisałem w cudzysłowie, gdyż to kwestionowanie jest pozorne. Te refleksje do niczego nie prowadzą, Brügger swego zdania nie zmienia. Są za to idealnym narzędziem do wzmocnienia wrażenia obiektywizmu. Jeśli jednak widz jest świadomy tej manipulacji, to wtedy całość może obejrzeć z przyjemnością ale i z dystansem.

Ocena: 7

Genius Within: The Inner Life of Glenn Gould (2009)

Ćwierć wieku po śmierci Glenna Goulda ci, którzy go znali wspominają to, kim był prywatnie i w życiu artystycznym. Portret uzupełniają archiwalne materiały i wywiady. To, co otrzymujemy to dość standardowy obraz człowieka podziwianego za artystyczny kunszt i nieszablonowe podejście, kochany, ale jednocześnie odseparowany od reszty, gnębiony bliżej niesprecyzowanymi demonami.


Nie jest to może film odkrywczy, ale nieźle zrobiony. A do tego postać Goulda jest mi dość bliska i potrafię go zrozumieć. Dlatego też, mimo że nie dowiedziałem się niczego nowego z fascynacją oglądałem zwierzenia tych, którzy mieli okazję z nim obcować. Trochę żałuję, że twórcy nie odważyli się na bardziej analityczne podejście i próbę wniknięcia w głąb psychiki Goulda. Cóż, poszlaki, które dostałem, muszą mi wystarczyć.

Ocena: 6

Disco ormene (2008)

O moja naiwności! Po tylu tysiącach obejrzanych filmów powinienem już się jej wyzbyć, ale nie, wciąż ją mam. Naprawdę myślałem, że "Disco robaczki" będą zabawną animacją. To pewnie po części wina "Wyprawy na Saturna", która mocno podniosła poprzeczkę dla duńskiej animacji. Disco wydawało się więc tematem idealnym dla tamtejszych twórców: szalony zawrót głowy, kicz i nieskrępowana zabawa.


Kilka pomysłów twórcy mieli całkiem niezłych, jak choćby ojciec głównego bohatera, który do złudzenia przypomina ojca "Roztańczonego buntownika". Udało się też przemycić kilka hiciorów ery disco. Jednak jako całość film jest po prostu nudny. Brakuje w nim szaleństwa, brakuje dowcipu. Twórcy są zbyt poprawni, zbyt bezbarwni, czego rezultatem jest rzecz, o której warto jak najszybciej zapomnieć.

Ocena: 4

Sólo quiero caminar (2008)

Tym razem Agustín Díaz Yanes nieco przesadził. Miał świetny scenariusz na film w stylu Tarantino czy Ritchiego, ale jemu zamarzyło się coś bardziej artystycznego. Skończyło się tak, jak skończyć musiało: z wielkich ambicji niewiele pozostało.


Pomysł jest naprawdę przedni. Trzy dziwki-złodziejki szykują skok, którego celem jest meksykański gangster, mąż czwartej z nich, który doprowadził ją do śpiączki. Kobiety są piekielnie zmyślne i wykorzystują nie tylko swe ciała ale i umysły, by opracować idealny plan. Oczywiście takich planów nie ma, więc i tu sprawy się skomplikują.

Zamiast jednak ostrego montażu, dynamicznych sekwencji, dostajemy film skonstruowany jak flamenco (które zresztą cały czas przewija się przez całą ścieżkę dźwiękową). W ten sposób cała kryminalna intryga schodzi na drugi plan, stając się przypowieścią o tym, czym jest flamenco i o czym ono opowiada. Jak dla mnie przekombinowane.

Ocena: 6

piątek, 14 maja 2010

Geniet och pojkarna (2009)

Po seansie "Geniusza i chłopców" czułem głębokie współczucie dla głównego bohatera Daniela Carletona Gajduska. Wiem, że nie jest to reakcja typowa, ale dla mnie Gajdusek jest nie tylko sprawcą, pedofilem, ale też i ofiarą, tragicznym przykładem rewiktymizacji. Oczywiście moja postawa wynika z wiary w jego historię o pierwszym doświadczeniu seksualnym. I nie mam podstaw w tę historię nie wierzyć, skoro jest ona fundamentem jego całego zachowania.


Jako 6-7 latek został wykorzystany seksualnie przez swego wuja. Co jednak istotne zdarzenie to nie wywołało negatywnych konotacji, lecz wręcz przeciwnie, pozytywne, a to przez podejście wuja do niego. W ten sposób jego pragnienie normalności jako małego chłopaka i zwyczajnej miłosnej relacji z dorosłym powiązane zostało z seksualną reakcją dorosłego. Ta więź stanowi podstawę jego całego zachowania. Kiedy już jako dojrzały mężczyzna znalazł kulturę, gdzie kontakty pederastyczne są częścią normalnych społecznych interakcji, uzyskał dodatkowe wzmocnienie, że wszystko jest z nim w porządku.

A potem przychodzi rok 1996 i oskarżenie o pedofilię. Reakcja Gajduska może szokować, ponieważ jego strategia obrony tylko go pogrąża. Gajdusek twierdzi, że pedofilia jest normalna, że to nie on uwodził, a inni uwodzili, że seksualne relacje międzypokoleniowe są konieczne dla prawidłowego budowania więzi dorosły-dziecko. Dla mnie jednak takie zachowanie wydało się zrozumiałe i jest najważniejszym objawem tego, jak głęboko zraniony został w dzieciństwie. Będąc od dziecka odmiennym, będąc ofiarą niewybrednych żartów ze strony rówieśników, zrobił wszystko, by wyjść z roli ofiary, zapomnieć o tym. A że był człowiekiem niezwykle inteligentnym potrafił swoją słabość przekuć w pancerz ochronny. Kiedy zatem pojawiają się oskarżenia, które atakują wprost jego tak starannie zbudowane przekonania nie ma wyboru. Musi iść w zaparte, musi nawet szokować i ubarwiać swoje harce i swawole, bowiem alternatywą byłoby przyznanie się do bycia ofiarą, do tego, jak bardzo myli się utożsamiając miłość z seksem. A tego nie mógł zrobić. Nie mógł być ofiarą.

Niestety reżyser Bosse Lindquist jedynie przeczuwa to, co się dzieje w psychice Gajduska, ale brakuje mu prawdziwego wglądu. Zupełnie niepotrzebnie łagodzi i obiektywizuje całą historię, w ten sposób udowadniając jednak niskie o nim mniemanie, jakie miał sam Gajdusek. Lindquist zadaje też kilka innych ciekawych pytań, ale też tak zupełnie mimochodem, jakby był to efekt uboczny. A szkoda, bo mógłby to być dokument porównywalny z "Tajemnicą Szekspira i Wiktora Hugo", a tak daleko mu do meksykańskiego dokumentu brakuje.

Ocena: 6

1946, automne allemand (2009)

"Niemiecka jesień '46" to interesujący dokument, poruszający kwestię winy, kary i usprawiedliwienia. Film składa się z materiałów archiwalny oraz relacji ówczesnego korespondenta szwedzkiej prasy i pokazuje ogrom zniszczeń miast niemiecki oraz trud codziennego życia mieszkańców.

Niektórym może być trudno ten film oglądać, gdyż mogą uznać, iż pokazując znój i cierpienie Niemców, próbuje pokazać ich w łagodniejszym świetle, jako ofiary. I to jest pierwsze pytanie jakie film stawia przed widzem. Czy krzywda wycierpiana anuluje wcześniejsze winy? Oczywiście tak nie jest, ale z drugiej strony naturalną reakcją człowieka jest to, że łatwiej jest winić i karać kogoś, kto jest anonimową masą, czyj los nie jest nam zbyt dokładnie znany. Gorzej przychodzi nam to, kiedy mamy wiedzę. Z przedziwnych powodów wyjaśnienie zaczyna być tożsame z okolicznością łagodzącą.

Film maluje również portret Niemców rozgoryczonych, tęskniących za III Rzeszą, podczas gdy okupanci nie robiąc tak naprawdę nic, oczekują wdzięczności i ślepego poparcia. To drugie pytanie, jakie stawia film przed widzami. Jak traktować podbitych? Co powinno być priorytetem? W czasach tuż po upadku III Rzeszy pytanie to mogło być jeszcze pozostawione bez odpowiedzi. Jednak już wtedy szwedzki dziennikarz przeczuwa to, co parę lat później ogłosi Abraham Maslow – tzw. piramidę potrzeb. Zgodnie z nią najpierw należy zaspokoić potrzeby fizjologiczne, a potem potrzebę bezpieczeństwa, byśmy mogli zająć się potrzebami wyższego rzędu.

"Niemiecka jesień '46" to niezły film. Jednak pozostaje zbytni rozwleczony i egzaltowany. Pomysł z animacją może i wydawał się ciekawy, w praktyce nie zdał jednak egzaminu.

Ocena: 6

At the Edge of the World (2009)

Kolejny po "Zatoce delfinów" film opowiadających o ludziach ratujących walenie. Pod względem warsztatowym, a nawet samego pomysłu, "Walka na końcu świata" nie może się równać z "Zatoką". To po prostu zmontowany pamiętnik rejestrujący wydarzenia na dwóch statkach przemierzających wody Pacyfiku w okolicach Antarktydy. Gdyby "reżyser" nie miał tyle szczęścia i nie natrafił na sceny konfrontacji z wielorybnikami, to tak naprawdę nie miałby nic, żadnego filmu.


Na szczęście dla twórców, ale i dla nas widzów, podczas 50-dniowej wyprawy nie zabrakło ciekawych zdarzeń. Mnie najbardziej zaintrygował pewien paradoks sytuacji na morzu. Jednego dnia można stać po przeciwnych stronach barykady, drugiego dnia ktoś wysyła sygnał SOS i wrogowie nagle zaczynają sobie nawzajem pomagać.

Plusem "Walki" jest też niższa niż w przypadku "Zatoki delfinów" średnia wieku bohaterów. To dobrze, bo z oscarowej produkcji można było wywnioskować, że o Zycie delfinów walczą tylko ludzie dojrzali.

Ocena: 7

czwartek, 13 maja 2010

Urs (2009)

Nie przepadam za tego rodzaju animacjami krótkometrażowymi. Zamiast humoru i mocnej pointy jest liryzm i dramat. Takie historię wolę, kiedy są rozpisane na większą przestrzeń czasową, kiedy mam możliwość wsiąknąć w historię. Muszę jednak stwierdzić, że film ma naprawdę bardzo piękną oprawę wizualną, a i w samej narracji jest też coś prawdziwie wzruszającego.


Nie jest to może mistrzostwo świata, ale solidności nie można mu odmówić.

Ocena: 6

Runaway (2009)

Jedna z fajniejszych krótkometrażowych animacji, jakie widziałem w tym roku, choć nie aż tak dobra jak niektórzy z kandydatów do Oscara. Zrobiona z pomysłem i werwą, poczuciem humoru, dramatyzmu i ironii, bawi zaskakując zwrotami akcji i rozwiązaniami fabularnymi. Do tego całkiem niezła muzyczka. Czysta rozrywka.


Ocena: 7

The Royal Nightmare (2008)

Fajna bajeczka inspirująca się baśnią o królu i żebraku oraz ilustracjami ukazującymi iluzje i paradoksy obrazu. Bardzo prosta animacja utrzymana w barwach czerni i bieli jest nie tyle konkretną historią, ile raczej zjawiskiem do kontemplacji. A przy tym jest to film rozrywkowy i jako taki również bawi. To, co mi się w nim najbardziej spodobało to zabawa z oczekiwaniami widza. Nic, co widzimy na filmie nie jest do końca tym, za co je na pierwszy rzut oka bierzemy. Fajne i sprytne.


Ocena: 6

Chrigi (2009)

Wspomnienia o bliskich można realizować na wiele różnych sposobów. Większość skorzysta ze zwykłego dokumentu, niektórzy, jak twórcy tego filmu, dodadzą coś ekstra – animację. I to właśnie ona jest największą zaletą "Chrigi". Historyjka na swój sposób też jest interesująca, choć – chyba specjalnie – nie jest nadmiernie skomplikowana. Film oglądało się fajnie, ale szybko o nim zapomnę.

Ocena: 6

(2009) ישראל בע"מ

Jakże niewielka różnica jest pomiędzy naukami sekty a działaniami PR. Mało też różni się promocja od tortur. Wszystkie one mają na celu jedno: zamieszać w mózgu i doprowadzić "ludzki obiekt", do takiego stanu, by robiło to, co chcemy. Właśnie z takich metod korzysta Izrael, by krzewić własną wizję historii wśród Żydów całego świata.


Oczywiście doskonale znam zaprezentowane w filmie sztuczki, doskonale rozumiem mechanizm. A mimo to film porusza. Kiedy widzę jak na moich oczach młody pacyfista zaczyna deklamować regułki usprawiedliwiające atak prewencyjny, nie potrafię powstrzymać dreszczy. Jakże niewiele potrzeba było, by chłopak zmienił zdanie. A teraz zastanówmy się, gdyby przykręcić mu trochę śrubę, gdyby zamiast miłej wycieczki po Izraelu znalazł się w Guantanamo, co wtedy by się z nim stało, jak bardzo by się zmienił i co mówił? Straszne.

Ocena: 7

A Serious Man (2009)

W jednej ze scen "Poważnego człowieka" główny bohater mówi, iż matematyka choć nie pozwala zrozumieć fizyki, pozwala ją opisać. Osoba, której to mówi, młody chłopak, twierdzi z kolei, że rozumie fizykę, choć nie zna się na matematyce. I choć to ten pierwszy jest główną postacią najnowszego obrazu braci Coen, to jednak reżyserowie stają po stronie tego drugiego i udowadniają, że być może matematyka daje najelegantszy opis zjawisk, ale kino również to potrafi. Tym samym powstał najlepszy film z matematyką w tle od czasu "Pi" Darrena Aronofsky'ego.


"Poważny człowiek" na prostych przykładach ilustruje zawiłe zasady mechaniki kwantowej, zgodnie z którą rezultat nie jest czymś stałym, niezmiennym, obiektywny, a w dużej mierze zależy od obserwatora, od tego co on uczyni. Dopóki nie czyni nic, wszystkie zdarzenia są możliwe, kiedy jednak coś uczyni, z potencjalnych możliwości tylko jedna pozostaje, reszta znika. I takie jest życie bohatera. Co jest w kopercie? Czy w ogóle jest koperta? Co się dzieje z żoną? Kto ginie a kto nie? Nawet ostatnia scena jest zawieszona na znaku zapytania: czy gdyby nie dokonał wyboru, jakiego dokonał, to czy telefon by zadzwonił?

Oczywiście można pójść jeszcze dalej w stronę mechaniki kwantowej i uznać, że tak naprawdę film nie opowiada żadnej historii, że nie ma żadnego bohatera, a cały obraz to kwantowa superpozycja, co oznacza, że każdy z bohaterów, każde ze zdarzeń to jeden z możliwych stanów (stąd żywy Larry i martwy Sy, genialny matematyk Artur i matematyczny analfabeta Clive, itp. itd.). Takie podejście dawałoby lepszą interpretację finalności zakończenia, którą moglibyśmy uznać za sytuację pomiaru.

Choć jestem pod olbrzymim wrażeniem konstrukcji braci Coen, to jeśli chodzi o stronę filmową chwilami "Poważny człowiek" jest nużący, tkwi w miejscu i przestaje mieć sens fabularny. Są to na szczęście tylko chwile, reszta jest znakomita, a czarne poczucie humoru (zwłaszcza w scenach snów) jest doskonałe.

Ocena: 8

poniedziałek, 10 maja 2010

Budrus (2009)

"Budrus" to kronika wypadków w małej palestyńskiej wiosce, której mieszkańcy przez wiele miesięcy protestowali przeciwko budowie muru oddzielającego Izrael od Palsetyny. W odróżnieniu od innych protestów ten przebiegał pokojowo (względnie) i zjednoczył Arabów o różnych poglądach politycznych oraz Żydów.

To niezwykła opowieść, która pomyślana została i zrealizowana jako film niosący nadzieję i przesłanie, że zjednoczeni mogą wszystko. Dla mnie jednak jest to bardziej przypowieść o roli przypadku. Mieszkańcy Budrus mieli naprawdę wiele szczęścia, ich protest aż prosił się o to, by któraś ze stron doprowadziła do katastrofy. Młodzi żołnierze izraelscy mogli nie wytrzymać i kogoś zastrzelić, zaś wśród Palestyńczyków mogliby się pojawić terroryści, którzy wykorzystaliby mieszkańców Budrus i walkę o ojcowiznę dla swych własnych, nie zawsze korzystnych dla cywilów, celów.

Ocena: 7

Robin Hood (2010)

Ridley Scott ma już tyle lat, że powinien wiedzieć, iż w pewnym wieku szpagatu nie powinno się już robić, bo można sobie to i owo naciągnąć i uszkodzić. Niestety właśnie szpagat próbuje zrobić w Robin Hoodzie, stając w rozkroku między rewizjonistyczną prawdą a romantycznym mitem. Wychodzi z tego zaskakująco niespójny film, który miejscami jest naprawdę pasjonujący, by chwilę później szokować głupotą.


Robin Hood w tej wersji nie jest nawet Robinem z Locksley. Jest łucznikiem w armii Ryszarda Lwie Serce, synem pierwszego angielskiego socjalisty, który położył fundamenty pod przyszłą Magna Charta Libertatum. Locksleyem staje się udając syna szlachcica. Banitą stanie się ratując królestwo. Jest więc to dość gorzka opowieść o bohaterstwie, które nie zostaje nagrodzone, lecz wręcz odwrotnie budzi wrogość tych, którzy powinni być wdzięczni. Przypomina w tym "1492: Wyprawę do raju". Jednak obok tego jest i druga historia romantycznego Robin Hooda, szlachetnego, który kończy jako banita z Sherwood tworząc komunę albo wręcz kołchoz. O ile ta pierwsza jest surowa w obrazach i brutalnie cyniczna w postrzeganiu władzy i dzierżących ją ludzi, o tyle ta druga jest jakby żywcem wyjęta ze średniowiecznych ballad i aż roi się od niewiarygodnie głupich, ale jakże ckliwych scenek jak tak, kiedy dzielna Marion w zbroi pół żywa całuje się z zakrwawionym Robinem – bohaterem. Te dwie stylistyki zupełnie do siebie nie pasują tworząc schizofreniczny obraz pełen wewnętrznych sprzeczności.

Zresztą to akurat nie było w filmie najgorsze. Są trzy inne sprawy, które nie dają mi spokoju. Po pierwsze jak na film, który próbuje nam wmówić, że opowiada prawdziwą historię, fabuła w bardzo wielu miejscach mija się z prawdą historyczną. Mogę wybaczyć scenę śmierci Ryszarda. Gorzej, kiedy mówi się w filmie o Anglikach i Francuzach. Takie pojęcia wtedy nie istniały, zwłaszcza w odniesieniu do Anglików. Bo też wciąż jeszcze Anglia była mocno podzielona na podpitych Sasów i zdobywców z Normandii. Absurdalnie wypadają sceny, w których król Filip prosi o przejście na język angielski. Nikt ze szlachty tym językiem się nie posługiwał, a już w szczególności nie w obliczu francuskiego króla, biorąc pod uwagę fakt, że Normanowie bardziej czuli się Francuzami niż Anglikami. Jeszcze bardziej absurdalna jest scena, w której Ryszard mówi o Anglikach i Francuzach – on, który nigdy w życiu nie nauczył się mówić po angielsku!

Drugą poważną wadą filmu jest muzyka nieznośnie patetyczna, kompletnie wyzuta z wszelkiego ducha. U Scotta zawsze ceniłem połączenie muzyki i obrazu. Ścieżki dźwiękowe z "Gladiatora" czy "1492" (ach ten Vangelis!) kupiłem sobie na CD, tak mi się podobały. O muzyce z "Robin Hooda" będę chciał jak najszybciej zapomnieć.

Trzecią jest ostatnie 20 minut filmu. Toż to jedna wielka piramidalna kupa śmierdząca kiczem najgorszego sortu. Ckliwe, głupie, wręcz bezmyślne poprowadzenie fabuły po najniższej linii oporu sprawiło, że ostateczną ocenę obniżyłem o jeden punkt. Choć rozumiem kryjącą się za tym myśl: zaczynamy od surowej prawdy, by skończyć na wystylizowanym i nieprawdopodobnym micie to jednak uważam ją za kompletnie błędną i niepotrzebną. Początek też mógłby być trochę inny. Jest bowiem niezwykle podobny do tego z "Gladiatora".

"Robin Hood" ma jednak kilka mocnych punktów, które w dużej mierze równoważą wady. Najważniejszą jest sama konstrukcja bohaterów. Podoba mi się wizja postaci Robin Hooda, Tucka, Willa, Małego Johna a nawet Marion. Russell Crowe i Cate Blanchett łączy pozytywna chemia. Świetnie ogląda się sceny rodzajowe pokazujących Robina i spółkę jako towarzyszy broni i przyjaciół. Wielkim plusem są też sceny humorystyczne jak na przykład Marion rozbierająca Robina. Miodzio. Podobały mi się też zdjęcia i sprawność, z jaką całość zmontowano. Choć czuć, że sporo materiału wycięto, to jednak cały film jest sklecony, że w ogóle nie czuje się upływu czasu.

"Robin Hood" to nie "Gladiator" (choć cytuje go, czy też kopiuje, w wielu momentach), tym bardziej nie jest to "Braveheart", który dla mnie wciąż pozostaje najlepszym filmem o średniowieczu ostatnich lat. Ma jednak w sobie wyrobniczą solidność i bardzo dobre aktorstwo, dzięki czemu broni się pomimo wszystkich ewidentnych wad.


Ocena: 6

(2009) סוררת

Oto paradoks. Wszyscy mówią o wolności, ale tak naprawdę nikt jej nie chce. Walka toczy się jedynie o rodzaj więzienia, w jakim chce się żyć. Bohaterki filmu dużo mówią o wolności, ale nigdy w życiu jej nie zaznały i wcale tego nie chcą. Wychowywane były w klitkach, gdzie prawie wszystko było zakazane lub mocno reglamentowane. Nie odpowiadało im to, więc opuściły (albo też zostały odrzucone) wspólnotę. W nowym miejscu o wolności nie ma mowy, choć w większości sfer mają więcej swobody, to w rzeczywistości jest to takie samo więzienie, tylko z innym zestawem reguł. Powinno im to wystarczyć, lecz bohaterki dalej są nieszczęśliwe. One bowiem nie chcą zmieniać więzienia, one chcą, żeby zmieniło się więzienie. Nie chcą być wolne, bo wolność oznacza samotność i odpowiedzialność w stopniu absolutnym, podczas gdy w więzieniu zasady są narzucone z góry, to one określają poziom odpowiedzialności i porządkują pozorny chaos świata. Bohaterki film (jak zresztą i większość ludzi) nie są na tyle silne, by udźwignąć brzemię wolności. Nie chcą się jednak zmieniać. Zamiast tego zmienić się musi świat. Choć ta postawa jest absurdalna, to jednak jest ona powszechna i nie trzeba w tym celu podróżować do chasydzkiej części Jerozolimy.

"Czarny autobus" to bardzo ciekawy dokument, jednak trzeba uważać, by nie wpaść w ideologiczną pułapkę. Autorzy filmu chcą pokazać, jak to ograniczane są prawa i swobody kobiet. Jednak tak naprawdę chodzi tutaj o narzucenie swoich własnych standardów życia. I mimo że sam w takiej wspólnocie żyć bym nie mógł, odmawianie im prawa do samostanowienia o ile jest ono dobrowolne. Niektórzy ludzie wolą żyć w ciągłym strachu przed obrazą moralności niż w chaosie "świata bez moralnego kręgosłupa". Kim jesteśmy, by im tego prawa odmawiać, by twierdzić, że te zasady są lepsze od innych. Dla jednych tak, dla innych nie.

Ocena:6

niedziela, 9 maja 2010

Malls R Us (2009)

"Malls R Us" to rzecz przeznaczona dla tych, którzy z dokumentami, socjologią i domorosłą filozofią nie mają na co dzień nic wspólnego. Dla nich film może rzeczywiście wydawać się odkrywczy. Galerie handlowe jako ośrodki kultu wokół których koncentruje się życie wspólnoty to nie jest nowa myśl. Twórcy tego filmu nie wychodzą poza znane już poglądy. I tak naprawdę ledwie ślizgają się po powierzchni problemu nie zagłębiając się nawet w to, co poruszają na ekranie.


"Malls R Us" ma jednak kilka mocny momentów. Jest nim przede wszystkim facet, któremu marzy się "ekologicznie przyjazny" największy mall na świecie. Jego wizja przyjazności ekologicznej? Sztuczne źródełka z hodowlanymi pstrągami, wypchane osobniki gatunków zagrożonych wyginięcie i mini oceanarium. Z boku wydaje się to śmieszne, ale kiedy wziąć pod uwagę ilu Amerykanów (i nie tylko) to "kupuje", wtedy nie jest już do śmiechu.

Ocena: 5

sobota, 8 maja 2010

Pecados de mi padre (2009)

Mam mieszane uczucia co do tego filmu. Z jednej strony jest to całkiem interesująca lekcja historii przybliżająca kulisy upadku największego króla narkotykowego świata. Fascynujące, na co mógł sobie pozwolić Escobra. A już sprawa z wybudowaniem więzienia, w którym sam się zamknął – czegoś takiego nie wymyśli Hollywood. Z drugiej jednak strony historia jego syna, a przede wszystkim jego pojednania z synami zamordowanych przez Escobara seniora polityków nie została pokazana w sposób satysfakcjonujący. Na ekranie widać tylko słodkie słówka i polityczny bełkot o przyszłości narodu. Jestem prawie pewien, że to co najciekawsze nie znalazło się w ostatecznym materiale.


Film zbyt mocno próbuje manipulować widzami, a przy tym czyni to niejawnie, przez co pozostaję wobec niego sceptyczny. Ogląda się go jednak całkiem nieźle.

Ocena: 6

(2009) סרט לא גמור

Ten film wstrząsałby nawet gdyby był niemy, tak jak jest z oryginalną nazistowską propagandówką. W połączeniu z opowieściami świadków, lekturą pisanych w getcie pamiętników i odgrywanych zapisków z zachowanych dokumentów jest to rzecz naprawdę bardzo trudna w odbiorze, ale jednocześnie warta obejrzenia.



Mimo że punktem wyjścia jest fałsz i kłamstwo – materiał filmowy nakręcony przez Niemców w warszawskim getcie, całkowicie sprokurowany i zainscenizowany – to jednak przedstawiony materiał pokazuje szokującą i przerażającą prawdę o życiu Żydów w Warszawie w maju 1942 roku. Nie sposób spokojnie oglądać ludzi, z których część jest martwa za życia, szkielety odarte z człowieczeństwa i czekające na śmierć. Przed rokiem na Planete Doc Review był "Przeżyć głód", tym razem "Niedokończony filmy". Oba powinny być puszczane w szkołach na lekcjach historii XX wieku.

Ocena: 8

9to5: Days in Porn (2008)

Pornos przyobleczony w szaty dokumentu. Tym właśnie jest "9to5: Days in Porn". Ogląda się to całkiem fajnie. Reżyser wie, jak tworzyć ironiczno-absurdalną atmosferę kontrastując pieprzenie się przed kamerą ze zwyczajnym życiem, a raczej tym co bohaterom filmu wydaje się, że zwyczajnym życiem jest. Tak bowiem jak pornosy stwarzają nierealistyczny obraz stosunku seksualnego, tak życie w porno-biznesie stwarza nierealistyczny obraz życia poza tym biznesem.


Jednak film nie mówi nic nowego o przemyśle pornograficznym. Mówi wręcz szokująco niewiele. Do tego korzysta z tych samych twarzy, z których zdają się korzystać wszyscy dokumentaliści. Jak dotąd najciekawszą rzeczą jaką widziałem o świecie tylko dla dorosłych, był serial dokumentalny sprzed paru lat brytyjskiej stacji Channel 4.

Ocena: 6

Weapon of War (2009)

Nie do końca wiem, co też chciały reżyserki osiągnąć tworząc ten film. Jeśli miał on być skierowany do widza zachodniego, mającego go poruszyć, to nie udało się. Film jest zbyt konkretny, a za mało uniwersalny. Spojrzenie na temat gwałtu przez pryzmat sprawcy był bardzo fajny, ale źle go zrealizowano. Jeśli miał to być film przeznaczony dla mieszkańców Konga, to brakuje w nim pointy. Owszem traktuje temat gwałtu skrótowo, ale to akurat mieszkańcy będą potrafili uzupełnić własnymi doświadczeniami. Nie ma za to wskazania, diagnozy, analizy, która pomogłaby wyciągnąć widzom wnioski.

Więcej jest w tym filmie dobrych intencji, niż prawdziwych korzyści. Ale tak często jest, kiedy biali tworzą filmy o Czarnej Afryce.

Ocena: 5

Beauty Refugee (2009)

Gdybym wciąż był studentem psychologii pochłonąłbym ten film z zapartym tchem. Jak na dłoni widać tu bowiem całą sieć wzajemnych relacji wewnątrz jednej rodziny, które rodzą patologie takie jak uzależnienie od operacji plastycznych, przez chroniczne depresje i staromodne wyparcia, a na dysocjacjach i histerii kończąc. Jest to prawdziwie fascynujące studium, którego reżyserka chce stać z boku, ponad całą sytuacją, a tymczasem jest w nią wciągnięta po same uszy.

Jak film jest to jednak obraz bardziej niż rozczarowujący. Konstrukcja jest za prosta, zdjęcia i montaż prawie że szczątkowy. Dla niezorientowanych w psychologii film chyba nie byłby w połowie aż tak ciekawy.

Ocena: 5

piątek, 7 maja 2010

Fenomen (2009)

Na "Fenomen" wybierałem się jak na skazanie. Spodziewałem się wszystkiego, co najgorsze. Męki nieśmiesznych żartów, prymitywnej fabuły i postaci, które chciałoby się zadusić gołymi rękami. Ku mojemu zdumieniu film okazał się momentami nawet znośny. Żeby nie było wątpliwości, w większości poziom był dość niski, ale "Fenomen" należy do tego rodzaju "filmów złych", które zamiast irytować na swój przewrotny sposób śmieszą.


Wbrew temu, co oczekiwałem, niektóre żarty okazały się całkiem śmieszne. Spodobała mi się postać scenarzysty, przegiętego aktora, który tak jedzie na stereotypach, że każdy "normalny gej" powinien poczuć się obrażony. Nawet dwie głupawe dziewojki miały swoje momenty (Byłaś na Titanicu? Coś ty, przecież zatonął). Jedna naprawdę udobruchał mnie wątek nadopiekuńczej matki. Scena, w której uczy synalka jak być jak Marlboro Man jest przekomiczna.

Największym problemem "Fenomenu" jest bardzo nierówny poziom dowcipów. Niektóre scenki są bardzo śmieszne, na innych chwytałem się za głowę z niedowierzaniem słuchając tekstów poniżej wszelkiej krytyki. Podobnie kabaretowa konstrukcja choć pomysłowa w wykonaniu okazała się dość niechlujna. Niektóre postaci są kompletnie niepotrzebne. Niektóre fajne postaci pojawiają się tylko na chwilę, a inne kompletnie nudne i bezbarwne przewijają się przez ekran co pięć minut. Ale i tak jestem zadowolony. Spodziewałem się przecież najgorszego filmu roku.

Ocena: 5

poniedziałek, 3 maja 2010

Fireflies in the Garden (2008)

Dramat rodzinny, który w powodzi podobnych tytułów wyróżnia się jedynie gwiazdorską obsadą. "Świetliki w ogrodzie" to historia rodzinnej traumy, która trwa w ukryciu całymi latami. Michael żyje w jej cieniu pamiętając tylko złe chwile. Pełen goryczy i żółci przelał swoje żale na papier. Książka ma się ukazać już wkrótce. Tymczasem jest on świadkiem narodzin kolejne traumy u młodocianego kuzyna, który wybiegłszy na ulicę za piłką baseballową doprowadził do śmierci ciotki (matki Michaela). Jak takie zdarzenia wpływają na selektywność pamięci Michael przekona się, kiedy zobaczy archiwalny film wideo. Odkryje wtedy, że prawda, którą pamięta jest jedynie prawdą częściową.


"Świetliki w ogrodzie" to całkiem niezły film zaskakujący przede wszystkim solidną próbą dramatyczną Ryana Reynoldsa. Nie jest to może popis aktorski pierwszej próby, ale Reynolds znany przede wszystkim z ról komediowych nie zbłaźnił się totalnie. Mimo to film nie jest aż tak dobry, by tłumaczył, dlaczego zagrało w nim aż tyle gwiazd.

Ocena: 6

niedziela, 2 maja 2010

Rudo y Cursi (2008)

I kolejne rozczarowanie. Film o piłkarzach, w którym piłki jest jak na lekarstwo. Komedia, w której zabawnych scen jest mniej niż palców na jednej ręce. Dramat, w którym prawdziwe wzloty i upadki zostały zastąpione głupawym morałem. Historia dwóch braci, którzy dzięki talentowi mogli zyskać wszystko, a wszystko roztrwonili nie bawi i nie wciąga. Przez większość filmu nudziłem się, było mi obojętne, co też się stanie z bohaterami. Nawet dynamika Bernala i Luny jakoś rozczarowywała. Zdecydowanie nie ma w tym filmie nic z "I twoją matkę też". Od scenarzysty tamtego obrazu oczekiwałem jednak czegoś znacznie ciekawszego.


Ocena: 5

Pandorum (2009)

Po obejrzeniu "Antikörper" było oczywistym, że będę chciał zerknąć na kolejny film Alvarta. Niestety drugie podejście okazało się sporym rozczarowaniem. "Antikörper" przynajmniej przez 2/3 filmu ocierał się o arcydzieło, "Pandorum" niestety przypomina ostatnią 1/3 "Antikörper".


A szkoda, bo pomysł był całkiem fajny. Statek kosmiczny. Jeden z załogantów budzi się z głębokiego snu. Okazuje się jednak, że na statku nic nie dzieje się tak jak powinno. Systemy nie działają. Poprzedniej grupy dbającej o statek ani widu ani słychu, a wkrótce okazuje się, że po korytarzach wędrują niezbyt sympatyczne stwory. Do tego dochodzi potencjalne zagrożenie zaburzeniem urojeniowym zwanym pandorum. Idealne środowisko dla klaustrofobicznego thrillera psychologicznego. Niestety u Alvarta został tylko chaos. Poszczególne sceny nie łączą się w logiczną całość. Bohaterowie nie mają spójnych konstrukcji osobowościowych. Prawdziwe tajemnice reżyser myli z czystym narracyjnym bałaganem. Przez to wszystko fabuła zamiast angażować po prostu nuży.

Szkoda, liczyłem bowiem, że Alvart nauczył się czegoś po "Antikörper" i tym razem zrealizuje film na miarę talentu, który ma. Cóż, może następnym razem.

Ocena: 4