środa, 30 czerwca 2010

Our Family Wedding (2010)

Ten film miałem sobie darować. Kiedy jednak zobaczyłem jego ocenę na IMDb (2,3) zmieniłem zdanie. Coś o tak nędznej nocie zaintrygowało mnie. Spodziewałem się więc straszliwej kaszany i niestety rozczarowałem się. Film choć nędzny nie zasłużył na aż tak niską notę.


Podstawowy problem film to brak poczucia humoru jego twórców. Owszem, jest kilka zabawnych momentów, ale nawet te sceny zdają się wymuszone i naciągnię. Trudno nie śmiać się z kozy, ale najbardziej absurdalne w tej scenie jest to, że w ogóle jest w niej jakaś koza.

Żal mi aktorów, z których większość gra na co dzień w telewizji. Ten film mógł stać się ich przepustką do kina. Niestety reżyser więcej im obiecał, niż był w stanie dostarczyć. I teraz będzie im ciężko zdobyć drugą szansę. Nawet Whitaker musiałby się mocno napracować nad poprawą reputacji, gdyby nie prosty fakt, że nikt (lub prawie nikt) tego filmu nie obejrzał. Choć po prawdzie jego postać radiowca, kobieciarza o bardzo analnej osobowości, była całkiem fajna.

Ocena: 4

wtorek, 29 czerwca 2010

Go Fast (2008)

Pomimo przedziwnego zbiegu okoliczności, który sprawił, że tajniak spotyka na swej drodze jedyną osobę, która może go zdekonspirować, dość łatwo jest mi uwierzyć, że cała sprawa przedstawiona w "Go Fast" miała miejsce naprawdę. To w dużej mierze "zasługa" reżysera Oliviera Van Hoofstadta, który zrobił wszystko, by uczynić swój film prozaicznym i mało ekscytującym. "Go Fast" miał być kinem akcji, lecz twórcy powinni się podszkolić ze sztuki robienia zdjęć i montażu, ponieważ wszystko w tym filmie spalili. Jazdy samochodem nudzą, strzelaniny usypiają, intryga boleśnie przypomina codzienną harówkę. Gdzie w tym wszystkim miejsce na rozrywkę?


Po film sięgnąłem tylko i wyłącznie ze względu na Roschdy'ego Zema. Niestety tym razem nie miał on okazji się wykazać. W roli tajniaka, który ma za zadanie przedostać się do szajki przemytników narkotyków , fajnie się prezentuje, ale co z tego, kiedy tak naprawdę jego postać nie robi nic poza siedzeniem czy to w willi czy za kierownicą. Jedynie podczas scen szkolenia mógł się popisać jakąś inwencją i tyle. Mimo to dobrze, że Zem gra w różnorodnym repertuarze, nawet jeśli są to produkcje tak przeciętne jak "Go Fast".

Ocena: 5

poniedziałek, 28 czerwca 2010

The Fourth Kind (2009)

Muszę powiedzieć, że podziwiam pomysł Olatunde'a Osunsanmiego (asystenta Carnahana na planie "As w rękawie"). Opowiedzenia o przypadkach porwań przez stworzenie mock-documentary wykorzystującego aktorskie odtwarzanie scen i "rzeczywiste" materiały archiwalne wydaje się być doskonałą koncepcją. Szkoda zatem, że reżyserowi nie starczyło sił twórczych, by fantastyczny pomysł przekuć w równie fantastyczny film.


Podstawową wadą "Czwartego stopnia" jest brak napięcia. Film jest również zbyt jednoznaczny w swojej wymowie, choć z dialogów wynika, iż twórcom bardzo zależało na niejednoznaczności i pozostawieniu widzowi decyzji czy uwierzy w porwania przez kosmitów czy może w chorobę psychiczną. Niestety nagrania, które ponoć miały nic nie zawierać, ujawniają zbyt wiele (to fatalne "I am god" chociażby). Więcej niejednoznaczności znajdę w pierwszym lepszym odcinku "Millennium" czy "Strefy mroku".

Ocena: 5

niedziela, 27 czerwca 2010

Where the Wild Things Are (2009)

Normalność jest zdecydowanie przeceniania. Max może i ma emocjonalne problemy, może odbiega od normy. Jednak czym jest norma jeśli nie brakiem indywidualizmu? A Max tę cechę posiada, a dzięki niej posiada też i wspaniałą wyobraźnię. To dzięki niej zrozumie, kim jest, wkroczy na ścieżkę dorosłości. To przez nią płacił cenę samotności. Jednak ten film pokazuje też niebezpieczeństwo dorastania. To wtedy większość z nas traci ów dar przekraczania granicy "tu i teraz". Większość traci ją całkowicie, u niektórych odrobina pozostaje na zawsze. Ci zaś, u których pozostaje w znacznym stopniu, przez ogół zostają uznani wariatami i zabijani powoli psychotropami. Max wariatem nie będzie. Jest jednak nadzieja, że gdzieś na obrzeżach jego jestestwa pozostanie miejsce dla dzikich stworów.


Lubię tego rodzaju kino. Z jednej strony jest to wspaniała pieśń na cześć indywidualizmu. Jest w tym namacalna magia i piękno surowej, nieokiełznanej energii. Jednocześnie jednak nie wybiela ona charakteru. Pokazuje cenę jaką się za to płaci i brutalność (i przemoc) jaka nieodzownie indywidualizmowi towarzyszy. Z drugiej strony jest to doskonała przypowieść psychologiczna. Twórcy bezbłędnie wyczuwają wszelkie niuanse procesów wewnętrznych i dla każdego zainteresowanego psychoanalizą lub pokrewnymi gałęziami psychologii będzie to bezcenna lekcja poglądowa. Obrazy i ich emocjonalne konotacje dają szerszą perspektywę niż same słowa. Jednocześnie nie czuje się w tym filmie ani krzty taniego psychologizowania, od którego aż roi się w kinowych produkcjach.

Ocena: 8

La sconosciuta (2006)

Irena straciła najlepsze lata swego życia jako prostytutka. Pewnie nie żałowałaby straty, nawet upokarzana i bita, gdyby nie to, że poznała, co to miłość. Niestety jej wybrankiem nie był jej alfons. To, co się z nim stało jest oczywiste, choć reżyser odkryje prawdę dopiero pod koniec filmu. Straciwszy wszystko Irena spróbuje odzyskać przynajmniej odrobinę tego, co straciła.


I tu pojawia się rodzina jubilerów. Irena zrobi wszystko, by stać się ich gosposią, by wejść do ich domu. Nie cofnie się nawet przed zaryzykowaniem cudzego życia. Lecz kiedy ona próbuje odzyskać przeszłość, przeszłość ponownie pojawi się na progu jej domu grożąc zniszczeniem wszystkiego, co z taką pieczołowitością odzyskała.

Muszę przyznać, że dałem się nabrać. Giuseppe Tornatore rozpoczyna film jakby to miał być psychologiczny thriller opowiadający o kobiecie szukającej zemsty. To mi się bardzo podobało. Zarówno kierunek historii jak i sposób jej opowiedzenia. Potem jednak Tornatore wykonuje woltę i nagle okazuje się, że mamy do czynienia z łzawym dramatem obyczajowym. Szczerz mówiąc nie przypadła mi do gustu ta zmiana, choć doceniam to z jaką profesjonalną precyzja udało się reżyserowi zwieść mnie jako widza. Lubię takie niespodzianki, ale w tym przypadku bardziej podobała mi się historia, od której Tornatore się odwrócił.

Ocena: 7

City of Ember (2008)

Gdyby mogli, bohaterowie tego filmu na pewno by go nie oglądali. To trochę kompromitujące, że opowieść o rezolutnych nastolatkach jest tak uproszczona i ogłupiająca. "Miasto cienia" sprawia wrażenie kiczowatej parodii filmów przygodowych. I co gorsza, chyba o to właśnie chodziło... przynajmniej tak można wnosić po obecności Billa Murraya.


Tymczasem "Miasto cienia" mogło być bardzo fajnym filmem. Historia podziemnego miasta, którego okres przydatności do użytku już się kończy, a jego mieszkańcy zapomnieli o planie powrotu na powierzchnię, ma w sobie bardzo duży potencjał. W literaturze SF wiele podobnych historii wypadło znakomicie. Niestety tu wyczucie zawiodło twórców. Najtrudniej zrozumieć reżysera, który jest na tyle młody by najlepiej rozumieć całą tę historię. Ale z drugiej strony może właśnie fakt, że jest to jego pierwsza kinowa fabuła i to od razu z dużymi gwiazdami sprawił, że nie uniósł odpowiedzialności.

Na pochwałę zasługuje jedynie dwójka młodych aktorów: Saoirse Ronan i Harry Treadaway. Podczas gdy reszta grała parodie samych siebie, oni naprawdę chcą dobrze zaprezentować swoich bohaterów.

Ocena: 5

sobota, 26 czerwca 2010

Armored (2009)

Nikomu nic się nie stanie. Czy Ty Hackett naprawdę w to wierzył? Czy bohater wojenny mógłby być aż tak naiwny? Raczej nie. Jednak przyparty do muru, w sytuacji pozornie bez wyjścia, wolał w ten słowa wierzyć. Wypowiedział je przecież jego przyjaciel, jego "brat". Sprawa naprawdę wyglądała na prostą: upozorować rabunek i otrzymać parę milionów dolarów tylko dla siebie. Problem w tym, że wydarzenia prawie nigdy nie toczą się zgodnie z planem. I komuś stała się krzywda. I co teraz? Ty postanowił sprzeciwić się niedawnym towarzyszom. Sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli. Raniony zostanie policjant. Potem zginie kolejna osoba i kolejna. Ty staje się wrogiem, którego należy wyeliminować za wszelką cenę. Ale to on okaże się zwycięzcą, bo w chwili próby, w obliczu grzechu dokonał właściwego wyboru.


Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że "Armored" to chrześcijańska przypowieść o decyzjach podejmowanych w obliczu pokusy. Ci, którzy nie zejdą z drogi prawości zostaną nagrodzeni, ci zaś, którzy posłuchali chciwych podszeptów szatana czeka ból, cierpienie i zasłużona kara. Jednak wystarczy bliżej się przyjrzeć, by zorientować się, że coś jest nie tak z tym obrazkiem. Ty nie zostałby nagrodzony, gdyby nie uległ namową partnera i nie przyłączył się do planu. Wtedy w ogóle by go nie było na miejscu. On jednak uległ, tyle tylko, że nie całkowicie. Nie ma nic przeciwko złamaniu przykazania "nie kradnij", ale protestuje przeciwko "nie zabijaj". Tymczasem oba te przykazania znalazły się na tych samych tablicach. Ich ważność jest identyczna. Fakt, że w określonych przypadkach kradzież jest tolerowana pokazuje z jakim wypaczeniem filozofii chrześcijańskiej mamy tu do czynienia.

Zabierając się za "Armored" spodziewałem się prawdziwego gniotu. Na szczęście film aż tak zły nie jest. Obraz ma niezłą konstrukcję, lecz Antalowi nie do końca udało się zbudować napięcie. To dziwne, bo przecież dobrze czuje zamknięte przestrzenie. "Kontrolerzy" są tego najlepszym przykładem. Film jest też za krótki. Mając tylko dobrych aktorów można było rozbudować wszystkie postaci, dać każdej po 5-10 minut, gdzie grałyby pierwsze skrzypce. Tak się nie dzieje. W najlepszym razie mogą liczyć na jedną wyrazistą scenę. To niestety jest zwykłym marnotrawstwem talentu. Do takich ról można było zatrudnić aktorów kompletnie nieznanych.

Ocena: 5

piątek, 25 czerwca 2010

Paul Blart: Mall Cop (2009)

Po film sięgnąłem siłą rozpędu. Skoro widziałem "Observe and Report" to czemu nie to. Spodziewałem się totalnej kaszany i się rozczarowałem. Film nie był aż taki zły. Owszem, jest niemiłosiernie głupi, ale w zabawny sposób. W sumie wypada lepiej niż film z Sethem Rogenem.


Dlaczego jest lepszy? To proste. Po pierwsze bohaterowie. Choć mają swoje wady, to jednak nie prezentują sobą kliniczne przypadki psychiatryczne, jak to było w "Observe and Report". Po drugie prosta i bardziej spójna fabuła. Po trzeci odwoływanie się do klasyki komedii. Mamy tu i elementy "Szklanej pułapki" i "Zemsty frajerów" i nawet "Ptaszka na uwięzi". Nie ma może tu jakichś naprawdę śmiesznych momentów, ale też całość nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Do tego film ma fajną obsadę, koniec końców wyszła z tego komedyjka całkiem poprawna.

Ocena: 6

L'arnacoeur (2010)

Film z cyklu "niósł wilk razy kilka, ponieśli i wilka". Można byłoby kręcić nosem, że mało oryginalny i że wszystko to już było milion razy. Rzeczywiście, film niczym nie zaskoczy. Od początku wiadomo, że za zachowaniem głównego bohatera kryje się złamane serce, że jego klientka, którą ma uwieść, okaże się dla niego kimś wyjątkowym. I co z tego. Twórcom udało się przemycić trochę magii, uroku i romantyzmu, a to mi w zupełności wystarczy. Nie każdy film musi odkrywać przede mną nowe horyzonty.


Jedną rzecz mogli sobie jednak twórcy darować. To implicite podawana myśl, że prawdziwy związek możne być zbudowany wyłącznie na kłamstwie. Baśniowa relacja, jak łączyła Juliette i Jonathana okazuje się być "nudna" i "mało ekscytująca". A kłamstwo buduje podwaliny prawdziwej relacji. Potem oczywiście przychodzi czas wypalenia wad, po którym zostaje solidna konstrukcja. To trochę okrutne podejście co do zalotów i niestety zbyt częste w masowej kulturze.

Ocena: 7

czwartek, 24 czerwca 2010

L'heure d'été (2008)

Oto proza życia. Choć nie, "życie" to złe słowo, lepsze będzie "egzystencja". W "L'heure d'été" poznajemy bowiem losy nie tylko ludzi ale przedmiotów materialnych. To opowieść sentymentalna, ale tylko w tym sensie, że opowiada o przemijaniu. To samo w sobie wzbudza do refleksji. Z drugiej jednak strony zmiana jest częścią naszej rzeczywistości. To zjawisko tak normalne, że wręcz niezauważalne. Potrzeba niezwykłych sytuacji, bądź filmu, by je uchwycić, stanąć z nim twarzą w twarz.


Oto piękna posiadłość, po brzegi wypełniona dziełami sztuki i przedmiotami o wielkiej kolekcjonerskiej wartości. W tym domu jednak żyją, są częścią rodziny. Ale ta rodzina zmienia się. Matka starzeje się, a jej dzieci rozjechały się po świecie. Dopóki ona żyje, dopóki wszyscy spotykają się ze sobą. Potem ich drogi rozejdą się. Podobnie jest i z przedmiotami. Niektórym powiedzie się lepiej: pozostaną w rękach tych, którzy potrafią je docenić, innym gorzej – zostaną zamknięte w muzealnym więzieniu stając się trupem, świadectwem minionej epoki, jeszcze inne (jak dom) mogą zostać wskrzeszone, stara historia zostanie wymazana, a nowi właściciele odcisną swoje własne piętno.

"L'heure d'été" to proste kino, opowiadające o prostych rzeczach. Ma jednak w sobie przemożną siłę. Jak zresztą każda prosta rzecz, jeśli tylko przystaniemy na chwilę i naprawdę na nią spojrzymy. Assayas wybudował właśnie taki przystanek na drodze życia. Byśmy na chwilę przestali biec i zobaczyli to, co na co dzień nam umyka.

Ocena: 7

Mine vaganti (2010)

Lubię kino Ferzana Ozpeteka. Nie jest to wielki artysta. Zwątpiłem już, że jest w stanie nakręcić arcydzieło, a jednak jego filmy mają swój urok. Ozpetek nie boi się (melo)dramatyzować, a jego wrażliwość bardzo mi odpowiada. I nie przeszkadza mi nawet to, że w kółko opowiada tę samą historię: rodzinnych mitów, które przez lata wpływają na bohaterów, skrywane tajemnice, odkrywanie własnej tożsamości, wykraczanie poza utarty schemat i odkrywanie rodziny, niekoniecznie związanej więzami krwi.


Tę samą historię opowiada też Ozpetek w "Mine vaganti". Tym razem jednak postanowił zmienić ton i zrealizować komedię. Swojej natury jednak nie oszuka i obok scen zabawnych jest w filmie też sporo typowego dla Ozpeteka ckliwego, nieco przerysowanego uczuciowego dramatu. W ten sposób otrzymaliśmy film "2 w 1". Każda część z osobna funkcjonuje znakomicie, ale wymieszane dają dość dziwny rezultat.

Muszę powiedzieć, że Ozpetek zaskoczył mnie pozytywnie jeśli chodzi o poczucie humoru. Sceny komediowe są przezabawne. Reżyser doskonale operuje stereotypami wykorzystując je wszędzie tam, gdzie to możliwe, a jednak nie epatując nimi ani nie wzmacniając ich w jakikolwiek sposób. Scena spotkania "ze znajomą" w sklepie, różne mniejsze i większe docinki śmieszą do łez... przynajmniej mnie. Podobało mi się też sceny rodem z miłosnej tragedii: wspomnienia babki z dnia ślubu, spojrzenia Alby na Tommasa, konfrontacja braci. Miałem jednak pewną trudność w dopasowaniu obu tych konwencji do siebie. Ozpetek powinien jednak zdecydować się, czy robi komedię czy melodramat i pozostać wierny podjętej decyzji. A tak całość sprawia wrażenie filmu skundlonego. To wciąż fajna rozrywka i miejscami bardzo wzruszająca opowieść, ale jednak nie najlepszy film Ozpeteka, jaki widziałem. Chyba wolę go w bardziej przygnębiającej tonacji ("Hamam", "Okna").

Ocena: 7

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Nick and Norah's Infinite Playlist (2008)

"Nick i Norah" to klasyczna historia o szalonej nocy, która odmienia życie głównego bohatera. Tak jakoś się nieszczęśliwie składa, że większość tego rodzaju filmów to raczej produkcje niewarte zapamiętania. "Nick i Norah" na tym tle wypada bardzo dobrze, choć mimo wszystko czegoś w nim zabrakło.


Wydaje mi się, że twórcy nie do końca potrafili się zdecydować, jaki film chcą zrobić. Mamy więc z jednej strony ciepłą historyjkę Nicka i Nory, która jak na mój gust wypada jak rozgotowane kluski. Niby jest ok., ale trochę z tymi słodkościami przesadzi. Z drugiej strony mamy tu szalone wybryki rodem z opowieści o Haroldzie i Kumarze, którym przewodzi nawalona przyjaciółka Nory. Szkoda, że zarówno geje z zespołu jak i była Nicka i były Nory nie są postaciami bardziej wyrazistymi. Wszystko jest tu za bardzo w pastelowych kolorach (poza Caroline).

Ocena: 6

Observe and Report (2009)

"Observe and Report" to bez dwóch zdań jedna z najbardziej "creepy" i "disturbing" komedii jakie miałem okazję oglądać. To nie jest żaden czarny humor, to co tam pokazano było miejscami bardzo nieodpowiedzialne. Dziwię się, że w Stanach ktoś w ogóle na to poszedł.


Główny bohater to łagodny wariat, który z bronią nie powinien mieć nic wspólnego, a tymczasem regularnie strzela z niej na strzelnicy. Przemoc, półgwałty, uzależnienia – chwilami nie bardzo wiadomo czy się śmiać czy płakać. Kilka scen w filmie było śmiesznych (Aziz Ansari jest tu o wiele zabawniejszy niż w "Funny People"). W sumie jednak to poczucie humoru do mnie nie przemawia. Jak dla mnie "Observe and Report" było zbyt okrutnym filmem, by bawić.

Ocena: 5

niedziela, 20 czerwca 2010

Chrysalis (2007)

Co jest z tymi twórcami? Dlaczego każdy futurystyczny film o ponurym wydźwięku musi być wyglądać tak, jakby go robiono na psychotropach? Obraz wyprany z kolorów, fabuła spowolniona do maksimum, zero napięcia. I co z tego, że wizja przyszłości jest tu całkiem interesująca. Co z tego, że intryga jest ciekawa. Wszystko to ginie pod obezwładniająco przygnębiającą narracją.


"Przemiana" to rozczarowujący film, którego pomysł sprawdziłby się w dynamicznym serialu sensacyjnym. Niestety w reżyserii Juliena Leclercqa obraz wypada bardzo słabo. Szkoda.

Ocena: 4

The Reaping (2007)

I kolejny film, który ma fajny pomysł, ale z wykonaniem było już gorzej. Opowieść o biblijnych plagach, które spadły na pewne miasteczko i byłej pastorce, która próbuje je naukowo rozwiązać, mogła być ciekawym horrorem. Scenarzystom udało się stworzyć całkiem przewrotną fabułę, w której wątek z "Omenu" został połączony z "Dzieckiem Rosemary", aby potem zostać wywróconym do góry nogami. Niestety filmowi brakuje napięcia. Wszystko jest tu jakieś takie zbyt blade, zbyt powierzchowne.


"Plaga" okazuje się filmem, który wspiera celibat księży. To trochę dziwne, bo jest to obraz na wskroś protestancki mający swe korzenie w południowych hell house'ach. A jednak niedola głównej bohaterki pokazuje, że obowiązki kapłańskie mogą narazić bliskich na niebezpieczeństwo, dlatego też lepiej byłoby, gdyby kapłan nie miał rodziny, nie miał nikogo, kto mógłby narazić powołanie i posługę, nie mówiąc o życiu.

Ocena: 5

Pulse 2: Afterlife (2008)

Ponoć ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że jest to pierwszy stopień do filmowych katuszy. Po słabym "Pulsie" zdziwiłem się, że powstała część druga. Byłem więc niezmiernie ciekawy, czy uda im się upaść jeszcze niżej. Okazało się, że tak.


Kilka pomysłów w "Pulsie 2", jak dodanie perspektywy umarłych, było nawet niezłych, lecz niestety cała reszta szwankuje na maksa. Fabuła ledwo klei się w jedno, aktorstwo jest słabiutkie, a o atmosferze można zapomnieć. Z ekranu wyziera nuda i dramatycznie niski budżet. Jedno wielkie rozczarowanie, choć tego się akurat spodziewałem, więc o zaskoczeniu nie może być mowy.

Ocena: 2

piątek, 18 czerwca 2010

Gordos (2009)

Wszędzie, gdzie sprawdzam informacje o tym filmie jako gatunek widniej "komedia". Jeśli byłaby to prawda, to byłoby coś poważnie nie tak z Hiszpanami. Komedia jest jednak w tym przypadku określeniem bardzo mylącym i sugeruje (zgodnie z prawdą) obecność zabawnych scen. Jednak jako całość film ma bardzo przygnębiające przesłanie. "Grubasy" to filmowy odpowiednik zaburzeń dwubiegunowych: jest jak osoba w fazie manii, ale pozostająca cały czas w depresji.

Grupa bohaterów próbujących zrzucić trochę wagi udowadnia widzom, że żadna zmiana nie jest możliwa. Wszystkie nasze wysiłki zmierzające do zmiany tego, kim i jacy jesteśmy spełzają na niczym. Los odmienia się tylko w jednym przypadku: śmierci. Jeśli mamy szczęście, śmierć dotyczy związku/relacji, jeśli nie, to zginie ktoś nam bliski, a czasem śmierć może przybrać maskę morderstwa. Morał z "Grubasów" jest więc prosty: chcesz zrzucić parę zbędnych kilogramów, to rozwal swój związek, zabij kogoś albo licz na przykry wypadek sprowadzony przez los.


Ta wymowa sprawia, że nie do końca potrafię przekonać się do filmu. Z drugiej strony jest sporo scena zabawnych, na swój dziwny, lekko perwersyjny sposób. Najbardziej spodobał mi się wątek związku geja z żoną jego wspólnika. Dzięki niemu miałem okazje obejrzeć jedno z najdziwniejszych wyznań miłosnych, jakie nakręcono w ostatnim czasie.

Ocena: 6

She's Out of My League (2010)

Z filmami w stylu "Dziewczyna z ekstraklasy" jest jeden problem: kompletnie nie zapadają w pamięć. Kiedy siedzi się w kinie, ogląda się takie filmy z przyjemnością. Nie są może superzabawne, ale mają swoje momenty. W "Dziewczynie..." też ich nie brakuje. Kiedy jednak wychodzi się z kina, szybko ulatują z pamięci. Brakuje im bowiem charakteru, wyrazistości i oryginalności, przez co wtapiają się w tłum. W "Dziewczynie..." problem ten wynika ze zbyt dużej liczby bohaterów, którym prawie w ogóle nie daje się dojść do słowa.


To, co jest interesujące w "Dziewczynie z ekstraklasy" to druzgocąca krytyka feminizmu. Nie chodzi tu o to, jak walka o równe prawa wpłynęła na kobiety, ile o to, jaki ma ona skutek na mężczyzn. Z samców zorientowanych na cel, łowców, którzy podporządkowują sobie samice, stali się mazgajami pozbawionymi jaj, za to z przerośniętymi kompleksami. Nie jest to ładny obrazek, choć momentami bywa zabawny, na swój smutny sposób.

Ocena: 6

środa, 16 czerwca 2010

Splice (2009)

Imponujący film. "Splice" to rzecz na wskroś gotycka. Taki film powstałby na przełomie XIX i XX wieku, gdyby wtedy kino prezentowało obecny stan rozwoju. Dziś, w dobie szybkiego montażu i pseudofabuł taki sposób opowiadania historii, czerpania inspiracji z wielu źródeł w kinie rozrywkowym się po prostu nie zdarza. Może właśnie dlatego błędem było traktowanie tego filmu w Stanach jako kina masowego i może właśnie dlatego jego wyniki nie imponowały.


Tak jak bohaterowie filmu bawią się kodami DNA różnych gatunków, dzieląc je i łącząc w nowe układy, tak twórcy czerpią garściami ze zbiorowej świadomości i kompilują własną nić narracyjną.

Mamy więc "Frankensteina" Mary Shelley. Opowieść o naukowcach i ludzkim dążeniu ku imitacji Boga. Ich cudowne dzieło okazuje się potworem, ale jego (a raczej jej) tragiczny los nie wynika li tylko z samego faktu złamania praw ile z późniejszego zachowania wobec stworzonej istoty. Jest niemal na 100% pewne, że gdyby tak traktowali zwyczajne dziecko, końcowy rezultat byłby prawie ten sam.

Mamy więc Freuda. Twórcy wykorzystali większość z co bardziej smakowitych przypadków opisanych przez twórcę psychoanalizy i jego następców. Powstał w ten sposób filmowy podręcznik psychopatologii, a do wyliczenia wszystkich zaburzeń i problemów psychicznych potrzeba co najmniej połowy DSM-IV. Mamy zatem rozszczepienie na dobrych i złych rodziców, mordercze skłonności rodzicielskie, nieobecny ojciec, nadmiernie kontrolująca matka, kompleks Elektry i Edypa, narcyzm, skłonności kazirodcze, przemoc we wszystkich odmianach, lęki, depresje, itp. itd. Twórcom udało się coś niezmiernie rzadkiego, pokazali transformacje zachowań rodziców na różnych etapach rozwoju dziecka. Kochająca całkowicie zależne od siebie dziecko matka nie potrafi poradzić sobie z dorastającą osobą, szukającej własnej niezależności. Zazdrosny i odrzucający zmianę ojciec z kolei z czasem zaczyna nawiązywać coraz bliższe relacje.

Mamy też w "Splice" odniesienia do Biblii, w szczególności do Księgi Rodzaju i przypowieści o Adamie i Ewie i drzewie poznania dobra i zła. Ewa znów kusi Adama i co ciekawe to ona zdaje się być osobą odważną, otwartą, ekspansywną. Mężczyzna jest asekurantem, słabeuszem i tchórzem. Ewie bliżej tu do Lilith.

W "Splice" odnajdziemy też echo tragicznego mitu Gai, matki, którą rozczarowują jej dzieci, ale która mimo wszystko nie poddaje się, choć straciła złudzenia i swe potomstwo, czy tego chce czy nie karmi gorzkim mlekiem.

"Splice" nie jest kinem tej samej klasy co "Cube". Tamta rzecz to prawdziwy ewenement. Jednak nowe dzieło Nataliego to kapsuła czasu. Dzięki niej widz może poczuć się tak jak wiek temu czuć musiał się czytelnik "Frankensteina" czy "Jekylla i Hyde'a". I za to ma ode mnie brawa.

Ocena: 8

살인의 추억 (2003)

Wow, takiego filmu nie zrobiliby Amerykanie. Przygnębiający, ponury, ale miejscami absurdalnie zabawny obraz pracy policyjnych detektywów, którzy zmierzyć się muszą ze zwyczajną sprawą seryjnego mordercy, która ich wszystkich przerosła. Tu nie ma geniuszy dedukcji, tu nie pojawią się w ostatniej chwili przeoczone dowody. "Memoirs of Murder" to mistrzowska dekonstrukcja detektywistycznego mitu stworzonego przez Hollywood.


Koreańska prowincja. Ktoś zaczyna mordować kobiety. Szczegóły zawsze są identyczne, ale odkrycie wzorca trochę czasu zajmie lokalnej policji, której bardziej zależy na zamknięciu sprawy, niż odnalezieniu sprawcy. Lista podejrzanych powiększa, kilku z nich przyznaje się nawet do winy (choć są to wyznania wymuszone). Tymczasem giną kolejne kobiety. Sceny zbrodni zostają zanieczyszczone, ślady zostają zatarte. A policjanci kłócą się między sobą. I choć wydają się być na właściwym tropie nigdy sprawcy nie złapią.

W tym filmie nie ma happy-endu. To gorzki kino, które odziera widza ze wszystkich złudzeń, jakie może mieć oglądając amerykańskie kryminały. Można się bardzo starać, a mimo to nie mieć najmniejszych szans, kiedy zbrodniarzem jest ktoś kompletnie nijaki...

Ocena: 8

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Funny People (2009)

Kto wydał na ten film 80 milionów i liczył, że zarobi 2-, 3-razy tyle był niespełna rozumu. "Funny People" poza gwiazdorską obsadą nie ma w sobie bowiem nic, co czyniłoby z niego kasowy hit. Z jednej strony próbuje być zbyt poważny, inteligentny. Z drugiej ta powaga i inteligencja jest mocno markowana, to tylko pozór, złota patyna, pod którą kryje się ta sama co zawsze hollywoodzka śpiewka. A tę lepiej ogląda się bez udziwnień.


"Funny People" to opowieść o sile męskiej przyjaźni. Oto gwiazda komedii dowiaduje się, że jej życie dobiega kresu. W tym samym czasie angażuje, nie bardzo wiadomo po co, asystenta. Powoli staną się przyjaciółmi, a przyjaźń ta wyda dość dziwne rezultaty. Ten pierwszy wyzdrowieje, ten drugi stanie się zabawniejszy. Judd Apatow pokazuje, że w życiu można zawalić wiele rzeczy, lecz prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko zmieniając tych, których łączy. Bardzo to ckliwe, bardzo hollywoodzkie. I gdyby film był o co najmniej pół godziny krótszy, gdyby lepiej wykorzystał aktorów, byłby naprawdę super film. A tak jest dobrze, wiele scen jest świetnych, ale wszystko jest odrobinę przyciężkie.

Ocena: 7

piątek, 11 czerwca 2010

The A-Team (2010)

"Drużyna A", podobnie jak wcześniej "Książę Persji", wyraźnie udowadnia, że współcześni faceci mogą bawić się tylko przy olbrzymim nasyceniu fabuły przemocą. W "Indianie Jones" mało kto giną, a w serialowej "Drużynie A" wybuchów i strzelanin było multum, ale trupów już w ogóle. Tymczasem i "Książę" i "Drużyna" pełne są trupów, strzelanin i ogólnego chaosu. Ot znak czasu i choć często nie mam z tym problemów, to jednak od święta mógłby powstać film bardziej oldschoolowy.


Jako wersja serialu "Drużyna A' okazała się sporym rozczarowaniem. Nie to chciałem obejrzeć na dużym ekranie. Jednak z drugiej strony jestem wielkim fanem "Asa w rękawie", poprzedniego filmu Carnahana. "Drużyna A" bardzo tamten obraz przypomina. Oczywiście jest to podobieństwo tego samego rodzaju porównywanie tygrysa do zwykłego dachowca, ale tak patrząc "Druzyna" wcale nie jest tak zła. Podobał mi się Sharlto Copley w roli Murdocka, kilka scen jest całkiem zabawnych. Całość jest dynamicznie skrojona, więc wcale się nie nudziłem.

Z kina wyszedł zatem rozdarty. Jako fan serialu czułem się oszukany, jako fan Carnahana usatysfakcjonowany.

Ocena: 6

wtorek, 8 czerwca 2010

Hot Tub Time Machine (2010)

Przykry to film. Nie dość, że jest straszliwie szowinistyczny, to na dodatek jest utrzymany w bardzo roszczeniowym tonie. To łabędzi śpiew, wycie do księżyca za utraconą męskością. Bohaterowie to żałosne istoty ludzkie. Nie żadni "prawdziwi faceci", a kastraci. Według twórców nieprzyjemna procedura usunięcia jaj nastąpiła w latach 80. W przedziwny sposób odpowiadają za to Regan, AIDS i MTV. Jakie pozostaje rozwiązanie tej tragicznej sytuacji? Proste, ucieczka w świat fantazji i kompensacja strat. W ten sposób bohaterowie cofają się w czasie i próbują odzyskać swoje klejnoty. Przy okazji przekonują siebie i widzów, że są nie tylko 100% samcami, ale również odzyskanie męskiej pewności siebie poprawi jakość życia kobiet.


"Jutro będzie futro" to dziwny film. Z jednej strony budzi mój głęboki niesmak. Pod płaszczykiem humoru ukrywa się brzydka paszczęka nietolerancji. Obraz niby bazuje na sentymentalnym pragnieniu powrotu do przeszłości, jednak lata 80. są pokazane jako piekło bezguścia i totalnej głupoty. Stroje, fryzury, muzyka, polityka – w zasadzie jedynym plusem było to, że było się wtedy młodym, reszta to już tylko powód do wstydu. Z drugiej jednak strony sporo scen jest naprawdę zabawnych, a miejscami twórcom udało się (jakimś cudem) oddać ducha tamtej epoki (wielki plus dla Sebastiana Stan, który perfekcyjnie odegrał typowego nastoletniego bohatera filmów z lat 80.). Trochę szkoda mi Crispina Glovera. Moim zdaniem marnował się w przypisanej mu roli. Za to błyszczy Rob Corddry. Bez dwóch zdań najzabawniejszy facet całego przedsięwzięcia.

"Jutro będzie futro" próbuje zarobić na sukcesie "Kac Vegas". To jednak zupełnie inna liga. "Jutro..." nie jest ani tak zabawne ani tak inteligentne. Filmowi bliżej jest do humoru z "American Pie".

Ocena: 6

Letters to Juliet (2010)

No cóż "Listy do Julii" mają całkiem jasne przesłanie. Nie należy wiązać się z kucharzem, chyba że nie ma się nic przeciwko temu, by jedyny kontakt mieć z nim poprzez makaron, a orgazmu spodziewać się można tylko od jego risotto. Zdecydowanie lepszym materiałem na męża jest wygadany Anglik. W tym przypadku można być pewnym, że facet wie, jak posługiwać się językiem.


A tak na poważnie. "Listy do Julii" to bardzo typowa, wręcz oldschoolowa komedia romantyczna, która 20 lat temu byłaby wielkim przebojem. Wtedy bowiem w roli Charliego mógłby wystąpić Colin Firth, pod którego rola ta wyraźnie była pisana. Niestety Christopher Egan jest tak bezbarwnym aktorem, że zupełnie sobie z rolą nie poradził. Na szczęście w obsadzie znalazła się też wspaniała Vanessa Redgrave. Dzięki niej nawet najbardziej wyświechtane frazesy brzmią romantycznie a nie głupio. To ona w dużej mierze broni film przed katastrofą. Drugim filarem jest Gael García Bernal, uroczy i kompletnie rozbrajający w roli kucharza, który dziewczynę pomylił (prawie że) z butelką wina. Amanda Seyfried też sobie całkiem nieźle poradziła, ale tu raczej Winick nie bardzo chyba w nią wierzył, bo tak naprawdę cała jej gra sprowadza się do wytrzeszczania oczu na trzy różne sposoby.

Gary Winick ma obsesję na punkcie wieku. Znów mu się plączą na ekranie małolaty (choć tym razem tylko we wspomnieniach). I znów ukrywa pedofilię za geriatrią. Efekt daleki jest od tego, co zaprezentował w "Debiutancie", ale jest tym razem lepszy niż w kilku innych jego filmach.

Ocena: 6

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Persécution (2009)

Nie sposób nie kochać Daniela. To osoba tak głęboko zraniona, że jego ból, samotność emanują na zewnątrz. Są jak pole siłowe, co w nie wpadnie, to zostaje przyciągnięte. Jednak kochać Daniela nie jest łatwo. To ciężka harówka, z którą mało kto może sobie poradzić, a już z całą pewnością nie jego "dziewczyna". Daniel tak bardzo pragnie uczucia, że jest jak pasożyt. Przyczepia się do cudzego życia i żywi ich tragediami. Jednak pokarm ten nie daje mu nasycenia. Budowane przez niego relacje nie są bowiem komplementarne, zawsze są niekompletne, nierówne. Wynika to z przemożnego lęku Daniela przed byciem porzuconym, zranionym. W ten sposób zamyka się w paradoksie: pragnąć uczuć, które może dać bliskość, odmawia ich sobie, zamiast tego stając się wampirem i podglądaczem, a kiedy to nie wystarcza, rodzi się obsesja. To właśnie najbardziej przeraża Daniela w tajemniczym mężczyźnie, która dostał na jego punkcie fioła. Daniel widzi w nim samego siebie i budzi to jego agresję. Chéreau zostawia na tyle niedopowiedzenia, że nie jest wykluczone, że ów "wariat" w ogóle nie istniej, że być może to aspekt osobowości samego Daniela.


Muszę powiedzieć, że mam bardzo mieszane uczucia co do nowego filmu Chéreau. Nie mogę przekonać się, czy aby na pewno jest to niebanalne studium pewnej bardzo nieszczęśliwej duszy. Wiele scen sugeruje bowiem, że mamy tu do czynienia z banałem przyobleczonym i egzaltacją grafomana. Romain Duris stworzył niezwykle intensywną kreację, ale miejscami mam wrażenie, że przeszarżował. Może winny jest brak "chemii" w scenach Charlotte Gainsbourg. Duris jest o wiele bardziej interesujący w scenach w domu starców niż w scenach z Gainsbourg. Ta z kolei zdaje się o wiele lepiej dogadywać z Alexem Descasem. Coś mi w tym wszystkim nie gra, ale z drugiej strony całość zaintrygowała mnie, a główny bohater jest z całą pewnością postacią niebanalną.

Ocena: 7

sobota, 5 czerwca 2010

Borstal Boy (2000)

Trwa II Wojna Światowa. Niemcy prowadzą naloty na Wielką Brytanię, zawierucha wojenna rozszerza się na kolejne kraje. Jednak nie dla wszystkich jest to istotne. Nie każdy odłoży na bok swoje odczucia, widząc w potrzebie zniszczenia Hitlera cel nadrzędny. Dla młodego Brendana wciąż wrogiem numer jeden jest Wielka Brytania okupująca jego ukochaną Irlandię Północną. Dlatego zamierza dokonać zamachu bombowego. Zostaje jednak schwytany i posadzony w więzieniu. Gdyby był dwa lata starszy, zawisłby na szubienicy (ciekawe, czy Pierrpoint by wykonywał wyrok). Ponieważ jest nieletni, zostaje wysłany do ośrodka dla młodocianych przestępców.


Tam jego życie całkowicie się zmieni. Początkowo marzy tylko o ucieczce. Z czasem jednak pozna potęgę prawdziwej miłości. Jego przewodnikami stanie się dwójka Anglików: Liz, córka dyrektora ośrodka o artystycznej duszy i Charlie, marynarz i współwięzień.

Film ponoć inspirowany jest życiem Brendana Behama i jego autobiograficzną książką pod tytułem "Borstal Boy". Ci, którzy książkę czytali, przeklinają film Petera Sheridana na czym tylko świat stoi. Może zatem lepiej, że ja książki w ręku nie miałem. "Borstal Boy" zachwycił mnie liryczną narracją nieco odrealnioną, ale za to bardzo intensywną emocjonalnie. Oczywiście nie sposób uwierzyć, że tak mogła wyglądać prawda, lecz jako fikcyjna historia, w której skomplikowane relacje i sprzeczne emocje nie muszą być katalogowane, lecz koegzystują bez jakiegokolwiek spięcia, jest cudowna i orzeźwiająca. Film przywodzi na myśl "Inny kraj" z tą samą nutą braterstwa, nostalgii i nieuchronnej tragedii.

I pomyśleć, że wcale nie chciałem oglądać tego filmu. W końcu kupiłem go tylko i wyłącznie dla Shawna Hatosy'ego i nie wyobrażam sobie, że mógłbym tego filmu nie obejrzeć. Szkoda, że Sheridan nie poszedł w ślady brata i przestał kręcić filmy. Będę musiał sięgnąć po jego sztuki i przekonać się, czy naprawdę siedzi w nim artysta.

Ocena: 9

Linewatch (2008)

Wielu twórców próbuje iść śladami Hitchcocka i zaczyna opowiadać jedną historię, by potem przeskoczyć na zupełnie inną. Jednak mało który z naśladowców zdaje sobie sprawę z tego, że aby właściwa historia przykuła uwagę widzów, musi być ciekawsza od tego, co jest na początku. Reżyser "Pogranicza" niestety o tym nie pamiętał.


Film zaczyna się całkiem interesująco. Patrol graniczny natyka się na porzucony samochód. W środku znajdują 9 ciał nielegalnych emigrantów. Rozpoczynają poszukiwania "kojota", czyli przemytnika, który tak urządził marzących o lepszym bycie. Po drodze spotykają straż obywatelską, która traktuje sąsiadów zza miedzy jak szkodniki i tępi je wszelkimi możliwymi metodami.

I wtedy film się zmienia. Okazuje się, że główny bohater nie ma zbyt czystej przeszłości. Jego dawni towarzysze z gangu pojawiają się na progu jego domu i składają propozycję nie do odrzucenia. Oczywiście, co nastąpi później nie jest dla nikogo niespodzianką.

Film pozbawiony jest dramaturgii i napięcia. Bez tego zaś sensacyjna fabuła nie ma szans na sprzedanie się. I tak rzeczywiście się dzieje. Scenariusz składa się z bardzo prostych pomysłów poskładanych do kupy bez jakiegokolwiek twórczego wysiłku. Szkoda, bo początkowa intryga wydawała się potencjalnie całkiem dobra.

Ocena: 5

Pulse (2006)

Przed laty wydawało mi się, że Ian Somerhalder ma szansę na przyzwoitą pozycję w Hollywood. Powoli jednak zaczyna do mnie docierać, że tak się nie stanie. Ciekawe, czy i on zdaje sobie z tego sprawę.


"Puls" to mierna zrzyna z japońskiego horroru. Twórcom wydaje się, że jak wysączą z obrazu wszystkie żywe kolory (poza czerwienią), to magicznym sposobem zapanuje nastrój grozy i niepokoju. W rzeczywistości film tylko nuży chaotyczna fabułą i irytującymi bohaterami. Jedynym plusem jest fakt, że nie zakończyli tego jakimś cudownym rozwiązaniem po tym, jak wcześniej doprowadzili bohaterów do sytuacji bez wyjścia.

Wizja apokalipsy w "Pulsie" zupełnie mnie nie przekonuje.

Ocena: 4

piątek, 4 czerwca 2010

Killers (2010)

To mogło się udać, naprawdę. Niestety scenarzyści utknęli w połowie drogi i już się na prostą nie wydostali. To, co w filmie funkcjonuje, to wątek sensacyjny: początek, a przede wszystkim koniec. Wtedy "Pan i Pani Kiler" zmienia się w przedziwny koktajl z "Matrixa" i "Postala" i o dziwo to działa. Kiedy zwyczajni ludzie nagle stają się profesjonalnymi zabójcami, a główna para musi sobie z tym poradzić, przy okazji rozwiązując kilk osobistych spraw, twórcy wykazali się pomysłowością, wyczuciem komediowego tempa i humoru. Kiedy jednak trzeba było pokazać szarą rzeczywistość normalności, twórcy wzięli sobie to za bardzo do serca i stworzyli jeden z najnudniejszych wątków jaki ostatnimi czasy miałem okazję oglądać w komedii.


Na szczęście jest Catherine O'Hara! Co prawda jest jej za mało (o wiele za mało!), ale jako ciągle pijana matka jest po prostu boska. Ta lekkość z jaką wlewa w siebie alkoholową zawartość dzbanka – priceless! Z całego filmu najbardziej podoba mi się to, jak całość była filmowana. Kutcher wygląda zabójczo przystojnie. Dojrzały ale wciąż z chłopięcym urokiem prezentuje się teraz znacznie lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Heigl zrobili na porcelanową laleczkę i zdaje to egzamin, a przy tym jest bardzo zabawne zważywszy na jej komentarze pod adresem niektórych jej wcześniejszych ról ("Wpadka"). Tom Selleck wypadł trochę mdło, ale jego zdjęcie mogłoby się znaleźć w encyklopedii przy haśle DILF.

Ocena: 5

czwartek, 3 czerwca 2010

Passengers (2008)

No cóż, tego filmu polska telewizja w najbliższym czasie na pewno nie pokaże. Historia traumy związanej z katastrofą lotniczą jest tu bowiem zarazem zbyt dosłowno i alegoryczna. Główną bohaterką jest terapeutka, która próbuje pomoc ocalałym z katastrofy, a w rzeczywistości bardzo powoli odkrywa prawdę o sobie samej.


"Ocaleni" to bardzo przewidywalne filmidło, które szokuje i zdumiewa rewelacyjną obsadą. Jakim cudem do tego trzeciorzędnego projektu udało się przyciągnąć tak znaczące nazwiska jak Wiest, Wilson czy Hathaway pozostanie tajemnicą speców od castingu. Oni jedyni spisali się jak należy. Reszta, a w szczególności scenarzysta, odwalili robotę ot tak, byle była. Całość zamiast atmosferą zieje nudą, a końcowe objawienie nie ma w sobie ani tchnienia katharsis. Szkoda zmarnowanego potencjału.

Ocena: 5