piątek, 30 lipca 2010

Ghosts of Girlfriends Past (2009)

Niedawno zobaczyłem "Czas zabijania" i pomyślałem, że już dawno nie widziałem filmu z Matthew McConaugheyem. Postanowiłem to zmienić. Mój wybór padł na "Duchy moich byłych", ze względu na reżysera, którego dobrze pamiętałem z filmów "Zakręcony piątek" i "Wredne dziewczyny". Ależ się zdziwiłem, kiedy zamiast przyzwoitej rozrywki dostałem wielką, śmierdzącą górę celuloidowego gówna.


Szczerze mówiąc nie spodziewałem się jakiegoś rewelacyjnego filmu. Historii o wcześnie złamanym sercu, przez co teraz bohater(ka) ma puste życie uczuciowe (choć niekoniecznie życie erotyczne), było w kinie tak wiele, że jedyne co pozostało twórcom, to zmieniać dekoracje i aktorów. Jednak nawet w tym potopie tandety ze świecą można szukać drugiego tak przesłodzonego i obrażającego inteligencję widza filmu. Choć wiedziałem, że główny bohater się zmieni, to jednak cały czas marzyłem, by jednak pozostał sobą. Byłoby to jedyne dobre posunięcie twórców. Ale nie! Oni przekroczyli wszelkie granice rozsądku i nie zostawili ani cienia alternatywy dla instytucji małżeństwa. Nawet rozpustny wujek na końcu okazuje się tracić dar. Aż dziwne, że nie pojawił się na końcu napis "Made In Vatican".

"Duchy moich byłych" to mizerna próba sił w fabularnej sztampie maglowanej od lat. Zdecydowanie lepiej wypadają wersja dla grubasów z Ryanem Reynoldsem ("Zostańmy przyjaciółmi") czy wersja gejowska "Big Eden". Tamte filmy pokazywały, że nawet bez oryginalnego pomysłu film jest się w stanie obronić.

Ocena: 2

The Love Guru (2008)

"Guru miłości" powinno być pokazywane na zajęciach z reżyserii. To znakomita lekcja poglądowa jak nie należy kręcić komedii. Popełniono przy realizacji filmu tyle błędów, że prawie nie widać, iż mógł to być całkiem udany film.


Podstawowym błędem był zatrudnienie w roli reżysera debiutanta. Równie dobrze mogłoby go w ogóle nie być. Mike Myers potrzebuje silnej osoby, która pokieruje planem. Debiutant, a przynajmniej Marco Schnabel, nie miał szans ogarnąć żywioł, jakim jest Myers. W ten sposób aktor, i producent, i pomysłodawca fabuły w jednej osobie, robił co chciał. Rezultatem jest aktorski onanizm, który interesujący może być tylko i wyłącznie dla onanizującego się.

Drugim błędem jest bogactwo komediowych gagów. Film jest krótki, a gagi gnają, jakby lemingi chcące zdążyć skoczyć z klifu przed wieczornym przypływem. Od przybytku głowa może rozboleć. Twórcy nie zostawiają widzom ani chwili na pośmianie się. Zanim widz załapie, że powinien się zaśmiać, przez ekran przewinie się kolejnych parę dowcipów. Do tego jak na mój gust za dużo było "kutaśnych" dowcipów (choć Bang-cock) był akurat śmieszny.

Przez to wszystko ginie w filmie sporo naprawdę fajnych rzeczy. Przede wszystkim Justin Timberlake, który stworzył prawdziwie brawurową postać i jedyną naprawdę zabawną. Podobały mi się też obie sekwencje hollywoodzkie. Kto by pomyślał, że Alba tak dobrze wypadnie w "klasyce" hinduskiego kina. Jest też sporo pojedynczych gagów, które mi się podobały i które przekonują mnie, że gdyby Myers zajął się tylko grą w filmie, "Guru miłości" byłoby znacznie lepszą komedią.

Ocena: 5

środa, 28 lipca 2010

Killshot (2008)

Podstawa: powieść Elmore'a Leonarda. Za kamerą autor "Zakochanego Szekspira", a przed kamerą Mickey Rourke, Diane Lane, Joseph Gordon-Levitt, Thomas Jane i Rosario Dawson. To powinno wystarczyć, żeby powstał dobry, pełnokrwisty film. Powinno, ale jednak nie jest. "Killshot" to film nudny i głupi.


Pokazana historia nie trzyma się kupy. Nie wiem, jak to był u Leonarda, ale w filmie Maddena relacje pomiędzy bohaterami są tak grubymi nićmi szyte, że tylko człowiek po lobotomii byłby w stanie uznać je za wiarygodne. Oto stary wyjadacz morderczego fachu ni z tego ni z owego daje się wciągnąć w idiotyczną intrygę pewnego gadatliwego acz mało inteligentnego chłopaczka. O ile jeszcze od biedy można uznać, że facet zechce wziąć udział w napadzie, o tyle to, co nastąpiło później świadczyć może jedynie o życzeniu sobie śmierci przez (anty)bohatera.

"Killshot" to niewybaczalne marnotrawstwo aktorskich talentów. Zaczynam więc poważnie obawiać się o formę Maddena. Nie dobrze, bo jego kolejny film "The Debt" wygląda (na papierze) bardzo obiecująco, ale teraz to już nie wiem, czy jest na co czekać.

Ocena: 4

niedziela, 25 lipca 2010

The Day the Earth Stood Still (2008)

Ok, sam pomysł na film nie był zły (no ale skoro po 50 latach ktoś chciał go raz jeszcze wykorzystać, to musiał być dobry). Niestety wykonanie razi naiwnością.


To, że kosmici przybywają na Ziemię, by zniszczyć ludzkość i w ten sposób uratować planetę rozumiem i przyjmuję. To, że kosmita zmienia zdanie postępując zgodnie z zasadą, że kiedy cywilizacja stanie na skraju katastrofy, wtedy jest okazja do realnej zmiany też przyjmuję. Ale pytam się: gdzie jest ten skraj katastrofy? W filmie go nie widać. Do krawędzi zaczęli byśmy się zbliżać, gdyby zginęło z 90% ludzkości, przy 95% wszyscy patrzyliby przerażeni w otchłań katastrofy. Wtedy zatrzymanie apokalipsy naprawdę by wstrząsnęło. A tak, jeden zabity kierowca ciężarówki i paru żołnierzy na krzyż? To w żadnych warunkach nie jest skrajem zagłady. Jak na film z robiony z rozmachem, rozmachu tego prawie w ogóle nie czuć i nie widać. To nie jest globalna historia. To nie jest rzecz o cywilizacyjnej zmianie.

Nie przemawia do mnie też to, w jaki sposób kosmita przekonuje się, by dać szansę ludzkości. Przemiana samobójczego gnojka w miłego chłopaczka jest równie przekonująca co przemiana Kaczyńskiego w czasie kampanii prezydenckiej. Jedynym prawdziwym świadkiem na rzecz zmiany (i jedyna fajna scena w całym filmie) jest Chińczyk-kosmita. Ale on bohatera nie był w stanie przekonać.

Słaba rzecz. W sumie nie żałuję, że nie widziałem wcześniej.

Ocena: 5

Management (2008)

"Hotelowa miłość" jest tym dla przestępców seksualnych, czym dla psychopatycznych zabójców jest "Dexter". Pokazuje, że jest dla nich miejsce w społeczeństwie, pod warunkiem jednak, że będą w stanie kontrolować i odpowiednio ukierunkować swoje impulsy.


Mike jest sympatycznym facetem, ale od pierwszej chwili widać w nim klasyczne objawy seksualnego drapieżnika. Kiedy do prowadzonego przez jego matkę hoteliku wprowadza się atrakcyjna Sue, Mike zaczyna swoje mało subtelne podchody. O dziwo, tym razem skutkują one, co zachęca go tylko do jeszcze bardziej otwartego zachowania. Kiedy zaskoczona Sue widzi go w swoim miejscu pracy, mówi wprost, że jest to pogwałcenie jej przestrzeni osobistej. Ale ponieważ Mike jest sympatyczny i na swój sposób niewinny, wszystko to uchodzi mu na sucho.

Pewnie dla niektórych facetów "Hotelowa miłość" będzie pociechą w trudnych chwilach. Wydaje mi się jednak, że zainteresowanych nie jest tak wielu, by uzasadniał obecność w komedii tak znanych osób jak Aniston, Harrelson czy Zahn. Sama w sobie komedyjka ta jest średnio zabawna i w zasadzie ogranicza się do postaci zagranej przez Harrelsona.

Ocena: 6

Two Lovers (2008)

Nowy film autora "Ślepego toru" to ponure spojrzenie na związki międzyludzkie. James Grey pokazuje, w jaki sposób ludzie rezygnują z marzeń i miłości na rzecz pewności i bezpieczeństwa.


Leonard cierpi na zaburzenia nastroju. Jego historię zaczynami poznawać w chwili, w której przytłoczony przez negatywne wspomnienia wskakuje do wody i o mały włos nie tonie. Jednak ten skok to symboliczny koniec. Zaczyna się nowy etap w jego życiu, a wraz z nim pojawiają się dwie kobiety. Sandra jest w Leonardzie po uszy zakochana, lecz Leonard woli Michelle, choć wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że nic z tego związku nie będzie. Leonard jednak goni za nią i przez chwilę wydaje się, że uda mu się pochwycić marzenie. Jego decyzja, kiedy marzenie rozpada się w gruz, jest jednak przerażająca. Skazuje go bowiem na wieczną szarość "życia ok.". To nie fair zarówno wobec niego, jak i jego najbliższych.

Ocena: 6

sobota, 24 lipca 2010

Griffin & Phoenix (2006)

Gdy nie ma już nadziei, gdy wiadomo, że to już koniec, co wtedy pozostaje? Jedynie miłość. To jedyna siła, która może zneutralizować śmierć. Owszem, nie powstrzyma jej, lecz da nam czas na przeżycie chwili czystego niczym nieskrępowanego szczęścia.


Griffin umiera. Pozostał mu rok życia, może nieco więcej. I choć, jak wyjaśni profesor z zajęć o śmierci, każdego dnia umieramy po trochu, dopiero wtedy, kiedy diagnoza jest bezwzględnie brutalna i prosta, zaczynamy intensywniej odczuwać życie, doceniamy to, co mamy przed oczami. I wtedy, gdy brak już oporów, można naprawdę otworzyć się na drugą osobą. A gdy ta druga osoba również ma śmiertelną chorobę, wtedy raj okazuje się być na wyciągnięcie ręki.

"Miłość bez końca" to niezwykle ciepły i wzruszający film. Chwilami reżyser chyba nawet przesadza, przez co wydaje się, że tam gdzie jego bohaterowie są szczerzy i pozbawieni złudzeń, on woli karmić widzów bladą imitacją nadziei. Widać to głównie w scenach komediowych, które chwilami są robione jakby na siłę. Jednak dynamika między Dermotem Mulroneyem a Amandą Peet jest na tyle szczera, że ingerencja reżysera nie daje się aż tak bardzo we znaki.

Ocena: 7

Rovdyr (2008)

Jeśli jesteś młodym mieszczuchem, to lepiej nie zapuszczaj się na prowincję. Nic dobrego tam cię nie spotka. Wkurzysz się na mieszkających tam prymitywów, a oni w zamian urządzą sobie na ciebie polowanie. "Manhunt – Polowanie" to dość standardowa produkcja, która miała potencjał, by stać się kultową, gdyby tylko jej reżyser miał wystarczająco dużo oleju w głowie, by trzymać się raz podjętej ścieżki. Patrik Syversen jest jednak jak jego bohaterowie, co chwilę zbacza z obranego szlaku, błądzi i wpada w najprostsze pułapki.


Pierwszym dobrym pomysłem było osadzenie fabuły w latach 70 i spróbowanie wystylizowania samego filmu na produkcję z tamtego okresu. Piszę "próbę", gdyż poza początkiem i napisami końcowymi niewiele z tej stylizacji pozostało. Mimo to jest gdzieś w tym wszystkim echo wczesnych filmów Cravena i jemu podobnych. Drugim dobrym pomysłem były pierwsze sceny z polowania: surowe, kręcone z przyrodniczym zacięciem, aż czekałem, kiedy usłyszę głos Krystyny Czubównej opisującej dla nas zwyczaje drapieżników i ich ofiar. Niestety potem Syversen trochę za bardzo doprecyzowuje łowców, czyniąc z nich erotomanów-impotentów, którzy ofiarom mogą do buzi wsadzi co najwyżej lufę dubeltówki, a i wtedy nie potrafią skończyć. Za to sceny masakr są całkiem udane, można jedynie żałować, że nie ma ich więcej.

Ocena: 6

piątek, 23 lipca 2010

L'uomo che ama (2008)

Miłość się zawsze kończy i zawsze zaczyna. Przynajmniej tak jest w życiu Roberto. W przeciągu pół roku jego życie dwukrotnie bardzo się odmieni. Pozna czym jest cierpienie związane z byciem porzuconym i ciężar udawania miłości i zadawania bólu innym. Zaś jego brat nauczy go czy jest prawdziwa miłość, czym jest to uczucie, które sprawia, że wolimy, by ktoś miał za drania niż cierpiał widząc nasz ból.


Choć bohaterami film są mężczyźni, to jednak jest to film niezwykle kobiecy. Zachowanie Roberto jest tak bardzo niemęskie (w sensie stereotypowym, typowym dla kina), jak to tylko możliwe. Kiedy widzimy go cierpiącego, to z trudem można rozpoznać w nim mężczyznę, tak bardzo "po kobiecemu" cierpi. Jest to na swój sposób ciekawe, daje bowiem zupełnie inną perspektywę. Takich pomysłów wychodzenia poza ramy standardu ma zresztą reżyserka więcej. Cała konstrukcja z zaburzeniem czasu pokazująca najpierw rezultat, a potem przyczyny, też daje zupełnie inną perspektywę wglądu.

Jednak owa kobiecość i pomysłowość narracyjna to broń obosieczna i niestety reżyserce nie udało się uniknąć kilku ran. Film jest miejscami przesadzony w swoim melodramatyzmie, przez co chwilami zdaje się raczej parodią niż historią na poważnie. Dodatkową wadą jest zdubbingowanie Marisy Paredes. Za bardzo ją lubię, żebym mógł ten fakt zignorować. W ogóle aktorzy zostali jakoś tak dziwnie ukazani. Monica Bellucci dawno nie wyglądała tak brzydko, a Pierfrancesco Favino w ogóle nie przypomina tego aktora, którego miałem okazję swego czasu spotkać osobiście.

Ocena: 6

czwartek, 22 lipca 2010

Knight and Day (2010)

Ja cię kręcę, ależ to był głupi film. Na szczęście głupota była tu tego rodzaju, co śmieszy, nie irytuje, więc całość da się obejrzeć i to z uśmiechem. Już pierwsza sekwencja, z samolotem, jest całkowicie odjechana, ale dopiero następna – pościgu po ulicach miasta – przekracza wszelkie granice zdrowego rozsądku. Czegoś tak piramidalnie głupiego nie widziałem już hohoho i jeszcze dłużej. Nie pozostawało mi więc nic, jak tylko śmiać się, więc się śmiałem aż do łez.


Gdyby cały film był taki jak początek, to przy całej swej głupocie oceniałbym go wyżej. Pierwsze 20-30 minut przypominało mi komedie z serii "Carry On...", którą lubię. Niestety potem tempo zdecydowanie siada. Całość przypomina uczestnika maratonu, który wystartował, jakby to był sprint i w połowie dystansu już jest o włos od wyzionięcia ducha. Nie pomaga również fakt, że część dowcipów została już spalona przez ich pokazanie w zwiastunie. Wydaje mi się też, że Cruise i Diaz, mimo całego swego ewidentnego wysiłku, nie do końca pasowali do tych ról. "Wybuchowa para" wydaje się idealnym scenariuszem dla Goldie Hawn i Kurta Russella (oczywiście sprzed lat). Dynamika relacji przywodziła mi na myśl "Damę za burtą".

Ocena: 5

wtorek, 20 lipca 2010

Matka Teresa od kotów (2010)

"Matka Teresa od kotów" to rzecz o potłuczonych ludziach. Bohaterowie filmu są jak porcelanowe filiżanki, pełne rys i pęknięć. Mimo to wypełnia się je gorącą herbatą. Niby wszystko jest w porządku, a jednak herbata wycieka. Problem jest jednak ignorowany, a kiedy w końcu się go zauważa, człowiek budzi się z lufą policyjnego pistoletu przy skroni.


Niektórzy chcą widzieć w filmie Sali studium zła. Ja jednak nie zauważyłem tam ani grama zła, za to dużo bólu, cierpienia i smutku. Żal mi obu synów pozbawionych domu i rodziców, uciekających od świata "tu i teraz", schwytanych w sidła własnych frustracji niczym w ruchome piaski. Deterioracja zachowania Artura staje się coraz bardziej gwałtowna, ale im bardziej niepokojące przybiera objawy, tym bardziej odseparowany jest od rodziców. Jego młodszy o 10 lat brat Marcin staje się publicznością Artura, to sprawia, że nawiązuje się między nimi nić. A ponieważ nie ma dla niej żadnej kontry ze strony rodziców, staje się ona coraz silniejsza. Żal mi też rodziców, których przerosło życie. Teresa nie takich dzieci oczekiwała, "na szczęście" dla siebie ideał odnalazła w kotach. Hubert jest niby wojennym bohaterem, lecz jego bohaterstwo polega tylko na tym, że miał "szczęście" i przeżył. Słaby i psychicznie pokonany stał się nikim dla Artura.

Film został całkiem dobrze zrobiony. Od strony aktorskiej nie mam się do czego przyczepić. Kościukiewicz tutaj wypada zdecydowanie lepiej niż we "Wszystko co kocham". Jedyne ale mam do klamer spinających całą historię. Niepotrzebnie wprowadza to wątek eschatologiczny.

Ocena: 7

Inception (2010)

W zasadzie powinno to być oczywiste, ale na wszelki wypadek przypomnę. Każdy post może zawierać spoilery, ktokolwiek więc je czyta musi zdawać sobie sprawę, że mogę zdradzać lub przynajmniej naprowadzać na ważne wątki fabularne.

Christopher Nolan należy do tych reżyserów, którzy wciąż kręcą ten sam film. W jego przypadku za każdym razem mamy do czynienia z kinematograficznymi matrioszkami: plany w planach, paradoksy, złudzenia, nawarstwiające się rzeczywistości. Tak naprawdę "Inception" powinna nosić tytuł "Deception", podobnie jak i inne filmy Nolana (no, może "Batmanowi – Początek" dałbym tytuł "Deception 1/2"). Raz jeszcze w pełnej krasie ujawniają się obsesje reżysera kwestionowania empirycznego doświadczenia.


Tym razem jednak nastąpiła jakościowa zmiana. Jeśli Hollywood nauczyło czegoś Nolana to tego, że swoje obsesje można wykorzystywać jako konstrukcję filmu, ale nie należy filmu wykorzystywać do analizy swoich obsesji. W "Memento", "Bezsenności", a nawet "Prestiżu" próbował powiedzieć nam coś o ludzkim doświadczeniu i naturze świata. W "Incepcji" nie ma ani jednej analityczno-syntetycznej myśli. Dlatego nie ma sensu mówić tu o gnozie, wielopłaszczyznowej rzeczywistości w religii braminów, wątkach z Dicka ("Ubik", "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha"), twórczości Cronenberga (kłania się "eXistenZ"), czy w końcu "Wyspie tajemnic" i kwantowej teorii według braci Coen ("Poważny człowiek"). To wszystko prawda, takich i wielu podobnych śladów odnajdzie się w "Incepcji" sporo, ale nie ma to większego sensu. Nolan dostał 200 milionów dolarów na ten film i nie zamierzał wykorzystać je na snucie filozoficznych dywagacji. Jego obsesje pełnią tu rolę dekoracji, w których rozgrywa się pełnokrwisty thriller sensacyjny.


Taka konstrukcja sprawia, że "Incepcja" to reżyserski majstersztyk. Nolan znakomicie żongluje kolejnymi fabularnymi zwrotami akcji, nigdy nie traci tempa, nigdy nie gubi się. Prowadzenie narracji, montaż, zdjęcia, dawkowanie napięcia, genialny finał, wspaniała muzyka. To wszystko sprawia, że do filmu trudno się przyczepić. Jednak mógłbym tu skopiować to, co napisałem przy okazji "Prestiżu" i każde słowo pozostałoby prawdziwe. Tak jak wtedy, tak i teraz za perfekcją warsztatową kryje się pustka osobowościowa. Los poszczególnych bohaterów był mi kompletnie obojętny. Liczył się tylko sam skok i to, ile warstw snu odwiedzimy. I nic więcej. W sumie to i tak dużo, a nawet bardzo dużo, a jednak sprawia, że nie mogę uznać "Incepcji" za film skończony.

Ocena: 8

niedziela, 18 lipca 2010

Diverso da chi? (2009)

This is a man's world, this is a man's world
But it wouldn't be nothing, nothing without a woman or a girl

Od słów tej piosenki zaczyna się film "Inny niż kto". Jego reżyser Umberto Riccioni Carteni postanowił dość ciekawie zinterpretować słowa i wykazać, że rzeczywiście świat mężczyzn jest niczym bez kobiety. Konsekwencją tej reinterpretacji jest nowa definicja rodziny.


Przystojny Piero jest niepoprawnym playboyem. Od lat związany jest z Remo, ale od czasu do czasu lubi sobie skoczyć w bok. Kiedy jednak niespodziewanym zbiegiem okoliczności stanie się kandydatem na burmistrza w konserwatywnym mieście na północy Włoch, wszystko się zmieni. Jego zastępczynią zostaje Adele, kobieta tak różna od Piero jak to tylko możliwe. Oczywiście kłócą się, a jak wiadomo, kto się czubi ten się lubi. Ku swemu przerażeniu Piero odkrywa, że nie jest odporny na kobiece wdzięki i po raz pierwszy w swym życiu zakochał się w przedstawicielce płci przeciwnej. Co jednak począć z Remo, bez którego obecności Piero nie wyobraża sobie życia? I jak w tym osobistym galimatiasie prowadzić skuteczną kampanię wyborczą?

"Inni niż kto" to sympatyczna komedyjka. Jak na debiut całkiem udana, lecz w rzeczywistości nie reprezentująca sobą zbyt wysokiego poziomu. Jak większość tego typu produkcji zdecydowanie lepiej wypada w pierwszej połowie, kiedy sprawy staja na głowie, kiedy dynamika miedzy bohaterami staje się coraz bardziej naelektryzowana. Potem całe napięcie siada i wszystko ekspresowo biegnie ku zakończeniu. Duży plus ma film u mnie za obsadę. Trójka aktorów grających główne role doskonale ze sobą współpracowała. To właśnie dynamika grupowa a nie gra poszczególnych osób sprawia, że film dobrze się ogląda.

Ocena: 6

sobota, 17 lipca 2010

El cuarto de Leo (2009)

Leo stanął na rozdrożu i tym razem nie ma nikogo, kto mógłby podjąć decyzję za niego. Wcześniej tak właśnie się działo. Kto inny decydował, a on jedynie "nigdy nie mówił 'nie'". Jak jednak ma podjąć decyzję, skoro kłębią się w nim sprzeczne pragnienia, skoro tak trudno jest mu ustalić nawet przed sobą, kim jest. Z jednej strony jest Caro, jego pierwsza szkolna miłość, którą spotyka po latach. Z drugiej strony jest Sebe, chłopak poznany na chacie, ale z którym naprawdę się nieźle dogaduje. Caro sama jest mocno zagubiona po tragedii, którą przeżyła, Sebe swoje już przeżył i zdaje się być pogodzony ze światem. Rozdarty pomiędzy nimi Leo, zostanie zmuszony by w końcu dorosnąć.


Enrique Buchichio okazał się doskonałym kopistą. "Pokój Leo" to niemal idealna kopia niezależnego amerykańskiego kina. W debiucie Buchichio nie czuje się prawie w ogóle latynoskiego charakteru. Gdyby nie język, można by pomylić go choćby z "Dróżnikiem" Thomasa McCarthy'ego. Mamy więc dość prostą historię, traumę, sympatycznych bohaterów i delikatną narrację. Do tego znakomita muzyka, w której dość łatwo przychodzi się zakochać. Jedyne, czego w "Pokoju Leo" zabrakło, to typowego dla amerykańskiego niezależnego kina ciepłego acz ironicznego humoru. U Buchichio jest co prawda postać Felipe, ale to w zasadzie jedyny element rozweselający.


Dużym plusem filmu jest obsada. Buchichio ma niezłe wyczucie w prowadzeniu aktorów. Ma też zmysł estetyczny, dzięki któremu aktorzy, z Martínem Rodríguezem na czele wyglądają przepięknie niemal w każdym kadrze.

(Martín Rodríguez)

Ocena: 7

Ice Men (2004)

Domek w lesie albo (co gorsza) nad jeziorem. Słysząc, że w takim właśnie miejscu rozgrywać się będzie akcja filmu, od razu można być pewnym, że bohaterów zamiast zabawy i odpoczynku czekają nieprzyjemności i tragedie. Nie inaczej jest i w przypadku "Ice Men". Tym razem grupa przyjaciół z dzieciństwa spotyka się w domku, by świętować 30 urodziny jednego z nich. W ciągu kolejnych dni weekendu rozgrzebane zostaną rany sprzed lat, dwóch prześpi się ze sobą, trzeci prześpi się z dziewczyną czwartego, a piąty wkroczy na ostatnią prostą autodestrukcji.


Fabuła to standard, ale reżyserowi udało się w debiucie mimo wszystko dotknąć, choć tylko lekko, psychologicznej prawdy. Bohaterowie są sympatyczni, aktorzy w większości znani mi z małego ekranu, całość opowiedziano zaś sprawnie. Z tych też powodów "Ice Men" większego wrażenia na mnie nie wywarł, ale też obejrzałem to z zaciekawieniem i bez cienia znudzenia.

Ocena: 6

Domaine (2009)

Okrutny to film, pokazujący, że człowiek to bestia samolubna i opuści nas właśnie wtedy, kiedy najbardziej będziemy tego potrzebować. Odpowiedzialność, to magiczne słowo, które zdaje się przepędzać człowieka jak krucyfiks i woda święcona wampiry. I nawet jeśli potem nadejdzie pora refleksji, to na naprawienie błędów będzie już za późno, o wiele za późno. Szukając porządku, człowiek zawsze natrafi na chaos w czystej postaci.


Pierre sporo czasu spędza ze swoją ciotką, uzdolnioną matematyczką, osobą barwną i ekscentryczną. Nastolatek jest nią zafascynowany i pozostaje pod kompletnym jej urokiem, jednocześnie pozostając zupełnie ślepym na jej problemy. Kiedy jego życie osobiste nabierze rumieńców, a jej problemów nie da się już dłużej ignorować, więź zacznie chłopakowi coraz mocniej uwierać i zrobi wszystko, by być od ciotki jak najdalej. Ta z kolei, nie potrafiąc stawić czoła nałogowi, desperacko chwyta się Pierre'a licząc, że ten będzie jej podporą i usprawiedliwieniem. Oboje wzajemnie siebie wykorzystują i wzajemnie rozczarowują.

"Domaine" to film niedokończony. Reżyser miał bardzo dobry pomysł, niestety zabrakło mu dyscypliny, by ująć w karby twórczy talent i narzucić mu spójną formę. I to jest właśnie podstawowy mankament filmu. Brak formy. Stylizacja zmienia się zupełnie bez sensu, jakby reżyser był niewolnikiem tematu i nie potrafił odnaleźć jednej drogi. Stosowana na początku symbolika potem gdzieś znika, stosowane przerywniki zostają porzucone.



Jednak kilka rzeczy w "Domaine" naprawdę się udało. Po pierwsze Béatrice Dalle. Stworzyła ona niezwykle intensywny i intrygujący portret osoby desperacko szukającej porządku, a żyjące w całkowitym chaosie i tonącej w alkoholowym nałogu. Po drugie zdjęcia Pascala Pouceta i motaż Kariny Ressler. Scena w klubie i przy piosence "White Wine & Sleeping Pills" śpiewanej przez Johna (Raphaëla Bouveta) zachwyca swoim hipnotycznym wręcz pięknem. Po trzecie wspomniana już muzyka. Soudntrack przygotowany przez Milkymee naprawdę przypadł mi do gustu, a w szczególności "Your Baby Mind" (którą umieściłem powyżej). Gdyby tylko sama reżyseria była lepsza...

Ocena: 5

czwartek, 15 lipca 2010

Predators (2010)

I drugi w dniu dzisiejszym film, który czuć retro na kilometr. "Predators" sprawia wrażenie, jakby go nakręcono nie później jak trzy lata po oryginalnym "Predatorze". Twórcom udało się perfekcyjnie oddać klimat tamtych filmów, łącznie ze stylistyką, kreacją bohaterów, sekwencjami walk i odzywkami. W ten sposób jest to idealny tester tego, na ile ktoś naprawdę lubi kino akcji lat 80., a na ile ocena tamtych filmów została zafałszowana przez nostalgiczne myślenie o nich jako o "filmach swojej młodości/dzieciństwa".


Po obejrzeniu "Predators" dochodzę jednak do wniosku, że Nimród Antal musiał przyjść na świat w bardzo traumatycznych okolicznościach i tamte przeżycia w znacznym stopniu determinują kształt jego filmów. W każdym z nich mamy bowiem do czynienia z zamkniętą przestrzenią, która najpierw jest schronieniem, a później staje się pułapką, z której trzeba uciekać. Pełno jest też klaustrofobicznych tuneli, które są równie niebezpieczne. Nie inaczej jest i w "Predators". Mimo że miał całą planetę do dyspozycji, on i tak znalazł sobie macicę, w której schronili się bohaterowie, by potem przejść bolesny i niebezpieczny poród uciekając z żelaznej macicy ciasnym labiryntem tuneli.

Ocena: 7

Io sono l'amore (2009)

Od pierwszej sekundy "Jestem miłością" zachwyciłem się tym filmem. Poczułem się tak, jakbym przeniósł się w czasie o 40 lat. Luca Guadagnino nie stara się odtworzyć "starego kina", on po prostu nakręcił film tak, jak to drzewiej czyniono. Muzyka, zdjęcia, kadrowanie, skupianie się na detalach, scenografia, montaż – wszystko jest absolutnie perfekcyjne. A do tego wszystkiego fantastyczna narracja przybliżająca rodzinne relacje.


Byłem pewien, że oto dostałem arcydzieło. Arcydzieło, którego zważywszy na osobę reżysera, nie miałem prawa oczekiwać. Luca Guadagnino to przecież autor bardzo przeciętnej "Melissy P.". Tu jednak przez 2/3 filmu nie popełnia ani jednego błędu. Zaś scena, w której Tilda Swinton je krewetki zapamiętam chyba do końca życia. Od czasu sceny w kawiarni ze "Spragnionych miłości", nic nie wywołało u mnie równie głębokich estetycznych wrażeń.

Niestety potem nadchodzi scena z "Filadelfii", w której Hanks i Washington słuchają arii Marii Callas. Nagle okazuje się, że Guadagnino nie potrafi się uwolnić o fabularnego terroru. Wprowadza, zupełnie niepotrzebnie, pointującą film tragedię, co w rezultacie prowadzi do tego, że z "Jestem miłością" ucieka całe powietrze. To było już znacznie bliższe temu, co pamiętałem z "Melissy P.". Ostatnią sceną z Idą co prawda reżyser się nieco zrehabilitował, jednak nie potrafię mu wybaczyć tego, że będąc tak blisko doskonałości, nie wytrwał.

Ocena: 8

środa, 14 lipca 2010

Vil romance (2008)

Coś mnie ostatnio zawodzi intuicja. "Vil romance" okazało się kolejnym bolesnym rozczarowaniem. Mogę przymknąć oczy na niedociągnięcia formalne i słabą grę aktorską związane z amatorską produkcją, ale tylko wtedy, kiedy film pozostaje prawdziwy, jest przemyślany i wiarygodny. Tymczasem ta argentyńska produkcja to popis egzaltacji i psychologicznej naiwności.


Jedyne, co wyniosłem z tego filmu to przekonanie, że mężczyźni w Argentynie wydzielają nieprawdopodobne wręcz ilości feromonów. Wystarczy obok takiego usiąść, pożyczyć gazetę i już ląduje się u nich w domu wyobrażając sobie wiele lat pełnego błogiego szczęścia życia we dwoje. Wystarczy jedna kolacja, by panienka leciała za nimi przez pół miasta i narzucała się w sposób zupełnie jednoznaczny (swoją drogą jest to najlepsza scena w całym filmie). Zaś po jednym (no maksymalnie dwóch) stosunkach niemal obcy człowiek, z zagranicy, wyznawać będzie dozgonną miłość. Szkoda, że trochę tych feromonów nie skapnęło na kopię filmu, może wtedy oglądanie "Vil romance" nie byłoby taką torturą.

Ocena: 2

wtorek, 13 lipca 2010

A Nightmare on Elm Street (2010)

Pod koniec filmu główna bohaterka mówi "To koniec koszmaru". Mam nadzieję, że będą to słowa prorocze i na tym filmie skończy się nowa wersja "Koszmaru z ulicy Wiązów". Zresztą nazywanie go "filmem" jest grubą przesadą, to produkt filcopodobny stworzony tylko i wyłącznie w celu zarobienia pieniędzy.


Niemal wszystko w tym filmie rozczarowuje, jednak największym problemem jest bezsprzecznie sam Freddy. "Koszmary" w przeszłości nie oglądało się dla porywającej fabuły czy wspaniałego aktorstwa a dla wyrazistego bohatera, jakim był Freddy Krueger. Tymczasem w nowej wersji jest to postać bezbarwna. Twarz pozbawiona wyrazu i możliwości mimiki wcale nie przeraża. Nie jest ani postacią charyzmatyczną, ani niepokojącą, ani zabawną. By przerażać potrzeba sporo dodatkowych efektów montażowych i dźwiękowych, większość żartów i docinków jest spalona, bo nie idzie za nimi dwuznaczna gra.

Problemem jest też brak wizji twórców co do tego, jaki film chcą nakręcić. Przez większą część jest to kopia oryginału. Gdyby jeszcze twórcy zechcieli przenieść klimat oryginału, byłoby nieźle, jednak oni po prostu przekopiowali przez kalkę, przez co wyszedł im niewyraźny cień oryginału. Większość scen, które zostały zachowane z "Koszmaru" Wesa Cravena, tam wypadają lepiej niż w nowej wersji.

Irytuje też obsada. Jeszcze Rooney Mara w roli Nancy ujdzie, ale już Kyle Gallner był nie do zniesienia. Męczył mnie w "Zabójczym ciele", męczył w "Udręczonych" i męczy tutaj. Gdyby to ode mnie zależało, to on byłby pierwszą ofiarą.

Jedyne co film mogło uratować, to pociągnięcie wątku pedofilskiego. Niestety jest on potraktowany jedynie jako pretekst do wyjaśnienia losu Kruegera. A tymczasem potencjał pomysłu był spory. Oto ofiary pedofila raz jeszcze trafiają w jego łapska. Sytuacja niby jest inna, bo teraz są już rozbudzonymi seksualnie nastolatkami, lecz w snach znów stają się bezbronnymi dziećmi. Niestety twórcy nie poszli w tym kierunku. I tak wyszedł im koszmar.

Ocena: 3

poniedziałek, 12 lipca 2010

En ganske snill mann (2010)

Dzięki "Pewnemu dżentelmenowi" poznałem jeszcze jedno przeznaczenie więzienia. Jest to ni mniej ni więcej jak tylko inkubator, w którym kształtują się żywe wibratory dla kobiet. Ot wychodzi taki facet po 12 latach bez seksu (z kobietą) i jest od razu gotowy do użycia przez sfrustrowane przedstawicielki żeńskiego rodu. A tych nie brakuje. Jest chociażby zgorzkniała siostra gangstera, która stała się opryskliwa, bo jej mąż był uczulony na kwiaty. Jest też bita żona, która cierpi na syndrom księżniczki z wieży: wystarczy trochę rycerskości a już rozłoży nogi. Jest też właścicielka baru, która da się przelecieć na zapleczu z sentymentu.


Jednak bycie byłym więźniem to nie same erotyczne podboje. To też konieczność zmagania się ze swoją przeszłością i swoim charakterem. Wilk może przebrać się w skórę kanapowego psa, ale czy to sprawi, że stanie się nim naprawdę? Autor "Aberdeen" zdaje się należeć do tej grupy osób, które nie wierzą w możliwość wewnętrznej przemiany.

"Pewien dżentelmen" okazał się całkiem zabawną tragikomedią. Pełno w niej humoru, którego dostarcza na pozór ciapowaty podwładny gangstera, głodna seksu matrona, mechanik z napadami słowotoku i główny bohater świetnie odegranego przez Stellana Skarsgårda. Co ciekawe, humor zapewniają również polskie programy i filmy! Jest w "Pewnym dżentelmenie" sporo mroku, samotności i bólu. W sumie więc dostałem dość typowy produkt skandynawskiej wyobraźni.

Ocena: 7

niedziela, 11 lipca 2010

Alice in Wonderland (2010)

Coś niedobrego dzieje się z Timem Burtonem. Po serii fantastycznych opowieści ("Duża ryba", "Gnijąca panna młoda", "Charlie i fabryka czekolady") Burton zatracił się w formie i zapomniał o treści. Po rozczarowującym "Sweeneyu Toddzie" przyszła pora na niewiele lepszą "Alicję w Krainie Czarów", czyli pustą przypowieść przygniecioną barokową wizją prosto z komputera.


Początek filmu ma jeszcze potencjał. Sceny z przyjęcia zaręczynowego są doskonale poprowadzone, a Alicja okazuje się rezolutną dziewczyną. Niestety Kraina Czarów rozczarowuje. U Burtona pozostała jedynie dekoracja. Reżyser tak bardzo zatracił się w swojej wizji, że po prostu nie ma w niej miejsca na baśń, na fabułę, na morał. Motywacja poszczególnych bohaterów jest zupełnie niejasna. Jeśli ktoś nie czytał książek może mieć problemy z odczytaniem, o co w tym wszystkim chodzi. W teorii film opowiada o odkrywaniu przez Alicję tego, kim jest, przywołaniu swojego muchness. W praktyce można się tego domyślić tylko i wyłącznie z dialogów.

Poszczególne postaci też są dziwnie poprowadzone. O ile jeszcze Alicja jakoś wychodzi z filmu obronną ręką (głównie za sprawą świetnej Mii Wasikowskiej), o tyle reszta jest już znacznie bardziej irytująca. Szczególnie źle przyjąłem Białą Królową w interpretacji Hathaway. Za każdym razem, jak ją widziałem, miałem ochotę krzyknąć: off with her hands.

Plusem jest to, że poczekałem na wydanie blu-ray/dvd. Dzięki temu nie musiałem męczyć się oglądając przekonwertowany obraz 3D, a przede wszystkim nie musiałem słuchać polskiego dubbingu. To drugie szczególnie by mnie irytowało, bo jedyne, co było fajne w występie Johnny'ego Deppa, to różne akcenty, jakimi mówił w zależności od nastroju Kapelusznika.

Ocena: 5

sobota, 10 lipca 2010

Michael (1924)

Smutny i przygnębiający to film. Już sam tytuł, kiedy odniesie się go do fabuły, może dołować. Michael nie jest bowiem głównym bohaterem, lecz powodem, dla którego główny bohater cierpi. W ten sposób nawet w tytule Claude Zoret zostaje pozbawiony choćby odrobiny uwagi.


Zoret to malarz. Jego obrazy odnoszą sukces, jednak jego życie jest puste. Ma je zapewnić młody, niespełniony artysta, tytułowy Michael. Parę lat wcześniej przyszedł do Mistrza, by pokazać mu swoje szkice. Zoret nie miał o nich dobrego zdania, ale nie potrafił się oprzeć urokowi młodego chłopaka. Tak Michael został jego modelem, muzą, utrzymankiem. Młody mężczyzna sprawia, że Zoret nie czuje się samotny, myśli o miłości, chce nawet Michaela uczynić swoim spadkobiercą. Problem w tym, że Zoret tworzy iluzję. Michael jest jego największym osiągnięciem, chodzącym dziełem sztuki, snem na jawie.

Iluzja trwa niezmącona aż do chwili, gdy w życie Zoreta i Michaela wkracza zubożała księżniczka. Michael traci dla niej głowę, a wkrótce i pieniądze. Od tego momentu zaś życie Zoreta toczy się już tylko w jednym kierunku. Artysta nie potrafi porzucić Michaela. Godzi się więc na poniżenie i opłacanie długów kochanicy Michaela. Ten zaś nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że owa miłość, która wydaje mu się, że istnienie pomiędzy nim a księżniczką, ma bardzo materialne podstawy.

Nie jest to może najlepszy film Carla Theodora Dreyera, ale nawet tyle lat po premierze robi wrażenie dojrzałość w potraktowaniu tematu.

Ocena: 8

Mädchen in Uniform (1931)

To zdumiewające, że po upływie 80 lat "Dziewczęta w mundurkach" to wciąż pod wieloma względami bardziej odważny i inteligentny film, niż to co w ostatnich latach zaprezentowało nam kino w temacie nauczyciel/uczniowie. W filmach takich jak "Młodzi gniewni", "Stowarzyszenie umarłych poetów", "Mona Lisa Smile" czy "Zakonnica w przebraniu 2" robiono wszystko, by uniknąć jakichkolwiek seksualnych aluzji. Tymczasem w tym jednym z pierwszych niemieckich filmów dźwiękowych, to właśnie erotyczne napięcie jest filarem podtrzymującym całą fabularną konstrukcję.


Oto żeńska szkoła z internatem. Jej nową uczennicą jest 14-letnia Manuela. Dziewczynie pewnie ciężko byłoby się przyzwyczaić do nowych warunków, gdyby nie nauczycielka Elisabeth von Bernburg. Młodziutka uczennica jest zauroczona kobietą, podobnie zresztą jak i inne dziewczęta. Von Bernburg jest bowiem jedyną osobą, która jest wobec nich troskliwa i ludzka, podczas gdy pozostałe nauczycielki preferują konserwatywne metody wychowawcze.

To właśnie Elisabeth von Bernburg w doskonałej kreacji Dorothei Wieck jest najbardziej fascynującym elementem całego filmu. Od pierwszej chwili widać, że jest ona urodzonym drapieżcą. Jest niczym wilk znajdujący się w kurniku, lecz co ciekawe dorodne kurczęta zamiast uciekać, same garną się pomiędzy nienasycone zębiska. Von Bernburg znalazł się w miejscu, w którym mieszkają dziewczęta w mniejszym lub większym stopniu opuszczone przez rodziny, tęskniące za matkami. I ona to wykorzystuje, stawiając się w roli nieobecnej matki, obdarowując troską i czułością, a dziewczęta, niczym rośliny na pustyni podlane chłodną wodą, rozkwitają pod jej spojrzeniem, dotykiem. Są więc "Dziewczęta w mundurkach" ilustracją dość częstej sytuacji, w której pedofile wcale nie gwałcą dzieci (pamiętajmy, że Manuela ma 14 lat!), lecz jedynie wykorzystują to, co te dają im same, z własnej woli. W zamian za ciepło, którego im brakuje, oddają siebie w całości, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co czynią i jakie to ma konsekwencje.

Jednak sytuacja von Bernburg nie jest tak jednoznaczna. Nazwanie jej pedofilem (pedofilką?) choć prawdziwe byłoby jednocześnie krzywdzące. Może i rozkochuje w sobie dziewczęta, ale ich nie wykorzystuje, zawsze zachowując się przepisowo i bez zarzutu (co paradoksalnie tylko wzmacnia pragnienia dziewcząt, niczego tak nie pragniemy jak tego, co mamy w zasięgu wzroku, a jednak nie możemy dotknąć). Wydaje się wręcz, że nie jest świadoma swoich własnych popędów i dopiero pod wpływem Manueli ta sytuacja zacznie się zmieniać. Co jednak ciekawe, właśnie wtedy dochodzi do tragedii.

Ocena: 7

środa, 7 lipca 2010

Release (2010)

O matko! Już dawno tak się nie wymęczyłem oglądając film. Twórcy najwyraźniej mają ambicje artystyczne, lecz kompletnie brakuje im wyczucia. To tak jakby głuchoniemy śpiewał arię operową, niby jest to możliwe, ale czy aby na pewno warto tego słuchać?


Podczas seansu miałem wrażenie, że z ekranu wylewa się na mnie szambo pełne kawałków na wpół zgniłych, przetrawionych i doszczętnie zepsutych. Czego tu nie ma?! Jest przemoc, pedofilia, eutanazja, homoseksualizm, przemoc, religia, więzienie, sceny dosadnie dosłowne i pełne symboli alegorie. Wszystko to niestety nie składa się interesującą całość. Zamiast tego na ekranie króluje bufonada i pretensjonalność udająca sztukę. W tym wszystkim pogrzebana została bardzo interesująca historia księdza, który trafia do więzienia. Tam zmaga się ze swymi demonami, odzyskuje nadzieję, by koniec końców przekonać się, że za swoje czyny trzeba zapłacić.

Z całego filmu najbardziej szkoda mi Daniela Brocklebanka, którego pamiętam z epizodu w "Zakochanym Szekspirze".

Ocena: 1

wtorek, 6 lipca 2010

Shrek Forever After (2010)

Rodzino! Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił. Tak pokrótce prezentuje się fabuła czwartej części "Shreka". Jest to najbardziej dorosła, by nie powiedzieć: "perwersyjna" część ze wszystkich. Czego tu nie ma? Kryzys małżeński, pijaństwo, sadystyczne zaloty, dziecięca wariacja na temat "Kaliguli" i teksty, które brzmią co najmniej wątpliwie w animacji, którą oglądać będą dzieci. Gdyby to nie był film rysunkowy a aktorski, twórcy musieliby spore problemy z otrzymaniem niskiej kategorii wiekowej.


Nie wiem jak zatem film spodoba się młodszej widowni, lecz ja bawiłem się przednie. Co prawda pod względem humoru Shrek i Fiona ustępują o dwie klasy Osłowi i Kotowi w Butach, ale to akurat jest plusem filmu. Jedyny minus to udział w dubbingu Pazury. Bierze się on za podkładaniu głosu niemal wszędzie i po prostu jest go za dużo. Zdecydowanie złośliwego karła mógł zagrać ktoś inny.

Ocena: 8

poniedziałek, 5 lipca 2010

Quemar las naves (2007)

Więzy rodzinne potrafią być jak bluszcz. Z pewnej odległości wydają się olśniewać swoją zielenią pokrywającą każdą wolną ścianę. Z bliska jednak zdają się tłamsić, więzić jednostkę w relacjach tyleż bliskich co toksycznych. Jest to szczególnie prawdziwe, kiedy podłożem tych więzi jest choroba, umieranie, śmierć.


Helena i Sebastian to rodzeństwo, dzieci słynnej śpiewaczki, która teraz leży zwijając się w bólu śmiertelnej choroby. Helena z własnej woli stała się niewolnicą choroby, będą w domu 24 godziny na dobę. I choć ma do pomocy służącą, robi wszystko, by cały dom był na jej głowie. Dotyczy to także brata, delikatnego z charakteru Sebastiana. Czy jednak na pewno jest on aż tak delikatny, jak się wszystkim wydaje, czy może jest niczym cherlawe drzewko próbujące wzrastać w cieniu rozłożystego dębu? Na to pytanie już wkrótce poznajemy odpowiedź, kiedy Sebastian zauważa nowego ucznia w szkole – Juana. Pod jego wpływem zmieni się jego zachowanie. Zacznie uniezależniać się od otoczenia. Helena niezbyt dobrze to zniesie. Jednak kiedy Sebastian będzie miał szansę na przecięcie pępowiny, stchórzy. To Helena – jak zwykle – będzie musiała podjąć decyzję, to ona spali tytułowe statki, dając przyszłość i sobie i Sebastianowi.

"Quemar las naves" to opowieść o dorastaniu. Z jednej strony jest to dość standardowa powiastka o dojrzewaniu i odkrywaniu samego siebie. Z drugiej strony reżyserowi udało się nadać jej wyjątkowy ton. Relacje pomiędzy bohaterami są dość skomplikowane, co aktorzy udanie odgrywają. Odkrywanie prawdy o sobie ma tu wiele aspektów i nie każdy z bohaterów zaakceptuje to, kim jest. Nie jest to filmowe arcydzieło, ale ogląda się całkiem nieźle.

Ocena: 6

niedziela, 4 lipca 2010

Dante's Inferno: An Animated Epic (2010)

Nie znam gry, więc trudno mi się odnieść do tego, jak na jej tle wypada animacja. Jednak z samego zwiastuna gry wynika, że animacja była tam lepsza niż w filmie. Do tego dochodzi tragiczny dubbing nie tylko polski ale i angielski. Zupełnie nie przypomina to filmu, lecz przydługie intro. To też całkowicie popsuło zabawę z oglądania animacji. Słaby scenariusz i kiepskie dialogi wcale jej nie pomogły.


Jedyny plus "Piekła Dantego" to jego brutalność. Tu twórcy poszli na całość. Krwawej jatki i nagości jest tyle, że film nigdy nie mógłby w Stanach trafić do szerszej dystrybucji kinowej. Kiedy oglądałem kolejne sceny walk, żałowałem, że twórcy zdecydowali się na filmową animację. O wiele lepiej byłoby dla tytułu, gdyby zamiast tego opublikowali historię jako komiks. Wtedy byłaby to lektura obowiązkowa.

Ocena: 2

Fifty Dead Men Walking (2008)

1988 roku. Bycie katolikiem w Irlandii Północnej nie jest frajdą. Z jednej strony unioniści i Brytyjczycy, którzy na każdym kroku utrudniają życie. Z drugiej strony IRA i inne paramilitarne organizacje wyzwoleńcze, które dodatkowo upierają się przy kontrolowaniu lokalnych społeczności. Jednak to właśnie tu dorastał Martin McGartland. Wyrósł z niego człowiek obrotny, potrafiący się odnaleźć w brutalnym świecie młota i kowadła wojny domowej. Co istotne, nie stracił przy tym nic ze swego osobistego uroku i wiary w moralne dobro, które nie ma nic wspólnego ze sprawą Republiki. I to właśnie te cechy sprawiły, że będąc katolikiem stał się tajniakiem na usługa Brytyjczyków. Za jego sprawą co najmniej 50 osób żyje do dziś, zamiast zginąć w bezsensownych i przypadkowych aktach przemocy. Jednak Martin zapłacił za to bardzo wysoką cenę.


"Fifty Dead Men Walking" to historia oparta na faktach, jednak momentami trudno w to uwierzyć. Martin co najmniej dwukrotnie powinien był zginąć. W scenę, w której wyskoczył przez okno, trudno mi uwierzyć, lecz z komentarza reżyserki wyraźnie wynika, że miała ona rzeczywiście miejsce.

Sam film to kawał dobrej roboty. Fascynująca fabuła plus dobre aktorstwo składa się na całość, którą oglądałem z dużym zainteresowanie. Chwilami widać, że reżyserka miała pomysł na nieco inne poprowadzenie fabuły, przez co narracja jest chwiejna. To postać Seana budzi problemy. Reżyserka chce stworzyć relację kumpelską, by potem wygrać scenę "zdrady", ale nie do końca to wychodzi. Sean w gruncie rzeczy nie jest postacią aż tak istotną. Trochę dezorientująca jest też fryzura Bena Kingsleya, ale nie na tyle, by odciągnąć uwagę od jego aktorstwa, które jak zwykle jest na wysokim poziomie.

Ocena: 7

sobota, 3 lipca 2010

Diferente (1962)

"Diferente" kończy się sceną rozpaczy głównego bohatera i wykrzyczanymi przez niego słowami "Boże przebacz mi". W słowach tych zawarty jest ból i paradoks istnienia odczuwany przez miliony ludzi na całym świecie. Alfredo bowiem pragnie rozgrzeszenia za to kim jest, ponieważ to jego natura doprowadziła do śmierci najbardziej znaczącej osoby w jego życiu. Problem w tym, że taką naturą został obdarzony przez stwórcę i nic na to poradzić nie może. Równie dobrze mógłby błagać o przebaczenie za to, że wschodzi słońce. Jest w tym wszystkim nuta tragizmu przywodząca na myśl mity greckie, w których bohaterowie zostają dotknięci przez bogów przez co los ich pełen jest boleści.

Alfredo jest właśnie taką osobą. Urodzony w bogatej burżuazyjnej rodzinie, nie odnajduje się w świecie konwenansów. W jego duszy ciągle gra muzyka, czuje niepohamowany pęd ku sztuce, rozsadzające go pragnienie bycia kimś innym, kimś więcej. Jego egzystencja to jedna wielka rewia, ale z miłości do ojca spróbuje uwięzić się w klatce ze złota. Niestety i on i wszyscy wokół wiedzą, że nie uda mu się odmienić własnej natury. Co więcej. Za tańcem i sztuką kryją się jeszcze inne popędy, o których ani on nie mówi wprost ani twórcy w czasach dyktatury Franco nie mogli się wypowiadać.

"Diferente" to niezwykły film. Po części obraz taneczny, po części musical i wielkie show, po części dramat rodzinny. Luis María Delgado sprawnie przeskakuje od rzeczywistości do świata marzeń, inscenizując bójki, kreując realny byt dla fantazji. "Diferente" w zasadzie trudno nazwać filmem, to raczej spektakl uwięziony na dużym ekranie. Surrealistyczna wizja próbująca dotknąć żywego, pulsującego rytmem i muzyką rdzenia ludzkiej natury. Wykreowany na greckiego herosa Alfredo Alaria w roli głównej, to prawdziwa gwiazda, której podporządkowano całą strukturę filmu (nic dziwnego, skoro jest on pomysłodawcą fabuły). Alaria jest znakomitym tancerzem i sceny, w których się popisuje swoimi umiejętnościami naprawdę zachwycają. Do tego ma w sobie sporo charyzmy i pozerstwa, co tworzy doskonałą mieszankę, dzięki której bohater zdaje się z jednej strony wrażliwym, rozdartym wewnętrznie człowiekiem, a z drugiej chłodnym i wyrachowanym sukinsynem.

Film zdecydowanie nie jest dla każdego. Mnie jednak przypadł do gustu.

Ocena: 8

piątek, 2 lipca 2010

Donne-moi la main (2008)

Antoine i Quentin są do siebie podobni jak dwie krople wody, a jednocześnie bardzo się od siebie różnią. Są braćmi-bliźniakami i łączy ich intensywna, lecz daleka od harmonii relacja. Antoine i Quentin przypominają gwiazdę podwójną (a raczej zaćmieniową) – zdają się schwytani w pułapkę sił, które z jednej strony ich przyciągają, a z drugiej odpychają, życie i śmierć. Stąd na przemian widzimy ich wzajemną troskliwość i ataki przemocy. Jednak w tym układzie sił nie ma równowagi, śmierć od samego początku ma przewagę. W końcu bracia wybierają się w podróż stopem, by dostać się do Hiszpanii na pogrzeb matki, której zupełnie nie znają. W drodze śmierć da o sobie znać jeszcze kilka razy.


Pascal-Alex Vincent, reżyser "Donne-moi la main", wyraźnie ma artystyczne ambicje. Jego film ma być alegorią oderwaną od "tu i teraz". Niestety plan się nie powiódł. Owszem, udało się zatrzeć poczucie czasu, a niektóre sceny mają ciekawą symbolicznie kompozycję. Jednak jako całość jest to rzecz zbyt nabzdyczona i za bardzo siląca się na wrażliwość artystyczną, by nią rzeczywiście prezentować. Z całego filmu podobały mi się poszczególne ujęcia (twarz Samira Harraga, kiedy pozuje do rysunku, cienie wzgórza i drzew na tle wieczornego nieba) oraz muzyka. O reszcie można zapomnieć.

Ocena: 5