poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Звёздные собаки: Белка и Стрелка (2010)

Cóż, "Biała i Strzała" z całą pewnością nie powalają jeśli chodzi o animację czy fabułę. Film w zasadzie funkcjonuje jedynie na pierwszym planie. Drugi i trzeci plan są uproszczone do granic możliwości. Zaś efekt 3D został stworzony chyba tylko dla podkreślenia nosów i pysków psów. Fabuła jest zaś straszliwie naiwna i prosta jak nie przymierzając strzała.


Jest jednak jedna rzecz, która film broni – to dialogi. Nie wiem na ile polscy autorzy korzystali z oryginalnych tekstów, jednak trzeba powiedzieć, że do polskiej wersji naprawdę się przyłożyli. Teksty świetne, napisane z polotem i pomysłowością. Do tego dubbing (zwłaszcza pchły i szczur) też wyszedł całkiem udanie. Dzięki temu całość oglądało się nawet przyjemnie, a miejscami było i naprawdę zabawnie.

Ocena: 6

niedziela, 29 sierpnia 2010

Smokin' Aces 2: Assassins' Ball (2010)

Jestem wielkim fanem "Asa w rękawie", dlatego też nie mogłem przepuścić okazji obejrzenia kontynuacji. Niestety P.J. Pesce próbuje udawać Carnahana, ale nie bardzo mu się to udaje. W rezultacie dostajemy film, który jest kopią oryginału, ale zrobioną przy użyciu wyświechtanej kalki tak, że prawie niczego nie można odczytać. Bohaterowie są słabi, narracja i montaż bez polotu, sceny akcji takie sobie (choć eksplodujące klauny były niezłe).


Film ma kilka jasnych punktów. Tom Berenger nie był taki zły. Podobała mi się też bezpardonowa końcówka, kiedy wydaje się, że twórcy już otwierają drogę do sequela, a tu bam. Nie zmienia to jednak faktu, że film jest mocno przeciętny, jakby fakt, że kręcony jest na DVD, zwalniał twórców z robienia czegoś wartościowego.

Ocena: 5

Redwoods (2009)

Z miłością jest jak z dzikim zwierzęciem, które trzymane jest w niewoli. Z czasem marnieje wyglądając coraz gorzej i słabiej. Nic więc dziwnego, że kiedy poczuje zew natury, odżywa. W przypadku miłości pobudza ją nowa osoba. Miłość można jednak oszukać. Wystarczy tylko, by potencjalny związek został przerwany zanim się dopełni. Wtedy na zawsze pozostają marzenia z cyklu "co by było, gdyby...". Można wtedy być w przyziemnym związku, a w marzeniach oddawać się romantycznej, tęsknej i nigdy nie spełnionej miłości.


"Redwood" to duży krok na przód w porównaniu z "Rock Haven". Jednak mimo wszystko żałuję, że przed obejrzeniem filmu nie wiedziałem, kto jest reżyserem. Nie wiem, czy wtedy bym sięgną po film, a jeśli nawet, to pewnie spodziewałbym się wielkiej chały. Wtedy pewnie byłbym pozytywnie zaskoczony, a tak mimo wszystko skończyłem seans rozczarowany.

Ocena: 5

piątek, 27 sierpnia 2010

Ne te retourne pas (2009)

Kim jesteśmy? Gdzie kończy się maska, a zaczyna prawdziwe "ja"? Czym jest pamięć i jaką pełni rolę w kreowaniu/utrzymywaniu tożsamości? Oto pytania, które stawiają przed nami twórcy filmu "Nie oglądaj się".


Jeanne z przerażeniem odkrywa, że świat, jaki zna zanika. Jego miejsce zajmuje świat niemal identyczny, a jednak diametralnie inny. Jej dzieci, jej mąż, w końcu ona sama i jej matka stają się dla niej obcymi, nierozpoznawalnymi twarzami. Czy to zaburzenie neurologiczne? Zaburzenie psychologiczne? A może coś innego? Przed końcem filmu otrzymamy na te pytania odpowiedź. Jest to możliwe tylko i wyłącznie dzięki determinacji bohaterki i sile jej charakteru. Kiedy bowiem pogrąża się w chaosie, kiedy jej świat zmywany jest kolejnymi falami niewytłumaczalnych zmian, ona nie poddaje się. Chwyta się kolejnych śladów, podąża ulotnym tropem i odnajduje bolesną prawdę. Prawdę, która oznaczać będzie dla niej śmierć jak i nowe narodziny.

Lubię historie próbujące zgłębiać niezbadane tajemnice ludzkiej psychiki. Pewnie dlatego "Nie oglądaj się" wzbudziło u mnie mieszane uczucia. O ile historia i bohaterki przypadły mi do gustu, o tyle sposób opowiadana reżyserki już mniej. Tu przydałaby się odwaga Julio Medema w "Chaotycznej Annie". Może i był to obraz hermetyczny, ale dla mnie niezwykle sugestywny nie tylko opowiadający historię, ale dający widzom szansę doświadczyć tych samych emocji. "Nie oglądaj się" jest zbyt normalne, zbyt mainstreamowe, a z drugiej strony mimo wszystko za mało "chodliwe", by mogło stać się komercyjnym hitem. To niezdecydowanie reżyserki sprawia, że coś uleciało z filmu, jakaś część atmosfery została bezpowrotnie utracona.

A jeśli chodzi o pojedynek aktorski, to moim zdaniem zakończył się on remisem z lekkim wskazaniem na Marceau.

Ocena: 6

czwartek, 26 sierpnia 2010

The Other Man (2008)

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o "The Other Man" (polski tytuł jest tak absurdalny, że nie zamierzam go powtarzać). Z jednej strony jest coś intrygującego w postaci męża, który odkrywa, że jego żona miała romans. Ów mąż jest postacią tak skrajnie nudną i pozbawioną wyobraźni, że wierność przestaje być w jego przypadku zaletą, a staje się tyranią i on to powoli odkrywa, a odkrywa to pogrążając się w manii. Jednak to właśnie ta obsesja, która wymusi na nim tworzenie odpracowanych fałszywych opowieści sprawie, że dokona się w nim przemiana. W ten sposób "The Other Man" jest pochwałą wyobraźni i twórczej narracji, która wyzwala nas z ograniczeń świata.


Z drugiej jednak strony film Richarda Eyre'a jest kompletnie pusty. Wszystko, co w nim dobre pochodzi z opowieści Bernharda Schlinka. Eyre nie był jednak w stanie przenieść na ekran kinowy ducha opowieści. Zostało więc dwóch panów, którzy plotą kłamstwa zupełnie nie wiadomo po co i dlaczego. Nie ma w tym filmie nikogo, z kim można byłoby poczuć jakąkolwiek emocjonalną więź. Szkoda, bo mogła to być prawdziwie magiczna opowieść.

Ocena: 6

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

The Switch (2010)

Jako komedia romantyczna "The Switch" to jedna wielka strata czasu. Pomiędzy Aniston a Batemanem nie ma żadnej chemii a i fabuła jest nędzna, brakuje w niej "iskier". Nic zatem dziwnego, że bohaterom tak długo przychodzi zorientowanie się, że są w sobie zakochani. Gdyby nie fakt, że wiedziałem, iż jest to komedia romantyczna, też nie miałbym pojęcia, że dwójkę coś łączy.


"The Switch" lepiej radzi sobie jako komedia kumpelska za sprawą zabawnego Jeffa Goldbluma. Między nim a Batemanem jest owa chemia, która sprawia, że ich relacje przyjacielsko-zawodowe są o wiele bardziej wiarygodne i interesujące. Film radzi sobie też jako komedia ojcowska, jako opowieść o ojcu odkrywającego czym jest rodzicielstwo (scena z wszami – urocza). Podobała mi się też Juliette Lewis.

(Scott Elrod)

Ocena: 6

piątek, 20 sierpnia 2010

The Expendables (2010)

Ok, nie czarujmy się. To nie jest dobry film, jeśli pod tą definicją kryć się mają wiarygodne psychologicznie postaci, logiczna fabuła, inteligentny scenariusz i głębszy sens całej opowieści. "Niezniszczalni" są dokładnie tym, co było zapowiadane: wielką, śmierdzącą kupą testosteronu. Jeśli wam nie odpowiada ten zapach, to lepiej omijajcie film z daleka. Ja najnowsze "dzieło" Stallone'a obejrzałem jednak z przyjemnością.


Choć całość jest tak głupia, że naprawdę nie ma co streszczać fabuły, to wiele elementów jest naprawdę bardzo dobrych. Eric Roberts w roli czarnego charakteru jest świetny (choć po prawdzie rola nie była bardziej wymagająca od tej w teledysku Mariah Carey). Dolph Lundgren od lat nie był tak dobry, spotkanie Arnolda, Bruce'a i Sly'a – może niewiele, ale jednak fajnie zgrane z całkiem udanymi dialogami, no i Mickey Rourke ze świetnym monologiem, który przecież nie był niczym więcej jak kopniakiem prosto z zadek resztek sumienia bohatera granego przez Sly'a.

Do tego wszystkiego film jest całkiem sprawie zrobiony od strony technicznej. Ot choćby scena pierwszego pościgu samochodowego na wyspie. Tak naprawdę nie powinno być w niej ani grama napięcia, ale sprawny montaż, niezła muzyka i voila – magia kina. Finałowa rozpierducha też sprawdza się dobrze. Zatem jak dla mnie dobre męskie kino bez żadnych podtekstów i naddatków.

Ocena: 7

Despicable Me (2010)

"Jak ukraść Księżyc" nie jest z całą pewnością najlepszą animacją, jaką w tym roku widziałem. Zarówno DreamWorks ("Jak wytresować smoka") jak i 20th Century Fox ("Fantastyczny pan Lis") spisały się lepiej. To co uwiera w animacji Universala to jej poprawność i pompatyczność rodem z niedzielnego kazania. Wagę rodziny w życiu człowieka można jednak było pokazać z większą finezją i zadziornością.


Niemniej jednak w filmie jest sporo fajnych momentów. Miniony są fajne. Sekwencja na rollercoasterze fajna. Nazwanie Banku Zła na cześć symbolu amerykańskiego kryzysu gospodarczego - Lehman Brothers – zabawne. Jednak potencjał był o wiele większy.

Ocena: 6

czwartek, 19 sierpnia 2010

The Messenger (2009)

Zupełnie nie dziwią mnie wysokie oceny wystawiane filmowi przez Amerykanów. "The Messenger" to przyzwoicie zrobiony, niewiarygodnie poprawny (robiony przy współpracy z wojskiem) film o wojnie. Twórcy sprytnie usunęli w cień polityczne dyskusje, nie zadają egzystencjalnych pytań o sens śmierci. Opowiadają za to prostą, i oczywiście że bardzo wzruszającą, historię żołnierza, który przeżył mocną traumę, a teraz staje się aniołem śmierci dla wielu rodzin. W obliczu tych prywatnych tragedii niestosowne stają się jakiekolwiek dywagacje.


Jednak dla mnie cały ten film jest niestosowną manipulacją. Sceny rozpaczy bliskich przypominają mi raczej perwersyjną trawestację pornosów, gdzie seks został zastąpiony płaczem, krzykiem, bezsilnością. Mimo starań bycia delikatnym Oren Moverman nie poradził sobie z problemem uprzedmiotowienia osobistego dramatu. Jeszcze gorsze jest to, że dodaje do tego wątek romantyczny, który jest grubą przesadą. I to, że daje się go tolerować jest wynikiem tylko i wyłącznie znakomitej gry aktorskiej. Jednak Samantha Morton naprawdę potrzebuje roli ostro odbiegającej od jej wizerunku kobiety z wdziękiem cierpiącej. Gdyby nie Morton, Foster i Harrelson ten film nie dałoby się uratować. Nominacja oscarowa za scenariusz to spore nieporozumienie.

Ocena: 6

Valhalla Rising (2009)

W komentarzu Nicolas Winding Refn do znudzenia powtarza, jak to chciał nakręcić film science-fiction tyle że bez 'science' i dlatego stworzył metafizyczną przypowieść o wierze, jak to chciał nakręcić film o podróży na obcą planetę, więc opowiedział o Wikingach trafiających do Ameryki, jak to chciał opowiedzieć o "zwierzęciu, które staje się wojownikiem, który staje się bogiem, który staje się człowiekiem" i dlatego jego film przypomina mitologię pisaną na kwasie. I rzeczywiście taka jest "Valhalla Rising". Jednak jak dla mnie Refn po znakomitym "Bronsonie" tym razem trochę przesadził.


Co do tego "kwasu" to trudno jest mi się do tego odnieść. Na mnie film sprawiał wrażenie zrobionego przez schizofrenika katatonika: bezruch przerywany epizodami przemocy, urojeń i omamów. Powolne tempo tak bardzo mi nie przeszkadzało, za to dialogi tak. Może to wydawać się dziwne w filmie, w którym przez większość czasu bohaterowie milczą, ale jak dla mnie było w nim zbyt wiele gadania po próżnicy. 90% wypowiadanych kwestii to pompatyczne bzdury, które mają podkreślić surrealistyczny klimat fabuły. O wiele lepiej byłoby jednak dla filmu, gdyby bohaterowie zachowali milczenie. Zdań, które naprawdę powinny były być wypowiedziane, mógłbym zliczyć na palcach obu rąk i pewnie wszystkich bym nie wykorzystał.

Za to Mads Mikkelsen był stworzony do roli bezimiennego bohatera-mitotwórcy. Choć nie odzywa się ani słowem i tak dominuje na ekranie.

Ocena: 6

Grace (2009)

Było coś o męskiej psychice, dla równowagi obejrzałem więc też coś o kobietach. "Grace" to intrygujący obraz kobiecości, w którym rola mężczyzn sprowadza się do oddania nasienia, złożenia łóżeczka, nękania i wywoływania niepotrzebnych dramatów. Za to kobiety, aaaa... to już inna sprawa.


W "Grace" macierzyństwo staje się obsesją. Siłą sprawczą, mogącą sprawdzać śmierć i życie. Wszystko zaczyna się od pragnienia dziecka, które przeradza się z symbiotycznej, zupełnie naturalnej więzi, w relację pasożytniczą. W takiej sytuacji matka nie jest zdolna do oderwania się od swego potomka. Jego utrata wzbudza potrzebę odzyskania go za wszelką cenę. W "Grace" widzimy tę potrzebę zaprezentowaną w dwóch wersjach. Pierwsza, bardziej "naturalna", gdy pogrążona w żałobie po śmierci syna kobieta postanawia odebrać synowej dziecko. Kobieta posuwa się aż do tego, że mimo przebytej menopauzy pobudza swoje piersi do laktacji. Druga, bardziej "horrorowa", w której matka donosi ciążę, pomimo faktu, że płód jest martwy, a potem doprowadza do jego ożywienia, choć zapłaci za to anemią, kiedy okaże się, że córeczka zamiast mleka woli krew.

Z "Grace" jest ten sam problem co z "44 Inch Chest", co chyba wyjaśnia, dlaczego wiele osób ocenia go tak nisko. Otóż tak jak tamten film wykorzystuje sztafaż gangsterskiego kina dla opowiedzenia zupełnie innej historii, tak tu horror jest tylko dekoracją. Ci, którzy spodziewają się opowieści o niemowlęcym zombie, srogo się rozczarują. Najbardziej niepokojące sceny w "Grace" wcale nie dotyczą martwego/żywego dziecka. Mnie to nie przeszkadzało.

Ocena: 7

44 Inch Chest (2009)

W 100% męskie kino, ale jakże inne! Ubrane w szaty gangsterskiego film, w rzeczywistości jest to skromny, bardzo introwertyczny dramat o męskiej psychice. "44 Inch Chest" pokazuje, co dzieje się z twardzielem, który pozwolił sobie na uczucia.


Colin właśnie dowiedział się, że jego żona wcale go nie kocha, że znalazła sobie faceta, że opuszcza dom. Colin, twardziel jakich mało, facet z szemraną przeszłością (a przynajmniej tak można sądzić), nie potrafi tego pojąć. Przy pomocy swoich kumpli spróbuje sobie z tym poradzić. Nie będzie łatwo.

"44 Inch Chest" zaskakuje od pierwszego ujęcia. Twórcy stworzyli pierwszorzędne postaci idealnie pasujące do brytyjskiego gangsterskiego filmu, a następnie wrzucili je w zupełnie inne środowisko. Dla wielu widzów będzie to zapewne wewnętrznie sprzeczne i nie do pogodzenia, lecz mnie to zupełnie zachwyciło. Film bowiem zrealizowany został w sposób na wskroś staroświecki. Bardziej przypomina to teatr niż filmy, jakie dziś się robi. Bliżej mu do produkcji z lat 60. i 70. Zazwyczaj teatralna sztuczność irytuje mnie i jest sporą wadą. Ale nie w tym przypadku. Tu nie ma nic sztucznego, jest sam twórczy żywioł, który sprawia, że oglądałem całość z zachwytem. Zatarcie perspektywy obserwatora, przeskoki i wtręty (jak "Samson i Dalila" DeMille'a) tylko zwiększały mój entuzjazm.

Jednak największym skarbem filmu jest fantastyczny scenariusz. Nie potrafię wyjść ze zdumienia, że nie otrzymał on żadnej nagrody, nie mówiąc o chociażby nominacji. Świetnie rozpisane postaci, znakomite dialogi i kilka pierwszorzędnych monologów/dygresji. Misterna konstrukcja dramatu sprawia, że bohaterowie funkcjonują zarówno jako niezależne jednostki ale też jako aspekty jednej, rozbitej niczym lustro osobowości.

Do tego cudowna obsada, lepszej chyba nie można sobie wyobrazić. Ray Winstone w roli rozhisteryzowanego twardziela, który zatraca się w sobie jest niewiarygodnie dobry. John Hurt w roli wiecznie zrzędzącego zgreda jest błyskotliwy i zabawny. Jednak pierwsze skrzypce gra Ian McShane, jako pełen charyzmy epikurejczyk. Jego monolog uspokajający głównego bohatera to majstersztyk, dygresja o tym, jak wygrał 40 tysięcy funtów, pierwsza klasa.

Jak dla mnie świetne, choć niedzisiejsze, kino.

Ocena: 10

środa, 18 sierpnia 2010

The Big Gay Musical (2009)

Po niezłym "Were the World Mine" miałem ochotę na kolejny 'kiczowaty' musical. Kiedy więc zobaczyłem blurb z Variety określający "The Big Gay Musical" entertaing blasphemy, pomyślałem, że się skuszę. Powinienem był jednak najpierw sprawdzić, kto stoi za reżyserią filmu, wtedy mój entuzjazm na pewno znacznie by spadł.


Tak naprawdę "The Big Gay Musical" to dwa filmy w jednym. Pierwszy to musical "Adam & Steve", który zrealizował w dużej mierze debiutant Fred M. Caruso. I ten musical mi się podobał. Tego też, mam takie nieodparte wrażenie, dotyczył wyciągnięty z Variety cytat. Bo też musical bywa momentami mocno niepoprawny politycznie, ale jest zabawny, z całkiem niezłymi dialogami. Z piosenkami jest różnie, ale niektóre jak lament Ewy czy końcowa piosenka Patty-Maye są naprawdę fajne. Co ciekawe, najlepsza piosenka Adama i Steve'a nie znalazła się w kinowej wersji filmu, a szkoda.

Drugi film to niestety zupełnie inna bajka. Takie produkcje nazywam kinem z getta. W zasadzie nie jest to nawet film fabularny. Bardziej propagandowo-edukacyjna instrukcja dla młodych gejów na temat bezpiecznego seksu, partnerstwa i coming-outu. Ta część była nudna, pozbawiona pazura (jak musical) i irytująco wręcz kaznodziejska. Jej autorem jest Casper Andreas, który nakręcił tak nędzną rzecz jak "A Four Letter Word". Gdybym to wiedział wcześniej, pewnie po film bym w ogóle nie sięgał. I tu zdarzyło się kilka lepszych momentów (plus jedna fajna piosenka "I Wanna be a Slut"), ale jako całość jest to tylko zbędny przerywnik fajnego musicalu.

"The Big Gay Musical" całkiem dobrze wypada od strony aktorskiej. Choć w większości są to filmowi debiutanci (bądź prawie debiutanci), to jednak dzięki broadwayowskiemu obyciu radzą sobie bardzo dobrze i – co ważne! – potrafią śpiewać.

Ocena: 5

wtorek, 17 sierpnia 2010

The Slammin' Salmon (2009)

Typowa komedia Broken Lizard. Mniej więcej na tym samym poziomie humoru co "Straż wiejska". Jest to więc film dość chaotyczny, w którym świetne pomysły mieszają się z takimi, które zabawne są chyba tylko dla członków grupy.


Muszę jednak przyznać, że Michael Clarke Duncan w roli mistrza bokserskiego a teraz szefa-kretyna, wypada przezabawnie. Spodobała mi się też postać szajbusa zagranego przez Chandrasekhara.

Ocena: 6

The Descent: Part 2 (2009)

Jon Harris powinien jednak pozostać przy montażu. To mu zdecydowanie lepiej wychodzi niż reżyseria. "Zejście 2" nie jest może porażką, ale z całą pewnością niczym na plus się nie wyróżnia. Filmik ten ma swoje momenty, ale ma też długie okresy przestoju. Kilka fajnych scen sąsiaduje z sekwencjami całkowicie pozbawionymi polotu. Harris odnosi porażkę niemal we wszystkich scenach z krwiożerczymi stworami. O wiele lepiej poradził sobie ze scenami pokazującymi klaustrofobię zamknięcia we wnętrzu ziemi.


Śmieszne jest też to, że choć akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, amerykańskiego akcentu jest tam niewiele, za to brytyjski i australijski angielski jest na porządku dziennym. No ale cóż, może Appalachy nie są zbyt amerykańskimi górami.

Ocena: 5

Grown Ups (2010)

Zupełnie nie dziwi mnie to, że w Stanach "Duże dzieci" zarobiły grubo ponad 100 milionów dolarów. Jest to bowiem kwintesencja amerykańskiego stylu, pochwała ich systemu wartości i ogólne pianie z zachwytu nad wspaniałością tamtejszych społeczności, nawet jeśli wydają się pełne wad. Wady te bowiem są bardzo powierzchowne – wystarczy weekend 4 lipca, by usunąć je w niebyt i wzmocnić to, co jest tak wspaniale amerykańskie: rodzina, przyjaciele, zdrowa rywalizacja i wspieranie słabszych w potrzebie.


Cały ten amerykański bullshit oczywiście do mnie nie przemawia. Pozostaje więc kwestia samej komedii. A tu nie jest już tak wspaniale, choć myślałem, że będzie gorzej. Jest kilka zabawnych scen. Problem w tym, że wrzucono tu zbyt wiele gwiazd i komediowych talentów, by dla wszystkich starczyło miejsca. Marnuje się Bello i Rudolph, niezrozumiała jest obecność Buscemiego (Wileya mógł zagrać każdy), Salma Hayek nie ma ani jednej zabawnej kwestii, za to kilka innych gagów jest powtarzanych do znudzenia.

Ocena: 5

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

The Bad Lieutenant: Port of Call - New Orleans (2009)

Ten film to jakiś żart. I to żart, który najwyraźniej ludziom się podoba. Cóż, mnie nie. Stawiam go w jednym rzędzie z "Tetro" Coppoli i "Spotkaniem w Palermo" Wendersa, czyli mamrotanie staruszka, który kiedyś potrafił kręcić świetne filmy. Herzog zresztą jeszcze nie tak dawno trzymał wysoką formę, choć lepiej wypadał w dokumentach. Jednak "Zły porucznikiem" stoczył się o kilka klas.


Nie rozumiem po co ten film powstał. Jako kryminał jest bardzo słaby. W porównaniu do tego, co można obecnie obejrzeć na różnych stacjach telewizyjnych, zarówno postaci jak i intryga są dość prymitywnie skrojone i pozostawiają wiele do życzenia. Film nie sprawdza się też jako przypowieść. Historia z zamkniętym aresztantem jest śmieszna nie tylko przez fakt, że staje się przyczyną prawie 'house'owego' cierpienia ale i przez ostatnią scenę filmu. Cage jako staczający się glina wypada miernie. A całe to piekło wygląda raczej jak źle zbudowany domek dla lalek niż rzeczywiste miejsce tortur. Do tego osadzenie akcji w Nowym Orleanie po Katrinie, iguany i 'tańcząca dusza' to nędzne sztuczki, której ujść mogłyby w wędrownym wodewilu, ale nie u tak uznanego twórcy. Jednym słowem: rozczarowanie.

Ocena: 3

niedziela, 15 sierpnia 2010

The Last Station (2009)

"The Last Station" to bezsprzecznie jeden z najlepiej rozpisanych na postaci filmów, jaki widziałem w tym roku. Zaś Helen Mirren, Christopher Plummer i Paul Giamatti wynoszą je na sam szczyt ludzkich możliwości. Od czasu "Lwa w zimie" nie dane było mi obejrzeć tak soczystych, wspaniałych ról dla starszych aktorów. Mistrzostwo świata i nie rozumiem, dlaczego do tej pory obraz ten nie trafił do polskich kin.


Porównanie z "Lwem w zimie" (którąkolwiek wersją, lubię obie) nie wynika tylko z wieku bohaterów, ale też z dynamiki prezentowanego związku. Oto wraz z młodym i jakże naiwnym Walentinem trafiamy w sam środek monumentalnej walki rozgrywającej się pomiędzy Sofią Tołstojową a Władimirem Czertokowem, walkę toczoną o ciało, duszę a przede wszystkim spuściznę Lwa Tołstoja. Ten odgrywa rolę proroka, głosiciela nowej religii, a jej arcykapłanem jest właśnie Czertkow. Z kolei Sofia to jego wielka miłość i muza, która nie chce pogodzić się z faktem, że zeszła na drugi plan, a zeszła, gdyż nie podziela religijno-filozoficznych przekonań męża. Co ciekawe sam Tołstoj też nie do końca podąża drogą swoich własnych nauk. Te trzy osoby zmagają się ze sobą w fascynującej batalii.

Niestety te elektryzujące zmagania choć są największą zaletą filmu, są niestety też powodem, dla którego nie mamy do czynienia z arcydziełem. Otóż kiedy tylko walka dobiega końca (a przynajmniej zostaje przerwana), w filmie pojawia się próżnia, które nie ma co zapełnić. Kilkanaście minut przed finałem są niczym niezręczne milczenie na przyjęciu, kiedy każdy modli się o to, by ktoś w końcu zagaił rozmowę i można byłoby udać, że faux pas nie miało miejsca.

Aktorsko film jest jednak niemożliwie rewelacyjny. Ciekawe, czy gdyby Hopkins i Streep zagrali w nim, byłby równie dobry. Ja tam się cieszę, że rola Sofii przypadła Mirren.

Ocena: 8

sobota, 14 sierpnia 2010

Gentlemen Broncos (2009)

Jakim cudem "Gentlemen Broncos" trafiło do nas do kin? (choć liczba mnoga jest tu raczej nie na miejscu) Wiele znacznie bardziej mainstreamowych filmów omija rynek kinowy i ląduje bezpośrednio na DVD, a tymczasem obraz Jared Hessa, hermetyczny i przeznaczony dla naprawdę niewielkiej grupy odbiorców można tu i tam znaleźć w kinie. Jest to tym bardziej dziwne, że w Stanach film został wycofany z kinowej dystrybucji ze względu na słabe recenzje.


Jestem przekonany, że większość osób, które wybierze się na film bez jakiejkolwiek wiedzy o nim, nie wysiedzi do końca. Uzna film za głupi, nudny i nieśmieszny. Jeśli jednak wiecie co nieco o historii SF&F, o pulpowych wydawnictwach oraz tanich i kiczowatych filmach poza wszelką klasą, wtedy będziecie przygotowani na to, co zobaczycie na ekranie. To hołd nieskrępowanej wyobraźni, z której rodzą się najbardziej chore, pokręcone i absurdalne pomysły pod słońcem. To opowieść o fanach, którzy czynią to, co czynią z pasji, a nie dla bogactwa (kiedy kasa przysłania im wszystko inne pojawia się chęć krętactwa, kradzieży, ale kończy się to nieodmiennie źle). "Gentlemen Broncos" jest tym dla SF&F, czym dla komiksu jest "The Amazing Adventures of Kavalier & Clay". No trochę przesadzam. Książka Chabona jest o niebo lepsza.

Nie spodziewałem się, że tak szybko po "Kiltro" zobaczę kolejny tak radośnie rozrywkowy kicz. Sam Rockwell jest fantastyczny. Nie bardzo mogę się zdecydować, czy zabawniejszy jest jako Bronco czy Brutus. Jemaine Clement rozśmieszył mnie do łez. Michael Angarano jest ok, ale za bardzo przypomina mi postać, którą grał w "Will & Grace". Rozśmieszyli mnie też: Jennifer Coolidge, Héctor Jiménez... w zasadzie wszyscy. No i Pierre i jego dwie kobyłki :)

Ocena: 8

piątek, 13 sierpnia 2010

ZMD: Zombies of Mass Destruction (2009)

Jak na debiut reżyserski Kevin Hamedani sprawił się całkiem nieźle i choć nie jest to "Wysyp żywych trupów", to wiele im nie ustępuje.


Wadą i zaletą "ZMD" jest jego polityczne zaangażowanie. Podczas gdy brytyjski film był po prostu parodią kina zombie, reakcją na cały wysyp zombiepodobnych filmów, o tyle Hamedani wykorzystuje przypowieść o zombie, by opowiedzieć o paranoi istniejącej w USA po 11 września. Widać to zarówno w ekipie filmowej (wiele nazwisk niewiele ma wspólnego z protestancko-katolickimi korzeniami) jak i w tematyce, w której biała, protestancka, konserwatywna większość zostaje przemieniona w zombie, a epidemię mogą przeżyć jedynie potomkowie emigrantów z Bliskiego Wschodu, postępowe oszołomy (które jednak zmienią front, odkrywając ekscytującą moc przemocy i broni palnej) oraz geje (ale tylko otwarcie się do tego przyznający).

Film ma kilka fajnych sceny i tekstów (Mammy ate daddy; Don't be affraid. We have the greatest zombie on our side – Jesus Christ). Jednak czegoś w nim brakuje. Panuje za wielki chaos, poszczególne sceny nie zawsze łączą się ze sobą w solidną konstrukcję.

Ocena: 6

Mirageman (2007)

Drugi wspólny film Ernesto Díaza Espinozy i Marko Zarora, nie sprostał moim oczekiwaniom. Tym razem proporcje poszczególnych składników nie zostały odpowiednio dobrane i tam, gdzie "Kiltro" odnosiło sukces, "Mirrageman" jest tylko cieniem. O dziwo to ten film ma na IMDb wyższe oceny. Hmm...


Film niby ma ckliwą historię (brat zgwałconego chłopaka przebywającego w psychiatry ku zostaje zamaskowanym mścicielem, bo tylko ta postać zdaje się wydobywać chorego z obsesji), jest też humor (pierwsza misja, problemy z kostiumem i cywilnym ubraniem), ale czegoś zabrakło. Brak tempa, chwilami jest trochę zbyt serio, pojawia się krytyka massmediów. Film cierpi też na brak ciekawego czarnego bohatera. W sumie więc jest kilka fajnych momentów, a reszta to niestety nuda, nuda, nuda.

Ocena: 5

Kiltro (2006)

Ta płyta leżała u mnie zbierając kurz baaardzo długo, a szkoda, bo jak się okazało, jest to świetna rozrywka. Nie "dobra", bo ten film to prawdziwy festiwal kiczu, ale naprawdę ogląda się wyśmienicie. "Kiltro" to połączenie wuxia, spaghetti westernu i południowoamerykańskiej telenoweli. Powinna być to trująca mieszanka, ale o dziwo wszystkie elementy razem dają całkiem zabawny efekt. Czarny charakter szukający zemsty za zdradę swojej kobiety, młody wojownik odkrywający tajemnicę swej rodziny i próbujący walczyć o piękną dziewczynę, pojedynki w samo południe i walka jeden przeciw setce zbirów. A wszystko to okraszone melodramatycznymi tekstami i dużą dawką autoironicznego humoru.


W tym filmie sprawdza się wszystko. Marko Zaror jest doskonale wysportowany, ale jednocześnie nie próbuje udawać amerykańskich czy azjatyckich gwiazd. Zachowuje dystans, potrafi odnaleźć się w scenach, w których widz śmieje się i z niego i z całej sytuacji. Znakomicie w roli czarnego charakteru poradził sobie całkowity debiutant, mistrz kung-fu Miguel Angel De Luca. "Kiltro" udowadnia, że nawet w tak dziwnych miejscach jak Chile można kręcić niezłe kino kopane.

(Marko Zaror)


(Pablo Cerda)

Ocena: 7

czwartek, 12 sierpnia 2010

The Sorcerer's Apprentice (2010)

"Uczeń czarnoksiężnika" okazał się filmem doskonale nijakim. Są w nim elementy komediowe, jest kilka ekscytujących momentów, lecz cała reszta jest tak bezbarwna, że praktycznie niezauważalna. Film Jona Turteltauba jest niczym biały szum – jest, ale nic z tego nie wynika.


Tym samym Turteltaub nie zrehabilitował się za słaby "Skarb narodów: Księgę Tajemnic". Całość znów jest zbyt chaotyczna i de facto pozbawiona jakiejkolwiek fabuły. Patrząc na wszystko z boku wyraźnie widać, że między początkiem filmu a końcem główny bohater zrobił może ze dwa kroki. Smaczki w stylu nowe wersji sceny z "Fantazji" umykają uwagi. Podobnie jak i scena po napisach końcowych, która rozczarowuje swoją nijakością.

Ocena: 6

A Nightmare on Elm Street Part 2: Freddy's Revenge (1985)

Pamięć, śmieszna rzecz. Z drugiego "Koszmaru" pamiętałem poszczególne sceny, ale wydawało mi się cały czas, że bohaterką wciąż była Nancy, a tymczasem jej miejsce zajęła Lisa, dzielnie walcząca o swego ukochanego Jesse'ego. Pamięć potrafi spłatać figle. Z drugiej strony drugiego "koszmaru" nie warto pamiętać. W gruncie rzeczy nie należy on do cyklu, a wręcz zdradza mitologię stworzoną przez Wesa Cravena (który ostro sprzeciwiał się powstaniu dwójki). Być może właśnie dlatego trzeci "Koszmar" jest tak dobry, bo Craven chciał zatrzeć pamięć o dwójce.


Z perspektywy czasu, a zwłaszcza w kontekście nowego "Koszmaru z ulicy Wiązów", warto film obejrzeć. Pokazuje bowiem wyraźnie, błędy popełnione przez twórców reboota. Oba filmy wykorzystują Freddy'ego jako symbol wypartych popędów seksualnych. O ile jednak w "Zemście Freddy'ego" Krueger jest rzeczywiście metaforyczną reprezentacją homoseksualnych popędów Jesse'ego, o tyle w nowy "Koszmarze" jest to dość jasno określony jako pedofil. To dookreślenie, rezygnacja z symboliki, metafory i aluzji obok nowej twarzy Freddy'ego to największa pomyłka twórców "Koszmaru z ulicy Wiązów" a.d. 2010.

Z kolei "Zemsta Freddy'ego" to film straszliwie antygejowski. Opowiada bowiem o procesie leczenia z homoseksualnych zapędów. Jesse to młody chłopak, który stoi na rozdrożu. Z jednej strony jest Lisa, piękna i dziana dziewczyna wyraźnie nim zainteresowana. Z drugiej strony jest Ronnie, przystojniak kuszący Jesse'ego swoim wielkim wężem (dosłownie!). W walce o chłopaka dziewczyna okazuje się uparta i wytrwała, podczas gdy Ron – mimo że Jesse ląduje u niego w łóżku – zawodzi. Aby Jesse mógł stać się zdrowym, heteroseksualnym członkiem społeczności, z jego otoczenia muszą zostać wyeliminowane wszelkie zbereźne pokusy. W ten oto sposób ginie mający zły wpływ na uczniów nauczyciel wf-u (a prywatnie fan gejowskiego BDSM), ginie też Ronnie, a na koniec następuje symboliczne wypalenie homoseksualnych impulsów i z popiołów odradza się nowy Jesse, którego może zawłaszczyć dla siebie Lisa.

Ocena: 5

The Children (2008)

No proszę. Podczas gdy w Polsce wciąż próbuje się nam wcisnąć jakieś hiszpańskie popłuczyny. W Wielkiej Brytanii rośnie nowe pokolenie interesujących twórców filmów okołohorrorowych. "The Children" to może nie przełom, ale z całą pewnością solidna propozycja dla fanów gatunku.


Oto zbliżają się święta. Dwie rodziny spędzą je w uroczym domku. Świętować będą dwie pary małżeńskie i cała gromadka radosnych dzieci. Ale dzieci, jak to dzieci, łatwo zarażają się różnymi paskudztwami. Tym razem jednak to nie one będą cierpieć, ale dorośli, którzy nagle staną się ofiarami krwawej wyobraźni swych pociech.

Twórcom całkiem sprawnie udało się stworzyć paranoiczna sytuację, w której dorośli z jednej strony wiedzą, że dzieci są śmiertelnym zagrożeniem, a z drugiej strony kompletnie nie przyjmują tego do wiadomości, bo to w końcu ich małe aniołki. Tworzy to pozbawioną równowagi sytuację, w której dzieci mają przewagę i mogą dokonać naprawdę sporych zniszczeń, zanim instynkt ochrony potomstwa uda się wyłączyć.

Co jednak dziwne, twórcy znacznie więcej miejsca poświęcają scenom mordowania dzieci niż dorosłych. Dorośli giną prawie zawsze poza kadrem. To co widzimy to sceny tuż przed i już po. Z kolei śmierć dzieci jest pokazana w pełnej krasie. Wśród dorosłych mniej miejsca poświęca się ojcom, a więcej matkom. Ciekawe, psycholog mógłby się pobawić w analizę twórców.

Ocena: 7

środa, 11 sierpnia 2010

Van Diemen's Land (2009)

Jako detoks sięgnąłem po "Van Diemen's Land". Tytuł odnosi się do Tasmanii, która tak właśnie się nazywała przed 1856 rokiem. Van Diemen's Land było miejscem zsyłki więźniów z Wysp Brytyjskich. Wśród wszystkich kolonii karnych najcięższa znajdowała się na wyspie w zatoce Macquarie. Choć istniała ledwie 11 lat doczekała się całkiem niezłej reputacji. Dużą w tym zasługę odegrały wydarzenia z 1822 roku, roku założenie kolonii. O tych wydarzeniach opowiada właśnie film "Van Diemen's Land".


Ośmiu więźniów organizuje ucieczkę. Słowo "organizuje" jest tu użyte trochę na wyrost. Wykorzystali okazję i po prostu zwiali. Jednak wyspa Sarah nie jest zbyt gościnnym miejscem. Prawie pozbawiona zwierzyny, pełna dzikich ostępów i wartkich rzek jest miejscem wrogi nieprzygotowanemu człowiekowi, a ósemka więźniów była bardzo nieprzygotowana. Kiedy w oczy zagląda im głód, w desperacji zaczynają się zabijać i zjadać. Z tej opresji żywy wyjdzie jedynie Alexander Pearce.

W filmie Pearce jest pokazany jako "cicha woda". Nie jest tu liderem i to nie on podsuwa pomysł ze zjadaniem ludzi. Ciekaw jestem na ile jest to zgodne z prawdą. Biorąc pod uwagę jego przyszłość wydaje się to trochę nieprawdopodobne. Film nie epatuje przemocą, to raczej obraz surowy, koncentrujący się na procesie deterioracji ludzkiej psychiki. Proces ten przebiega w dość specyficzny sposób, ma charakter wręcz mistyczny, a przynajmniej tak chcą go nam pokazać twórcy filmu. Nie do końca mnie to przekonuje. Moim zdaniem jest to raczej próba nadania artystycznego "drugiego znaczenia" brutalnej rzeczywistości. I próba ta moim zdaniem się nie udała. Te wywody z offu Pearce'a niczego tak naprawdę nie wnoszą, a już z całą pewnością nie są w stanie rozwiązać zagadki zwyczajnego złodziejaszka (na Van Diemen's Land trafił za kradzież sześciu par butów), który rozmiłował się w ludzkim mięsie.

Ocena: 6

Another Gay Movie (2006)

Naprawdę rzadko zdarza się, by film wzbudził we mnie zażenowanie. Niestety w tym przypadku mam poczucie całkowicie zmarnowanego czasu. Najchętniej wypaliłbym sobie komórki mózgowe, w których przechowywana jest pamięć o tym filmie, ale wtedy mógłbym błąd sięgnięcia po film powtórzyć.


Nie wiem co bardziej mnie zdumiewa: poziom głupoty gagów, przy których rynsztok to niebo, czy liczba znanych osób, które przez film się przewija. Obecność Matthew Rusha mogę jeszcze zrozumieć. W końcu to mainstream (nawet jeśli niezależny), więc dla niego to już nobilitacja. Co się jednak stało, że w filmie zagrał Graham Norton?? Jeden z zabawniejszych brytyjskich komików (lubiłem jego programy telewizyjne) tutaj stoczył się na samo dno (choć dowcip o "belgijskiej czekoladzie" był zabawny). Zdumiewa też obecność Richarda Hatcha. Facet, który wygrał w pierwszym sezonie Rozbitków i zgarnął milion dolarów powinien lepiej rozporządzać swoim czasem celebryty.

Ocena: 2

wtorek, 10 sierpnia 2010

Breakfast with Scot (2007)

Eric nie przepada za dziećmi. I nic w tym dziwnego, wiążą się z jednym z najboleśniejszych wydarzeń w jego karierze. Dlatego też jest zupełnie naturalne, że na wieść o tym, że w jego domu zamieszka dzieciak zmarłej narkomanki, nie pałał radosnym nastrojem. Kiedy jednak w drzwiach pojawiło się TO, nawet faceci z silnie rozwiniętym instynktem ojcowskim zwątpiliby. Scot to dziecięca wersja męskiej primadonny bez których nie może obyć się żaden porządny klub dla drag queens. Choć to jeszcze dzieciak, już wie, jak się malować, jak prezentować się tiulach i boa o oczojebnych kolorach. Dla Erica i jego partnera Sama, to o wiele za dużo. Jak się jednak okaże, obie strony na tym "kulturowym starciu" mogą skorzystać, choć nie obędzie się bez kłótni i problemów.


"Breakfast with Scot" to ciepła opowieść o tym, że w życiu każdego ważna jest rodzina i bliskość kogoś, kto nas zauważy i zaakceptuje takim, jakim jesteśmy. Sympatyczni bohaterowie, kilka zabawnych scen (głównie w pierwszej części filmu) sprawiają, że całość ogląda się z przyjemnością. Całość jest może nieco zbyt łopatologiczna, ale co tam, w tym przypadku można to wybaczyć.

Ocena: 6

Vier Minuten (2006)

Intrygująca opowieść o poczuciu winy, buncie, dyscyplinie i nieskrępowanym artystycznym żywiole. Pani Krüger powraca do więzienia na kolejny rok uczyć więźniarki gry na pianinie. Od dziesięcioleci musi wysłuchiwać tych samych utyskiwań naczelników i tej samej ignorancji więźniarek. W tym roku jednak trafił się jej jednak diament. Nie do końca oszlifowany, lecz bezsprzecznie artystyczny klejnot. Jednak Jenny to dusza zbuntowana, zamknięta za murem obojętności. Krüger, która widziała niejedno, zupełnie się tym nie przejmuje. Narzuca dziewczynie przysłowiową niemiecką dyscyplinę, która – o dziwo – zaczyna przynosić rezultaty. Jednak w więzieniu nic nigdy nie idzie łatwo i zgodnie z planem. Do tego Krüger skrywa własne demony, które tym razem będą bliżej powierzchni niż przez ostatnich kilkadziesiąt lat.


To, co w "Czterech minutach" intryguje najbardziej, to sama narracja. Film zbudowany jest na typowej konstrukcji: charyzmatyczny nauczyciel – problematyczny ale utalentowany uczeń. Jednak reżyser zamiast iść utartą drogą, kroczy poboczem, przemyka przez przydrożne chaszcze, nigdy daleko od drogi nie odbiegając, a jednak pozostając na tyle daleko od niej, by nadać wyprawie indywidualny charakter. Duża w tym zasługa grającej Krüger Monici Bleibtreu. Świetna i słusznie nagradzana kreacja.

Ocena: 7

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Zerophilia (2005)

Wszyscy wiemy, że za opowieściami o wilkołakach i wampirach kryją się wyparte impulsy seksualne. Po co więc pieprzyć po próżnicy, skoro można opowiedzieć co i jak bez owijania w bawełnę. Tak zapewne pomyśleli sobie twórcy "Zerophilii" i stworzyli historię chłopaka, który przemienia się w dziewczynę.


Pomysł z łatwością mógł się stać podstawą głupawej komedyjki, pełnej niewybrednych dowcipów. Za to, że udało się tego uniknąć, twórcom należą się brawa. Jednak ich wersja jest nieco zbyt uładzona. Powinni byli pokazać trochę więcej pazura. A tak wyszedł film sympatyczny, ale nienadzwyczajny. Zabawny, ale tylko do pewnego stopnia. Ogląda się to nieźle, ale w pamięci raczej nie zapisze się na stałe.

Ocena: 6

En tu ausencia (2008)

Lubię takie kino, kiedy twórcy opowiadają jedną historię w rzeczywistości opowiadając historię zupełnie inną. A kiedy dzieje się tak praktycznie bez budżetu, w bardzo amatorskich warunkach, wtedy rezultat imponuje jeszcze bardziej.


"En tu ausencia" zdaje się opowiada historię związku pomiędzy 13-letnim chłopakiem a przybyłym "z północy" tajemniczym mężczyzną. I rzeczywiście mężczyzna na swój sposób uwodzi chłopaka, lecz zupełnie inaczej, niż jest to sugerowane. To niedomówienie, wypełnione aluzjami i podejrzeniami buduje scenę, na której rozegra się tragedia.

Choć aktorsko film jest ledwie średni, to jednak pomysł i sposób opowiedzenia bardzo mi się spodobały.

Ocena: 7

sobota, 7 sierpnia 2010

Cirque du Freak: The Vampire's Assistant (2009)

OK, "Asystent wampira" nie jest arcydziełem. Nie jest nawet dobrym filmem rozrywkowym, lecz jest na tyle dobry, bym nie rozumiał, dlaczego nie trafił do naszych kin. W porównaniu z całą masą rzeczywistych gniotów, najnowszy obraz Paula Weitza trzyma całkiem przyzwoity poziom. A tak nie dowiem, się co było dalej (na te książki jestem już chyba nieco za stary).


Film imponuje interesującą obsadą. Niektórzy z nich pokazali się z zupełnie innej strony. Mnie najbardziej spodobał się Ray Stevenson w roli dość odmiennej od tych, w jakich go dotąd widziałem. Jednak filmowi po prostu brakuje "jaj". Jest nudny i co gorsza niewiele się w nim dzieje. Może lepiej byłoby, gdyby twórcy zdecydowali się zmieścić w jednym filmie dwa albo trzy tomy serii.

Ocena: 6

Tetro (2009)

O matko! Co się dzieje z Coppolą? Po przeciętnej "Miłości stulatka" spada jeszcze niżej w "Tetro". Gdyby ten film nakręcił jakiś pryszczaty nastolatek, który o życiu wie tyle, co się naczytał u romantyków, to bym mógł jakoś zrozumieć. Jednak Coppola od lat nastolatkiem już nie jest, filmowy chleb jadł z niejednego pieca, zatem nie rozumiem, jak mógł nakręcić tak psychologicznie naiwny film. Ter relacje, tajemnice, rodzinne więzi, wszystko jest tu tak egzaltowane, że trudne do strawienia.


Film broni się od strony wizualnej. Zdjęcia są chwilami naprawdę piękne. Jednak z każdego kadru wieje rozmysłem i wykoncypowaną pretensjonalnością, że nie sposób się tym cieszyć. Coppola jest za bardzo samoświadomy każdego podejmowanego przez siebie ruchu, przez co w filmie nie czuć naturalności. A – co Coppola, samozwańczy prorok niezależnego kina wiedzieć powinien – filmy niezależne, na poły amatorskie prawie zawsze bronią się nie technicznym kunsztem lecz właśnie surową, niczym nieskrępowaną pasją.

Plus dla debiutującego na dużym ekranie Aldena Ehrenreicha. To chyba dobra rzecz, jaka pozostanie po filmie.

Ocena: 5

Step Up 3D (2010)

No cóż, "Step Up 3D" to nic więcej jak taneczny pornos z ambicjami. A co jest najgorsze w pornosie? Oczywiście ambicje. Kogo obchodzi fabuła, kiedy i tak wszyscy liczą na akcję. Niestety zanim doczekamy się jakiejś akcji w tym filmie, trzeba wcześniej wymęczyć się słuchając patetycznych dialogów o marzeniach i naoglądać się ludzi, którzy więcej czasu spędzają wsmarowując w siebie samoopalacze niż trenując jakikolwiek taniec. Jeszcze gdyby w fabule był chociaż jeden pomysł, ale nie, wszystko zostało tu zerżnięte z innych filmów. Po "Glee" jednak twórcy muszą się postarać bardziej, jeśli chcą mnie zaciekawić tańcem i muzyką.


Same sceny tańca są dość fajne. Szczególnie spodobały mi się te w wodzie, sekwencja na ulicy i finałowe widowisko świetlne. Problem jednak w tym, że poza "tangiem" całość jest strasznie monotonna stylowo. W jedynce było przynajmniej zetknięcie tańca ulicy i tańca klasycznego. Tu jednak króluje tylko jeden styl. Dla mnie to za mało.


Niektórzy jednak świetnie w tym stylu się czują. Madd Chadd i jego "spadająca głowa" miodzio.


Trzeba jednak przyznać, że ścieżka dźwiękowa jest bardzo fajna. U mnie mają duży plus za włączenie Chromeo. To ostatnio jedna z moich ulubionych kapel.

Ocena: 4

Les amours imaginaires (2010)

Pedro Almodovar przekonywał nas, że nie liczy się związek, że ludzie nie kochają ludzi, a kochają czuć pożądanie, a przede wszystkim kochają cierpieć z powodu odrzucenia. Ileż to bohaterek i bohaterów Almodovara rozpływało się nad swoim bólem, czyniąc z tragedii spektakl. U Xaviera Dolana bohaterowie kochają pościg, rywalizację, obsesję związaną z wcześniejszą fazą zakochania. Walcząc o miłość walczą tak naprawdę między sobą o to, kto zdobędzie. Są jak łowcy na polowaniu, drapieżniki złaknione świeżej krwi (no w tym przypadku czegoś innego).


Francis i Marie są przyjaciółmi. Na pewnej imprezie ich uwagę zwraca Nicolas. Fakt ten do niczego by nie doprowadził, ale Nicolas zwrócił uwagę też na nich i tak się zaczęła zabawa. Kto się z nim spotka w kinie a kto w restauracji, kto usłysz "kocham cię", a kogo obejmie we śnie.

"Wyśnione miłości" byłby pewnie niczym więcej jak kinową wersją jednego z odcinków "Willa i Grace", gdyby nie fakt, że Dolan jest twórcą tak piekielnie wyczulonym na piękno. Fantastyczne zdjęcia i intrygująca ścieżka dźwiękowa sprawiają, że "Wyśnione miłości" to niebiańska audiowizualna uczta. Wystylizowane kadry, ciekawa gra światłem, wszystko to musi zachwycać. A piosenka Fever Ray "Keep the Streets Empty for Me" została ze mną długo po wyjściu z kina.


Film ma też ciekawą konstrukcję składając się z głównej opowieści i dwóch rodzajów antraktów. Niestety pod koniec obraz trochę traci tempo. Dolan jest jednak na tyle młody, że lepiej czuje się opowiadając o unoszeniu się na prądach obsesji, niż masochistycznie nurzać się bólu odrzucenia.

Ocena: 8

Die Buddenbrooks (2008)

Piękne kostiumowe widowisko, lecz tak puste, że aż echo się niesie. Aż żal tych wszystkich kostiumów, gry aktorów, bo też jest to przykład filmu zrealizowanego zupełnie bez pomyślunku.


Mimo kilku zmian "Buddenbrookowie" są dość wierną adaptacją książki Tomasza Mann. Tyle tylko, że jest to adaptacja bardzo powierzchowna. Widzimy więc bohaterów, widzimy ich losy, ale nic z tego nie wynika. Film nie skłania do rozmyślań o powinności, przypadku i procesach społecznych. A przecież materiał aż prosił się o jakąś interpretację, o próbę spojrzenia na powieść z jakiegoś konkretnego punktu. Niestety reżyser nie miał odwagi, by zamiast prostej adaptacji wykonać odczytanie dzieła Manna na nowo.

Ocena: 6

wtorek, 3 sierpnia 2010

Paintball (2009)

Niech ktoś zadzwoni po speców od kanalizacji. Szambo wybiło i zapaćkało cały ekran. Choć nie, smród rozmiękłego gówna byłby niczym fiołki w porównaniu z koniecznością zdzierżenia półtorej godziny "Paintaballu". Od czasu "Bezimiennych" żaden hiszpański film nie zrobił na mnie tak złego wrażenia. Nic, absolutnie nic go nie broni.


Całość składa się z mniejszych i większych bzdur, z których część to jawny przykład bezmyślności. Na przykład "łowca" używa wizjera, który podaje m.in. jego położenie geograficzne. Bardzo "interesujące" było oglądanie tego, jak zmieniają się współrzędne. Wystarczyło że odwrócił głowę, a już lądował 10 stopni na wschód lub zachód. Zaś szerokość geograficzna sugerowała, że całość rozgrywa się gdzieś pomiędzy Libią a Egiptem, jednak co innego widać na ekranie. Jeśli nawet pojawiał się jakiś fajny pomysł (głównie z zabijaniem) był on z miejsca psuty przez pokazywanie go w czarno-białej formie pseudonegatywu termowizjera.

Katastrofalnym błędem był też hiszpański dubbing (aktorzy mówili po angielsku). Wyszło z tego gadanie jak w tanich erotykach. Żenada.

Ocena: 1

Salt (2010)

Ten film całkiem spokojnie mógłby się nazywać "Incepcja 2". Niech nie zwiedzie was brak otoczki SF, w "Salt" dzieją się równie niewiarygodne rzeczy co u Nolana, a fabuła ma identycznie warstwową konstrukcję. Całość zaś toczy się wokół jednej osoby i jej życia emocjonalnego. Pierwszą warstwę stanowi Salt zwyczajna kobieta i żona, drugą jest Salt jako agent CIA, trzecią Salt jako uśpiona komórka, czwartą Salt jako... i tak dalej. A każda z nich zapętla fabułę, zakręca historię, która tak naprawdę jest bardzo prosta i dla wielu będzie to silne deja vu.


Powyżej napisałem, że film mógłby się nazywać "Incepcja 2", jednak mógłby też nosić inną nazwę – zważywszy na autora scenariusza chyba jeszcze bardziej adekwatną: "Equilibrium 2". Wimmer w "Salt" powraca do swojego ulubionego tematu "jeden przeciw wszystkim" (pamiętany także z jego "Prawa zemsty"). I w zasadzie "Salt" jest tym do "Incepcji" czym "Equlibrium" było dla "Matrixa" (choć tym razem walka jest bardziej wyrównana, wtedy już w przedbiegach wygrało "Equilibrium".

"Salt" jest fantastycznie zrealizowane. Twórcy zrezygnowali z tak modnego teraz ostrego montażu a la "Adrenalina" i teledyskowej natury scen akcji (jak to było na przykład w "Drużynie A". Zamiast tego postawili na stare, dobre kino akcji z lat 80. i 90. Rezultatem są świetne sceny walki, znakomite pościgi i fabuła pisana patykiem po wodzie. W tym wszystkim razi jedynie użycie retrospekcji, które za dużo wyjaśniają i wprowadzają zupełnie niepotrzebne sentymentalne tony.

"Salt" wygrało wszędzie tam, gdzie przegrało "Wanted".

Ocena: 8

PS. Fajnie było zobaczyć na ekranie Oleka Krupę, czyli Kosigina z "OZ".

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

The Brothers Bloom (2008)

Życie to niekończąca się seria przewałów, numerów i oszustw. To możliwość życia w iluzji, że jesteśmy kimś innym, niż jesteśmy w rzeczywistości, choć tak naprawdę jesteśmy dokładnie tacy, jakich udajemy. Czy są to setki umiejętności, jakie posiadamy, a których w "normalnych okolicznościach" byśmy nie mieli okazji wykorzystać, czy też szansa bycia pewnym siebie, choć wydaje nam się, że jesteśmy wstydliwi – nie ważne. Życie to opowieść, a kiedy opowieść zostaje przerwana, pojawia się śmierć.


"Bracia Bloom" to ciekawa przypowieść o braterskiej miłości i tym, jaką rolę w naszym życiu odgrywa kłamstwo. Film to uroczy, ale zdecydowanie nie aż tak przebojowy, jakby to chcieli nam wmówić twórcy. Mimo usilnych prób rozbawienia, jedyną naprawdę śmieszną sceną jest sekwencja "skoku" w Pradze od momentu niefartownej eksplozji na wieży. Z kolei końcówka robi mocne wrażenie z zupełnie innych powodów. Cała reszta sprawia wrażenie historii wymuszonej, wręcz wymęczonej. Z obsady na pochwałę zasługuje jedynie Rachel Weisz, która dobrze wyczuła konwencję. Podobała mi się też postać Bang Bang, ale po prawdzie każda Japonka mogłaby ją równie udanie zagrać co Kikuchi.

Ocena: 6

niedziela, 1 sierpnia 2010

Sanguepazzo (2008)

"Dzika krew" opowiada prawdziwą historię życia słynnej pary filmowej Luisy Feridy i Osvaldo Marozina. Byli gwiazdami kina w czasach faszystowskiej dyktatury we Włoszech. Pozostali po stronie władzy aż do końca. Zostali rozstrzelani przez ruch oporu na podstawie niejasnych poszlak.


Ferida i Marozin to niezwykle barwna i niejednoznaczna para. O ich związku, w który w filmie włącza się jeszcze reżyser Golfiero Goffredi, można byłoby nakręci porywający dramat psychologiczny. Niestety twórcy "Dzikiej krwi" traktują ich po macoszemu. Widzimy najważniejsze punkty ich biografii, ale bez zagłębiania się w ich motywacje. Autodestrukcyjna natura Osvaldo nigdy nie zostanie zbadana podobnie jak i fascynacja nim Feridy. Reżysera bardziej interesuje historia ostatnich 10 lat dyktatury Mussoliniego. Ta historia jest równie pobieżnie potraktowana, ale mimo wszystko wypada lepiej niż historia osobista. Film zdaje się dużo mówić nie tylko o Włoszech sprzed 70 lat ale i tych obecnych.

Ocena: 6

Eden Lake (2008)

"Eden Lake" to taka słabsza wersja "Zaraz wracam". Znów mamy bandę wyrostków, którym wydaje się, że mogą robić co chcą z kim chcą i "zwyczajnych ludzi", którzy stają się ich ofiarami. W obu przypadkach do nierównej walki stają kobiety. O ile jednak "Zaraz wracam" to rasowe kino akcji, o tyle "Eden Lake" jest czymś pomiędzy społecznym dramatem, a survival slasherem.


Twórcy ze wszystkich sił starają się nam zasugerować, że ich film to opowieść o tym, co się dzieje, kiedy dzieci zostają pozostawione same sobie i nikt ich nie wychowuje. Jednak dla mnie ciekawsze okazało się inne przesłanie (też mało odkrywcze). "Eden Lake" pokazuje co się dzieje, kiedy ucywilizowany człowiek wykracza poza swój świat. Taka osoba jest kompletnie nieprzystosowana do walki o przetrwanie i co ważne, w ogóle o przetrwaniu nie myśli. Główni bohaterowie przez długi czas w ogóle nie dostrzegają niebezpieczeństwa. Wydaje im się, że reguły życia w świecie, z którego pochodzą, obowiązują wszędzie, że cały świat jest równie ułagodzony i delikatny jak oni. Absurdalnie brzmią słowa Steve'a, który opowiada o planach wyprawy do Afryki w podróż poślubną. "Eden Lake" jest kolejnym filmem, który wyraźnie pokazuje, że zmiany cywilizacyjne postępują szybciej niż zmiany w naturze, przez co rodzi się coraz większa przepaść. Mimo to w ekstremalnych sytuacjach pancerz cywilizacji szybko się zdziera i pozostaje surowa i bezwzględna siła przetrwania. Problem w tym, że niećwiczona, szybko się wyczerpuje.

Po film sięgnąłem głównie za sprawą obsady. Niestety Michael Fassbender niczego specjalnego nie pokazał, podobnie jak fenomenalny w "This Is England" Thomas Turgoose. Jednak jego partner z tamtego filmu Jack O'Connell tu pokazał, że z całą pewnością jest młodym, obiecującym brytyjskim aktorem. Oglądałem z nim prawie wszystkie filmy i z całą pewnością będą bacznie obserwował rozwój jego kariery.

Ocena: 5