czwartek, 30 września 2010

Historia de un día (2009)

Jeden z najnudniejszych filmów, jakie ostatni widziałem. Na ekranie nie dzieje się kompletnie nic. Całość to zbieranina turystyczny widokówek pokazujących różne zdarzenia, jakie mogą się wydarzyć na wenezuelskiej prowincji.



Pozbawiony dialogów film miał zapewne być poetycka wizją. Tak przynajmniej sugeruje epitafium na końcu. Jednak mnie to kompletnie nie przekonało. Nie wystarczy zmontować scenki rodzajowe, by wmówić widzowi, że jest to sztuka naiwna, sztuka liryczna. Pierwszy lepszy turysta mógłby nakręcić coś podobnego, a oglądałoby się to lepiej, bo całość uzupełniona byłaby dygresjami i anegdotami samego autora.

Ocena: 2

Le jeu de la mort (2010)

Jako absolwent psychologii nie jestem pod wrażeniem tego filmu. Eksperyment odtworzony w tym dokumencie jest mi doskonale znany i to, co zobaczyłem na ekranie nie było dla mnie żadnym objawieniem. Ale jeśli ktoś nie zna koncepcji kryjącej się za tym eksperymentem, ten powinien film zobaczyć. Otwiera on bowiem oczy na ludzkie zachowania.


Jako film dokumentalny doceniam ogólny pomysł i sprawność w jego realizacji. Natomiast kompletnie nie zgadzam się z wnioskami zaprezentowanymi przez twórców. Twierdzą oni, że ich film pokazuje władzę jaką telewizja ma nad ludźmi. Moim zdaniem jest to kompletna bzdura. Aby to udowodnić twórcy powinni przeprowadzi swój eksperyment w dwóch różnych środowiskach i porównać wyniki. Wtedy dopiero można byłoby mówić coś o władzy telewizji. A tak pozostają jedynie te same co przed 40 laty wnioski. Tyle że opatrzone lepszą oprawą.

Ocena: 6

poniedziałek, 27 września 2010

虎厂 (2010)

To mógł być całkiem fajny film. Historia dziewczyny, która próbuje zarobić na wyjazd do Japonii i w tym celu robi wszystko, stając się nawet ludzkim inkubatorem, jest naprawdę intrygująca. Jednak autorzy filmu trochę przesadzili.


Film jest za surowy i to w negatywnym tego słowa znaczeniu. Minimalizm ma tu bardzo powierzchowny charakter i nie kryje się za nim żadna głębsza myśl. Przez to perypetie młodej bohaterki zamiast zaciekawić, budzą irytację, a cały film po prostu nudzi. "Fabryka tygrysów" to jedna z tych produkcji, na których żałowałem, że nie usnąłem, wtedy pewnie przyśniłoby mi się coś o wiele ciekawszego.

Ocena: 4

niedziela, 26 września 2010

Väärät juuret (2009)

Lubię fińskie kino obyczajowe. Kiedy biorą oni na tapetę relacje rodzinne, to wychodzi z tego przedziwnie satysfakcjonująca mieszanina tragedii i absurdu. I tak też jest w przypadku "Splątanych korzeni".



Niby jest to standardowa historyjka o rodzinie, która musi poradzić sobie z powolną degeneracją ojca. Co więcej jego obecność, jego choroba dla dzieci jest ciągłym przypomnieniem o ich własnej śmiertelności, ponieważ owo schorzenie jest dziedziczone. "Splątane korzenie" stają się zatem nie tylko historią rodzinną ale też przypowieścią o tym, jak zachowujemy się w obliczu nieuchronnego końca.

Pozytywne zaskoczenie.

Ocena: 7

Die Fremde (2010)

Mam mieszane uczucia co do tego filmu. Z jednej strony trudno odmówić mu rzemieślniczej solidności. Z drugiej jednak strony nie do końca przekonuje mnie główna postać i ogólne przesłanie.



"Obcy" od strony technicznej prezentuje się bardzo dobrze. Zarówno reżyseria jak i zdjęcia jest bez zarzutu. Sibel Kekilli w głównej roli jest po prostu świetna. Tyle tylko, że moim zdaniem trochę to wszystko się marnuje. Twórcy nie mają bowiem nic do powiedzenia w sprawie mordów honorowych. W filmie powtarzane są frazesy o reputacji ale wszystko to już w kinie było i to znacznie lepiej pokazane. Denerwowała mnie też główna bohaterka, która zachowywała się w sposób kompletnie nieodpowiedzialny i egoistyczny. Chciała żyć po swojemu, proszę bardzo, ale niech weźmie za swoje czyny odpowiedzialność. Sama nie potrafiła zacisnąć zębów  nagiąć się do woli innych, lecz od swej rodziny właśnie tego oczekuje, że zacisną zęby i nagną się do jej woli. To w sumie jest interesujący temat na film, a twórcy jakoś nie zauważają tej podwójnej moralności.

Mimo wszystko to wciąż jest dobry film. Po prostu mógł być znacznie lepszy.

Ocena: 7

sobota, 25 września 2010

Appelez-moi Salma (2009)

Nie rozumiem po co powstał ten film. Ekran zdominował(a) kretyn(ka). Jest to może postać barwna i z punktu kamery bardzo ciekawa do obserwowania, ale nie uwierzę, by była to postać reprezentatywna. A przecież film pozycjonuje siebie jako obraz naświetlający kastę pariasów.



W ten sposób z filmu niczego de facto się nie dowiedziałem. Nie licząc rzecz jasna tego, co działo się na drugim planie, co nie było tematem obrazu, ale znalazło się na ekranie jakby mimochodem. Te etnograficzne ciekawostki były interesujące, ale nie przysłonimy mi kompletnej pustki i bezużyteczności całego dokumentu.

Ocena: 3

Win/win (2010)

Sięgając po ten film nie miałem zielonego pojęcia, co mnie czeka. Byłem zatem całkowicie zaskoczony historią, której bliżej do klasycznej opowieści fantasy o zbyt ambitnym i niecierpliwym czarnoksiężniku niż do zwyczajnego filmu obyczajowego. Oczywiście w tym filmie nie ma magii, ale główny bohater to postać wcale przez to nie mniej niezwykła.



"Win/win" to opowieść o tym, że prawdziwa pasja nie może być ordynarnie wykorzystywana. Nie dość, że przez to straci swe piękno, to jeszcze może okazać się żywiołem, nad którym nie da się opanować. To tak, jakby ktoś kto kocha pływać w basenie, nagle postanowił sobie przepłynąć silny rwący potok. Spienione wody mogą mocno poturbować, a sukces może okazać się pigułką gorzką do przełknięcia.

Piękny film o tym, jak trudno być sobą.

Ocena: 8

czwartek, 23 września 2010

Wall Street: Money Never Sleeps (2010)

Jeszcze parę lat temu, kiedy w kablówce miałem całkiem sporo angielskojęzycznych kanałów, moim ulubionym było CNBC. Uwielbiałem śledzić te wirtualne zmagania, w których rzeczywistość nie miała nic wspólnego z tym co zobaczyć można było na wykresie cen akcji, kursach walut itp. Liczyłem, że Oliver Stone będzie w stanie uchwycić tę niesamowitą ulotność bogactwa. Niestety rozczarowałem się.


Drugi "Wall Street" dużo mówi, ale mało pokazuje. Cała intryga jest boleśnie jednowymiarowa, a chwyt z Internetem zakrawa na naiwność nielicującą z reżyserem, który niby rozpracowuje System. Niby Stone pokazuje nam mechanizmy, jakimi rządzi się nieustający transfer pieniędzy. A jednak brakuje w tym wszystkim życia. Gdyby nie postać Gekko, obraz byłby zupełnie mdły.

Film jednak nieźle sprawuje się pod względem aktorskim. Poziom winduje w górę Carey Mulligan, ale i Michael Douglas nieźle sobie radzi. LaBeouf nie zrobił nic, by przekonać do siebie liczne grono antyfanów, ale ponieważ do nich nie należę, dla mnie jego kreacja była całkiem OK.

Stone niestety nadal bez pazura.

Ocena: 6

środa, 22 września 2010

Je l'aimais (2009)

Miłość jest początkiem i końcem. Miłość jest śmiercią, ale też nadzieją na odrodzenie. Miłość nie zostawia miejsca na nic więcej, ale nie chroni przed prozą dnia codziennego i zgodą na kompromis. Oto przesłanie filmu "Kochałem ją".


Chloé właśnie została porzucona przez swojego męża, który ni z gruszki ni z pietruszki ogłosił, że poznał miłość swego życia, jest z nią od roku i nie chce już być z Chloé. Ta jest zdruzgotana sytuacją. Jej świekr zabiera ją i jej córki do chatki położonej w malowniczej dolinie. Tam przekonuje ją, że ma szczęście, że została porzucona przez męża. Mogło być gorzej, mógł od niej nie odejść, co zabiłoby ich wewnętrznie. A tak ma jeszcze nadzieję na życie i nowy związek. Przekonuje ją o tym, opowiadając swoją własną historię wielkiej miłości i tchórzostwa, które sprawiło, że nie postąpił jak syn, że pozostał z żoną, czego żałuje do dziś.

(Olivier Saint-Jours by Hassan Havier)

"Kochałem ją" powinno mnie zachwycić. Lubię takie historie. Podobało mi się to zacieranie granic pomiędzy poszczególnymi warstwami rzeczywistości. Podobała mi się też historia bohatera. A jednak coś mi tu nie gra. Nie potrafię do końca powiedzieć co, ale film nie wciągnął mnie totalnie. Był dla mnie bardziej doświadczeniem intelektualnym niż emocjonalnym. Wydaje mi się, że ma to coś wspólnego z Danielem Auteuilem. Lubię tego aktora, ale tu nie do końca mi pasował. W jego ustach deklaracje miłosne brzmiały jak coś, co można usłyszeć dzwoniąc na seks-linię.

Ocena: 7

niedziela, 19 września 2010

Voleurs de chevaux (2007)

Francuzi próbujący uchwycić słowiańską duszę w historii o braterskiej miłości i potrzebie zemsty. Brzmi to dość absurdalnie i rzeczywiście miałem obawy, czy aby jest możliwe, by film się udał. Na szczęście okazało się, że francuska wrażliwość, choć obca, nie jest aż tak obca, by zniszczyć historię. Rezultat ostateczny może daleko odbiega od ideału, ale wyszedł na tyle ciekawy, bym się nie nudził.


"Złodzieje koni" to przypowieść o dwóch para braci. Jedni i drudzy muszą walczyć o swoje, nikt im nie pomoże. W każdej z par jeden z braci jest agresywny, pewny siebie, drugi jest bardziej wrażliwy. Ci pierwsi są powodem bólu tych drugich, a jednak – a może właśnie dlatego – między braćmi istnieją niezwykle silne więzi. Gdy obie pary los zetknie ze sobą, tragedia będzie nie do uniknięcia. Jej rezultatem będzie śmierć.


Gdyby to nakręcili Słowianie (najlepiej z rejonu Bałkan) na pewno mógł powstać z tego mocny film łączący liryzm z brutalnością. W rękach Michy Walda wszystko zostało ułagodzone, pozbawione zadziorów i ostrych kantów. Bliżej jej jest do opowieści średniowiecznych trubadurów. Niewiele jest tu Kozaków, nawet kiedy są na ekranie. Jednak cała czwórka młodych aktorów grających braci odwaliła kawał dobrej roboty i dzięki nim całość mimo wszystko jest angażująca.

Ocena: 6

3 Needles (2005)

30 lat temu, kiedy AIDS eksplodowało zbierając śmiertelne żniwo, w kinie mieliśmy w zasadzie do czynienia tylko z jednym rodzajem historii o tej chorobie. To były historie umierających gejów. AIDS było wtedy rezultatem beztroski i naiwności. Po 30 latach choroba wciąż jest obecna, lecz jej źródło się zmieniło. Teraz źródłem epidemii jest desperacja.


Tytułowe igły to trzy opowieści o AIDS. Wszystkie je łączy trudna sytuacja finansowa bohaterów, gdzie pęd za zapewnieniem materialnego bezpieczeństwa sprawia, że na wszystko inne nie zwraca się uwagi. Tak jest w opowieści rozgrywającej się w Chinach, gdzie cała wioska zostanie zarażona wirusem HIV, kiedy zaczną oddawać krew skuszeni śmiesznie małą dla nas lecz niezwykle dużą dla nich kwotą pieniędzy. Tak też jest i w kanadyjskiej opowieści, gdzie matka zrobi wszystko, by zapewnić sobie i synowi godziwe życie, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie inaczej jest też w Afryce, której mieszkańcy są wyzyskiwani i całkowicie ignorowani. Dla zdobycia pieniędzy gotowi są na każdy przekręt, nawet na sprzedaż skażonych igieł jako nowe (oczywiście bez ich sterylizacji). A biali kompletnie to ignorują, licząc tylko zyski z wyzyski czarnych autochtonów.

"3 Needles" jako film niczym specjalnym się nie wyróżnia. Aktorsko jest bardzo solidny, lecz emocjonalnie i intelektualnie mało angażuje nie mówiąc nic nowego.

Ocena: 6

Il più bel giorno della mia vita (2002)

Gorzko-słodka przypowieść o tym, w jaki utrudniamy sobie życie, czy to przez nieświadomość własnych pragnień, czy to właśnie przez ich pełną świadomość. Bohaterami filmu są matka i trójka jej dorosłych dzieci. Wszyscy oni niby funkcjonują w porządku, lecz każde z nich żyje w ciągłym strachu, tęskniąc za czymś, co jest na wyciągnięcie ręki, lecz o co boją się poprosić.


Rita jest mężatką z dwójką dzieci. Swojego męża szanuje za inteligencję i czuje się z nim związana przez wspólną przeszłość. U podstaw ich związku leży jednak poczucie winy, co nie jest najlepszym podłożem dla związku. Namiętność wyparowała z jej życia już dawno, ale przez lata udawała. Teraz w jej życiu pojawił się inny mężczyzna, lecz Rita boi się pójść za głosem ciała i duszy.

Sara samotnie wychowuje syna. Choć od śmierci męża minęły lata, on z nikim nie potrafi się związać. Faceta bierze sobie na noc, kiedy potrzeby ciała nie dają jej już spokoju. Za bardzo jednak boi się straty, ponownego zranienia, by kogokolwiek dopuścić do siebie. Jej syn żyje w podobnym więzieniu, lecz matkę rozumie lepiej, niż swoje własne pragnienia.

I Claudio, najmłodszy z dzieci. Pragnie normalnego związku, lecz jako gej wydaje mu się, że nie może tego mieć. Choć w jego życiu jest mężczyzna i choć jego siostry o nim wiedzą, boi się z nim być, boi się przedstawić go matce.

A matka? Publicznie żyje wspomnieniami swego wspaniałego życia. Prywatnie z goryczą ogląda filmy pornograficzne. Kiedy zostanie przyłapane przez córkę, ze smutkiem opowie o swym życiu seksualnym z mężem: Nie wiedziałam, że kobieta może coś czuć.

Smutny i piękny jest to film. Cristina Comencini bardzo delikatnie opowiada o dojrzewaniu do byciu sobą. Potrafi przekazać zarówno lęk przed zmianą, jak i smutek, który jej towarzyszy. Bo jeśli nawet zmiany wyjdą bohaterom na lepsze, to zarazem rzeczy już nigdy nie będą takie jak przedtem. Ten duch sentymentalnego poczucia końca unosi się nad całą opowieścią. Prawda wyzwala, lecz nie bez bólu.

Ocena: 8

piątek, 17 września 2010

Segundo asalto (2005)

W Polsce narzekamy na kiepskie tytuły zagranicznych filmów, lecz wcale nie jesteśmy wyjątkiem. Amerykański tytuł filmu brzmi "The Good Boy", co kompletnie przeinacza sens obrazu. W rzeczywistości jest to bowiem opowieść o drugich szansach, drugich rundach.


Historia młodego Ángela, który z boksera stać się może bankowym rabusiem, to przewrotna opowieść o nieobecnych rodzicach i szansach na lepsze jutro. Kiedy w życiu chłopaka pojawia się Vidal, Ángel nie ma pojęcia, kim on jest. Wie tylko, że oferuje mu szybkie pieniądze i tanią scholastykę. Widzowie poznają prawdę, lecz Ángel dowie się o tym już po zakończeniu filmu. To też jest nietypowe. Reżyser Daniel Cebrián uchwycił historię w pół kroku. Już nie na początku, ale jeszcze nie na końcu. W trakcie opowieści daje nam przebłyski tego co było i będzie. I to w zupełności wystarczy.

Cebrián nie ustrzegł się błędów. Dialogi są trochę zbyt telenowelowe, ale nie ogląda się tego źle.

Ocena: 6

środa, 15 września 2010

Micmacs à tire-larigot (2009)

W tym filmie powinienem był się zakochać. Są w nim wszystkie elementy, które kocham: ekscentryczni bohaterowie, skomplikowane intrygi, oryginalność, pomysłowość i absurdalny humor. I niektóre sceny naprawdę uważam za rewelacyjne: scena z psem na lotnisku, z ochroniarzem obserwującym kochającą się parę, finałowa zemsta.


A jednak czegoś w tym filmie brakuje. Może narratora, który obecny był we wcześniejszych filmach Jeuneta? A może czarnego humoru. Wszystko jest takie jakieś przyciężkie, niby zabawne, a jednak nie rozśmieszające. Oryginalność też jest tu wtórna. Do "Delicatessen" bardzo odbiega, oj bardzo.

Ocena: 7

wtorek, 14 września 2010

Going the Distance (2010)

Drew Barrymore i Justin Long raz jeszcze w opowieści o tym, jak ciężko jest kochać we współczesnym świecie, Poprzednio Barrymore narzekała na Internet i komórki, teraz przeszkadza jej odległość. Za to Long za to stracił urok cynika, nie otrzymując nic w zamian. Razem jednak na ekranie sprawują się bardzo dobrze. Łatwo można uwierzyć w to, że są parą.


Niestety biedny Long nie został komediowo wykorzystany. Jeszcze początek z jego udziałem jest zabawny, a scena na stole to zdecydowanie najlepsza scena całego filmu. Reszta jednak poniżej oczekiwań. Żywiołowa Drew Barrymore za to jest silnym punktem. Poza sceną stołową przypadła mi też scena w barze, kiedy łączy negatywne skutki anabolików z kinem Michaela Baya. Sudeikis i Day też byli zabawni, na swój sposób.

Film na jeden raz, ale nie będzie to raz zmarnowany.

Ocena: 6

niedziela, 12 września 2010

Planet 51 (2009)

Ach te lata 50.! To były czasy! Te polowania na komuchów. Leczenie gejów elektrowstrząsami. Na Afroamerykanów mówiło się czarnuch i nikomu nie śniło się, by mogli brać udział w wyborach, a co dopiero je wygrać. A kobiety zamiast robić karierę, ładnie wyglądały przy kuchennym stole bądź przydomowym ogródku. Jeśli takim właśnie sentymentem darzycie tamte czasy, to "Planeta 51" jest właśnie dla was.


Ta animacja to takie "Pleasentville" tyle że pozbawione gorzkiej refleksji. Wszystko jest tu takie cudownie słodziuchne, że nawet polujący na amerykańskiego kosmitę żołnierze i szaleni profesorowie nie wyglądają na naprawdę szkodliwych. Oczywiście to bajka, ale ja chyba już wolę "Disco robaczki" rozbudzające u dzieci miłość do Bee Gees i Village People niż "Planetę 51". Jednak to ten drugi ma (niestety) bardziej spójną fabułę i lepsze dowcipy.

Jedyna rzecz, jak w tej animacji naprawdę mi się spodobała, to nawiązania do filmów SF klasy B i C oraz do całej historii kina, nie tylko tego gatunkowego. Całość ogląda się sympatycznie i gdyby nie ta wątpliwa etycznie indoktrynacja, byłoby całkiem nieźle.

Ocena: 6

El rey de la montaña (2007)

Nie rozumiem polskich dystrybutorów. Wprowadzają do kin takie gnioty jak "Paintball", a tymczasem "El rey de la montaña", poruszający przecież podobną tematykę zostaje kompletnie zignorowany. Nie jest to może szczyt marzeń, ale w porównaniu z "Paintballem" to film rewelacyjny.


Quim jedzie sobie drogą wijącą się po zalesionym pogórzu. Nagle jego samochód zostaje trafiony. Zaraz potem ktoś strzela do niego raniąc go w nogę. Zaczyna się dramatyczna walka o przetrwanie. Strzelających jest kilku, tyle tylko o nich wiemy. Strzelają dobrze i nie tylko do Quima, o czym przekona się pewna kobieta oraz dwóch policjantów.

Przez pierwszą godzinę Gonzalo López-Gallego skupia uwagę na ofiarach. Tworzy całkiem intrygującą opowieść o bohaterach, którzy są niczym łowna zwierzyna. Przy pomocy prostych chwytów tworzy atmosferę zagrożenia, w którą łatwo uwierzyć, podobnie w bezradność postaci. Zarzucić można jedynie to, jak łatwo bohaterowie ignorują ból po postrzałach i z jaką sprawnością biegają czy wspinają się na drzewa.

Ostatnie pół godziny to całkowita zmiana stylu i narracji. Teraz poznajemy łowców, którzy okazują się kimś zupełnie innym, niż można się było spodziewać. Choć niestety z drugiej strony ich motywacja jest dość prosta i przewidywalna. Tu spodobały mi się zdjęcia przechodzące w tryb strzelankowy. Jednak trochę żałuję, że reżyser zdecydował się na ujawnienie tożsamości zabójców. Z filmu uleciało w tym momencie całe napięcie.

Ocena: 6

The Edge of Love (2008)

Oto opowieść o dorastaniu do miłości. W naszej kulturze podstawowy wzorzec miłości wygląda mniej więcej tak: pierwsze spojrzenie rodzi gorące uczucie, z którym nic nie może się równać. Na szczęście są twórcy, którzy próbują pokazać nam, że miłość jest bardziej skomplikowana i ma znacznie więcej twarzy.


Początkowo wszystko rozgrywa się zgodnie ze znanym schematem. Vera jest uroczą szansonistką zabawiającą Londyńczyków podczas nalotów. Przykuwa uwagę wielu mężczyzn, w tym Williama. Ten przekonany o swym wielkim uczuciu do niej, postanawia ją zdobyć i się z nią ożenić. Nie jest to proste, bowiem Vera wciąż zakochana jest w swoim pierwszym chłopaku Dylanie, teraz słynnym walijskim (i żonatym) poecie. Pośród spadających bomb, świadomi tego, że mogą w każdej chwili zginąć (William wkrótce wyrusza na front), w końcu pobierają się, ale miłość ich łącząca jest mocno niedoskonała. Rozłąka wojenna, koszmar walk na froncie, kuszący poeta po sąsiedzku odcisną na Verze i Williamie swe piętno. Kiedy w końcu znów się zobaczą, są prawie jak obcy sobie ludzie. Związek mógł się w tym momencie bardzo łatwo rozpaść, a jednak wtedy właśnie do głosu dochodzi miłość, dojrzała i stateczna, silna pewnością tego, czym jest i co może dać. Gdzieś ginie romantyczna i głupia miłość podlotków. W bólu rodzi się nowa jakość.

Niestety najnowszy film Johna Maybury'ego pozostawia spory niedosyt. Choć widać, że się stara, coś mu umknęło, przez co całość jest sucha, pozbawiona głębi ludzkiego dramatu. Widać to szczególnie w relacji Vera z żoną Dylana Caitlin. Keira Knightley jednak może czuć się zadowolona. Maybury uczynił z niej prawdziwą piękność. Po raz kolejny okazało się, że Knightley czuje się jak ryba w wodzie w dramatach historycznych.

Ocena: 6

piątek, 10 września 2010

StreetDance 3D (2010)

Po "Step Up" w 3D przyszła pora na "StreetDance 3D". I muszę powiedzieć, że wersja brytyjska robi lepsze wrażenie i nie jest to tylko kwestia akcentu (choć nie przeczę, brytyjski brzmi po prostu lepiej).


Film bije na głowę amerykański film pod względem fabuły. Oczywiście historia nie jest nazbyt skomplikowana i każdy, kto widział choćby jeden podobny do "StreetDance 3D" film, ten bez oglądania może opowiedzieć to, co się wydarzy. Chodzi tu raczej o to, że historia została lepiej podana i sprzedana. Bohaterowie są wiarygodni, ich wzajemne relacje nie trącą sztucznością. Zaskakują też młodzi aktorzy, z których część nigdy wcześniej nie miała do czynienia z ekipą filmową. Całość trzyma się kupy i naprawdę chce się to oglądać.

Film nieźle sprawdza się też pod względem muzyczny. Choć w porównaniu ze "Step Up 3" o zwycięstwie nie może być mowy. Powiedzmy, że jest remis.


"Step Up 3" miało zdecydowanie bardziej widowiskowe układy. Jednak były one mocno podrasowane na potrzeby dużego ekranu. To, co ekipa "StreetDance" traciła na widowiskowości nadrabiała naturalnością. W przeciwieństwie do Amerykanów tu miałem wrażenie, że wszystko, co widzę na ekranie, mógłbym też zobaczyć w naturze, na żywo.

Film przegrywa jedynie jeśli chodzi o 3D, które jest kompletnie niepotrzebne. O efektach 3D nie ma co mówić, jest ich niewiele i nie są jakoś powalające. Całość można było spokojnie pokazać w 2D i nic nie straciłoby ze swej atrakcyjności.

Ocena: 6

czwartek, 9 września 2010

Vincere (2009)

Ida Dalser popełniła w swym życiu jeden błąd – błąd, którego konsekwencją były kolejne błędy i tragiczny koniec. Otóż wybrała sobie mężczyznę, zamiast pozwolić, by to mężczyzna wybrał ją. Co gorsza, nie wybrała sobie pierwszego lepszego faceta, lecz mężczyznę zżeranego ogniem ambicji, pragnienia bycia lepszym, szukającym własnego wyniesienia ponad innych. Ktoś taki nie będzie tolerował przy sobie osoby mogącej zagrozić jego samoocenie, a kobieta, która wybiera sobie mężczyznę należy do jednej z dwóch klas: albo jest puszczalską zdzirą (a taką to można przelecieć, ale nie wiązać się) albo kobietą silną i niezależną, równą mężczyźnie (a taką można przelecieć-zdobyć, ale skoro nie da się jej poskromić, to nie ma się co z nią wiązać).


Ida popełniła następnie kolejny błąd: sprzedała wszystko, a pieniądze oddała ukochanemu, by mógł zacząć ziszczać swe marzenie. Nie zdawała sobie sprawę z tego, że w ten sposób odbierała mu marzenie. Zamiast bowiem sam zbudować swą potęgę, budował ją na fundamentach przez nią postawionych. Benito pieniądze przyjął, lecz tym samym przypieczętował ich los. Będzie z Idą, dopóki będzie mu to na rękę. Stopniowo jednak zacznie się od niej odsuwać, znalazłszy sobie kobietę bardziej odpowiednią do stania u boku Wielkiego Człowieka.

To  złamało Idę, cisnęło ją w odmęty obsesji. I tak popełniła swój ostatni błąd: spróbowała wymusić na ukochanym związek. Gdyby ten na to przystał, ujawniłby swoją słabość. Nie miał zatem wyboru. Skoro chciał być Duce, pierwszym od 15 stuleci imperatorem Rzymu, tedy musiał usunąć Idę ze sceny publicznej. Zamknął ją w szpitalu psychiatrycznym, gdzie pozostała do swej śmierci.

Jej los może wydawać się niezwykły, lecz w rzeczywistości jest to historia powtarzająca się nader często. Tyle tylko, że wcześniej zamiast szpitali psychiatrycznych do tego celu wykorzystywano więzienne lochy bądź też surowe cele klasztorów.

Kino włoskie przeżywa ostatnio rozkwit, a to za sprawą nurtu, który na swój własny użytek nazywam audiowizualnym impresjonizmem. "Zwycięzca" to kolejny znakomity przykład tego nurtu. Jak inne filmy, charakteryzuje się on rezygnacją z fabuły faktograficznej na rzecz fabuły emocjonalnej. Zamiast mówić o wydarzeniach, mówi o przeżyciach. Konsekwencją tego jest bardzo bogata, wręcz kolażowa konstrukcja filmu. W zdjęcia głównej nici fabularne wszyte zostały krótkie wstawki zdjęciowe zupełnie innego rodzaju dodatkowo wzbogacone muzyka klasyczną bądź operową.

Filmowi brakuje może świeżości, nadrabia to jednak z nawiązką kreacjami aktorskimi. Na szczególne pochwały zasługuje Giovanna Mezzogiorno, która w roli Idy jest bezbłędna. To w dużej mierze dzięki niej ten film tak bardzo mi się spodobał.

Ocena: 8

środa, 8 września 2010

Kawasakiho růže (2009)

I po raz kolejny przekonałem się, że PISF i wszystkie polskie szkoły filmowe powinny zostać zamknięte. Instytucje te hodują miernoty i przeciętniaków. Jeśli chcemy mieć artystów, powinniśmy wysyłać ich na nauki do naszych południowych sąsiadów. My mamy "Rysę", ale to Hřebejk "Czeskim błędem" przytarł nam nosa i pokazał, jak rozliczać się z komunistyczną przeszłością.


Szczerze mówiąc, nie wszystko w filmie mi się podobało. Wątek buddyjski i ten wstęp o konieczności przebaczenia wydał mi się bardzo łopatologiczny. Tym, czym film mnie do siebie przekonał, czym podbił moje serce, jest konstrukcja bohaterów. To postaci wielowymiarowe, niejednoznaczne. Każda z osób to zarazem drań jak i postać szlachetna, wrażliwiec i egocentryk. Podobnie ich czyny nie sposób ocenić na wymiarze dobra i zły. Ot taki Borek. Łatwo uznać go za pokrzywdzonego, zdradzonego. Ale przecież był pijakiem, namawiał do aborcji. A Pavel? Całe życie poświęcił na pokutowaniu grzechu zdrady, ale pewnie dziś postąpiłby tak samo, w końcu gra toczyła się o miłość i życie. W tym wszystkim zero jest histerycznych póz, od których roiło się w "Rysie".

Kiedy w Polsce zacznie się robić takie kino???

Ocena: 8

Ps. Polski tytuł to jakiś absurd.

Eat Pray Love (2010)

Nie dziwi mnie fakt, że na IMDb film ten ma dość niskie noty. Są one w pełni zasłużone, jeśli podstawowym kryterium przy ocenie jest przewodnia myśl. Ta w "Jedz, módl się, kochaj" jest bardzo naiwna i naprawdę trudno uwierzyć, by była rezultatem rzeczywistych wydarzeń. Toż to zwyczajny psychologiczny poradnik jakich miliony wypluwane są na rynek. Różnica polega jedynie na tym, że tu są bardziej egzotyczne scenerie.


Trudno też uznać historię za wiarygodną, kiedy konstrukcja każdej z trzech opowieści jest niemal identyczna: nowe miejsce, przypadkowo spotkana kobieta staje się przyjaciółką, z kobietą tą związany jest mężczyzna. Kobieta pozwala bohaterce poradzić sobie ze swymi kobiecymi problemami, mężczyzna umożliwia przepracowanie problemów z dotychczasowymi partnerami. Nieprawdopodobne wydaje się także to, że w filmie nie ma ani jednej negatywnej osoby. Wszędzie spotykają bohaterkę życzliwość, otwartość i wsparcie. Piękna bajka, ale dla przeciętnego odbiorcy jest to tylko i wyłącznie metaforyczna przypowieść o wewnętrznej podróży ku harmonii.

A jednak, pomimo tych ewidentnych wad "Jedz, módl się, kochaj" oceniam pozytywnie. Spodobał mi się sposób narracji, to jak Ryan Murphy prowadzi swoich bohaterów, to ciepło i delikatna emocjonalność. Scena w barze, gdy Robert spotyka Franco – piękna. Cała włoska sekwencja – świetna. Podobała mi się Julia Roberts w głównej roli, jaki i obsada drugoplanowa. Jenkins jak zwykle dał popis mistrzowski, znakomicie zaprezentował się Crudup. Tylko płaczący Bardem wydał mi się trochę dziwny.

A skoro już o aktorach mowa, to wydało mi się intrygujące, że reżyser na partnerów Roberts wybrał aktorów mających na koncie rolę gejów żyjących naprawdę: Crudup był Edwardem Kynastonem w "Stage Beauty", James Franco był Scottem Smithem w "Milk", a Javier Bardem Reinaldo Arenasem w "Before Night Falls". Pozostali dwaj ważni aktorzy również mają na swoim koncie gejowskie role: Luca Argentero ostatnio w "Diverso da chi?", Richard Jenkins przed laty jako chłopak Josha Brolina we "Flirting with Disaster". Ciekawe, czy to przypadek, czy też Ryan Murphy, który sam jest gejem, świadomie wykorzystał to kryterium.

Aaa, i zapomniałbym o Violi Davis. Jej rólka nie jest może jakaś wybijająca, ale cieszy mnie fakt, że jest to inna rola. Po "Prawie zemsty" czy "Wybuchowej parze" obawiałem się, że została już zaszufladkowana.

Ocena: 7

Resident Evil: Afterlife (2010)

Nie jestem wielkim fanem Paula W.S. Andersona. Pierwszy "Resident Evil" nie był może tak zły jak się tego obawiałem, a "Ukryty wymiar" po latach wspominam całkiem nieźle, jednak w ostatnich latach Anderson nie przekracza granic przeciętności. Dlatego też na "Resident Evil: Afterlife" wybierałem się pełen najgorszych obaw.


Częściowo moje obawy potwierdziły się. Filmowi brakuje fabuły, bohaterów i ogólnie sensu. Na szczęście nadrabia to fajnymi i zabawnymi sekwencjami akcji i dużą dawką autoironii. Film ogląda się bardziej jak horrorową komedię akcji w stylu "Wysypu żywych trupów" niż pełnokrwisty horror postapokaliptyczny o zombie. I może to i lepiej. W końcu temat jest już tak rozwałkowany, że chyba najlepiej byłoby, gdyby pozwolono mu chwilę odleżeć w spokoju.

Ocena: 5

wtorek, 7 września 2010

Na putu (2010)

Spore rozczarowanie. Jasmila Žbanić nakręciła film maksymalnie jednowymiarowy, w którym liczy się tylko jeden aspekt historii, a cała reszta to nic nieznaczące tło zbudowane z najprostszych konstrukcji.


"Jej droga" to historia stewardessy Luny będącej w nieformalnym związku z kontrolerem lotów Amarem. Kocha go całym sercem, on kocha ją. Ten szczęśliwy obrazek psują tylko dwie rzeczy: alkoholizm Amara i problemy z zajściem w ciążę. Pewnego dnia Amar spotyka towarzysza broni z czasów wojny. Bahrija bardzo się zmienił. Stał się wahhabitą (członkiem konserwatywnej sekty sunnickiej kojarzonej na Zachodzie z islamskim terroryzmem). Po pierwszym spotkaniu, doszło do następnego, potem kolejnego i stopniowo Amar zaczął powracać do korzeni swej wiary i tożsamości. Tę przemianę ze zdumieniem, niezrozumieniem i przerażeniem obserwuje Luna. I to właśnie ten aspekt – reakcji kobiety (muzułmanki) na rosnący fundamentalizm ukochanego – zainteresował reżyserkę. Bada ona konflikt miłości i wiary, walkę o kompromis i zachowanie swojego Ja.

Niestety ta wybiórczość źle wpływa na cały film. Amar nie jest żywym człowiekiem, a postacią wyciętą z papieru według dziecięcego szablonu. Cóż może być bowiem bardziej banalnego jak alkoholik zastępujący jedno uzależnienie innym, czy żar prawowierności neofity? Reżyserka nie wysiliła się też przy scenie spotkania Amara z Bahrijem. A już wątek z ciążowymi problemami i oczywiste jego zwieńczenie, to pójście po najmniejszej linii oporu. Žbanić również swoją główną bohaterkę traktuje po macoszemu. Pozostawia bez refleksji paradoks sytuacji, w której znalazła się Luna, która mówiąc do Amara "Wróć do mnie" przyznaje, że wolałaby, aby ten zapijał się na śmierć niż wiódł życie przykładnego muzułmanina. W jej filmie liczy się tylko konflikt wiary i to konflikt rozumiany bardzo "po zachodniemu".


A przecież Žbanić nie jest złą reżyserką. W filmie jest wiele scen, dzięki którym udowadnia, że przy pomocy prostych zabiegów potrafi przekazać skomplikowane i niejednoznaczne emocje/myśli. Jak choćby w świetnym ujęciu blokowiska z minaretem meczetu w tle (choć to akurat jest nieco popsute przez powtórzenie ujęcia), w scenie z dziewczynką w domu rodzinnym Luny, czy nawet przez sam sposób ujawnienia wiary bohaterów. Jednak to właśnie te sceny najbardziej przyczyniają się do posmaku rozczarowania, jaki mi pozostał po seansie. Podkreślają one bowiem brak finezji w konstrukcji całości, pokazując jednocześnie, że reżyserka odpowiednie umiejętności posiada.

Ocena: 5

niedziela, 5 września 2010

Bunny and the Bull (2009)

Kiedy ogląda się klipy z filmu takie jak ten:


można pomyśleć, że mamy do czynienia z niezwykle absurdalnym i zabawnym filmem. Tak jednak nie jest, no w każdym razie nie do końca. "Bunny and the Bull" to bowiem bardzo mroczny film próbujący odsłonić tajniki zbolałego umysłu. Owszem, jest tu dużo absurdu, jest też i humor, ale całość zdecydowanie nie ma lekkiego i przyjemnego kształtu typowej komedii dla mas.


Film Paula Kinga to kolejny przykład na dzieło bardzo hermetyczne Podobnie jak "Gentlemen Broncos" czy "44 Inch Chest" nie jest przeznaczony dla każdego. Mnie jednak spodobała się atmosfera filmu, którą w dużej mierze udało się uzyskać dzięki animacji poklatkowej przywodzącej na myśl teledyski Björk czy Smashing Punpkins.

"Bunny and the Bull" ma też bardzo zabawny warszawski akcent. Szkoda tylko, że takie muzeum w rzeczywistości u nas nie istnieje.

Ocena: 8

Towelhead (2007)

Ach ten Alan Ball. Wiem, że  siedzi w telewizji robiąc kolejne seriale dla HBO, ale moim zdaniem się marnuje. Jego kinowy reżyserski debiut – "Towelhead" – jest najlepszym dowodem na to, że Ball jest znakomitym twórcą, choć nieco staroświeckim.


"Towelhead" to mocne kino, wielowątkowe ze świetnie zarysowanymi, niejednoznacznymi postaciami. Za sprawą głównej bohaterki poznajemy świat młodzieńczych rozterek i dramatów, mieszanych etnicznie rodzin oraz rasizmu.

Jasira ma 13 lat i jest zarazem niezwykle rezolutna i kompletnie niewinna. To efekt przedziwnego wychowania. Większość dzieciństwa spędziła z matką, która córkę zauważała tylko wtedy, kiedy stanowiła dla niej zagrożenie albo kiedy była samotna. Z kolei ojciec jest albo nieobecny, zajęty swoją nową dziewczyną, albo nadmiernie surowy, przypominając sobie o zwyczajach z odległego Libanu. W takich warunkach dorastająca Jasira, która dojrzewa wcześniej niż jej koledzy i koleżanki, musi radzić sobie z szykanami, swoją własną budzącą się seksualnością oraz mężczyznami, którzy padają pod urokiem jej urody.

Ball za autorką książki, na podstawie której film został nakręcony, pokazuje, jak niewielka jest granica między tym co dobre, a tym co naganne, a ludzie uważani za porządnych mogą łatwo stać się draniami. Jak choćby sąsiad Jasiry, który ją zgwałci, choć słowo to nie wyjaśnia, jak bardzo skomplikowana była ich wzajemna relacja. Całość sprawia wrażenie perskiego dywanu utkanego ze splatających się nici, które giną w skomplikowanym wzorze. Ball miał też nosa do obsady. Summer Bishil w roli Jasiry jest fenomenalna. Aaron Eckhart dołącza do grona aktorów, którzy nie bali się artystycznego wyzwania i stworzył daleką od jednoznacznej negatywności postać pedofila. Wspaniała była także Maria Bello w epizodzie toksycznej matki-egocentryczki i Peter Macdissi w roli ojca Jasiry.

"Towelhead" to połączenie dramatu i komedii, z dużą dawką inteligentnych obserwacji na temat amerykańskiego społeczeństwa (a może nawet społeczeństwa w ogóle).

Ocena: 10

czwartek, 2 września 2010

Milczenie jest złotem (2010)

Co za żenujący film. Potwierdza tylko wszystkie złe rzeczy, jakie mówi się o polskich komediach romantycznych. Jest ordynarna, pozbawiona polotu i inteligencji. Jednak najgorsi są główni bohaterowie. Inge i Piotr sprawiają wrażenie osób, którym jak się rodzili lekarze za mocno kleszczami ścisnęli główki. Ona chwilami zachowuje się jak spastykujący niedorozwój, on jak pacjent po lobotomii. Reszta postaci jest tak karykaturalnie zła, że aż nieśmieszna.


Nie podoba też mi się cała miłosna intryga. Ponieważ niektórzy mogą uznać bohatera za przystojnego, jego akcja z nagłym pocałunkiem sprzedawana jest nam jako czysty romantyzm. Ale wystarczy podstawić za niego kogoś innego, mniej przystojnego, by zamiast uroczego romantyka dostać odrażającego typa, seksualnie wycofanego, ze skłonnością do gwałtów.

Moją uwagę przykuwał jedynie Jan Wieczorkowski. To jego kurczowe trzymanie się wizerunku młodego chłopaka jest na swój chorobliwy sposób niezwykle fascynujące. To jak obserwowanie sceny z "Total Recall" gdy ze zmianą grubas a w Arnolda. Chwilami rzeczywiście widać jeszcze chłopięcy cień, miejscami jednak na ekranie w pełnej krasie ujawnia się facet w średnim wieku. W większości scen jest on tak filmowany, że wygląda jakby został uchwycony w fazie przejściowej metamorfozy.

Ocena: 2

środa, 1 września 2010

Après lui (2007)

Dwóch młodych chłopaków. Wygłupiają się, przebierają w sukienki. Szykują się na wieczór kawalerski. Pomaga im matka jednego z nich. Jeszcze nie wie, że nakładając im makijaż, jednego z nich widzi po raz ostatni. To jej syn. Parę godzin później za sprawą telefonu z policji dowie się, że zginął w wypadku samochodowym. Prowadził ten drugi – Franck – przyjaciel, który z wypadku wyszedł bez szwanku.


Naturalna w takim przypadku wydaje się złość na tego, który przeżył za to, że żyje, za to, że zabił. Tak reagują na widok Francka niektórzy znajomi, siostra i ojciec zabitego. Ale nie matka. Ta wręcz odwrotnie. Obsesyjnie czepia się Francka, który staje się substytutem zmarłego syna. Dzięki niemu jest choć trochę samotna. Lecz ta dziwaczna więź źle przyjmowana jest początkowo i przez Francka, a przez cały czas przez resztę otoczenia. Jednak dla kogoś, kto kurczowo trzyma się skrawków istnienia kogoś, kogo już nie ma, nawet przedziwna, niezrozumiała relacja jest lepsza od pustki po nim.

Byłem bardzo ciekawy "Après lui". Gaël Morel ma bowiem bardzo specyficzne podejście, niemal całkowicie skoncentrowane na mężczyznach, którzy są dla niego fetyszem i obsesją. Chciałem zatem zobaczyć jak poradzi sobie z rolą kobiecą. Okazało się, że dość sprytnie wplótł Catherine Deneuve w swój styl, która stała się jakby alter ego Morela. Dzięki niej Morel dystansuje się od swoich bohaterów nie rezygnując jednak ze swych obsesji. Teraz to ona podąża za Franckiem, śledzi go, przygląda mu się, dotyka. Jest buforem Morela ale i jego substytutem. Czy to oznacza, że Morel jest świadomy konstruktu, jak powtarza w swoich filmach? A może właśnie jest to mechanizm obronny? Na to pytanie "Après lui" nie daje odpowiedzi.

Mimo ciekawej postaci matki i dobrej gry aktorskiej, w "Après lui" czegoś brakuje. Podobnie jak w poprzednich jego filmach, coś Morelowi umyka, czegoś nie potrafi uchwycić na taśmie. Ten efemeryczny element jest niezbędny w budowaniu atmosfery. Z tego też powodu, choć film sprawia ciekawe wrażenie, pozostawia po sobie niedosyt.

Ocena: 6