piątek, 29 października 2010

Plein sud (2009)

Biedny Sébastien Lifshitz. Musiał w przeszłości przeżyć jakąś traumę i teraz w filmach próbuje ją przepracować. Tylko w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć to, że wszystkie jego filmy mówią o tym samym. Ta trauma musi mieć coś wspólnego z chorą matką, nieobecnym ojcem i seksualną orientacją, bo też wokół tych tematów krążą jego obrazy.



Mimo całkowitej wtórności lubię filmy Lifshitza. Może dlatego, że wie, jak filmować aktorów. W jego obrazach wszyscy są piękni, szczególnie wtedy gdy cierpią. Przez to trudno obok bohaterów przejść obojętnie. Te krwawiące dusze są jak magnes, nie można się od nich uwolnić. Tym razem za sprawą reżysera w pamięci wyryli mi się Yannick Renier i Léa Seydoux, a przecież oboje znam doskonale z innych produkcji.

Ocena: 7

Les 7 jours du talion (2010)

Wow, co za zaskoczenie! "7 dni" okazał się jednym z najlepszych filmów Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Mocne kino, które jednak nie ma nic wspólnego z exploitation movies czy torture porn. Już samo to wiele o filmie mówi, bowiem opowieść o zemście, która pozostając brutalna unika epatowania przemocą dla samego jej pokazania to wyjątek, który ze wszech miar zasługuje na brawa.


"7 dni" to historia mężczyzny, którego świat się załamał. Jego córka została zgwałcona i zamordowana. Facet postanawia zatem złapać odpowiedzialnego, torturować go, a potem zabić. Czyni to po części z miłości, a po części z poczucia winy, gdyby bowiem poszedł z córką – tak jak to jej obiecał – wciąż by żyła. Przemoc w imię zemsty jest tutaj zachowaniem równie kompulsywnym jak przemoc gwałciciela wobec małej dziewczynki. Nie daje to satysfakcji, a jednak nie sposób się przed nią powstrzymać. Film jest bardzo brutalny, ale przemoc ma tu swoje uzasadnienie. Pokazuje bowiem nagą prawdę zezwierzęcenia i jałowości. Jest w tym jednak również afirmacja człowieczeństwa. Ów paradoks został w "7 dniach" znakomicie wygrany. Brawo!

Ocena: 9

R U There (2010)

Kino chyba wciąż nie bardzo wie, jak ugryźć wirtualną rzeczywistość internetową. Najlepsze filmy wychodzą wtedy, kiedy porusza się ten temat nie wprost. Tu jednak przestrzeń wirtualna ma kluczowe znaczenie i pewnie dlatego "Jesteś tam?" jest filmem nie do końca udanym.



"Jesteś tam?" dotyka kompensacyjnej roli wirtualnego świata. Według twórców jest to "przestrzeń", w której możliwa jest realizacja kontaktów, do jakich w realu z różnych powodów dojść by nie mogło. Tu spełniają się marzenia, ale nie przynosi to satysfakcji. Autor filmu staje bowiem po stronie tych, którzy wirtualny świat postrzegają jako gorszy. To, co się tam dzieje nie ma tej samej siły oddziaływania jak to, co wydarzy się (albo i nie) w świecie rzeczywistym. Tęsknota za prawdziwym dotykiem pozostaje. Jeśli jest to prawda, to wynika raczej ze zbyt małego zaawansowania technicznego aktualnych wirtualnych światów. Wraz z ich rozwojem powinno to się jednak zmienić.

Ocena: 6

Saw 3D (2010)

Październik kończę na niskim poziomie. Niestety "Piła 3D" jest równie nieudana co jej dwie poprzedniczki. Nie wiem jak jest z serią "Feast", ale "Piłę" duet Patrick Melton i Marcus Dunstan zarżnęli skutecznie, a przecież była to taka dobra seria.


W siódmej odsłonie nikt nie udaje nawet, że ma jakikolwiek pomysł na film. Całość to zbiór sekwencji pułapkowych, które łączą się ze sobą na słowo honoru. Niby jest jakiś zarys fabularny, ale w rzeczywistości nie starczyłoby tego na 5 minut krótkiego metrażu a co dopiero mówić o filmie kinowym. Pułapki są nudne i kompletnie nie wykorzystano przy nich efektu 3D. Co gorsza poziom gry aktorskiej sięgnął bruku. Betsy Russell położyła swoją rolę na całej linii. Zafascynował mnie Chad Donella, który grał strasznie sztucznie, a jednak jakoś to do niego pasowało i wcale nie psuło mi to odbioru jego postaci.

Liczyłem na koniec z fajerwerkami, a tu korki poszły i lipa, nic się nie wydarzyło.

Ocena: 3

czwartek, 28 października 2010

Charlie St. Cloud (2010)

No cóż, po obejrzeniu "Charlie St. Cloud" nie mam złudzeń. Burr Steers zakochał się w Zacu Efronie, lecz jest to miłość alfonsa do swojej ulubionej dziwki: oddaje obiekt swego uwielbienia światu, chwaląc się, jaki jest on wspaniały. I tak właśnie wygląda "Charlie St. Cloud". Efron jest tu stręczony na wszystkie możliwe sposoby, Steers prezentuje go widowni z pieczołowitością i dbałością balansującą na granicy obsesji. Liczba zbliżeń twarzy jest wręcz karkołomna i kompletnie nie uzasadniona fabułą.


Szkoda, że Steers nie poświęcił tyle samo czasu fabule. Ta jest naiwna i sama w sobie mocno dwuznaczna. Historia braterskiej miłości, która przekracza granice życia i śmierci mogła być interesująca. Tu jednak ma tylko wywołać wzruszenie. Wielu osobom pewnie to wystarczy, dla mnie niestety to za mało. Szkoda też, że Kim Basinger  pojawia się tylko w kilku scenach.

Ocena: 5

środa, 27 października 2010

Chloe (2009)

I kolejne rozczarowanie w dniu dzisiejszym. Nie przypominam sobie, by Atom Egoyan nakręcił gorszy film. I dlatego kompletnie nie rozumiem polityki polskich dystrybutorów. Tak wspaniały film jak "Ararat" do kin w ogóle nie trafił, "Adoracja" podobnie, a tymczasem zupełnie przeciętne filmidło jakim jest "Chloe" będzie można zobaczyć.


Film opowiada o żonie, która zaczyna podejrzewać, że jej mąż, niepoprawny flirciarz, zdradza ją. Wynajmuje więc prostytutkę i wystawia męża na próbę. Kobiecie wydaje się, że kontroluje sytuację, że piłka jest wciąż po jej stronie. Jednak od pierwszej sceny Egoyan tak konstruuje film, że nie ma wątpliwości, iż ona jest ofiarą manipulacji i oszustwa. Skoro jest to oczywiste, liczyłem, że Egoyan prowadzi z widzem jakąś grę pozorów, że pod koniec ujawni jeszcze jedną warstwę, ustawi całość podług zupełnie nowego systemu odniesienia. Niestety tak się nie dzieje, "Chloe" okazuje się dokładnie tym, czym jawi się od pierwszej minuty, czyli banalną opowiastką o świrusce.

Jedynym prawdziwym plusem jest Amanda Seyfried, która stworzyła bardzo interesującą postać. Seyfried po raz pierwszy tak naprawdę pokazała się jako prawdziwa aktorka. Wypada znacznie lepiej niż Moore czy Neeson, którzy de facto powtarzają role, jakie grali już w przeszłości.

Ocena: 5

Essential Killing (2010)

Co za PRETENSJONALNE GÓWNO! Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że w Wenecji nie było lepszych filmów (poza jednym). Mogę dużo znieść w kinie, ale "Essential Killing" wystawiło moją cierpliwość na wielką próbę. Ten film jest pusty. Jeśli mam Skolimowskiego traktować poważnie, to muszę uznać, że zrobił ten film, by sprawdzić, jak wiele może mu ujść na sucho. Przychodzi na myśl bajka Andersena "Nowe szaty cesarza", gdzie Skolimowski w roli cesarza obsadza każdego widza i krytyka, któremu film się spodobał.


Tylko tak tłumacząc sobie ideę "Essential Killing" jestem w stanie nadać filmowi jakiś sens. Bo też nie bardzo rozumiem, jakie przesłanie mu towarzyszy. Choć jest jeszcze jedna możliwość. Że jest to film przeznaczony dla mudżahedinów, wahabitów i tym podobnych osób, zrobiony ku pokrzepieniu serc. "Essential Killing" pokazuje bowiem, że zanim  Allach postanowi powołać swoich wiernych do siebie, dba o nich nawet na obcej ziemi. Liczba szczęśliwych zbiegów okoliczności po prostu powala. Jeden albo dwa można jeszcze zrozumieć, ale główny bohater (nazwany w napisach bardzo oryginalnie Mohammed) natyka się na nie co dwa kroki. Jak nie wypadek, to pies schwytany we wnyki albo urwisko. Miarka przebrała się, kiedy pojawia się baba z laktacją na rowerze. W tym momencie miałem ochotę wyjść z kina. A potem jeszcze grafomański chwyt z koniem, który oczywiście jest biały tylko po to, żeby krew efektownie wyglądała.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Skolimowskiego, ale myślałem, miałem nadzieję, że tym razem zrobił coś interesującego. Spotkał mnie zawód na całej linii.

Ocena: 2

wtorek, 26 października 2010

The Invention of Lying (2009)

"Było sobie kłamstwo" to najbardziej satanistyczny film, jaki widziałem w życiu. To absolutna afirmacja  Szatana, który niewiele ma tu wspólnego z wizją krwiożerczej bestii domagającej się noworodków składanych w ofierze podczas czarnej mszy. Tu Książę Kłamstw jest gwarantem szczęścia, harmonii, nadziei.


Mark Bellison grany przez Ricky'ego Gervaisa jest tu prorokiem Szatana. Świat, w którym żył to świat chronicznej depresji, szarości i masochistycznego bólu zadawanego wzajemnie w imię szczerości. Kiedy Mark wypowiada pierwsze kłamstwo, wszystko się zmienia. Nagle otwierają się przed ludźmi wrota możliwości. Mark tworzy religię, zaświaty, nadzieję na lepsze jutro. Wymyśla wyobraźnie, poszerza percepcję, daje szczęście, które pozwala nam zignorować brutalne fakty, bądź zinterpretować je inaczej. Kłamstwo okazuje się tym, co wyzwala człowieka, co nadaje życiu kolorytu. Wiara jest kłamstwem. Nadzieja jest kłamstwem. A przede wszystkim miłość jest kłamstwem. I to, zdaniem twórców, jest dobre.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden drobiazg. Szatan najwyraźniej nie ma poczucia humoru. Jego ewangelia jest kompletnie nieśmieszna, co trudno zrozumieć biorąc pod uwagę osoby zaangażowane w jego realizację. Gervais potrafi być zabójczo zabawny, w obsadzie jest Jonah Hill, Tina Fey – ludzie przezabawni. Są też gwiazdy jak Philip Seymour Hoffman czy Edward Norton i nikt, ale to nikt nie jest zabawny. Najbardziej śmieszyło mnie to, co było rzucone na tło, jak reklamy autobusowe Pepsi, albo napis na frontowej ścianie domu starców.

Ocena: 5

poniedziałek, 25 października 2010

El secreto de sus ojos (2009)

Nie rozumiem ani wysokiej oceny tego film ani przyznania mu Oscara. Przecież ten film jest mdły i zupełnie niczym się nie wyróżnia na tle innych podobnych produkcji. Historia miłości, której okoliczności stają na przeszkodzie, to temat wałkowany w dosłownie każdej latynoskiej telenoweli. Tu owe okoliczności są tak głupie, że zamiast wzruszać historią głównych bohaterów, ma się ich ochotę porządnie walnąć po głowie. Kretyn nie potrafił powiedzieć kobiecie, że ją kocha, ta zaś nie potrafiła wyznać mu miłości. I tak nie spędzili wspólnie całego życia.


Choć jako całość "Sekret jej oczu" (dlaczego akurat "jej"?) ginie w tłumie, to jednak kilka scen ma świetnie skręconych. Małym arcydziełem jest sekwencja na stadionie, kiedy to kamera daje się porwać przez tłum, kiedy twórcom udaje się na chwilę oddać atmosferę tłumu. Bardzo spodobała mi się też scena w windzie, milcząca, ale też słowa nie są potrzebne. Szkoda, że reszta nie jest równie dobra, jak te sceny.

Ocena: 6

(2009) زنان بدون مردان

"Kobiety bez mężczyzn" dedykowane jest Irańczykom walczącym o wolność i demokrację. Jednak sam film nie jest żadną ich apoteozą, wręcz przeciwnie, film ten dość wyraźnie pokazuje, dlaczego "walczący" wciąż przegrywają.


Ten film jest biadoleniem starej baby. Jęczy, jak to jest źle, ale de facto nic nie robi, by to zmienić. Ten film jest jak zawodzenie żebraka błagającego o parę groszy na jedzenie. Ale kiedy ktoś zaproponuje mu pracę, by na jedzenie zarobił, wyklnie go na czym świat stoi. Bohaterki filmu Shirin Neshat to archetypiczne postaci kobiece odwołujące się do bliskowschodniej Wielkiej Bogini we wszystkich jej wcieleniach, które osadzone zostały w jednym z kluczowych okresów w historii XX-wiecznej Persji/Iranu. Są to bohaterki, które nie odnajdują się w zastanym systemie, które pragną czegoś innego, czegoś więcej. I tyle. To co je wszystkie łączy to brak zdecydowania. Żadna z bohaterek nie jest na tyle cyniczne i pragmatyczna, by wykorzystać system i z własnej słabości uczynić siłę, a przecież jest wiele kobiet, które w surowym patriarchacie znakomicie sobie poradziło. Żadna z bohaterek nie ma też takiego parcia, by wywrócić system. W rezultacie marzą jedynie o innym świecie, pozorują działa mające owe marzenie zrealizować i uciekają do iluzorycznej przystani-sadu.

Co więcej, "Kobiety bez mężczyzn" na swój przekorny sposób utwierdzają surowe dla kobiet przepisy zachowania. Kiedy jedna z nich złamie je i wbrew nakazom będzie sama na ulicy, to zostaje zgwałcona. Tą sceną Neshat daje przyzwolenie na ograniczające wolność przepisy, bowiem w rzeczywistości chronią one kobiety przed zdradliwymi mężczyznami.

Film ma jednak sporo zalet. Największą z nich są zdjęcia. Neshat czuje obraz. Kompozycje kadrów w wielu miejscach zachwycają. Można wpatrywać się w nie bez końca.

Ocena: 7

niedziela, 24 października 2010

Српски филм (2010)

Być może za wiele wyczytuję z faktu, że film powstał w Serbii, ale dla mnie "Srpski film" to jedna z ciekawszych pozycji antywojennych kina. Srđan Spasojević w sposób aż nazbyt dosadny pokazuje, czym jest wojna domowa, kim są przywódcy mamiący nas wielkością i dobrobytem za cenę brutalności i bezwzględności. To gwałt najgorszego rodzaju, to otumanienie rządzą, które odbiera zdrowy rozsądek. Inni twórcy ubierają to przesłanie w łatwe do przełknięcia przez widza obrazki. Spasojević wali prosto z mostu, brawurowo zdziera klapki z oczu widzów konfrontując ich z brutalną prawdą.


Przez godzinę "Srpski film" niczym specjalnym się nie wyróżnia. No może poza sceną przygotowań głównego bohatera do filmu. Scena przypomina "Rocky'ego" albo inny podobny film, gdzie sportowiec trenuje przed pierwszą walką – to zestawienie wydało mi się zabawne. Jednak ostatnie pół godziny to już ostra jazda bez trzymanki. Co prawda "newborn porn" swoją absurdalnością bardziej mnie rozśmieszyło niż zszokowało, ale potem jest już mocno zryty film. Zaś końcówka jest całkowicie bezbłędna. To łatwo było zepsuć, ale Spasojević nie wpadł w pułapkę i zamknął film tak, jak należało to zrobić.

Ocena: 7

Trick (2010)

Co to ma być? Blurb na okładce wydania DVD przekonuje, że jest to film zrobiony w tym samym duchu co "Vabank" czy "Żądło". Niestety "Trick" ma z nimi tyle samo wspólnego co papier toaletowy z czterotomowym wydanie "Wojny i pokoju".


Film, o dziwo, ma nawet niezły pomysł. Intryga z wykorzystaniem "talibów" ma potencjał. Twórcy jednak kompletnie go nie wykorzystują. Podstawowym problemem jest to, że twórcy nie bardzo wiedzieli, co chcą nakręcić. Miejscami słychać echo komedii, którą zapewne miał być. Chwilami zaś jest to rasowy thriller. Lubię mieszanki, jak mają sens, a tu sensu nie ma. Niestety. Oglądanie tego filmu to czas zmarnowany.

Ocena: 4

sobota, 23 października 2010

Repo Men (2010)

Co za rozczarowanie. Wiedziałem, że nie będzie to arcydzieło, ale miałem nadzieję, że będzie to przynajmniej rozrywka na przyzwoitym poziomie. A okazało się, że "Repo Men" to strata czasu.


Film ma niezły pomysł. Oto świat przyszłości, w którym możesz sobie kupić i wymienić każdy organ. Jest to usługa ekskluzywna i straszliwie droga, ale od czego są kredyty, prawda? Niestety, jeśli nie spłacasz odsetek, to może odwiedzić cię windykator i odebrać niespłacony organ.

Niestety pomysł to wszystko, co mają do zaoferowania twórcy. Film ma wadliwą konstrukcję. Po pierwsze zbyt długo się rozkręca. Tak, łapię, że chcieli pokazać różnicę w charakterze głównego bohatera, ale ponieważ nie jest to dramat psychologiczny, mniej scen robiłoby większe wrażenie. Po drugie środkowym sekwencjom brakuje spoiwa. To po prostu przypadkowe sceny wrzucone do worka i zamieszane. Po trzecie bohaterowie są zbyt bezbarwni, żeby przykuć uwagę. Tu wszystko jest takie "etykietowe", że było mi wszystko jedno, co się stanie.

Jedyne co mi się podobało, to muzyka. Soundtrack z filmu to bardzo fajna mix różnych stylów muzycznych.

Ocena: 4

Morgan and Destiny's Eleventeenth Date: The Zeppelin Zoo (2010)

Sequel "Morgan M. Morgansen's Date with Destiny" oferuje więcej tego samego. Znów mamy tę uroczo-ekscentryczną mieszankę formalną przywodzącą na myśl pierwsze kroki kina. Ponownie Gordon-Levitt raczy nas świetnymi tekstami z offu. Jednak ta krótkometrażówka mnie osobiście spodobała się mniej. Różnica jest niewielka, ale dla mnie znacząca. Jako narrator Gordon-Levitt zmienił nieco głos i to już zmieniło mój odbiór.



Dużem plusem filmu jest postać Lionela. Channing Tatum udowadnia tu, że w rolach milczących i traktowanych lekko z przymrużeniem oka wypada bardzo dobrze. Szkoda, że zazwyczaj gra w innego rodzaju produkcjach.

Ocena: 8

piątek, 22 października 2010

Morgan M. Morgansen's Date with Destiny (2010)

Oglądając "Trzecią planetę od Słońca" nigdy bym nie pomyślał, że Joseph Gordon-Levitt okaże się tak wszechstronnym aktorem. A tymczasem jest on jednym z bardzo wąskiego grona młodych aktorów, który skutecznie łączy udział w produkcjach artystycznych z grą w filmach komercyjnych. Chłop jest naprawdę utalentowany i potrafi swój dar wykorzystać.



"Morgan M. Morgansen's Date with Destiny" jest tego najlepszym dowodem. To fantastyczna krótkometrażówka opowiadają historię pierwszej randki pewnego mężczyzny z piękną kobietą. To, jak Gordon-Levitt opowiada tę historię całkowicie mnie urzekło. Już od strony wizualnej film robi piorunujące wrażenie. Jednak najsilniejszą stroną jest narracja z offu z genialnymi "tekstami inaczej" (face hole zamiast usta, chest cushions zamiast piersi itp. itd.). Gordon-Levitt bawi się językiem kina na wszystkich możliwych poziomach tworząc rzecz świetnie wykonaną, zaskakującą inteligencją i pomysłowością. Brawo!

Ocena: 9

czwartek, 21 października 2010

Paranormal Activity 2 (2010)

Mam mieszane uczucia wobec "Paranormal Activity 2". Są rzeczy, które mi się naprawdę spodobały, ale też są rzeczy, które wydały mi się niedopracowane bądź po prostu zbędne.


Zacznę od plusów. Jest w zasadzie jeden, ale za to bardzo istotny. Film w ciekawy sposób związany jest z "Paranormal Activity". Jego akcja dzieje się prawie że równolegle z jedynką. Dzięki temu lepiej poznajemy kontekst całej historii. Autorzy stworzyli całą mitologię, przeszłość, a nie tylko rzeczy niezbędne dla filmu. I mitologia ta wydaje się dość rozsądna.

Z wadami jest gorzej. Przede wszystkim zwiększenie liczby bohaterów nie było najlepszym pomysłem. Dwójka postaci z jedynki była bardzo wyrazista, miała mocno zarysowane osobowości. W sequelu są raczej zlepkami konkretnych cech, co nie składa się na wewnętrznie pełne jednostki. Nie podobają mi się też manifestacje, zwłaszcza te bardziej wyraźne. Wydały mi się trochę głupie.

Całość ma wciąż klimat, ale to już nie to samo.

Ocena: 6

The Last Exorcism (2010)

"Ostatni egzorcyzm" to bardzo przewrotny film. Tak jak jego bohaterowie są zwodzenie (i sami zwodzą), tak i widzowie są wodzeni na manowce. Bowiem film, wbrew tytułowi nie jest horrorem o egzorcyzmach. Chwilami można zwątpić, czy w ogóle jest horrorem. I to właśnie ta przewrotność, nagłe wolty fabularne sprawiła, że film przypadł mi do gustu.


Film zrealizowany został w konwencji dokumentu. Ekipa towarzyszy pastorowi Cottonowi Marcusowi, który był za dobry w tym, co robi. Z urodzenia showman, wychowany na pastora, z czasem stał się cynikiem, który zaczął kwestionować swoją wiarę (i wiarę innych). Przestał m.in. wierzyć w opętania, ale nie przestał odprawiać egzorcyzmów. W szopce, którą odstawia przez "opętanymi" widzi prawdziwie zbawczą siłę, przekonuje  ich, że pozbył się demona i rzeczywiście wszystko zdaje się wracać do normy. Jednak sprawa z młodą Nell okaże się zupełnie inna. Tym razem jego sztuczki nie zdadzą egzaminu. Czy jednak oznacza to, że jest opętana? A może jest po prostu osobą mocno zaburzoną, która uciekła w opętanie, by uniknąć konsekwencji pewnych czynów?

Daniel Stamm świetnie żongluje sytuacją. Zaczyna od religijnego szamba, potem zmienia film w cyniczną przypowieść o sile autosugestii, potem znów podważa racjonalne wytłumaczenia, by po chwili raz jeszcze podważyć zasadność wyciąganych wniosków. Jeszcze bardziej spodobało mi się, że ten film odnoszący się do najbardziej pierwotnych elementów wiary wykorzystuje je, by głosić myśl ateistyczną. Przesłanie "Ostatniego egzorcyzmu" jest bowiem proste: przestańcie wierzyć w Boga, to przestaniecie też wierzyć w demony, a dzięki temu znikną opętania. To właśnie zaściankowa bogobojność otwiera drogę "demonom". Oczywiście pod koniec Stamm zakwestionuje i to przesłanie, ale to niczego nie zmienia.

Spodobał mi się także Patrick Fabian. Był bardzo naturalny, prawie w ogóle nie czułem, że gra. Na początku to dzięki niemu można było uwierzyć w iluzję, że to wszystko jest filmem dokumentalnym.

Ocena: 7

środa, 20 października 2010

Let Me In (2010)

"Pozwól mi wejść" Reevesa pokazuje, dlaczego to kino europejskie jest ciekawsze, a amerykańskie odnosi większy sukces. Reeves dokonał niemalże kalki szwedzkiej produkcji, a jednak nie jest to ten sam film. Różnice na pozór nieznaczne, w rzeczywistości dają jakościowo rzecz całkiem odrębną.


Problemem filmu Reevesa jest jego oczywistość. Wszystkie niuanse zostały zmiażdżone, zamiast nich pojawiły się sceny jednoznaczne, pozbawione jakichkolwiek odcieni. Stąd relacja pomiędzy dwójką głównych bohaterów jest zbyt powierzchowna, a przez to mało interesująca. Wątek seksualny jest wyraźnie naświetlony, podczas gdy w oryginale skrywał się on pod materią filmu, niby nieobecny, a jednak nadający całej historii dodatkowej pikanterii. Podobnie scena z maską. Tu fajnie wygląda, u Szwedów zaś niosła ze sobą sporą dawkę niepokoju ujawniają groźne pokłady tłumionej agresji.

Nie należę do fanów oryginału, jednak jest on znacznie lepszym filmem niż wersja amerykańska. Reeves nie wykorzystał nawet tego, co potencjalnie mogło być sporym atutem, jak choćby tła historycznego - ery Regana. Sam Regan wykorzystany zostaje w sposób łopatologiczny, a przecież czasy te mogły zostać potraktowane w sposób alegoryczny. Nie wykorzystał też do końca potencjału i Moretz i Smita-McPheego, którzy przecież należą do czołówki młodocianych aktorów.

Ocena: 5

wtorek, 19 października 2010

Boy (2010)

"Boy" to rzecz o tym, jak kończy się dzieciństwo. Krok w dorosłość czynimy przez roztrzaskane złudzenia, iluzję na temat bliskich nam dorosłych. Jako dzieci idealizujemy ich, a pewnego dnia orientujemy się, że mają swoje wady, że bywają słabi, że nas zawodzą i rozczarowują. I wtedy właśnie przestajemy być dziećmi.


Latem 1984 roku krok w dorosłość uczyni Boy, bohater nowego filmu twórcy "Orzeł kontra rekin". Tego lata spojrzy na ojca zupełnie inaczej, kiedy z idola stanie się słabym, biednym człowieczkiem. Owszem, nadal będzie go kochał, ale nie będzie to już to samo. Nic dziwnego, że w tle idolem jest Michael Jackson – symbol największej popkulturowej obsesji i największego upadku.

(Pana Hema Taylor)

Niestety Taika Waititi tym razem nie stanął na wysokości zadania. A może to po prostu "Orzeł kontra rekin" za bardzo wyśrubował moje oczekiwania? Spodobała mi się przecież postać Boya i jego ojca. Przypadł mi do gustu też humor, ciepły i lekko ekscentryczny. Jednak nie ma w tym wszystkim tej świeżości i magii jaką oczarował mnie poprzedni film Waititiego.

Ocena: 6

poniedziałek, 18 października 2010

The Road (2009)

Ten film nie mógł się udać. "Droga" jest książką, która po prostu nie nadaje się do adaptacji, to po prostu trzeba przeczytać (najlepiej w  oryginale). To, jak McCarthy słowami kreśli portret dwójki bohaterów, jak pokazuje spustoszenie po niewyjaśnionej katastrofie, przekracza ludzkie pojęcie. Naprawdę rzadko zdarza się książka napisana z taką pieczołowitością.


Reżyser był jednak ambitny: jeśli już spaść, to przynajmniej starając się wejść na niezdobyty szczyt. Ku mojemu zdumieniu jego upadek nie był całkowity. Oczywiście do książki film się nie umywa, ale coś tam udało się pokazać. Zmieniono trochę relacje. Ojciec nie jest już takim kretynem jak w książce i może właśnie to uratowało film. Całość została uproszczona i przycięta do potrzeb dużego ekranu. Powstała z tego sympatyczna powiastka o ojcowskim uczuciu. Bardzo typowa dla anglosaskiego kina, ale mimo swej wtórności fajna w oglądaniu.

Niezła obsada wyważyła całość. Da się obejrzeć, ale lepiej i tak przeczytać książkę.

Ocena: 6

Furry Vengeance (2010)

Na "Zemstę futrzaków" wybierałem się z duszą na ramieniu. Ocena na IMDb nie wróżyła niczego dobrego. Może właśnie to nastawienie ocaliło mnie, bo film nie okazał się aż tak zły.


Owszem "Zemsta futrzaków" to rzecz głupia, a jeśli chodzi o gagi i dowcipy, to twórcy poszli po najmniejszej linii oporu. Większość z nich ordynarnych i żenujących. Co z tego, kiedy zarazem są zabawne. Fraser w różowym dresie rozśmieszy każdego. Najbardziej podobają mi się scenki z zakończenia. Nie bardzo wiem, co mają one wspólnego z samym filmem, ale klip jest fajny.

A i film ma u mnie duży plus za Kena Jeonga. Fajnie też było zobaczyć znów na ekranie Brooke Shields.

Ocena: 5

niedziela, 17 października 2010

Snap (2010)

Choć jest to debiut kinowy Carmel Winters, reżyserka jest wykładowczynią na wydziale teatru jednej z uczelni. Powinna zatem wiedzieć lepiej, jak opowiedzieć historię i co dokładnie chce powiedzieć. Niestety z "Martwego punktu" wyziera chaos, który chyba wcale nie był zamierzony.

W tym filmie po prostu jest zbyt wiele różnych elementów, które mieszają się ze sobą w sposób daleki od jakiekolwiek porządku czy wzorca. Pomysł ze zwierzeniami do kamery jest fajny, tyle tylko, że zostaje porzucony po 20 minutach. Narracja prowadzona jest na kilku płaszczyznach czasowych i poprzez różne media. Nie jest do końca jasne, czy jest to film o matce, która musi stawić czoła strasznym faktom z życia swego syna, czy może właśnie o synu.  Koniec sugeruje, że jest to opowieść o relacji matka-syn, lecz nic wcześniej tego nawet nie sugeruje. Sama historia ma w sobie potencjał, a niektóre sceny są naprawdę dobre (sformułowanie "chińczyk na wynos" nabrało dla mnie nowego znaczenia). Ale ginie to wszystko w bałaganie spowodowanym brakiem zdecydowania reżyserki.

Ocena: 5

My Kidnapper (2010)

W 2003 roku Mark Henderson będąc na wycieczce w Kolumbii został uprowadzony przez jedną z wielu partyzanckich grup działających w tym kraju. W niewoli spędził ponad 100 dni. Sześć lat później on i trójka towarzyszy niedoli powracają, by spojrzeć na miejsca, w których tyle wycierpieli i w końcu raz jeszcze spotkać się oko w oko z dwójką spośród porywaczy.


Jak większość filmów dokumentalnych robionych przez samych bohaterów, "Mój porywacz" nie zbliża się do najważniejszych problemów zaangażowanych osób. Mimo to jest to ciekawy portret zakładników, pokazujący całą gamę zachowań, strategii przetrwania i długofalowych skutków takich zdarzeń. Z filmu wyziera bezsens takich sytuacji. Choć można je uzasadniać, można wskazywać na desperacką próbę zmiany sytuacji, sam fakt, że jest to próba desperacka skazuje ją na niepowodzenie. "Mój porywacz" to przygnębiająca wizja, w której wszyscy jesteśmy przegrani, a cieszyć się możemy jedynie z tego, że w ogóle żyjemy.

Ocena: 7

sobota, 16 października 2010

Monsters (2010)

Biedni są ci Meksykanie. Jeśli wierzyć filmowym prorokom SF, to ich kraj w najbliższym stuleciu wcale nie będzie się prężnie rozwijał. W "Potworach" połowa kraju znajdzie się w strefie zamkniętej ze względu na biologiczne skażenie pozaziemskimi formami życia.


Film Garetha Edwardsa przyniósł mi spore rozczarowanie. Ostatnio skromne kino SF przeżywa prawdziwy rozkwit. Liczyłem zatem na kolejną po "Sleep Dealer", "Moon" i "Dystrykcie 9" interesującą wizję niedalekiej przyszłości. Dostałem wydmuszkę, która fajnie wygląda, lecz do niczego się nie nadaje.

Edwards miał bardzo dobry pomysł: oto sonda z pozaziemskimi próbkami genetycznymi rozbija się w północnym Meksyku. Wkrótce na terenie pojawiają się obce formy życia. Skażony region – prawie pół Meksyku – zostaje odcięte, lecz mimo starań władz wojskowych USA i Meksyku nie udaje się wytępić kosmicznych emigrantów. Pomysł ten streszczony został w planszy rozpoczynające film. Potem zaczyna się fabuła, tyle tylko, że jej nie ma.

Niby jest jakiś reporter i blond włosa dziewojka, którzy próbują dostać się do Stanów. Ale żeby film miał rację bytu muszą co chwilę wpadać w udziwnione tarapaty, bo oczywiście żadne z nich logicznie myśleć nie potrafi (bo kompletnie nie rozumiem, dlaczego wybrali się na północ, skoro chyba sensowne byłoby udać się do Meksyku i stamtąd polecieć do domu samolotem). Dwójka bohaterów jest potraktowana straszliwie przedmiotowo. Reżyser ma ich kompletnie w nosie. Są mu potrzebni tylko po to, żeby mógł nam pokazać strefę skażoną i jej dziwnych mieszkańców. I tło rzeczywiście wypada nieźle. Ale nie zmienia to faktu, że jest tylko tłem. W prawdziwie dobrym SF powinna towarzyszyć mu równie udana fabuła.

Ocena: 5

Eu când vreau să fluier, fluier (2010)

Silviu nie jest złym chłopakiem. To może dziwić, zważywszy że przebywa w poprawczaku. Ma dopiero 18 lat, a w ośrodku spędził ładnych parę lat. Jednak fakt, że nie jest zły, nie oznacza wcale, że nie może być niebezpieczny. Kiedy liczy się przetrwanie, kiedy staje pod ścianą i czuje, że nie ma innego wyjścia, wtedy potrafi być brutalny. Jak bardzo, to pokaże na kilka dni przed planowanym wyjściem na wolność.


Dwa tygodnie przed zwolnieniem Silviu odwiedza jego młodszy brat i przynosi druzgocącą wiadomość. Z Włoch na kilka dni wróciła ich matka i chce zabrać ze sobą młodszego syna. Silviu wpada w panikę. Nie ufa matce. I ma ku temu powody. Teraz obawia się, że rodzicielka zechce skrzywdzić drugiego syna. W obronie brata Silviu jest zdolny zrobić wszystko. Problem w tym, że za kratami jego możliwości są mocno ograniczone. W pewnym momencie jego nerwy pękają i przemienia się w nieobliczalnego desperata.

"Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę" to obraz jednostki schwytanej w sidła systemu przypominającego sytuację w jakie znajduje się bohater przypowieści, który dla żartu krzyczy pożar, kiedy pożar naprawdę wybucha, nikt go nie słucha. Więzienie to sytuacja, w której trwa permanentna ignorancja więźniów. Silviu zwraca się o pomoc a to do władz ośrodka a to do współwięźniów, lecz zostaje odtrącony, nikt nie bierze na poważnie jego "wyjątkowej sytuacji". W ten sposób powstaje błędne koło, z którego nie ma wyjścia.

Muszę powiedzieć, że zaimponowali mi debiutanci stojący za tym filmem. George Piştereanu wygrał casting do roli będąc jeszcze w liceum, ale gra jak prawdziwy zawodowiec. Przystrzyżony prawie na łyso, z ciałem wciąż spiętym, ciągle mrugający oczami jest więcej niż przekonujący w roli młodocianego wykolejeńca. Zaimponował mi też sam reżyser Florin Şerban, że potrafił z taką konsekwencja poprowadzić narrację. Wybrał sobie oczywiście wdzięczny temat, który dość łatwo można było zaadaptować, ale i tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

Ocena: 8

L'autre monde (2010)

Na ten film musiałem się wybrać. Scenariusz napisali Gilles Marchand i Dominik Moll, którzy wcześniej nakręcili wspólnie jeden z moich ulubionych filmów "Harry, twój prawdziwy przyjaciel". Niestety tym razem nie powtórzyli sukcesu, pewnie dlatego, że reżyserował Marchand a nie Moll.


Film ma bardzo fajny pomysł. Pokazuje świat wirtualnych gier jak świat snów, które można dzielić z innymi i które przeżywa się świadomie. Jednak w tym świecie wciąż obowiązują prawa rządzące majakami sennymi: nic nie jest tym, czym się wydaje, a za iluzjami kryją się surowe, nieprzepracowane popędy. Tym samym wirtualna rzeczywistość jest piekłem, gdzie kotłują się wszystkie te impulsy, które skrzętnie kontrolujemy za dnia. Tu nabierają życia i albo wykorzystamy je do realizacji naszych skrytych marzeń albo stajemy się ofiarami, które zostaną pochłonięte przez demony uwolnione z naszego wnętrza.

Plusem filmu jest obsada, na która składają się lubiani przeze mnie aktorzy. Grégoire Leprince-Ringuet w innej niż dotąd roli spisał się bardzo dobrze, od jakiegoś już czasu przyglądam się jego karierze i widzę, że chłopak naprawdę się rozkręca. Fajną rolę ma też Melvil Poupaud, ale jak dla mnie było go za mało. Louise Bourgoin przypomniała o sobie. Zapomniałem, że widziałem ją w "Dziewczynie z Monako".

Ocena: 6

アウトレイジ (2010)

Ależ przewrotny jest ten Kitano. Podczas gdy w większości gangsterskich filmów widzów przyciąga się kolorowym życiem, szybkimi pieniędzmi i panienkami. Kitano pokazuje, że ci, których ta wizja kusi, są niczym więcej, jak szeregowcami, mięsem armatni, pierwszymi ofiarami jakiejkolwiek wojny. Prawdziwi gangsterzy są mistrzami szachów i go. Tworzą skomplikowane intrygi, a walka o władze nigdy się nie kończy, jest ciągłą grą pozorów.


"Wściekłość" zachwyciła mnie intrygą. Uwielbia obrazy opowiadające o manipulacji, ciosach w plecy, zwodzeniu, a przede wszystkim doprowadzaniem sprytem do upadku silniejszych i potężniejszych. U Kitano jest to wszystko rozegrane po mistrzowsku, bez fajerwerków, ale z precyzją i naturalnością, której nie sposób nie podziwiać.

Ocena: 9

Kaboom (2010)

Gregg Araki może i się starzeje, ale w swoich filmach pozostaje wiecznym nastolatkiem. Z wiekiem jednak jego filmy stają się coraz lepsze. Mniej jest w nich nadrabiania miną, a więcej realnych umiejętności. "Kaboom" to zjawiskowa wizja, która całkowicie mnie pochłonęła.


Film robi przede wszystkim wrażenie za sprawą swojej strony wizualnej. Te soczyste, żywe barwy, dzięki którym wszyscy aktorzy wyglądają fantastycznie. Dekker po raz pierwszy naprawdę zwrócił moją uwagę, podobnie jak Juno Temple. Ale na zewnętrznym pięknie film się nie kończy. Jest też piekielnie sprytnie zrealizowany. Araki wykorzystał tu swoje ulubione tematy hormonalnej burzy i ubrał je w szaty kiczowatej apokalipsy. Całość sprawia wrażenie karnawałowej zabawy, z której naprawdę nie ma się ochoty wychodzić.


Ocena: 8

piątek, 15 października 2010

Red (2010)

No w końcu Schwentke stanął na wysokości zadania i zrobił dobry rozrywkowy film. Ale tym razem zasługa nie należy się jemu, a aktorom. Już dla samej Helen Mirren w białej sukni z wielką spluwą w rękach obejrzałbym ten film (czy może być coś seksowniejszego?!), a tu jest jeszcze i Freeman i Brian Cox, którego uwielbiam. Nawet Karl Urban fajnie wypadł, choć moim zdaniem mogli i jemu dać parę komediowych momentów.


No właśnie, humor jest najważniejszym elementem tego filmu. A dzieje się tak dlatego, że aktorzy doskonale ze sobą współgrali, w ten sposób wszystkich dialogów słucha się z przyjemnością, a śmiech jest głośniejszy. Akcja też toczy się wartko, co rzecz jasna wcale nie zaszkodziło. Zasługą Schwentkego jest to, że film nabrał komiksowego charakteru. Niektóre ujęcia, kadrowanie postaci przywodzi na myśl strony komiksów. Niby niewiele, a cieszy.

Ocena: 7

(2009) 空気人形

Kiedy usłyszałem o "Dmuchanej lali", od razu pomyślałem o "Larsie and the Real Girl". Ku mojemu zaskoczeniu Hirokazu Koreeda poszedł w zupełnie innym kierunku. Jego film to przypowieść o ludzkim życiu, jego znaczeniu, bólu samotności i chwilach szczęścia, jakie są naszym udziałem tu na Ziemi.


Film okazał się przejmującym, pięknym i wzruszającym studium, które nadaje sens cierpieniu, zachęca do szukania kontaktu z drugim człowiekiem i pozwala nam odkryć radość w najprostszych sytuacjach. Choć film, zgodnie z tytułem, opowiada o życiu dmuchanej lali, która odnalazła serce, to jednak na mnie największe wrażenie robiły scenki z innymi bohaterami, zwłaszcza te pojawiające się pod koniec, kiedy jak kalejdoskopie pokazywany losy wszystkich osób.

Czysta magia kina.

Ocena: 8

El pasante (2010)

"Stażysta" to film niedokończony. Ma w sobie duży potencjał, który jednak został zrealizowany ledwie w części. I to właśnie ta część podoba mi się najmniej.

Wątek stażysty i jego opiekunki, którzy zastanawiają się co zaszło w pokoju hotelowym między pewną parą, byłby doskonały w samodzielnej krótkometrażówce, albo jako jedna z nowelek większej całości. Podobał mi się dialog na końcu filmu o tym, że mężczyźni zdobywają i jest to czynność skończona, a kobiety uwodzą i jest to działanie ciągłe. Jednak w wersji filmu, jaką widziałem, taka konstrukcja tego wątku na tle całej reszt po prostu źle wygląda. Jest zbyt konkretny.

Podobała mi się za to ta część, w której przyglądamy się sennej atmosferze hotelu. Pokoje i korytarze wyglądają przedziwnie, kiedy nie ma w nich gości. Wszystko jest ulotne, jakby niematerialny. Sprawia to wrażenie, jakby się wkroczyło do świata duchów. Szkoda, że cały film taki nie był.

Ocena: 6

Boogie, el aceitoso (2009)

Na ten film czekałem już od dłuższego czasu, odkąd zobaczyłem w sieci zwiastun. Nie zawiodłem się. Spodziewałem się czarnego humoru i krwawej jatki i dokładnie to dostałem.


Film bawi się stereotypem "prawdziwego twardziela". Został on tutaj przerysowany do granic możliwości stając się chodzącą maszyną do zabijania, której nic lub prawie nic nie jest w stanie tknąć. Aby film się sprawdził,, twórcy musieli przestać się patyczkować i za rogi wziąć się z poprawnością polityczną. W przeszłości powstawały bardziej odważne filmy animowane, ale też wtedy zupełnie inaczej patrzono na niektóre sprawy.

Fajna rozrywka, ale pod koniec byłem już trochę zmęczony. Cięte riposty i trup co pół minuty na dłuższą metę to za mało.

Ocena: 7

środa, 13 października 2010

El cielo elegido (2010)

Kiedy zaczął się film byłem pewien, że ocenię go wysoko. Lubię bowiem takie przegadane filmy, gdzie dyskutuje się o filozofii czy teologii. Fabuły mają zazwyczaj kiepskie, ale za to nietuzinkowych bohaterów i fajne dialogi. Tak też było i w "Wybranym niebie" za sprawą Ojca Claudio. Niestety w pewnym momencie znika on z ekranu, co negatywnie odbija się na reszcie historii. Fragment poświęcony wyłącznie głównemu bohaterowi i młodej dziewczynie ciągnie się jak flaki z olejem. Potem jednak znów robi się ciekawie. Postać głównego bohatera zatraca swoje rysy, pojawia się sugestia, że zamiast sympatycznego człowieczka mamy do czynienia z chłodnym psychopatą. Bardzo interesująco rozbudowano też postać Ojca Orbe, który nabiera wampirycznego charakteru.

Dużym plusem filmu jest Juan Minujín w głównej roli. Rola księdza bardzo mu pasuje. Potrafi zarazem być sympatyczny, charyzmatyczny ale i niepokojąco dziwny. Film ten przypomniał mi, że przecież mam gdzieś w domu inny obraz z udziałem Minujína – "Rok bez miłość". Będę musiał w końcu go obejrzeć. Niestety nawet on nie jest w stanie uratować film przed scenariuszowymi mieliznami. A tych jest sporo. "Wybrane niebo" to rzecz bardzo nierówna.

Ocena: 6

Due vite per caso (2010)

Na miejscu reżysera zmieniłbym tytuł. Ten, który nadał, jest zbyt dosłowny. Według mnie o wiele lepiej pasuje tu tytuł "Violenza", który jest znacznie mniej jednoznaczny i lepiej pasuje do głównego bohatera.


Film rzeczywiście opowiada o jednym życiu w dwóch odsłonach. Matteo jedzie do szpitala. Jego kumpel zranił się w palec i dość mocno krwawi. Na śliskiej drodze hamulce mogą zawieść. Samochód może stuknąć w wóz z policjantami w środku albo nie. W zależności od tego, który z tych zdarzeń będzie miało miejsce, inaczej potoczą się losy chłopaka. Jednak on sam pozostanie bez zmian.

Matteo z pozoru wydaje się sympatycznym, spokojnym człowiekiem. Jednak w jego wnętrzu tli się zarzewie przemocy i agresji. Choć są to uczucia tłumione, to będą o sobie dawać znać w różnych momentach. Raz walnie policjanta, innym razem wda się bójkę z kolegą z garnizonu. Czy do wypadku dotrze czy też nie, przemoc zawsze będzie w nim obecna, aż do finałowej konfrontacji, kiedy to eksploduje, a Matteo starci nad nią kontrolę.

Oglądając "Życie albo dwa" mocno czuje się, że jest to debiut fabularny. W zasadzie nie bardzo wiadomo po co film w ogóle powstał, poza zabawą w gdybanie. Przez to obraz uznaję jedynie za przeciętny.

Ocena: 6

Somos lo que hay (2010)

Spojrzenie na potwory z horrorów z drugiej strony. W wersji Jorge Michela Graua nie jest to przyjemny obrazek. A rodzince wiele brakuje do słynnych Addamsów. Kiedy umiera głowa rodziny, zapanuje chaos. Pozostali przy życiu zmieszani, pogrążeniu w bólu i niepewności popełniają błędy. Chcą przetrwać, lecz nie wiedzą jak. Najstarszy syn Alfredo jest zbyt wrażliwy na los, jaki mu przypadł w udziale. Robi dobra minę do złej gry, lecz w rzeczywistości chciałby się od swego przekleństwa uwolnić. Polski tytuł nie do końca oddaje ten determinizm, z którym przyszło się bohaterom zmierzyć. Lepszy byłby "Jesteśmy, kim jesteśmy". I nawet poświęcenie nic nie daje, cykl został przerwany na chwilę, lecz nie zerwany całkowicie. Los nieubłaganie toczy się dalej.


"Jesteśmy tym co jemy" to bardziej dramat rodzinny niż prawdziwy horror. Trochę szkoda. Bo pomysł jest fajny. Podoba mi się historia z jej niedomówieniami, ale jednak Grau mógł dać trochę więcej krwi na ekranie. To nie jest przecież jeden z tych horrorów, które budują atmosferę strachu sugerowaniem potworności, a nie ich pokazywaniem. Tu nie chodzi w ogóle o strach, więc niechęć Graua nie jest dla mnie do końca zrozumiała. Ponadto w całości pobrzmiewają nieco nadęte artystyczne tony, które są jak kamienie przytroczone do szyi nurka.

Całość jest całkiem niezła, ale mogła być zdecydowanie lepsza.

Ocena: 7

wtorek, 12 października 2010

Illégal (2010)

Witamy w Europie. To świat, gdzie wartością nadrzędną jest wolność jednostki, jej prawo do samostanowienia. Tu nie karze się śmiercią, nie dyskryminuje ze względu na orientację, płeć, rasę czy religię. Tu twoje marzenia mogą się spełnić. Jest tylko jeden haczyk: musisz być obywatelem tej Europy. Jeśli tak nie jest, to przygotuj się na poniżenie, ból i odrzucenie. Dostać się do świata uprzywilejowanych nie jest łatwo. Procedury eliminacji emigrantów, zarówno te oficjalne jak i mniej oficjalne, są bezwzględne – Europa zrobi wszystko, by pozbyć się "nielegalnych".


Co to w praktyce oznacza, możemy zobaczyć w filmie zatytułowanym "Nielegalni". Olivier Masset-Depasse przyjął perspektywę Rosjanki, która w Belgii przebywa nielegalnie po tym, jak władze tego kraju odmówiły jej azylu. Widzimy, jak w dniu urodzin jej syna zostaje zatrzymana, jak zostaje zamknięta w ośrodku dla nielegalnych emigrantów, jak z uporem walczy o swoje prawo do pobytu w Belgii będąc świadkiem, i samej doświadczając, pobić, znęcania się i wszelkich możliwych wykrętów.

Jednak tak, jak rząd belgijski zastawia pułapkę na emigrantów, tak reżyser zastawia pułapkę na widzów. Wszystkie sceny są tak pokazane, by widz jak najszybciej doszedł do wniosku, że walka do upadłego z nielegalnymi emigrantami, z użyciem wszystkich dostępnych środków jest nie do przyjęcia. Tyle tylko, że druga strona robi to samo: bohaterka przypala sobie palce, by zatrzeć linie papilarne, daje się pobić, jeśli tylko celem tego będzie kolejny dzień na belgijskiej ziemi. To jeszcze można byłoby usprawiedliwić twierdząc, że państwo krzywdzi innych, bohaterka krzywdzi tylko siebie. Ale tak nie jest. W pewnym momencie kobieta zidentyfikuje siebie nazwiskiem swojej przyjaciółki. Zrobiła tak, by ochronić się przed procesem sądowym. Jednak czyniąc to, wystawiła na niebezpieczeństwo swoją przyjaciółkę, która też jest nielegalną emigrantką. Na pytanie gdzie przebiega granica środków, jakie można zastosować, reżyser nie daje już odpowiedzi.

Ocena: 7

Pouta (2009)

Tym razem Czesi się nie popisali. "Związani" to film niezły, ale nie przekracza poziomu dobrych polskich produkcji. Jednak dla naszych południowych sąsiadów poprzeczka zawieszona jest nieco wyżej.


"Związani" to opowieść o świecie pustym, pozbawionym wszelkich norm i zasad. W tym świecie opozycjonista może być TW i nie widzieć w tym nic zdrożnego. Agent bezpieki może mieć wszystko w dupie i wykorzystywać swą władzę do staczania się po równi pochyłej w przepaść. Inwigilowany może wykorzystać inwigilację do ratowania swego związku. W tym świecie nie ma barw, jest tylko wszechogarniająca szarość.

Sam dramat głównego bohatera jest jednak przerysowany i pod koniec zamienia się w dziwaczną karykaturę. Scena nad wodą ma być jakąś alegorią, ale wypada po prostu kiczowato. Dobre jest aktorstwo. Podoba mi się też zawiązanie intrygi, zwłaszcza sposób, w jaki łamie się Tomasza.

Ocena: 6

Los labios (2010)

Wybierając się na ten film tak naprawdę nic o nim nie wiedziałem. Dlatego też był on dla mnie sporym zaskoczeniem. Mogłem się wiele spodziewać po filmie zatytułowanym "Usta", ale z całą pewnością nie tego, co zobaczyłem. Okazało się, że "usta" to historia trzech kobiet, które przyjechały na głęboką prowincję robić wywiady środowiskowe i szczepić dzieci. Przez półtorej godziny tylko to się w zasadzie dzieje. "usta" są prawie jak dokument. Nie zdziwiłbym się, gdyby osoby, które przepytują bohaterki grały same siebie.


Niestety "Usta" okazały się filmem nudnym. Owszem, poruszana problematyka jest interesująca i ważna, ale tu oceniam film a nie jego temat. Zazdrościłem tym, którzy byli w stanie zasnąć. Ja nie potrafię spać w kinie, więc pozostawało mi wiercenie się na fotelu i czekanie, aż seans dobiegnie końca.

Ocena: 3

poniedziałek, 11 października 2010

Domingo de Ramos (2010)

Doña Rosa nie żyje. Czy zmarła z przyczyn naturalnych, czy też została zamordowana? Na to pytanie powinna odpowiedzieć policja, ale stróże prawa mają własne problemy. Odpowiedź daje twórca, pokazując historię ostatnich pięciu dniu z życia kilku związanych z denatką osób. Każda z nich ma co do ukrycia.


Film przez większą część nuży. Zdjęcia na poziomie amatorki, a gra aktorska niewiele lepsza sprawiają, że całość męczy. Jednak większość win reżyser odkupuje końcówką, w której poznajemy prawdę i zaskakujący finał. To było na swój sposób zabawne.

Ocena: 6

La mirada invisible (2010)

Film w katalogu WFF określono jako metaforę dyktatury lat 1976-83. Jeśli tak rzeczywiście jest, to oznaczałoby to, że o demokracji, która nastąpiła potem twórcy filmu mają jeszcze gorsze zdanie. Jej symbolem byłaby zakompleksiona nauczycielka, która w gównie i moczu śledzi młodociany obiekt swoich rządzy. Niezła podstawa demokracji.


Sam film przypomina mi swoją konstrukcja "Rewers". W obu filmach bohaterką jest szara myszka, w której wnętrzu buzuje wulkan namiętności. Sama Julieta Zylberberg jest zresztą podobna do Buzek. Obie bohaterki mieszkają z matką i babką i są niezamężne. Obie też spotka brutalny los, a osoba, która ten los sprowadzi poniesie tę samą karę. O dziwo to polski film jest lepszy. "Niewidzialne oko" jest zbyt wydumane, by mogło mnie rzeczywiście zainteresować. Nie mówi też prawie nic o epoce, za to dużo o kobiecej seksualności. Za mało jednak, bym całość dobrze wspominał.

Ocena: 5

Hermano (2010)

Nie są braćmi krwi. To nie istotne. I tak łączy ich prawdziwa braterska miłość i wspólna pasja do piłki nożnej. Wszystko zaczęło się, kiedy Julio usłyszał płacz. Myślał, że to kot, którego bardzo chciał przygarnąć. Okazało się, że to był niemowlak porzucony na śmietniku. Matka Julio przygarnęła go i wychowała jak własne dziecko. W ten sposób Dani został uratowany przez Julio i jej matkę. Ten dług przyjdzie mu wkrótce odpłacić. Pewnego dnia jego przybrana matka zostanie zastrzelona. To był wypadek, po części z jego winy. Jednak teraz najważniejsze dla Daniego będzie uratowanie brata, który już zaczął wsiąkać w świat gangów. Jeśli pójdzie drogą zemsty, zginie. Dla niego Dani zrobi wszystko, na szali postawi prawdę i swoją karierę piłkarską.


O piłce nożnej jak dotąd nie nakręcono żadnego naprawdę dobrego filmu. Podobał mi się jedynie serial animowany o Tsubasie. Na tle innych produkcji, jak choćby "Rudi i Curso", "Brat" wypada całkiem dobrze. Jednak i on jest zdecydowanie lepszy, kiedy mówi o braterskich więzach, niż kiedy  pokazuje piłkę nożną. Ta jest tutaj bardzo infantylna. Zresztą cały film jest trochę zbyt naiwny. Biorąc jednak pod uwagę, gdzie go kręcono, nie dziwi to. W końcu Wenezuelczycy potrzebują historii ku pokrzepieniu serc.

Ocena: 7

Paha perhe (2010)

"Wszystko zostanie w rodzinie" to rzecz o nieuchronności zdarzeń. Oto ojciec próbuje ze wszystkich sił powstrzymać syna przed popełnieniem czynu kazirodczego z dopiero co poznaną siostrą. Jednak sprawa nie jest taka prosta. Bowiem ojciec zaczyna swoją kampanię na długo zanim cokolwiek się wydarzy. Czy gdyby nic nie zrobił, relacja między bratem i siostrą pogłębiła się? A może właśnie jego obsesja pchnęła ich do siebie? Z drugiej strony być może ojciec wyczuł pismo nosem na długo przed swoimi dziećmi? Cokolwiek jednak uczyni, w jaką desperację nie wpadnie, niczego to nie zmieni.


Takie filmy to ja lubię! Pełen goryczy i pokiereszowanych bohaterów, a jednocześnie przezabawny na swój absurdalny sposób. Aleksi Salmenperä powoli wyrasta na mojego ulubionego fińskiego reżysera. Już "Męska robota" była dobra, a teraz przebił samego siebie. Podziwiam jego pomysł na postać ojca i to jak zagrał go Ville Virtanen. Ta desperacja granicząca z obsesją, ta pozorna obojętność i buzujące gdzieś w środku emocje. Oto kino, jakie mogę oglądać bez końca.

Ocena: 9

niedziela, 10 października 2010

Third Star (2010)

James ma 29 lat i wie, że nie dożyje kolejnych urodzin. Jego świat z każdym kolejnym dniem staje się coraz mniejszy zawłaszczany przez ból, którego nie da się opisać, a który zgasić może tylko morfina, i to też ledwie na chwilę. Wybiera się więc w swoją ostatnią podróż, do miejsca, które kocha najbardziej. W drodze towarzyszy mu trójka przyjaciół.


"Trzeci gwiazda" to opowieść o umieraniu do bólu sztampowa i przewidywalna. Nawet zakończenie jest od początku pewne dla każdego, kto widział parę filmów o podobnej tematyce. Powinienem więc z góry film przekreślić. Tak się jednak nie stało. A zasługę za to przypisać mogę reżyserce-debiutantce Hattie Dalton. To ona nasyciła obraz emocjami i tymi radosnymi i tymi smutnymi, z którymi nawet w wygodnym kinowym fotelu trudno się skonfrontować. Dalton z wyczuciem pokazuje rozterki przyjaciół, cierpienie, tęsknotę i rozgoryczenie Jamesa. Scena, kiedy James zwija się z bólu, a jego przyjaciele desperacko szukają leków jest naprawdę wstrząsająca i to pomimo oczywistego faktu, że ma ona wyłącznie instrumentalny charakter – ma uzasadnić to, co nastąpi potem. Dodatkowym plusem jest ścieżka dźwiękowa, która dobrze komponuje się z ogólnym tonem obrazu.

A zatem, choć film jest wtórny, zrealizowany według podręcznikowego wzorca, to mimo wszystko nie pozostałem na niego obojętny i za to przede wszystkim otrzymuje ode mnie tak wysoką ocenę.

Ocena: 8

(2010) המשוטט

Nie do końca wiem, co sądzić o tym filmie. Z jednej strony spodobała mi się historia chłopaka, który żyje w środowisku, w którym emocje i namiętności trzymane są na krótkiej smyczy. Przeszłość jego rodziców skrywa całun milczenia, ale wpływa ona nawet na chłopaka. On sam cierpi na zaburzenia, które mogą wstrząsnąć posadami jego tożsamości. Jednak jedyną formą ekspresji jego wędrówka bez celu po mieście. Nic dziwnego, że prędzej czy później musiał pęknąć, musiał się wyżyć.


Z drugiej strony nie do końca przemawia do mnie forma opowieści, a w szczególności konstrukcja głównego bohatera. Pokazany został jak zombie. Jego chód, sylwetka, zachowanie wszystko zdaje się być zaczerpnięte z filmów o żywych trupach. Przez to jednak całość sprawia wrażenie, jakby była to opowieść o kretynie, a nie o kimś żyjącym w niezwykłym napięciu emocjonalnym.

Spodobały mi się za to zdjęcia, zwłaszcza surowych, niemal sterylnie pustych pomieszczeń domu głównego bohatera. Te kadry mówią więcej niż wyrazić mogłaby setka słów.

Ocena: 6

The Imperialists Are Still Alive! (2010)

Stara, dobra szkoła kina niezależnego rodem z Nowego Jorku. Po części performance, po części ironiczna komedia, po części komentarz zastanej rzeczywistości. W sumie zaś film, który całkiem fajnie się ogląda. Cóż chcieć więcej?


"Imperialiści są wśród nas!" to spojrzenie na problem wojny z terrorem oraz konflikt izraelsko-arabski z punktu widzenia nowojorskiej bohemy. Główną bohaterką jest Asya, artystka konceptualna. Prowadzi spokojne żywot dzieląc czas pomiędzy swoich przyjaciół cele brytów, sztukę i wypada do modnych undergroundowych klubów. Jednak sprawy arabskie dotykają ją osobiście. Jej brat przebywa w bombardowanym przez Izrael Bejrucie, a jej dawny kochanek, a teraz przyjaciel i narzeczony jej przyjaciółki zaginął, prawdopodobnie porwany przez CIA. Asya nic w zasadzie nie może zrobić, poza mnożeniem spiskowych teorii dziejów i wyrzucaniu sobie, że nic nie robi. Prowadzi to do czasem gorzkich a czasem zabawnych sytuacji.

Zeina Durra ma wyczucie komedii. Wie jak wpleść zabawne sceny w poważne tematy. Doskonale bawi się materią kina niezależnego, choć moim zdaniem zbyt defensywnie podchodzi do performance'ów, za mocno dystansując się od sztuki-nie sztuki. Plus dla niezłej ścieżki dźwiękowej.

Ocena: 7

Incendies (2010)

Kiedy zobaczyłem, że w programie WFF jest "Pogorzelisko" Denisa Villeneuve'a, byłe trochę zły na organizatorów festiwalu. Chciałem (i wciąż chcę) obejrzeć "Polytechnique" i wolałem, żeby właśnie tamten film pojawił się w programie imprezy. Po obejrzeniu filmu cała złość mi jednak przeszła. "Pogorzelisko" znakomite kino. Reżyser stworzył opowieść, której nie powstydziłby się żaden z dramaturgów starożytnej Grecji.


Śmierć nie zawsze jest końcem. Boleśnie przekonają się o tym bliźnięta Janine i Simon, kiedy usłyszą testament matki. Ujawnia w nim, że ich ojciec żyje, a co więcej, mają brata. Już samo to wystarczyłoby do podważenia świata, w którym żyje rodzeństwo. Kiedy jednak wyruszą na poszukiwania zaginionych członków rodziny, odkryją prawdę tak wstrząsającą, że pozostawi po sobie tylko pogorzelisko.

Adaptacja sztuki Wajdia Mouawada to przypowieść o gwałcie i ropiejących ranach duszy powstałych w wyniku wojny domowej, w tym przypadku wojny w Libanie. To obraz przejmująco smutny i gorzki, ale potencjalnie mogący być także formą oczyszczenia i nakłonienia do nowego początku. Czy jednak tak sponiewierane dusze, jak bohaterowie filmu, znajdą jeszcze siłę, by powstać i zacząć budować życie od nowa?

Ocena: 8

(2009) ابن بابل

Czasami nie trzeba wiele, by dotrzeć do widza. Czasem prosta historia robi większe wrażenie, niż majstersztyk zrealizowany w celu wywołania konkretnych emocji. Czasem po prostu trzeba obejrzeć film taki jak "Syn Babilonu".


Iracki kandydat do tegorocznych Oscarów to historia starszej Kurdyjki, która wraz ze swoim młodym wnuczkiem przemierza Irak w poszukiwaniu syna (ojca chłopaka). Akcja filmu rozgrywa się trzy tygodnie po obaleniu Saddama. Kiedy babcia z wnuczkiem wędruje do Nasirijji, gdzie ponoć przez ostatnie 12 lat przebywał syn/ojciec, Irak pogrąża się w chaosie. Komunikacja nie funkcjonuje, w oddali słychać strzały, miasta zamienione są w gruzowiska, a po ulicach przetaczają się wozy uzbrojonych Amerykańców. Lecz kobieta przyjmuje to ze stoickim spokojem. Jej wnuk jest zbyt energiczny, by zaprzątać sobie tym wszystkim głowę. Kiedy jednak dotrą do Nasirijji, rzeczywistość, która tak ignorowali, nagle ich dopadnie. Finałowa scena, w której kobieta w końcu daje upust swoim emocjom robi piorunujące wrażenie. Dzieje się tak właśnie dlatego, że kontrastuje to z jej wcześniejszym zachowaniem. W takiej sytuacji tylko prosta obserwacja przez kamerę dawała wrażenie intymności i prawdziwości. Bardzo prostymi środkami reżyser wytworzył niezwykle trudną emocjonalnie scenę, która dotknie wielu widzów do żywego. Mnie na pewno.

Ocena: 7

De la infancia (2010)

"Dzieciństwo" może odrzucać. Reżyser nie boi się sięgać po chwyty, które łatwo sklasyfikować jako "kicz". Wplecenie w bardzo wiarygodną historię wątków paranormalnych było posunięciem ryzykownym, lecz przynajmniej w moich oczach reżyser wybronił się, a duch i inne dziwaczne wizje podkreślają jedynie dysocjacyjny charakter doświadczeń młodych bohaterów.

A dysocjacyjne (i inne zaburzenia) to najmniejszy z efektów, jakich można się spodziewać po rodzinach, w jakich muszą egzystować. Na początku filmu jeden z bohaterów próbuje wmówić swojemu synowi (i nam, widzom), że ludzie dzielą się na tych, co są szczęściarzami i tych, którzy muszą o swoje walczyć. Zaś wyznacznikiem szczęścia ma być status materialny. Jednak dwie rodziny, które poznamy w filmie bliżej dzieli przepaść dobrobytu, przynoszą taki sam ból swoim dzieciom. Ojciec Francisco i Damasco to pijak, kobieciarz i kanciarz. Życie u jego boku to chaos i wieczna niewiadoma. Raz bywa kochany i prawie czuły, innym razem brutalny, nieprzewidywalny, a czasem niebezpieczny. Max, ojciec kolegi Francisco ze szkoły, również wydaje się sympatyczny. Ale wystarczy spojrzeć na blizny na rękach jego córki, by domyślić się, że coś jest bardzo nie tak w jego domu.

Film pewnie obroniłby się nawet wtedy, gdyby pozbawiono go całego tego paranormalnego sztafażu. Ale wtedy nie mógłby zobaczyć wizji kościoła, w którym dosłownie rozumie się słowa "ciało Chrystusa". A jest to chyba najlepsza scena w całym filmie.

Ocena: 7

Aardvark (2010)

Larry może nie jest Zatoichim, ale to wcale nie znaczy, że jest mniej niebezpieczny. Kiedy go poznajemy, wydaje się sympatycznym facetem, spokojnym, niewadzącym nikomu. Do tego jest alkoholikiem. I rzecz jasna jest ślepy. Obserwujemy go, kiedy zaprzyjaźnia się z instruktorem jujitsu, a przez niego i z pewną striptizerką. W tym momencie "Mrówkojad" będzie po prostu jednym z tych prostych filmów o zwyczajności ludzi nie do końca zwyczajnych. Potem jednak następuje tragedia i film nabiera rozpędu.

Aardvark trailer from Naked Faces on Vimeo.


Niestety końcówka, choć udana pod względem absurdu, trochę rozczarowuje. Sprawia bowiem wrażenie, jakby reżyser zniecierpliwił się sobą samym i na siłę wymusił dramat tylko po to, żeby nie musieć się męczyć z powolną narracją. A mnie właśnie to się podobało. Jak chwilami wchodzimy w skórę ślepego Larry'ego, jak widzimy go w towarzystwie przyjaciół i jak na jego relację z instruktorem reagują inni.

Reżyser ma tez u mnie dużego plusa za wątek polski, choć "prawdziwi patrioci" raczej filmu nie powinni oglądać, bo zsinieją z oburzenia.

Ocena: 6

sobota, 9 października 2010

Jo pour Jonathan (2010)

Przez 2/3 filmu "Jo jak Jonathan" to całkiem ciekawy film opowiadający o dwóch braciach. Jonathan jest młodszy od Thomasa i zapatrzony w niego jak obrazek. Chce być tak dorosły jak tamten, więc kręci się wokół niego, kiedy tylko ma okazję. Thomas ma czasem dość Jonathana, zwłaszcza kiedy chce być sam na sam ze swoją dziewczyną.

Potem jednak następuje dramatyczna scena, a po niej wieje już tylko nudą. Niby Jonathan ma do podjęcia dramatyczną decyzję, ale na ekranie z tego dramatu nic nie zostaje. Ja niecierpliwie czekałem na koniec, który wciąż był przeciągany długimi, milczącymi scenami pozbawionymi sensu. Szkoda tak banalnego zakończenia dla historii, która miała potencjał.

Ocena: 5

Alting bliver godt igen (2010)

Napisz bolesną historię. Wiem, że potrafisz - te słowa (lub podobne) do głównego bohatera kieruje prawie na samym początku filmu jego "kobieta ze snów" (na to określenie odpowie: A co się ze mną stanie, kiedy się obudzisz? - cudowny tekst, prawda?). I rzeczywiście Jacob sięgnie do źródeł bólu i opowie przejmującą historię duńskiego tłumacza, który był świadkiem straszliwych wydarzeń, a teraz musi uciekać przed służbami wojskowymi. Potrącony, ostatkiem sił wskazuje osobie, która go potrąciła, torbę. W niej znajdują się zdjęcia, dowody zbrodni popełnianych przez Duńczyków na Bliskim Wschodzie.


Czy aby na pewno Jacob opowiada tę historię? Może zdarzyła się ona naprawdę? Może ruszony poczuciem winy, a jednocześnie zainspirowany, wykorzysta historię tłumacza we własnym filmie? Granica między jawą a snem zaciera się. Jacob popada w szaleństwo, odkrywa spiski, w które zaplątani są wszyscy.

To niesamowite, ale Boe znów zrobił świetny film. Choć przecież "Wszystko będzie dobrze" to nic więcej jak "Rekonstrukcja 4" ("Allegro" było "Rekonstrukcją 2", a "Offscreen" "Rekonstrukcją 3"). Tym razem jednak reżyser był znacznie bardziej łaskawy dla widzów i w przeciwieństwie do mistrzowskiej "Rekonstrukcji" wprowadził epilog, w którym wyjaśnia całą sytuację. Choć sceny w Pradze są piękne i wzruszające, to ich wyjaśniający charakter jest zupełnie niepotrzebny. Baczny obserwator jest w stanie odkryć prawdę już przy drugim telefonie. Trochę szkoda, że Boe zamyka drogi interpretacji. Mimo wszystko, film jest piękny i sugestywny.

Ocena: 8

piątek, 8 października 2010

Сынок (2009)

Filmy takie, jak "Synek" denerwują mnie. Uwydatniają bowiem ślepotę twórców, którzy podążają za własną wizją, kurczowo trzymają się scenariusza, a przez to nie zauważają, że gdzieś z boku powstaje całkiem interesująca historia. Tak jest tutaj, gdzie reżyserce tak bardzo zależało na pokazaniu relacji ojciec-syn, że zignorowała sprawę morderstwa. A to właśnie ten wątek przynajmniej mnie zaintrygował najbardziej.


Spodobało mi się to, w jaki sposób reżyserka opowiada o morderstwie. Znaleziono zwłoki i zaczyna się śledztwo, Podejrzanym jest młody Andrei. Kolejne sceny nie rozwiewają wątpliwości. Z jednej strony wydaje się zupełnie niewiarygodne, by chłopak popełnił morderstwo. Z drugiej strony jest coraz więcej poszlak, które obciążają właśnie jego. Spodobało mi się to, jak pokazano wywiady dziennikarza z kolegami i koleżankami Andrieja. Spodobali mi się w ogóle dziennikarze. Spodobała mi się też postać adwokatki, która beszta ojca za to, że ten tak szybko odrzuca możliwość, że syn jest szalony. Niestety reżyserka kończy wątek na odczepnego, czym przekreśla cały potencjał.

Oczywiście główny wątek, ojca, który jest aż za bardzo oddany synowi, przez co go tłamsi i odpycha od siebie, też jest ciekawy. Zwłaszcza że postać ojca jest niejednoznaczna. Czy jest gejem? A może osobą aseksualną? A może jest zwyczajnie prostym i nudnym człowieczkiem? To wszystko jest intrygujące, ale dla mnie mimo wszystko nie aż tak ciekawe.

Ocena: 6

Robert Mitchum est mort (2010)

Przez długi czas wydawało mi się, że film będzie mi się podobać. Jest to przecież historia o życiowych rozbitkach, postaciach dziwnych, odbiegających od tego, co uznajemy za "normalne". Jeden to cierpiący na bezsenność aktor, drugi to jego menadżer, sam będący niespełnionym artystą, który nie będzie bał się sięgnąć po broń, by osiągnąć swój cel. Lubię takich bohaterów. Niestety w tym przypadku nie sprawdzili się.


Wydaje mi się, że zawinili sami twórcy. Ich poczucie humoru daleko odbiega od mojego i choć miejscami absurdalne sceny były fajnie pomyślane, to jednak niewiele w sumie tego się znalazło. W filmie jest też sporo goryczy i smutku. To także lubię, ale Francuzi to nie Skandynawowie i choć bohaterowie wybierają się do Norwegii, aż za koło polarne, to i tak nie zdołali nasiąknąć skandynawską mentalnością. Poszczególne elementy są ok, ale źle dobrano proporcje.

Ocena: 5

Vikingo (2009)

Ten film nie ma większej wartości. Poza kręgiem festiwalowym w ogóle by nie zaistniał. Tylko festiwale dają szansę, że ktokolwiek film zobaczy. "Wiking" to czysta amatorka. Aktorstwo zerowe, technika ledwie podstawowa. Jedyne co ten film pokazuje, to pasję tych, którzy chcą bawić się w kino wbrew zdrowemu rozsądkowi. I za to ma reżyser u mnie duży plus.


Sama fabuła niestety taka sobie. Choć, o dziwo, trzyma się kupy. Gdyby nakręcili to ludzie z większym doświadczeniem i talentem, pewnie wyszłoby z tego coś naprawdę ciekawego. A tak, to oglądałem to wyłącznie jako ciekawostkę etnograficzną, paradokument, który pokazał mi od środka społeczność argentyńskich fanów motorów.

Ocena: 4

czwartek, 7 października 2010

The Singularity Is Near (2010)

"The Singularity Is Near" ma bardzo fajny temat i dlatego po film sięgnąłem, ale jego rzeczywista wartość okazała się tkwić gdzie indziej. Ten dokument to propaganda w najczystszej postaci, ale propaganda z rodzaju tych, jakie nie są w Polsce znane. Jest to bowiem naukowe kazanie, prorokujące nadchodzącą zmianę cywilizacyjną. I właśnie jako przykład amerykańskiego sposobu "rozprzestrzeniania dobrej nowiny" potraktowałem ten film i tak go odebrałem.

A sama treść. Owszem jest ciekawa. Pojęcie "singularity" i wizja przyszłości, kiedy skok technologiczny wykroczy poza możliwości wyobrażeniowe współczesnego człowiek to wizja kusząca. Jednak nie do końca mnie przekonała. Twórcy w cudowny sposób unikają problematycznych kwestii, udają wręcz, że ich nie ma, ale nie są w stanie powstrzymać widzów (a przynajmniej mnie) od stawiania pytań.

Ocena: 6

środa, 6 października 2010

Un homme qui crie (2010)

Tak naprawdę sięgając po ten film niewiele o nim wiedziałem poza tym, kto jest jego reżyserem. Pewnie podobnie ma większość osób w Polsce (no, większość raczej nie wie nawet tego, kim jest reżyser). A szkoda, bo "Krzyczący mężczyzna" to film niezwykle intrygujący.


Ten film opowiada o dramacie, jakim jest ludzka ignorancja i zadziwiająca umiejętność do koncentrowania uwagi wyłącznie na sobie. Głównym bohaterem jest pracownik pewnego hotelu. W kraju toczy się wojna domowa, ale dla niego istnieje ona jako informacyjny szum gdzieś na trzecim planie. Znacznie bardziej interesuje go to, co dzieje się w hotelu. A tam jakby inny świat, choć wcale nie bardziej spokojny. Zmienił się właściciel i większość personelu została zwolniona lub przeniesiona na inne stanowiska. Również główny bohater musi pożegnać się z pracą, którą kochał przez ostatnie trzy dekady. Jego miejsce zajął jego syn, co zamiast napawać go dumą, jeszcze bardziej go zabolało. Zrobi więc wszystko, by wyeliminować konkurenta. Zbyt późno obudzi się i dostrzeże świat taki, jakim jest.

Ten film przypomina mi "Bolero" Ravela. Na początku oglądamy pojedynczy wątek, a temat główny jest cichy, gdzieś na granicach naszej percepcji. Z każdą kolejną minutą jednak nabiera siły, aż w końcu eksploduje brzmieniem pełnej orkiestry.

Ocena: 7

wtorek, 5 października 2010

Край (2010)

Gdyby układał program na lekcje wiedzy o kinie, to z całą pewnością włączyłbym do programu seans "Na końcu świata". Jest to bowiem doskonała lekcja poglądowa pokazująca, że dobry film nie musi być dziełem sztuki.



Uchitiel skonstruował rzecz z najlepszych elementów. Mamy wiec kręcone z rozmachem zdjęcia, dobrą grę aktorska. Fabuła to opowieść uniwersalna o szukaniu siebie, pełna osobistych tragedii, uporu i skomplikowanych relacji międzyludzkich. Niejednoznaczne uczucia, krwawa przeszłość i happy-end okupiony tragedią. Niezły zestaw.

Jednak "Na końcu świata" nie jest artystycznie filmem wybitnym, nie jest nawet dobrym. Za połyskującym blichtrem kryje się pustka i wyrachowanie. Reżyser opowiada historię, ale nic nią nie przekazuje. Chyba że za przekaz wziąć wyświechtane frazesy i dawno zdewaluowane prawdy. Wartością filmu jest właśnie jego powierzchowność. Uchitiel bardzo się postarał. Jest jak doświadczony wyrobnik. Może nie ma za grosz wyczucia indywidualizmu, ale za to jego rzeczy są solidne, trwałe i zaspokajają podstawowe poczucie estetyki.

Ocena: 7

poniedziałek, 4 października 2010

Le fil (2009)

Ostatnio miałem okazję obejrzeć trochę filmów o gejach w konserwatywnych środowiskach żydowskich. Nie mogłem zatem przepuścić okazji do obejrzenia podobnej historii tyle że rozgrywającej się w środowisku muzułmańskim. "Nić" niestety nie do końca spełniła moje oczekiwania.


Podstawowym problemem filmu jest to, że stara się być zbyt wieloma rzeczami na raz. Jest to zatem dramat obyczajowy o dwóch Arabach, którzy sporą część życia spędzili we Francji, ale odnaleźli się w Tunezji. Ich związek rozkwita w sposób zaskakująco łatwy i pozbawiony zgrzytów. O problemach mówi się jakby przelotnie, na drugim planie. Jest jedna scena, gdzie pojawia się coś na kształt prawdziwych kłopotów, ale w rzeczywistości jest to miłosna bajka, zbyt ułagodzona i naiwna. Do tego lepiej wypada, kiedy już dwójka bohaterów jest ze sobą, niż wtedy, kiedy dopiero wzajemna fascynacja się rodzi.

Jest to też dramat rodzinny. O śmierci i jej wpływie na życie tych, którzy przetrwali. Tu podoba mi się postać matki, w szczególności w scenie rozmowy z nieżyjącym mężem. Ale temat ten jest tłem, a przez to nie został w pełni wykorzystany. Podobnie zresztą jest też i z alegoryczną częścią filmu, która zdaje się być najważniejsza. Jednak owa nić nie została właściwie wykorzystana. Jej symbolika jest zbyt oczywista, a do tego brakuje ewolucji stosunku głównego bohatera do nici w zależności od zmieniającej się sytuacji w życiu osobistym.

W sumie "Nić" okazała się dość przeciętną rozrywką. Da się to obejrzeć, zwłaszcza za sprawą Claudii Cardinale i Salima Kechiouche'a, ale nie ma żadnych szans, bym za rok o filmie pamiętał.

Ocena: 6

sobota, 2 października 2010

Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole (2010)

Po "Watchmen" z dużym sceptycyzmem zacząłem podchodzić do Zacka Snydera. Jego reżyserski manieryzm zaczął ocierać się o śmieszność. Idąc na "sowy" byłem przekonany, że czeka mnie spore rozczarowanie. I pewnie dlatego film tak bardzo mnie zaskoczył. To zdecydowanie najlepszy film Snydera, który zaostrza apetyt na "Sucker Punch".


"Sowy" zwracają na siebie uwagę już wizualną stroną. Warner filmem tym rehabilituje się za blamaż związany z 3D "Starcia Tytanów", który był powszechnie krytykowany. Tu nikt nie powinien powiedzieć złego słowa. Animacja jest przepiękna, zachwyca i konstrukcja postaci i dbałość o detale. 3D jest bardzo dobrze wkomponowane i przyjemne dla oka.

Sam w sobie film jest prawdziwą baśnią. Nie disnejowską bajeczką, ułagodzoną i tak słodziutką, że chce się rzygać. Snyder nie bał się mrocznych tonów, przez co film miejscami jest dość brutalnych i do tego porusza dość ważne, uniwersalne tematy. Mamy więc wątek rodzinnej zdrady, który już dawno w produkcji bądź co bądź familijnej nie został w taki potraktowany. Mamy też przemoc, która z jednej strony jest pokazana w sposób bardzo atrakcyjny, ale z drugiej strony pokazane są też jej koszty, postać podstarzałego herosa, który z dużą dozą cynizmu patrzy na entuzjazm innych w chwytaniu za broń. On wie, że wojny czasem nie da się uniknąć, lecz to wcale nie znaczy, że przestaje być złem.

W "Sowach" roi się od bardzo 'snyderowych' scen, które w kinie aktorskim chyba by nie przeszły. Zwolnione tempo, fetyszyzacja kasty wojowników – zupełnie jak w "300". Snyder balansuje na granicy pastiszu i kiczu, ale jednak w animacji się wybronił. "Legendy sowiego królestwa" okazały się jedyną obok "Jak wytresować smoka" animacją 3D w tym roku, którą naprawdę warto zobaczyć.

Ocena: 8

Ps. Nie zrozumiem MPAA. Jakim cudem film otrzymał kategorię PG.

Pps. Film ma u mnie duży plus za Dead Can Dance

Ppps. Polski dubbing jest dobrze zrobiony, ale chętnie obejrzałbym w wersji oryginalnej.