wtorek, 30 listopada 2010

Easy A (2010)

Cóż, gdyby wgryźć się w ten film, to pewnie okazałoby się, że nie ma w nim zbyt wiele. Ale tym razem nie mam ochoty. Podobała mi się powierzchowność, kilka fajnych tekstów i ogólnie lekki, sympatyczny ton całości. Emma Stone nie wygląda na licealistkę i może nie jest najzabawniejszą dziewczyną, ale za to ma wsparcie w reszcie obsady. Mnie najbardziej spodobali się Tucci i Clarkson jako rodzice głównej bohaterki.


To pierwszy film Glucka, który oglądam ale zapewne nie ostatni. Nie jest on może mistrzem komedii, ale ma poczucie humoru i wie, jak opowiadać niezobowiązujące historyjki. Oczywiście niby jest w tym wszystkim drugie dno, przypowieść o podwójnej moralności i tolerancji, ale chyba nawet Gluck i spółka nie bardzo wierzą w moralizatorstwo i można sobie spokojnie darować to "drugie dno".

Ocena: 7

Darfur (2009)

Wieść gminna niesie, że po Uwe Bollu należy spodziewać się wszystkiego najgorszego. Moje doświadczenia z jego twórczością są zupełnie inne. Poza "Seed" wszystkie jego filmy jakie widziałem były dobre albo bardzo dobre. Z ciekawością więc sięgnąłem po ten film zatytułowany "Darfur". Ku mojemu zdumieniu obraz okazał się zaskakująco konwencjonalny. Wydaje się, że tym razem Boll trochę się przestraszył tematu i nakręcił rzecz, którą tak naprawdę mógł zrobić każdy.


Struktura filmu jest standardowa. Najpierw grupa dziennikarzy jedzie do wioski w Darfurze, by przepytać mieszkańców na okoliczność działalności Dżandżawidzów. Potem przyjeżdżają Dżandżawidzi i biali uciekają zostawiając wioskę na pastwę okrutnych partyzantów. Kolejne zwroty akcji są także do przewidzenia. "Darfur" nie mówi tak naprawdę nic o konflikcie. Dżandżawidzi są tu jedyną "złą" siłą, ale konflikt został tu bardzo uproszczony jedynie do kwestii rasowej "Arabowie" kontra "Afrykańczycy". Niestety Boll nie wyściubił tym razem nosa poza oczywistości.

Całość została sprawnie nakręcona. Choć sceny masakr estetyką za bardzo przypominają strzelanki wideo. Za to zaskakująco dobrze wypadł Boll w scenach pełnych wrażliwości i delikatności z pierwszej 1/3 filmu.

Ocena: 6

niedziela, 28 listopada 2010

Segunda piel (1999)

Po film sięgnąłem skuszony obsadą. Wystąpiła tu sama śmietanka hiszpańskiego kina, moi ulubieńcy i ulubienice. Mogłem więc spodziewać się interesującej fabuły. Niestety na nadziejach się skończyło. "Segunda piel" okazał się całkowitą pomyłką.


Winę za to ponosi Gerardo Vera. To on do spółki z kompozytorem położyli ten film. W jednej z ostatnich scen główny bohater filmu Alberto wypowiada kluczową kwestię o tym, jak to nawet gdyby chciał, to nie potrafi przestać kłamać, kryć się. Kiedy słuchałem tego pomyślałem, że wiem, czym mógł być ten film, ta tragiczna historia człowieka rozdartego pomiędzy dwojgiem osób, z których każda go kocha. Niestety na ekranie panuje chaos, z którego przebija się irytująco sentymentalna muzyka ze smyczkowym tematem wartym jakiegoś kostiumowego melodramatu. Chaotyczny montaż sprawia, że całość nie trzyma się kupy. Wątki przeskakują, bohaterowie to znikają to się pojawiają. Niektóre sceny nie mają większej racji bytu. "Segunda piel" to zmarnowany materiał. Mógł być intensywnym dramatem psychologicznym, a stał się nudą, którą bronią jedynie dobrzy aktorzy (choć nikt z nich nie jest tu w życiowej formie).

Ocena: 5

माय नेम इज़ ख़ान (2010)

Mam mieszane uczucia co do MNIK. Ten film jest zbyt zachodni, za mało w nim Bollywoodu. A jednocześnie pozostał całkowicie naiwnym obrazkiem, bajką o tym, jak to ludzie są (w większości) z natury dobrzy. MNIK próbuje pogodzić dwie skrajne koncepcje: wielkiego chwytającego za serce widowiska i poważnego dramatu. I nie do końca się to udaje, a w każdym razie nie aż tak dobrze, jak w konkurencyjnym bollywoodzkim filmie podejmującym temat terroryzmu "New York".


To, co w filmie razi, to naiwność w konstrukcji postaci. Jak pokazał "New York" można nawet w mainstreamowym kinie bollywoodzkim zniuansować bohaterów. Z drugiej strony Karan Johar jest mistrzem w konstruowaniu scen wzruszających. Niezdarne próby adorowania Mandiry przez Rizvana, czy wszystkie sceny w miasteczku w Georgii. Są piękne i niejedna osoba będzie na nich pochlipywać.

Fajnie było znów zobaczyć razem Kajol i Shahrukh Khana. Szkoda jednak, że nie jest to film na miarę ich wcześniejszych wspólnych przebojów.

Ocena: 7

sobota, 27 listopada 2010

Across the Hall (2005)

Ponieważ spodobała mi się pełnometrażowa wersja "Across the Hall", postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość i obejrzeć krótkometrażówkę, na której bazie film powstał. I rzeczywiście podobieństwo jest uderzające. W wersji ostatecznej pozostało sporo niezmienionych dialogów a nawet całych ujęć. To sprawia dziwne wrażenie, zwłaszcza jeśli oglądało się to w odwrotnej kolejności.


Mnie jednak bardziej spodobała się wersja ostateczna. I nie chodzi mi tu o zmiany w końcówce (tu akurat short jest bardziej konsekwentny), a o atmosferę. Narracja jest w krótkometrażówce liniowa i zabrakło w niej tej specyficznej hotelowej atmosfery, którą przesiąknięty jest pełny metraż. A właśnie ów klimat tak bardzo mi się spodobał. Tu liczy się pomysł, który jest niezły ale też wcale nie aż tak oryginalny. Trójkąty naprawdę wałkowane były już na wszystkie możliwe sposoby.

Ocena: 6

À l'intérieur (2007)

Nie jestem zwolennikiem francuskich horrorów. W większości przypadków stosunek krwawych scen do nudy jest niesatysfakcjonujący. Tak na szczęście nie jest w przypadku "À l'intérieur". Ekspozycja i przygotowanie sceny dla krwawego widowiska zostało tu maksymalnie skondensowane w czasie. W rezultacie otrzymałem niezwykle intensywny koszmar pozornie bezsensownej przemocy, za którą kryją się głębokie traumy i pierwotne pragnienia.


"À l'intérieur" to imponujący debiut. Każda scena wydaje się być dopracowana do najdrobniejszego detalu. Napięcie cały czas utrzymuje się na najwyższym poziomie. To, co robi wrażenie to zdolność do zbudowania naprawdę brutalnych sytuacji przy jednoczesnym zachowaniu cichej, spokojnej przedświątecznej atmosfery.

Nie wszystkie rozwiązania były równie udane. Niektóre decyzje dotyczące montażu dźwięku uważam za dziwaczne i nie do końca zrozumiałe. Trochę za bardzo sobie pofolgowali, przez co chwilami chciało mi się śmiać, kiedy krwawym cięciom towarzyszyła beznadziejna muzyka czy efekty dźwiękowe. Za to wybór Dalle do roli psychopatki był jak najbardziej trafny. Nie dość, że potrafi ona samym spojrzeniem zmrozić człowieka, to w tym samym ujęciu potrafi wywołać sympatię i zrozumienie. To nie jest maszyna do zabijania i jakkolwiek trudno zaakceptować jej metody, to jednak jej dążenia nie są aż tak absurdalne, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

Ocena: 7

Across the Hall (2009)

Zarys historii "Across the Hall" nie jakoś szczególnie powalający. To opowieść o zdradzie w związku i tragicznych tego konsekwencjach. Było to wałkowane w kinie na milion różnych sposobów. Reżyser Alex Merkin postanowił zatem nie tyle zająć się fabułą (co przecież zrobił już w krótkometrażówce pod tym samym tytułem), ile sposobem narracji. I był to strzał w dziesiątkę.


Zaburzenie linii czasowej już wprowadza zamieszanie podobne do tego, jakie czują bohaterowie. Opowieść o dwóch przyjaciołach i dziewczynie zaczyna nabierać rumieńców, spogląda się na nią zupełnie inaczej. Jednak to, co Merkinowi udało się najlepiej to zbudowanie atmosfery tego starego hotelu, który swoje lata świetności ma już za sobą, ale jeszcze się trzyma. Niejedno widział, zatem jest doskonałym miejscem na jeszcze jedną zbrodnię namiętności. Fantastyczne, prawie lynchowskie klimaty sprawiają, że nawet naiwność rozwiązań fabularnych nie przeszkadza w cieszeniu się z filmu.

"Across the Hall" chyba wielkiej furory w Stanach nie zrobiło. A szkoda, bo to naprawdę niezły thriller. Teraz zapamiętany zostanie głównie jako jeden z ostatnich filmów Brittany Murphy. Spodobał mi się w tym filmie Danny Pino. Z brodą, pogrążający się w szaleństwie złamanego serca i przyjacielskiej zdrady, wypada rewelacyjnie. Przywodzi mi na myśl Dane'a Cooka, który także mocno odszedł od swojego emploi w filmie "Mr. Brooks". W przypadku Cooka okazał się to jednorazowy wybryk. Mam nadzieję, że Pino nie pójdzie tą samą drogą.

Ocena: 7

Make the Yuletide Gay (2009)

Czy mógł mi się nie spodobać film, który w połowie składa się z sexual innuendos, a co trzecie zdanie to punch line? Oczywiście, że nie. Co prawda aktorzy nie zawsze potrafią odpowiednio zaprezentować przezabawne teksty, a chwilami naprawdę brakowało śmiechu z offu, ale i tak oglądając śmiałem się nie raz i nie dwa razy.


Niestety poza zabawnymi dialogami film ma niewiele do zaoferowania. To ciepła, sympatyczna komedyjka, ale nic ponadto. Raz można obejrzeć, drugi raz już tylko przewija się od jednej kwestii do drugiej. Plusem jest aktorstwo. Nie, to nie są jakieś rewelacyjne kreacje. Zostali jednak dobrze dobrani do ról. Keaton jako matka jest pełna życia. Jordan i Ruggiero fajnie wyglądają razem. Arngrim jako rozwiązła sąsiadka była przezabawna.

Ocena: 6

piątek, 26 listopada 2010

Easier with Practice (2009)

Lubię takie kino: skromne, ciche, ale przemyślane, z genialną pointą. To opowieść o introwertykach, którzy niekoniecznie odnajdują się w świecie szarej codzienności. To opowieść o samotnikach, którzy pragną kontaktu z drugą osobą. Żyją więc w światach iluzji, które są tak satysfakcjonujące, że chcieliby je przenieść do rzeczywistości. Niestety konfrontacja z prawdą może być naprawdę szokująca...


"Easier with Practice" to debiut reżyserski Kyle'a Patricka Alvareza, który słusznie został nagrodzony "niezależnym Oscarem" jako ktoś, kogo trzeba obserwować. Jeśli pierwszy film jest tak przemyślany, tak dopracowany i wypieszczony, to można spodziewać się naprawdę sporo po kolejnych obrazach, kiedy nabierze doświadczenia i filmowej ogłady. Fakt, że w tym filmie pomogło mu życie (opowieść inspirowana jest prawdziwymi zdarzeniami), tylko w niewielkim stopniu umniejsza jego zasługi. Wielu twórców inspiruje się życiem, ale potem dochodzi do błędnego wniosku, że to za mało i na siłę próbują "ulepszyć" historię. Tu udało się zachować szczerość, a przynajmniej jej pozory.

Ocena: 7

Fruit Fly (2009)

Kino ekstremalnie niezależne opowiadające o grupie artystów mieszkających w jednym domu w San Francisco. Nie jest to historia jakoś specjalnie oryginalna czy nawet angażująca. Całość przywodzi na myśl przedstawienie teatralne z off- off- off-.


Twistu całości dodaje fakt, że jest to musical. Piosenki w większości nie są nawet takie złe, a "Fag-hag" jest nawet fajna. Niestety brak pieniędzy sprawia, że instrumentalnie całość przypomina jakąś wiejską potańcówkę niż musical pełną gębą. Poza tym śpiewająca główną rolę L.A. Renigen albo ma słaby głos albo nie wykorzystuje go w pełni.


Ocena: 5

The Experiment (2010)

Wow. Zupełnie nie dziwi mnie to, że Sony zdecydowało się zepchnąć ten film bezpośrednio na rynek DVD. Niepomiernie mnie za to dziwi fakt, że Paul Scheuring w ogóle zdołał "The Experiment" nakręcić. Czy ktokolwiek w Sony czytał scenariusz, czy dopiero po obejrzeniu całości zrozumieli, że tak rasistowskiego, skrajnie prawicowego filmu nie da się wprowadzić do kin, a już z całą pewnością nie za rządów Obamy?


"The Experiment" pokazuje bowiem co się stanie, jeśli do władzy dorwie się "czarnuch". Spokojny Barris zostaje przywódcą strażników, staje na straży reguł eksperymentu i... zmienia się w totalnego psychopatę niczym któryś z afrykańskich dyktatorów. Jednak twórcy poszli jeszcze dalej i kiedy dochodzi do ostatecznej konfrontacji, Barrisowi przeciwstawia się m.in. członek bractwa aryjskiego, czyli rasista (no może były) jest "dobry" a Afroamerykanin jest zły. Warto też zauważyć, że pierwszy konflikt, od którego wszystko się niejako zaczyna, został wywołany przez innego czarnoskórego bohatera, który rozkwasił gębę (przypadkowo) jeszcze innemu czarnoskóremu bohaterowi.

"The Experiment" przestrzega też przed lewakami, new-age'owcami i pacyfistami. Okazują się mąciwodami, a kiedy przychodzi co do czego to właśnie oni prowadzić będą do eskalacji konfliktu, zamiast propagować porozumienie, negocjacje i pokój. Takim lewakiem jest Travis, który staje się nieoficjalnym przywódcą więźniów. Swoim zachowaniem będzie zaogniał i tak napiętą atmosferę, aż w końcu pośrednio przez niego jedna osoba zginie. Travis stanie wtedy na czele rewolucji mającej na celu obalenie zastanego porządku.


Żeby nie było, że dostaje się tylko politycznej poprawności i ruchom lewicującym. "The Experiment" jest też obrazem w pewien sposób antyreligijnym. Bóg (reprezentowany przez badaczy) to Bóg nieobecny. Można się do niego modlić, można błagać, ale nic to nie daje. Bóg pozostaje niemy. Dopiero kiedy przekroczone zostaną wszelkie granice, dopiero wtedy działa w jedyny możliwy sposób – dokonując końca.

Ocena: 6

czwartek, 25 listopada 2010

Un barrage contre le Pacifique (2008)

"Un barrage contre le Pacifique" to adaptacja klasycznej powieści, której akcja osadzona została w latach 30. ubiegłego wieku w Indochinach. Opowiada o wdowie, która próbuje utrzymać swój majątek i dwójkę już prawie dorosłych dzieci przy sobie. Jednak naprawdę jest to historia Indochin i genezy konfliktów zbrojnych, jakie będą wstrząsać tym krajem przez kolejne pół wieku. Oczywiście diagnoza nie jest zbyt trudna. To same władze kolonialne sprawiły, że ludność tubylcza w końcu się przeciwko nim obróci. To również kolonialne stoją za rozłamem na Wietnam północny i południowy i w konsekwencji za wojną wietnamską. Bohaterka jawi się tu jako prorok, którego nikt nie słucha, a który przestrzega przed brutalną przyszłością.


Film to stylowa adaptacja. Piękne widowisko z kilkoma znakomitymi kreacjami aktorskimi. Jednak brakuje w tym wszystkim czegoś wyjątkowego, drapieżnego, co pozwoliłoby obrazowi wybić się ponad przeciętność i pozostać zapamiętanym na dłużej. Aktorsko choć dobry, nie jest aż tak dobry. A reżysera jest bardzo przeciętna, pozbawiona wizji, indywidualnego charakteru. W rezultacie najlepiej wypadł wątek pana Jo, a to co najistotniejsze zostaje podane w nazbyt łopatologiczny sposób. Przez to czuć, że materiał został niestety zmarnowany.

Ocena: 6

Il compleanno (2009)

Biedni są bohaterowie filmu Marco Filibertiego. Raz wsadzeni w kierat pewnego trybu życia, pozostają jego niewolnikami na zawsze. Kiedy próbują się szamotać, stają się śmieszni, stają się bohaterami wagnerowskiej opery, fantazją na kozetce psychoterapeuty. A jeśli mimo to spróbują wyrwać się z pęt, sprowadzą tragedię, która niczym wybuch w centrum miasta, ofiarami uczyni nie tylko ich samych, ale też tych, którzy znajdą się wokół.


"Il compleanno" nie jest filmem udanym. Tak naprawdę nigdy nie wychodzi poza koncept. Postaci są zbyt stateczne, niczym manekiny o określonych etykietkach osobowościowych. To, że w ogóle widać w nich ludzi jest zasługą nie reżysera a doświadczonych aktorów. Gassman, de Medeiros, Cescon, a przede wszystkim Massimo Poggio starają się jak mogą i do pewnego stopnia im się to udaje. Niestety wszystko psuje Thyago Alves, który nie bardzo rozumiem dlaczego został zatrudniony. Przystojnych facetów jest przecież dostatek, można więc było wziąć kogoś, kto zna chociaż podstawy aktorstwa.

Ocena: 5

Synecdoche, New York (2008)

Jeśli dla kogoś "Incepcja" była skomplikowana, ten niech lepiej nie bierze się za oglądanie "Synecdoche, New York". Nic z niej nie zrozumie. Tak jak u Nolana u Kaufmana rzeczywistość przypomina rosyjską babę-matrioszkę. W przeciwieństwie do Nolana granice pomiędzy kolejnymi warstwami są o wiele subtelniejsze, czasem naprawdę trudne do rozróżnienia. I to jest jeden z trzech największych atutów filmu.


Drugim jest bardzo, ale to bardzo specyficzne poczucie humoru, które bawi ale nie powoduje salw śmiechu. Jak choćby w scenie, kiedy przerażona córka-hipochondryczka dowiaduje się, że w jej ciele jest krew. Trzecim atutem jest genialna obsada. Hoffman raz jeszcze wspina się na szczyty aktorskiego kunsztu. Nie jest tam sam, spotyka tam chociażby wyśmienitą Hope Davis.

"Synecdoche, New York" to opowieść o życiu i umieraniu, to opowieść o śmierci będącej częścią życia. To subiektywna historia człowieka próbującego zrozumieć swoje własne istnienie. Opisać ten film w kilku słowach jest nie sposób. Trzeba zagłębić się w każdą scenę, a w niej w każdy obecny element. Na to potrzeba setek jeśli nie tysięcy stron. Z drugiej strony, można spojrzeć po prostu na całość jak na swoistą mandalę i zamiast szukać słów, odnaleźć ich emocjonalny ekwiwalent. Dzięki temu można lepiej całość zrozumieć.

Naprawdę zachwycam się tym filmem. A jednak nie potrafię ocenić go jako arcydzieło. Jak na debiut Kaufman zrobił rzecz bardziej niż imponującą. Jednak jako scenarzysta ma na swoim koncie dzieła lepsze, nie tak ambitne, nie tak wszechogarniające, ale bardziej zbalansowane, jak "Adaptacja" czy "Być jak John Malkovich". I dlatego końcowa ocena jest taka, a nie inna.

Ocena: 8

środa, 24 listopada 2010

Infidèles (2009)

Po spojrzeniu na seksualność hetero, dla równowagi wybrałem sobie film poruszający temat seksualności homo. I jak powiedziała Julia Roberts w "Pretty Woman" był to "big mistake". Claude Pérès pozazdrościł chyba "sławy" najbardziej pretensjonalnemu pseudoartyście undergroundowemu Bruce'owi LaBruce'owi. I choć wydawało mi się to niemożliwe, jest jeszcze gorszy. LaBruce wciska ludziom kit, że kręci niezależne kino, podczas gdy w rzeczywistości są to pornole z fabułą, z których na potrzeby różnych festiwali usuwane są sceny hardcore'owe. Jednak nawet w swoich nieocenzurowanych wersjach jego filmy mają przynajmniej historię i jakichś (miernie zagranych) bohaterów. Tego samego nie można powiedzieć o "Unfaithful".


Pérès próbując być oryginalny nakręcił rzecz, która de facto jest powieleniem tego, co tysiącami kręcone jest co tydzień na różnych stronach pornograficznych. Żeby się wyróżnić, większość jego scen jest niedoświetlonych (w założeniu ma to być "gra światła i cienia") i źle napisana (czyli zanudzająca pseudofilozoficznymi banałami – Pérès ma ambicje bycia myślicielem i komentatorem współczesnej cywilizacji, napisał na ten temat – o zgrozo! – parę artykułów i książkę). Film ma pokazywać co się stanie, kiedy "reżyser" zaprosi "przypadkowo poznanego aktora", by spędził z nim noc i dzień, a w tym czasie zrobią "wszystko na co oboje wyrażą zgodę". I kicha. Nic się nie dzieje. "Bogactwo" wyobraźni seksualnej po prostu powala. Najbardziej "zaskakującym" pomysłem, na który wpada "reżyser" są łaskotki. Nie wiem co przeraża mnie bardziej: płytkość filmu czy jego twórcy. Przy całej mojej niechęci do LaBruce'a on przynajmniej nie udaje Salomona.

Omijać z daleka!

Ocena: 1

wtorek, 23 listopada 2010

Verfolgt (2006)

Wielka jest siła poddaństwa. Ulegając można zdobyć olbrzymią kontrolę nad drugą osobą. To wiedza doskonale znana na Wschodzie. W naszym kręgu kulturowym przyswoili ją sobie jedynie sadomasochiści. Ale trzeba uważać. Każda zabawa z ogniem może skończyć się poparzeniem.


Elsa Seifert ma 50 lat i długie doświadczenie w pracy z młodocianymi jako kurator. Wydawać by się mogło, że w swojej karierze doświadczyła już wszystkiego. Jak się okazuje tak jednak nie jest. W chwili, gdy spotyka prawie 17-letniego Jana, zadrgała w niej struna, o której istnieniu nawet nie wiedziała. Chłopak wyczuł to natychmiast i mimo całej swej uległości nie daje kobiecie spokoju. Elsa początkowo broni się rękami i nogami, ale Jan doskonale wie, jak się wokół niej zachowywać, jak wciągnąć ją w mroczny świat pragnień. I oczywiście chłopak wygrywa. A w nagrodę dostaje ostre lanie, obrożę i sporo poniżających rozkazów do wykonania. Ale tego właśnie oczekiwał.

"Verfolgt" to interesujące studium ludzkiej seksualności, lecz trochę jednostronne. Twórcom świetnie udało się ukazać postać Elsy, jej walkę z własną ukrytą dominą, która dopiero teraz ma szansę się ujawnić. Jednak już postać Jana, mimo że poświęcono mu sporo czasu ekranowego, nie jest już tak pełna i zniuansowana. Jan jest przede wszystkim katalizatorem, cała reszta schodzi na drugi plan. A trochę szkoda. Film przez to nie jest odpowiednio wyważony. Ale i tak jest to intrygujący obraz.

Ocena: 6

The Disappearance of Alice Creed (2009)

Wszystko wydaje się tu być od pierwszej minuty jasne i oczywiste. Trójka bohaterów, a każdy z przypisaną rolą doskonale znaną widzom z kina. Jest więc brutalny profesjonalista, bezwzględnie przestrzegający planu. Jest jego młody partner, mający nieco olewczy stosunek, żółtodziób, który popełnienie błędu ma wypisane na twarzy. Jest w końcu dziewczyna, ofiara porwania, atrakcyjna i przerażona, choć próbująca się stawiać.


Wiem więc, co nas czeka, prawda? Otóż nie. Nikt tu nie jest do końca tym, za kogo go na początku weźmiemy. Samo porwanie wcale nie jest takie zwyczajne. A film nie do końca jest historią o porywaczach i porwanej, stając się raczej opowieścią o międzyludzkich relacjach, uczuciach i granicach, które dla osiągnięcia własnych celów można przekroczyć.

Trudno nie zachwycać się tym, co obecnie dzieje się w kinie brytyjskim. Wykorzystują stara, wyświechtane zdawałoby się klisze i przerabiają je na rzeczy świeże i wciągające. Tak było z "44 Inch Chest", tak jest też teraz z "The Disappearance of Alice Creed". Aż trudno uwierzyć, że jest to pełnometrażowy debiut reżysera. W wielu miejscach jest to bowiem rzecz perfekcyjna. Pierwsze 10 minut prawie pozbawione dialogów, kiedy oglądamy przygotowania do porwania. Genialna sekwencja, która ustawia całość. Potem świetny monolog Marsana w scenie jedzenia kolacji albo montaż sceny karmienia Arterton. Aktorsko rzecz stoi na niezwykle wysokim poziomie. Marsan to ekranowy bóg, który bez dialogów potrafi wszystko przekazać, a kiedy zaczyna mówić... Arterton nigdy za piękność nie uważałem, ale aktorka z niej pierwszorzędna. Najbardziej zaskoczył mnie Compston, pewnie dlatego, że najmniej się po nim spodziewałem. Film ma niestety też kilka wpadek. W szczególności w finałowa w scena w lesie to stek bzdur, co obniżyło moją końcową ocenę o jeden punkt. Ale i nawet z tymi błędami to wciąż znakomite kino warte uwagi.

Ocena: 8

poniedziałek, 22 listopada 2010

Rampage (2009)

Jeszcze trochę, a Uwe Boll stanie się jednym z moich ulubionych reżyserów. "Rampage" to po "Postalu" i "Stoicu" trzeci naprawdę bardzo dobry jego film. I muszę przyznać, że bardzo pasuje mi jego cyniczne podejście do obserwowanej rzeczywistości.


"Rampage" to z jednej strony bezwzględna krytyka zachodniej, czyli amerykańskiej, cywilizacji, a z drugiej jest to bezwstydna afirmacja "american way". Chyba tylko Uwe Boll mógł coś takiego wymyślić i z sukcesem zrealizować. Film zaczyna się jak lewicowe kino undergroundowe. Jest sobie młody chłopak, który już jest wypalony. Wizja jego życia to praca, żarcie i oglądanie telewizji. A na srebrnym ekranie nic tylko przemoc, konflikty zbrojne, afery i sensacje. Wszystkie brudy tego świata. Boll z precyzją chirurga pokazuje całkowitą bezcelowość konsumpcyjnego stylu życia. Punktem kulminacyjnym jest wizyta głównego bohatera w klubie bingo. Oto siedziba żywych trupów, ich nawet nie warto zabijać, oni już są martwi. Jednak alterglobaliści czy anarchiści wcale nie są lepsi. Dużo gadają, a kiedy przychodzi co do czego, to są jeszcze większymi konsumenckimi snobami, bo zamiast junkfoodowej sieci wybierają sieć ze zdrową żywnością. Główny bohater jawi się tutaj mudżahedin o wyższą rację i jako szalony psychopata, który wypalił się zanim jeszcze dorósł.

Ale tak nie jest. Na tę historię jest bowiem nałożono druga. To opowieść o zwyciężaniu za wszelką cenę, o stosowaniu przesadzonych środków do osiągnięcia własnych celów. Wykorzystując znany z "Upadku" czy "Słonia" wizerunek szalonych zabójców masakrujących na prawo i lewo, Boll wywraca go do góry nogami. Główny bohater okazuje się przebiegły, bezwzględny i "goal-oriented". Masakra to tylko efekt uboczny. W komentarzu Boll powie, że jest to jego podsumowanie kryzysu finansowego w Stanach, gdzie banki plajtują, miliony osób tracą oszczędności swego życia, a szefowie tych banków otrzymują gigantyczne premie i na plajcie wychodzą lepiej, niż gdyby banki dalej stały. I trzeba powiedzieć, że jest to naprawdę bardzo trafne podsumowanie. Zdecydowanie lepsze niż to zaprezentowane przez Stone'a w drugiej części "Wall Street".

"Rampage" to rzecz interesująca również w swojej warstwie formalnej. Boll postawił na estetykę kina niezależnego, co widać i w zdjęciach i w montażu, a przede wszystkim w dialogach, które (podobnie jak wcześniej w "Stoicu") były improwizowane. To były dobre decyzje, dzięki temu nawet niezdarność w pewnym miejscach zbytni nie przeszkadza, bo przecież tego spodziewamy się po kinie niszowym.

Ocena: 7

Carriers (2009)

Apokalipsa nastąpiła. Jak to często w kinie bywa, przybrała postać zarazy. Tym razem jednak nie zombie. Nie wiemy jak choroba się zaczęła, czym dokładnie jest, wiemy za to że jest wysoce zakaźna i praktycznie zawsze śmiertelna. W tym świecie można przyjąć kilka strategii. Czwórka bohaterów wybrała chyba najbardziej luzacką, ale jakże amerykańską: przemierza kraj, by trafić do raju ze wspomnień. Choć samochód to jedyny środek transportu, który jeszcze funkcjonuje, wycieczka wcale nie jest łatwa. Po drodze kusić ich będą ludzie wymagający opieki i wspaniałe kurorty pozostawione na pastwę losu. W świecie, gdzie każdy dzień może być ostatnim, oni korzystają z każdej minuty. Na dobre i na złe.


"Carriers" to zaskakująco solidne kino opowiadające o końcu nasze cywilizacji. Debiut braci Pastor odwołując się do klasyki gatunku (jak choćby "Mad Max") jest jednocześnie bardzo ciekawym studium więzi międzyludzkich. Szczególnie interesująco wygląda portret dwójki braci, z których jeden wydaje się bezmyślnym prostakiem, a drugi intelektualistą o dobrym sercu. Ale w scenie konfrontacji po ostrzale dwóch starszych bab, na jaw wychodzą aspekty ich historii, które każą inaczej spojrzeć na to kim oni są. Błazen wcale nie jest taki głupi, altruista wcale nie ma tak czystego serca.

Film ma całkiem fajną obsadę. Pucci zrehabilitował się tym filmem za porażkę, jaką był udział w "Horsemen". Pine dostał role pewnie ze względu na wcześniejszy udział w "Asie w rękawie", ale ok., osobiście wolę go właśnie w takich rolach niż w "Niepowstrzymanym". Fajnie było też znów zobaczyć Piper Perabo. A Chris Meloni to deser, którego nie mógłbym sobie odmówić.

Ocena: 7

niedziela, 21 listopada 2010

Green Street 2: Stand Your Ground (2009)

"Hooligans" nie było filmem, który jakoś szczególnie mnie zachwycił. Po dwójkę sięgnąłem więc z pewną chorą fascynacją spodziewając się wszystkiego co najgorsze. I początkowo zostałem pozytywnie zaskoczony. Dwójka zaczyna się jak kino więzienne. Oglądamy starania trójki bohaterów, którzy w niesprzyjających warunkach muszą walczyć o przetrwanie. Fabuła nie grzeszy oryginalnością, ale przynajmniej aktorsko jest całkiem nieźle.


Potem niestety reżyser spuszcza na film bombę atomową i masakruje całkiem niezły film. Historia meczu piłkarskiego, który ma zdecydować o tym, kto wyjdzie z więzienia jest tak absurdalna, że aż nie chce mi się tego komentować. Sam mecz i to co się dzieje wokół niego, to już czysta kpina z inteligencji widza. A to jeszcze nie koniec. Potem jest finał, którego nie powstydziłaby się bajeczka dla dzieci.

Nie bardzo rozumiem dla kogo przeznaczony jest to film. Pierwsza połowa nie pasuje do drugiej. Trochę żałuję, że oglądałem do końca.

Ocena: 5

czwartek, 18 listopada 2010

Un chat un chat (2009)

Film straconej szansy. Reżyserka nie posunęła się tak daleko, jak powinna. Przez co większość jest nudna, ale kilka scen naprawdę jest fajnych.


Lubię kino absurdu. I "Kot jaki jest każdy widzi" chwilami do tego rodzaju kina można zaliczyć. Główna bohaterka to pisarka, która przechodzi okres twórczej blokady i nie bardzo wie, co ze sobą począć. Przez sen piecze więc ciasta, nagle traci zdolność mówienia albo wchodzi do kosza na śmieci. Niestety pomiędzy kolejnymi "wyskokami" nic się nie dzieje. I nie jest to "nic" w pozytywnym, artystycznym sensie, ale zwyczajna pustka i nuda. A szkoda, bo postaci pisarki, jej "prześladowczyni" i prawie-byłego-chłopaka są naprawdę intrygujące i można je było fajnie wykorzystać.

Ten film ma coś w sobie, co przywodzi mi na myśl "Rumbę". Jest jednak od tamtego obrazu znacznie słabszy, pod każdym względem.

Ocena: 6

środa, 17 listopada 2010

Just Wright (2010)

Debiut reżyserski Sanay Hamri nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Wydał mi się kompletnie przeciętną, pozbawioną oryginalności opowiastką z dość wątpliwym przesłaniem. W "Wygrać miłość" oryginalność jest jej wciąż obca, za to o wiele lepiej radzi sobie z opowiadaniem historii.


"Wygrać miłość" przywodzi na myśl dzieciństwo, kiedy tysiąc razy mogło się słuchać tej samej bajki i za każdym razem bawiła, zamiast się nudzić. Wszystko, co w tym filmie dane było mi zobaczyć, widziałem na ekranie setki razy. Ale w tym nie poczułem irytacji. Być może sprawili to bohaterowie, a może atmosfera filmu i tej baśniowej umowności, nie wiem. W każdym razie było coś naprawdę ujmującego i rozbrajająco sympatycznego w historii fizjoterapeutki i koszykarza. Film jest rzecz jasna pusty, ale oglądało mi się go całkiem przyjemnie. Od czasu do czasu warto skusić się na bajeczkę.

Ocena: 6

wtorek, 16 listopada 2010

Machete (2010)

"Maczeta" jest jak trzecia część "GrindHouse", swego rodzaju post scriptum. I tak patrząc na film jest to rzecz naprawdę fajna. Spodobała mi się oferowana rozrywka. Wszystkie jatki, przejaskrawione, posunięte do ekstremum bawią i nie wiem co śmieszy bardziej, popisy a la Tarzan na jelicie, czy strzelanie z pistoletu trzymanego przez odciętą dłoń.  Śmieszyły mnie też wszystkie te teksty w stylu "Bóg jest litościwy. Ja nie" albo "Machete nie SMS-uje". Spodobała mi się Lindsay Lohan parodiująca samą siebie i Nimród Antal w roli ochroniarza. Takich smaczków jest zresztą znacznie więcej.


Jednak nie mogę w pełni cieszyć się filmem. Przeszkadzała mi, zwłaszcza na początku, mocno wyczuwalna stylizacja na exploitation movies a la lata 70. Nie ma w tym tej swawoli, naturalności, która udało się chociażby zachować w "Piranii 3D". Tu od początku do końca jest jasne, że jest to tylko gra z konwencją, kalka a nie rzeczywisty exploitation. Trochę szkoda.

Ocena: 7

poniedziałek, 15 listopada 2010

David Wants to Fly (2010)

Nie wierzę. Naprawdę nie wierzę, że to co zobaczyłem w tym filmie, to prawda. Jest to tak absurdalne, że byłem święcie przekonany, że oglądam fałszywy dokument opowiadający o tym, jak funkcjonują sekty. A jednak wszystko wskazuje na to, że jest to prawda. Jeśli tak, to Tom Cruise i jego scjentolodzy to są grupą niezwykle racjonalną i rozsądną. To co wyprawia David Lynch i ruch TM jest wyjęte rodem z psychiatryka.  10 tysięcy latających joginów, którzy zagwarantują pokój na Ziemi?? Falliczny kompleks uniwersytetu niezwyciężonych Niemiec?? Kto przy zdrowych zmysłach może się w coś takiego angażować. Jeśli już ktoś szuka organizacji odkrywających tajemnice wszechświata, to niech zaciągnie się do różokrzyżowców.


"David chce odlecieć" nie sposób jednak traktować jako dokument demaskatorski. Owszem Maharishi Mahesh Yogi jest tu szarlatanem, naciągaczem i oszustem ale nie on jeden. Fakt, że wykorzystał on swoje umiejętności i naciągnął idiotów na miliony dolarów, to raczej powód do szacunku. W końcu ci wszyscy ludzie dołączyli do ruchu z własnej woli, Maharishi świetnie też wykorzystał różne alternatywne ruchy jak i zrozumiał potęgę gwiazd. Jako biznesmen czy entrepreneur okazał się osobą niezwykle efektywną. Duchowo bardzo bliski jest mu autor dokumentu David Sieveking, który wykorzysta "swego idola" Lyncha, by na jego głupocie wybić się i stworzyć dokument, o którym będzie głośno. I jemu się to udało, film pokazano (i nagrodzono) na wielu festiwalach.

Ocena: 7

The Next Three Days (2010)

Tak naprawdę to nie jestem w stanie ocenić tego filmu jako dzieła autonomicznego. Zwłaszcza, że sam reżyser nie ułatwia sprawy. "Dla niej wszystko" jest bowiem bardzo wierną kopią francuskiego oryginału. Aż zdumiewa fakt, że do tak odtwórczego działania zaangażowaniu artystów o uznanej filmowej renomie (Crowe, Haggis). Szczerze mówiąc pierwszy lepszy wyrobnik mógłby to zrobić równie dobrze.


"Dla niej wszystko" odziedziczył zatem większość zalet i wad oryginału. W jednej kwestii jest jednak lepszy (dlatego ma o jeden punkt wyższą ocenę). U Cavayégo nacisk został bardziej położony na dramat psychologiczny. Z kolei Haggis nie eksperymentuje, lecz robi solidne kino ucieczkowe. To nadało całości większej spójności, podkręciło nieco tempo. Do tego filmu Crowe pasował idealnie, jednak Banks przegrała aktorski pojedynek z Kruger.

Ocena: 7

piątek, 12 listopada 2010

El ratón Pérez 2 (2008)

Współczuję każdemu dziecku, którego rodzice zabiorą na "Mysich agentów". Nie dlatego, że nie będą się bawić (animacja jeszcze jakoś ujdzie), ale dlatego, że przekazuje kompletnie nieodpowiednie treści. Dziecko tego nie zauważy, nie ma na tyle rozwiniętej samoświadomości, ale nasiąknie głupotami i potem zamieni się w korporacyjne zombie bądź couch potato zabijający gorycz braku marzeń godzinami ogłupiających programów telewizyjnych.


Przesłanie "Mysich agentów" jest przerażająco jasne: nie bądź dociekliwy, nie zadawaj pytań, nie interesuj się. Zamiast "dlaczego?" mów "bo tak jest i kropka". Ciekawość prowadzi do zguby, można tym kogoś naprawdę zranić. Jeśli nie siebie to innych. I po co mieć to potem na sumieniu. Jeśli zaś ktoś ma niespokojna duszę, rozwiązanie jest proste i jasno wyłożone przez Freuda – sublimacja. Można na przykład szukać ujścia w sztuce, jako artysta.

Ocena: 3

Królik po berlińsku (2009)

Cóż, "Królik po berlińsku" wcale nie jest aż tak oryginalnym filmem, jak można byłoby sądzić po niektórych recenzjach. Zwierzęca perspektywa może i w kinie nie jest wykorzystywana zbyt często, ale w kulturze w ogóle to już inna sprawa. Mimo to oglądało się go całkiem dobrze, całość sprawiała odświeżające wrażenie po serii typowych dokumentów.


Nie da się jednak ukryć, że królicza perspektywa to w zasadzie wszystko, co mają do zaoferowania twórcy. Przesłanie filmu jest bowiem dość konwencjonalne. No ale sympatyczne króliczki i głos Krystyny Czubównej sprawiają, że łatwo przychodzi zignorowanie tego.

Ocena: 7

środa, 10 listopada 2010

Tamara Drewe (2010)

Stephen Frears już na zawsze będzie przeze mnie reżyserem cenionym, choćby za "Moją piękną pralnię", "Niebezpieczne związki", "Przeboje i podboje" czy "Królową". To jednak oznacza, że mam wobec niego wyższe oczekiwania. W przypadku "Tamary i mężczyzn" niestety oczekiwaniom tym nie sprostał.


Historyjka jednej operacji nosa i jak wpływa ona na pewną małomiasteczkową społeczność jest na swój sposób urocza. Niestety brakuje z niej pazura, tego wewnętrznego ognia, który przekształca brytyjskie komedie obyczajowe w małe dzieła sztuki. Całość ma zbyt oczywistą i przyciężką alegoryczną strukturę opowieści o twórcach, którzy są kłamcami i złodziejami. Ani Tamara, ani gromadka pisarzy na farmie ekologicznej nie są postaciami zbyt ciekawymi (a te, które mogły być ciekawe znikają w tle). Film ratuje wątek dwóch 15-latek, które o świecie wiedzą tyle, co wyczytają z kolorowych pisemek. W tym wątku Frears zawarł całą przerażającą prawdę o współczesnym świecie, który z fałszu uczynił fetysz prawdy. Szkoda, że tylko na tyle starczyło reżyserowi drapieżności.

Gemma Arterton wcale nie wydała mi się piękna w tym filmie. Tak naprawdę lepiej się prezentowała zeszpecona. Za to Dominic Cooper w roli rockmana jest naprawdę świetny. Przez chwilę miałem kłopot z rozpoznaniem go.

Ocena: 6

The Other Guys (2010)

Adam McKay do tej pory nie należał do moich ulubionych komediowych reżyserów. Ani "Ricky Bobby" ani "Legenda telewizji" szczególnie nie przypadły mi do gustu. "Bracia przyrodni" byli olbrzymim skokiem w dobrym kierunku, ale to wciąż nie było to. Nie sądziłem, że "Policja zastępcza" coś zmieni. Ależ się myliłem!


Pierwsza godzina to czysta rozkosz, szaleńczy lot w wysokich warstwach pure-nonsensu. Z każdą kolejną sceną coraz trudniej było mi powstrzymać śmiech. Skok z dachu, spotkanie z żoną, przejażdżka po waginie, pub i wiele, wiele innych scen rozbawiło mnie do łez grożąc ostrym przypadkiem odwodnienia. "Policji zastępczej" bliżej jest do brytyjskich komedii absurdu niż czegokolwiek amerykańskiego. By znaleźć coś równie zabawnego, trzeba się cofnąć do czasów "Nagiej broni".

Niestety film jest zdecydowanie za długi i nie utrzymuje do końca wysokiego tempa. Zabawne momenty zdarzają się rzadziej przysypane koniecznością rozwiązania wszystkich wątków fabularnych, które przecież nie miały żadnego znaczenia. Ten film sprawdza się po prostu jako seria powiązanych ze sobą skeczy.

Co ciekawe "Policja zastępcza" osadzona została na bardzo poważnych podstawach. McKay bawiąc nas absurdem jednocześnie pokazuje w jak absurdalnym żyjemy świecie, który uczynił bohaterów efekciarzy od łapania morderców, narkomanów i inne płotki, podczas gdy prawdziwe zbrodnie, o gigantycznych rozmiarach międzynarodowych korporacji pozostają bezkarne.

Ocena: 8

Ps. Film ma dużego plusa za soundtrack.

wtorek, 9 listopada 2010

Buried (2010)

Monodram to rzecz w kinie niespotykana. A bardzo dobry monodram to cud, rzecz jedna na milion. "Pogrzebany" nie jest ani jednym ani drugim, ale niewiele mu brakuje.


Na ekranie rzeczywiście jest tylko Ryan Reynolds, ale prowadzi on liczne rozmowy, kontaktując się ze światem zewnętrznym przez komórkę. Film jest dobry, ale nie bardzo dobry. Sprawnie zrealizowany, dobrze zmontowany, no i nieźle zagrany. "Pogrzebanemu" co prawda brakuje trochę klaustrofobicznego klimatu, ale Cortés w większości scen maskuje to całkiem udanie.

Film spodobał mi się chyba głównie przez swą wymowę. Niby mamy tu do czynienia z dość prostą analogią, ale kto powiedział, że proste jest złem. "Pogrzebany" jest sugestywną ilustracją bezsensu terroryzmu. Ofiary na nikim nie czynią już wrażenia, zwłaszcza pojedyncze. Są wręcz wliczone w koszta i wszelkie organizacje inwestujące swój czas i środki w takich miejsca jak Iraku doskonale wiedzą, jak amortyzować ludzkie straty i jeszcze na tym skorzystać. Cyniczny to film oskarżający system zachodni za tworzenie środowiska, w którym terroryzm jest mniej zauważalny niż remont ulicy w centrum Nowego Jorku.

Ocena: 7

poniedziałek, 8 listopada 2010

Unstoppable (2010)

Mam sporą zagwostkę, jak ocenić ten film. "Niepowstrzymany" jest filmem kompletnie pustym. Jego myśl sprowadza się do tego, że Bóg/los o mały włos nie sprowadził katastrofy na 700-tysięczne miasto tylko po to, żeby jeden facet mógł pogodzić się z żoną, a drugi z córką. Z trudem przychodzi mi uwierzyć, że całość oparta jest na faktach.


Z drugiej jednak strony trudno nie podziwiać technicznej sprawności Tony'ego Scotta. Mają tak absurdalny film, pozbawiony bohaterów, był w stanie mimo wszystko nakręcić obraz dynamiczny, trzymający w napięciu. I gdyby nie przebitki na głupi tłum kibicujący kolejnym akcjom ratunkowym, oglądałoby się to naprawdę nieźle.

Po objerzeniu "Niepowstrzymanego" mam jednak wrażenie, że Scott zbłądził w lustrzanym labiryncie, gdzie zatraciła się granica między oryginałem a miriadami odbić. Scott traci ludzką perspektywę, powtarzając w kółko tę samą historię, lecz redukując ją do montażu i zdjęć. Cała reszta schodzi na dalszy plan.

Ocena: 5

niedziela, 7 listopada 2010

Due Date (2010)

Todd Phillips wciąż w wysokiej formie. Do perfekcji szlifuje opowieść o dorosłych facetach, którzy balansują na granicy dojrzałości. Phillips już wcześniej udowodnił, że w komediowym road movies czuje się bardzo dobrze. Tym razem jednak naprawdę się popisał.


Od strony komediowej film nie jest tak zabawny jak "Kac Vegas". Z drugiej strony jest to najbardziej dojrzały i ogólnie udany film w dorobku reżysera. Duża w tym zasługa Roberta Downeya Jr., który doskonale odnalazł się w roli porywczego Petera Highmana. Podróż z grającym mu na nerwach Ethanem będzie jak przyspieszony kurs anger management. Przypłaci go bólem i kilkoma wypadkami, ale w rezultacie stanie się bardziej dorosły, w sam raz by stać się ojcem dla swego dziecka, które właśnie ma przyjść na świat.

"Zanim odejdą wody" choć jest komedią, to jest zarazem filmem przygnębiającym. I to z dwóch powodów. Oba przygnębić powinny przede wszystkim kobiety. Po pierwsze film pokazuje jak trudno jest facetowi dorosnąć. Peter musiał przeżyć kilka wypadków, zostać postrzelonym, aresztowanym i koneserem kanibalistycznej kawy, by stało się to możliwe. Większość mężczyzn nigdy nie spotka na swej drodze kogoś pokroju Ethana. Po drugie kobiety nie mają aktualnie prawa bytu w najlepszych komediach. Podobnie jak Apatow tak i Phillips marginalizuje rolę kobiet. W "Zanim odejdą wody" mamy dwie kobiety, o którym można w ogóle wspomnieć. Pierwsza (żona Petera) pełni funkcję katalizatora, ponieważ jest w ciąży i lada chwila będzie rodzić, zmusza Petera do powzięcia drastycznych kroków, byle tylko zdążył na salę porodową. Druga (Heidi, dilerka Ethana) pełni rolę łącznika z wcześniejszymi dokonaniami Phillipsa. Heidi pojawiła się bowiem wcześniej w "Old School".

Ocena: 7

The American (2010)

Jack jest płatnym zabójcą, doskonałą maszyną do eliminowania ludzkich celów. O tym, jak perfekcyjnie przyswoił sobie sztukę przetrwania, najlepiej świadczy jego wiek. W tym biznesie, podobnie jak u saperów, pierwsza pomyłka jest zarazem ostatnią. Zresztą już w pierwszej scenie filmu Jack da dowód swojego bezwzględnego instynktu przetrwania. Film rozpoczyna się od idyllicznej sceny Jacka i Ingrid spędzających razem przyjemnie czas na zaśnieżonym odludziu gdzieś w Szwecji. Parę chwil później Ingrid będzie już martwa, a kulkę w łeb dostanie właśnie od Jacka. Zginie w zasadzie bez powodu, będąc świadkiem tego, jak ktoś próbował zabić Jacka. Ten nie mógł pozostawić przy życiu świadka, który mógłby wskazać na niego. I uczucie, wspólna przeszłość nie powstrzymały jego ręki.


Jednak pierwsza scena wyraźnie pokazuje to, na co Jack jest ślepy: że "jest" z pierwszego zdania nie pasuje już do niego. Jack starzeje się, zaczyna powoli zapuszczać korzenie, szukać sobie towarzyszki życia. I choć sam jeszcze tego nie wie, otoczenie nie podziela jego ślepoty, oni już wiedzą, że Jack BYŁ płatnym zabójcą. A odwieczne prawo natury każe eliminować jednostki stare i słabe. I właśnie dlatego Jack stał się celem ataku. Okazało się, że nie jest jeszcze na tyle zniedołężniały, by zginąć. Uratowała go jego ślepota, niewiedza na temat tego, kim zaczął się stawać.

W ten sposób jednak przeciągnął to, co nieuniknione. O tym jak bardzo stępiło się jego ostrze świadczy kompletny brak reakcji na słowa You've lost your edge, Jack. Stary Jack natychmiast dodałby dwa do dwóch i zrozumiał, dlaczego jego nowa kryjówka, podobnie jak stara, została rozpracowana. Nie musiałby zadawać martwej kobiecie pytania, na które powinien znać odpowiedź. Jednak Jack jest już na innej drodze. Zaszył się w nowym miejscu i tu, za sprawą pewnego księdza i dziwki (bardzo włoska kombinacja), w końcu uświadomi sobie, że jest zmęczony, że chce wycofać się z biznesu. Niestety, zorientował się za późno, kiedy nie był już w stanie zaplanować drogi ucieczki.

"Amerykanin" to triumf klasycznego kina. Owszem, literacki pierwowzór na pewno dużo wniósł, ale Anton Corbijn okazał się mistrzem filmowej narracji. Sposób w jaki pokazuje codzienność płatnego zabójcy ścierającą się ze spokojnym rajem włoskiej prowincji, to, w jaki sposób pewne rzeczy opowiada nie wprost, przy pomocy zdjęć czy tatuaży, zachwyciło mnie od pierwszej minuty. Całość psuje jedynie motyl w ostatniej scenie. Można sobie było darować tę aż nadto czytelną alegorię.

Film Corbijna to także popis gry aktorskiej. George Clooney wspiął się na wyżyny swojego aktorskiego kunsztu tworząc jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Spodobał mi się też Filippo Timi. Występuje tylko w jednej scenie, ale sposób w jaki mów "niente" – miodzio. Znakomicie prezentuje się Thekla Reuten. Samą swą prezencją przykuwa uwagę, a w scenie próbowania broni zapiera dech.

Dużym plusem są też zdjęcia. Te wszystkie zbliżenia, gra światłem. Wrażenia dopełnia muzyka ze wspaniałymi werblami w utworze otwierającym film na czele.

Nie do końca rozumiem chłodne przyjęcie tego filmu. Dla mnie była to naprawdę wykwintna strawa kinowa.

Ocena: 8

Warum Männer nicht zuhören und Frauen schlecht einparken (2007)

Bardzo typowa niemiecka komedia: siermiężnie dosadna i myląca wyrafinowanie z ordynarnością. Ale mimo wszystko da się to obejrzeć.


Film wykorzystuje kilka prawd z zakresu psychologii ewolucyjnej i stara się pokazać, jak męskie i żeńskie prymitywne mózgi radzą sobie ze skomplikowaną cywilizacją, w jakiej przyszło im żyć. Kilka scen jest nawet zaskakująco trafnych, ale całość śmieszy o tyle o ile. Nie jest to ten rodzaj humoru, który do mnie trafia. Ale na deszczowy poranek może być.

Ocena: 6

sobota, 6 listopada 2010

Warning!!! Pedophile Released (2009)

Kino niezależne w pełnej krasie swego nabzdyczenia. Film jest historią w trzech aktach z prologiem i epilogiem. Opowiada o młodej dziewczynie, która w wieku 12 lat składa zawiadomienie o popełnieniu na niej przestępstwa pedofilii. W epilogu dowiemy się, że to nie do końca odpowiadało prawdzie. Zdarzenie to jednak będzie kluczowym dla zrozumienia tego, co wydarzy się trzy lata później. Kiedy dziewczyna zostanie zgwałcona i zachodzi w ciążę, jej ojciec wyrzuca ją z domu. I tak zaczyna się jej trudna wędrówka.


Ten film składa się w zasadzie z samej ścieżki dźwiękowej i obrazów. Dialogów jest niewiele i dominują jedynie w trzeciej części. Zdjęcia kręcone zwykłą kamerką, z ręki są często rozedrgane i na kilometr śmierdzą amatorszczyzną (ale tak właśnie ma być). Fabuła jest mocno naiwna, a aktorstwo jeszcze bardziej surowe. Osobiście coś takiego jestem w stanie tolerować, kiedy za filmem kryje się jakieś przesłanie. W innym przypadku jest to po prostu filmowe nic, któremu nie bronię istnienia, ale które mnie osobiście nie przypada do gustu.

Ocena: 4

Exit Through the Gift Shop (2010)

Jeden z najlepszych filmów o street art., ale już wcale nie taki najlepszym jeśli chodzi o sztukę w ogóle. "Wyjście przez sklep z pamiątkami" przypomina reklamę Skody w której pokazani są ludzie w galerii sztuki nowoczesnej podziwiający jako eksponat wieszak na ubrania. I właśnie o tym jest film o sztuce, która jest tak blisko codzienności, że bardzo łatwo pomylić co jest co.


Symbolem ignorancji jest tu Thierry, francuski emigrant z obsesją na tle kręcenia filmów, który bez wysiłku staje się najsłynniejszym twórcą street artowym. Jego podróby są nie do odróżnienie przez artystycznych analfabetów, jakimi jest opinia publiczna. Jednak prawdziwy joke polega na tym, że sam film Banksy'ego jest niemożliwy do jednoznacznego odczytania. Niektórzy bowiem uznają go za prawdziwy dokument, a Thierry'ego za postać autentyczną. Inni jednak uznają to za świetną podpuchę, mockumentary, w którym historia przeistoczenia się Thierry'ego w MBW to wymysł samego Banksy'ego. Ja osobiście skłaniam się do tej drugiej grupy.

Ogólnie struktura "Wyjścia przez sklep z pamiątkami" jest oparta o dość popularny schemat: pasja, która zostaje zauważona przez świat, pieniądz, który wypacza pierwotne idee, sława, która zżera dzieci, ignorancja, która odrzuca prawdziwych idealistów. Banksy nie tworzy niczego oryginalnego, ale przez swą sugestywną iluzję sprawia, że nie sposób przejść obok filmu obojętnie.

Ocena: 7

czwartek, 4 listopada 2010

Sailor (2010)

Jedną z najważniejszych rzeczy, jak rzuca się w oczy podczas seansu "Sailora" to użyty język. Do opisania zjawisk codziennych zastosowano ezoteryczne terminy naukowe. To robi wrażenie, a raczej robiłoby na mnie wrażenie, gdyby nie fakt, że jestem na to uodporniony lekturami książek Robinsona, Stephensona czy Strossa. W porównaniu z nimi, reżyser "Sailora" mówi niczym przedszkolak.


"Sailor" to próba prezentacji punktu widzenia świata przez narcyza o wybujałym ego, któremu wydaje się, że a) jest jednostką ponadprzeciętną b) posiada niezwykłą mądrość, którą w swej łaskawości dzieli się na wykładach c) jest indywidualnością, która nie poddaje się modom tłumu. Strumień jego wypowiedzi pozostaje jednak w kontraście z komunikatami, które docierają peryferyjnie. Pozwalają one jednak spojrzeć na narratora z innej perspektywy, niż tej, którą on nam narzuca. Zostaje zredukowany do poziomu niedojrzałego nerda, który zdecydowanie za dużo pali różnych niekoniecznie dozwolonych substancji. W sumie fajny to film balansujący na granicy pretensjonalności, ale ponieważ w pewien sposób się z tej pretensjonalności nabija, twórca zapewnia sobie bufor niezbędny, by filmu nie przekreślić.

Ocena: 6

wtorek, 2 listopada 2010

Cyrus (2010)

Bracia Duplass at their best. Ten film to przede wszystkim fantastyczny scenariusz, bardzo typowy dla Duplassów. Ta pieczołowitość w budowaniu obrazu miłosnej relacji z detali, drobnych gestów, min, krótkich wymian zdań. Jest w tym prawdziwe ciepło uczuć, namacalne wręcz wzajemne przyciąganie. Przepiękne. Duplassowie wyczuli też perfekcyjnie toksyczność zbyt bliskiej zażyłości i wygrywają to precyzyjnie, bez jednego fałszywego ruchu.


Wielkim plusem jest gwiazdorska obsada, która wyniosła twórczość braci na nowe wyżyny. Marisa Tomei, John C. Reilly i Jonah Hill stworzyli dream team, który z wielkim zadowoleniem, by nie powiedzieć zachwytem ogląda się na ekranie. Cudo, cudo, cudo. Jedyny minus to to, że Duplassowie trochę za bardzo starają się zachować swój niezależny styl, jakby bali się, że poddanie się pod opiekę producencką Scottom to pierwszy krok do piekła. Te zoomy kamery chwilami mnie irytowały, zupełnie niepotrzebne przypomnienie, że to kino niszowe. Po co to?

Ocena: 8

Temporada de patos (2004)

Ile się może zdarzyć, kiedy dwóch chłopaków zostanie w niedzielę samych w domu! Do drzwi zastuka atrakcyjna sąsiadka, która sporo nabałagani. Dostawca pizzy zostanie na dłużej, żeby pograć i przewartościować swoje życie, a jeden z chłopaków w końcu zwierzy się ze swych marzeń, ale nic z nich nie wyjdzie bo ich obiekt wkrótce wyjeżdża.


"Temporada de patos" to całkiem sympatyczny filmik utrzymany w typowej dla końca ubiegłego stulecia konwencji kina niezależnego. Nie ma w nim nadzwyczajnego, nic dzięki czemu zapadłby na dłużej w pamięci. Póki jednak trwał, póty jego urok sprawiał, że oglądało się to z przyjemnością.

Ocena: 6

Máncora (2008)

Santi musi przemyśleć swoje życie. Czasy leserowania i wszczynania burd muszą odejść do lamusa. A skoro sam nie potrafi sobie pomóc, to wspomoże go w tym los, dając mu otrzeźwiającego kopa po ryju (dosłownie).


Film zapowiadał się na interesujący portret młodego człowieka na życiowym zakręcie. Wydawało mi się, że mam tutaj do czynienia z tym kinem latynoskim, jakie lubię: prostym ale wnikliwym, ckliwym ale prawdziwym. Niestety obraz Ricardo de Montreuila to dość pretensjonalna powiastka z grubymi nićmi wyszywanym morałem. Nie ma w nim nic, co warto zapamiętać na dłużej, no może poza ścieżką dźwiękową. Parę piosenek, jak choćby "System" Archive jest całkiem fajnych.


Ocena: 5

Død snø (2009)

No cóż, film nie do końca sprostał moim oczekiwaniom. "Pirania 3D" mocno wywindowała poprzeczkę i "Zombie SS" niestety tej konkurencji nie sprostało. Jest to jeden z tych rozkraczonych horrorów, które próbują być cool ale jednocześnie chcą masakrować na poważnie. Niestety zatrzymali się w pół kroku, przez co powstał film dość nijaki.


"Zombie SS" nie sposób traktować na poważnie. Wątek gościa, który wykłada całą historię zombie zanim te się jeszcze pojawiły, jest od czapy i przejść może tylko przy parodii. Jednak scen zabawnych jest mało, a te, które są, nie są wcale aż tak śmieszne. Jedyny plus to Lasse Valdal, który ma chyba ambicje zostać aktorskim królem gatunku.

Ocena: 5