poniedziałek, 31 stycznia 2011

Sanctum (2011)

Jeśli James Cameron chciał tym filmem przekonać ludzi, że 3D można wykorzystać do realizacji "skromnych dramatów", to się przeliczył. Owszem, efekt 3D wypada tu bardzo dobrze, ale głównie dlatego, że film kręcony był w 3D, a nie konwertowany. Kiedy porówna się "Sanctum" choćby z "Green Hornetem" różnicę widać jak na dłoni. Tak więc Cameron potwierdził to, co wszyscy i tak wiedzą: konwersja jest do dupy.


Niestety "Sanctum" jest fabułą dość nijaką i 3D w niczym mu nie pomaga. A biorąc pod uwagę ewidentne problemy z tą technologią, można spokojnie powiedzieć, że gra nie warta jest zachodu. Historyjka grupy "adrenaline junkies"  jest poprowadzona w sposób rutynowy i jedyne, co pozostaje niewiadome, to kolejność zgonów (choć jakby się chwilę zastanowić, to większość można byłoby wytypować bez problemu). Jednowymiarowi bohaterowie i naiwne zawiązanie akcji sprawia, że film można obejrzeć raz i zaraz wyrzucić z pamięci. Wadą filmu jest też natrętne katowanie nas wciąż powtarzanymi paroma wersami "Kubla Chan" Coleridge'a. Ile można!

Ocena: 5

Cairo Time (2009)

To, co dzieje się teraz w Egipcie, wykorzystałem jako pretekst, by w końcu obejrzeć "Cairo Time". Rzecz to o uczuciu rozwijającym się na uliczkach tego starożytnego miasta.


Ona przyjechała do Kairu spotkać się z mężem. Niestety ten zatrzymany został w Gazie, gdzie pracuje jako wysłannik ONZ. Na lotnisku wita ją Arab - Tareq, były współpracownik jej męża. Początkowo będzie dla niej tylko nazwiskiem znanym z opowieści, potem stanie się przewodnikiem po mieście. Z kolei ona dla Tareqa jest z początku utrapieniem, kiedy zasady gościnności wymagać będą, by się nią zajął, podczas gdy ona patrzy na Kair z góry i co rusz popełnia gafy. Stopniowo między nimi nawiązuje się nić porozumienia, rozwija się uczucie, które – o czym doskonale wiedzą – nie ma szans na przetrwanie.

"Cairo Time" okazało się piękną i delikatną opowieścią o miłości, o jakiej w kinie mówi się rzadko. To nie jest obezwładniające uczucie rodem z  "Romea i Julii". Nie ma w niej totalnej siły żywiołu, a jednak nie oznacza to, że jest mniej wartościowa. Ten film opowiada o niespełnieniu, o obietnicy i marzeniu, które przez fakt, że nie zostają doprowadzone do końca utrzymują swój urok. Tu nie ma mowy o rozczarowaniu, na zawsze pozostaną tylko te chwile zawieszone jakby w między-czasie.

Ta delikatność opowieści zepsuta została przez nieco zbyt nachalnie romantyzującą nastrój muzykę fortepianu. Wydała mi się nieco natrętna i zbyt oczywista. Za to Patricia Clarkson i Alexander Siddig wspaniale wypadli w swoich rolach.

Wartością filmu jest również autentyczność atmosfery samego Kairu. Reżyserka zdecydowała się na niemalże dokumentalne podejście do kręcenia zdjęć w plenerach i wykorzystanie przechodniów w epizodach. Był to strzał w dziesiątkę, który sprawił, że nie tylko Kair ale i opowiedziana historia mają posmak prawdy.

Ocena: 7

sobota, 29 stycznia 2011

No mires para abajo (2008)

Śmieszą mnie filmy takie jak "No mires para abajo". W wywiadzie dołączonym do płyty reżyser mówi, że chciał nim przywrócić seks młodym ludziom, bo w dzisiejszych czasach seks straszliwie się zdewaluował. Może chęci miał i dobre (choć jakoś nie przekonuje mnie to, co mówił), rezultat jest jednak opłakany. "No mires para abajo" sprawia wrażenie wideo-przewodnika po seksualnych pozycjach dla egzaltowanych chłopców. Pełno w nim naiwnych dialogów wypowiadanych całkiem na serio, a których nie można brać poważnie.


Historia o młodym, wrażliwym chłopaku Eloyu ma konstrukcję przypowieści o świecie znajdującym się na granicy domen Tanatosa, Hypnosa i Erosa. Śmierć ojca (Tanatos) wywołuje u Eloya lunatykowanie (Hypnos), przez co wpada – dosłownie – do łóżka młodej dziewczyny, która odkryje przed nim tajniki seksu (Eros). Niestety całość jest bardzo grubymi nićmi szyta. Lepiej patrzeć na ten film jako na pochwałę bogatej wyobraźni. Eloy to chłopak, który widzi zmarłych, potrafi dostrzec ludzką aurę, a tuż przed orgazmem doznaje turystycznych wizji. Reżyser chcąc nie chcąc  pokazuje, że prozaiczne życie nabiera barw, kiedy pozostajemy otwarci na naszą podświadomość. Przesłanie równie banalne jak to, że seks to coś więcej niż zwykłe pieprzenie się, ale szczerze wolałbym, gdyby właśnie o tym był film.

Ocena: 5

Life During Wartime (2009)

Kiedy film powstaje w wielkich bólach i wbrew niesprzyjającym okolicznościom, to bardzo chciałoby się, żeby końcowy rezultat co najmniej ocierał się o genialność. Niestety "Life During Wartime" nawet nie zbliża się do wysokiego poziomu, przez co okazał się najsłabszym filmem Todda Solondza, jaki miałem okazję obejrzeć.


Niby bohaterowie wciąż brną przez bagno zwane życiem. Wciąż zmagają się z własnymi wadami i przeciwnościami losu, desperacko próbując znaleźć dla siebie miejsce. A jednak coś tym razem jest nie tak. Solondz zdaje się prześlizgiwać po żywotach swoich bohaterów, przystaje ledwie na chwilę, przez co nie udaje mu się przeniknąć bariery persony. Całość ma bardzo poszarpaną strukturę, której bliżej jest do szkiców w notatniku niż do skończonego dzieła filmowego.

Jedynym plusem "Life During Wartime" jest w zasadzie humor. Gorzki, jest w gruncie rzeczy mało zabawny, pobrzmiewa w nim rozczarowanie i zniechęcenie. A jednak to on ożywia fabularne truchło.

Szkoda mi Solondza. Może rzeczywiście lepiej byłoby, gdyby ten film nie powstał.

Ocena: 6

The Green Hornet (2011)

Niestety "Green Hornet 3D" trochę mnie rozczarował. Myślałem, że jak wcześniej Spike Jonze czy Wes Anderson Michel Gondry będzie w stanie przemycić swój styl do mainstreamowego kina. Tymczasem w tym filmie Gondry'ego nie ma prawie wcale. Tu i ówdzie pojawia się w warstwie wizualnej (świetny montaż), ale to wszystko, jak dla mnie to zdecydowanie za mało.


Zamiast więc oryginalnej adaptacji komiksu dostałem kolejną komedię kumpelską. Sama w sobie jest ona całkiem fajna. Może nie aż tak dobra jak "Supersamiec" czy "Boski chillout", ale jednak miała w sobie sporo zabawnych gagów. Problem w tym, że ten podgatunek komedii jest ostatnio tak bardzo eksploatowany, że powoli zaczyna mi wychodzić uszami. Ile jeszcze można oglądać filmów o "starych" facetach o psychice nastolatków? Zwłaszcza, że wszystkie robione są przez wąską grupę osób, którzy nawet nie wiem jak bardzo by się nie starali, to i tak zaczynają się powtarzać. I taki jest też "Green Hornet 3D". A że całość ma kategorię PG-13, to humor jest tu mocno wykastrowany (a kategoria R jest niemalże immanentną cechą komedii kumpelskich).

Ocena: 6

Jeż Jerzy (2011)

Nie jestem wielkim fanem komiksu "Jeż Jerzy", choć nie był też najgorszy. Na film wybierałem się więc bez większych oczekiwań ale z pewną dozą ciekawości. Ku mojemu zaskoczeniu wyszedłem z kina usatysfakcjonowany. Na polskiej komedii już dawno tak się nie śmiałem.


Film jest trochę spóźniony. Co – o dziwo – wcale nie obniża jego jakości. Po prostu niektóre wątki wyglądają teraz dziwnie, nabierając surrealistycznego charakteru, inne, przez to, co dzieje się obecnie w naszej zwariowanej rzeczywistości, stają się o wiele bardziej ostre, politycznie niepoprawne i odważne. Większość dowcipów już gdzieś słyszałem, ale i tak dalej mnie śmieszyły. Twórcy zdają się dawać od siebie raczej wizualną stronę, a nie treść. Trochę szkoda, że brakuje fabuły (ta historia z jeżem klonem jest dość marna), ale przez to zbliża się trochę do filmów Monty Pythona (choć oczywiście poziom absurdu nie jest aż tak wysoki).

Sama animacja jest całkiem fajna. Przypomina mi się "Boogie, el aceitoso". I skoro tamten film znalazł drogę na zagraniczne rynki (choćby przez festiwale), nie widzę żadnego powodu dla którego "Jeż Jerzy" nie mógłby zostać pokazany na świecie (choć pewnie większość dowcipów byłby nieczytelna).

Ocena: 7

środa, 26 stycznia 2011

The Tourist (2010)

Oglądanie "Turysty" przypomina próbę delektowania się wykwintnym daniem mając ostry katar. Niezależnie od starań kucharzy i tak wszystko pozbawione jest smaku, mdłe i nijakie. Pozostaje tylko cieszenie się pięknym widokiem, kiedy danie zostaje podane na talerzu misternie ułożone i udekorowane.


Fabuła jest mocno przeciętna. Nie ma jej nawet co porównywać z francuskim oryginałem. Gry aktorskiej nie ma tu prawie w ogóle, za to bez liku jest gwiazdorskich manieryzmów. Depp sprawia chwilami wrażenie, jakby zapomniał, że nie jest już na planie "Piratów z Karaibów", zaś Jolie znów katuje nas udawanym akcentem. Za to jej kostiumy leżą na niej perfekcyjnie, a i Wenecja wygląda jak z najlepszej reklamówki biura turystycznego.

Biedny reżyser "Życia na podsłuchu". Wyprawa do Hollywood na pewno nie poprawiła jego artystycznych umiejętności.

Ocena: 5

Burlesque (2010)

Krytykowanie "Burleski" jest jak kopanie leżącego. Naiwność filmu wali po oczach. Błędy reżyserskie są oczywiste. W zasadzie mam wrażenie, że Steve Antin zrobił wszystko, by ten film położyć. Kompletnie nie zrozumiał on scenariusza, który owszem jest niedzisiejszy i chwilami niemiłosiernie sztampowy. Jednak w rękach dobrego reżysera mógł się on zamienić w klasyczną filmową baśń. Zamiast tego Antin bezwzględnie wypunktowuje każdy anachronizm tak, że niektórzy widzowie na pewno nie będą w stanie powstrzymać się od śmiechu.


Mimo tych ewidentnych błędów mnie "Burleska" jakimś cudem spodobała się. Sądzę więc, że przy innej reżyserii byłbym wręcz zachwycony. Przypadła mi do gustu właśnie ta niedzisiejszość filmu, odwaga w opowiedzeniu bajki, w którą dziś nikt już nie uwierzy. "Burleska" bowiem choć rozgrywa się współcześnie, osadzona jest w micie Hollywood wykrystalizowanym w I połowie XX wieku. Wtedy to właśnie Hollywood stało się ziemią świętą, miejscem pielgrzymek wszystkich Amerykanów (i nie tylko), którzy sądzili, że mają talent, którzy marzyli o zabłyśnięciu na scenie czy przed kamerą. Taka jest główna bohaterka, która gdzieś z zadupia w Iowa jedzie do Hollywood pragnąć zostać piosenkarką. Cała reszta filmu zbudowana jest według doskonale znanej baśniowej formuły.

Dziś jednak ta baśń nie ma racji bytu. W dobie Internetu i reality-show niespełnieni artyści, ślicznotki i przystojniacy o ambicjach bycia celebrytami, gdzie indziej szukają spełnienia. Główna bohaterka reprezentuje ginący gatunek, podobnie jak grająca jej szefową Cher. Słaba popularność filmu w Stanach jest także znakiem czasu. Coraz większa integracja środowiska gejowskiego i pojawienie się nowego pokolenia sprawia, że są oni mniej lojalni wobec swoich kulturowych ikon. Cher i Christina Aguilera nie mają już tej siły przyciągania, podobnie jak kolorowy blichtr rewii.

I właśnie tej nuty sentymentalizmu i wymierania starych gwiazd i marzeń nie zrozumiał Antin. Zostały jednak fajne zdjęcia i całkiem niezła muzyka. A także piękne aktorki i przystojni aktorzy plus niesamowita Cher, która wciąż jest najlepszą reklamą operacji plastycznych robionych z głową. Podobał mi się też Stanley Tucci, który zupełnie bez wysiłku gra rolę przydupasa. Żałuję za to, że prawie w ogóle nie został wykorzystany Alan Cumming. Ma jedną fajną scenę, na którą i tak był za dobry.

Ocena: 6

niedziela, 23 stycznia 2011

Looking for Eric (2009)

Kto by pomyślał, że Ken Loach może się zrobić tak bardzo sentymentalny na stare lata. Ale to dobrze, dzięki temu powstał jeśli nie najlepszy, to z całą pewnością najbardziej pozytywny film o piłce nożnej.


Bohaterem filmu jest listonosz Eric. To sympatyczny gość, którego niestety życie trochę przerasta. Nie udźwignął ciężaru bycia mężem i ojcem i przed wielu laty porzucił miłość swojego życia. Teraz, kiedy ją spotkał, wpadł w panikę, przez co wylądował w psychiatryku. Nie pozbierał się też do końca po tym, jak sam został porzucony przez kobietę, która na dodatek zostawiła mu na wychowanie dwójkę nastolatków. Ci, pozostawieni sami sobie, dziczeją, ignorują go i wpadają w poważne tarapaty. Jest jednak coś, co nie tylko utrzyma go przy życiu, ale co pozwoli mu się w końcu wziąć w garść. Tym czymś jest piłka nożna, a dokładniej: idol Erica, jego imiennik Eric Cantona oraz kumple z pracy i tak jak on zagorzali kibice Manchesteru.

Bardzo spodobała mi się pierwsza połowa filmu. Loach urzekł mnie delikatnością z jaką opowiada historię Erica. Pełno w niej ciepła i delikatnego humoru w pokazaniu męskiej przyjaźni. Film chwyta za serce, kiedy odkrywamy kolejne elementy z przeszłości Erica (przepiękna scena, kiedy jego dawna miłość Lily widzi kartkę, jaką wysłała mu ćwierć wieku temu). Do tego jest to też po części film dokumentalny opowiadającym o fanatycznym oddaniu kibiców swojej drużynie jak i o samym Ericu Cantonie. Druga połowa, kiedy do wszystkiego dołącza wątek gangsterski, ma trochę słabsze tempo. Jednak mimo to całość do końca trzyma wysoki poziom.

"Szukając Erica" to najlepszy film Loacha od czasu "Słodkiej szesnastki".

Ocena: 8

Fit (2010)

Arrrgh! I znów dałem się nabrać na głupią pr-ową papkę. "Fit" określane jest jako połączenie "Skins" i "Glee", czyli dwóch seriali, które bardzo lubię. Niestety opis ten okazał się BARDZO na wyrost. Z serialami łączy je to, że opowiada o młodych ludziach i tyle. W ten sposób każdego naiwniaka, który zechce film obejrzeć, powyższy opis przygotowuje na nieuchronne rozczarowanie.


Taka promocja robi filmowi dużą krzywdę. Jest to bowiem film przyzwoity, choć daleki od ideału. W kategorii filmów propagandowo-edukacyjnych do jakich ewidentnie się zalicza, jest to pozycja znośna i targetowym odbiorcom na pewno się spodoba. Dla mnie całość jest zbyt naiwna, a postaci za bardzo schematyczne. Wszystko jest tutaj mocno podparte tezą o tolerancji dla różnorodności i konieczności patrzenia poza pozory i stereotypy. W zasadzie jest to całkiem niezły pilot serialu, który nigdy nie powstał.

Plusem jest niezła młoda obsada oraz brytyjski slang.

Ocena: 6

środa, 19 stycznia 2011

Somewhere (2010)

Chciałby wierzyć, że "Somewhere" jest filmem przewrotnym, że Coppola jest reżyserką świadomą i inteligentną i że ten film nie jest głupotą, jaką się jawi. Ale jakoś trudno mi to przychodzi.


Film w zasadzie ogląda się nieźle. Coppola kręci brutalnie szczery obraz życia filmowej gwiazdy. Johnny nie jest osobą szczególnie bystrą, ale na brak urody nie może narzekać. Czy jest utalentowany, tego nie wiemy. Tylko raz widzimy go w sytuacji związanej bezpośrednio z realizacją filmu, kiedy musi przez 45 minut siedzieć z całkowicie zapaćkaną głową. Jest za to osobą pozbawioną korzeni. Jedynymi stałymi punktami odniesienia w jego życiu zdaje się być obsługa hotelu, w którym mieszka. Dominuje wszechobecna pustka, którą zagłusza przypadkowy seks z atrakcyjnymi kobietami. A i to nie zawsze, czasem wagina zamiast go podniecać usypia go.

W tę płytką egzystencję wkroczy 11-letnia córka Johnny'ego, którą nieoczekiwanie musi się zająć przez kilka dni. Kiedy jej zabraknie Johnny z zaskoczeniem odkryje, jak bardzo pustka mu teraz doskwiera. I w tym momencie zaczynają się z filmem problemy. Do tego momentu "Somewhere" wyglądało bardzo naturalistycznie. Wydawało się zatem, że Coppola chce nam powiedzieć coś ważnego o życiu, karierze i tym, co naprawdę się liczy. Jednak teraz, pod koniec, okazuje się, że tak wcale nie jest, że Coppola opowiada nam bajeczkę, mającą pocieszyć co bardziej zblazowane i zaćpane gwiazdy ekranu. Tę woltę odebrałem jako zdradę, poczułem się oszukany. Skoro chciała zrobić ojcowską wersję "Notting Hill", to trzeba było ją zrobić dobrze od początku do końca, a nie wtryniać zakończenie, które jest jawnym kłamstwem, które nie pasuje do reszty filmu.

(Marco Gandolfi Vannini)

Jest jednak jedno "ale". Jeśli, jak napisałem na początku, uwierzyłbym, że Coppola jest twórcą świadomym, mógłbym uznać, że "Somewhere" to gra formą. Że reżyserka konfrontuje widza z rutyną i wpojonymi przez setki filmów oczekiwaniami. Wtedy ten zgrzyt pomiędzy formą a treścią należałoby uznać za zamierzony, za efekt próby wybicia widza z kolein, które każą nam w filmach naturalistycznych nie widzieć baśni. Jak jednak też napisałem na początku, jakoś Coppoli nie jestem w stanie dać tego kredytu zaufania. Bardziej przemawia do mnie to, że jest to po prostu jej filmowa maniera, że inaczej nie potrafi.

Niemniej jednak cieszę się, że Stephen Dorff gra w tym filmie. Lubię go od czasu "S.F.W." (do którego zresztą znajdziecie aluzje w "Somewhere"). Niestety nigdy wielkiej kariery nie zrobił. Rolą Johnny'ego udowodnił niedowiarkom, że potrafi grać i mam nadzieję, że mainstream kinowy o nim nie zapomni.

Ocena: 6

poniedziałek, 17 stycznia 2011

The Kids Are All Right (2010)

"Wszystko w porządku" to satysfakcjonująca uczta filmowa. Nie tylko świetnie zagrana ale przede wszystkim doskonale przemyślana. Czapki z głów przed scenarzystami, którzy w tym skromnym, małym filmie byli w stanie zawrzeć tyle różnych tematów i każdy z nich potraktować z uwagą na jaki zasługują.


Film Lisy Cholodenko to opowieść o syndromie pustego gniazda, kryzysie wieku średniego i problemie dzieci poczętych dzięki dawcom spermy. Nic i Jules są parą już od prawie 20 lat. Mają dwójkę dzieci, z których córka właśnie skończyła 18 lat i pod koniec lata opuści dom przenosząc się na studia. Dla kobiet to ważny moment. Powoli muszą zrozumieć, że ich dzieci stają się niezależne, że chcą żyć bez ciągłego nadzoru rodzicielek. Już tylko z tym kobiety, a zwłaszcza Nic, mają problem. Jednak zostanie on zwielokrotniony, kiedy dzieci nawiążą kontakt z biologicznym ojcem. Wzmocni to jeszcze lęk przed utratą dzieci. Na to wszystko nakłada się rutyna w związku, świadomość mijającego czasu, która sprawi, że kobiety zaczną się od siebie oddalać, choć wcale tego nie chcą.

(Yaya DaCosta)
Cholodenko sprawnie trzyma w rękach wszystkie wątki i splata je w jedną fantastycznie opowiedzianą historię. Piątka głównych bohaterów to postaci pełnokrwiste i wielowymiarowe. Delikatny humor nadaje całości smaku, ale nie zdominował filmu, przez co "Wszystko w porządku" nie sprawia wrażenie głupawej komedyjki.

I na koniec jeszcze słowo o Annette Bening. Czasem nagrody dostaje się za bardzo krótkie występy. Bening w filmie jest obecna prawie cały czas, lecz Złoty Glob dostała z jedną bardzo konkretną, mistrzowsko zagraną scenę. Jej twarz, kiedy dociera do niej świadomość zdrady. Genialne!

Ocena: 8

Black Death (2010)

Wiara. Straszna to rzecz. To siła potężna, która potrafi zakrzywić postrzeganie rzeczywistości. Sprawić, że racjonalne wytłumaczenia zastępowane są irracjonalnymi. Jednak najstraszliwsze w wierze jest to, że może zostać wystawiona na próbę, że może zostać podważona. A ze świadomością tego trudno jest żyć. To furia, czarna dziura, która miłość przekształca w desperację i poczucie winy. Nie ma nic bardziej smutnego, przygnębiającego i przerażającego, jak człowiek, który traci swą naiwność.


Przekonał się o tym młody brat Osmund. Żarliwy mnich, który mimo wszystko "zdradził" Boga dla kobiety. Ta pierwsza rysa stanie się powodem jego upadku, kiedy dołączy do wyprawy do wioski, która dziwnym trafem uniknęła dżumy. W fakt, że leży na uboczu i nie bardzo mieli jak się zarazić nikt nie wierzy, nawet sami mieszkańcy wioski. Wolą widzieć w tym działanie sił (nie)czystych. W wiosce tej Osmund przejdzie chrzest ognia i krwi. I niestety rysa zamieni się w otchłań bez dna, w której ginąć będą niewinne osoby.

(Carice van Houten)
"Black Death" przez większość czasu jest typowym filmem przygodowym doprawioną atmosferą rodem z horroru (choć de facto nie ma w tym filmie nic z horroru). Pod koniec jednak staje się filmem mocno cynicznym, przepełnionym goryczą i smutkiem. To właśnie dzięki temu zwrotowi w tonacji narracji film otrzymał ode mnie tak wysoką ocenę. To już czwarty film Christophera Smitha, jaki oglądam i muszę powiedzieć, że nie jest to zły reżyser. OK, "Triangle" był może średni, ale mimo wszystko widać, że chłop ma fajne pomysły i nawet w przeciętnej historii lubi zbaczać z najbardziej wydeptanych ścieżek. To mu się chwali.

(Emun Elliott)
Ocena: 7

Mannen som elsket Yngve (2008)

Film zaczyna się od skierowanego wprost do widza narzekania Jarlego na temat beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znajduje. Utknął w 1989 roku, nie ma znajomych ani dziewczyny, jego życie zdaje się marnością. No cóż, najwyraźniej nie zna chińskich mądrości. Jego życzenie zmiany już chwilę później się spełniło i tak wpadł po uszy w nastoletnie tarapaty. Tak, znalazł kumpli. Tak, znalazł też dziewczynę. Ale znalazł też coś więcej, drugą miłość, której wcale nie szukał, której może wcale tak naprawdę nie ma.


"Mannen som elsket Yngve" to sympatyczny film o dorastaniu. A przy tym sentymentalna podróż do czasów, kiedy słuchało się REM, The Cure i (tak, tego też) Roxette. Film ma fajnych bohaterów, bardzo dobrą ścieżkę dźwiękową i prosty ale niebanalny scenariusz. Twórcom udało się uniknąć powtórki z rozrywki. Temat był już wałkowany przecież w kinie miliony razy, lecz "Mannen som elsket Yngve" pozostaje obrazem świeżym, z kilkoma twistami i rozwiązaniami, które wydają się oryginalne, a przynajmniej niezbyt wyświechtane. Nie ma tu ani taniego rozczulania się nad bohaterami ani uproszczonego dochodzenia do ostatecznych rozwiązań. Życie nastolatka bywa skomplikowane. Burza hormonalna wcale nie musi oznaczać tego, co się nam wydaje, że oznacza i w tym filmie zostało to świetnie ukazane.

Ocena: 7

sobota, 15 stycznia 2011

Hadewijch (2009)

To nie jest film religijny. Choć bowiem religia zajmuje w nim sporo przestrzeni, jest jedynie symptomem rzeczywistego problemu. A tym jest przerażająca, wszechogarniająca pustka, głód, którego nie można zaspokoić.


Céline spotykamy po raz pierwszy w klasztorze, gdzie przesadnie umartwia się. Dziewczyna wykorzystuje męczeńskie wzorce zachowania, lecz religia jest dla niej tylko narzędziem. Od samego początku jest jasne, że ucieka, że karze siebie, że w cierpieniu odnajduje sens siebie samej. Zaraz potem poznajemy, przed czym tak ucieka. Gdy zostaje usunięta z klasztoru, wraca do domu rodziców. A dom ten przytłacza bogactwem wnętrz i chłodną pustką nieobecności. I właśnie owa nieobecność jest kluczem do zrozumienia zachowania bohaterów, nie tylko Céline. Aby nadać sens doświadczanej rzeczywistości, Céline wykorzystała ideę Boga jako nieobecne a przecież odczuwalne źródło miłości. Wyznaczyła sobie nieosiągalny cel, którego pożąda, którego pragnie, a którego nigdy nie uchwyci. Zapewne podobnie w dzieciństwie desperacko pragnęła miłości rodziców. Podobnie jest z Nassirem. I dla niego religia jest narzędziem do obudowania swoich mechanizmów obronnych, stworzenia solidnego obrazu chaotycznego świata. Céline i Nassir nie są ludźmi wiary, a więźniami, którzy sami siebie zamknęli za kratami zbudowanymi z religijnych objawień. I co najgorsze nie zdają sobie z tego sprawy, tak jak większość osób zgłaszających się do psychoanalityka nie wie, że problem, który zgłaszają jest tak naprawdę rozwiązaniem, jakie stosują, by poradzić sobie z prawdziwym problemem, o którym nawet nie chcą myśleć.

"Hadewijch" jest ciekawym impulsem do rozważań na temat natury ludzkiej. Jako film niestety jest natrętnie oczywisty w swej strukturze. Ta maniera uduchowionych zdjęć, portretów niczym z kościelnych malowideł po pewnym czasie staje się pustym zabiegiem technicznym. Pomysł z naturszczykami też nie do końca się sprawdza. "Aktorzy" bywają zbyt świadomi kamery przez co potykają się, wypadają z ról. To niestety pogłębia tylko sztuczność całej konstrukcji, która zamiast być kontemplacją demaskuje siebie jako formalną zabawę z kamerą.

Ocena: 6

En familie (2010)

Ech, filmy takie jak "Rodzina" zawsze mnie irytują. Nie dlatego, że są jakoś szczególnie złe, ale dlatego że kompletnie trwonią tkwiący w nich potencjał. Pernille Fischer Christensen (która nakręciła przecież niezłą "Telenowelę") "Rodzinę" zrobiła tylko w jednym celu: by pokazać sekwencję umierania nestora rodu piekarzy. Ale wcześniej jest to zupełnie inna historia mająca swoje własne tempo, bohaterów. Reżyserka wrabia widzów i kiedy odsłania w końcu karty jest już za późno, by żądać zwrotu pieniędzy za bilet.


Zafiksowawszy się na problematyce umierania reżyserka ledwie prześlizguje się po o wiele ciekawszych (przynajmniej dla mnie) tematach. Spośród nich najbardziej intrygująco wygląda ten dotykający problemu stosunku do nienarodzonych dzieci. Jedna z głównych bohaterek Ditte to kobieta, dla której rodzina jest bardzo ważna. Silnie związane jest z ojcem. Kiedy okazuje się, że umiera, kobieta rzuci wszystko, zrezygnuje nawet z atrakcyjnej pracy, by być przy rodzinie. Tyle tylko, że wcześniej była w ciąży. Dla owej pracy postanowiła się dziecka pozbyć. Płód miał już 7 tygodni. I w przypadku dziecka i w przypadku ojca Ditte staje przed tym samym dylematem: rodzina czy kariera. Za każdym razem wybiera coś innego.

Niestety dla reżyserki jest to jedynie tło psychologiczne, atrakcyjny dodatek fabularny. Zupełnie nie interesują jej możliwości zestawienia tych dwóch decyzji, skonfrontowania ich i zbadania współczesnej mentalności. Zamiast tego woli nas raczyć kilkominutową sceną agonii, która wcale nie wydała mi się artystycznie uzasadniona, za to mocno niesmaczna.

Ocena: 4

czwartek, 13 stycznia 2011

Winter's Bone (2010)

To nie jest obraz, jaki przychodzi na myśl, kiedy mowa o Stanach Zjednoczonych. Tu nie ma nowoczesności, wyrafinowanych rozrywek, ulotnych błysków ekscytacji nowymi gadżetami. Świat "Do szpiku kości" to świat surowy, prymitywny, gdzie nikt ani przyroda ani ludzie się nie patyczkują. Liczy się klanowa solidarność, honor rodziny i dług krwi. To świat jaki znamy z Bliskiego Wschodu, na który uczymy się patrzeć z góry, świat, z którego powinno się uciec.


W tym świecie żyje Ree, siedemnastolatka, która zmuszona jest do opieki nad dwójką młodszego rodzeństwa. Ojciec jest nieobecny, a to w więzieniu, a to się gdzieś ukrywa. Matka nerwowo nie wytrzymała i zamknęła w sobie. Ree pozostaje wierna wpojonym zasadom i stara się utrzymać dom. A nie jest to łatwe. Bieda piszczy z każdego kąta, a do tego okazuje się, że sam dom może wkrótce stracić. Ree zacznie dramatyczną walkę, za co dostanie w kość, będzie wątpić, ale nie ulegnie.

Ree jest niezwykle intrygującą bohaterką. To jedna z tych nowych heroin, od których ostatnio zaroiło się w kinie. Są młode i zdeterminowane. W przeciwieństwie do męskiego wzorca odwagi, one nie są ze stali, mają swoje momenty słabości. A jednak, uparcie brnął do wyznaczonego celu. Na Ree łatwo też jest spojrzeć z pogardą, bo przecież nie walczy z okolicznościami, nie próbuje być rewolucjonistką, nie wdrapuje się po stromych ścianach kotła, w jakim się znalazła, by dostać się do lepszego świata. Mimo wszystkiego, co doświadczy, ona wierzy we wspólnotowe wartości i rodzinne więzy krwi. To także jest sprzeczne z dominującym wzorcem zachowania, męskim i indywidualistycznym w swej istocie.

Po udanym "Aż do kości" Debra Granik zrealizowała film jeszcze lepszy pokazując, że wartości, które uważa się powszechnie (przynajmniej w wielkich miastach) za przeżytek i prymitywizm, wciąż mają się dobrze. Że świat nie jest wcale tak sterylny i lśniący, jak to się może wydawać, kiedy ogląda się telewizję. Że wspólnota to coś niezwykle skomplikowanego i jednostka wcale nie jest tu tłamszona, aczkolwiek walka o bycie sobą i bycie w grupie często bywa trudna i okrutna.

Poza świetną reżyserią, film ma też sporo przykuwających uwagę ról. W zasadzie większość aktorów ma swoje pięć minut. Szczególną uwagę warto zwrócić nie tylko na nagradzaną przez wielu Jennifer Lawrence, ale też chociażby na Johna Hawkesa. Granik świetnie też wykorzystał naturszczyków.

Ocena: 8

środa, 12 stycznia 2011

Season of the Witch (2011)

Dominic Sena zrobił jak dotąd jeden film, który mi się naprawdę podobał. To "Kalifornia" (pokłony za to, co zrobił z Pittem, który nigdy później już nie odważył się zagrać równie ryzykownej roli). "Polowanie na czarownice" nic tu nie zmieniło, głównie dlatego, że film ten to typowy zabijacz czasu. Na szczęście zabijago w sposób znośny, a chwilami przyjemny, więc nie było tak najgorzej.


Dwie podstawowe wady filmu to kategoria PG-13 i oczojebne efekty specjalne. To przez nie film wydaje się być mega sztuczny i naciągany i bardziej naiwny, niż jest w rzeczywistości. Zamiast więc klimatycznego horroru otrzymaliśmy coś na kształt gotyckiej powiastki awanturniczej, tyle że osadzonej w średniowieczu. Na szczęście w tej bajeczce jest też sporo niezłych chwil. Fabuła rodem z RPG może i jest prosta, ale zszyto ją całkiem sprawnie. Postaci niezbyt precyzyjnie ukształtowane, ale miłe dla oka. I Cage nie jest tu jakoś wyjątkowo natrętny i Perlman bywa zabawny. Mnie najbardziej spodobał się Stephen Campbell Moore, który świetnie odnalazł się w mnisim habicie.

Ocena: 6

wtorek, 11 stycznia 2011

Cudowne lato (2010)

Kiedy słyszę słowa "polska komedia", to dostaję drgawek. To, co obecnie pojawia się w kinach jest tak nędzne, że trudno to nawet komentować. Dlatego też z wielką nieufnością, spodziewając się wszystkiego najgorszego, wybrałem się na "Cudowne lato". Ku mojemu zdumieniu film okazał się naprawdę znośny, wręcz dobry.

Wartość "Cudownego lata" upatruję w tym, że jest to film, który nie powstał z myślą o najniższych instynktach masowej widowni. Obraz Brylskiego ma wyraźny posmak kina niezależnego i mógłby z powodzeniem być pokazywany w Sundance. Historia jest skromna, ale jest w niej jakaś magia. Bohaterowie niby zwyczajni, a każdy z nich kryje w sobie czarcią iskierkę, która czyni z nich osoby wyjątkowe. Filmu nie zaludniają idiotyczne gagi, a ciepły, delikatny humoru, który buduje niezwykłą atmosferę. Tych bohaterów i ich perypetie naprawdę ogląda się z przyjemnością.

Wielka w tym zasługa także aktorów. Helena Sujecka to zdecydowanie najmocniejszy punkt całego filmu. Nie wiem kto i skąd ją wytrzasną, ale mam nadzieję, że Brylski sowicie tę osobę wynagrodził. Bez Sujeckiej nie byłoby Kitki, a bez Kitki cały film zamieniłby się w proch. Spodobał mi się też Cezary Łukaszewicz, który świetnie wyczuł konwencję filmu. Osobne brawa należą się Markowi Kasprzykowi za scenę, w której grany przez niego bohater po raz pierwszy spotyka wróżkę Aurelię.

Ocena: 7

127 Hours (2010)

Aron Ralston to duchowy brat Gerrych ("Gerry"), Christophera McCandlessa ("Wszystko za życie") i Timothy'ego Treadwella ("Człowiek niedźwiedź"). Łączy go z nimi przekonanie o własnej omnipotencji i infantylny stosunek do natury. Jak oni czuje w sobie pustkę, tęsknotę za pierwotną więzią, choć jest zbyt cywilizowany, by zrozumieć czym ona naprawdę jest. Dla Arona natura sprowadza się do narkotyku, źródła pozytywnych wrażeń, odstresowacza i formy regresu do dzieciństwa i czasów spędzanych z ojcem. Zachwyca się przyrodą, niby racjonalnie zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw (to część "kicku" jaki ma z obcowania z nią). W rzeczywistości jednak nie zna jej mocy. Bo też skąd?


Podobnie jak w wyżej wymienionych filmach tak i w "127 godzin" natura pokazuje pazur. I bohater wpada po uszy w tarapaty, znajduje się na krawędzi życia i śmierci. Danny Boyle jest jednak większym optymistą niż Van Sant, Herzog i Penn. Jego film jest ostatecznie opowieścią o triumfie ludzkiej woli, o przetrwaniu wbrew wszystkim okolicznościom. Boyle staje po stronie naiwnych ludzi, którzy udowadniają, że są panami Ziemi. Staje po stronie słabych, którzy upadają pod naporem swych uzależnień, lecz nie potrafią rzucić narkotyku. Wynosi na piedestał tych, którzy w społeczeństwie znajdują się na dnie i czyni z nich herosów. Tyle że ich heroizm jest pusty, ot taki romantyczny mit, który z rzeczywistością niewiele ma wspólnego. Dla narkomana każdy kolejny dzień jest przecież triumfem woli przetrwania, lecz koniec końców nic się nie zmienia.

Boyle od pierwszej sekundy naprowadza nas na myślenie o bohaterze jak o narkomanie przedstawiając go nam w rytm piosenki "Never Hear Surf Music Again". Cała reszta "127 godzin" przywodzi na myśl "Trainspotting", a sam Aron choć jest adrenaline junkie, to mógłby spokojnie być kumplem Sick Boya, Rentona i spółki. Boyle stosuje tu te same niezwykle sugestywne techniki zdjęciowo-montażowe przez co prawie fizycznie odczuwamy wszystkie doświadczenia bohatera. Do tego dochodzi świetny James Franco (jego kreację psuje trochę charakteryzacja, głównie powiek). Szczególnie w końcowej części, kiedy bohatera zaczyna odlatywać w delirkę.

Film w sumie bardzo fajny, ale jednak jak dla mnie jest to rzecz za bardzo świadoma formalnie, przekombinowane.

Ocena: 7

poniedziałek, 10 stycznia 2011

La fille du RER (2009)

Nowy film André Téchiné wzbudził moją konsternację. Nie do końca jest dla mnie jasne, dlaczego reżyser wybrał akurat taką konstrukcję filmu. Obraz inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami. Wątek dziewczyny jest dla mnie jasny. Téchiné przybliża nam postać dziewczyny, która skłamała, że została napadnięta przez paru wyrostków, a cały atak miał niby tło antysemickie. Ale dlaczego obok tej historii pojawia się druga, żydowsk0-francuskiej rodziny?


Sam w sobie ten drugi wątek byłby też ciekawy. Kontrastuje bowiem antysemickie nastroje i powszechne wyobrażenia z codziennym życiem Żydów, prozą rodzinnych konfliktów, mieszaniną religijnej tradycji i świeckości. Z osobna obie historie miałyby większą moc, razem budują dystans, sprawiają, że film zdaje się być chłodny i – co najgorsze – powierzchowny. Jest kilka ciekawych scen, pięknie sfotografowanych i zmontowanych, ale mimo wszystko czegoś tu zabrakło.

Na szczęście aktorsko stoi na dobrym poziomie. Tu przynajmniej Téchiné  trzyma standardy.

Ocena: 6

niedziela, 9 stycznia 2011

Habitación en Roma (2010)

"W łóżku" – chilijski pierwowzór – zrobił na mnie spore wrażenie. Najprostszy z możliwych pomysłów, tylko dwójka aktorów i hotelowy pokój wystarczył, by opowiedzieć wciągającą historię spotkania dwójki osób, ewolucji od nic nieznaczącego one-night-stand po dyskusję na temat życia, ludzi, relacji. Kiedy zatem usłyszałem, że inspirując się tym filmem Julio Medem będzie kręcił własną opowieść, byłem bardziej niż zaintrygowany.


Poza ogólnym pomysłem "Habitación en Roma" nie ma jednak w sobie nic z obrazu Matíasa Bizego. Medem znacznie rozbudował środki wyrazu, dodając nie tylko kolejne postaci, ale też "podkręcając" scenografię, dramaty dwójki bohaterek jak i sam sposób narracji. Nadał całość bardziej zmysłowy charakter, podkreślił smak swego dania, intensywność opowieści. Jednak w tym wszystkim zagubili się gdzieś ludzie. Nie ma tu tej bliskości, która tak bardzo spodobała mi się w filmie Bizego. Historia Alby i Nataszy jest pełna pasji, a jednocześnie sprawia wrażenie wydarzenia na miarę opery. Dlatego też najbardziej spodobała mi się scena ze śniadaniem na tarasie, kiedy do obu kobiet dociera, że to już koniec. Scena ta pozbawiona jest dialogu, prosty montaż i praca kamery sprawiają, że jest ona surowa, a emocje nagie (co swoją drogą jest ciekawe: to jedna z nielicznych scen, w których bohaterki nie są nagie). Niestety jak na mój gust za dużo było tu naściennych amorków, scena ze strzałą w wannie to już mocne przegięcie no i ta liczba dramatów. Dlaczego nie mogły to być po prostu dwie kobiety?

Ocena: 6

(2009) عجمي

"Ajami" to ponura wizja świata, gdzie przetrwać jest niebywale trudno. Warunki i społeczne normy sprawiają, że nawet kiedy bardzo pragnie się pozostać na dobrej drodze, jest to prawie niemożliwe.


Na własnej skórze przekonają się o tym Omar i Malek. Ten pierwszy znalazł się w samym środku waśni klanowej. Jego życie wielkimi krokami zbliża się do końca tylko dlatego, że jego wuj zastrzelił bandziora pochodzącego z potężnego rodu. Teraz ród ten zamierza zabić Omara, chyba że ten zgromadzi zawrotną sumę i spłaci honorowy dług. Malek z kolei to nastolatek. Jego życie wywróci się do góry nogami, kiedy usłyszy przerażającą diagnozę: jego matka ma nowotwór i jedynym ratunkiem jest kosztowny zabieg przeszczepu szpiku.

I Omar i Malek bardo chcieliby zdobyć pieniądze "normalnymi" sposobami. Niestety żyją w świecie, który zupełnie im tego nie ułatwia. Nie dość, że jest to Izrael/Palestyna rozdarty konfliktem etnicznym, to jeszcze obaj bohaterowie nie należą do zamożnych, a na to wszystko nałożą się jeszcze społeczne uwarunkowania, które narzucają kolejne więzy. Nic więc dziwnego, że zdecydują się na drogę na skróty. Ryzyko jest olbrzymie, lecz potencjalna nagroda również. Niestety w świecie, w którym zwyczajna droga życia jest śmiertelnie niebezpieczna, szlak na skróty przetrwać jest naprawdę trudno. Na Bliskim Wschodzie za marzenia zawsze płaci się cenę krwi...

"Ajami" zbudowane jest na wciąż modnym schemacie przeplatających się wątków i zaburzonej czasoprzestrzeni. Dzięki tej konstrukcji twórcom udało się przenieść widzów do rzeczywistości, w której prozaiczne marzenia są niezwykle trudne do zrealizowania. Smutny to i przygnębiający obraz ludzi, którzy mogliby wiele osiągnąć, gdyby nie rzeczywistość, która staje się ich więzieniem.

Ocena: 7

sobota, 8 stycznia 2011

Contracorriente (2009)

Moja cyniczna część natury powinna była odrzucić ten film już na wstępie. Czyż można sobie bowiem wyobrazić bardziej telenowelową fabułę od tej w debiucie Javiera Fuentes-Leóna? Wątpię. Na szczęście cynik we mnie poszedł wcześnie spać i film mnie po prostu wzruszył i zachwycił, a dwie tragiczne opowieści miłosne uznałem za piękne i niezwykle liryczne. Podobnie musiało być z widzami w Sundance, skoro film wyróżnili w ubiegłym roku swoją nagrodą.


"Contracorriente" zawieszone jest pomiędzy życiem a śmiercią. Jasnym sygnałem są dwie otwierające film sceny jeszcze przed podaniem tytułu. Najpierw widzimy brzuch kobiety w ciąży i mężczyznę zachwyconego tym, że wkrótce narodzi mu się dziecko. Zaraz potem widzimy trupa i pogrzeb kuzyna poznanego w pierwszej scenie mężczyzn. To właśnie ten mężczyzna – Miguel – jest głównym bohaterem filmu. To właśnie on żyje w świecie pomiędzy, nie przynależąc w pełni do żadnego z nich. Symbolicznie podkreślone jest to jego zawodem: jako rybak wiecznie rozdarty jest pomiędzy życiem lądowym, a oceanem. Jednak ta symbolika jest trochę zwodnicza, ponieważ rybak jest zarazem znakiem kompromisu, symbolizuje osobę, która potrafi balansować na cienkiej linie odgraniczające oba światy. Miguel też udaje, że to potrafi, że umie pogodzić dwie sprzeczne natury wewnętrzne. Tak jednak nie jest.

Miguel dla wszystkich jest młodym mężem Marieli, z którą oczekuje dziecka. I rzeczywiście na swój sposób kocha żonę, a ojcem z całą pewnością będzie wspaniałym, już nie mogąc doczekać się narodzin dziecka. Jednak Miguel kocha kogoś jeszcze, choć nie potrafi się do tego głośno przyznać, nawet jeśli usłyszeć miałaby to tylko osoba, którą kocha. Tą miłością jest Santiago, przystojny malarz, mający w okolicy dom. Ich związek składa się z wykradzionych chwil, ukrywanych przed wszystkimi schadzek. Santiago z trudem to znosi. Miguel, rozdarty pomiędzy Santiago a Marielą, pomiędzy społecznością a prawdą o sobie, nie potrafi podjąć decyzji, zdeklarować się, z kim chce zostać, kogo porzucić. Za to niezdecydowanie zapłaci stratą niemal wszystkiego.

(Manolo Cardona)

Najpierw zginie Santiago. Utonie porwany przez mocny prąd, roztrzaska sobie głowę o skały. Jednak nie zniknie z życia Miguela. I dopiero teraz rybak pozna smak tego, co naprawdę stracił. Po raz pierwszy w życiu przespaceruje się ulicą pełną ludzi, trzymając ukochanego za rękę. Tak mogło wyglądać jego życie, gdyby wybrał Santiago. I choć powoli, nieubłaganie świadomość straty wsiąka w niego i ostatecznie zmusi go do zaakceptowania tego kim jest (był), to póki co wciąż nie jest skłonny podjąć decyzji. Znów oszukuje siebie i innych, zadowolony, że znalazł doskonały kompromis: żywa żona i martwy kochanek-duch. Jednak ta równowaga jest złudna i wkrótce znów cały świat Miguela zachwieje się. Misterna konstrukcja jego życia zacznie się rozpadać, niczym zamek z piasku, który zalewają wody przypływu. W końcu stanie twarzą w twarz z sobą samym, przez co straci Marielę. A na związek z Santiago będzie za późno. Miguel dokona wyboru i będą to jego nowe narodziny i jak każdy z nas, narodzi się sam i w bólu...

Latynosi są urodzeni do opowiadania tego rodzaju historii. W "Contracorriente" nie ma śladu wyrachowania. Całość opowiedziana jest z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. I choć pojawia się w filmie duch to i tak opowieść wydaje się to bardzo prawdziwa i poruszająca. I nie chodzi tu tylko o historię miłości dwóch mężczyzn, którzy kochają się z całego serca, a którzy ze strachu nie potrafią być ze sobą. Również historia Marieli przejmuje swoim nieproszonym tragizmem. Widać przecież, że związek nie jest li tylko iluzją, parawanem, za którym Miguel ukrywa swą orientację. A jednak Mariela z bólem odkrywa, że nie jest jego miłością życia. Ta scena, kiedy mówi Miguelowi "ty wciąż go kochasz", łamie serce nie tylko bohaterom ale i widzom. Duża w tym zasługa trójki głównych bohaterów. Grają tak doskonale, że bez problemu uwierzyłem w cały ten węzeł uczuć i niedopowiedzeń.

Dużą zasługę w tym, że ten film tak bardzo mi się spodobał, należy przypisać samemu reżyserowi a także autorowi zdjęć Mauricio Vidalowi. Dzięki nim udało się stworzyć tę atmosferę miejsca, gdzie śmierć i życie wzajemnie się przenikają. Wioska rybacka zdaje się być bardziej miejscem jak ze snu, jakby to był czyściec, niż realne miejsce. Świat zewnętrzny prawie nie istnieje. Pozostaje piękno, marzenia, sen, życie i śmierć.

Ocena: 8

czwartek, 6 stycznia 2011

Scrat's Continental Crack Up (2010)

Krótkie, acz zabawne. Wiewiór jak zawsze wpada w tarapaty, a przy okazji zmienia oblicze Ziemi. Pomysł jest naprawdę prosty, ale fajnie zrobiony, dlatego też sympatycznie się to ogląda.


Ocena: 7

środa, 5 stycznia 2011

True Grit (2010)

Gdyby nie było Coenów, należałoby ich wymyślić. Jakże nudny byłby świat bez ich filmowego kunsztu, wyobraźni i poczucia humoru! Nawet kiedy robią słabszy film, to i tak na tle innych produkcji jest on całkiem niezły. A kiedy wszystko im wychodzi, wtedy dostajemy film naprawdę wielki. Nie wiem, czy za jakiś czas pamięć o "Prawdziwym męstwie" nie zblaknie, czy czas nie pokryje wszystkiego patyną. Dziś wszakże jestem w siódmym niebie, bo oto obejrzałem jeden z najlepszych filmów w karierze Coenów. A już na pewno najlepszy od czasu "Fargo".


"Prawdziwe męstwo" nie rozkręca się. Od pierwszej minuty wkraczamy do wartkiego strumienia narracji, która porywa nas perfekcyjnymi dialogami (i wisielczymi monologami). Wszystkie sceny rozgrywające się w miasteczku to perły komedii: scena publicznej egzekucji, targowania się, rozprawy sądowej. Tak dobrze napisanych i zagranych scen komediowych ze świecą można byłoby szukać. Do tego dochodzi nienaganna konstrukcja bohaterów, którzy zostali idealnie wyważeni stając się wyrazistymi postaciami, o których pamięta się długo po opuszczeniu kina. I dotyczy to nie tylko trójki głównych bohaterów, ale też całej plejady postaci drugoplanowych.

W amerykańskich recenzjach powtarzane są słowa, że "Prawdziwe męstwo" jest najmniej 'coenowy' ze wszystkich filmów braci. Co za stek bzdur! To poczucie humoru, ci bohaterowie, ta konstrukcja narracji – odnajdziemy tu wszystko od wspomnianego już przeze mnie "Fargo" po "Bracie, gdzie jesteś?". Wystarczy pierwsze pięć minut, by rozpoznać ich wyjątkowy styl.

W tych samych recenzjach mówi się, że Coenowie wskrzeszają tradycyjny western. Jest to kolejna bzdura. Owszem, w "Prawdziwym męstwie" mamy tradycyjną konstrukcję, mamy wszystkie elementy jakie powinny się w westernie pojawić (no może poza panienkami z saloonów), ale bracia nie kryją swego dystansu nasycając wszystko humorem, który jest zupełnie nietypowy dla klasycznej opowieści z Dzikiego Zachodu. I przez to całość ma swój wyjątkowy charakter. Kiedy dodać do tego świetne aktorstwo (Hailee Steinfeld ma szansę stać się gwiazdą z prawdziwego zdarzenia), świetne jak zawsze zdjęcia Rogera Deakinsa (choć w "Zabójstwie Jessego Jamesa" były lepsze) i cała resztę, otrzymamy rzecz, co do której nie można się przyczepić (a przynajmniej ja nie mogę).

Ocena: 10

wtorek, 4 stycznia 2011

Des hommes et des dieux (2010)

Cicha okolica, piękne widoki gór Atlasu i codzienność, która mija nieśpiesznie. Idealne miejsce do kontemplacji Boga. Chrześcijańscy mnisi żyją w idealnej harmonii ze swymi muzułmańskimi braćmi i siostrami. Raj na Ziemi, może niezbyt bogaty w materialne dobra, ale też nikt tu wiele nie potrzebuje, ot leki, czasem jakieś buty i tyle. Jednak już po kilkunastu minutach perspektywa się rozszerza. Ten raj to wyspa na oceanie okrutnej wojny domowej. Bezsensowna przemoc zbliża się do klasztoru wielkimi krokami. Wszyscy wiedzą, że ich czas nieubłaganie dobiega końca. Uratować może ich jedynie wyjazd, czy jednak mogą to uczynić – oto jest pytanie.


"Ludzie Boga" z łatwością mógł się stać kolejnym filmem postkolonialnym opowiadającym o białych, którzy poświęcają się dla ratowania dzikich Afrykańczyków. Gdyby tak się stało, to chyba bym nie wysiedział do końca. Za dużo w ostatnich latach powstało właśnie takich obrazów. Na szczęście Xavier Beauvois poszedł w inną stronę i stworzył najlepszy od czasu "Wyspy" Łungina film poruszający kwestie wiary.

Choć film opowiada prawdziwą historię grupy mnichów, którzy zostali zamordowani przez islamską fundamentalistyczną bojówkę, "Ludzie Boga" nie mówi o śmierci za wiarę, ale o życiu w zgodzie z wiarą. W jednej ze scen jedna z mieszkanek pobliskiej wioski mówi do przeora: Jesteście drzewem, a my przysiadami na waszych gałęziach. Jeśli was zabraknie, nie będziemy mieli się gdzie podziać. W tych słowach kryje się cała prawda o filmie i o misyjnym powołaniu. Stając się kapłanem czy misjonarzem przyjmujemy na siebie bardzo konkretne obowiązki. Od tych obowiązków nie ma ucieczki, gdyż ceną jest czyjeś życie. Pasterz nie może porzucić owiec na pastwę wilków. To wydaje się frazesem i w tak spokojnych miejscach jak Polska nie kryje się za tym żadna głębsza myśl (a szkoda, ale to już jest temat na inną dyskusję), jednak staje się kwestią ostateczną, kiedy za progiem czyha śmierć. I tak przez pół filmu obserwujemy zmagania ośmiu osób z prawdą wiary i brzemieniem obowiązków, z których myśleli, że nie będą rozliczeni. Sceny w klasztorze, kiedy widzimy mnichów przerażonych, miotających się, wątpiących wyglądają bardzo prawdziwie i chwytają za serce. A jednocześnie stają się bardziej ogólnymi symbolami zmagań wszystkich ludzi, którzy na przestrzeni wieków stawali przed podobnym dylematem: uciec czy wytrwać. I nawet kiedy podejmują ostateczną decyzję, widać, jak wielki jest to dla nich ciężar.

Beauvois świetnie wygrywa przypowieść o bezsensownej brutalności konfrontując ją z nieśpiesznym tempem życia zamkniętej społeczności. Sprawia to, że każde wydarzenie nabiera niezwykłej intensywności, a każde osobiste zwątpienie staje się tragedią poruszającą serca. Bardzo, bardzo dobre, kontemplacyjne kino.

Ocena: 9

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Megamind (2010)

Nie wiem, co jest bardziej niepokojące: to, jak przedstawiani są złoczyńcy w nowoczesnych animacjach czy to, że nikt, ale to nikt na to nie reaguje. I "Megamocny" przez swoją pozorną wywrotowość tylko jeszcze intensyfikuje problem.


Kiedyś zło nie miał swojej genezy. Czarownica była zła koniec kropka. Było to zło irracjonalne i oczywiste. A dziś czarnymi charakterami są ofiary, ofiary zaniedbań wychowawczych, osoby skrzywdzone w dzieciństwie. Wtłoczeni w role czarnych charakterów, dziś są karani za to, że zidentyfikowali się z narzuconą im tożsamością. Przedstawianie dzieciom idei, że ofiary są złe i należy jej karać może się odbić straszliwymi konsekwencjami, kiedy dzieci te dorosną. U Disneya tę koncepcję najwyraźniej widać w serialu "Fineasz i Ferb", gdzie we wspomnieniach Dundersztyca odkrywamy przerażające dzieciństwo. Podobnie jest w dreamwokrsowym "Megamocnym", gdzie tytułowy bohater nie dość, że wychowywany był przez więźniów, to potem jeszcze jest straszliwie traktowany w szkole.

Jednak w "Megamocnym" złoczyńca staje się bohaterem, więc wydawać by się mogło, że film DreamWorks Animation jest bardziej postępowy. Ale to tylko pozór. Film byłby naprawdę postępowy, gdyby to społeczeństwo widząc swoje błędne postępowanie, zmieniło swoje zachowanie w stosunku do ofiary. Ale nie, w "Megamocnym" społeczeństwo nie zmieniło się. To Megamocny musiał zrozumieć, że czynił źle, dokonać pokuty i zadośćuczynienia, które przybiera postać samoofiary. A zatem ofiara musi przyznać, że była sprawiedliwie bita, przeprosić, a wtedy litościwie zyska miłość i wdzięczność tych, przez których stała się zła i przez których cierpiała.

To przerażająca filozofia. W bajce może nie robić takiego wrażenia i wiele osób może powiedzieć, że nie ma o co robić hałasu. Ale podstawmy pod to inną sytuację. Na przykład zgwałconą kobietę. Najpierw kobieta zostaje zgwałcona. Potem przez społeczność zostaje naznaczona jako dziwka i ladacznica i na koniec skazana na ukamienowanie. Jeśli pokaja się, jeśli przyzna się do wywołania u mężczyzny pożądania, ukamienowanie może zostać łaskawie odwołane, a kobieta staje się bohaterką walki o równouprawnienie. I co? Naprawdę nie ma o co robić tyle hałasu? A najgorsze, że taka sytuacja miała niedawno naprawdę miejsce.

A sama animacja? Cóż, po bardzo inteligentnej i jakże innej animacji "Jak wytresować smoka", DreamWorks powraca do tego, co dało wytwórni największe sukcesy – do postmodernistycznej zabawy. I tak w "Megamocnym" mamy sporo odniesień, które czytelne będą do dla starszych widzów jak parodia wyborczego plakatu Obamy, czy odniesienia do Marlona Brando w "Supermanie". 3D zaś w końcu jest wykorzystane w sposób efekciarski, ale właśnie po to kupuje się droższe bilety, więc w tym przypadku to nie zarzut a zaleta.

Ocena: 7

niedziela, 2 stycznia 2011

The Town (2010)

Ben Affleck wyraźnie rozwija się jako reżyser. Szkoda jednak, że nie chce zapomnieć o aktorstwie. W "Mieście złodziei" jest najsłabszym aktorskim ogniwem, ale zarazem stworzył solidny dramat na podstawie historii, która na tak dobre potraktowanie wcale nie zasługiwała.


Historia złodziejaszka, który zakochuje się w pracownicy banku, który napadł jest dokładnie tak naiwna, na jaką brzmi. Nie do końca rozumiem, co też podkusiło Afflecka, żeby akurat tę opowieść przenieść na duży ekran. Całość jest przewidywalna, bohaterowie to zbiór wytartych powieściowych frazesów. I jeszcze ta rodzinna tragedia. Jednak w rękach Afflecka całość nabiera rumieńców. Bohaterowie ożywają, Affleck-reżyser świetnie dobrał obsadę i jeszcze lepiej nimi pokierował. Niby role nie są trudne, bardzo efekciarskie i łatwe do zapamiętania, a jedna i tak Jeremy Renner, Jon Hamm i Rebecca Hall potrafili nadać im indywidualny rys. Affleck dobrze też poradził sobie w scenach napadów (mam dwie drobne wpadki ale mniejsza z tym).

Ogólnie "Miasto złodziei" jest filmem lepiej zrobionym niż "Gdzie jesteś Amando". Ma jednak słabszą podstawę fabularną. I właśnie za to, że mimo kiepskich widoków na film, udało się Affleckowi nakręcić niezłą fabułę, "Miasto złodziei" dostało u mnie lepszą notę niż "Gdzie jesteś Amando".

Ocena: 7

Κυνόδοντας (2009)

Intrygujący film wpisujący się w dyskusję o roli rodziców i wychowania w kształtowaniu dzieci. Bohaterami obrazu są członkowie pewnej rodziny żyjące w skrajnym oderwaniu od społecznych realiów. Ze światem zewnętrznym kontakt ma jedynie ojciec. Matka i trójka dzieci nigdy nie wykracza poza ogrodzony teren ich posiadłości. To jednak nie wszystko. By jeszcze bardziej odciąć się od świata, rodzice wychowując dzieci uczą ich zupełnie innych znaczeń słów. I tak karabin to piękny biały ptak, zombie to mały, żółty kwiatek, a telefon to solniczka. Nie wiemy dlaczego rodzice się na ten krok zdecydowali. Widzimy tylko "tu i teraz". I jest to widok fascynujący i przerażający.


"Kynodontas" to film miejscami mocno absurdalny, kiedy widzimy bohaterów zachowujących się w sposób dla nich normalny, ale zupełnie nie do przyjęcia w świecie poza murami ich posiadłości. Jak choćby w scenie, w której matka ogłasza, że jest w ciąży i że psa urodzi na pewno, a bliźniaki może nie, jeśli dzieci będą się dobrze zachowywać. W innych scenach są zaś przerażający w swej infantylność połączonej z impulsami agresji i popędem seksualnym, którego zupełnie nie pojmują.

Nie jest to może film klasy mistrzowskiej. Nie jest nawet tak odkrywczy, jak chcieliby nam wmówić niektórzy krytycy. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to udany debiut reżyserski i naprawdę fascynujący portret ludzi, którzy odrzucili społeczne normy.

Ocena: 7

Kill Your Darlings (2006)

"Kill Your Darlings" to hołd złożony dziwakom tego świata. Jedyną "normalną" osobą wydaje się być Eric, alter ego reżysera. Cała reszta jest mniej lub bardziej porąbana, począwszy od Loli, psychopatki, która stanie się muzą Erica, a na samobójca w drodze skończywszy. Ci bohaterowie są psychicznie poranieni, skrzywieni i cierpiący. Większość z nich balansuje na granicy życia i śmierci. Nie są w stanie prowadzić normalnej egzystencji i właśnie dlatego są interesujący, dlatego przyciągają uwagę reżysera. Nie są banalni, nie wtapiają się w tło szarej codzienności. Są destrukcyjni, bywają niebezpieczni dla siebie i innych, ale jednocześnie nadają intensywnego smaku kolejnym dniom, wytrącają nas (a przynajmniej reżysera) z kolei.


Sam w sobie "Kill Your Darlings" jest próbą przeniesienia szwedzkich klimatów na grunt amerykański (i ekipa i część aktorów to Szwedzi). Niestety jest to próba nieudana. Niby mamy tu typowo skandynawskie czarne poczucie humoru, niby jest sporo absurdu i barwnych, pokręconych bohaterów, a jednak w słońcu Kalifornii i Nevady skandynawski klimat gdzieś wyparował. Została sama konstrukcja, która jest zbyt toporna i zbyt oczywista. Przygody głównych bohaterów są śmieszne i "over the top" tylko w zamyśle, w rzeczywistości bywa miejscami wręcz nudno. Björne Larson w swoim ambitnym debiucie trochę przeliczył się z siłami. Za to trzeba przyznać, że udało mu się przyciągnąć do filmu bardzo fajną obsadę.

Ocena: 6

sobota, 1 stycznia 2011

Polytechnique (2009)

Na "Polytechnique" zwróciłem uwagę kiedy tylko pojawił się pierwszy zwiastun. Zrobił on na mnie spore wrażenie. Kiedy na Warszawskim Festiwalu Filmowym zobaczyłem bardzo dobre "Pogorzelisko", film nakręcony przez Villeneuve'a już po "Polytechnique", mój apetyt na ten film jeszcze wzrósł. Być może więc zbyt wiele oczekiwałem, ale niestety obraz lekko mnie rozczarował.


"Polytechnique" nie jest filmem próbującym wgryźć się w tragedię, zrozumieć dlaczego do niej doszło, przeanalizować przebieg straszliwej tragedii, do której doszło naprawdę w grudniu 1989 roku. Dzieło Villeneuve'a to czarno-biała impresja, próba zamknięcia w filmowej czasoprzestrzeni pojedynczych wrażeń, dramatów, emocji, myśli. Rozumiem tę koncepcję, ale jednak rezultat jest zbyt chłodny, za bardzo zdystansowany. Jakby film robiła osoba bezpośrednio z tragedią związana, która pomimo 20 lat wciąż nie potrafi przyjrzeć się całej sytuacji, bowiem rana nie do końca się zagoiła i nadal boli.

Być może problemem jest też to, że film nie jest zbyt długi i to, że Villeneuve z nie do końca dla mnie zrozumiałych przyczyn poza wersją francuską nakręcił też drugą taką samą ale jednak nie identyczną wersję angielskojęzyczną. Jakby same napisy nie wystarczyły (ale za Oceanem chyba rzeczywiście nie wystarczają).

Z drugiej strony Villeneuve udowodnił w "Polytechnique", że ma naprawdę znakomity zmysł wizualny. Czarno-białe obrazy robią wrażenie, a reżyser wraz z operatorem potrafią świetnie się z nimi obchodzić (jak choćby panorama ośnieżonej Kanady widziana z lotu ptaka).

Ocena: 6

One on One (2010)

Nudna krótkometrażówka, która jednak doskonale oddaje mentalność Amerykanów. Koszykówka jest tu atrakcyjna i dynamiczna, bardzo "macho". Walc z kolei jest nudny, głupi i zupełnie pozbawiony jaj. Dwójka bohaterów w sportowej hali jeszcze da się oglądać. Kiedy jednak trafią do pani "jaa" zamieniają się w ciepłe kluchy. Biorąc pod uwagę wymowę filmiku, nie takie miało być przesłanie "One on One". Niestety tak właśnie to wygląda. Smutne.


Ocena: 5

The Love Permit (2010)

I kolejna krótkometrażówka udowadniająca, że nakręcenie dobrego filmu parominutowego wcale nie jest tak proste, jak się może wydawać. "The Love Permit" ma bardzo ciekawy pomysł, ale znów między ideą a wykonaniem jest przepaść, która nie została zasypana.


Oto świat niedalekiej przyszłości. Główny bohater żyje w totalitarnym świecie permanentnej inwigilacji. W tym świecie każda czynność wymaga zezwolenia lub licencji. Nawet miłość i seks. Główny bohater próbuje właśnie taką licencję zdobyć.

Filmik jest fajny dopóki bohater skonfrontowany jest z bezduszną biurokracją. Kiedy jednak urzędnik okazuje się nie aż tak z kamienia, jak się początkowo wydaje, całość rozłazi się na boki tracąc pazur. Bez tej zmiany w postawie film miałby o wiele bardziej wyrazistą wymowę.

Ocena: 6

The License (2009)

Kolejna propagandówka z tej samej serii co "The Defenders". Tym razem jednak twórcy nie pobłądzili. Film jest krótki i bardzo trafnie odsłania słabe punkty "tradycyjnych wartości". Owszem jest to populistyczne i w nie ma większej wartości merytorycznej przy bliższym przyjrzeniu się, ale jako film krótkometrażowy jest zabawne, z wyrazistą pointą i zrobiony w tempo. Ogląda się to naprawdę fajnie.


Ocena: 7

Last Call (2009)

Podoba mi się pomysł baru jako miejsca przejścia między światami, gdzie trafia główny bohater po wypadku samochodowym. Zdecydowanie mniej podoba mi się łzawa historyjka straconej miłości. Gavin niby jest alkoholikiem, ale grający go Travis Dixon nie jest w tej roli zbyt przekonujący. Niby Gavin kocha Marka, ale i tu Dixon jest kiepski. O wiele lepiej wypada on w rozmowach z barmanką albo kiedy jest sam. To rozdwojenie nie pozwala cieszyć się filmem. Na plus zaliczam jednak ładne zdjęcia, warte lepszego obrazu.

Last Call Promo (:45) from Nick Corporon on Vimeo.


Ocena: 5

In Their Room (2009)

Nie do końca wierzę, że "In Their Room" to dokument, spowiedź ośmiu facetów o tym, co robią w swoich pokojach. Niezależnie jednak od tego ile jest w nim prawdy, a ile inscenizacji, całość jest spójna, ma swój charakter i atmosferę. Może jest za bardzo monotematyczna. Wydawać by się mogło, że w pokojach można robić trochę więcej niż tylko walić konia, słuchać muzyki i leżeć w łóżku obijając się lub ewentualnie oglądając coś (czyli porno). Ale może Amerykanie w San Francisco nic więcej w pokojach nie robią? Kto ich tam wiem.

ITR Teaser from Travis Mathews on Vimeo.


Film nie jest tak dobry, jak "I Want Your Love". Niemniej jednak muszę przyznać, że Travis Mathews jest ciekawym reżyserem. Zastanawia mnie, czy kiedyś spróbuje sił w długim metrażu.

Ocena: 6

Ps. Zastanawiam się dlaczego Jesse w obu filmach ma różne nazwiska.

Hide (2010)

Ugh, co za męczące 20 minut. Film skończył się gdzieś we wczesnej fazie tworzenia fabuły i twórcy zamiast zająć się jej dopracowaniem, zaczęli radośnie kręcić film. W rezultacie powstał bardzo ospały obraz dwóch podstarzałych facetów mających ten sam problem, lecz podchodzących do niego w różny sposób.


Jedyne, co w "Hide" jest naprawdę ciekawe to niejednoznaczny morał. Z jednej strony można byłoby powiedzieć, że film wspiera stare powiedzenie: pościeliłeś sobie łóżko, to teraz śpij. Ten morał wspiera historia Ricka, którego życie zmieniło się brutalnie, kiedy został skopany przez własną bogobojną żonę. Z drugiej strony jednak Rick będzie żył dalej, a tymczasem Matthew umiera. Jego historię można interpretować w ten sposób, że kłamstwo stało się źródłem raka.

Ocena: 4

The Golden Pin (2009)

Melodrama i to w krótkim metrażu. To rzadkość. I szczerze mówiąc nie dziwię się. Stężenie sercowych rozterek jest w tym filmie tak wysokie, że przekracza granice ludzkiej tolerancji. Można to przetrzymać z trudem. Trochę przesadzam. Sama w sobie historia chłopaka, który musi zdecydować czy pójść za głosem serca czy rodzinnego obowiązku spleciona z historią matki, która przed laty stanęła przed podobnym wyborem nie jest zła. Problematyczna jest muzyka rodem z najbardziej kiczowatego wyciskacza łez. Dobrze przynajmniej, że reżyser nie poszedł za wzorem wietnamskiej opery i zrezygnował z widowiskowej sceny samobójstwa.


Ocena: 6

Gay Baby (2010)

Pomysł całkiem fajny, egzekucja niestety fatalna. Oto młode małżeństwo dowiaduje się, że będzie mieć potomka. Ich radość mąci jednak informacja, że chłopiec będzie gejem. I dotąd jest fajnie. Potem film już jest znacznie słabszy. Ojciec, który marzył, że jego syn będzie sportowcem, teraz musi się pogodzić, że tak nie będzie. Sceny w sklepie z ubrankami i zabawkami dla dzieci-gejów są za mało komediowe. W zamierzeniu mają afirmować stereotypy, by później zostać jednym zdaniem obalone. Ale żeby tak się stało, kontrast powinien być wyraźniejszy, a tego w filmie nie ma.

Ocena: 6