poniedziałek, 28 lutego 2011

The Adjustment Bureau (2011)

Z zasady chodzę adaptacje prozy Dicka. Nie dlatego, bym liczył na dobre przeniesienie prozy pisarza na duży ekran (tego rodzaje nadzieje już dawno wyblakły), ale z ciekawości jak tym razem ugryziona zostanie ta paranoidalna zupa pomysłów i paradoksów. Muszę powiedzieć, że "Władcy umysłów" bardzo mnie zaskoczyli.


Z jednej strony film jest bardzo bliski duchowi Dicka. Choć twórcy traktują jego pomysł bardzo dosłownie, w sposób dość naiwny kreśląc historię rzeczywistości, w której wolna wola jest pozorem, to jednak widać, że tym razem przynajmniej scenarzysta przeczytał opowiadanie zanim wycisnął z niego ostatnie soki. Z drugiej strony całość sprawia raczej wrażenie "Zmierzchu" dla starszych widzów, z historią miłości, która przekracza czasoprzestrzenne ograniczenia. W końcowym rezultacie film staje się przedziwną mieszanką ni to thrillera SF ni to paranormalnego romansu. Nie wiem, czy przypadnie ona widzom do gustu. Mnie fascynowała, ale jednocześnie odtrącała. Zabrakło mi w tym wszystkim klimatu, który by mnie oczarował, pochłoną.

Za to film stawia kilka intrygujących pytań. Przede wszystkim o naturę miłości. Autorzy filmu starają się nas przekonać, że jest to prawdziwe uczucie, które przekracza ograniczenia mikroprzeznaczeń. Jednocześnie jest wyraźnie powiedziane, że związek dwójki głównych bohaterów jest pokłosiem wcześniej obowiązującego planu, który został najwyraźniej nie do końca skrzętnie anulowany. Czy zatem to, co łączy dwójkę bohaterów można nazwać prawdziwą miłością, czy jest to atawizm, którego nie udało się pozbyć? Dick zapewne poszedłby tym tropem, twórcy zaś starają się jak mogą, by pytania w ogóle nie zauważyć.

Druga intrygująca kwestia to bardzo konserwatywny obraz kobiety. Konstrukcja historii przypomina średniowieczny romans, gdzie rycerz musiał dowieść swego męstwa pokonując wiele przeszkód i "potworów", by zdobyć rękę wybranki. Ta z kolei nie ma nic do roboty, tylko kochać i być wdzięcznym obiektem męskiej miłości. I nie zmienia tego fakt, że jest artystką mającą swoją własną, niezależną od bohatera/rycerza karierę, większość średniowiecznych bohaterek też była w takiej sytuacji jako koronowane głowy. Co jeszcze bardziej zastanawiające, to wyraźna nieobecność kobiet wśród agentów korygujących rzeczywistość. Zdaje się to być mocno samcze zajęcie, a jego symbolem jest bardzo falliczny w swej wymowie kapelusz. Na początku drugiej dekady XXI wieku taka nierówność płci musi zastanawiać.

Ocena: 6

niedziela, 27 lutego 2011

La vida de los peces (2010)

Andres jest profesjonalnym turystą. Żyje na walizkach, podróżując z miejsca na miejsce. Pretekstem do tego ciągłego ruchu jest jego zawód - jest autorem przewodników dla turystów. Jednak gorzka prawda jest taka, że znalazł pracę, w której nie musi się w ogóle starać, w której jest po prostu sobą. Od dziesięciu lat brakuje mu korzeni, kotwicy, która trzymałaby go w miejscu. A zarazem, w głębi duszy nie ruszył się z miejsca. Wciąż żyje w cieniu wypadku, w którym zginął jego najlepszy przyjaciel oraz decyzji, przez którą stracił miłość swego życia.


Teraz pojawił się z powrotem w życiu tych, których opuścił dekadę wcześniej. I widzi, że jego przyjaciele i znajomi nie stali w miejscu. Choć może nie podróżowali tyle po świecie co on, choć mają wiele własnych problemów, to jednak ich życie potoczyło się do przodu. Dziś są już dla niego tylko obcymi, z którymi łączy go wspólna przeszłość. I jest jeszcze Bea, kobieta, którą wciąż kocha. To dla niej tak naprawdę pojawił się na urodzinach swego przyjaciela. Na co liczył? Tego sam do końca nie wie. W głębi duszy pewnie sądził, że uda mu się ją przekonać, by spróbowali raz jeszcze. Andres był, a może wciąż jest, miłością jej życia. Ich rozstanie strzaskało jej serce. I nawet po latach, po urodzeniu bliźniaków, wciąż od czasu do czasu zastanawia się "co by było, gdyby". Podążyć za Andresem to kusząca wizja, ale podczas gdy on nie ma nic do pakowania, jej życie się rozrosło i nie ma w nim już miejsca dla Andresa z krwi i kości. A może?

Trzeci film Matíasa Bizego, jaki mam okazję obejrzeć, utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to bardzo utalentowany chilijski reżyser. Nawet jeśli "La vida de los peces" sprawia wrażenie sequela "W łóżku". Film ma bardzo ciekawą konstrukcję. Składa się z 10 scen dialogowych, po jednej na każdy rok rozstania Andresa z jego przyjaciółmi i Beą. Z rozmów tych wyłania się obraz człowieka zagubionego, wciąż płacącego cenę za decyzję, którą podjął przed laty. Jednak Bize nie ulega pokusie prostej konformacji: jego złe życie vs. dobrze ułożone życie jego przyjaciół. Wszystkie egzystencje mają swoje pozytywy i negatywy, Bize pokazuje, że nie liczy się sama droga, ale raczej to, na ile my czujemy się komfortowo podążając nią.

"La vida de los peces" dostało w tym roku Goyę. Moim zdaniem nie do końca zasłużenie. "Pod prąd" bardziej mi się podobało. Ale ponieważ oba poruszają podobną tematykę, w gruncie rzeczy nie jest to najgorsza decyzja Akademii. Film moim zdaniem ma jedną wadę. Ma zbyt ponury nastrój, który bardziej pasuje do historii o przyjęciu pożegnalnym osoby śmiertelnie chorej, która na koniec zamierza popełnić samobójstwo. Przez to niektóre rozmowy z dość naturalnych pogadanek osób, które nie widziały się od lat, zmieniają się w sceny wyjęte wprost z greckiej tragedii. Ma to w sobie jakiś absurdalny posmak.

Ocena: 7

Paper Man (2009)

Gorzko-słodka opowieść o samotnikach. Żyją w klatkach zbudowanych przez siebie. Wydaje im się, że tak będzie bezpieczniej. Z czasem jednak schronienie przemienia się w więzienie, a poczucie bezpieczeństwa w nieszczęśliwą niezmienność. Richard przeżył tak znaczną część swego życia. Ma dość, ale nie potrafi się wyrwać. Wszystko wokół niego się rozpada, a on nie ma sposobu, by to powstrzymać. I wtedy zauważa młodą Abby. Rozpoznaje w niej siebie sprzed wielu, wielu lat. To spotkanie, które przerodzi się w dziwną przyjaźń okaże się dla niego drzwiami na wolność, a Abby pozwoli uniknąć drogi, jaką Richard kroczył przez dziesięciolecia. Jednak zamiana wymaga ceny i dwójka bohaterów musi podjąć męską decyzję: czy chcą ją zapłacić.


Film zrealizowany przez niedoszłych scenarzystów "Ligi Sprawiedliwości" to typowa produkcja pod festiwal Sundance. Skromne, ciche kino, z dziwacznymi bohaterami, którzy przemycają trochę życiowej prawdy. Nic wielkiego, obraz jakich w Sundance i Slumdance jest setki, ale ma swój urok, głównie za sprawą Jeffa Danielsa i Emmy Stone. Tworzą razem niezłą parę.

Ocena: 6

sobota, 26 lutego 2011

Celda 211 (2009)

To miał być normalny dzień. Juan chciał się dobrze zaprezentować szefom, więc pojawił się w pracy dzień przed objęciem obowiązków. Nie wiedział, nie mógł wiedzieć, że tego dnia wybuchnie w więzieniu bunt. Stało się tak bowiem po części za jego sprawą. Głupi wypadek, jedna chwila nieuwagi i los wielu ludzi został zmieniony na zawsze, a Juan ze strażnika więziennego stał się jedną z twarzy buntu.


"Celda 211" to rasowe kino z rodzaju tych, które najbardziej lubię. Mocne tempo, suspens i bohaterowie, których losami się przejmuję. Obraz Daniela Monzóna to wyrazista przypowieść o niecodziennej przyjaźni, o hartowaniu się woli człowieka w niezwykłych warunkach i przekraczaniu granic wytrzymałości, poza którymi nawet piekło wydaje się luksusowym ośrodkiem wczasowym. Juan przechodzi tę drogę, a u jego boku stoi Malamadre, jako świadek, wróg, przyjaciel, wódz.

Wielkim plusem filmu jest fantastyczna rola Luisa Tosara. Goya to zdecydowanie za mało. Ta intensywność, to spojrzenie – gra aktorska na niebotycznie wysokim poziomie. Brawo, brawo, brawo.

Ocena: 9

Broderskab (2009)

Pragnienie przynależności, bycia częścią większej całości, poczucie wspólnoty. Nie ma w tym nic złego, jeśli pragnienie to nie wynika z lęku przed sobą, jeśli nie jest ucieczką, próbą zatracenia się. Niestety właśnie z tych powodów Jimmy i Lars znaleźli się w neonazistowskiej organizacji. Obaj wcześnie próbowali innych podobnych miejsc (jak choćby wojsko). Za każdym razem przekonują się, że nie można uciec przed tym, kim się jest.


Gdyby Jimmy nie spotkał Larsa, pewnie byłby ktoś inny. I na odwrót. I choć koniec jest tragiczny (albo i nie, możemy przecież dopowiedzieć go sobie sami), to środek przynajmniej wypełniły chwile szczęścia. Z kimś innym mogliby nie przeżyć nawet tyle. Lars to wie, w końcu przez to został wydalony z armii. Te chwile w domu na plaży, to ukradzione momenty, które nie mogły trwać wiecznie. A jednak Lars i Jimmy, w pełni świadomi zagrożenia, nakładają na siebie więzy emocjonalne.

"Broderskab" pozytywnie mnie zaskoczył. Nie jest to może typowa duńska produkcja. Mniej w niej chłodu, a więcej delikatności, ale w tym przypadku nie okazało się to wadą. Dwójka bohaterów został dobrze sportretowana. Film zyskuje dzięki pracy kamery (choć z niedoświetlonymi zdjęciami lekko przesadzili). I nawet jeśli historia sama w sobie nie jest zbyt oryginalna, to opowiedziana została w taki sposób, że się o tym zapomina, angażując całym sercem w tę smutną historię o dwóch straceńcach.

Spodobał mi się też obraz neonazistów jako organizacji proekologicznej, broniącej natury. Ten kontrast z brutalnością wobec tego, co postrzegają jako nienaturalne, robi spore wrażenie.

Ocena: 7

The Killer Inside Me (2010)

Cała ta wściekłość! Ukryta, stłamszona, nienazwana. Jeśli ściśniesz ją w sobie, jeśli przywdziejesz maskę sympatycznego, cichego i uczynnego człowieka, masz nadzieję, że takim się w rzeczywistości staniesz. Jest jednak inaczej. Ta wściekłość ma nad tobą kontrolę, buzuje w twoim wnętrzu niczym lawa w wulkanie. I tak jak jest z wulkanem, czasem dochodzi do erupcji. Kontrolowane "upuszczanie pary" niewiele daje. Wręcz przeciwnie, karmi wewnętrzny ogień, aż w końcu następuje nieuniknione.


Lou Ford nazwany byłby przez media potworem, zwierzęciem, które zasłużyło na śmierć. Jednak dzięki świetnej grze Caseya Afflecka, widz ma okazję przeniknąć tę fasadę i przynajmniej stanąć na progu zrozumienia. Winterbottom zaprasza nas do wyciągania własnych wniosków. Rozrzuca sporo dość ewidentnych tropów (jak wspominanie o śmierci matki, wspomnienia Lou z dzieciństwa i książka Freuda w biblioteczce), ale nie wciska ich nam łopatologiczną dydaktyką. Za to należą mu się brawa. Wielu widzów nie podejmie pozostawionego śladu. I to jest w porządku. Zostawiając nam wybór, reżyser daje nam szansę wniknąć w świat "potwora" tak daleko, jak pozwala nam na to nasza własna strefa komfortu.

Po serii dość przeciętnych i przewidywalnych filmów, Winterbottom w końcu zrobił coś intrygującego. To jego najlepszy film od czasu "A Cock and a Bull Story".

Ocena: 7

Pokoj v duši (2009)

Pokazywanie takich filmów w Polsce ma tylko jedną zaletę: pozwala nam się dowartościować. Przez lata docierały do nas głównie dzieła wybitne, przez co rozwijała się opinia, że nasi południowi sąsiedzi, czy to Czesi czy to Słowacy, kręcą lepsze filmy od nas. "Spokój w duszy" udowadnia, że i oni są w stanie robić całkiem niezłe gnioty.


W zasadzie trudno powiedzieć, po co ten film powstał i o czym opowiada. To, co jest w nim najciekawsze to obraz wioski położonej gdzieś na pogórzu karpackim. Dokumentalne portrety mieszkańców, zniszczonych, zmęczonych, porzuconych na uboczu pośród pięknych plenerów, świetnie sprawdziłyby się w półgodzinnym reportażu. Jednak twórcy najwyraźniej chcieli nakręcić pełnometrażową fabułę, więc upichcili jakąś pseudohistoryjkę, która nawet w "Klanie" by nie przeszła.

Główny bohater wychodzi z więzienia i musi zakończyć parę spraw. Wydaje mu się, że jest w sytuacji bez wyjścia, ale jakoś sobie radzi, po czym podejmuje zupełnie bezsensowna decyzję. Nie ma ona żadnego psychologicznego uzasadnienia (a przynajmniej twórcy go nie podają). Taki numer to odwalić mógł nastolatek, który dopiero wkracza w dorosłe życie albo osoba cierpiąca na chroniczną depresję. Jednak Tono nie jest ani jednym ani drugim. Co więcej w porównaniu z takimi choćby Cyganami, jego los wcale nie jest taki najgorszy, a jednak to żyją dalej, a on nie. Bez sensu.

Oprawa filmu też jest zupełnie od czapy. Muzyka Lorenca jest piękna, ale bardziej pasuje do filmu przyrodniczego lub o Janosiku, tu brzmi co najmniej absurdalnie. Charakteryzatorzy też się nie postarali. W zbliżeniach wyraźnie widać szminkę na ustach bohaterów.

Ocena: 3

czwartek, 24 lutego 2011

The King's Speech (2010)

Chciałbym móc powiedzieć, że nie rozumiem popularności "Jak zostać królem", ale niestety rozumiem ją aż za dobrze. Obraz Tom Hoopera to idealna propozycja dla widzów, którzy chcą zobaczyć lekki i przyjemny film, a jednocześnie poczuć się tak, jakby obcowali z prawdziwą Sztuką. To pierwsze zapewnia im mało skomplikowany scenariusz o dwóch mężczyznach pochodzących z różnych sfer. To drugie zapewniają aktorzy Colin Firth i Geoffrey Rush, którzy z wielkim przekonaniem prezentują nam baśń opartą na faktach. To perfekcyjna kombinacja, wobec której nie można przejść obojętnie... jeśli jest się niedzielnym konsumentem kina.


"Jak zostać królem" to fantastyczna lekcja warsztatu filmowego. PISF powinien zmusić polskich twórców do jego obowiązkowego obejrzenia, a potem jeszcze zrobić egzamin. Kto go nie zda, ten nie ma prawa kręcić filmów na podstawie wydarzeń historycznych. Wystarczy porównać "Jak zostać królem" z "Czarnym Czwartkiem". Różnica jest niebotyczna... ale tylko w wykonaniu. Przykład: scena finałowa. Tekst to rzeczywiste przemówienie, filmowa całość ogranicza się dobrej ale nie powalającej gry Firtha i Rusha, a jednak robi olbrzymie wrażenie. Dlaczego? Przez Beethovena. Jednak jest on tak wpleciony w materię filmową, że następuje niemalże z automatu transfer emocji, które wzbudza muzyka na całą scenę, a stąd rozlewa się na cały film.


Jest w tym filmie dużo "smaczków", dzięki którym całość oglądałem z przyjemnością. Jednym z nich była scena, w której Firth spotyka Ehle i od razu na myśl przychodzi Elizabeth Bennett i Pan Darcy z "Dumy i uprzedzenia".

Ocena: 7

เจ้านกกระจอก (2009)

To nie był najlepszy dzień na oglądanie "Zwyczajnej historii". O ile bowiem doceniam pomysłowość twórcy, o tyle sama narracja straszliwie mnie wymęczyła. Dawno już nie wyszedłem z kina z tak przemożną chęcią położenia się spać. Na szczęście mroźna pogoda orzeźwiła mnie (dzięki niech będą za -14 st. C).


W tym filmie niewiele się dzieje. Mamy młodego sparaliżowanego od pasa w dół chłopaka z bogatej rodziny oraz pielęgniarza z prowincji. I w zasadzie tyle. Obserwujemy fragmenty tego, co zachodzi między nimi: nużącą codzienność obowiązków, początkową wrogość i powolne rozwijanie się nici porozumienia.

Za to konstrukcja filmu jest naprawdę fajna. Reżyserka zbudowała "Zwyczajną historię" na linearnej nielinearności. Oznacza to, że narracja sprawia wrażenie linearnej, ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Jednak następujące po sobie sceny nie trzymają się rzeczywistej chronologii, stąd scena poznawania się pracowników domu następuje później, po scenie, kiedy już się wszyscy ze sobą znają, scena obiadu w sypialni występuje znacznie wcześniej niż scena, której młody bohater ustami pielęgniarza informuje ojca, że nie będzie już jadł przy stole, a u siebie w pokoju. Reżyserka wszystko to fajnie pocięła i skleił na nowo tak, że prawie w ogóle nie widać szwów.

Ocena: 6

środa, 23 lutego 2011

Drive Angry 3D (2011)

Moda na filmy odjechane, przejaskrawione, bawiące się kiczem, seksem i przemocą, rozwinęła się w najlepsze. "Piekielna zemsta" jest tego najlepszym dowodem. Ale tylko w tym film ten jest "najlepszy". Reszta jest już znacznie bardziej standardowa.


"Piekielna zemsta" ma bardzo dobrą pierwszą połowę. W zasadzie do świetnej sceny wystrzałowego seksu, rozkręca się w sposób jakiego należało oczekiwać. Było więc dużo dystansu, jeszcze więcej humoru i sporo ostrej jazdy (plus przekleństwa, ale zwykłe "fucki" to wrażenie mogą robić tylko na ludziach, którzy nie oglądali "In the Loop"). Potem jednak twórcy zaciągają hamulce i film przekształca się dość standardowe kino akcji z pościgami i scenami w stylu zabili go i uciekł. W pewnym momencie zacząłem nawet wątpić w to, że całość jest parodią "Ghost Ridera" i przyszło mi do głowy, że być może twórcy na serio chcieli zrobić wariację na temat komiksowego bohatera.

W ostatecznym rozrachunku "Piekielna zemsta" trzyma mniej więcej ten sam poziom co "Maczeta" i "Święci z Bostonu 2". Największą zaletą filmu jest świetnie skompilowana ścieżka dźwiękowa.

Ocena: 7

wtorek, 22 lutego 2011

Czarny Czwartek - Janek Wiśniewski padł (2011)

I znów to samo! Dlaczego choć raz, kiedy Polacy kręcą film o Ważnym Wydarzeniu, to zamiast skupiać się na nim nie spróbują opowiedzieć o ludziach, którzy zostali przez wydarzenie doświadczeni? Dlaczego zamiast zwyczajnych niezwyczajnych historii, muszę oglądać paradę patriotycznych haseł i idei. Najwyższa pora już z tym skończyć. Powtórka z nędznego "Katynia" nikomu nie jest potrzebna.


Film Krauzego nie jest aż tak zły jak "dzieło" Wajdy. Reżyser najwyraźniej rozumie konieczność posiadania bohatera, który byłby żywym człowiekiem. Jednak pomiędzy zrozumieniem a wykonaniem pozostała przepaść, którą Krauzemu nie udało się zakopać. "Czarny Czwartek" zaczyna się od sceny Wigilii na rok przez feralnym grudniem 1970. Zwyczajna rodzina łącząca koniec z końcem w czasach PRL-u. Ta scena wzbudziła moją nadzieję, że tym razem zobaczę inny film. Niestety wkrótce potem rodzina znika, prawie zupełnie zapomniana. Film wpada w znajome koleiny i tylko szosa jest nieco inna. Pomysł z wykorzystaniem materiałów archiwalnych jest niezły, ale Krauze przesadza z ich użyciem i w pewnym momencie "Czarny Czwartek" przeradza się w coś na kształt "997" czy "W-11".

"Czarnemu Czwartkowi" nie można odmówić dobrego wykonania. Nawet aktorstwo jest niezłe. Ale ten pietyzm, podniosły ton, w jaki nieuchronnie popada reżyser, jest koniec końców nie do wytrzymania. Ten film to obraz straconej szansy. Choć jest lepszy od "Katynia", to jednak daleko mu do "Jutro idziemy do kina", a przecież ten film był produkcją telewizyjną.

Ocena: 5

Ps. Sceny z Jandą chyba słusznie wycięto. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, gdzie ją chcieli wcisnąć.

niedziela, 20 lutego 2011

Giallo (2009)

Dario Argento nie jest już tym samym twórcą co kiedyś. Tak naprawdę to nie jest już twórcą. Jego filmy przypominają recyclingowe przetwory. Stare pomysły mieli w papkę i lepi z nich coś niby nowego.


Tak samo jest w "Giallo". Jest w tym filmie kilka klasycznych scen, które przypominają dawnego Argento w najlepszej formie: scena u rzeźnika, upadek przez szklany sufit czy ostatnie ujęcie Adriena Brody'ego (które zresztą powinno być ujęciem zamykającym film). Dzięki tym scenom chce się Argento wciąż oglądać. Jednak sama historia jest dość grubymi nićmi szyta. W scenariuszu jest sporo niekonsekwencji, co sugeruje artystyczne niechlujstwo.

Najgorsza jest jednak Emmanuelle Seigner. O ile bowiem Brody gra z pełnym zaangażowaniem, o tyle Seigner zupełnie się nie popisała. Zamiast niepokoju o siostrę na jej twarzy widziałem minę kogoś, kto właśnie strzelił sobie w żyłę i już zaczyna odczuwać pierwsze efekty.

Ocena: 5

The Nines (2007)

John August postanowił dokonać rehabilitacji demiurga, owego stwórcy naszego świata, który zdaniem gnostyków czy katarów wcale nie jest Jedynym Bogiem. W tych koncepcjach religijnych demiurg ma jednoznacznie negatywny charakter. August postanowił na niego – stwórcę potężnego, ale nie nieomylnego – spojrzeć przychylniejszym okiem.


W "Dziewięć" stwórca tak umiłował swoje własne dzieło, że postanowił zstąpić do niego. Jest niczym scenarzysta filmowy, który nie potrafi oderwać się od swoich postaci albo twórca gier, który zna kod "trybu Boga", ale rezygnuje z niego "bo to nie jest zabawne". Owszem, jest w tym pewna doza masturbacyjnego uzależnienia, potrzeba całkowitego zatracenia się w tym, czego się jest stworzycielem. W ten sposób August przygląda się jednak każdemu twórcy, każdemu rodzicowi i stawia pytanie o to, gdzie postawić granicę, kiedy należy uniezależnić się od swego dzieła.

Film ma bardzo fajną konstrukcję. Trzy części. W każdej występują ci sami aktorzy, ale za każdym razem grają kogoś innego. Jednak rzeczywistości poszczególnych części nie są od siebie uniezależnione, a raczej nakładają się na siebie istniejąc paralelnie, czasem wzajemnie się przenikając. Reynolds miał okazję wykazać się tu aktorskim talentem grając trzy dość zróżnicowane postaci i muszę przyznać, że z zadania wywiązał się na piątkę. Hope Davis w pierwszej części jest świetna, podobnie jak i Melissa McCarthy. Zresztą pierwsza część jest zdecydowanie najlepsza i trochę szkoda, że jest na początku. W ten sposób bowiem przez pozostałą godzinę entuzjazm trochę przygasa i ostateczny rezultat nie przynosi takiej satysfakcji, jakby mógł.

Ocena: 6

Is It Just Me? (2010)

Standardowa opowiastka o tym, że każda potwora znajdzie swego amatora i jakie to ciężkie życie mają romantycy w świecie, gdzie liczy się tylko seks. Choć będąc złośliwym powiedziałbym, że z tego filmu jednoznacznie wynika, że bycie romantykiem jest mechanizmem obronnym. W ten sposób mniej atrakcyjne osoby bronią się przed depresją wynikającą z faktu, że są ignorowani przez przystojnych łóżkowych drapieżców.


"Is It Just Me?" nie wykracza na jotę od standardu gatunkowego i bez problemu można byłoby wyrecytować koleje losów bohaterów bez oglądania filmu. Mimo że jest skierowany do bardzo konkretnego odbiorcy, konstrukcja jest uniwersalna, podobnie jak przesłanie, zatem każdy tolerancyjny fan romantycznych filmideł odnajdzie się tu bez trudu. Brak oryginalności twórcy nadrabiają sympatycznymi bohaterami. No może nie głównym bohaterem, który bywa irytujący, ale już Xander, Cam i Michelle są zabawni i nawet jeśli mają jakieś wady to i tak trudno ich nie lubić, skoro w głębi serca są porządnymi ludźmi.

Ocena: 6

sobota, 19 lutego 2011

Town Creek (2009)

No cóż, jako film kinowy "Nienasycony" sprawdza się średnio, a chwilami słabo. Ale gdyby potraktować go jako pilotowy odcinek serialu, o... to co innego.


"Nienasycony" to bardzo, ale to bardzo dobry pomysł na serial grozy. Szczególnie, że otwarte zakończenie aż prosi się o kontynuację. Gdyby to był pilot, można też byłoby wybaczyć pewne uproszczenia w fabule, toporność w narracji i dialogi chwilami niepierwszej świeżości. Wszystko rozwinięte zostałoby przecież w późniejszych odcinkach, a bohaterowie i sytuacje stałyby się bardziej niejednoznaczni. A tak konstrukcja jest zbyt prosta, całość toczy się w zbyt ekspresowym tempie. Na szczęście ma kilka fajnych pomysłów, wśród których rodzina o dwuznacznej moralności jest chyba najlepszym.

Bardzo podobała mi się czarno-biała sekwencja początkowa, w której Schumacher próbuje naśladować styl kina sprzed 70 lat. Nie do końca artystycznie mu to wychodzi, ale za przypomnienie modnego przed laty zabiegu z akcentowaniem oczu snopami światła ma u mnie duży plus.

Ocena: 6

czwartek, 17 lutego 2011

My Soul to Take (2010)

Oj, kiepsko widzi mi się "Krzyk 4". Wes Craven po kilkuletniej przerwie wcale nie jest lepszym reżyserem. "Zbaw mnie ode złego" jest filmem nędznym, naiwnym i mało strasznym. Choć może okaże się czymś w stylu "Wampira w Brooklynie", który też był kiepski, a zaraz potem Craven nakręcił "Krzyk" i wszyscy zapomnieli, że przez 10 lat nie nakręcił żadnego hitu. Oby...


W "Zbaw mnie ode złego" Craven próbuje reanimować stary dobry horror z nastolatkami. Struktura filmu okazuje się bardzo typowa dla tego rodzaju produkcji. Craven jednak i tak zdołał pobłądzić. Choć bowiem buduje atmosferę, to jednak nie udaje mu się stworzyć wystarczającego napięcia w scenie finałowej. Zabójstwa są mało pomysłowe, mało brutalne i ogólnie zbyt staromodne. Craven nie potrafi przekuć niepokojów nastolatków w angażujący horror.

Mimo to w filmie jest kilka plusów. Pomysł na żeński szkolny gang był bardzo fajny. Szkoda, że został on wykorzystany w zasadzie w dwóch scenach. Świetnie spisał się też John Magaro. Niby widziałem go w innych filmach, ale jakoś go nie kojarzyłem. Po tym filmie z całą pewnością go zapamiętam. Fajny był też pomysł z prezentacją kondora na lekcji. Jednak Max Thieriot powinien jak najszybciej skończyć z graniem śliczniutkich cherubinków. Jasne, jego sylwetka predestynuje go do tego rodzaju ról, ale w ten sposób zapuszcza się w ślepą uliczkę, z której chociażby Magaro znalazł wyjście.

Ocena: 5

Love and Other Drugs (2010)

Co za rozczarowanie. Jedyna rzecz, jaka zwraca uwagę w tym filmie, to golizna. Nie przypominam sobie filmu z hollywoodzkimi gwiazdami, w którym tak często paradowałyby one nago. Sceny te były też jedynym źródłem rozrywki, ponieważ twórcy zaskakiwali a to ułożeniem ciał a to pracą kamery tak, by w pomysłowy sposób pokazać, że nic "kluczowego" nie pokazują.


Cała reszta to po prostu jakieś smęty. "Miłość i inne używki" zamiast być komedią romantyczną o zakochiwaniu się w chorej osobie, przypomina dramat o nekrofilii. Tylko w dwóch momentach film nabiera życia i żaden z miłością i związkiem nie ma nic wspólnego. Pierwszy to farmaceutyczna Macarena z początku filmu. Świetna sekwencja bezbłędnie wypunktowująca czym jest dziś przemysł produkcji i sprzedaży leków. Jednak scena ta nie pasuje do filmu o miłości a do satyry na kapitalizm końca XX wieku. Druga scena to spotkanie osób chorych na Parkinsona, pełna radości i łez. Jednak ta scena też nie pasuje do komedii romantycznej a do dramatu o nieuchronności śmierci i sposobach radzenia sobie z tą świadomością.

Rozczarowali mnie też aktorzy. Anne Hathaway tylko się uśmiecha. Fakt, robi to pięknie, ale to zdecydowanie za mało. Jake z kolei krzywi się, co w niektórych scenach wygląda absurdalnie, jakby grał asystenta Frankensteina a nie amanta.

Ocena: 5

wtorek, 15 lutego 2011

I Am Number Four (2011)

Albo jestem za stary na takie filmy albo "Jestem numerem cztery" powstało za późno. Jeszcze 10 lat temu pewnie bardziej by mi się nowe "dzieło" Caruso spodobało. A może i nie. Wtedy w telewizji leciał serial o podobnej tematyce – "Roswell: W kręgu tajemnic". Pierwszy sezon był nawet niezły i w mojej pamięci zapisał się zdecydowanie większymi zgłoskami niż zapisze się "Jestem numerem cztery".


Ten film nie ma naprawdę nic lub prawie nic do zaoferowania. Caruso raz jeszcze okazuje się nonszalanckim kopistą. Tym razem przerabia powiastki z lat 80. w stylu "Straceni chłopcy". Wyszła z tego bajeczka o chłopcu, który ma wszystko: i wygląd i moce, a i tak mamy uwierzyć, że jest biedakiem, który wymaga naszego współczucia, bo wredni brzydale chcą mu zrobić kuku. Litości, "don't hate me 'cause I'm beatiful" brzmi zabawnie, ale jako pomysł na film nie do końca się sprawdza. W "Roswell" była przynajmniej większa rozpiętość dramatów i trochę bardziej na serio twórcy podeszli do tematu ukrywania się i prześladowania.

Kreowany na gwiazdę Alex Pettyfer wydaje się nie mieć zbyt wiele do zaoferowania poza swoją urodą i pewnością siebie. W "Jestem numerem cztery" wypada blado i jednowymiarowo. Już znacznie lepiej zaprezentował się inny mało znany młody aktor Callan McAuliffe. Żal mi Dianny Agron. Coś mi się zdanie, że nie uda jej się wykorzystać "Glee", by rozpocząć karierę w kinie. Ale trzeba pamiętać, że o gwiazdach "Roswell" dziś też mało kto pamięta, a grająca w nim drugie skrzydła Katherine Heigl jest obecnie jedną z pretendentek do miana królowej komedii romantycznych.

Ocena: 4

Ps. Powyższy zwiastun niewiele ma wspólnego z filmem. Przynajmniej jeśli chodzi o los numerów jeden, dwa i trzy.

Szelíd teremtés - A Frankenstein-terv (2010)

"Łagodny potwór" na pierwszy rzut oka wygląda jak amatorskie przedstawienie psychotropowych zombiaków. Sztywni aktorzy o mocno ograniczonej mimice paradują po ekranie i deklamują kwestie pozbawione większego znaczenia. Fabuła zresztą jest niewiele lepsza. Naiwny dramat rodzinny lepiej wypadłby, gdyby rozpisano go na 180 odcinków telenoweli. Szczerze mówiąc większe pole do popisu daje tytuł i źródło inspiracji dla scenariusza, niż efekt końcowy.


Skąd zatem tak wysoka ocena filmu? Przez zdjęcia. Dawno już żaden film tak mnie nie zachwycił prezentowanymi obrazami. Aktorzy może nie są nadmiernie urodziwi, ale za to są niezwykle fotogeniczni, co Mundruczó i Mátyás Erdély wykorzystali w 100%. Wspaniałe panoramy, przepiękne zbliżenia, kompozycje kadrów przemyślane do ostatniego detalu. Patrzyłem na to wszystko z szeroko otwartymi z zachwytu oczami. Pierwsze zbliżenie na twarz Rudolfa Frecski! Scena z sypiącym śniegiem, kiedy syn stoi i czeka na idącą do niego matkę! Trup na śniegu! Tramwaj na torowisku obok cmentarza. Cudo, cudo, cudo. Dla każdego wzrokowca będzie to niezapomniana uczta.

Ocena: 7

Balada triste de trompeta (2010)

Moja ocena "Hiszpańskiego cyrku" niestety jest niepełna. Nie znam aż tak dobrze historii XX-wiecznej Hiszpanii, a film jest ewidentnie alegorią na czasy dyktatury Franco. Álex de la Iglesia próbuje zrozumieć i opowiedzieć o szaleństwie, które sprawiło, że Hiszpanie z jednej strony nienawidzili opresyjnego rządu, z drugiej strony dawali się rżnąć jakby sami tego pragnęli, a ci, którzy stawali do walki okazywali się smutnymi clownami na skraju załamania nerwowego.


Pozostała mi zatem historia trójkąta miłosnego o dwóch pajacach zakochanych w tej samej kobiecie. To opowieść o sprzeczności, brutalności skrywanej za maską łagodności i cierpieniu splecionym z rozkoszą. Na tym poziomie jest to historia dość typowa dla reżysera i nie odkrywa tu niczego nowego. Powiedziałbym nawet, że chwilami jest nieco zacofany w stosunku do tego, co kręcił dekadę wcześniej.

(Carolina Bang)

Dobrze za to wypada trójka aktorów w głównych rolach, budując niezwykle intensywną, niejasną relację. To dzięki nim "Hiszpański cyrk", z przyciężkiej, barokowej alegorii staje się żywą opowieścią o ludziach wewnętrznie rozdartych.

Ocena: 6

niedziela, 13 lutego 2011

The Boondock Saints II: All Saints Day (2009)

Wielu osobom druga część "Świętych" nie spodobała się. Ja do nich nie należę. Bawiłem się całkiem dobrze i gdyby nie fakt, że po mniej więcej 2/3 tempo za mocno siada, a wszyscy starają się być za bardzo nonszalanccy, filmowi niczego by nie brakowało.


Świetnym pomysłem było wprowadzenie agentki Eunice. Julie Benz ma bezbłędne wejście, lepszego nie można sobie było wymarzyć. Niestety pod koniec już jest tak ostra, a szkoda. Świetnie spisał się też Clifton Collins Jr. jako nieoficjalny trzeci święty. Przywodził na myśl Joe Pesciego z "Zabójczej broni". Podobały mi się te wszystkie zabawy z obrazem i montażem, kiedy pokazywano to co będzie się działo albo co już się wydarzyło. Może Duffy mógł się wysilić i wymyślić nieco lepsze wprowadzenie, no ale cóż, to i tak był przecież tylko pretekst.

Ocena: 7

sobota, 12 lutego 2011

Resurrecting the Champ (2007)

Rod Lurie to dobry filmowy rzemieślnik. Bohaterowie jego filmów są odpowiednio skonstruowani. Zna się na opowiadaniu historii i wie, jak najlepiej sprzedać swoją myśl na ekranie. Jednak marnuje to wszystko za bardzo koncentrując się na moralizatorstwie i wygłaszaniu kazań.


"Wskrzeszenie mistrza" to wykład na temat etyki dziennikarskiej w dobie Internetu. Oczywiście bez oglądania filmu można dokładnie streścić to, co Lurie chce nam powiedzieć: że dziennikarstwo umiera zastępowane przez zwyczajne newsowanie, że Internet zabija rzetelność, bo rzecz musi zostać opublikowana jak najszybciej, a to wiąże się z brakiem czasu na dokładne sprawdzanie faktów, że wyszukiwarki i internetowe "encyklopedie" wypaczają fakty i nikt już naprawdę nie szuka i nie sprawdza tego, o czym pisze.

Dobrze przynajmniej, że gdzieś na drugim planie pozostaje historia o ludziach, którzy kłamią nie ze złej woli, ale dlatego, że chcą komuś zrobić przyjemność. O życiu iluzjami, które choć tworzone są w dobrej wierze i tak mogą rani. Szkoda, że to nie ta historia jest najważniejsza. Szkoda też, że Samuel L. Jackson tak bardzo skrzeczy tym swoim głosikiem.

Ocena: 6

All About Steve (2009)

Recenzenci to prawdziwi histerycy. Spodziewałem się obejrzeć gówno jadące smrodem tak, że nie da się tego wytrzymać (cóż, bywam masochistą). A tu takie rozczarowanie! To z całą pewnością nie jest najgorszy film roku. Miałem tę niemiłą okazję obejrzeć wiele gorszych rzeczy. "Wszystko o Stevenie" jest po prostu nie aż tak śmieszne, jak być powinno.


A być naprawdę powinno. Mając takie komediowe talenty jak Church czy Jeong plus Bullock, która może najlepszym komikiem na świecie nie jest, ale czuje bluesa, należało spodziewać się świetnych dialogów i przezabawnych gagów sytuacyjnych. Tymczasem w tym filmie najśmieszniejsze były newsowe napisy. Za to spodobało mi się to, jak twórcy próbują zrobić widzów w konia sprzedając im w opakowaniu komedii romantycznej historię, która z romansem nie ma nic wspólnego.

A Bullock i Cooper? Nie mają powodów wstydzić się tego filmu. Oboje mają na koncie gorsze role.

Ocena: 5

The Fighter (2010)

David O. Russell nakręcił najdłuższą i najlepszą reklamę HBO w historii. "Fighter" to pieśń pochwalna dla płatnego kanału telewizyjnego, za sprawą którego dwóch braci znajdujących się na straconej pozycji osiągnęło szczyt.


Dicky Eklund był świetnie zapowiadającym się bokserem. Miał talent i szczęście. Kombinacja ta pozwoliła mu wygrać walkę z wielkim Sugar Rayem. Niestety Dicky wszystko to zaprzepaścił, kiedy zaczął ćpać. Ponieważ był gwiazdą rodziny, jedynym, któremu coś się w życiu udało, jego upadek był przez wszystkich ignorowany. W cieniu brata, zapatrzony w niego jak w obrazek, wyrastał Micky Ward. Miał równie wielki talent bokserski, lecz piętno przeszłości nie pozwoliło mu rozwinąć skrzydeł. Świadomie czy nie, rodzina sabotowała jego szanse na sukces. I nic by się pewnie nie zmieniło, gdyby nie dokument HBO kręcony o narkomanach. Film wstrząsną całą rodziną, co pomogło Micky'emu uniezależnić się, a przede wszystkim pomogło Dicky'emu rzucić nałóg. A stąd już będzie prosta droga do mistrzowskiego pasa.

"Fighter" musi kojarzyć się z "Rockym", to oczywiste. Jednak Russell tak skonstruował swój film, by porównania te nie miały większego sensu. "Fighter" stoi mocno na swoich własnych nogach, ale jednocześnie w żaden sposób nie umniejsza wartości filmu Stallone'a. Nieco trudniej jest jednak Russellowi wyjść z cienia Darrena Aronofsky'ego i jego "Zapaśnika". Na niekorzyść "Fighter" przemawia i niewielka odległość czasowa i podobna technika narracyjna, która w "bardziej prawdziwym" "Zapaśniku" sprawdza się po prostu lepiej. "Fighter" jest klasyczną amerykańską baśnią, która pokrzepi każde proste serce "prawdziwego Amerykanina". Zawodzi w swej wiarygodności, ponieważ reżyserowi nie udało się pokazać przeolbrzymiego wysiłku, jaki bohaterowie musieli włożyć w to, by nie paść na pysk pod naporami okoliczności i losu. W filmie wszystko przychodzi zbyt łatwo. Russell niepotrzebnie też zdystansował się do postaci członków rodziny Dicky'ego i Micky'ego, a w szczególności matki i sióstr. Przez to są one postaciami nazbyt komediowymi, co nie dość, że zafałszowuje wymowę filmu, to jeszcze jest obraźliwe wobec prawdziwych osób.

Jednak mimo tych ewidentnych wad, "Fighter" to kawał naprawdę dobrego kina. Zdjęcia i montaż są bardzo surowe tak, że ma się wrażenie jakbyśmy naprawdę wkroczyli w świat prostych ludzi i ich przyziemnych przyjemności, gdzie największą obrazą jest nazwanie kogoś, że wygląda jak z MTV. Świetnie też rozpisano i zagrano postaci pierwszoplanowe. Bale jest jak zwykle na 100% zaangażowany. Mark Wahlberg zagrał jedną z najlepszych ról w swojej karierze. To samo można też powiedzieć o Amy Adams.

Ocena: 8

środa, 9 lutego 2011

London Boulevard (2010)

Wszyscy mamy przejebane – mówi w jednej ze scen bohater grany przez Colina Farrella. I ma rację, ale tylko do pewnego stopnia. Jeśli na niczym ci nie zależy, wszystko gra. Jeśli masz w nosie innych ludzi, traktujesz ich jak śmieci, możesz spać spokojnie. Jak długo wykorzystujesz wszystko i wszystkich dbając tylko i wyłącznie o siebie, nic ci nie grozi. Wystarczy jednak tylko chwila nieuwagi, drobny gest dobroci, współczucia, czy sympatii, a twój los zostaje przypieczętowany.


Mitchell niestety od początku jest na straconej pozycji. Zanim jednak doprowadzi samego siebie do zguby, po drodze zniszczy życie paru innym osobom. Gdyby tylko przywalił Billy'emu tak, jak na to zasłużył. Gdyby nie dał kasy bezdomnemu. Gdyby nie zawahał się oddać strzału. Gdyby... Niestety Mitchell ma moralne skrupuły. Choć jest w nim sporo agresji, to w gruncie rzeczy sympatyczny jest z niego chłop. Niestety w jego świecie tylko bezmyślna, brutalna i bezwzględna siła ma jakiekolwiek znaczenie. Wszystko inne to słabość.

"Londyński bulwar" próbuje wpisać się w nurt filmów, które są czymś innym, niż się wydają na pozór. Niestety w tym przypadku nie do końca się to udało. Do "Alice Creed" czy "44 Inch Chest" to mu dużo brakuje. Obraz stanął w pół kroku. Zwodzić widzów ma obecność Keiry Knightley. Ma ona odwracać uwagę od gangsterskiego rodowodu filmu. Czyni to jednak mało skutecznie. Jej rola jest zbyteczna, a sama postać potrzebna jest wyłącznie jako pretekst dla jej brata. W ten sposób zmiana tonu w ostatniej tercji nie jest żadną wywrotką, a jedynie przyspieszeniem tempa i to wcale nie aż tak bardzo. Rezultat końcowy jest lekko rozczarowujący. Film jest rozwodniony.

Ma jednak kilka świetnych kreacji. Ray Winstone, który przekazuje w tym filmie pałeczkę Farrellowi, jest znakomity. Sam Farrell udowadnia, że kiedy nie musi być gwiazdorem, jest bardzo dobrym aktorem. Świetne kreacje stworzyli także David Thewlis i Anna Friel. Podobał mi się też akcent Bena Chaplina. Plusem jest też nieźle dobrana muzyka.

Ocena: 6

poniedziałek, 7 lutego 2011

High Art (1998)

Zanim Lisa Cholodenko nakręciła "Wszystko w porządku", powstała "Sztuka wysublimowanej fotografii". Niestety o filmie wiele można byłoby powiedzieć, ale nie to, że jest wysublimowany. Wręcz przeciwnie. Obraz ten jest dość pretensjonalny i jedyne, co w nim ciekawe, to sposób ukazania relacji twórca-muza.


Filmów o wampirycznym i autodestrukcyjnym wpływie sztuki na życie powstało wiele. Jednak w "High Art" nabiera nowego wydźwięku przez to, że artystka okazuje się być niewolnikiem kobiet, które ją inspirują. W życiu Lucy najważniejsza jest "gwiazda" niemieckiego kina Greta. Kobieta stała się muzą Lucy, ale i jej przekleństwem. Greta jest niczym mucha schwytana w sieć uroku artystki. Powoli i nieubłaganie umiera w objęciach ukochanej, niszczona przez narkotyki. Lucy, zrezygnowała z aktywnego uprawiania sztuki i pozostaje u boku Grety. Nie zdaje sobie do końca sprawę z tego, że zabija Gretę i swój własny talent.

Jej życie zmieni pojawienie się młodej sąsiadki z dołu. Za jej sprawą Lucy otrzyma nowy przypływ twórczej inspiracji. Zanim jednak będzie mogła być z Syd, musi uwolnić się od Grety. Jest tylko jedna na to droga, a Lucy okaże się za słaba, by pozostać tylko obserwatorem.

"High Art" to studium depresji ukazujący najgorszy jej moment. Wbrew temu, co się powszechnie uważa, osoba w głębokiej depresji jest najbardziej narażona nie wtedy kiedy popada w czeluść bez dna, ale kiedy zaczyna się z niej wydobywać. Za pokazanie tego Cholodenko ma u mnie plus. Niestety sposób pokazania już mi się mniej podoba. Jest zbyt dosłowny i ordynarny. Reżyserka niezbyt się postarała idąc po linii najmniejszego oporu, buduje zamek z klisz pożyczonych od innych. Niestety po pewnym czasie przestaje to być interesujące i do końca filmu dotarłem już tylko siłą inercji. Los bohaterek przestał leżeć mi na sercu i końcowa gorzka refleksja po prostu mnie śmieszyła.

Ocena: 5

niedziela, 6 lutego 2011

Traitor (2008)

No nie. Jeśli robisz film pod wiele zdradzającym tytułem "Zdrajca" i w głównej roli obsadzasz Dona Cheadle'a, to nie licz na to, że nikt nie domyśli się kogo on gra i o co tak naprawdę chodzi. A jeśli tak, to film ma sens tylko wtedy, kiedy skoncentruje się na bohaterze, na pokazaniu jego motywacji, możliwych wątpliwościach. Jednym słowem to musiał być thriller psychologiczny a nie sensacyjny.


Tymczasem twórcy zachowują się tak, jakby wszyscy widzowie byli idiotami. Kręcą sensacyjną historyjkę, w której rozwój akcji ma być pełen zaskakujących zwrotów akcji. Ale to jedna wielka bzdura. Fakt, wszystko to udało się sklecić w fajną dynamiczną historyjkę. W ten sposób osiągnięto jedna tylko tyle, że film ogląda się bez wszechogarniającego uczucia nudy. Jak na tak gwiazdorski projekt to jednak zdecydowanie za mało.

Ocena: 6

The Oxford Murders (2008)

Nie mam złudzeń, że powieść, na podstawie której powstał film, czyta się o wiele lepiej. Álex de la Iglesia popełnił strategiczny błąd i zdecydował się nakręcić film po angielsku, ze znanymi aktorami, w domyśle dla szerszego odbiorcy. W ten sposób poszedł na zabójczy dla filmu kompromis.


"The Oxford Murders" to kryminał, którego podstawą jest filozofia Wittgensteina i logika matematyczna. Są to rzeczy zbyt hermetyczne, by mogły zostać zrozumiane przez przeciętnego odbiorcę. Dlatego też de la Iglesia stworzył fabularnego cieńkusza, gdzie trudne pytania stały się jedynie atrakcyjną fasadą, a skomplikowane matematyczne wywody sprowadzono do poziomu zabawnych piktogramów. Mimo to w filmie pozostało coś z dusznej atmosfery obcowania z Mysterioris.

Plusami filmu jest niezłe aktorstwo, przede wszystkim Johna Hurta. Sam de la Iglesia stworzył też jedną genialną w swej prostocie scenę, kiedy kamera przeskakuje od jednego bohatera filmu do drugiego tworząc niewidzialną sieć niby przypadkowych powiązań, a jednak logicznie uzasadnioną i przewidywalną. Ta scena jest kwintesencją całego filmu i więcej mówi o intrydze i kryjącej się za nią prawdzie o świecie, niż reszta fabuły. Szkoda, że cały film nie jest równie inspirujący!

Ocena: 6

Una última voluntad (2008)

"Ostatnie życzenie" to krótkometrażówka dołączona do płyty "Planu B". Wyreżyserował ją autor, a w obsadzie są gwiazdy tamtego filmu.


Filmik opowiada historię egzekucji, która ma miejsce w lesie. Oddział wojskowy ma rozstrzelać mężczyznę skazanego na ten wyrok z niewiadomych powodów. Skazaniec ma ostatnie życzenie, które wprawi dowódcę w konsternację.

"Una última voluntad" zaskakuje absurdem sytuacyjnym. Po generale, który ma wydać rozkaz rozstrzelania, można byłoby się spodziewać wszystkiego tylko nie tego, że będzie zakłopotanym facetem próbującym mimo wszystko sprostać ostatniemu życzeniu skazańca. A przecież mógł być ostrym typem, który w nosie ma to, co facet z ograniczonym do kilku minut żywotem ma do powiedzenia. W obrazowy sposób film ten mówi też o tym, co się dzieje, kiedy przekroczona zostaje granica anonimowości, przyjętych ról społecznych. Ostatnie życzenie przynajmniej na jednym z żołnierzy plutonu wywrze niezatarte wrażenie.

Ocena: 7

Plan B (2009)

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. To samo można powiedzieć o miłości.


Bruno to typowy macho. Dawno temu chodził z Laurą, ale związek go znudził i dziewczynę rzucił. Kiedy jednak zobaczył ją w towarzystwie Pedra, odezwał się w nim zaborczy samiec. Postanawia doprowadzić do rozpadu związku i zmuszenia Laury, by wróciła do niego. Szanse na to ma spore, bo dziewczyna i tak z nim sypia, ale deklaruje, że nie liczy tego jako zdrady i do niego nie zamierza wrócić.

Aby rozbić ich związek Bruno uknuł prawdziwie szatański plan. Źle interpretując spojrzenia i zasłyszane od znajomej plotki, uznaje, że Pedro, jest biseksualistą. Postanawia zatem rozkochać go w sobie. A kiedy Pedro rzuci Laurę, Bruno będzie czekał z otwartymi ramionami, by ją pocieszyć.

Związek Bruna i Pedra zaczyna się jak szczenięca przyjaźń. Choć mają po 20-parę lat, zachowują się, jakby mieli lat 12. Obaj kryją się w tym bezpiecznym kokonie umowności, który daje im wolną rękę do wygłupów, na jakie są już niby "zbyt poważni". To iluzja, dzięki której mogą oszukiwać samych siebie. Jednak zapominają, że dzieci w swej "naiwności" są bardziej szczere i otwarte na cudze emocje, że to dopiero dorastając uczą się ukrywać swoje prawdziwe "ja" za maskami społecznych konwenansów. Bruno igra z żywiołem "id", a Pedro daje się w to wciągnąć. To jak rozpalanie ogniska na wysuszonej łące. Pożoga jest nie do uniknięcia. Bruno i Pedro zostaną skonfrontowani z konsekwencjami zabawy siłami, które pozostają poza ludzką kontrolą.

Lubię kino niezależne. Nawet jeśli aktorstwo nie jest najwyższych lotów, nawet jeśli scenariusz bywa naiwny, to mimo wszystko jest w takich filmach autentyzm, który sprawia, że zapominam, iż jest to tylko film. "Plan B" zrobiony został za małe pieniądze przez grupę przyjaciół. Ich pasję i entuzjazm udało się przenieść na ekran. Manuel Vignau i Lucas Ferraro są rozbrajająco szczerzy w rolach dwóch facetów, którzy nie bardzo wiedzą, co się z nimi dzieje. Marco Berger z kolei z wyczuciem prowadzi narrację, doskonale grając obrazem. Dzięki temu udało mu się uniknąć konieczności pisania dialogów, które byłyby sztuczne, głupie albo przesadnie ckliwe.

Ocena: 8

sobota, 5 lutego 2011

The Blind Side (2009)

Nie do końca rozumiem, dlaczego filmy takie jak "Wielki Mike" uważane są za inspirujące, podnoszące na duchu. Jak dla mnie powinien on znaleźć się w sekcji horrory. Przecież to przerażające, jak niewielka jest granica między sukcesem a tragedią. Michael Oher to jeden z miliarda ludzi na świecie, który powinien zostać zniszczony przez system. Michael nie jest przeciętnym Kowalskim, nie pasuje on do mechanizmów, jakie funkcjonują we współczesnej cywilizacji. Był outsiderem, wyrzutkiem, na najlepszej drodze do zatracania. I wtedy głupi przypadek sprawił, że dostał szansę. Jeszcze bardziej przerażające jest to, że w tym filmie nie ma ludzi tak naprawdę złych. Większość to ignoranci albo ludzie pozostający w kompletnej inercji. Wystarczy lekko pchnąć ich i pokazują swoje dobre oblicze. Przerażające jest i to, że zazwyczaj nie ma takich impulsów, które miałyby ich pchnąć do działania. Zastępują je datki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy czy SMS-y na charytatywne numery. Tylko że te rzeczy funkcjonują w ramach systemu, zatem ludziom takim jak Michael nigdy nie pomogą.


Sam w sobie to film dość standardowy. Dobrze zrobiony, z fajnie wyważonymi ckliwymi momentami tak, że w większości scen udało się twórcom pozostać wrażliwymi ale nie kiczowatymi. Sandra Bullock zagrała dobrze, ale nie przesadzajmy, to nie była rola oscarowa. Helen Mirren za "The Last Station" lub Carey Mulligan za "Była sobie dziewczyna" bardziej na nagrodę zasłużyły. Reżyser John Lee Hancock niestety także mnie rozczarował. Pamiętam jego fantastyczne scenariusze z czasów współpracy z Clintem Eastwoodem. Niestety czas zweryfikował moje oczekiwania. Hancock to zwykły rzemieślnik – dobry w swoim fachu, ale pozbawionego prawdziwego talentu do transcendencji ograniczeń filmowej materii.

Ocena: 7

piątek, 4 lutego 2011

Whiteout (2009)

Biedni Kate Beckinsale i Gabriel Macht. Kiedyś grywali w fajnych filmach. A teraz? "Zamieć" to rzecz trzeciorzędna, w której spokojnie mogli pojawić się debiutanci. Scenariusz nie wymagał aktorów talentu, reżyser nie miał pomysłu na historię, a sama fabuła może i wyglądała na ciekawą w komiksie, na ekranie swą bladością nie wyróżnia się na tle śnieżnego tła.


Pomysł, jak to zwykle bywa  w tego rodzaju produkcjach, nie był taki najgorszy. Oto na Antarktydzie popełniono morderstwo, a sprawa wiąże się z inną zbrodnią popełnioną 50 lat wcześniej. Niestety reszta to już same klisze. Policjantka z poharataną psychiką, pula oczywistych podejrzanych i bezsensowne sploty okoliczności sprawiają, że naprawdę można się wynudzić. Jednak film pogrąża muzyka. Skąd oni wytrzasnęli tego Johna Frizzella? Nie wierzę, że komponował muzykę pod obraz. Jego utwory bardziej pasowałyby do jakiegoś epickiego melodramatu a nie do kryminału. Muzyka w tym filmie jak perfekcyjny saper: rozbraja z napięcia każdą scenę.

Ocena: 4

wtorek, 1 lutego 2011

Skyline (2010)

Jednego nie można odmówić twórcom "Skyline" – szczerości. Precyzyjnie pokazują, co robią z mózgami wszystkich tych nieszczęśników, którzy zbyt długo wpatrują się w ich film. Farciarzami są ci, którzy pochłonięci zostali na początku, przynajmniej szybko zobojętnieli. Cała reszta musi cierpieć katusze, których nie oferują nawet produkcje Asylum.


W "Skyline" zawodzi wszystko od reżyserii, przez scenariusz, po grę aktorską. Bracia Strausse lepiej zrobiliby wracając do tworzenia efektów specjalnych. "Skyline" wypada gorzej od niejednej pracy robionej na pierwszym roku wydziału reżyserii. Proste kadry i brutalny w kurczowym trzymaniu się podręcznikowych zasad montaż sprawiają, że wszystko jest tu wymuszone, sztuczne. Nie widać śladu zrozumienia przez braci materii filmowej. Jednak ich podstawowym błędem było w ogóle podjęcie się realizacji "Skyline". Scenariusz to stek bzdur, które uwłaczają widzom. W postępowaniu bohaterów brak jest sensu. Idiotyczna fiksacja na przebywaniu bohaterów na jak najwyższych piętrach wieżowców nie ma żadnej racji bytu. Dialogi brzmią tak, jakby zostały losowo wygenerowane przez program komputerowy napisany przez 10-latka. Słuchając ich nie wiedziałem czy mam się śmiać czy też płakać.

I jeszcze aktorzy. Donald Faison w "Hożych doktorach" może i był niezły, ale tu jest zwyczajnym ofermą. Nie wierzy w tekst, który ma deklamować i nawet nie stara się być wiarygodny w tym, co robi. To jednak i tak lepsze niż postawa Erica Balfoura czy Davida Zayasa, którzy grają z takim przejęciem, jakby to był Szekspir. Gadanie głupot całkiem na serio jest tak absurdalne, że nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.

"Skyline" nie sprawdziłoby się jako pilot serialu telewizyjnego. W kinie nie ma zaś żadnej racji bytu.

Ocena: 2