czwartek, 31 marca 2011

Los ojos de Julia (2010)

Hahaha! Ależ mnie ten film rozbawił! Czegóż tu nie ma?! Kosmos w oczach, matka bez której jest się nikim, postępująca choroba i syndrom zbawcy. A wszystko to wciśnięte w przedziwny gorset ni to thrillera ni to melodramatu.


Film miota się pomiędzy konwencjami. Zamiast eklektycznego obrazu godzącego różne gatunki, powstał totalny harmider. Obok scen mających klimat intrygującego thrillera psychologicznego, są sceny tak kiczowate, że aż parskałem ze śmiechu. Działo się tak głównie wtedy, kiedy twórcy próbują powiedzieć coś o miłości. Jakimś cudem zupełnie im to nie wychodziło.

Słabym punktem jest też bezpłciowa muzyka ilustracyjna. Pozbawiona jest charakteru i bardziej irytuje niż wzmacnia emocje.

Ocena: 4

Just Go with It (2011)

"Żona na niby" to w teorii film ku pokrzepieniu kobiet w pewnym wieku, które zaczynają się obawiać konkurencji młodszych modeli, lepiej wypełniających bikini. Twórcy przekonują bowiem, że nie jest tak źle, że w walce o portfel mężczyzny (znaczy się, serce) mają takie same szanse. Tyle tylko, że tak nie jest. Tym szansom trzeba pomóc, a to torebką od Louis Vuittona, a to sukienką od Gucciego, a to regularnymi wizytami na siłowni. Morał jest prosty: zainwestuj miliony, by zarobić miliony. Jest to więc w gruncie rzeczy mało krzepiące, bo większość pań na taką przemianę i walkę z mityczną piersiastą blondyną po prostu nie stać.


Jest za to zabawnie. Może i twórcy niezbyt się wysilili, ale większość gagów wyszła dobrze. Sandler i Aniston tworzą zgrany duet, a i Nicole Kidman pokazała się z pozytywnej strony. Parę razy zdarzyło mi się wybuchnąć gromkim śmiechem. Reszta też jest lekka i przyjemna. Reżyser zdecydowanie poprawił się od czasu "Dużych dzieci". Duży plus dla Andy'ego Roddicka za dowcip z Justinem, choć pewnie w Polsce mało kto go zrozumie. A może, nie czytuję Pudelka, więc nie wiem.

Ocena: 7

Hop (2011)

Ech. Jak ja nie lubię dubbingu w aktorskich filmach. James Marsden i Gary Cole gadający jakimiś bezpłciowymi głosikami, do tego równie pozbawiony charakteru Zając. Źle się tego słucha, co jest dziwne, bo polskie produkcje często mają świetne dubbingi (taki "Fineasz i Ferb" zdecydowanie bardziej podoba mi się po polsku niż w oryginale).


"Hop" mógł być filmem uniwersalnym, na którym bawiliby się i dorośli i dzieci. Niestety szansa nie została wykorzysta. Dla mnie rzecz była nudna, tylko w kilku miejscach się zaśmiałem i to raczej, za sprawą kurczaka Carlosa albo siostry Freda niż głównych bohaterów. Zbliżający się do 40-tki Marsden w roli młodego chłopaka to rzec groteskowa i powinna bawić sama w sobie, ale tak nie jest. Ale dla dzieciaków film jest w sam raz. Oni zobaczą tylko wygłupy i kolorowy zawrót głowy.

Ocena: 5

poniedziałek, 28 marca 2011

No Strings Attached (2011)

Byłem przygotowany na to, że "Sex Story" nie będzie filmem najlepszym. Obyło się więc bez przykrej niespodzianki. A jednak trudno zrozumieć, dlaczego film jest porażką.


Jest tu wszystko, co potrzebne, by stworzyć hit. Są gwiazdy, są zabawni bohaterowie drugoplanowi, są fajne pomysły i śmieszne skecze sytuacyjne. Niestety brakuje w tym komediowej chemii. Całość zamiast bawić nudzi tak, że w pewnym momencie większą frajdę sprawiało mi obserwowanie zegarka niż tego, co się działo na ekranie – z każdą minutą byłem przecież bliżej końca.


Historia dwójki bohaterów jest pozbawiona smaku. Wokół nich roi się od bohaterów, którzy pojawiają się i znikają jak fatamorgana. Eli jest postacią zabawną, ale tylko do momentu, w którym się nie zakochuje. Jeszcze zabawniejszy jest ojciec Adama i jego młoda dziewojka. Pomysł ze składanką menstruacyjną pierwsza klasa. Szkoda, że Ivan Reitman nie potrafi tego złożyć w jedną funkcjonalną całość.

Ocena: 5

Les aventures extraordinaires d'Adèle Blanc-Sec (2010)

Jest na swój sposób zabawne obserwować jak Luc Besson próbuje udawać Jean-Pierre'a Jeuneta. Jest w tym tak nieporadny, że miejscami autentycznie śmieszy. Niestety "Adeli" dobrze by zrobiło, gdyby Besson zamiast imitacji zdecydował się na oryginał.


Groteskowy, pełen ciętych dialogów i barwnych bohaterów film aż prosił się, by zrealizował go autor "Amelii". W rękach Bessona większość scen nie ma tego samego polotu i naturalnego rytmu komediowo-przygodowego. Owszem, niektóre sekwencje wciąż śmieszą. Całość jednak po wartkim wstępie szybko wpada w usypiający rytm typowej przygodówki. Coś mi się zdaje, że komiks jest o wiele ciekawszy, niż to, co zobaczyłem na ekranie.

Louise Bourgoin w głównej roli jednak się sprawdziła. Mam nadzieję, że ogólnie słaby rezultat nie wpłynie negatywnie na jej karierę.

Ocena: 6

niedziela, 27 marca 2011

愛·作戰 (2004)

Muszę przyznać, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do przyjętej przez reżysera konwencji. Początkowo film wydawał mi się strasznie kiczowaty z tą hipermonumentalna muzyką, która bardziej pasowałaby do filmu o upadku Nankinu. A jednak nie da się ukryć, że ścieżka dźwiękowa jest znakomita. Do tego z czasem, kiedy nabyłem obycia z formą, film naprawdę mnie wciągnął.


Tak, to jest kicz, to jest dość jawna próba wyciśnięcia z widza łez, a cały dramat jest mało wiarygodny psychologicznie. A jednak jest w nim wymiar baśniowy, jakby to była przypowieść o miłości, lojalności i poświęceniu. Bardzo podoba mi się sposób narracji przyjęty przez reżysera. Krótkie scenki rodzajowe, ale obfite w treść. I może jestem naiwniakiem, ale dałem się porwać tragicznemu losowi. Czasem kicz wcale nie musi być wadą. "Wojna uczuć" jest tego najlepszym przykładem.

Ocena: 7

Secretariat (2010)

Co się stało z Randallem Wallace'em? Po scenariuszu "Braveheart" nie zrobił już nic wartego uwagi. Jeszcze gorzej wypada jako reżyser. A może "Braveheart" to był wypadek, uśmiech losu? Jeśli tak, to bardzo mi go szkoda, bo "Braveheart" jest wielkim filmem i szkoda, że jego twórcy nigdy później nie dorośli do podobnego poziomu.


"Secretariat" niestety tylko potwierdza moją złą opinię o Wallasie. Film zrobiony został "po bożemu" i ogląda się go jak zwykłą wyliczankę przeszkód, przypadków i determinacji. Dramat bohaterki, która musi wybierać między pasją a rodziną rozgrywa się na tak dalekim planie, że gdyby nie wypowiadane wprost słowa, nigdy bym tego nie zauważył.

Na szczęście film broni się scenami wyścigów. To co twórcom wypada najlepiej to antropomorfizacja tytułowego bohatera-konia. Świetne są ujęcia, gdy w skupieniu patrzy na swojego rywala, kiedy gotuje się do walki albo kiedy pozuje do zdjęć, bądź reaguje na negatywne uwagi dziennikarzy. Szkoda tylko, że koń jest w tym filmie bardziej ludzki niż ludzie. Szkoda też gwiazd, które pojawiły się tutaj chyba tylko po to, żeby łatwo zarobić trochę pieniędzy.

Ocena: 5

sobota, 26 marca 2011

Morning Glory (2010)

Wybierając się na "Dzień Dobry TV" byłem przygotowany na rzecz słabą i nudną. Tymczasem film okazał się zaskakująco inteligentny i smutny. Choć to komedia, to opowiada o przemijaniu. Choć próbuje krzepić, nie ukrywa i nostalgii za tym, co minęło.


Historię producentki telewizyjnej, która próbuje ratować denny program poranny przed entropią i inercją jego własnych pracowników, a także historia starych wyg telewizyjnych próbujących odnaleźć się w zmienionej rzeczywistości została opowiedziana z wyczuciem i staranną delikatnością. Szkoda tylko, że przemiany bohaterów dzieją się tak jakby mimochodem. Sceny kluczowe nie zostały wygrane, a wątek romansowy jest praktycznie niepotrzebny. Postać grana przez Wilsona jest – niestety – zbędna.

W filmie jest się z czego pośmiać, ale tylko na przełomie drugiego i trzeciego aktu. I też nie wszystkie sceny dobrze wypadają. 50 Cent i Keaton, cóż, tego nie musiałem oglądać.

Ocena: 6

czwartek, 24 marca 2011

El diario de Carlota (2010)

Lekka i zabawna komedyjka dla nastolatków o tym, jak trudno jest połapać się w sprawach sercowych i seksualnych.


Gdyby tak się chwilę zastanowić, to "Pamiętnik Carloty" okazuje się filmem pustym. Każdy z wykorzystanych pomysłów, by już wcześniej realizowany na ekranie wielokrotnie. Całość poza próbą wywołania chwilowej radości zdaje się nie mieć większego sensu. Jednak mimo, że pusty, to opowiedziany jest z jajem i humorem. Wiele scen na swój głupawy sposób było bardzo zabawnych.

Film najlepiej ogląda się w grupie, funkcjonując jako wstęp do całonocnej zabawy.

Ocena: 6

La mosquitera (2010)

Tegoroczny Tydzień Kina Hiszpańskiego rozczarował mnie. Nie tyle poziomem filmów ile brakiem różnorodności. Pewnie dlatego tak bardzo spodobała mi się "Moskitiera". To kino przewrotne, odważne i zaskakujące, które w groteskowy (ale nie efekciarski) sposób opowiada smutną historię ludzkiej samotności.


Bohaterami filmu są na pozór normalne osoby. Jednak za tą fasadą kryją się ludzie bardzo samotni i bardzo nieszczęśliwy. Ich próby nawiązania relacji z drugą osobą są nieporadne, często brutalne, wręcz patologiczne. Jakby tylko poniżenie i ból dawało szansę rzeczywistego spotkania. I tak oglądamy matkę, która szczyci się tym, że nigdy nie uderzyła swojej córki. Ignoruje jednak to, jak bardzo poniża ją na setki innych sposobów. Inna kobieta odda się nastolatkowi zniżając się do poziomy dziwki, z którą można zrobić wszystko. Jej mąż zaś flirtuje z młodą dziewczyną, choć słowo "flirt" wcale nie oddaje prawdy o jego zachowaniu. Jest jeszcze syn, który otacza się zwierzętami i szprycuje środkami weterynaryjnymi. Oraz starszy mężczyzna, który wraz z chorą na alzheimera żoną spróbują popełnić samobójstwo.

"Moskitiera" nie jest kinem innowacyjnym. Brakuje w nim też brawury w przełamywaniu granic. Jednak mimo wszystko na tyle daleko odbiega od tradycyjnej filmowej narracji, że odebrałem to świeży powiew. Od czasu do czasu naprawdę potrzebuję innego spojrzenia na kino.

Ocena: 8

También la lluvia (2010)

Reżyser mający obsesję na punkcie hiszpańskiej kolonizacji Nowego Świata, chce nakręcić film o dwóch mało znanych, ale niezwykle interesujący osobach żyjących w XVI wieku: Antonio de Montesinos i Bartolomé de las Casas. Ekipa przybywa do Boliwii, gdzie (dzięki taniej sile nabywczej) mogą nakręcić sceny plenerowe z udziałem tłumu statystów. Historia szybko zaczyna mieszać się z rzeczywistością, kiedy filmowcy zostają wplątani w walkę mieszkańców miasteczka z władzami, które sprywatyzowały wodę. 500 lat temu Hiszpanie bezwzględnie wykorzystywali Indian, dziś obcy biznesmeni w ten sam sposób uciskają biedotę. Sytuacja Indian przez pół tysiąclecia nie uległa większej zmianie.


"Nawet deszcz" to produkcja filmowa zapięta na ostatni guzik. Wszystko zostało tu perfekcyjnie wykonane: zdjęcia, scenariusz, sposób narracji, montaż i gra aktorska. Powiedziałby nawet, że jest zbyt dopieszczone.  Konstrukcja filmu, choć podoba mi się, jest zarazem zbyt przejrzysta, a sam scenariusz bardzo przewidywalny. Jednak fakt, że nie ma w tym amatorszczyzny sprawia, że i tak ogląda się to z zaciekawieniem. Splecenie całej historii wokół dwóch osób: reżysera i producenta i pokazanie, jak ewoluują dobrze ustawiło film. Reżyser z sympatycznego i zaangażowanego człowieka zmienia się w egoistę napędzanego jedną obsesją. Z kolei producent niczym de las Casas z wyzyskiwacza Indian stanie się i protektorem. Oczywiście, że tak rozwiną się bohaterowie, było jasne niemalże od samego początku. Jednak Bernal, a w szczególności Tosar zagrali ich z takim przekonaniem, że mimo wszystko wciągnęła mnie ta historia.

I zaostrzyła mój apetyt na więcej. Postać de las Casasa aż prosi się o kinową fabułę. Z chęcią zobaczyłbym też fabułę (albo dokument) opowiadający o absurdzie jakim jest prywatyzacja wody. Absurdzie, który w wielu krajach staje się codziennością.

Ocena: 7

Aanrijding in Moscou (2008)

Nie tylko młode dzierlatki mają słabość do niegrzecznych chłopców z przeszłością. Wystarczy, że puknie taki sfrustrowaną mamuśkę na parkingu i już się zaczyna.


Johnny jest o ponad 10 lat młodszy od Matty i nie wywarł na niej najlepszego pierwszego wrażenia. Ale Johnny potrafi czarować. Ma ten błysk w oku i jeśli kobieta mu się podoba, potrafi za nią gonić, obalać kolejne mury obronne. Matty była od początku na straconej pozycji. W jej wieku mężczyzna, który adoruje, który walczy o ukochaną, który ją odkrywa, bawi i podnieca, to wspomnienie z dawno minionej młodości. Do tego wspomnienie zaprawione goryczą, bo przecież tamten czarujący młodzieniec stał się teraz draniem, który dla młodej spódniczki porzuca rodzinę. Johnny jest niczym oaza po środku Sahary. Tym, który może zniszczyć ten związek Matty nigdy nie była. Tym kimś jest Johnny, który skrywa parę brzydkich sekretów i przyzwyczajeń.

Największą zaletą filmu jest jego pomysł, w którym zupełnie inaczej rozłożono akcenty typowej skądinąd fabuły. Tu dzieci zachowują trzeźwość umysłu, zaś 40-letnia kobieta zostaje zauroczona jak pierwsza lepsza nastolatka. Do tego twórcom udało się stworzyć barwną grupę bohaterów. Niby zwyczajni, ale jednocześnie naznaczeni wyjątkowością. A wszystko to otulono bezpieczną, ciepłą i sprawiającą przyjemne wrażenie kołderką lekkiego humoru.

Ocena: 6

wtorek, 22 marca 2011

Rompecabezas (2009)

Lubię kino takie, jak to prezentowane w "Puzzlach". Film jest prosty, a fabuła mało skomplikowana, kręcona "po bożemu" bez formalnych ekscesów. Jednak to, co oglądam jest niejednoznaczne, inspiruje do przemyśleń, zmienia się w zależności od tego, z którego punktu patrzę.


"Puzzle" są zatem studium syndromu pustego gniazda. Film zaczyna się od przyjęcia urodzinowego głównej bohaterki (kończy 50 lat). Widzimy jak krząta się, wszystko robi sama, nie przyjmuje od nikogo pomocy. Jednak wie, a w każdym razie przeczuwa, że to już koniec, że wkrótce w domu zalegnie cisza, a jedynym towarzyszem będzie mąż. Starszy syn właśnie bierze kredyt i zamierza kupić mieszkanie. Młodszy wymyka się spod skrzydeł matki i szuka schronienia u boku młodej dziewczyny, która nawraca go na wegetarianizm i zachęca do przerwania studiów na rzecz wyjazdu do Indii. Bohaterka zostaje zatem z całą energią, dla której nie ma ujścia. Znajduje sobie zatem nową obsesję – puzzle. Obsesja ta otworzy ją na nowy świat, dotąd pozostający poza jej zasięgiem.

"Puzzle" to również studium uzależnienia. Reżyserka-debiutantka pokazuje, że wszystko może być źródłem uzależnienia. Nawet tak niewinna rzecz jak pudełko z puzzlami może wciągać bez reszty. Bohaterka zachowuje się jak typowa pijaczka czy narkomanka. Coraz więcej czasu spędza "odlatując" podczas układania puzzli. Swoje zachowania ukrywa przed rodziną, układając puzzle po kryjomu. Wymyśla bajeczki, żeby wymykać się spod bacznego oka bliskich. Zaniedbuje rodzinę przewartościowawszy swoje priorytety. Znajduje też sobie podobnych i przedkłada ich towarzystwo, nad rodzinę. Trzeba jednak przyznać, że lepiej być uzależnionym od puzzli niż od heroiny – meliny są o wiele wygodniejsze.

To, co bardzo mi się w filmie spodobało to sposób, w jaki pokazano, że nawet jeśli masz hobby, które jest z trudem akceptowane przez rodzinę, to wcale nie czyni to cię bardziej tolerancyjnym na dziwne hobby innych. Bohaterka nie potrafi pogodzić się z nagłym przejściem syna na wegetarianizm, odrzuca ją też filozofia tai chi, którą ćwiczy mąż. W amerykańskim kinie większość twórców pewnie poddałaby się pokusie, by uczynić z kobiety postać otwartą i tolerancyjną. Tu tak – na całe szczęście – nie jest.

Mocnym punktem filmu jest też grająca główną rolę María Onetto. Jej powściągliwa gra twarzą i ciałem sprawia, że bez reszty uwierzyłem w realność jej postaci.

Ocena: 7

poniedziałek, 21 marca 2011

The Rite (2011)

Szkoda, że Mikael Håfström nie kręci już takich filmów jak "Zło". Mam wrażenie, że w Stanach rozmienia swój talent na drobne. "Rytuał" tylko mnie w tym upewnia.


Film ma bardzo dobry początek. Młody chłopak ucieka z prosektorium ojca w równie chłodne objęcia seminarium. Jednak po czterech latach jest gotów opuścić stan kapłański. Zostaje więc wysłany do Watykanu, by zobaczyć czym jest wiara i do czego może prowadzić jej brak. Zarys fabularny nie jest zbyt odkrywczy. Jednak to co widać na ekranie już tak. Kino woli pokazywać Kościół jako organizację wieków miniony, odstająca od współczesnego świata. Tymczasem tu jest na wskroś nowoczesny. Seminarzyści grają w gry wideo, a wykłady prowadzone są z wykorzystaniem technologii o jakich polskie uczelnie mogą tylko pomarzyć. W ciekawy sposób zostają nam też zaprezentowane pierwsze egzorcyzmy. Reżyser długo bawi się z nami w zgadywankę czy mamy do czynienia z opętaniem, czy też nie.

Niestety końcówka jest bardzo sztampowa. Gdyby nie główny bohater i jego ambiwalencja w stosunku do Dobra i Zła, sekwencja ta byłaby bardziej groteskowa niż intrygująca. Zwłaszcza, że Hopkins w niektórych ujęciach wygląda przezabawnie. Zupełnie nie rozumiem obecności w filmie bohaterki granej przez Alice Bragę.

Sama fabuła jest mocno przeciętna, ale sposób jej opowiedzenia pomaga w utrzymaniu uwagi.

Ocena: 6

niedziela, 20 marca 2011

Blinky™ (2011)

Zabawki nie mogą być zbyt inteligentne ani niezależne. Dzieci przerzucają na nie swoje, zarówno te pozytywne jak i negatywne. Jeśli dostaną w swoje ręce coś, co może na te emocje odpowiedzieć, wtedy wszyscy prosimy się o poważne kłopoty. Taki jest morał krótkometrażówki "Blinky™".

Blinky™ from Ruairi Robinson on Vimeo.


Blinky to nazwa robota, który dzięki zaawansowanej sztucznej inteligencji ma dość dużą autonomię w zachowaniu, co ma go ponoć uczynić idealnym towarzyszem w każdym domu. Dzieciak, główny bohater filmu, też uwielbia swojego robocika. Lecz jak to ze wszystkimi zabawkami bywa, w końcu zaczął się nią nudzić. A kiedy do tego doszła frustracja związana z kłótniami jego rodziców, szybko pojawił się gniew. W gniewie wypowiedział o jedno polecenie za dużo, co skończyło się kulinarną tragedią.

Nie jest to jakaś super świetna krótkometrażówka. Nie można jej jednak odmówić "uroku" (jeśli o horrorze można się tak wypowiadać) i pomysłowości.

Ocena: 7

Lope (2010)

Lope de Vega był z całą pewnością postacią nietuzinkową. Miał barwne życie i był niezwykle płodny zarówno jako rodzic jak i twórca. Niestety opowiadający o jego losach film jest bardzo przeciętny. "Lope" to niczym nie wyróżniająca się produkcja kostiumowa, w której jest wszystko: humor, romans i pojedynki na szpady.


Oglądając film trochę trudno uwierzyć, że Lope nie jest postacią fikcyjną. Twórcy zrobili z niego postać wyjętą z romansów dla gospodyń domowych. Wszystko jest tu sztampowe, bezrefleksyjnie skopiowane z gotowych szablonów. Ciekawy pomysł na trójkąt jest tu zupełnie niewykorzystany. Stąd dobre sceny jak spotkanie Isabeli i Eleny w więzieniu blakną stając się nierzucającymi w oczy epizodami.

(Ramon Pujol)
Szkoda wielkich gwiazd hiszpańskiego kina na takie romansidło. Z drugiej strony fakt, że w filmie wystąpiły gwiazdy "Celi 211" pokazuje różnicę poziomów obu filmów. Tam kreacje aktorskie były ostoją obrazu. Tu aktorzy są niewolnikiem kalki.

Ocena: 5

Bullying (2009)

"Bullying" to film edukacyjny, mający uświadomić widzów o zagrożeniach związanych z przemocą w szkole. Nie jestem przekonany, czy rzeczywiście swoje cele twórcy osiągną. Dla mnie jest to brutalny obraz tego, że z naturą państwo i zorganizowane społeczeństwo nie wygra.


Jordi to urodzona ofiara losu, samiec omega, w zasadzie pozbawiony instynktu samozachowawczego. Można tylko dziwić się temu, że tak długo udawało mu się uniknąć losu worka treningowego dla "kolegów" z klasy. Choć może nie do końca to dziwi. Jordi był bowiem w uprzywilejowanej pozycji. W starym miejscu miał czas, by się dobrze zamaskować. Nie jest przecież gejem czy emigrantem, więc nie od razu trafił na radar drapieżników. Dopiero w nowym miejscu, gdzie jego odmiennością było to, że jest po prostu nowy i niezorientowany w sieci wzajemnych powiązań, poczuł czym jest nieuzasadniona przemoc.

Jordi jest zdumiony, kiedy pierwszy raz staje się obiektem "żartów". Jednak z doświadczenia tego nie wyciągnął żadnych wniosków. Jego naiwność sprawi, że już wkrótce wpadnie w kocioł, z którego nie będzie wyjścia. A mimo to wciąż do głosu nie dochodzi instynkt samozachowawczy. Jest tylko oślepiający strach. Jordi nie potrafi się bronić, nie potrafi walczyć, nie potrafi nawet uczyć się na własnych błędach. Niby jest inteligentny, niby jest dobrym sportowcem, więc wydawać by się mogło, że ma w sobie ogień rywalizacji, spryt i miejsce na zemstę. Tak jednak nie jest.

W naturze jednostki takie jak Jordi nie żyją długo. Są eliminowane jako najsłabsze ogniwa w brutalnym procesie doboru naturalnego. Współczesne społeczeństwo w teorii rozkłada wokół nich parasol ochronny, umożliwiający im produktywne funkcjonowanie. A jednak mechanizmy te są wadliwe i nie chronią wystarczająco dokładnie. Dopiero, kiedy dochodzi do tragedii zaczyna się szukanie winnych. A okrutna prawda, którą pokazuje "Bullying", jest taka, że nikt nie jest winny. Ani Nacho, który w naturalny sposób szuka obiektu rozładowania własnej frustracji wynikającej z faktu bycia ofiarą przemocy w domu. Ani uczniowie szkoły, którzy w równie naturalny sposób bronili się przed degradacją do poziomu obiektu omega. Ani Jordi, który z samej swej natury był najsłabszym ogniwem. Jednak mieszkając w naszych pięknie urządzonych mieszkaniach, otoczeni wyszukaną technologią, zaznajomieni z kulturą wysoką, nauką i filozofią, lubimy łudzić się, że nie jesteśmy już zwierzętami.

Ocena: 6

Un novio para Yasmina (2008)

"Narzeczony dla Ysaminy" to całkiem uroczy i zabawny film o niczym. Jego silną stroną i w zasadzie jedyną zaletą są scenki rodzajowe, a zwłaszcza scena w restauracji.


Choć zapewne twórcy będą mówić co innego, to jednak film nie ma żadnego głębszego przesłania. Nic z niego nie wynika, a bohaterowie mimo że sympatyczni nie są na tyle rozbudowani, by naprawdę przyciągać uwagę. Całość ogląda się przyjemnie, ale nic, absolutnie nic z niego nie zostanie w mojej pamięci. No może poza muzyką, ale tylko dlatego, że lubię takie rytmy.

Ocena: 6

sobota, 19 marca 2011

La isla interior (2009)

Psychika traktowana jest jako coś intymnego, wewnętrznego, co jest całkowicie odizolowane od innych. Jednak poważne zaburzenia psychiczne jednoznacznie pokazują, że takie myślenie to iluzja. Kiedy choroba, na przykład schizofrenia, dotyka jednego członka rodziny, dotyka w rzeczywistości wszystkich. Skutki są równie tragiczne jak po przejściu fali tsunami, tyle tylko że tsunami jest zjawiskiem przejściowym, a schizofrenia trwa i trwa i trwa.


Chorym w "Samotnej wyspie" jest Juan, głowa rodziny. Jego żona i trójka dzieci ze wszystkich sił starają się utrzymywać iluzję normalności. I choć nie do końca im się to udaje, na początku widzimy w nich jedynie zabawnych ekscentryków. Dopiero z czasem poznajemy ich losy, jak bardzo zostali skrzywdzeni, jak mocno ich dusze krwawią.  Każde z nich desperacko próbuje uporządkować swoje życie, trzymać chaos z daleka. Ale głęboko w sobie wszyscy oni wyją z bólu, z przerażenia, skrzywdzeni ponad ludzką wytrzymałość, a jednak niewystarczająco, by przestali żyć.

Wielkim plusem filmu jest pułapka, którą zastawiają na niczego niespodziewających się widzów twórcy. Początkowo film wydaje się komedią obyczajową. Ton zmienia się stopniowo, prawie niezauważalnie. A jednak o ile na początku śmiejemy się z bohaterów, o tyle pod koniec płaczemy i współczujemy im. Orientujemy się, że w ich życiu nie ma miejsca na śmiech.

Ocena: 6

Todo lo que tú quieras (2010)

"Wszystko, czego zapragniesz" to manifest antynormatywny. Jego reżyser opowiadając wzruszającą historię ojca, który dla córeczki pogrążonej w żałobie jest w stanie zrobić wszystko, tak naprawdę zmusza widzów do zadania sobie pytanie o to, czy nienormalność jest zła.


Żyjemy w świecie, w którym wszystko podlega unormowaniu. Każde nasze zachowanie jest oceniane podług tego, jak w podobnych sytuacjach zachowują się inni. Część z tych zachowań uznajemy za normalne, część zaś za aberracje, które nie powinny być tolerowane, a czasem wręcz leczone. W ten sposób jednak stajemy się całkowicie ślepi na ludzką indywidualność. Zapominamy, że to, co pomaga jednym wcale nie musi być zdrowe dla innych... i na odwrót.

Po śmierci matki 4-letnia córka Leo nie potrafi poradzić sobie z nieobecnością rodzicielki. W celu złagodzenia bólu wymyśla "sztuczną mamę". Początkowo w tej roli chce obsadzić znajomą Leo. Potem jednak prosi tatę, by udawał dla niej mamę. I Leo zgadza się. Zaczyna się malować, zakłada perukę, nosi kobiece ubrania. Czasem wątpi w to, co robi, zwłaszcza, że otoczenie łatwo go potępia, ale jednak zwycięża bezgraniczna miłość i wiara w to, że każdy z nas ma prawo na swój sposób radzić sobie z bólem.

Jak na mój gust film jest nieco zbyt moralizatorski. A czynienie z ojca wielkiego bohatera, bo nosi kieckę wydaje mi się nieco wątpliwe. Niemniej jednak cała historia ma swój urok i ciepło, choć daleko jej do znakomitego "Listopada".

Ocena: 6

Sucker Punch (2011)

Witajcie w burdelu Zacka Snydera, czyli o zgubnych skutkach kręcenia filmów na podstawie snów erotycznych.


Zack Snyder to ewenement: jest strasznie nierównym reżyserem, choć przecież wszystkie swoje filmy robi na jedno kopyto. Jego znakami rozpoznawczymi są slow-motion (w szczególności wyskoków i nagłych zrywów do biegu), monumentalna muzyka i barokowe umiłowanie do przesadnego zdobnictwa. Tym razem jednak poszedł na całość i w rezultacie wyszedł mu film równie słaby co "300" i "Watchmen". O ile tamte mogły liczyć na wyższe oceny od fanów komiksowych pierwowzorów, o tyle tym razem nie ma taryfy ulgowej. "Sucker Punch" to przecież oryginalny pomysł reżysera.

Oglądając film miałem naprawdę wrażenie, że trafiłem do jakiegoś zamtuza specjalizującego się w ostrych grach, bondage, biciu, pluciu itp. Główne bohaterki nie są żadnymi silnymi heroinami jak to było chociażby w "Grindhouse: Death Proof", a męskimi fantazjami zupełnie niepotrzebnie odzianymi w skąpe mundurki.

Przesyt formy nad treścią daje się też mocno w kości. Jeszcze początek ogląda się z dużymi nadziejami. Prolog, w którym poznajemy losy Laleczki zanim została zamknięta w psychiatryku, w rytm piosenki "Sweet Dreams", wyszedł Snyderowi bardzo dobrze. Jest to gotowy spot promujący film, który rozpaliłby do czerwoności ciekawość wielu widzów. Jeszcze chwilę potem, gdy słychać Björk "Army of Me", można dać reżyserowi fory. Ale potem okazuje się, że "Sweet Dreams" to wszystko, co miał Snyder do zaoferowania, a reszta to próba podawania tego samego tylko w innej konsystencji. Pod koniec bolała mnie tylko głowa i nudziłem się oglądać kolejne pojedynki w slo-mo.

Konstrukcja trzech splecionych ze sobą poziomów rzeczywistości była pomysłem ciekawym. Jednak Snyder zupełnie jej nie wykorzystał. Podział na poszczególne warstwy jest zbyt klarowny i służy tylko formie. Fabuła ma tu naprawdę trzeciorzędne znacznie, zupełnie jakby to był pornos. Tyle tylko, że jest to pornos PG-13 i jest to najbardziej absurdalna decyzja ze wszystkich, jakie podjął Snyder. Wyciszanie przekleństw jest głupotą, której nie potrafię tolerować. Jeśli chciał zrobić PG-13, to nie powinien kręcić scen z przekleństwami, a nie dopiero w montażu je cenzurować.

Ocena: 4

Limitless (2011)

Ciekaw jestem ile zapłaciły koncerny farmaceutyczne scenarzyście. "Jestem Bogiem" daje bowiem nadzieję wszystkim narko- i lekomanom, że uda im się przejąć kontrolę nad zażywanym środkiem, wykorzystać twórczy potencjał jaki oferuje i przetrwać efekty uboczne. I co z tego, że w filmie 99% zażywających cudowną pigułkę ginie lub staje się ludzkimi wrakami? Nie oni przecież są bohaterami filmu, a jedynie drobnym komunikatem z opakowań papierosowych ostrzegających przed skutkami palenia.


Niezależnie od swego etycznie wątpliwego morału, sam film ogląda się nawet nieźle. Sposób wizualnej prezentacji pracy umysłu nie jest jakoś szczególnie odkrywczy, ale dobrze się sprawdza. Może trochę zalatuje "Ally McBeal", ale jako że lubiłem ten serial, więc nie mam nic przeciwko.

Fabuła jest dość standardowa. Dobrze trzyma się przez pierwsze 40 minut. Kiedy jednak przychodzi do opowiadania o skutkach, całość siada jak przegrzany suflet. De Niro miał niezłą rólkę, której potencjału nie wykorzystał. Dostał świetny tekst, w którym konfrontuje tych, którzy mozolnie pięli się na szczyt z tymi, którzy dostają się ot tak. Szkoda, że nie pokusił się, by nadać tej wypowiedzi bardziej uniwersalnego charakteru, porównując starą metodę aktorską z nową rzeczywistością, gdzie przypadek czyni z ludzi gwiazdy.

Ocena: 6

czwartek, 17 marca 2011

Battle: Los Angeles (2011)

Dla niektórych filmów naprawdę byłoby lepiej, gdyby dźwięku nie wynaleziono. Jednym z nich jest właśnie "Inwazja: Bitwa o Los Angeles". Ktokolwiek wypisywał te bzdury zwane dalej dialogami ma bardzo wysoki próg tolerancji na głupotę. Co drugie zdanie to stek frazesów, banałów i podniosłej papki o charakterze patriotycznym. Deklamowane z przejęciem przez aktorów ze sporym doświadczeniem budzą tylko śmiech. Scena w której bohater grany przez Eckharta wymienia nazwiska poległych towarzyszy, by skwitować to słowami "teraz to i tak nieważne", może spokojnie przejść do historii jako jedna z najgorszych scen dialogowych w kinie.


Całość jest jeszcze okraszona niezwykle podniosłą, "epicką" muzyką Briana Tylera. Sama w sobie jest nawet niezła. Co drugi utwór spokojnie może zostać w przyszłości wykorzystany jako ilustracja pełnego akcji zwiastuna, jednak w połączeniu z tekstami rzucanymi przez bohaterów tworzy trudną do tolerowania patriotyczną breję.

Jednak z drugiej strony film naprawdę bardzo dobrze mi się oglądało. Sceny strzelanin, kręcone w reportażowym stylu "na żywo" i "z ręki" robią wrażenie. Są dynamiczne i pełne napięcia. Zmontowano je w taki sposób, że nawet bezsensowny heroizm nie wypada tutaj irracjonalnie. Niestety dialogi psują frajdę z oglądania "Inwazji".

Ocena: 5

środa, 16 marca 2011

How Do You Know (2010)

Tego filmu nie mogłem nie obejrzeć. Ciekawość, jak wygląda komedia romantyczna za 120 milionów dolarów, nie dałaby mi spokoju. W dzisiejszych czasach podobne filmy powstają za 1/3 tej kwoty. Czy warto było? Cóż, nie jest to najgorszy film tego roku... mógł, a wręcz powinien być, jednak lepszy.


Trochę nie mieści mi się w głowie, że weteran komedii romantycznych mógł przegapić tak znakomitą szansę na nakręcenie dobrego filmu. Już dawno w kinie głównego nurtu nie widziałem równie ciekawie napisanych postaci. Matty, grany przez Wilsona, kawaler i kobieciarz, który próbuje wydobyć ze swego epikurejskiego stylu życia i przekształci w monogamistę to mistrzowski pomysł. Albo ojciec, który jednocześnie chce wrobić syna, by ochronić siebie i chronić syna, który jest dla niego wszystkim – genialny.

Niestety "Skąd wiesz?" ma trzy wady, które niczym kamienie młyńskie ciągną film na dno. Po pierwsze jest za długi i zbyt rozwlekły. W takim tempie to można opowiadać bajki przed snem, a nie robić filmy. Po drugie pomiędzy Witherspoon i Ruddem nie ma żadnej chemii. Zresztą większość relacji między bohaterami jest taka jakaś zdystansowana. Po trzecie Witherspoon. Nie wiem co jej się stało, ale powinna wiedzieć, że aktorstwo to coś więcej niż tylko robienie miny głodnego chihuahuy.

Ocena: 6

wtorek, 15 marca 2011

Il sole nero (2007)

Zupełnie nie dziwi mnie to, że "Czarne słońce" przez cztery lata nie trafiło do dystrybucji. Nie dziwi mnie również to, że skoro już trafia to w jednej symbolicznej kopii. To, co mnie zdumiewa to fakt, że ktoś w ogóle chciał to wprowadzić do kin. Taśma filmowa może i wszystko zniesie, ale wytrzymałość widzów ma swoje granice.


Ja z wielkim trudem wysiedziałem na tym straszliwym bohomazie. "Czarne słońce" przypomina miejsce zbrodni, gdzie jakiś szaleniec strzelał bez składu i ładu do przypadkowych osób. Wszędzie tylko zniszczenie, i walające się szczątki. Z tych śladów próbujemy złożyć obraz, który pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, o co w tym wszystkim chodzi. Intencje reżysera zdają się proste. Ma to być medytacja na temat dobra i zła, kary i przebaczenia, przypadku i przeznaczenia, Boga i Szatana.

Tak naprawdę jest to fałszywe, egzaltowane i prymitywne dzieło starego dziada, któremu artyzm kojarzy się z nagością, powolną pracą kamery i irytującą łopatologią dialogów. W "Czarnym słońcu" nie ma ani jednego momentu prawdy, ani jednej czystej emocji, ani jednego grama inteligentnego spostrzeżenia. Bohaterowie to marionetki, które nie zwracają na siebie wzajemnie uwagi, a jedynie deklamują teksty wdrukowane im w pamięć. To największych paradoks obrazu: opowiadać o duszy, kiedy nie ma w filmie nic duchowego.

Nie ma też żadnego usprawiedliwienia dla reżysera. "Czarne słońce" nie powinno było powstać. Być może na deskach teatru kretyńskie wypowiedzi bohaterów mają jakieś znaczenie. Kinowa wersja to gwałt na dobrym smaku, inteligencji i wrażliwości odbiorcy. Współczuję każdemu, kto wysiedzi w kinie do końca.

Ocena: 1

niedziela, 13 marca 2011

Love Ranch (2010)

Helen Mirren burdelmamą i do tego w historii, która była swego czasu medialną sensacją. To wystarczyło, bym z niecierpliwością czekał na ten film. Niepotrzebnie. Taylor Hackford nie wspiął się na typowy dla siebie poziom reżyserski i spłodził dzieło nijakie.


Problemem "Rancza miłości" jest brak pomysłu twórców na to, o czym dokładnie chcą opowiedzieć. Pewnie nie mogli się zdecydować, bo możliwości było naprawdę sporo. Mogli skoncentrować się na sportretowania legalnej prostytucji, funkcjonowania burdelmamy, alfonsa i relacji między dziwkami. Można było opowiedzieć o umierającej kobiecie, która w obliczu zbliżającego się końca postanowiła po raz ostatni poczuć w swym życiu namiętność. Można było opowiedzieć o love-hate relationship łączącym męża i żonę. Można było opowiedzieć o życiowych wrakach, którzy dostają drugą szansę, nawet jeśli tylko na chwilę. Można było...

Hackford tymczasem wziął szczyptę tego, parę ziarenek tamtego i w rezultacie nie mówi nam nic poza faktami. A i te nie są na pokazane, bo to w końcu film fabularny, więc prawdy trzyma się o tyle o ile. Mirren się tu całkowicie marnuje, podobnie jak i Joe Pesci i cała reszta. Szkoda.

Ocena: 6

piątek, 11 marca 2011

Never Let Me Go (2010)

Nie mogę uwierzyć w to, że film nakręcił ten sam facet, który zrobił "Zdjęcie w godzinę". "Nie opuszczaj mnie" to rzecz jakiegoś stetryczałego dziada, który jeszcze pamięta czym jest filmowe rzemiosło, ale zapomniał już, jak się opowiada historie i zamiast tego bełkocze coś bez składu i ładu.


Historia trójki osób, którzy zostali wyhodowani tylko w celu późniejszego pobrania od nich organów, ma w sobie olbrzymi potencjał zarówno intelektualny jak i emocjonalny. To mógł być pretekst do rozważań na temat determinizmu, ukazania ludzi walczących z losem albo niczym święci godzący się z nim, na opowieść o prywatnych marzeniach, uczuciach, niesnaskach, które w obliczu Większego Planu są niczym pył na wietrze. W kinowej wersji "Nie opuszczaj mnie" nie ma jednak nic, poza trójką młodych i utalentowanych aktorów miotających się w wulgarnej klatce najprostszych tricków filmowych. Zamiast chwytać za serce, historia bohaterów irytowała mnie, a oni sami, z tym brakiem instynktu zachowawczego, sprawiają wrażenie duchów w świecie ludzi żywych – umarli za życia. I że też nie ma w tym filmie ani jednej osoby, która próbuje się wyrwać z tego systemu!!! Niepojęte.

Ocena: 5

Potiche (2010)

Mogło być gorzej. Ozon mógł po raz kolejny nudzić o dziecku, czego tym razem bym już nie zniósł. Mogło być jednak lepiej. Ozon mógł w końcu przestać kręcić propagandówki i zrobić coś naprawdę z jajem. Na szczęście w przypadku "Żony idealnej" kompromis jakoś daje radę, choć to głównie zasługa oryginału, który Ozon zaadaptował oraz świetnej obsady.


"Żona idealna", której akcja osadzona jest pod koniec lat 70., to opowieść o zrzucaniu pęt społecznych konwenansów i dochodzeniu do tego, kim się jest naprawdę. Tytułowa żona odkrywa, że jest zaradną kobietą, która może być niezależna i świetnie radzić sobie w biznesie i polityce (choć i wcześniej miała ręce i nie tylko pełne roboty). Jej przykład pozwoli też uświadomić innym paniom, jak choćby asystentce męża, że karierę można robić nie tylko rozkładając nogi. Sam siebie pozna także syn, który braterską miłością obdarzy parę potencjalnego rodzeństwa.

Nie do końca wiem, jakie intencje kierowały Ozonem, że sięgnął po sztukę Barilleta i Grédy'ego. Jako satyra na minione czasy jest zbyt łagodna, jako alegoria czasów obecnych zbyt anachroniczna. Niezależnie od wymowy tekst sztuki jednak się broni, a dzięki świetnym kreacjom aktorskim, bohaterowie są nie tylko zabawni ale też przyciągają uwagę. Sporo w tym wszystkim humoru i tylko szkoda, że przesłanie jest tak oczywiste.

Ocena: 7

czwartek, 10 marca 2011

Rango (2011)

Chyba można już zacząć mówić o renesansie westernu. Od kilku lat powstają interesujące z artystycznego punktu widzenia projekty, a ostatnio pojawiło się też kilka westernów zrealizowanych z myślą o szerszej publiczności. Punktem kulminacyjnym, przynajmniej jak na razie, jest "Prawdziwe męstwo", ale "Rango" jest tuż za plecami dzieła braci Coen. Mówię tu rzecz jasna o wersji oryginalnej, a nie zdubbingowanej.


Miałem pewne obawy co do filmu. Depp strasznie mi się przejadł. Od czasu pierwszych "Piratów z Karibów" popadł w irytującą rutynę i z klipów promujących "Rango" wyłaniał się kolejny przewidywalny występ aktora. Pozory jednak i tym razem myliły. Depp świetnie poradził sobie grając tylko głosem. Kiedy trzeba potrafił nawet śmiać się z własnej konwencji. Dzięki niemu (ale też i innym osobom w obsadzie) całość jest pełną humoru, pełną akcji filmową fiestą.

Jednak "Rango" to przede wszystkim hołd złożony kinu (sporo cytatów i to wcale nie tak oczywistych, no może poza Wagnerem), a w szczególności westernowi. Miłośnicy gatunku uronią pewnie łezkę na widok otrzepanej z kurzu, wydobytej z przepaści zapomnienia konstrukcji, w której jest wszystko od bezimiennego bohatera, przez Indian i Meksykańców, chciwego burmistrza i groźnych rewolwerowców, po pojedynek w samo południe i happy-end. Gore Verbinski nakręcił brawurowy, pełne akcji i przygód film, który przypomina wszystkim o tym, dlaczego przez lata western był jednym z ulubionych gatunków wśród amerykańskich widzów. I nawet jeśli tu i ówdzie Verbinski nieco chybia, to i tak całość okazuje się pierwszorzędną rozrywką.

Ocena: 8

La Mission (2009)

Fabularnie "La Mission" niczym specjalnym się nie wyróżnia. Główny bohater to były gangster i alkoholik, który siedział w więzieniu, teraz próbuje być dobrym obywatelem i jeszcze lepszym ojcem dla syna, którego sam wychowuje. Kiedy jednak ten okazuje odbiegać od wyobrażeń ojca o nim, rodzi się konflikt. Reszta to typowe bla bla bla, które widziałem w setkach filmów.


A jednak warto zwrócić uwagę na obraz braci Bratt. Głównie za sprawą całej otoczki. Osadzenie historii w dzielnicy Mission i pokazanie jej unikalnego klimatu i kultury było strzałem w dziesiątkę. Lowriders, Chicano i ten przedziwny mix muzyczny spreparowany przez Marka Killiana sprawiają, że "La Mission" ma swój niezaprzeczalny urok.

Do tego wszystkiego dochodzi świetnie nakreślona postać głównego bohatera: przedziwna mieszanka szlachetności i troski z gniewem i agresją. Benjamin Bratt zagrał go koncertowo. Nie mam wątpliwości, że jest to jedna z jego najlepszych ról w karierze.

Ocena: 7

The Young Victoria (2009)

Ach te intrygi, gierki i podchody. Gdzie jedni wiedzą, że drudzy wiedzą, że ci pierwsi manipulują tymi drugimi. A wygra ten, kto zachowa pokerową twarz i będzie w stanie zaskoczyć tych, którym zdaje się, że nim czy nią kierują.


Tak wygląda historia Wiktorii i Alberta. Ona jest przyszłą królową Wielkiej Brytanii, więc każdy próbuje zdobyć nad nią władzę. Jedni wykazują się brakiem finezji i siłą chcą ją do czegoś przymusić. Inni schlebiają, manipulując jej emocjami. On z kolei jest hodowany na jej małżonka, z myślą, że pomoże królowi Belgii. Wyzwolenie i schronienie znaleźli w miłości, która ich połączyła. Brzmi to jak bajka, a przecież wydarzyła się naprawdę.

"The Young Victoria" ma znakomity początek, kiedy pokazuje sytuację europejskich dworów odwracając "naturalny" porządek rzeczy. To kobieta będzie władać, więc to mężczyzn przysposabia się, by byli "dwórkami" wkradającymi się w łaski monarchini. Sceny, w których Albert uczy się, jak być towarzyszem Wiktorii lub kiedy sir John manipuluje matką Wiktorii, by zdobyć władzę albo działania Lorda Melbourne'a – wszystko to oglądałem z wielkim zainteresowaniem przez sam fakt odwrócenia ról. Świetnie ukazano w nich, że i kobiety i mężczyźni są więźniami systemu, tylko pozycje, jakie zajmują, są inne. Potem film popada w rutynę kostiumowego romansu, ale dzięki dobrej grze aktorskiej, pięknym kostiumom, scenografii i zdjęciom i tak ogląda się to dobrze.

Jean-Marc Vallée pozytywnie mnie zaskoczył. Nie sądziłem, że potrafi się odnaleźć w tym gatunku.

Ocena: 7

środa, 9 marca 2011

Le concert (2009)

Aż dziw, że film ten do tej pory nie pojawił się w polskich kinach. Nowa baśń Radu Mihaileanu jest równie zabawna i wzruszająca co "Pociąg życia". To chwytająca za serce opowieść o poczuciu winy, obsesji, niespełnionych marzeniach i zadośćuczynieniu. A do tego okraszona szczyptą rubasznego humoru i polana klasycznym sosem z muzyki Czajkowskiego.


"Koncert" to historia byłych muzyków teatru Bolszoj, którzy 30 lat temu stracili wszystko stając okoniem wobec władzy komunistycznej. Dziś, za pomocą pewnego oszustwa i dzięki wsparciu oligarchy z artystycznymi aspiracjami, mogą odczarować przeszłość i udowodnić wszystkim, że wciąż mają to "coś". Przy okazji mogą też zadośćuczynić pamięci tych, którzy polegli w czasie represji.

Mihaileanu powraca tu do tych samych tematów, jakie poruszył w "Pociągu życia". Fałszywa orkiestra niczym fałszywy pociąg próbuje zwieść wszystkich wokół, a jednak jej członkowie nie przestają być sobą, ze swymi wadami i zaletami. Reżyser wyśmiewa się z przywar swoich bohaterów i świata w którym żyją (kupowanie ludzi na manifestacje czy śluby, strzelanina na weselu u oligarchów, cygańska mafia). Nie ma w tym jednak złośliwości, a za to dużo ciepła i radości z życia, które zachowali mimo przeciwności losu. I jeszcze ten wzruszający koncert na koniec.

Ocena: 8

Kandidaten (2008)

Spore rozczarowanie. Po zwiastunie nabrałem ochoty na obejrzenie tego filmu. A że w obsadzie jest parę lubianych przeze mnie duńskich aktorów, to tym bardziej liczyłem na pozytywne wrażenia. Tymczasem film więcej obiecuje, niż rzeczywiście dostarcza.


Najgorsze jest to, że "Kandydat" ma bardzo skomplikowaną intrygę i finał powinien być zaskoczeniem. Tymczasem gdy tylko główny bohater wpada w pułapkę, cała sprawa była dla mnie jasna i nie mogłem zrozumieć dlaczego bohater, który tak sprawnie sobie radzi z innymi przeciwnościami, nie widzi oczywistej prawdy o tym, kto stoi za szantażem i śmiercią jego ojca. Twórcy z uporem szli w zaparte tak, że w końcu sam zacząłem wątpić uznając, że być może naoglądałem się za wiele podobnych historii i dlatego nie wierzę w życzliwość niektórych z bohaterów. A potem okazuje się, że jednak nie, że miałem rację, a twórcy zbudowali tak skomplikowaną konstrukcję, że prawda i tak nie została w niej ukryta.

Jednak film ma kilka fajnych pomysłów. Najfajniejszym jest przedstawienie w jakie wciągnięto głównego bohatera. Gdyby potraktować fabułę jako opowieść o odzieraniu człowieka z naiwności i konfrontowaniu ze skomplikowanym światem rzeczywistym, wtedy "Kandydat" mógłby być naprawdę mocnym filmem. Ale do tego potrzebne było ostre zakończenie a nie mdły pseudo happy-end.

Ocena: 6

Prom Queen: The Marc Hall Story (2004)

Dziwnie ogląda się ten film. "Prom Queen" inspirowane jest prawdziwą historią Marca Halla, który w 2002 roku pozwał katolicką szkołę do sądu za to, że nie zezwoliła mu na udział w balu maturalnym, na który chciał przyjść ze swoim chłopakiem. Hall sprawę wygrał, a powstały w 2004 roku przypomina lekkie satyry na czasy, które minęły.


Tyle tylko, że nie minęły... no może w Kanadzie, ale nie w sąsiadujących z nimi Stanach, gdzie słynna stała się sprawa sprzed roku. Constance McMillen chciała na bal maturalny przyjść ze swoją dziewczyną, a szkoła powiedziała "nie" (i nie była to szkoła katolicka). Dziewczyna władze szkolne pozwała do sądu, więc szkoła postanowiła odwołać oficjalny bal. Zorganizowano bal prywatny, na który poza McMillen i jej dziewczyną przyszło ledwie pięć osób. Reszta uczniów poszła na zorganizowaną w tajemnicy przed McMillen potańcówkę. Nijak ma się to do fabuły "Prom Queen", gdzie za Marciem murem stają uczniowie, a nawet związek zawodowy robotników.

Sam film to dość standardowa produkcja. Choć na korzyść reżysera Johna L'Ecuyera przemawia fakt, że próbował podejść do tematu trochę inaczej. Początkowe inscenizacje, czy animowane tytuły podrozdziałów to bardzo dobre pomysł. Ale jest ich za mało. Film ma takie wstawki co jakiś czas, po czym powraca do rutyny obrazu opartego na faktach. A szkoda, bo to naprawdę mogła być zabawna satyra na system medialny, prawny i absurdalność podwójnych standardów.

Co do tych standardów, to tu akurat film wypada najsłabiej. Argumentacja przeciwko decyzji szkoły katolickiej jest całkowicie chybiona i przy tak postawionej sprawie nie rozumiem dlaczego Hall wygrał. Choć reżyser próbuje to zamaskować, to jednak wygląda na to, że wygrana Halla to dyskryminacja Kościoła Katolickiego, a z tym trudno mi się pogodzić. Nie rozumiem dlaczego prawa gejów mają być wyżej stawiane niż prawa katolików do podążania za nauką kościoła w szkole, która nie należy do państwa a właśnie do Kościoła. Sprawę można było wygrać wykorzystując do tego argumenty władz szkoły. Otóż z filmu wynika, że zakazano Marcowi wstępu na bal z chłopakiem ponieważ taniec to gra wstępna przed seksem (w dużym skrócie). Jeśli tak, to na bal powinni mieć zakaz wstępu wszyscy, którzy chcą przyjść na bal z osobami, które nie są ich poślubionymi w Kościele małżonkami, jako że seks przedmałżeński jest również grzechem tak jak akt homoseksualny.

Ocena: 6

wtorek, 8 marca 2011

The Countess (2009)

Interesujące studium kobiecego szaleństwa. Tyle tylko, że Julie Delpy namalowała je zbyt delikatnymi barwami. Elżbieta Batory pokazana jest tutaj jako kobieta sukcesu, inteligentna i władcza, która zdołała znaleźć się wysoko w świecie zdominowanym przez mężczyzn i do tego katolików (ona sama jest protestantką). Jednak ten sukces okazał się jej klęską. Zbyt pewna siebie nie zdołała w porę rozpoznać pułapki próżności. Jej słabość, starannie pielęgnowana przez wrogów, staje się koszmarem dającym krwawe owoce. Przez chwilę Elżbieta żyje w świecie własnych iluzji, lecz kiedy jej okrucieństwo staje się bezsporne, zostanie rozszarpana w sposób typowy dla europejskich dworów.


Pomysł wgryzienia się w mit Krwawej Hrabiny i przyjęcie za punkt wyjścia twierdzenie, że historię piszą (fałszują) zwycięzcy był ze wszech miar trafny. Niestety filmowi brakuje intensywności. Obsesja Elżbiety, jej osobisty dramat jest pozbawiony tej siły, jaką musiała odczuwać bohaterka. Dodatkowo całkowite skoncentrowanie się na uczuciowym dramacie nie pozwala wygrać tez, które Delpy-reżyserka mimo wszystko stawia, że szaleństwo Elżbiety było dworską intrygą hrabiego Thurzo, że Jerzy Thurzo był bardziej krwawy w swych ekonomicznych podbojach niż Elżbieta w swej pogoni za wieczną młodością.

Całość koniec końców okazuje się niczym więcej, jak tylko przyzwoitym filmem historycznym. Portret kobiety u władzy trochę wyblakł.

Ocena: 6

poniedziałek, 7 marca 2011

Mars Needs Moms (2011)

Nigdy nie zrozumiem dlaczego Zemeckis zrezygnował z aktorskiego kina na rzecz mocapu. Ta obsesja na punkcie realistycznego odwzorowania rzeczywistości do niczego dobrego na razie nie doprowadziła. Postaci niby  poruszają się jak żywe ale ludzcy bohaterowie mimo wszystko wyglądają jak zdeformowane freaky, efekty chowu wsobnego. Ja tam wolałbym, żeby postaci były mniej realistyczne, za to fabuły bardziej angażujące.


Niestety w tym przypadku fabuła jest ledwie średnia. Całość jest chaotyczna i mało efektowna. Wszystko opiera się na gadkach-szmatkach, które same w sobie może i są fajne, ale w dawkach zaprezentowanych w tym filmie męczące. Obraz za bardzo kojarzy się też z "Seksmisją" i porównanie to dla amerykańskiej produkcji nie jest korzystne.

To, co w filmie spodobało mi się najbardziej, to niepoprawność polityczna. "Matki w mackach Marsa" masakrują ideologię feministyczną pokazując, jakim koszmarem byłaby dominacja kobiet we władzach, deprecjonując portret kobiet pracujących i robiących karierę, a zamiast tego wywyższający koncepcję kobiety-matki. Film wyśmiewa się też z facetów, pokazując ich jako półgłówków i patentowanych leni. Pochwała rodziny jako podstawowej jednostki społecznej składającej się z kobiety, mężczyzny i przynajmniej jednego dziecka jasno wyznacza granice tego, co jest w życiu domowym dopuszczalne i normalne. Organizacje chrześcijańskie są bardzo wymowne, kiedy pojawia się film będący atakiem na wyznawane przez nie wartości. Ciekawe jestem jak na "Matki w mackach Marsa" zareagują chociażby organizacje feministyczne.

Ocena: 5

You Will Meet a Tall Dark Stranger (2010)

Nie rozumiem dlaczego Woody Allen upiera się przy kręceniu filmów w Londynie. "Sen Kasandry" był prawdziwym koszmarem (i najgorszym filmem Allena, jaki widziałem), "Scoop" było tylko odrobinę lepszy. Jedynym przyzwoitym londyńskim filmem był "Match Point". A jednak Allen wraca tam jak bumerang. Niestety przy pomocy "Poznaj przystojnego bruneta" nie udało mu się Londynu odczarować. Film jest na poziomie "Match Point", czyli nie jest tak najgorzej. Jednak dwa poprzednie filmy to była wyraźna zwyżka formy i po cichu liczyłem, że Allen będzie ją w stanie utrzymać dłużej.


Niestety cytat z Szekspira podany na początku filmu jest samospełniającym się proroctwem. Pokazanie perypetii zawodowo-sercowych paru powiązanych ze sobą różnymi więzami osób niczemu nie służy i co gorsza, poza kilkoma momentami pozbawione jest inteligentnego humoru. Owszem zdarzają się tu i ówdzie dobre momenty lub zabawne i inteligentne riposty, ale jest ich o wiele mniej niż w poprzednich dwóch filmach. Również bohaterowie są strasznie bezpłciowi. Z całego tłumu zapamiętałem w zasadzie jedynie Lucy Punch jako Charmaine no i może Gemmę Jones.

(Theo James)
Mam nadzieję, że Allen daruje sobie Londyn i będzie kręcił filmy albo w Hiszpanii albo w Nowym Jorku. (Choć zobaczymy, może Francja również okaże się dla niego łaskawa.)

Ocena: 6

Los 2 lados de la cama (2005)

"Po drugiej stronie łóżka" przed siedmioma laty zachwyciło mnie kiczowatą fabułą i równie kiczowatymi piosenkami. Być może z obejrzeniem sequela czekałem zbyt długo, ale "Los 2 lados de la cama" nie zrobiło już na mnie tego samego wrażenia.


Akcja rozgrywa się kilka lat później. Javier i Pedro wciąż są przyjaciółmi i wciąż nie mogą się ustatkować. W ich życiu są nowe kobiety, ale choć obaj kontemplują ślub, zanim zdążą się zdecydować zostaną sami. Panie będą wolały swoje własne towarzystwo. Jednak lesbijski romans to jedno, a związek 24/7 to już co innego. Tymczasem Javier i Pedro spróbują zatopić smutek (i nie tylko) w atrakcyjnej Carlocie. Nie spodziewają się, że dzięki niej odkryją nowy wymiar swej przyjaźni.

Niby w drugiej części jest wszystko to, co było w oryginalne. A jednak tym razem jest inaczej. Perypetie Javiera, Pedra i ich dziewczyn Marty i Raquel pozbawione są pikanterii i humoru. Na szczęście jest jeszcze Rafa szczycący się potężnym intelektem, a nie potrafiącym zauważyć tego, co się dzieje pod jego własnym nosem. No i ten wypchany lis!. Dzięki nim film mimo wszystko był fajną rozrywką.

Ocena: 6

I Spit on Your Grave (2010)

W latach 70. kino spod znaku gwałtu i zemsty świętowało złotą epokę. Jako reakcja na wyblakłe i zdewaluowane hasła ery hippisów, poszło w drugą skrajność pławiąc się w ukazywaniu bezsensownej brutalności i zmienianiu kochających pokój w pozbawione serca potwory krwawej vendetty. Wiele można tamtym filmom zarzucić, jak choćby "Pluję na twój grób" z 1978 roku. Były nieco naiwne, technicznie niedopracowane, ale jednocześnie miały jedną wielką zaletę: łatwo było uwierzyć, że te historie miały miejsce naprawdę.


"I Spit on Your Grave" AD 2010 to rzecz odświeżona i pod względem realizacyjnym znacznie lepsza od swojego pierwowzoru. Twórcy mieli też fajniejsze pomysły na poszczególne sceny zemsty. Są on bardziej spektakularne i widowiskowe. Jednak paradoksalnie w tym właśnie tkwi problem. Ten sam zresztą, jaki miałem z remakem "Ostatniego domu po lewej". Tu już nie zemsta jest ważna, ani nawet bohaterowie. Nowy "I Spit on Your Grave" to torture porn, gdzie najważniejsze są wymyślne tortury. I rzeczywiście są one pomysłowe, ale tak odrealnione, że trudne do wyobrażenia w świecie rzeczywistym. Stara Jennifer miała dość proste pomysły na zemstę, ale dzięki temu łatwiej się było widzom z nią utożsamić. Nowa Jennifer jest widzom (a przynajmniej mnie) kompletnie obojętna, a jej historię trudno brać na poważnie jako coś więcej niż filmową fikcję.

Niemniej jednak sceny z wanną i krukami to fajne pomysły. Skoro to wersja unrated, to mogły być trochę bardziej krwawe, ale nie jest źle.

Ocena: 6

niedziela, 6 marca 2011

Another Year (2010)

Dawno już nie obejrzałem filmu, który wywołałby we mnie tak silny protest. Przesłanie "Kolejnego roku" jest całkowicie sprzeczne z moimi poglądami, a na głównych bohaterów reagowałem jak na silny alergen.


W teorii Leigh wykreował afirmację prostego, normalnego życia. Jego symbolem jest ogród z rocznym trybem narodzin, rozkwitania, zbierania plonów i śmierci. Jego symbolem jest też starzejąca się para opiekująca się owym ogrodem – Tom i Gerri. Ich życie pozbawione jest blichtru, choć mieli swoje chwile wielkich przygód. Jednak w porównaniu z innymi z ich otoczenia, prowadzą bardzo satysfakcjonujące i szczęśliwe życie.

I tu zaczynają się moje kłopoty z filmem. Leigh opiewa życie Toma i Gerri, ale de facto nie daje żadnych odpowiedzi na pytanie dlaczego oni są razem, dlaczego im się udało przetrwać. Symbolika zmiany pól roku i mozolnej pracy w ogrodzie zanim zbierze się plony nie wyjaśnia wszystkiego. To piękna analogia, lecz ignoruje takie zjawiska jak naturalne katastrofy (powodzie, pożary, choroby itp.). Leigh zdaje sobie z tego sprawę i próbuje to jakoś rozwiązać, lecz wtedy całość staje się nieznośnie protekcjonalna tak jak Gerri, kiedy mówi tym swoim irytująco spokojny głosem, że "do tanga trzeba dwojga" albo "trzeba ponosić konsekwencje swoich wyborów". Jednak na pytanie przyjaciółki Mary "dlaczego wciąż dokonuję złych wyborów" Gerri nie ma odpowiedzi i tak naprawdę gówno to ją obchodzi. Mary, czy Ronnie (brat Toma), czy Janet (jedna z pacjentek Gerri) są głównym bohaterom potrzebni tylko po to, by z wysokości swego "normalnego życia" mogli popatrzeć na nieszczęśników, którzy dokonali złych wyborów. Jeśli decydują się im pomóc, to czynią to z poczucia wyższości ludzi dobrych, ale w rzeczywistości ich los jest im obojętny i nawet przy stole biedacy są wykluczeniu ze świata, w którym Tom i Gerri przebywają.

Z tego powodu Tom i Gerri budzą mój głęboki wstręt, a całość przypomina piekło, na które skazani są Janet, Mary, Ronnie, Carl czy Ken. Są poobijani przez życie, z licznymi krwawiącymi ranami, a obecność osób takich jak Tom i Gerri jest niczym sól wcierania w świeże szramy. I jeszcze wskazywanie palcem, że sami są sobie winni. Ta cicha satysfakcja jest kompletnie nie na miejscu, nawet jeśli jest usprawiedliwiona. Dla mnie "Kolejny rok" nie jest pochwałą zwyczajności, a afirmacją fałszywej pokory.

Ocena: 6

sobota, 5 marca 2011

Neka ostane među nama (2010)

"Między nami" to opowieść o rodzinnych więzach zaplątanych bardziej niż w niejednej telenoweli. A wszystko przez znanego malarza i kobieciarza, który spłodził dwóch synów. Wiele się nimi nie zajmował, ale to nie znaczy, że nie miał wpływu na jego życie. Mimo faktu, że losy braci różnie się potoczyły, ich relacje z kobietami są bardzo podobne.


Najnowszy film Rajko Grlicia okazał się sporym rozczarowaniem. Poprzedni - "Posterunek graniczny" - wywarł na mnie spore wrażenie. Tym razem obyczajowa obserwacja połączona z bardzo lekkim humorem wynudziła mnie doszczętnie. Nie rozumiem po co ten film powstał. Widzimy jakieś łóżkowe perypetie paru osób, ale do niczego to nie prowadzi, poza konstatacją, że po wojnie w Zagrzebiu chyba nie zostało zbyt wiele osób, skoro łóżkowy korowód jest tu tak bardzo ograniczony. Film nie jest ani portretem psychologicznym braci ani portretem socjologicznym społeczeństwa. Jego morał jest tak oczywisty, że sprawia wrażenie głupiego. Parę gołych bab nie zmienia faktu, że film ten równie dobrze mógł powstać w Polsce (nawet niektóre muzyczne elementy dzieli z naszymi produkcjami). Puste to i nużące. Nie tego się po reżyserze spodziewałem.

Ocena: 4

czwartek, 3 marca 2011

The Mill and the Cross (2011)

Ach ta artystyczna pycha! Majewskiemu wydawało się, że może od tak wziąć się za malarstwo Bruegela i przy jego pomocy wywindować swój autoportret mistrza obrazów na nowe wyżyny (jakby pozycja, którą sobie wypracował nie wystarczała mu). Ale nie dość, że się ośmieszył, to jeszcze zwulgaryzował świetne skądinąd dzieło - "Drogę krzyżową".


Sam pomysł, by wkroczyć w obraz, by przyjrzeć się intencjom malarza jak i "codziennemu życiu" namalowanych postaci, nie był zły. Jednak Majewski sięgnął po tę formę nie po to, żeby zinterpretować dzieło Bruegela, by wraz z nami je kontemplować, podziwiać, odnajdywać kolejne znaczenia. On wykorzystuje to, by wykazać się przed widzami swoim własnym zmysłem wizualnym. Gwałci obraz Bruegela, rozdziera go na kawałki, by je następnie wykorzystać w swoim własnym frankensteinowym dziele. Widz zostaje postawiony pod ścianą, bez wyboru, ma zachwycać się symboliką, przejmować głębią aluzji i drżeć z rozkoszy, której źródłem są zdjęcia i kompozycja. Majewski tak sprytnie przykleja się do malarskiego oryginału, że obserwator przestaje (a raczej powinien, bo w moim przypadku ten mechanizm nie zadziałał) odróżniać co jest czyje i zachwyt, jaki budziłby obraz, zostaje niejako scedowany na film.

Niestety dla mnie "Młyn i krzyż" jest filmem pustym i pretensjonalnym. Dziełem twórczego impotenta, który korzysta z artystycznego odpowiednika wiagry, by zamaskować swą niemoc. Jego interpretacje są mało wyraziste, a sposób prezentacji irytujący. Nie dość, że wszystkie postaci mają ten sam temperament (co podkreśla jeszcze pozbawienie ich głosu), to jeszcze niektóre decyzje dotyczące kompozycji poszczególnych scen budzą spore wątpliwości (jak choćby spastyczny taniec pod koniec). W całym filmie jest tylko jedna scena, która naprawdę mi się spodobała, która zrobiła na mnie duże wrażenie. To scena, w której kamera wychodzi z obrazu i okazuje się, że cały ten dramat zamknięty jest w płótnie wiszącym w muzeum w cichej, pustej sali obok innych obrazów, w których zaklęte są równie dramatyczne historie.

Jeśli będę chciał dowiedzieć się czegoś o malarstwie, posłucham lub poczytam siostrę Wendy, najlepszą przewodniczkę po sztuce, jaką miałem okazję poznać dzięki telewizji.

Ocena: 4

środa, 2 marca 2011

Flight (2011)

Pretensjonalna alegoria pełna zbyt oczywistych symboli jak choćby zamaskowani naśmiewcy, poza jednym, który odsłania twarz i ujawnia swoją przyjacielską naturę. Ten gest uwalnia głównego bohatera z pęt ograniczających jego ducha. Owszem, tę symbolikę można byłoby pociągnąć trochę dalej i uznać, że "Flight" to historia pierwszego zauroczenia, ale wiele to nie zmieni. Nuda, nuda, nuda.


Ocena: 5

Silencer (2011)

Ciężkie jest życie mima. Jeśli drugi mim cię ukatrupi, to przez resztę życia musisz udawać martwego. Jeśli inny mim cię na morderstwie przyłapie, to musisz udawać, że siedzisz w więzieniu przez 12 lat. Morał z tego prosty: nie bądź mimem.


Twórcy krótkometrażówki mieli fantastyczny pomysł. Spowiedź mima – genialne. Niestety jako film nie do końca się to sprawdza. Całość wygląda jakby to było nagranie z ćwiczeń aktorskich. I tylko końcówka trochę to rozbija, ale tylko trochę.

Ocena: 7

The Maestro (2011)

Świat jest muzycznym festiwalem ruchu i barw. Pod warunkiem że jesteś introwertycznym bezdomnym zamkniętym za kratami z brudnej brody i wytartych łachów. Pomysł beznadziejny, a wykonanie tylko przeciętne. Może komuś będzie żal biedaka, ale przez to filmik wcale nie zrobi się lepszy.


Ocena: 5

The Unspoken (2011)

Cudo! Wyraz miłości syna do umierającego ojca. Proste, lecz przejmujące słowa, piękne zdjęcia i nastrojowa muzyka. Jest w tym smutek osoby szykującej się na ostateczne pożegnanie i wdzięczność za szczęście, jakim była sama obecność. I nawet jeśli nie jest to prawdziwe pożegnanie ojca z synem (choć wydaje mi się, że jest), to w żaden sposób nie umniejsza to prawdziwości przesłania.


Ocena: 9

Animal Beatbox (2011)

Buahahahaha! To w zasadzie cały mój komentarz do tego filmu. Bo też cóż więcej można powiedzieć o tym muzycznym "królestwie zwierząt". Całość jest głupia ale pomysłowa, łatwo wbija się w mózg. Jako viral sprawdza się bezbłędnie. Ale jako film krótkometrażowy? Już chyba nie aż tak dobrze.


Ocena: 7

Monkeys (2011)

Skoro o "Królestwie zwierząt" było w poprzednim poście, to kontynuujmy temat. Tym razem z krótkometrażówką wyreżyserowaną przez jedną z gwiazd tamtego filmu Joela Edgertona.


"Monkeys" to cała prawda o przyjaźni między facetami. Komunikacja i problemy rozwiązuje się w sposób prosty i bezwzględny. I co najlepsze nie potrzeba do tego słów. Świetny pomysł i znakomite wykonanie. Nic więcej, nie trzeba mówić.

Ocena: 8

I Love Sarah Jane (2008)

"Królestwo zwierząt" może wydawać się, jakby pojawiło się znikąd. A tymczasem jego twórca David Michôd od paru lat należy do prężnej grupy Australijczyków mających ciekawe pomysły na filmy i konsekwentnie je realizujące. Dowodem na to może być krótkometrażówka sprzed trzech lat "I Love Sarah Jane". Michôd był współscenarzystą, a reżyser też już nakręcił film z amerykańskimi gwiazdami ("Hesher", którego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć).


"I Love Sarah Jane" to brutalnie prosta wizja świata, w którym zapanowała epidemia zombie. Ten świat jest bardzo realny, poza faktem obecności zombie nie różni się niczym do tego, co znamy z naszego życia. U twórców epidemia nie jest apokalipsą, jak to zazwyczaj jest pokazywane w kinie, a kolejną z wielu plag, które nawiedzały ludzkość na przestrzeni wieków. I chyba właśnie ta zwyczajność skontrastowana z osobistymi dramatami robi największe wrażenie.

Ocena: 7