sobota, 30 kwietnia 2011

Bathory (2008)

W materiale o produkcji reżyser Juraj Jakubisko stwierdza, że poszukując materiałów o Elżbiecie Batory natrafił na wiele białych plam. To ponoć daje dużą swobodę twórcom w uzupełnianiu jej historii na wiele najróżniejszych sposobów. Niestety Jakubisko chyba zbyt bogatej wyobraźni nie ma, bo jego film opowiada bardzo podobną historię co "The Countess". I tu i tu Batory jest ofiarą wewnętrznych walk o władzę w królestwie Węgier. I tu i tu wrogiem okazuje się Thurzo. I tu i tu księżna nawiązuje romans z młodym przystojniakiem (tu jest nim normalnie zwolennik męskich ciał – Caravaggio).


To, co oba filmy różni to to, czym tę ogólną konstrukcję wypchano. U Delpy mieliśmy romans i polityczną intrygę plus odrobina obsesji. Jakubisko poszedł w tym samym kierunku, co Holland z historią Janosika – dodając wiedźmę, wywary, czarną magię, zabobony i wczesny geniusz technologiczny. I tak jak w przypadku Holland tak i tu baśniowa otoczka okazała się błędem. Film stał się infantylny, rozwlekły i chaotyczny. Nie jest już autentyczną historią, a raczej przypowieścią. Tyle tylko, że za tą przypowieścią nie kryje się żadna głębsza myśl. Nawet wątek fascynacji Thurzo Batory został tutaj słabo zaakcentowany.

W całym filmie najlepsza okazała się muzyka folkowa. To jednak mało. Myślałem, że "Bathory" będzie lepszą zabawą.

Ocena: 4

piątek, 29 kwietnia 2011

The Informant! (2009)

Jeśli Soderbergh ma kręcić takie filmy, to może lepiej, że myśli o końcu kariery reżyserskiej. "Intrygant" jest jak obraz namalowany przez daltonistę. Niby forma ok., a jednak kompozycja szwankuje.


Film inspirowany jest niesamowitą historią mitomana i oszusta, który nieźle się obłowił, ujawnił parę machlojek korporacyjnych i przez kilka lat oszukiwał współpracowników i FBI. Soderbergh miał dobry pomysł, by pójść w stronę komedii. Jednak po drodze od pomysłu do wykonania coś poszło nie tak. Stylizacja na lata 70. w filmie o latach 90. – słabe. Fabuła sprawia wrażenie kiepskiej imitacji "Hudsucker Proxy". Film straszliwie mnie wynudził. Jedynym plusem był Matt Damon, który całkiem przekonująco wypad w roli ześwirowanego oszusta.

Ocena: 4

Invictus (2009)

To nie jest zbyt dobry film. Ale po prawdzie nie było szans na to, by powstało arcydzieło. Zbyt wiele czynników stanęło na przeszkodzie, z czym nawet taki mistrz jak Clint Eastwood nie był w stanie sobie poradzić.


Po pierwsze "Invictus" jest opowieścią o jednoczeniu narodu rozdartego rasowymi uprzedzeniami przez całe dziesięciolecia. Już samo to zdanie brzmi podniośle, a co dopiero mówić o całym filmie. Z góry wiadomo, że muszą się znaleźć obowiązkowe sceny pokazujące podziały, by na końcu były możliwość pokazania, jak uprzedzenie razem świętują triumf drużyny RPA. Nie wiem, jak bardzo by się Eastwood nie starał, to i tak sceny te wyszłyby patetycznie i sztucznie.

Po drugie całą historię opowiedziano z perspektywy Nelsona Mandeli, postaci monumentalnej, której z racji podjętego tematu nie można było rozliczać z co mroczniejszych aspektów biografii. W scenariuszu pozwolono sobie jedynie na bardzo lekkie zniuansowanie. A to niestety także nie służyło fabule, bowiem zamiast żywych ludzi mamy posągi i idee.

Po trzecie film opowiada o rugby. Większość dyscyplin sportowych na ekranie wypada mało interesująco. A już w przypadku gier zespołowych jest to rzecz nagminna. I choć rugby jest sportem kontaktowym i teoretycznie jest potencjał do nadania scenom odpowiedniej dynamiki, to rezultat rzadko kiedy jest zadowalający. Tu nie udało się wzbudzić, przynajmniej we mnie, wystarczającego poziomu ekscytacji. Sporym problemem okazała się muzyka, która zwłaszcza w finale jest rozczarowująco przewidywalna w swoim smyczkowo-dętym zawodzeniu.

Skoro filmowi wiele brakuje, to dlaczego warto go obejrzeć? Ano dlatego, że jest to film ważny. "Invictus" zaczyna się tam, gdzie większość filmów się kończy. Współczesne kino interesuje tylko walka i pokonanie wroga. Ale mało kto pokazuje, co robić, kiedy walkę tę się wygra. Przykład "Matrixa" jest tu podręcznikowy. W pierwszej części ludzkość została zbawiona, a przynajmniej tak się nam wydawało, by w kolejnych częściach okazało się, że walka dalej trwa. Tymczasem w "Invictus" Mandela wygrał i walkę zakończył. Zamiast tego rozpoczął wysiłki polegające na zakopywaniu przepaści nieufności, nienawiści i strachu. To niezwykle trudne zadanie. Powiedziałbym, że o wiele trudniejsze niż sama walka. Dlatego każdy film afirmujący taką postawę jest w tej chwili na wagę złota. I tak będzie do czasu, aż kino postawę tę wdrukuje widzom równie skutecznie co postawę walki.

Przed zbliżającymi się mistrzostwami Euro 2012, może warto, by film stał się lekturą obowiązkową dla wszystkich zajmujących się w naszym kraju polityką.

Ocena: 6

czwartek, 28 kwietnia 2011

13 (2010)

Jestem pod olbrzymim wrażeniem obsady tego filmu. Pojawiła się tu cała śmietanka męskiego kina, głównie tego europejskiego. Może zatem dziwić, że film przechodzi bez echa, trafiając od razu na rynek DVD. Wystarczy jednak go obejrzeć, by zrozumieć, dlaczego tak się stało.


"13" to film niezwykły. Nie "wybitny", czy nawet "bardzo dobry", ale właśnie "niezwykły". Dlaczego? Ano dlatego, że został zrealizowany wbrew obecnie panującym modom. Mimo gwiazdorskiej obsady, mimo mocnego pomysłu (nielegalne zawody inspirowane rosyjską ruletką) nie ma w tym filmie ostrej muzyki, dynamicznego montażu, maksymalnego podbijania poziomu testosteronu i adrenaliny. Całość jest zaskakująco surowa, reżyser stawia na prostotę i naturalność (jeśli w takich warunkach cokolwiek może być naturalne). Jedynym wyjątkiem jest Michael Shannon, który stworzył ciekawą postać, ale zdecydowanie przeszarżowaną jak na ten film. Nie mogłem się nie uśmiechać za każdym razem, kiedy dyrygował zawodnikami. Ray Winstone, Rourke, Statham dobrze się spisali. Nawet 50 Cent mnie nie drażnił.

Ocena: 6

Altromondo (2008)

"Altromondo" to dwie godziny monologów ukazujących różnorodność świata mężczyzn kochających mężczyzn. Obraz ma konstrukcję inspirowaną "Boską komedią" Dantego i jest podróżą przez Włochy, a jednocześnie podróżą od piekła, w którym znajdują się m.in. homofobiczni kryptogeje, dziwki i masochiści do nieba pełnego pozytywnych historii miłości, akceptacji, radości.


Zawsze podchodzę sceptycznie do tego rodzaju filmów. Formuła monologów w moim przekonaniu nie do końca sprawdza się w kinie fabularnym. Jeśli bowiem są odgrywane (a tak jest tutaj), wtedy musi się za nimi kryć coś więcej. Gdyby to był dokument, gdyby to były prawdziwe historie opowiadane przez tych, którym one się naprawdę przydarzyły, wtedy ich świadectwo samo w sobie by wystarczyło. Niestety tu za monologami nie kryje się w zasadzie nic poza faktem ukazania owej różnorodności. A to wydaje się nazbyt łopatologicznie w obrazie, który zaczyna się od przytoczenia słów Ratzingera, co już samo w sobie wskazuje, że "Altromondo" ma być manifestem bądź artystyczną polemiką z nauką społeczną Kościoła.

Jeśli naprawdę "Altromondo" jest polemiką, to kompletnie nietrafioną. O ile bowiem w słowach może i reżyser neguje moralną ocenę homoseksualizmu wydawaną przez Kościół, o tyle w czynach w wielu aspektach ocenę tę potwierdza. Reżyser wydaje sąd moralny poprzez selekcję tego, które zachowania znalazły się w części piekielnej filmu, a które nie. Przez to jeszcze bardziej rozwadnił wymowę swego dzieła.

Same monologi oglądałem jednak z ciekawością. Głównie dlatego, że prezentowały tak szerokie spektrum postaw i zachowań. Większość z nich z powodzeniem mogłaby zostać przemieniona na pełnokrwiste dramaty. Można więc patrzeć na "Altromondo" jak na listę filmów do zrobienia.

Ocena: 6

Thor (2011)

No cóż, nie tego spodziewałem się po Kennethie Branaghu. Facet, który fantastycznie potrafi prowadzić aktorów, który znakomicie łączy rozmach z humorem, tragedię o gigantycznych rozmiarach z osobistą historią, powinien był sobie lepiej poradzić z opowieścią o komiksowym bożku. A tymczasem oglądając "Thora" miałem spore trudności z pamiętaniem, że nakręcił go ten sam gość co "Henryka V", "Hamleta" i "Pojedynek".  Nie ta klasa, zupełnie nie ta klasa.


"Thor" to typowa letnia produkcja, w której akcent położony został na widowisko, a nie na fabułę. Dlatego też rzecz ogląda się najlepiej przy wyłączonym mózgu, bez zadawania pytań w stylu "dlaczego?", "skąd?" itp. Niestety historia ma tyle dziur logicznych, że w zasadzie pozostaje jedynie bardzo ogólny zarys. Spośród wszystkich bohaterów, tylko Loki wydaje się postacią pełnokrwistą. Przemiana Thora jest słabo uzasadniona, a o Jane lepiej nie wspominać. Za mało jest też awanturniczego humoru, choć przecież jest trójka towarzyszy Thora, którzy istnieją tylko jako "comic relief".

Na dodatek "Thor" jest filmem seksistowskim i rasistowskim. Seksizm jest tu dość sprytnie ukryty, bo Jane jest utalentowanym naukowcem, a Sif to dzielna wojowniczka, która równie dobrze radzi sobie w walce, co najwięksi herosi Asgardu. Jednak Jane okazuje się trzpiotką, która wspólny język znalazłaby raczej z bohaterkami "Legalnej blondynki" bądź "Clueless" niż Marią Skłodowską-Curie. Zresztą rola Jane w filmie sprowadza się w zasadzie do funkcji fluffera w chwili, kiedy Thor wiotczeje. Z Sif nie jest lepiej. Okazuje się bowiem, że wcale nie została wojowniczką, bo tego chciała, lecz dlatego, że w ten sposób mogła być bliżej faceta, na którego widok się po kryjomu ślini.

Rasizm jest bardziej widoczny. Nieudolny Heimdall uczy nas, by nie zatrudniać czarnoskórych na posady strażników, dozorców, ochroniarzy itp. Nauka jest tym wyraźniej podkreślona, że przecież Heimdall ani w mitach nordyckich ani w klasycznym komiksie Marvela nie ma czarnego koloru skóry, a w filmie i owszem.

A sam Chris Hemsworth? Za często szczerzył zęby. W sumie gra dobrze, ale jakoś nie do końca kupiłem go w roli Thora. Najbardziej autentyczny wydał mi się w scenie podawania śniadania do stołu. Rola kelnera w przydrożnej jadłodajni bardziej do niego pasuje.

Mimo tego całego narzekania film oglądało mi się bez większych zgrzytów (poza scenami z Portman). Ot niezły film rozrywkowy do jednorazowego wykorzystania.

Ocena: 6

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

An American Crime (2007)

"Amerykańska zbrodnia" to bardziej popcornowa wersja "Dogville". Tak jak film Larsa Von Triera, tak i ten opowiada o mrocznej stronie natury ludzkiej i o uniwersalnej potrzebie eksternalizacji, usuwania z systemu, negatywnych emocji. Różnica polega na tym, że "Amerykańska zbrodnia" oparta jest na sprawie kryminalnej, która naprawdę miała miejsce w połowie lat 60.


Sylvia miała pecha. Kiedy trafiła wraz z siostrą do domu pani Baniszewski i jej gromadki dzieci nie sądziła, że nigdy już żywa z niego nie wyjdzie. Nie miała żadnych powodów. Na pierwszy rzut oka rodzina Baniszewskich wydawała się całkiem typowa jak na przedmieścia niewielkiego miasteczka. Mają swoje drobne tajemnice i grzeszki, ale do kościoła chodzą regularnie i dbają o siebie. Jednak jak to często bywa za pozorną harmonią kryją się gniew, zazdrość, wściekłość, rozczarowanie.

Gertrude Baniszewski nienawidzi swego życia, ale ukrywa swe uczucia pod grubą warstwą pozy dbania o swoje dzieci. Dlatego też nie może dzieci dyscyplinować tak, jakby chciała (to jej własne słowa). Kiedy pojawia się Sylvia i jej siostra, Gertrude dostaje wreszcie wentyl bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że Sylvia – w obronie siostry – sama stawia się w roli ofiary, czy też kozła ofiarnego. Od tego momentu to ona staje się tą złą. Jest piorunochronem, na który spadają wszystkie pioruny złych emocji. Na niej wyładowywane są frustracje te uświadamiane i te i te wypierane. To dlatego jej kosztem bawić się będzie cała okolica, jednocześnie udając, że nic nie wie o tym, co dzieje się w domu.

Niestety "Amerykańska zbrodnia" nie ma tej samej siły wymowy co "Dogville". Choć bowiem konfrontuje nas ze złem tkwiącym w każdym z nas, nie robi tego z całą mocą. Ubranie wszystkiego w szaty rekonstrukcji dramatu sprzed lat, buduje dystans, przepaść, za którą widz może się bezpiecznie skryć. W ten sposób oglądając film można spokojnie kręcić głową udając, że nie wierzy się, jak do tego wszystkiego mogło dojść. A tymczasem kto wie, co sami ignorujemy...

Ocena: 6

Don't Look Up (2009)

Hahaha, co za szajs. Na dodatek inspirowany japońskim horrorem. Śmiechu warte. Takiego śmietniska na ekranie już dawno nie widziałem.


Głównym problemem "Nie patrz w górę" jest jego chaotyczność. Naprawdę trudno zorientować się, o co w tym filmie chodzi. Narracja prowadzona jest w sposób niekonsekwentny. Reżyser często stosuje powtórzenia, zbacza z głównego toru, wprowadza sceny gore, które nie są ani straszne, ani krwawe ani nie posuwają akcji do przodu. Finał jest kompletnie pozbawiony napięcia. A "ujawnione" rewelacje nie zaskakują, bo też po półtorej godzinie nikogo już nie obchodzi to, co się na ekranie dzieje, tylko to, że film w końcu dobiegł końca.

(Carmen Chaplin)

Ocena: 3

La distancia (2006)

Bycie przystojnym może czasem uratować życie. Może w tobie bowiem podkochiwać się skorumpowany glina, który zamiast cię wykończyć pozwoli ci przeżyć.


"La distancia" to typowy melodramat o sympatycznym gościu, który zmuszony zostaje do zrobienia złych rzeczy, o dziwce, która może wie za dużo i skorumpowanych glinach, którzy siedzą po uszy w kryminalnych aferach. Mimo to całość jest całkiem sprawnie opowiedziana. Może zbyt melodramatycznie, ale ja to kupiłem. Trójka głównych bohaterów została dobrze opracowana i całkiem nieźle zagrana, choć Miguel Ángel Silvestre zdecydowanie powinien popracować nad strachem i płaczem. Była to jednak jedna z jego pierwszych ról, więc mam nadzieję, że się rozkręcił.

(Miguel Ángel Silvestre)
Ocena: 7

niedziela, 24 kwietnia 2011

Dorian Gray (2009)

Kiedy Oliver Parker nakręcił "Idealnego męża" pomyślałem, że oto pojawił się reżyser, który rozumie Oscara Wilde'a. Niestety od tamtej pory Parker zrobił wszystko, by pozbawić mnie złudzeń. Najpierw nakręcił "Bądźmy poważni na serio", a ostatnio "Doriana Graya". Trudno jest mi wybaczyć Parkerowi to, co zrobił z moją ulubioną historią wymyśloną przez Wilde'a.


"Dorian Gray" Parkera to filmowy bigos. Reżyser najwyraźniej nie potrafił zdecydować się na jedno odczytanie historii, więc wymieszał je wszystkie. Mamy więc trochę horroru, trochę dramatu rodzinnego, odrobinę thrillera i szczyptę rozważań nad naturą ludzką. Jednak jest to kompletnie niespójne zarówno pod względem formy jak i myśli. W rezultacie powstał film nudny, głupi i wypruty z wyobraźni.

W tym wszystkim szkoda mi tylko aktorów, którzy zdecydowanie zasłużyli na lepszy film.

Ocena: 3

czwartek, 21 kwietnia 2011

Hall Pass (2011)

Choć śmiałem się dość często na "Bez smyczy", to tak naprawdę jest to bardzo gorzki i smutny film. Pokazuje bowiem, jak żałosną instytucją jest małżeństwo. W "Bez smyczy" związek małżeński kojarzy się przede wszystkim z tchórzostwem. To strach przed samotnością, przed brakiem stabilności, chaosem i światem, który wciąż pędzi do przodu. Znajdując drugą równie tchórzliwą osobę można się wzajemnie wspierać budując sobie gniazdko, w którym można pozwolić sobie na zgnuśnienie i spowolnienie tempa życia.


W "Bez smyczy" tylko single są atrakcyjni, wysportowani, chętni doświadczają nowych rzeczy. Są młodzi, jeśli nie ciałem to z całą pewnością duszą. Nie mają żadnych (lub prawie żadnych) skrupułów i wyrzutów sumienia. I szczerze mówiąc nie bardzo wiem dlaczego – po obejrzeniu całego filmu – miałbym wierzyć, że w związku jest jednak lepiej.

Sam film mnie niestety rozczarował. Jest tu dużo przezabawnych scen, naprawdę dużo. A jednocześnie całość jest pokraczna, brakuje jej dynamiki. Pierwszy akt to całkowita porażka. Wprowadzenie idei "tygodnia bez smyczy" już bardziej ordynarne chyba być nie mogło. Potem jest lepiej. Mimo wszystko po zwiastunie liczyłem na coś bardziej szalonego.

Ocena: 6

Ps. W filmie nie ma najlepszych kwestii jak choćby ta: "My cock passed away. Can I bury it inside you?"

Source Code (2011)

W Stanach zaczyna się nowa kinowa moda, na romanse SF. Bowiem właśnie tym jest "Kod nieśmiertelności". Niby jest tu wyścig z czasem polegający na uchronieniu Chicago przed nuklearną katastrofą, ale w rzeczywistości jest to opowieść o człowieku, który znalazłszy się w nietypowej sytuacji spotyka kobietę i się w niej zakochuje.


To właśnie historia rozwoju tej relacji jest najciekawszym elementem filmu. Reszta przypomina rzecz posklejaną z wątków pożyczonych od innych produkcji. Najbardziej rzucają się w oczy podobieństwa do "Deja Vu" i "Donniego Darko". Gdyby przyjrzeć się dokładniej fabule i zacząć ją rozkładać na czynniki pierwsze, niestety niewiele by z tego wszystkiego zostało. Historia jest naiwna i nie do końca trzyma się kupy. Lepiej więc zbyt wnikliwie się wszystkiemu nie przyglądać. Wtedy pozostaje wrażenie sympatycznego klimatu, który sprawiał, że z kina mimo wszystko wyszedłem zadowolony.

Ocena: 7

Mamas & Papas (2010)

Bardzo sztampowa produkcja o różnych podejściach do rodzicielstwa. Jedna para bardzo stara się o dziecko, ale nic z tego nie wychodzi. Dwie inne nie starają się o dzieci, a będą je mieć. Jest też i rodzina, która dziecko traci w wypadku...


Twórcy wcale się nie wysilili. Historia kilku par to zbiór mało oryginalnych scen i to połączonych w jedno bez większego pomyślunku. Wydaje się, że reżyserce chodzi tylko o wzbudzenie emocji przy użyciu jak najprostszych rozwiązań. W ten sposób całość jest nudna i pretensjonalna. Ratują ją, ale tylko do pewnego stopnia, aktorzy.

Ocena: 6

Nesvatbov (2010)

Choć "Miejski serwis randkowy" jest dokumentem, to ogląda się go raczej jako lekką, niezobowiązującą komedię obyczajową. Nie pobudza on do głębszej refleksji, nie jest też analizą zjawiska, czy też propagandową agitką. Ot zwyczajna opowiastka o tym, co się dzieje na prowincji.


A dzieje się dużo. Burmistrz miasteczka z niepokojem patrzy na rosnącą liczbę starych panien i kawalerów. Boi się, że jeśli nic się nie zmieni, miejscowość przestanie istnieć wyludniona jak tyle wiosek w okolicy. Postanawia więc wziąć sprawy w swoje ręce i za wszelką cenę wyswatać bezżennych. Ci jednak nie są skorzy do współpracy. A jeśli nawet, to są to przypadki beznadziejne, którym trudno ot tak pomóc.

Trochę szkoda, że reżyserka dała się uwieść urokowi absurdu niewielkiej słowackiej miejscowości i jego burmistrzowi. Jako postać filmowa jest naprawdę barwnym i pożądanym elementem. Tyle tylko, że przez to film jest intelektualnie nijaki, bowiem poza spoglądaniem z uśmiechem pobłażania na mieszkańców miasteczka, reżyserka nie oferuje nic. Brakuje jej dociekliwości i psychologicznego zmysłu docierania do tego, co ukryte. Trochę szkoda.

Ocena: 6

niedziela, 17 kwietnia 2011

Khodorkovsky (2011)

Główną, a może jedyną wartością "Chodorkowskiego" jest zgromadzenie w jednym miejscu całego znanego materiału na temat Michaiła Chodorkowskiego, wielkiego oligarchy, który stracił wszystko w walce z Putinem. Przy czym "całego" to pewnie lekka przesada, a akcent na "znanego" mówi nam tyle, że de facto twórcy dokumentu nie udało się powiedzieć nic nowego.


Chodorkowski należy do tej grupy osób, które pomogły dokonać transformacji Rosji w kraj kapitalistyczny. Po 70 latach komunizmu klasa właścicieli, przemysłowców, inwestorów nie istniała. Trzeba ją było odgórnie stworzyć. Zrobiono to w najprostszy z możliwych sposobów: wybranym osobom za bezcen rozdano państwowe dotąd firmy i tak z dnia na dzień pojawili się w Rosji miliarderzy zwani oligarchami. Jednak w ich aktach własności był jeden haczyk: oligarchowie wciąż odpowiadali przed Kremlem.

Tymczasem Chodorkowski nakarmiony sukcesami zapomniał, że jest jedynie "właścicielem", czyli nadzorcą i zaczął zachowywać się tak, jakby Jukos naprawdę należał do niego. Myślał, że może sprzedać część udziałów Amerykanom, że może nie płacić pod stołem Kremlowi, kiedy ten tego zażąda. I za swą naiwność zapłacił. Któryś z oligarchów musiał. Władza Kremla na razie jest zbyt duża, by bunt emirów się powiódł.

Niestety na kluczowe pytania dokument nie odpowiada. Jak choćby to: Dlaczego Chodorkowski znalazł się w gronie uprzywilejowanym i mógł otrzymać Jukos? Albo: Jaką naprawdę rolę odgrywało KGB w sukcesie oligarchy? Inne pytania rozmydla. Jak choćby poddając w wątpliwość to, czy Chodorkowski zlecił morderstwo pewnego urzędnika. Prawdopodobnie nie, ale to nie wyklucza, że nie zlecił innych morderstw, tymczasem w filmie zajęto się tym jednym i próbuje się na jego podstawie generalizować.

Dla osób nie mających zielonego pojęcia o Rosji będzie to zapewne ciekawa lektura.

Ocena: 6

Armadillo (2010)

Cóż, rozumiem dlaczego film ten może w rozwiniętych krajach Zachodu budzić kontrowersje. Jednak to świadczy nie tyle o ludziach, ile o współczesnej cywilizacji, która odcina się od podstawowych impulsów homo sapiens.


"Armadillo" pokazuje animistyczną potrzebę walki, rywalizacji, odczuwania skoku adrenaliny. Pokazuje też, co się dzieje z człowiekiem, kiedy cały świat skurczy się do minimalnych rozmiarów wiecznego "tu i teraz", gdy trzeba unikać kul i próbować przetrwać. Że strzelono 30 razy do próbującego się odczołgiwać, pozbawionego broni przeciwnika? Choć brzmi to przerażająco, to właśnie jest normalne.

Pokazuje też, co się dzieje po powrocie z takiej akcji, kiedy można odreagować skok adrenaliny nadmierną gadatliwością lub czarnym humorem. I co z tego, że robią sobie żarty z martwych ludzi? Choćbyśmy nie wiem jak się na to krzywili, to właśnie takie reakcje są jak najbardziej ludzkie. Tylko psychopata w tych warunkach zachowałby chłodny osąd sytuacji i nie musiałby w żaden sposób odreagowywać stresu.

Film ma ciekawą konstrukcję. Ogląda się go nie jak dokument, a raczej jak film wojenny. Nie ma tu żadnego komentarza odautorskiego, wyjaśnień z offu dających szerszą perspektywę. Kamera staje się jednym z członków plutonu. Daje to iluzję braku manipulacji, choć rzecz jasna tak nie jest. Zresztą w moim przypadku ten brak komentarza działał odwrotnie, zwiększał moje wyczulenie na bycie manipulowanym.

Ocena: 6

The Girlfriend Experience (2009)

Niewiele mam do powiedzenia na temat tego filmu. Jest tak pozbawiony wyrazu, że nawet złym go nie można nazwać. Jest jak pyłek kurzu uniesiony przez wiatr, w jednej chwili jest, w następnej już go nie ma znikając ze świadomości i pamięci.


Bo też co z tego, że Soderbergh nakręcił całość w stylu przypominającym Dogmę? Co z tego, że pociął wątki i wymieszał je bez baczenia na chronologię? Co z tego, że bohaterowie komentują kryzys finansowy i prezydenckie wybory albo starają się przetrwać w brutalnym świecie, który jest niemniej drapieżny na dole drabiny społecznej co na górze? Wszystko to składa się na ulotne myśli lub wyświechtane frazesy tak, że w żaden sposób nie angażuje widza.

Sasha Grey całkiem nieźle poradziła sobie jako "prawdziwa aktorka". Gdyby nie monologi z offu, byłoby naprawdę w porządku. Kiedy jednak musi coś przeczytać bez interakcji z inną osobą, na wierzch wychodzą jej ewidentne braki (jej fani zapewne będą zawiedzeni tym, że na wierzch nie wychodzą jej ewidentne zalety).

Ocena: 5

Alex und der Löwe (2010)

"Alex und der Löwe" miało zapewne być komedią romantyczną opowiadając o tym, jak znaleźć drugą połowę w dzisiejszym świecie. O tym, że jest to komedia można domyślić się z napisów początkowych i kilku dowcipów porozrzucanych tu i ówdzie. Niestety całość jest tak zła, że z trudem przychodzi zmuszenie się do choćby cienia uśmiechu.


W tym filmie nic praktycznie nie funkcjonuje tak, jak powinno. Prymitywna reżyseria pozbawiona jest kinowego ducha. Przez to całość sprawia wrażenie amatorskiej produkcji zrealizowanej przez kompletne beztalencia. Aktorsko film też jest grubo poniżej przeciętności. I o dziwo to wcale nie Marcel Schlutt (porno gwiazda, a zatem "z definicji" pozbawiony talentu) jest najgorszy w całej tej zbieraninie. Wręcz przeciwnie, ma w sobie tyle uroku, że wyróżnia się pozytywnie.

W końcówce film nagle się rozkręca. Sceny z zakochanym Tobim - świetne, a tekst wyjaśniający, dlaczego z polowań na kaczki wracał bez kaczek (bo za nisko podrzucał psy) rozbawił mnie do łez. Do tego dochodzi fajna piosenka Léonarda Lasry'ego "Nos jours légers". Szkoda, że całość nie jest tak dobra, jak te ostatnie minuty.

Ocena: 3

czwartek, 14 kwietnia 2011

Rabbit Hole (2010)

O ileż łatwiejsze byłoby życie, gdyby można było się dzielić smutkiem straty. Niestety, żałoba pozostaje jednym z najbardziej intymnych doświadczeń, w którym nie ma reguł. To, co daje siłę do przetrwania jednej osobie, drugą tylko zirytuje. W drodze do akceptacji straty idziemy zatem samotni, bądź też towarzyszą nam zupełnie nie te osoby, które "powinny". Jak w takim razie być ze sobą, kiedy żałoba sprawia, że żyje się obok siebie?


Na to pytanie muszą odpowiedzieć sobie Becca i Howie. Jeszcze osiem miesięcy temu stanowili jedność, "MY" zwarte i gotowe. Jedna chwila nieuwagi, głupi wypadek i ich wspólne życie rozpadło się na pojedyncze egzystencje. Miłość, która była sznurem oplatającym ich pewnością trwania, teraz jest delikatną jak babie lato nicią. Becca i Howie wciąż próbują być razem, jednak powoli przegrywają walkę z bólem. Czy mają jeszcze szansę?

John Cameron Mitchell wydobył się z niszowo-gejowskiego grajdołka i trafił do artystycznej pierwszej ligi. Trzeba przyznać, że przejście w jego przypadku okazało się łagodne i bezbolesne. "Między światami" to solidna produkcja, z dobrym materiałem wyjściowym i świetnie poprowadzonymi aktorami. Eckhart, Wiest i Kidman tworzą wyśmienite kreacje, choć chwilami nieco przeszarżowali. Widać to przede wszystkim w przypadku Kidman, której kreacja aż na kilometr trąci pozą "jestem tak wspaniała, że na pewno dostanę (nominację do) Oscara". Scena w samochodzie to była lekka przesada.

Ocena: 7

wtorek, 12 kwietnia 2011

Scream 4 (2011)

A jednak dokonał tego! Wes Craven jak chce to wciąż potrafi bawić! A już się bałem. Po "Zbaw mnie ode złego" byłem pełen jak najgorszych obaw. Trzymała mnie jedynie nadzieja, że może będzie powtórka z rozrywki. Przed "Krzykiem" Craven nakręcił przecież "Wampira z Brooklynu", o którym lepiej nie pamiętać. I tak rzeczywiście się stało.


Co prawda "Krzyk 4" nie ma w sobie tej świeżości jaką miał dekadę temu "Krzyk". Jest za to fantastyczną kontynuacją, w której udało się zachować klimat oryginału. Znów Craven komentuje stan gatunku i odkrywa obecnie funkcjonujące reguły. Mamy więc ostrą krytykę torture porn, odniesienia do modnego sposobu narracji typu "found footage", obowiązującą modę na "famous nobody", jak i wszędobylskie remaki, rebooty i inne permutacje. Film opowiedziany jest lekko i z fantazją. Craven śmieszy, bawi i jednocześnie trzyma w napięciu. Szczerze mówiąc oglądając film nie zastanawiałem się nad tym, kto jest mordercą. Po prostu dałem się ponieść historii.

Film ma kilka drobnych wad. Po pierwsze wykład na temat sławy z Internetu wydał mi się trochę zbyt łopatologiczny. Po drugie trochę żałuję, że "Krzyk 4" nie jest nowym otwarciem, jak to było zapowiadane. Bo choć film ogląda się dobrze, to jednak w tej formie poprzeczka dla ewentualnej piątki została postawiona tak wysoko, że nie wyobrażam sobie, by obraz powstał. A szkoda, bo "Krzyk" to dla mnie najlepsza seria slasherów.

Ocena: 8

Ps. Courteney Cox idzie drogą Meg Ryan. Mam nadzieję, że się opamięta i przestanie bawić się botoksem.

Water for Elephants (2011)

Śliczniutki. To pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na wspomnienie "Wody dla słoni". Wykorzystując, że akcja filmu rozgrywa się w latach 30., twórcy zrealizowali film według ówczesnych wzorców, tworząc widowisko "larger then life", tak piękne, by jeszcze bardziej przyćmiewało szarą rzeczywistość dając iluzję przebywania w świecie marzeń. Nasycone barwami zdjęcia Rodrigo Prieto zachwycają każdym kadrem. Perfekcyjny makijaż, fryzury i kostiumy sprawiają, że nie sposób oderwać wzrok od aktorów. A do tego wszystkiego archetypiczna historia o dwóch mężczyznach i znajdującej się między nimi kobiecie. Czegóż można chcieć więcej? Toż to wizualny majstersztyk.


Niestety treściowo film kuleje i to z winy reżysera (co mnie szczególnie nie dziwi). Francis Lawrence zdaje się być kompletnie niezainteresowany tym, by wydobyć z aktorów coś więcej poza ich standardowe emploi. I tak Robert Pattinson wciąż paraduje z miną zbolałego kundla cierpiącego na zatwardzenie, z tą tylko różnicą, że tym razem może sobie pozwolić na rumieniec i opaleniznę. Reese Witherspoon jest cudowną laleczką, dokładnie taką, jaką od lat widzą w niej Amerykanie i dlaczego niezmiennie wybierają ją swoją ulubienicą. Zaś Christoph Waltz znów jest psychopatą pozornie ciapowatym. Od czasu nieszczęsnych "Bękartów wojny" jest to jedyna postać, w jakie chce widzieć Waltza Hollywood. I właśnie przez takie potraktowanie aktorów "Woda dla słoni" jest tylko cieniem tego, co kiedyś kino oferowało widzom.

Ocena: 6

Ps. Film ma u mnie plus za to, że Pattinson i Waltz starają się mówić po polsku. Nie zrobiono tego, co uczynił Weir w "Niepokonanych", który polskie dialogi dał z dubbingu.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Cave of Forgotten Dreams (2010)

Herzog jednak jest pretensjonalnym zgredem, który tak rozmiłował się w dźwięku własnego głosu, że nie potrafi się zamknąć. A szkoda, bo "Jaskinia zapomnianych snów" mogła być naprawdę bardzo interesującym dokumentem. Niestety idiotyczne pytania Herzoga o sny paleolitycznego człowieka albo jeszcze głupsze komentarze o wsłuchiwanie się w bicie własnego serca psują cały efekt. Tę manierę Herzog stosował i we wcześniejszych filmach. Jednak w "Spotkaniach na krańcach świata" to tak bardzo nie raziło, być może dlatego, że tam idealnym kontrapunktem dla niego byli ekscentryczni naukowcy.


Tu naukowcy dalej są ekscentryczni, ale Herzog po prostu nie jest nimi zainteresowany. A szkoda. Były cyrkowiec, który teraz jest archeologiem albo producent perfum, który teraz tropi nieodkryte jaskinie aż prosili się o ciekawsze potraktowanie. Podobnie jak i sama jaskinia Chauveta i znajdujące się w niej naskalne malowidła. Film, zwłaszcza w 3D, mógł stać się impresją  pobudzającą do zadumy na temat tego, co znaczyć być człowiekiem, jak ulotna jest dzisiejsza kultura, której dzieła równie szybko powstają, co znikają na zawsze, podczas gdy malowidła w Chauvet przetrwały 30 tysięcy lat. To zabawne, że taśma z filmem Herzoga za 100 lat ledwo będzie nadawać się do użytku, a malowidła naścienne nadal będą tkwić na swoim miejscu, niezmienione...

To mógł, to powinien być, piękny i mądry film. Był niestety tylko dobrą kołysanką.

Ocena: 4

Snabba Cash (2010)

Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że "Snabba cash" zainteresowało się Hollywood. Toż to gotowy materiał na wysokooktanowy, brawurowy thriller akcji, który z młodego aktora może uczynić prawdziwą gwiazdę. Odpowiednio duży budżet i hollywoodzkie know-how daje gwarancję powstania hitu. Pozbawiony tych atutów Daniel Espinosa zrobił co mógł i tak powstał z jednej strony film gangsterski, a z drugiej typowy dla Skandynawii dramat obyczajowy.


JW od zawsze imponowali koledzy, którzy nie musieli w zasadzie nic robić dzięki masom pieniędzy, jakie otrzymali od nadzianych rodziców. Zrobi więc wszystko, by znaleźć się w ich kręgu, by być uznanym za jednego z nich. Przez pewien czas udaje bogacza, ciułając jako taksówkarz, sprzedając prace domowe itp. Aż w końcu nadarza się prawdziwa okazja. Zostaje włączony w szemrane interesy swego szefa, zmamiony obietnicą tytułowej łatwej forsy. JW godzi się, pewny, że poradzi sobie w relacjach ze zbirami. Szybko zacznie się orientować, że wpadł jak śliwka w kompot. Bo takich jak on, którzy "naprawdę" potrzebują forsy tu i teraz jest więcej. Dla tej kasy Jorge zbiegł z więzienia, choć wkrótce i tak miał być wolny. Potrzebuje forsy, by zadbać o matkę i ciężarną siostrę. Kasy potrzebuje też Mrado, który niespodziewanie został obarczony odpowiedzialnością za 8-letnią córkę. W takich warunkach wszelkie chwyty są dozwolone. Sojusze ulatują niczym dmuchawce w wietrzny dzień, a zdrada czai się za każdym rogiem.

"Snabba cash" to udany kompromis kina akcji i kameralnego dramatu. Bohaterowie są postaciami pełnokrwistymi, których losami przejmujemy się od pierwszej do ostatniej minuty. Może chwilami przesadzano z natężeniem problemów, ale dało się to przeżyć. Całość jest opowiedziana z jajem, sugestywnie tak, że nie miałem kłopotów z "kupieniem" filmu. Mimo wszystko jest sporo miejsca na podrasowanie fabuły, co mam nadzieję w Hollywood nastąpi.

Ocena: 7

Haarautuvan rakkauden talo (2009)

Rozwód to rzecz ciężka w prawie każdych warunkach. Staje się zaś nie do zniesienia, kiedy parę wciąż łączy uczucie. Zostało przysypane tonami nieporozumień, sekretów, przemilczanych pretensji tak, że wydaje się, iż nie zostało już nic. Jednak w ekstremalnych warunkach, kiedy cała reszta w końcu zostanie odrzucona, uczucie da o sobie znać i wprowadzi w życie pechowych rozwodników totalny chaos.


"Rozwód po fińsku" to zwariowana komedia obyczajowa udowadniająca, że w dzisiejszym świecie ludzie zbyt łatwo się poddają i przedwcześnie kończą związki. Zamiast spokojnego życia w samotności (albo z nową osobą u boku), małżonkowie zaczynają podjazdową wojenkę na wzbudzenie zazdrości przy okazji wplątując się w rodzinno-kryminalną intrygę. A wystarczyło pójść na terapię, nauczyć się rozmawiać ze sobą i przepracowywać problemy, by wszystkiego tego można było uniknąć. Z drugiej strony, być może parom potrzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić.

(Ilkka Villi by Mikko Aaltonen)

Film jest tak absurdalny, że osoby nieprzyzwyczajone do fińskiego poczucia humoru mogą przecierać oczy ze zdumienia. Zwłaszcza, że Kaurismäki zaryzykował przenosząc na ekran historię, w której wszyscy bohaterowie doskonale znają się na wzajem. Często chwyt ten spala na panewce. Jednak w rękach doświadczonego reżysera okazała się strzałem w dziesiątkę. Pozostaje mi tylko żałować, że mimo wszystko Kaurismäki trochę się pohamował. "Rozwód po fińsku" byłby obłędny jako komedia pure-nonsensowa.

Ocena: 7

niedziela, 10 kwietnia 2011

La folle histoire d'amour de Simon Eskenazy (2009)

Simon Eskenazy jest znanym muzykiem i właśnie potrzebuje spokoju, by nagrać kolejną płytę. Ale o spokoju może sobie jedynie pomarzyć. Na głowę zwaliła mu się bowiem matka przykuta do łóżka po kontuzji biodra. Naim, jeden z jego chłopaków, bierze sprawy w swoje ręce, przebiera się za kobietę i zostaje pielęgniarką matki wpraszając się do mieszkania. Raphaël, zakochany w Simonie sympatyczny acz zagubiony chłopak, zrywa dla niego z dziewczyną. Jakby tego było mało, do Paryża wraca była żona Simona i sprowadza ze sobą syna, którego Simon nigdy nie widział...


Po dziesięciu latach twórcy powrócili do bohaterów filmu "Mężczyzna jest kobietą jak każdy", by sprawdzić jak potoczyły się ich losy. Muszę przyznać, że z tamtego filmu nic prawie nie pamiętam (dlatego wkrótce zamierzam go sobie odświeżyć). Za to nowy obraz okazał się lekki jak wata cukrowa i równie ulotny. Perypetie Simona niby są zabawne, ale nie na tyle, by wbiły mi się w pamięci na dłużej. Bardziej spodobał mi się drugi plan. Pokazanie, jak zmieniła się okolica, w której mieszka Simon. Teraz zdominowana została przez emigrantów z Afryki, którzy próbują przeżyć nie zawsze legalnie (scena pojawiania się i znikania nielegalnego targowiska to mój ulubiony fragment całego filmu).

Największe wrażenie robi jednak przemiana Mehdi Dehbiego z Naima w kobietę. Jest naprawdę imponująca i muszę powiedzieć, że w niektórych transformacjach wyglądał zdecydowanie lepiej jako kobieta.

Ocena: 6

Submarino (2010)

Są ludzie, dla których życie to walka o każdy oddech. Chcieli mieć normalne życie, rodziny, bliskich, o których mogliby się martwić. A jednak od urodzenia wiatr wiał im w oczy. Przez chwilę mogą jeszcze walczyć z losem, próbować porządkować chaos. W końcu jednak załamią się, topieni od jeden raz za dużo.


To dziwne, że Nick jeszcze żyje. Prześladowany przez tragedię z dzieciństwa, jest jednym wielkim, niemym krzykiem. Ból, wściekłość, agresja buzuje w nim uniemożliwiając mu normalne życie. Raz za razem popada w tarapaty, lecz kary losu przyjmuje jako zasłużone, odrzuca zaś wszystko, co mogłoby być w jego życiu dobre i udane, gdyż nie wierzy w to, że na to zasługuje. I pewnie zgniłby w więzieniu skazany za zbrodnię, której nie popełnił, gdyby nie jego młodszy brat.

Ten też jest naznaczony dawną tragedią. Jest jak rozbitek porzucony na środku Pacyfiku. Wokół tylko pusta przestrzeń, a w wodzie drapieżniki, które czyhają, by go pożreć. Już dawno by zatonął, gdyby nie syn. On naprawdę kocha syna, a jednak kompletnie nie potrafi się nim zaopiekować. Trzyma się go kurczowo, wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo wie, że jeśli go straci, nic go już nie uratuje. On w środku jest już martwy. A martwy, choćby nie wiem jak bardzo się starał, nie może być rodzicem dla żywego chłopca.

(Dar Salim)

W "Submarino" takich nieszczęśliwych dusz jest więcej. Thomas Vinterberg pokazuje nam ich smutne losy, ich próżne starania o utrzymanie się na powierzchni. Choć tego nie chcą, krzywdzą ludzi wokół siebie. Są jak szczury roznoszące pchły z dżumą. Dzieje się to mimo wolnie. Z boku łatwo odrzucać ich jako potwory, dla których nie ma miejsca w społeczeństwie. Ale wystarczy im się przyjrzeć bliżej, byśmy uświadomili sobie, że oni też są ofiarami. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że im nie można pomóc. Są tak bardzo poharatani przez los, że tylko ból jest dla nich normalnością.

Vinterberg próbuje kończyć film nutą optymizmu. Osobiście nie wierzę, by los nagle odmienił się dla bohaterów obrazu.

"Submarino" okazał się całkiem niezłym filmem. Wbrew jednak temu, co powiedziano w przedmowie do seansu, nie uważam go za najlepszy obraz Vinterberga od czasu "Festen". Ja bardzo lubię "Moją drogą Wendy" (choć to w dużej mierze zasługa Von Triera i jego scenariusza). "Submarino" jest mimo wszystko nieco zbyt łatwym filmem, wszystko układa się tu w zbyt prostą konstrukcję. Pewnie to bardziej wina literackiego pierwowzoru niż Vinterberga, ale jednak niedosyt pozostaje.

Ocena: 7

piątek, 8 kwietnia 2011

From Within (2008)

Uprzedzenia i fanatyzm to zabójcza mieszanka. Wystarczy jedna iskra, a rzeczy wymykają się spod kontroli tworząc łańcuch tragicznych wydarzeń, które niczym Czarna Śmierć bądź inna epidemia zmiotą z powierzchni ziemi każdego bez wyjątku.


Wszystko zaczęło się od grzechu i wstydu. Potem pojawiła się zbrodnia. A za nią następna, zrodzona z uprzedzeń i irracjonalnej nienawiści. Atak ten wywołał równie irracjonalne pragnienie zemsty. To, przypieczętowane samoofiarą, prowadzi od śmierci do śmierci. Zemsta jest niczym samospełniające się proroctwo, potwierdzając, że sprawcy, którzy teraz są ofiarami, mieli rację wstępując na krwawą ścieżkę. I tak pętla się zacieśnia. Przerwać może to tylko bezinteresowna ofiara. Ale czy jest na nią miejsce w zaślepionym ignorancją i bigoterią świecie? Wiara wcale nie jest tak niewinna, jak się wydaje. W nieodpowiednich rękach jest mieczem samego Anioła Śmierci.

"Miasto śmierci" byłoby całkiem fajnym filmem, gdyby twórcy bardziej skoncentrowali się na rozkręcaniu spirali przemocy, a mniej na parafrazowaniu historii Romea i Julii. Przydałaby się też większa pomysłowość w pokazywaniu scen śmierci. To mogła być niezła alternatywa dla takich filmów jak "Oszukać przeznaczenie".

Ocena: 6

The Hitcher (2007)

Drogi są niebezpieczne. To idealne miejsce na spotkanie drapieżników i ich ofiar w nieustającej walce o przetrwanie. W tym chaosie szukać można jedynie śmierci i naiwniaków, którzy o tym nie wiedzą.


Właśnie takimi naiwniakami są Grace i Jim, choć nie, Jim jest większym naiwniakiem. Grace od samego początku przejawia zmysł przetrwania, który umożliwia jej rozpoznanie zagrożenia, nawet jeśli racjonalnie nie ma ku temu przesłanek. To dlatego John Ryder wybierze ją na zabawkę w swojej grze, w której stawką jest krew, ludzka krew.

Jednak początkowo to Jim, jak na prawdziwego samca przystało, stara się grać pierwsze skrzypce. W walce z cywilizacyjnymi normami jest jednak na straconej pozycji. Aby wygrać z Johnem trzeba wykroczyć poza akceptowane granice, o czym przekona się Grace.

Sean Bean jako nowy John spisał się bardzo dobrze. Fajnie, że nie wytłumaczono dlaczego jest tym, kim jest. Widz może sobie to dopowiedzieć sam według własnego oglądu świata. Trochę gorzej wyglądają jego starcia z Jimem i Grace. Mimo że jest krew, wszystko wygląda zbyt teledyskowo, jest za bardzo odrealnione, a w tym filmie przydałoby się odrobinę więcej realizmu. Klimat autentyczności znacznie bardziej podniósłby adrenalinę niż hektolitry sztucznej krwi

Ocena: 6

The Way Back (2010)

Po siedmioletniej przerwie Peter Weir nakręcił nowy film! To musiała być lektura obowiązkowa. Niestety po wyjściu z kina dochodzę do wniosku, że Weir powinien już zrezygnować z kręcenia filmów i przejść na zasłużoną emeryturę.


Przez lata był on twórcą filmów, w których potrafił przekazać tajemnicę ludzkiego ducha. Temat "Niepokonanych" wydawał się idealnie pasować do jego emploi. Jest to przecież historia niezłomności, uporu, determinacji i walki z przeciwnościami losu, by osiągnąć niemożliwe. Co jak co, ale dla Weira powinna to być kaszka z mlekiem. Tymczasem film zaskakuje... swoją nudą. Bohaterowie idą i idą i idą i padają i znów idą i idą i idą. I tak przez ponad dwie godziny. Nie ma w tym filmie ducha przetrwania. Mam wrażenie, że Weir odgrodził się od postaci grubą szybą, przez którą docierają na ekran czyny bohaterów ale już nie emocje. Dziwnie też jest w filmie używana muzyka. W scenach z tajgi nie ma jej prawie w ogóle, ale już od pustyni Gobi smętno-podniosłe dźwięki towarzyszą nam niemal bezustannie. Może wadą było to, że pieniądze na produkcje dało National Geographic, bo całość jest właśnie tym: folderem z plenerami dalekiej Azji.

Od twórcy "Pikniku pod Wiszącą Skałą", "Bez lęku", "Świadka" i "Truman Show" oczekiwałem czegoś więcej.

Ocena: 5

czwartek, 7 kwietnia 2011

Howl (2010)

Fajnie, że zobaczyłem "Howl" teraz, kiedy widziałem już "Młyn i krzyż". Obraz Epsteina i Friedmana utwierdził mnie bowiem w przekonaniu, że Majewski nakręcił niesamowitego gniota. "Howl" ma identyczny punkt wyjścia – dzieło sztuki – które zostaje przybliżone widzowi, ale które staje się też pretekstem do pokazania biografii autora, źródeł inspiracji jak i odbioru dzieła. Autorzy "Howl" wygrali tam, gdzie poległ Majewski, choć teoretycznie mieli trudniejsze zadanie. Łatwiej jest przenieść na ekran obraz niż wiersz.


"Howl" to dokumentalna rekonstrukcja. Nie jest jednak zwykłą inscenizacją, odtworzeniem zdarzeń sprzed pół wieku. Bazując na źródłowym materiale, Epstein i Freidman stworzyli dzieło autonomiczne o wysokim potencjale artystycznym. Dokonali więc transcendencji dokumentu ku fabule i fabuły ku artystycznej impresji. Rzecz niebywała.

Jest zatem "Howl" próbą wizualizacji wiersza Allana Ginsberga. Dzięki animacji, recytacji Jamesa Franco oraz interpretacjom ekspertów sądowych, wiersz ten ożywa na naszych oczach. Nabiera kształtów, znaczeń tak, że nawet widz, który z poezją nie ma zbyt wiele wspólnego zaczyna rozumieć to, co Ginsberg chciał nam przekazać.

Wychodząc od wiersza twórcy następnie pokazują proces, jaki wytoczono wydawcy tomiku Ginsberga w 1957 o szerzenie pornografii. Przytaczając zapisy z sali rozpraw twórcy filmu zadają nam pytanie o to, czym jest sztuka, a w szczególności literatura i jakie są jej granice. "Howl" to także spojrzenie na samego Ginsberga i próba przybliżenia nam tego, kim jest osoba, która napisała wiersz oraz skąd wziął się sam wiersz.

W przeciwieństwie do "Młyna i krzyża" tu nie czułem pretensjonalności. Nie ma też mowy o ego reżysera, które próbuje przygnieść artystyczny pierwowzór. Ani Epstein ani Friedman nie czują potrzeby udowadniania swej artystycznej maestrii przez wspinanie się na barki innych twórców. Pozostali sobą, a jednocześnie umieli utrzymać niezależność bohaterów swego obrazu.

Ocena: 8

Skrzydlate świnie (2010)

Po kilku słabych polskich produkcjach (a raczej polskich twórców), "Skrzydlate świnie" odbudowują moją wiarę w naszą kinematografię. Nie jest to film dobry, a jedynie przeciętny, lecz – jak to mówią – na bezrybiu i rak ryba.


Problemem filmu jest jego oczywistość. Pierwsze 15 minut ustawia całą fabułę i można film wyłączyć i tak będzie wiadomo, jak się skończył. Owszem tu i tam pojawiają się detale, których nie dało się przewidzieć, ale nie mają one większego wpływu na ogólny wydźwięk filmu, który jest zbyt prostą przypowieścią o dorastaniu. Nie dość, że film jest oczywisty, to jeszcze nie do końca wygrano różne poziomy rywalizacji, przez co konflikt napędzający fabułę jest dość cherlawy. Słabo wypada też montaż i zdjęcia, które próbują być dynamiczne, a są zrealizowane "po szkolnemu".


Za to aktorsko film trzyma się dobrze. Najbardziej spodobali mi się Piotr Rogucki jako brat głównego bohatera i Olga Bołądź jako Basia. Ale może jest tak dlatego, że ta dwójka bohaterów jest najciekawiej zbudowana w scenariuszu. Rogucki zapewnił filmowi jeszcze jeden plus – muzykę. Piosenki, które śpiewa z Comą są całkiem niezłe (znów: w porównaniu z zalewem audioszlamu).

Ocena: 6

środa, 6 kwietnia 2011

Über uns das All (2011)

Martha i Paul zdają się być udaną parą. Ona na pewno jest szczęśliwa i kocha męża całym sercem. Ale czy on ją kochał? Tego nigdy się nie dowiemy. Być może tak i dlatego ostatniego dnia wahał się, zanim wsiadł do samochodu, by zniknąć na zawsze. Być może jednak jego miłość nie była na tyle silna, by obronić go przed wysiłkiem, jaki wkładał w kreowanie fikcji, jaką było jego życie. Bo też wszystko, co Martha wie o Paulu okaże się kłamstwem... dowie się jednak tego już, kiedy będzie za późno.


A jednak fikcja i miłość mogą iść ze sobą w parze. Bo oto w życiu Marthy pojawia się drugi mężczyzna. Teraz to Martha go wymyśli, jak i ich wspólne życie. Jednak jej iluzja nie jest zawieszona w próżni. Prawda leżąca u podstaw wyjdzie na jaw, co okaże się mieć kluczowe znaczenie dla jej losów jak i dla widzów, którzy chcieliby znaleźć odpowiedź na pytanie o naturę życia i miłości. A może o szczęściu decyduje to, kto iluzję tworzy, a kto jest jej obiektem?

"Ponad nami tylko niebo" wydał mi się filmem nierównym, przekombinowanym. Pierwszą część oglądałem z zapartym tchem. Świetna gra Sandry Hüller sprawiała, że wszystko miało siłę i intensywność prawdy. Druga część choć intelektualnie komplementarna, emocjonalnie pochodzi z innej bajki, co mi przeszkadzało. Zbyt prawdziwa była pierwsza część i chciałem, by cały film był właśnie taki. Być może łatwiej przyszłoby mi się pogodzić ze zmianą charakteru opowieści, gdyby przejście pomiędzy konwencjami było płynniejsze. Tymczasem scena w windzie i autobusie to jeden wielki zgrzyt, którego nie da się zignorować. Wyprowadzają one z równowagi i przez to wszystko, co następuje potem naznaczone jest dysharmonią.


Za to dużym plusem było dodanie przy napisach końcowych piosenki "Même pas fatigué". Fajny letni klimacik.

Ocena: 6

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Underbar och älskad av alla (och på jobbet går det också bra) (2007)

Trzeba Szwedów, żeby z tragedii uczynić komedię. Niestety tym razem i tragedia i komedia nie są najwyższych lotów. Za to jest Nikolaj Coster-Waldau, co mnie osobiście wystarczy (już nie mogę się doczekać "Gry o tron", gdzie Jamiego).


Bohaterką filmu jest Bella, która przegrała swoje życie. Przegrała na własne życzenie, bo choć miała marzenie, zbyt wiele nie pracowała, by je zrealizować. A jednak nawet ona może przeżyć chwile szczęścia, tyle tylko że nie potrafi ich docenić. Nie dość, że dostaje pracę (dzięki oszustwu), to jeszcze ma super przystojnego chłopaka. A raczej faceta na związek krótkoterminowy. Facet, choć jest ciachem niesamowitym, to jednak kompletnie nie nadaje się na towarzysza życia. Niestety Bella tego nie zauważa. I tak szczęśliwe chwile mijają, wraca nieszczęsna codzienność, a Bellę bardziej cieszy głupia zemstyjka niż wspomnienia wycieczki do Wiednia.

Skandynawowie, których kocham za czarny humor, tu niestety nie popisali się. Scenki komediowe są mdłe, bohaterowie mało wyraziści, a fabuła patykiem po wodzie pisana. Ma kilka niezłych momentów. Więcej jest jednak niewykorzystanego potencjału.

Ocena: 5

niedziela, 3 kwietnia 2011

Io sono con te (2010)

To zabawne oglądać film, który zjednoczy "moherowe berety" z "wojującymi feministkami". Obie te mityczne w swym zacietrzewieniu grupy odrzucą "Jestem z tobą" jako bluźnierstwo. Odrzucą rzecz jasna z odmiennych powodów, niemniej jednak staną po tej samej stronie barykady.


"Jestem z tobą" to historia Marii Dziewicy, matki Jezusa Chrystusa. Nie jest to jednak historia, którą znamy z Biblii. Nie ma w niej obecnego Boga. Owszem jest Tajemnica, której twórcy nie wyjaśniają, ale koncentrują się na niezwykłej kobiecie, która wychowała niezwykłego mężczyznę. Jezus jest tu nie tyle synem Boga ile synem Marii. Kilka punktów tej filmowej opowieści będzie budzi spore kontrowersje u tych, którzy wierni są ludowej (powszechnej) formie chrześcijaństwa.

Jednak feministki będą również oburzone. Ponieważ twórcy całkowicie odrzucają ich wizję równouprawnienia. Maria jest bohaterką, jest rewolucjonistką, ale jednocześnie jest kobietą podążającą za tradycyjnym rolami kobiecymi. "Jestem z tobą" to apoteoza macierzyństwa i małżeństwa. Twórcy podkreślają, że kobieta może być rewolucjonistką, może przyczynić się do zmiany świata, jeśli tylko w odpowiedni sposób zajmie się wychowaniem dzieci (i męża).

Film jest bardzo prostą historią, w tym sensie, że oglądamy rekonstrukcję świata tak, jak mógł on wyglądać. Wizja ówczesnego społeczeństwa, zachowań, tradycji jest bardzo realistyczna. Nawet mędrcy zostali ciekawie zinterpretowani. Całość robi duże wrażenie. Choć trzeba przyznać, że pod koniec jest zbyt wiele tekstu z offu sprawiającego wrażenie wykładu. Wydaje mi się, że większość widzów zrozumiałaby przesłanie filmu i bez tego wyjaśnienia.

Ocena: 8

Ps. Film widziałem (na całe szczęście) nie we włoskim dubbingu ale w językach oryginalnych (przez co część aktorów, w tym Jerzy Stuhr, są zdubbingowani).

sobota, 2 kwietnia 2011

Hold om mig (2010)

Sara jako wypracowanie napisała tekst, w którym ubolewa nad tym, że ludzie nie wiedzą, kim są. Kończy je wyrażając życzenie, by wszyscy byli tacy, jakimi są naprawdę, bo wtedy świat byłby lepszy.


Głupie dziewczę. Nie wie, co mówi. Nie rozumie, dlaczego przychodzących do delfickiej wyroczni witało wyryte ostrzeżenie γνῶθι σεαυτόν. Ale dowie się. Pozna siebie i innych lepiej, niżby chciała. Będzie to jedyna lekcja, której nie zaliczy.

Sara zostanie na oczach całej klasy zaatakowana i sponiewierana. Dokonany na niej gwałt był symulowany, ale dla niej to i tak jest gwałt. Tym boleśniejszy, że dokonał go chłopak, który jej się podobał. W tej jednej chwili wszyscy poznali trochę lepiej swoje oblicza, skonfrontowani zostali z własnymi słabościami. I niektórzy z nich nie będą w stanie wiedzy tej zaakceptować. Nie ma nic trudniejszego niż poznanie siebie.

"Przytul mnie" jest dowodem na siłę magii kina. Teoretycznie film ten nie powinien mi się podobać. Scenariusz wydaje się zbyt naiwny, całość nadmiernie histeryczna, z reakcjami nieproporcjonalnymi do sytuacji. A jednak Kaspar Munk potrafił natchnąć to wszystko prawdą tak, że nie tylko uwierzyłem postaciom, ich decyzjom, ale też współodczuwałem ich ból, ich zagubienie. Silna Sara, która nagle pozbawiona zostaje wszystkiego. Z perspektywy widza wiadomo, że mogła z tego wyjść, że z gorszych sytuacji ludzie się ratowali, ale rozumiem tę pustkę, która w niej się zalęgła i pożarła wszystko. Czułem przerażenie Mikkela, który zobaczył, do jakich okropieństw jest zdolny. Jak i szok jego ojca, który nie może uwierzyć, że wychował gwałciciela.

Całość wgniotła mnie w fotel ładunkiem emocjonalnym.

Ocena: 8

Cirkus Columbia (2010)

Danis Tanović znów zaprasza nas do bałkańskiego piekła. Upadła komuna, Jugosławia cieszy się nową wolnością. Niedługo. Sępy już się zlatują. Z jednej strony żarłoczny kapitalizm wyciąga swoje łapy, by zagarnąć wszystko, co tylko może kupić. Z drugiej strony rozkwitają ruchy nacjonalistyczne, które wkrótce zaleją Bałkany hektolitrami krwi.


Cały ten cyrk jak w pigułce możemy obserwować na przykładzie rodziny Bunticiów. Do wolnej Jugosławii powraca Divko po 20 latach nieobecności. Uciekł bojąc się o swoje życie zostawiając ukochaną i syna. Teraz u boku ma nowy, młodszy model, a matkę syna wyrzuca na bruk, po czym jeszcze wykupuje zakład fryzjerski, w którym pracowała. Kiedy ucieknie mu ukochany kot, wszystko inne przestanie się liczyć. Choćby się waliło i paliło, jego interesuje tylko powrót kota.

"Cyrk Columbia" to najsłabszy z filmów Tanovicia, jaki widziałem, ale i tak dobry. Historia początku wojny domowej w Jugosławii i charakter ludzi został bardzo ciekawie ujęty. Jednak błędem było zaangażowanie do roli młodego Martina Borisa Lera. A raczej nie samo jego zatrudnienie, bo Ler dobrze się spisał, ile raczej to, w co go ubierali. Ler nie wygląda w tym filmie na młodego chłopaka. Wygląda raczej na smutną męską dziwkę, która nie może pogodzić się z tym, że nie jest już chłopięciem (za które klienci płacą najlepiej). Za to bardzo spodobały mi się niektóre scenki rodzajowe często rozgrywające się na drugim planie, jak choćby facet idący sobie ulicą, a za nim kobieta taszcząca trzy ciężkie skrzynie.

Ocena: 7

Heartless (2009)

Wydawać by się mogło, że dobra obsada nie może zaszkodzić filmowi. A jednak. "Heartless" to obraz przeciętny, który oglądałoby się całkiem dobrze, gdyby w filmie nie było AŻ TYLE znanych nazwisk kina brytyjskiego. Skoro jednak są, a film nadal jest przeciętny, to zaczynają się pojawiać pytania o to, co poszło nie tak. Skoro są, to ocena idzie w dół, bo jeśli gwiazdy nie potrafią wydźwignąć filmu z przeciętności, to jest naprawdę źle.


Film Philipa Ridleya to nostalgiczna opowieść o chłopaku, dla którego nie ma miejsca na świecie. Naznaczony, od urodzenia wystawiony był na dziwne spojrzenia i szykany. Świat był dla niego miejscem wrogim. Trwał w relatywnej równowadze tylko dzięki rodzinie. Kiedy zabita zostaje matka w bezsensownym akcie przemocy, jego psychika rozpada się w drobny mak. I wtedy trzymające się dotąd na dystans demony osaczają go, mamią iluzją "normalnego" życia. Strach sprawi, że przekroczy granicę poza którą nie ma odwrotu.

Ridley wyszedł z całkiem interesującego punktu, od twierdzenia, że jeśli nie ma diabła, to należy go wymyślić. "Heartless" mogło zatem stać się piękną i smutną opowieścią o chaosie, który paradoksalnie porządkuje i nadaje sens Zło. To zagubienie się wśród pokus, zatarcie granicy dobra, zła, prawdy i fałszu było pomysłowo rozplanowane. Jednak reżyser za wiele miejsca poświęcił budowaniu nastroju, przez co całość zrobiła się rozwlekła i irytującą łopatologiczna. Do tego niektóre postaci niestety się nie sprawdziły. Eddie Marsan nie pasował do roli Zbrojmistrza. Postać z początku intrygująca, przeradza się w jakąś farsę z kompletnie innej bajki.

Ocena: 5

Hævnen (2010)

Ludowe porzekadło mówi: Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Racja. Ale nikt nie zadaje pytania, czym jest tak osiągnięta siła i czy rzeczywiście jest to coś dobrego. Przykład młodego Christiana pokazuje, że na tak postawione pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi.


O tym, że Christian jest dzielnym chłopcem zaświadczy każdy, kto widział, jak na pogrzebie matki wygłasza mowę pożegnalną. Matka zmarła na raka. Jej poddanie się śmierci i nieme na to przyzwolenie ojca, wstrząsnęło chłopakiem do głębi. Zamknął się stalowym pancerzu bezwzględnej wiary w hasło: nie poddawaj się słabości. Jest samotny w swoim cierpieniu, ale zarazem silny oporem, jaki stawia światu. A przynajmniej tak mu się wydaje. Christian choć nieludzki, nie jest jeszcze całkowicie stracony. W jego pancerzu jest rysa, która umożliwia mu nawiązanie relacji z Eliasem, kolegą z klasy, nad którym się znęcają inni uczniowie. Matce Christian nie mógł pomóc, ale Eliasowi owszem. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że to Elias bardziej mu pomoże, choć niemalże straci przez to życie.

Gdyby o tym opowiedziała Susanne Bier w  swoim najnowszym filmie, powstałoby zapewne kolejne znakomite dzieło. Niestety Christian to tylko jeden z bohaterów w historii znacznie bardziej uniwersalnej. "W lepszym świecie" jest przypowieścią o entropii, łopatologicznym obrazem o szarej strefie pomiędzy ekstremalnym porządkiem a całkowitym chaosem. Aby podkreślić uniwersalizm, Bier umieszcza akcję nie tylko w Danii ale i w subsaharyjskiej Afryce, symbolu zła wyrządzanego ludziom przez ludzi. Całość tonie przysypana kiczowatymi sekwencjami, przejmującym wyciem i śliczniutkimi zdjęciami.

Bier zawsze miała skłonność do nadmiernego melodramatyzowania. W większości filmów balansowała na granicy kiczu, ale do tej pory jakoś jej się udawało utrzymać równowagę. Tym razem spadła z wielkim hukiem. Banał wyziera z co drugiej sceny. Świetnie skonstruowani bohaterowie zamieniają się niemalże w parodie samych siebie, kiedy reżyserka zmusza ich do uczestnictwa w ckliwych scenkach rodzajowych. Co gorsza powtarza się, tyle tylko, że tym razem gorzej jej to wychodzi. Afganistan w "Braciach" czy Indie w "Tuż po weselu" zostały lepiej wykorzystane niż Afryka w najnowszym filmie.

Ocena: 4