wtorek, 31 maja 2011

The Hangover Part II (2011)

Są dwa rodzaje sequeli. Pierwszy (który lubię) opowiada nową historię ze starymi bohaterami. Drugi (których nie lubię) opowiada tę samą historię, tyle że z nowymi bohaterami (vide: "Dzikie żądze"). W przypadku "Kac Vegas" mamy do czynienia z całkowitym pomieszaniem z poplątaniem. Stara ekipa w tej samej historii, tylko scenografia się zmieniła. Jak można się było spodziewać wyszła kicha.


Filmowi brakuje przede wszystkim werwy. Tak bardzo skoncentrowali się na tym, by filmu nie spartaczyć, że zapomnieli nadać mu życia, humoru, energii i dynamiki. Niczym nie zaskakują, wszystko to już było w pierwszej części i do tego zrobione lepiej.

Na szczęście część dowcipów wciąż bawi. Pomysł z ladyboy'em przezabawny. Postać Chow wciąż jest najlepsza z całej ekipy. Końcowe zdjęcia też zabawne. Jednak Tyson jest kompletnie niepotrzebny. Scena w studiu tatuażu byłaby zabawna z Melem Gibsonem, nawet z Rourkem, a tak stracono jeden gag (kto wie, kim jest Cassavetes?). Trochę szkoda Douga (Justin Bartha), który nadal nie został dokooptowany do watahy.

Z całego filmu najbardziej spodobał mi się morał: nie jesteś mężczyzną, dopóki nie zostaniesz zerżnięty przez babę z kutasem. Póki tego nie przeżyjesz, jesteś tylko rozgotowaną ryżową paćką.

Ciekawe tylko, jak będą chcieli pobić to w trzeciej części?

Ocena: 5

The Big Bang (2011)

"Wielki wybuch" wyjaśnia, dlaczego Antonio Banderas dorabia sobie w polskiej reklamie. Może i na etapie scenariusza był to i całkiem niezły film (choć osobiście w to wątpię), to jednak końcowy rezultat jest tak słaby, że przy nim reklama banku "olé" wypada całkiem przyzwoicie.


Historia prywatnego detektywa wynajętego do poszukiwań pewnej dziewczyny mogła się udać. W kilku scenach widać pomysłowość Krantza, zwłaszcza jeśli chodzi o kompozycję kadrów. Niestety nie rozumie on za bardzo konwencji czarnego kryminału (nie mówiąc już o czarnej komedii), a przez to nie potrafił zbudować odpowiedniego nastroju. Pomysł z fizyką w tle był zabawny, ale tylko w scenie łóżkowej. Cała ta gadka o "boskiej cząsteczce" i straszenie akceleratorem jest śmiechu warte. A już finał z ucieczką przed zapadającą się ziemią, to absurd, który mógł wypalić chyba tylko w którejś z części "Akademii policyjnej" ale z całą pewnością nie tu.

Zaskakujące, że w filmie tym pojawiło się aż tyle znanych gwiazd.

Ocena: 4

Maraton tańca (2010)

Z polskimi twórcami jest coś nie tak. Dochodzę do wniosku, że nie jest to wada indywidualna, lecz systemowo wdrukowywany defekt (być może podczas filmowej edukacji?). Przekonał mnie o tym "Maraton tańca" film, który miał wszystko, by być dziełem znakomitym, a który został sprowadzony do poziomu folkowej bajeczki, którą można opowiedzieć przy piwie, ale na którą niekoniecznie jest sens wybierać się do kina.


Łazarkiewicz buduje film na paradoksach, co przez większość czasu się sprawdza intrygując i przyciągając uwagę. "Marato tańca" jest obrazem prowincji z całą tą "wiochą", na którą z pogardą patrzą mieszczuchy. Jednak nie miałem wrażenia, by reżyserka naśmiewała się z mieszkańców prowincji, a to dlatego, że stworzyła całą plejadę bardzo prawdziwych postaci. Trudno nie przejąć się ich tragediami, nie współczuć im, że oto znalazł się ktoś, kto żeruje na ich bólu. Scena, w które walczący w konkursie mają biegać wokół latarni to jedna z najbardziej przejmujących scen jaką w ostatnich latach widziałem w polskim kinie, demaskujących okrucieństwo systemu, który sprawia, że dla zwiewnej nadziei jesteśmy w stanie rzucić na szalę swoje zdrowie.

Jednak cały ten artystyczny potencjał Łazarkiewicz miażdży ze skutecznością walca drogowego wprowadzając postaci pseudomagiczne (świecących na niebiesko złodziejaszków o "mocy uzdrowicielskiej") i pozwalając aktorom na przeszarżowanie w grze, przez co stają się niezamierzenie komiczni (scena Piotra i Moniki w szpitalu). Jak ktoś mógł na to pozwolić! Toż to jest kompletnie niewybaczalne.

Ocena: 4

poniedziałek, 30 maja 2011

X-Men: First Class (2011)

Wow! Po prostu wow! Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, co przygotował Matthew Vaughn. Nie tylko reaktywował serię, która była na najlepszej drodze do piekła miernoty, ale jeszcze wzniósł ją na wyżyny, o których mogli wcześniej marzyć jedynie pierwsi "X-Men".


Gdyby film reżyserował Singer, pewnie nie byłbym w takim szoku. Ale przecież Vaughn nakręcił wcześniej "Kick-Ass". Jak na adaptację komiksu był to film fajny, zabawny i mocno odjechany. I kompletnie różny od tego, co Vaughn przygotował w "X-Men: Pierwsza klasa". Tu nie ma dystansu. To prawdziwa, krwista opowieść o wyrzutkach szukających swego miejsca we wrogim im świecie. Fakt, że są mutantami schodzi jakby na drugi plan, a jednak nie ginie. To wciąż jest rzecz mocno osadzona w uniwersum X-Menów. Pełno tu odniesień nie tylko do komiksów ale i do wcześniejszych filmów.

To, co napisałem niedawno przy okazji "Kung Fu Pandy 2", teraz mogę tylko powtórzyć i jeszcze bardziej podkreślić. Oto kino rozrywkowe z najwyższej półki. Jest w nim akcja, pasja, wzruszenie i wielka tragedia. Niektórzy mogliby co prawda powiedzieć, że twórcy trochę zbyt łatwo grają na emocjach i naciągają fabułę. Dla nich mam te same słowa, które Erik i Charles usłyszeli od pewnego gościa w barze: "Go fuck yourselves". Vaughn i spółka udowodnili, że letnie kino wcale nie musi być dla idiotów. Wystarczy solidny scenariusz i mocna obsada. Fassbender jest prawdziwym mistrzem! Bałem się o Jennifer Lawrence, bo na zdjęciach nie prezentowała się najlepiej. Za to gra pierwszorzędnie.

Nie obyło się rzecz jasna bez kilku potknięć. Powtarzane w kółko aluzje do potwora Frankensteina to przesada. Ci, którzy znają tę historię, nie potrzebują przypominania jej co pięć minut. Ci, którzy jej nie znają z aluzji tych i tak nic nie wyniosą. Są to jednak drobne potknięcia, które jestem im w stanie w pełni wybaczyć.

Ocena: 9

niedziela, 29 maja 2011

Blackout (2008)

Pomysł na "Windę" może i nie grzeszył oryginalnością, ale był na tyle fajny, że mógł z tego powstać niezły film. Niestety reżyser zrobił wszystko, by go zepsuć.


Sposób budowania napięcia jest dość mechaniczny, a przez to mało efektywny. Owszem niektóre scenki fajnie wyglądają, ale nie kryje się za nimi żadna emocja. Wielkim błędem było wprowadzenie sekwencji wspomnień, ujawniających, jak trójka bohaterów znalazła się zamknięta w windzie. O wiele ciekawiej byłoby, gdybyśmy wraz z nimi poznawali ich prawdziwe oblicza. W ten sposób ujawnienie prawdy o Karlu robiłoby znacznie większe wrażenie (choć z drugiej strony wtedy pewnie nie znalazłoby się w filmie miejsce dla najlepsze sceny "Windy", kiedy Karl ponacinał kobietę, potem siebie samego obsypał solą, by następnie gwałcić ofiarę i wcierać w jej rany sól ze swego ciała – pomysłowe).

W wersji przygotowanej przez reżysera gubi się gdzieś sens filmu. O ile bowiem obecność Karla i Tommy'ego (oraz to jak kończą) można sobie łatwo wytłumaczyć wyższą sprawiedliwością, o tyle obecność Claudii jest kompletnie nieprzemyślana.

Na plus mogę zaliczyć to, że w filmie wystąpił Aidan Gillen, którego lubię i że Armie Hammer fajnie wyglądał jako wytatuowany, zakolczykowany brunet.

Ocena: 4

sobota, 28 maja 2011

New in Town (2009)

Mieszczuch przenoszący się na prowincję. Amerykanie musieli nakręcić z milion filmów na ten temat. Jakim więc cudem mogli popełnić takie gafy jak te w "Za jakie grzechy"?


Pierwszy akt to jedna z najbardziej obraźliwych rzeczy, jakie miałem ostatnio okazję obejrzeć. Zachowanie głównej bohaterki (blondynki) po przyjeździe do miasteczka uwłacza zdrowemu rozsądkowi. Ja rozumiem, że mieszczuch może mieć problemy w niektórych sytuacjach, ale nawet ktoś wychowany w Miami potrafi się ubrać cieplej, kiedy jest mu zimno. Tymczasem bohaterka jest taką kretynką, że nie trudno jest mi ją sobie wyobrazić stojącą przed drzwiami, aż ktoś je otworzy, bo nie wpadnie na to, że można je samemu otworzyć. Nie jestem sobie ją jednak w stanie wyobrazić jako kobietę na kierowniczym stanowisku.

Potem jest jednak jeszcze gorzej. Oto scena, w której facet zakochuje się w naszej bohaterce: Najpierw uratował kretynkę, ta jest pijana i w końcu zamiast mu dogryzać milknie uległa i nieprzytomna, a on wtedy mówi coś w stylu: nawet fajna jesteś, kiedy jesteś nieprzytomna. Aż dziwne, że na randki nie chodzi na cmentarz wykopując sobie co spolegliwe dziewojki.

Reszta to już standard, który oglądałem bez większego zainteresowania.

Ocena: 3

Death at a Funeral (2010)

Mogę zrozumieć powody, dla których Chris Rock chciał zremake'ować "Zgon na pogrzebie". Niestety miał rację, kiedy twierdził w materiale dodanym do DVD, że oryginał nie istnieje w zbiorowej świadomości. Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego ani on ani reżyser nie wykorzystali szansy, jaką dawało zgromadzenie w jednym miejscu tylu zabawnych osób.


Kiedy spojrzy się na obsadę i skonfrontuje się to z faktem, że to James Marsden był najzabawniejszy w całym filmie, to najlepiej świadczy o tym, że mamy kłopoty. Niestety większość osób pojawia się na ekranie i to wszystko, co robią. Przy takim marnotrawstwie talentów można się cieszyć z takich drobiazgów jak Glover mówiący pod nosem "I'm too old for that shit".

Mimo to film oglądało mi się całkiem przyjemnie, co w dużej mierze jest zasługą oryginału. Twórcy naprawdę niewiele zmienili, więc jeśli ktoś należy do tej nielicznej grupy, która widziała brytyjską wersję, to powinien przygotować się na nieco wyblakłą powtórkę z rozrywki.

Ocena: 6

czwartek, 26 maja 2011

Kung Fu Panda 2 (2011)

No i to jest letni przebój! Po blamażu, jakimi byli ostatni "Piraci", "Panda" przywraca mi wiarę w hollywoodzkie blockbustery.


Rzecz nie wyróżnia się niczym szczególnym pod względem fabuły czy też artyzmu. Ale nie tego oczekuję od hitu lata. "Kung Fu Panda 2" jest za to obrazem doskonale zbalansowanym. Pierwszorzędny humor połączono ze scenami przejmującymi i wzruszającymi, a całość obtoczono dynamicznymi sekwencjami akcji. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie denerwowało mnie 3D. Ale widać, że tym razem twórcy dobrze je przemyśleli a nie po prostu zrobili, by więcej zarobić. Wszystko to sprawia, że film jest pierwszorzędną rozrywką, no może odrobinę zbyt dosadną i brutalną dla młodszych widzów. DreamWorks wyraźnie dojrzewa w swoich animowanych produkcjach.

Ocena: 8

In the Electric Mist (2009)

Kiedy mówi się o tym, co sprawia, że film jest dobry, zazwyczaj wskazuje się na dwie rzeczy: talent i warsztat. Jest jednak trzeci element tej układanki. Z pozoru najmniej ważny, w rzeczywistości podstawa, bez której pozostałe dwa są nic nie warte. To wyczucie konwencji. Co się dzieje, kiedy tego zabraknie można sprawdzić oglądając "Pościg we mgle".


Ten film odwołuje się do konwencji "realizmu magicznego" Południa USA. Jej mistrzowskim przykładem jest "Północ w ogrodzie dobra i zła" Eastwooda. Splot realizmu, czarnego kryminału i szczypty mistycyzmu wymaga dużej wrażliwości, a przede wszystkim wiary w możliwość zaistnienia opowiadanych zdarzeń. Bertrand Tavernier nie posiada tej wiary, a przynajmniej nie czuć tego na ekranie. W rezultacie jego film rozpada się na drobne kawałki. Połowa scen zdaje się być pozbawiona sensu, a druga połowa sprawia wrażenie zrealizowanych przez amatorów, sobowtórów hollywoodzkich gwiazd.

Zatrudnienie Jonesa, Sarsgaarda, Goodmana, Steenburger i reszty było także błędem. Tak, jak pisałem przy "Heartless" nie zawsze filmowi wychodzi na dobre zatrudnianie gwiazd. To, co w przypadku mało znanego aktora by się sprawdziło, w przypadku gwiazdy wypada absurdalnie. I niestety większość gwiazd biorących udział w "Pościgu we mgle" ośmiesza się, podważając wiarę widza w ich talenty. Do tego dochodzi złe prowadzenie kamery i błędy w warsztacie. Nie rzucałoby się to tak bardzo w oczy, gdyby Tavernier wierzył w opowiadaną historię. A tak, pierwszy lepszy student filmówki byłby w stanie nakręcić równie dobry, a może i lepszy film.

Ocena: 4

Mr. Nice (2010)

"Mr. Nice" postanowiłem obejrzeć zachęcony niezłymi zwiastunami jak i prawdziwą historią, na której film jest oparty. Niestety Bernard Rose poległ próbując uciec od typowej biograficznej struktury. Ma u mnie plus za starania, ale powinien był lepiej ocenić swoje możliwości.


Historia ćpuna Howarda Marksa, który kierował jedną z największych siatek handlujących narkotykami na świecie, w którą wciągnięte było i IRA i MI6 wymagało niebanalnego podejścia. I Rose to rozumiał, stąd (zwłaszcza w pierwszej części) sporo jest ciekawych montażowych cięć i niebanalnych ujęć. Jednak film nie jest wystarczająco "witty", a część scen została zrealizowana w sposób zaskakująco sztampowy. Przez to film okazuje się bardzo nierówny, bardzo dobre sekwencje sąsiadują celuloidową breją, którą trzeba było spuścić do szamba. Thewlis zagrał brawurowo, za to Sevigny reżyser nie dał się w ogóle wykazać. Ifans może i też gra świetnie, ale moją uwagę przykuwała głównie jego absurdalna fryzura.

Cóż, Rose nadal będzie mi się kojarzył przede wszystkim z "Candymanem".

Ocena: 5

wtorek, 24 maja 2011

La belle personne (2008)

Christophe Honoré opowiada bajkę o miłości i rozsądku. Bajkę osadzoną w bardzo przekonujących realiach, a mimo to całkowicie niemożliwą do zaistnienia naprawdę. I nie dlatego, że historia w "Pięknej" jest jakoś szczególnie niewiarygodna, a raczej dlatego, że stworzona została ze wspomnień i marzeń, zwiewnych niczym lekka mgła o poranku okrywająca okwieconą łąkę.


Fabuła kręci się wokół Junie, dziewczyny fascynującej, tajemniczej i na swój sposób niedostępnej. To, co czyni z niej nieodpartą pokusę jest zarazem tym, co złamie serce każdemu z zainteresowanych nią mężczyzn. Dziewczyna szuka bowiem pewności w życiu, które przecież zawsze zakłada dozę przypadku. Dlatego wybiera zakochanego w niej po uszy Otto, ponieważ sama go nie kocha, a zatem może kontrolować sytuację. Dlatego też ucieka przed Nemoursem, ponieważ jego miłość mogłaby odwzajemnić, a zatem stracić kontrolę.

Honoré świetnie pokazał Junie. Łatwo było z niej uczynić królową śniegu, sukę bez serca. Ale ona taka nie jest. Widać w niej kruchość i buzujące emocje. Czujemy jej lęki i ból. Jest jednak na tyle silna, by się nie poddać. Czy przemawia przez nią mądrość? A może uciekła przed Prawdziwą Miłością? Tego się nie dowiemy (tak jak i ona się nie dowie). Honoré na szczęście nie poddał się tyranii beznadziejnych romantyków i nie zakończył melodramatycznym podsumowaniem. Choć przecież ostatnia scena aż prosi się o głębszą psychoanalizę.

Podoba mi się obraz młodzieży w "Pięknej". Nie ma w nim wiele z rzeczywistości, a jednocześnie wydaje się bardzo prawdziwy. To obraz bliższy wspomnieniom, jakie mamy z liceum, kiedy czasy te dawno minęły. Codzienność wyparowała, a reszta scaliła się w sentymentalne obrazy, na których wspomnienie wzdychamy "to były czasy". Podobało mi się również to, że Honoré ponownie pracował Leprince-Ringuetem i Garrelem tym razem z kochanków czyniąc ich rywalami.

Natomiast nie sądzę, by wybrana przez reżysera forma była do końca właściwa. Przywodzi mi na myśl bigos. Znalazło się tu miejsce i dla scen rodem z manifestu Dogmy i dla musicalu. Zabrakło w tym zrównoważenia poszczególnych elementów.

Ocena: 7

I Come with the Rain (2008)

Auć. To bolało. Pretensjonalne, przekombinowane, pseudopoetyckie wywody twórcy "Rykszarza" wywołałyby śmiech, gdyby wszystko nie było tak przeraźliwie nudne. Absurdalność samej koncepcji była jedyną rzeczą która sprawiała, że nie zasnąłem podczas tego prawie dwugodzinnego bełkotu.


Hung wykorzystał archetypiczne postaci zachodniej kultury, by opowiedzieć o (bez)sensie cierpienia i poświęcenia. Historia nowego Chrystusa, który odszedł od "Ojca", by wchłaniać ludzkie cierpienie oraz detektywa, który zbytnio zżył się z seryjnym zabójcą nie byłaby warta funta kłaków, gdyby nie audiowizualna otoczka. Zarówno zdjęcia jak i muzyka Radiohead robi wrażenie. Ale zamiast łagodzić wady całej reszty, jeszcze bardziej je eksponuje.

Może pomysł był zbyt ambitny? Może reżyser przeliczył się z siłami? Nie wiem. Rezultat jest jednak naprawdę marny.

Ocena: 4

Fair Game (2010)

Ech, co też najlepszego zrobił Doug Liman?! "Fair Game" ma znakomity temat, oparty na faktach. Mógł z tego powstać pierwszorzędny film polityczny, rozliczający nas z początkami wojny z terrorem. A tymczasem powstała nudna agitka polityczna ze zbyt oczywistymi wystąpieniami Seana Penna.


"Fair Game" to historia słynnej walki administracji Busha z byłym ambasadorem USA, który odważył się poddać w wątpliwość argumenty amerykańskie uzasadniające konieczność inwazji na Irak. Ta sprawa do dziś mnie zdumiewa. Z jaką łatwością wszyscy ignorowali fakty, dając posłuch temu co Bush & Co. mówili. Ci zaś, którzy wątpili w ich słowa nazywani byli komuchami lub terrorystami. Pamiętam wiele równie gorących dyskusji, jak te które toczą się w filmie, kiedy ze znajomymi wzajemnie przerzucaliśmy się argumentami. Nigdy do mnie nie przemawiały argumenty Busha (podobnie jak teraz nie przemawiają do mnie argumenty Obamy dotyczące konieczności zabicia i zatopienia Bin Ladena). I wciąż czekam na film, który o tym mechanizmie zbiorowej histerii (a może hipnozy?) by opowiedział.

Tymczasem "Fair Game" jest straszliwie nudnym i prostolinijnym filmem. Jest w nim kilka świetnych scen (jak tak, w której Penn definiuje Saddama jako potwora, a my zdajemy sobie sprawę z tego, że definicja ta pasuje także do Busha). Większość scen nie ma niestety tej finezji. A już końcowe przemówienie Penna to agitka pełną gębą. Na tym tle nawet dramat rodziny wypada blado i nieprzekonująco.

Ocena: 5

wtorek, 17 maja 2011

Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides (2011)

No tak. Nie pozostaje mi nic, jak spakować się i rozpocząć własne poszukiwania Fontanny Młodości. Bardzo mi się przyda. Czuję się bowiem tak, jakby się w trakcie seansu postarzał o całe dziesięciolecia. Przydałoby się ten czas odzyskać. Niestety "Na nieznanych wodach" okazało się filmem nie tyle złym, co po prostu nudnym, a jak wszyscy wiemy, awanturniczej opowieści nie można zarzucić nic gorszego.


Choć zakończenie trylogii nie spełniło pokładanych w nim nadziei, to przynajmniej trzymało jakiś poziom. Nowy film wygląda bardziej na dzieło Baya czy Emmericha niż Roba Marshalla. Mizerna fabuła została maksymalnie obciążona sekwencjami akcji i efektami specjalnymi, które nie mają żadnego sensu poza udowodnieniem wszystkim, że da się tak nakręcić film. Boleśnie czuć brak wyrazistych postaci, nawet Jack jest jedynie imitacją samego siebie. Najgorsze, że humoru jest tu  mniej niż syrenich łez... No, może trochę przesadzam, ale jest tego naprawdę niewiele (Judy Dench, pozycja misjonarza).

Całość przypomina bajkę na dobranoc. Problem w tym, że istotą takiej bajki jest to, że nie musi mieć zbyt wiele sensu, bo i tak słuchający zasypiają na długo przed zakończeniem. I szkoda, że w kinie nie dane było mi usnąć. Film przykuwał moją uwagę gdzieś tak do momentu spotkania na statku Ponce de Leona. Potem to już było tylko jedno wielkie blablabla i odliczanie długich minut aż pojawią się napisy.

Ocena: 3

sobota, 14 maja 2011

Christopher and His Kind (2011)

Christopher Isherwood jest u nas znany głównie z adaptacji jego książki "Samotny mężczyzna". "Christopher and His Kind" to adaptacja innej jego książki, w której wspomina swój pobyt w Berlinie na początku lat 30. i w której opisuje swój związek z Heinzem.


Niestety film Geoffreya Saxa rozczarował mnie. Och, jest to urocza brytyjska produkcja, pełna dystyngowanego dystansu i niezbyt ostrego ironicznego humoru. Ogląda się to z przyjemnością. Tyle tylko, że nic z tego filmu nie wynika. Po jego zakończeniu złapałem się na tym, że nie wiem o Isherwoodzie nic więcej ponad to, co wiedziałem zanim włączyłem film. Ślizgając się po faktach z życia pisarza, obraz nie daje żadnego wglądu w jego psychikę. Pytania o jego relacje z matką, o rzeczywisty charakter jego związku z Heinzem pozostaną bez odpowiedzi.

Na niekorzyść filmu przemawia także fakt, że stylistycznie przypomina on "Kabaret". Tyle tylko, że nie ma w nim tej symboliki, która uczyniła z "Kabaretu" dzieło ponadczasowe. Za to Imogen Poots wyglądała bosko w kostiumach z tamtej epoki, a i wykazała się całkiem sporym talentem aktorskim. Chyba była najlepsza w całej obsadzie.

Ocena: 6

piątek, 13 maja 2011

Unknown (2011)

W większości filmów problemem jest końcówka. W przypadku "Tożsamości" problemem jest początek. O ileż ciekawszym byłaby filmem, gdyby pozbawiono ją scen w samolocie, na lotnisku, w hotelu. Gdyby rzecz zaczęła się od otwieranych oczu i sekwencji szpitalnej, gdybyśmy razem z bohaterem błądzili i odkrywali prawdę kryjącą się za wspomnieniami. A tak, te pierwsze sceny ustawiają film. Gdy tylko bohater spotyka żonę po wyjściu ze szpitala, miałem już pewność, że jest to wariacja na temat "Pamięci absolutnej" i przez resztę filmu zastanawiałem się, czy January Jones to nowa Sharon Stone, czy też nie.


Naprawdę szkoda, że reżyser sam spoileruje swój film na samym początku. Bo potem udowadnia, że ma smykałkę do budowania napięcia. Sekwencja sięgania po nożyczki jest zmontowana bezbłędnie. Niezła jest też scena pościgu samochodowego.

"Tożsamość" jest też nieintencjonalnie zabawna, choć pewnie tylko dla mieszkańców dawnego bloku wschodniego. Uczynienie z agenta Stasi (dumnego ze swej służby) bohatera pozytywnego i do tego honorowego budziło mój uśmiech. Ta nie tyle ignorancja co raczej obojętność na realia sprawia, że był to powiew świeżości. Tego rodzaju postać w polskim kinie nie ma niestety racji bytu.

Ocena: 6

Priest (2011)

Nie sposób nie oceniać "Księdza" przez pryzmat "Legionu". W końcu za oba odpowiada ten sam reżyser, w obu główną rolę gra ten sam aktor, a i fabuły są do siebie bardzo podobne. I dochodzę do wniosku, że słaby "Legion" był ze strony reżysera sprytnym posunięciem. Na jego tle bowiem "Ksiądz" wiele zyskuje, tak jakby tamten film był tylko wprawką, na wpół ukształtowanym pomysłem, zaś tym razem twórca naprawdę się przyłożył.


Tym co przede wszystkim reżyser poprawił jest spójność fabuły. Wciąż jest to historia dość mizerna, z jednowymiarowymi postaciami o zerowej psychice. Ale przynajmniej jest to historia. Kolejne sceny jakoś się ze sobą wiążą. Plusem jest też efekciarstwo filmu. Sceny walk, którym bliżej jest raczej do kina rodem z Hongkongu lub Tajlandii, są naprawdę widowiskowe.

Niestety w jednym aspekcie "Ksiądz" nadal jest słaby – atmosfera. Choć sprawniej zrobiony, stał się przez to bardziej poważny. I w tym tkwi błąd. "Legion" był tak głupi i miejscami absurdalny, że aż śmieszył. Tu nie ma w zasadzie miejsca na humor, ale wszystko jest zbyt proste, by stworzyć przejmującą wizję postapokaliptycznego świata, w którym organizacja mająca na celu zapewniać zbawienie, staje się tyranem mogącym doprowadzić świat do zguby. Wyważony, film stał się po prostu nijaki.

Ocena: 6

poniedziałek, 9 maja 2011

Life 2.0 (2010)

Nie wiem po co jeszcze zawracam sobie głowę filmami o rzeczywistości wirtualnej. Raz za razem seans kończy się rozczarowaniem i kolejnym przypomnieniem, że reżyserzy są kompletnie bezradni wobec wirtualnych światów. Dotyczy to zarówno filmów fabularnych jak i dokumentalnych.


"Życie 2.0" niestety doskonale wpisuje się w tę litanię rozczarowań. Jak w poprzednich filmach o tej tematyce, wirtualna rzeczywistość jest tu traktowana nie jako coś samodzielnego lub choć równoważnego ale jako namiastka, ułuda, narkotyk. Co gorsza tym razem reżyser mógł pójść w zupełnie innym kierunku. Miał co najmniej dwie historie, które aż prosiły się o odrębne potraktowanie.

Bohaterką pierwszego mogłaby być pewna zaradna kobieta, która w Second Life rozkręciła biznes, dzięki któremu zarabia całkiem przyzwoite pieniądze. Ten wątek jest jeszcze barwniejszy ze względu na sprawę karną związaną z wirtualną kradzieżą jej kreacji. Niestety w tym dokumencie ta bezprecedensowa sprawa jest potraktowana po macoszemu.

Bohaterem drugiego filmu mógłby być mężczyzna, który w Second Life przebywa jako 11-letnia dziewczynka. Już sam temat ludzi, którzy w SL są dziećmi jest fascynujący. Subkultura, w której w SL oddają się do adopcji rodzinom zastępczy – niesamowity pomysł. Jednak w historii akurat tego mężczyzny jest bardzo bolesny twist, który pokazuje jak SL może być wykorzystywane do pobudzania podświadomości i przepracowywania traum z przeszłości.

Niestety "Życie 2.0" to rzecz ślizgająca się po powierzchni. Gdyby był to pierwszy dokument na ten temat, jeszcze dałoby się to przeżyć. Ale tak nie jest.

Ocena: 5

Crude (2009)

"Crude" należy do tego rodzaju dokumentów, których w ogóle nie cenię. Są to filmu, w których temat jest tak ważny, że twórcom wydaje się, że nie muszą się już starać. Patrząc po ocenach na IMDb i Filmwebie, mają niestety rację. Mało kto odważy się nisko ocenić film opowiadający o tysiącach osób chorujących i umierających z powodu lekceważenia podstawowych norm przez nastawiony na maksymalizację zysku koncern z USA.


Film jest zrealizowany podług najprostszego z szablonów. Mamy więc rozdzierające serce opowieści osobistych tragedii pokrzywdzonych przez koncern paliwowy. Mamy prawnicze przepychanki. Mamy przerzucanie się odpowiedzialnością i rozwadnianie zarzutów. I wreszcie mamy gwiazdę, która staje po stronie pokrzywdzonych. A na koniec i tak się nic nie zmienia, bo prawnicza batalia dalej trwa.

Owszem, dobrze, że takie filmy powstają. Ale choćby nie wiem jak ważny był poruszany temat, na ocenę realizacji to nie wpływa. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Ocena: 4

niedziela, 8 maja 2011

You Don't Like the Truth: 4 Days Inside Guantanamo (2010)

To nie jest film dla ludzi o słabych nerwach, dużej empatii i wierze w demokrację. "Nie zależy wam na prawdzie" to oskarżenie świata zachodniego o to, że nie postępuje zgodnie z wartościami, które sam głosi i które ponoć broni na całym świecie. Na przykładzie młodego chłopaka pokazano jako powierzchowna jest demokracja i poszanowanie praw człowieka.


Nieletni Omar Khadar został schwytany w Afganistanie, posądzony o zabicie w ataku terrorystycznym amerykańskiego żołnierza, torturowany, a w końcu osadzony w Guantanamo, gdzie próbowano wymusić na nim zeznania pasujące do ich teorii. Film bazuje na odtajnionym materiale z czterech dni przesłuchań. Komentują go współtowarzysze niedoli, obrońcy praw człowieka, a nawet jeden z tych, którzy torturowali Afgańczyków w tajnych bazach. To, co zobaczyłem na ekranie (w szczególności wydarzenia z drugiego dnia) wstrząsnęły mną. Rozumiem ich pragmatyczne znaczenie (tak samo, jak rozumiem dlaczego zdecydowano się zamordować bezbronnego Bin Ladena, niż aresztować go i postawić przed sądem). Brutalne, "niecywilizowane", traktowanie terrorystów (czy w ogóle osób podejrzanych jedynie o terroryzm) jest z całą pewnością łatwiejszym rozwiązaniem i bardziej efektywnym, nawet jeśli po drodze cierpią niewinni. Postępowanie zgodnie z normami państwa prawa może bowiem sprawić, że przy braku dowodów część terrorystów wyszłaby na wolność.

Choć zabrzmi to okrutnie, brutalność tortur sama w sobie mnie nie rusza (przypomina mi się świetny w swej przewrotności film "Pięć palców"). To, co uważam za niedopuszczalne to obłuda i podwójne standardy. Nie ma żadnego uzasadnienia dla sankcjonowanie tortur pod przykrywką prawnych wyjątków. Ci, którzy przystają na tortury, choćby przez zaniechanie, nie moją prawa podawać się za tych, którzy stają na straży wolności. Jeśli to czynią sankcjonują jedynie zachowania terrorystów, którzy przecież twierdzą to samo i zachowują się tak samo.

Ocena: 7

L'amour fou (2010)

Yves Saint-Laurent przez pryzmat zgromadzonych przez niego dzieł sztuki, w oczach tych, którzy go kochali i w strojach, które stworzył. Tak oto prezentował się pomysł na ten dokument. Nie jest to najoryginalniejsze podejście do filmu biograficznego, co wcale nie znaczny, że jest to podejście złe.


To, że formuła filmu się sprawdza, to w dużej mierze zasługa Pierre'a Bergégo. Jest on wymarzonym narratorem: erudytą o barwnym języku i bogatym zestawie anegdot. Już jako słuchowisko ten projekt wzbudzałby zainteresowanie. Jednak uwagom Bergégo towarzyszą też wspomnienia innych osób znający Saint-Laurenta okraszone ciekawie zmontowanymi materiałami archiwalnymi.

Czy dowiedziałem się czegoś nowego na temat tego, kim był ten słynny kreator mody? Wątpię. Trochę szkoda, że twórcom nie udało się przedrzeć przez maski, za którymi skrywał się Yves Saint-Laurent. Z drugiej strony jego życie, nawet w tak pobieżnym katalogu faktów, wciąż jest fascynujące.

Ocena: 6

Scena del Crimine (2010)

"Miejsce zbrodni" to próba spojrzenia na problem przestępczości w Neapolu z każdego punktu widzenia. Mamy więc opowieści małolatów odsiadujących wyroki w więzieniu, kadetów ze szkoły policyjnej, specjalistę od badania scen zbrodni i starego złodziejaszka odbywającego karę w areszcie domowym.


Mimo ciekawie prowadzonej narracji, dokument jest bardziej eksperymentem formalnym niż nowym głosem w starej dyskusji. Pod artystyczną zabawą obrazami kryje się stara jak świat myśl, że zbrodnia idzie w parze z brakiem pieniędzy (i perspektyw na ich zarobienie) i brakami w edukacji. Trochę mnie ta pozytywistyczna propaganda irytowała, bo przez formę czułem się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi gorzkie lekarstwo mieszając je z przyjemnym daniem. Wolałbym, żeby twórcy byli szczerzy i nie bawili się w podchody.

Kilka sekwencji było jednak całkiem ciekawych.

Ocena: 6

Space, Land and Time: Underground Adventures with Ant Farm (2010)

Ciekawe spojrzenie na architekturę, bardzo odbiegające od powszechnego o niej pojęcia. Zamiast solidnych budowli na ekranie widać głównie projekty nadmuchiwane powietrzem. Bliżej im do artystycznych performance'ów. W polskich realiach blokowisk czy też współczesnego bezguścia to, co widać na ekranie może szokować.


Sam film to typowa sentymentalna podróż do przeszłości, kiedy dzisiejsi dziadkowie i babcie byli łamiącymi reguły młodzieniaszkami pełnymi wizji i zapału, by zmieniać świat. Jak się okazuje rewolucja lat 60 nie ograniczała się tylko do seksu, muzyki, kina i literatury.

Ocena: 6

czwartek, 5 maja 2011

Fast Five (2011)

"Szybcy i wściekli 5" mają tyle wspólnego z kinem, co wrestling z zapasami. I właśnie dlatego film ten okazał się tak wielkim sukcesem w Stanach.


Całość jest przerysowana, sztuczna, spreparowana bez patrzenia na logikę. Wszystko to tylko w jednym celu: dostarczenia rozrywki. Wysokooktanowy testosteron wycieka z ekranu czy to w scenach pościgów czy to bójek z matką wszystkich walk pojedynkiem Rocka i Diesela na czele.

Jako czysta, odmóżdżająca rozrywka, "Szybcy i wściekli 5" spisują się doskonale. Jednak w tym przedziwnym gatunku było sporo lepszych tytułów, jak choćby "Pirania 3D" czy tegoroczna "Piekielna jazda". W porównaniu do nich gorzej spisują się aktorzy. Tam idiotycznie zabawne dialogi wypowiadane były z naturalnością, tu wszystko jest sztywne, jak w filmach porno.


Dużym plusem filmu jest za to soundtrack pełen rytmów brazylian funk.

Ocena: 6

wtorek, 3 maja 2011

La journée de la jupe (2008)

Ach, ach, ach! Jaka szkoda, że film nie został zrobiony technicznie odrobinę lepiej. Wtedy byłoby arcydzieło. A tak jest tylko film bardzo dobry ze znakomitym pomysłem.

Dzień jak co dzień w publicznej szkole, w której rodowitymi Francuzami są jedynie nauczyciele (i to nie wszyscy). Za to uczniami są przede wszystkim muzułmanie, dzieci emigrantów. Nauka nic ich nie obchodzi. Nauczycieli nie szanują, podobnie jak i siebie nawzajem. Żyją zgodnie z kodeksem moralnym islamu, tyle tylko, że prawie nic o nim nie wiedzą, zatem ich kodeks jest mocno wypaczony. Tego dnia jednak ignorowane punkty zapalne eksplodują, kiedy sfrustrowana nauczycielka zupełnie przypadkiem stanie się właścicielką pistoletu i dziewięciu nieletnich zakładników.


Pod przykrywką pozytywistycznej ramotki, autor "Pokolenia nienawiści" (ktokolwiek wymyślił ten tytuł musi być rasistą, który nic z filmu nie zrozumiał) zadaje niezwykle ważne pytania o współczesną Francję, "konflikt kultur", rolę edukacji. Jego diagnoza jest ostra i to dla każdej ze stron. Lilienfeld nie zostawia suchej nitki na polityce przymusowej laicyzacji życia publicznego pokazując to jako źródło konfliktów oraz zaniedbań zwłaszcza jeśli chodzi o obronę praw obywatelskich kobiet. Bezwzględnie rozprawia się też z emigrantami oskarżając ich o zamykanie się w gettach, hołubienie średniowiecznym zasadom moralnym, a raczej podwójnym normom moralnym oraz rasizm usprawiedliwiany tym, że sami są dyskryminowani.

Ponury obraz społeczeństwa kreśli Lilienfeld, jeśli jedyną nadzieję można uzyskać tylko poprzez przemoc i śmierć. Całość robi piorunujące wrażenie i gdyby nie teatralny styl kręcenia zdjęć i pewna sztuczność w grze aktorskiej byłby to film, któremu nic nie mógłbym zarzucić.

Ocena: 8

Case 39 (2009)

Horrory i filmy SF, zwłaszcza te klasy B, zawsze były świetnym probierzem tego, co we współczesnej cywilizacji piszczy, jakie są zbiorowe lęki, fobie, niepokoje. Ciekawe, że w pierwszej dekadzie XXI wieku powstało sporo filmów, w których zło przybiera niewinną postać dziecka. Jeszcze ciekawsze, że większość z tych produkcji okazała się klapami finansowi. Zatem jak to jest? Czy twórcy horrorów trafili na lęk tak przerażający, że nawet kinowe katharsis budzi obawę? To ciekawe pytanie, które mogłoby się stać zaczątkiem pracy badawczej dla psychologa lub socjologa. W pracy tej obok "Joshui", "Sieroty", "Children" można byłoby wykorzystać i "Przypadek 39".


Na najnowszy film Christiana Alvarta można też spojrzeć jak na obraz udowadniający wyższość chrześcijaństwa nad ateizmem. Aniołeczek z piekła rodem ma w tym filmie na imię Lily. Jednak w jednej ze scen nazywana jest inaczej – Lilith. Lilith to rzecz jasna imię pierwszej kobiety, powstałej tak jak Adam z gliny, a więc równej pod każdym względem mężczyźnie. Nie chciała poddać się woli Adama i została odrzucona, zastąpiona zrobioną z żebra Ewą. Tak więc to całkiem zabawne, że Lilith jest bohaterką filmu i że cierpi na syndrom odrzucenia, który "każe" jej wybierać coraz to nowych potomków Adama i Ewy, by się na nich symbolicznie mścić za to, że nie była kochana.

I tu pojawia się chrześcijaństwo. Religia ta, poprzez instytucję egzorcysty daje ofierze nadzieję na ratunek i normalne życie. Nie zawsze egzorcyzm się udaje, ale przynajmniej jest jakaś szansa. Tymczasem z pozycji ateisty w przypadku zetknięcia się ze zjawiskiem, którego nie jest w stanie racjonalnie ogarnąć, rozwiązanie jest tylko jedno – zniszczenie. Dla Lily nie ma więc żadnej szansy na normalność. Może albo zostać zabita albo zabić tych, którzy jej szkodzą. Co więcej Alvart pokazuje, że ateizm jest postawą samolubną. Emily nie poświęca siebie, żeby kogokolwiek uratować, nawet próba samobójcza jest de facto pozorowana. Ale to nie powinno dziwić, skoro bowiem nie ma innego życia poza tym tu i teraz, przetrwanie za wszelką cenę jest imperatywem najwyższego rzędu. Tymczasem egzorcysta jest w stanie poświęcić siebie, jeśli w ten sposób szanse na uratowanie ofiary opętania się zwiększają. (Oczywiście nie mówię tu prawdziwym świecie, a jedynie o rzeczywistości filmowej).

Ocena: 6

Ps. Jodelle Ferland sprawdziła się w roli Lily. Jest zarazem słodziutka i przerażająca. Czapki z głów.

poniedziałek, 2 maja 2011

Flammen & Citronen (2008)

Madsen powinien pozostać przy filmach Dogmy, to mu znacznie lepiej wychodziło, niż przypominanie prawdziwej historii z czasów II Wojny Światowej. "Podziemny front" to jeden wielki festiwal zmarnowanej szansy.


Historia Flammena i Citronena jest naprawdę fascynująca. Byli oni członkami partyzanckiej grupy walczącej z nazistami i duńskimi kolaborantami. Byli ludźmi od mokrej roboty. Jednak w pewnym momencie sprawy zaczynają się komplikować. Okazuje się, że szef komórki oszukiwał swoich członków, a wręcz sam mógł mieć niejasne konszachty z kolaborantami i wykorzystuje Flammena i Citronena do wykańczania niewygodny świadków. A może szef jest niewinną ofiarą insynuacji, których źródłem jest urocza kobieta-szpieg mogąca grać na dwa albo i trzy fronty?

Ta zawiła intryga zaciska się wokół bohaterów. Mógł to być naprawdę fascynujący film. Tymczasem w wersji Madsena jest to jakiś romantyczny bełkot pełen sentymentalnych frazesów. Całość prowadzona jest w tempie zamyślonego żółwia. Trudno się tym wszystkim przejmować, kiedy każda scena jest niemiłosiernie wręcz rozciągnięta w czasie.

Madsen zmarnował fantastyczny temat na film i ciężko jest mi się z tym faktem pogodzić.

Ocena: 3

niedziela, 1 maja 2011

The Stepfather (2009)

Doskonałość. Któż nie chciałby mieć idealnej rodziny z kochającym ojcem/mężem, troskliwą matką/żoną i gromadką rozkosznych urwisów, które tak naprawdę są aniołkami? Takie rodziny znajdziemy jednak tylko w serialach z lat 50. W rzeczywistości nikt nie jest doskonały, każdy kiedyś nas rozczaruje. Ci zaś, którzy tego nie potrafią zaakceptować, którzy pomimo wszystko wierzą bądź pragną ideału, dzielą się na dwie grupy: ofiary raz za razem odzierane ze złudzeń i sprawców, którzy przemocą odpłacają za rozczarowania.


David Harris nie istnieje. Noszący to nazwisko mężczyzna jest enigmą. Nic o nim nie wiemy. Skąd pochodzi, jaką ma przeszłość. Nie trudno jednak napisać jego tragiczną biografię. Cokolwiek przeżył w przeszłości (zapewne w dzieciństwie) pozostawiło po sobie gigantyczną, wciąż broczącą ranę na psychice. Ranę, której nie jest w stanie wyleczyć. Dlatego też próbuje ją zignorować, zapomnieć o niej. Dlatego wymazał swą przeszłość. Dlatego liczy się dla niego tylko przyszłość, która będzie idealna, jak z obrazka. On będzie głową rodziny, a wokół niego zgromadzi się żona i dzieci. By zrealizować swe marzenie, będzie kłamał, przymilał się, grał ideał faceta, którym nie jest, który tak jak wszystko inne jest jedynie jego wyobrażeniem o tym, jak prawdziwy mężczyzna w idealnym domu powinien się zachowywać. Ma urok i zmysł drapieżcy (zapewne także wyrobiony przez lata prób przetrwania) i łatwo znajduje kolejne samotne matki (wdowy bądź rozwódki).

Przez chwilę wszystko jest idealnie. Być może nawet David sam siebie przekonuje, że tym razem to nie jest iluzja. A jednak życie oparte na kłamstwie, jest jak dom zbudowany na ruchomych piaskach. Prędzej czy później musi się rozpaść. Albo David nie wytrzyma i brocząca rana sprawi, że na chwilę się zapomni i popełni błąd, który wzbudzi podejrzenia. Albo też inni zachowywać się będą niezgodnie z rolami w jakich ich obsadził. Niczym samospełniające się proroctwo David zawsze doprowadza do tego samego, krwawego końca. Rozczarowanie, które trzeba ukarać. A ponieważ nie może ukarać siebie, cenę muszą zapłacić inni...

Taki właśnie powinien być "Ojczym" nowego tysiąclecia. I elementy tej historii w filmie Nelsona McCormicka rzeczywiście się znalazły. Niestety całość zrealizowana została zgodnie z hollywoodzką filozofią remaków. Liczy się sama idea remake'u, a nie fabuła filmu. Stąd całość jest straszliwie powierzchowna. Zamiast być spójną, autonomiczną historią, mamy do czynienia z patchworkiem pozlepianym ze scen z różnych obrazów. I to nie tylko z oryginału, ale też z filmów Hitchcocka, z "Utalentowanego pana Ripleya", "Podglądacza" i wielu, wielu innych.

A szkoda, bo twórcy całkiem dobrze dobrali obsadę. Dylan Walsh znakomicie odnalazł się w roli seryjnego zabójcy. Jest zarazem czarujący i złowieszczy, niewinny i perwersyjny. Jak choćby w scenie, w której rozmawia z Kelly (Amber Heard). Jedno spojrzenie i nagle dziewczyna czuje się, jakby była naga. Sela Ward idealnie nadawała się do roli kolejnej ofiary. A Penn Badgley okazał się świetną ułagodzoną wersją głównego bohatera, przez co potrafił go wyczuć i stanąć do walki, choć nie bardzo wiedział, skąd się biorą jego złe przeczucia.

Końcowa walka rozczarowała. Zabrakło w niej dreszczyku emocji, ale w horrorze PG-13 o to bardzo trudno.

Ocena: 6