czwartek, 30 czerwca 2011

Larry Crowne (2011)

"Larry Crowne" to urocza komedyjka, w której zapewne zakochałbym się na zabój, gdyby nie jej gwiazdy Tom Hanks i Julia Roberts. Jest mi niezmiernie przykro, że muszę to powiedzieć, ale niestety taka jest prawda: ani Hanks ani Roberts nie pasują do tego filmu. I to wcale nie dlatego, że źle grali, ale dlatego, że nie byli w stanie wykroczyć poza swoje emploi.


I Hanks i Roberts czarują widzów sztuczkami, na które nabieraliśmy się już 20 lat temu. Hanks jak zwykle jest nieco ciapowatym facetem z sąsiedztwa, a Roberts urzeka nas swoim szerokim uśmiechem i doskonałą figurą. Wciąż mają w sobie ten ekranowy czar. Tyle tylko, że "Larry Crowne" go nie potrzebował, a wręcz przeciwnie, zrobiło to więcej szkody niż pożytku. A to dlatego, że Hanks i Roberts swoją grą przywodzą na myśl ich największe przeboje, a zatem kino wielkich hollywoodzkich wytwórni. Tymczasem "Larry Crowne" to 100-procentowe kino niezależne. A te komedie rządzą się swoimi własnymi prawami.

(Gugu Mbatha-Raw)

Przez Hanksa i Roberts miałem poczucie rozdwojenia jaźni. Oni grają jak w rasowym hicie, podczas gdy cała reszta gra w skromnym klejnocie. I to właśnie elementy niezależnego kina najbardziej mi się spodobały: otwarta Talia czy lider gangu skuterowego Dell. Osobną historią jest postać Matsutaniego. George Takei jest FE-NO-ME-NAL-NY. Każda scena z jego udziałem to bezcenna perełka. Nic dziwnego, że jedna z asteroid została ochrzczona jego nazwiskiem.

W filmie spodobało mi się też i to, jak potraktowano poprawność polityczną. Ot choćby taki drobny fakt, że bankructwo, utrata pracy dotyka tu jedynie białych. Inne nacje prosperują całkiem udanie.

Ocena: 6

środa, 29 czerwca 2011

Kærlighed på film (2007)

Choć polski tytuł nie jest może tak przewrotny jak oryginalny, to przynajmniej nie kłamie. To rzeczywiście jest zupełnie inne love story. Głównie dlatego, że miłość w tym filmie jest grą, w którą grają Hypnos z Tanatosem.


Film rozpoczyna się od trzech scen, zwanych miłosnymi. Ale dwie z nich z romantycznym wizerunkiem miłości nie mają nic wspólnego. W pierwszej kobieta (żona) rozpacza nad zabitym mężem, w trzeciej kobieta strzela do mężczyzny. Rozdziela je scena prozaicznego pożycia małżeńskiego. Dalszy ciąg tworzy konstrukcję, która pokazuje, że miłość jest iluzją, fikcją zawieszonej w próżni, poza granicami realności. Jonas przyjmuje tożsamość Sebastiana, by stać się idealnym partnerem dla pozbawionej pamięci Julii, ofiary wypadku samochodowego. Tyle tylko, że jego Sebastian nijak ma się do prawdziwego Sebastiana. Tamten nie jest w żadnym razie tym romantycznym, tragicznym bohaterem wielkich melodramatów, a autodestrukcyjnym draniem, choć wszyscy przekonają się o tym na końcu. Z kolei Jonas jako Sebastian bardo przypomina siebie z normalnego życia, tylko kobieta u boku jest inna.

Iluzja, zaślepienie uczuciem, pozory niemające nic wspólnego z rzeczywistością i cena, która jest jak najbardziej realna. Oto WNM. Ole Bornedal masakruje współcześnie obowiązujący popkulturowy paradygmat miłości, odsłaniając jego niszczycielską siłę. Już z pierwszych scen skonstruował wagę, w której najistotniejszym elementem jest rutyna i harmonia codzienności. Wszelkie dewiacje, odstępstwa od punktu równowagi kończą się tragicznie.

"Zupełnie inne love story" to jednak nie tylko intrygujące przesłanie, ale też ciekawa forma. Zwłaszcza na początku reżyser robi wszystko, by zatrzeć granice pomiędzy jawą a snem. Gra z oczekiwaniami widza, z "oczywistymi" (zdawałoby się) konstrukcjami, raz za razem wyprowadzając nieuważnego widza w pole. Ta twórcza zabawa bardzo przypadła mi do gustu.

Ocena: 7

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Map of the Sounds of Tokyo (2009)

"Mapa dźwięków Tokio" udowadnia, że całość potrafi być czymś mniej niż wynikałoby to z sumy poszczególnych elementów. Wiele rzeczy w filmie mi się spodobało, a jednak koniec końców nie potrafię go pozytywnie ocenić.


Podobało mi się to, że śmierć jest tu żeńskim atrybutem, a życie męskim.

Podobało mi się to, że przez postać nagrywającego dźwięki "Mapa..." jest de facto przewodnikiem po tym, jak oglądać filmy reżyserki. On, tak jak my obserwuje całą historię z boku, ale odpowiednio się w nią angażuje. Jeśli ktoś miałby kłopoty ze zrozumieniem filmu Coixet, to dzięki tej postaci dostaje wskazówki, jak się zachować, jak interpretować, co czuć.

Podobało mi się to, że Ryu dba o groby zabitych.

Podobał mi się morał filmu, by nie wkładać palców między uda obcej kultury, bo się można tylko sparzyć.

Podobały mi się zdjęcia to, że Coixet wraz z operatorem zrezygnowali z typowych widoczków Tokio zamiast tego pokazując japońską stolicę z zupełnie innej perspektywy.

Podobał mi się pomysł na hotel schadzek, na sceny ciszy na cmentarzu, na zachodnie standardy muzyczne śpiewane po japońsku. Podobała mi się nawet parasolka dla psa.

Cały film niestety wydał mi się pretensjonalny i zbytnio wystylizowany przy jednoczesnym trzymaniu się konwencji bardzo realistycznych zdjęć. Ten kontrast nie został dobrze wygrany, a przynajmniej na mnie nie zadziałał.

Ocena: 5

Ewa (2010)

Sikora jest kolejnym polskim operatorem, któremu wydaje się, że może zostać reżyserem. Cóż, pracując z polskimi reżyserami, o takie przekonanie nietrudno. Jednak przy tak nisko zawieszonej poprzeczce nawet jeśli zrobiłby film lepszy, to i tak byłby słaby. Sikora jednak lepszego filmu nie zrobił.


"Ewa" idealnie wpasowuje się do pojęcia "polskiego kina" tak, jak je definiuje festiwal w Melbourne (kto nie wie, niech zobaczy tutaj). Jest ponuro, bidnie, a potem jest już gorzej. Górniczy Śląsk. On bez pracy, ona bez pracy, a żyć trzeba. Ona najmuje się jako sprzątaczka u bogatej baby, która okazuje się lokalną burdelmamą. Pół godziny później nasza bohaterka już jest dziwką.

Rzygam już tymi nieprowadzącymi donikąd opowieściami o biedzie i kurestwie. Sikora markuje osobisty dramat, podczas gdy jest to pozytywistyczna agitka. Tyle tylko, że poza pokazaniem "jak jest" Sikora nie ma żadnego pomysłu. Nie rozwiązuje problemu, nie daje żadnej diagnozy. Rzecz kończy sięw punkcie wyjścia tak, że w zasadzie ma się wrażenie, jakby filmu w ogóle nie było. Dlatego też tak bardzo swego czasu podobał mi się "Benek". Przy wszystkich swoich wadach był to jednak film, który wychodził poza wąskie mury polskiego filmowego getta.

"Ewa" ma kilka fajnych momentów. Scena z agentem to chyba najlepsza rzecz, jaką zobaczyłem. Na początku ciekawość wzbudza również sam język bohaterów. Ale po chwili wrażenie nowości znika i pozostaje historia, a ta jest tak mizerna ja rosół z wychudzonego gołębia. Na to nakładając się kłopoty techniczne. Gdyby nie angielskie napisy część dialogów by mi zupełnie umknęła. Są bowiem tak cicho nagrane, że nic nie słychać.

Ocena: 4

niedziela, 26 czerwca 2011

Screen Test (2007)

W tej krótkometrażówce nie dzieje się znów tak wiele, bym się mógł rozpisać. Widać w niej tę samą tendencję do inscenizowania i jednoczesnego odrealniania prezentowanych zdarzeń, którą reżyser rozwinął później w pełnym metrażu ("Strapped").


Tutaj udało mu się fajnie zbudować napięcie pomiędzy dwójką głównych bohaterów, które nabiera intensywności, kiedy "pretekst" trwa i trwa. Jedno zdanie, które wypowie pod koniec Alex Conde - bezcenne.

Ocena: 6

Strapped (2010)

Kiedy poznajemy w pierwszej scenie bohatera filmu, najlepiej pasującym do niego imieniem jest Nemo. Jest idealnym Nikim, definiowanym jedynie przez swą funkcję – męskiej dziwki. W zależności od tego, z kim jest, taką przybiera formę. Każdy z klientów narzuca mu kształt, który jemu daje ukojenie. Nemo dostaje pieniądze, które niczym pole siłowe mają go chronić przed bliskością.


A jednak, choćby nie wiem jak bardzo się starał, nie pozostaje nietknięty. Każde spotkanie, każda interakcja odciska na nim piętno, zamraża część formy w konkretnym kształcie. Nemo, który jeszcze na początku twierdzi, że lubi przygodę, przypadkowość swoich spotkań, zaczyna być coraz bardziej samoświadomy. Wraz z tym zmianie ulega percepcja jego własnej egzystencji. Już nie jest do końca Nikim, a im bardziej jest Kimś, tym bardziej jego dotychczasowy styl życia jawi mu się jako błądzenie w labiryncie. Aż w końcu jego forma konsoliduje się. Już nie jest męską dziwką. Teraz on też ma pragnienia. Odnalazł drogę wyjścia z labiryntu, a zarazem swe miejsce w świecie.

"Strapped" choć niby rozgrywa się konkretnym miejscu, w rzeczywistości przypomina jedną z onirycznych przypowieści. Całości bliżej jest do off-broadwayowskiego przedstawienia, ale w tym przypadku nie jest to wada. Reżyserowi udało się stworzyć klimat, który przypomina mi obrazy Jarmana i Greenawaya: inscenizowane a jednocześnie odrealnione. "Strapped" można traktować jako alegorię dorastania jako gej (a może w ogóle jako człowiek): zagubieni w labiryncie cielesnych namiętności, możemy się z niego uwolnić tylko jeśli uda nam się nawiązać rzeczywistą relację z drugą osobą.

Symbolika filmu jest może zbyt prosta. Końcowy morał zbyt naiwny i konserwatywny. Jednak nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze dzieła. Jeśli jest coś, nad czym reżyser naprawdę powinien popracować, to jest to sztuka montażu i wizualna wrażliwość. Zdjęcia pozostawiają sporo do życzenia. Kilka kadrów został dobrze skomponowanych, ale były to wyjątki.

Ocena: 7

Kvinden der drømte om en mand (2010)

Wariacja na temat baśni o Małej Syrence Andersena. U Pera Flya nie jest to jednak historia wzniosłego uczucia, czystego i pozbawionego egoizmu, a wręcz przeciwnie: obsesji mrocznej i prowadzącej do całkowitego zatracenia. Fly zachowuje się jak Kaj, bohater innej z baśni Andersena, któremu dostał się do oka odłamek zwierciadła, wypaczający wszystko, co widzi z iluzji czyniąc rzeczywistość, prawdę zaś zafałszowując.


Pomysł skrzywienia andersenowej baśni, nadania jej mrocznych, wręcz chorobliwych akcentów, nie był sam w sobie zły. Fiksacja K. "polskim księciem" to miłość do wyobrażenia, mężczyzny ze snu, który tak się składa, że ma swój odpowiednik w realnym świecie. Lecz prawdziwy mężczyzna nie jest księciem, o czym boleśnie K. się przekona. Scena z nożem, na schodach, kiedy K. jest o krok od zabicia księcia, to najlepsze odniesienie do baśni w całym filmie.

Niestety Fly nie potrafił wykorzystać pomysłu. Postać K. przekracza granice groteski. Przez to "Kobieta, która pragnęła mężczyzny" zaczyna przypominać nieudolną satyrę na kino kobiece spod znaku Catherine Breillat. Nie do końca też rozumiem, dlaczego reżyser postanowił tak bardzo oszpecić Dorocińskiego, który wygląda jak pijak będący jedną nogą w grobie, a nie jak kobieciarz, który uwodzi jedną kobietę za drugą.

Za dużo w tym filmie sztucznej histerii, za mało prawdy o kobiecej psychice.

Ocena: 5

sobota, 25 czerwca 2011

Street Fighter: The Legend of Chun-Li (2009)

Gdyby wyciąć wszystkie sceny z Chrisem Kleinem i (piszę to z ciężkim sercem) Moon Bloodgood, to "Legenda Chun-Li" nie byłaby znów takim złym filmem. Owszem, Bartkowiak jest kiepskim reżyserem i straciłby życie, gdyby zależało ono od nakręcenia sceny, w której kobiety miałyby wyglądać naprawdę uwodzicielsko (koszmarna sekwencja z dyskoteki), ale mimo to widać, że czuje on sceny akcji.


"Legenda Chun-Li" idealnie sprawdziłaby się w epoce VHS-ów. Prosta fabuła, tępe dialogi i akcja, która z wiarygodnością czy logiką ma niewiele wspólnego, to podstawowe "zalety" tego obrazu. Na chwilę odmóżdżeni nadaje się w sam raz. A że nie jestem ogólnie fanem "StreetFightera", więc kompletnie zignorowałem porównania do gier.

Ocena: 5

S.W.A.T.: Firefight (2011)

Stuprocentowo męskie kino. I jako takie jest całkiem udane. Powiedziałbym wręcz, że pozytywnie mnie zaskoczyło. Spodziewałem się trzeciorzędnego badziewia, a tymczasem "Miasto w ogniu" to solidna porcja męskich rywalizacji nieźle zmontowana i zaprezentowana.


Oczywiście w momentach, w których trzeba pokazać emocje, zawiązywanie się międzyludzkich relacji, film ponosi totalną porażkę. Ale to też jest zgodne ze wzorem męskiego kina. Na plus zaliczam Gabriela Machta, który zagrał jedną ze swoich najlepszych kreacji.

Ocena: 6

Skin (2008)

"Skin" to wyraziste studium słabości i zniewolenia, od którego nie ma ucieczki. Frankie żyje w cieniu holokaustu, cienia, z którego nie wyszedł jego ojciec. Kiedy matka zapada na chorobę nowotworową, Frankie czuje przemożny ból i bezsilność, z którą nie potrafi sobie poradzić. Ojciec, który sam jest równie bezsilny, staje się dla niego symbolem bezwolności, na którego przerzuca swą własną słabość i odtrącając go może tworzyć iluzję siły. Jednak ból duszy może zagłuszyć tylko ból fizyczny. Stąd Frankie popada w spiralę chaosu, dając się wciągnąć w neonazistowską subkulturę skinheadów. Nie oferują mu oni prawdziwego rozwiązania, lecz chwile zatracenia, gdy wdając się w bijatyki, gdy będąc samemu obijanym na prawo i lewo, nie czuje bólu i własnej zdrady. Destrukcyjna pochylnia spycha go jednak coraz bardziej w otchłań zniewolenia, na co z taką pogardą patrzył. Im bardziej się szamocze, tym bardziej przypomina ojca, ofiarę obozu koncentracyjnego, który choć przeżył nigdy tak naprawdę się nie uratował.


"Skin" to także przekonujące studium nazizmu i innych ideologii nienawiści. Wyrastając z bólu, żywiąc się słabością, jest niczym morfina. Zagłusza cierpienie i daje iluzję siły. Jednak tak jak morfina nie leczy nowotworów, tak i nazizm nie daje prawdziwej siły. A z czasem potrzeba coraz silniejszej dawki, by zagłuszyć ból. W tym tkwi urok totalitaryzmu i jego pułapka. Obiecując siłę w masie, lojalność i wsparcie, patroszy nas z wszystkiego co ludzkie, zostawiając skorupę wyrzucaną na śmietnik życia.

Przegrany zawsze pozostanie przegranym, nawet jeśli po drodze wydaje mu się, że zdobył kontrolę. Hanro Smitsman nakręcił bardzo ponury film. Nie wskazuje on żadnego pozytywnego rozwiązania. Dla głównych bohaterów zdaje się nie być ratunku. Nie wydobędą się z padołu łez, mogą jedynie wybrać rodzaj cierpienia.

W całym filmie słaba jest tylko końcówka, zbyt symboliczna, a przez to eskapistyczna. Codzienność jest o wiele okrutniejsza niż nawet tak bolesna droga wyjścia, jak ta, na którą wstąpił Frankie.

Ocena: 7

piątek, 24 czerwca 2011

Lymelife (2008)

Ogólnie jestem fanem niezależnego amerykańskiego kina, jednak "Sezon na kleszcza" mocno mnie rozczarował. W swojej formie jest to czysty ekstrakt niezależności, encyklopedyczna definicja w pełnej chwale quirkiness. Dziwaczni bohaterowie balansujący na granicy groteski i normalności, rodzinne problemy, które w ciszy nabierają tragicznych rozmiarów i drobnostki dostarczające szczęśliwych chwil. To wszystko zostało tu wykorzystane w sposób perfekcyjny. Jednak na mnie zrobiło wrażenie pozoranctwa, napuszonej egzaltacji. Nie zauważyłem w "Sezonie na kleszcza" prawdziwej historii. Zamiast tego widziałem bohaterów, którzy po prostu wypełniają formę. Trudno jest mi się ekscytować tą pustką.


Żal mi jest jedynie aktorów. Rory Culkin czy Timothy Hutton zagrali tu całkiem nieźle. Szkoda więc, że marnują się jako nadzienie.

Ocena: 4

środa, 22 czerwca 2011

The Dilemma (2011)

Oh boy, what a mess! Kiedy śledziłem informacje na temat tego filmu nadchodzące ze Stanów, często pojawiała się uwaga, że tamtejsi widzowie zrezygnowali z obejrzenia komedii po "gejowskim" dowcipie. Ci, którzy tak twierdzą, szukają po prostu łatwego kozła ofiarnego. W rzeczywistości sprawę spartolił Ron Howard tworząc pobojowisko, z jakim może się równać jedynie osiedlowy trawnik obok blokowiska tuż po roztopach.


"Sekrety i grzeszki" miało być historią nie tak już młodego mężczyzny, który boi się małżeństwa. Jednak pod wpływem przykładu związku jego najlepszego przyjaciela gotów jest w końcu zadać sakramentalne pytanie. I wtedy odkrywa, że małżeństwo kumpla to bagno bez dna. On chodzi na erotyczne masaże ze szczęśliwym zakończeniem, ona umawia się z przystojnym przygłupem, by nie czuć się samotną. To rzecz jasna wywraca do góry nogami świat bohatera, ale w ostatecznym rozrachunku każe mu odrzucić nierealistyczne wyobrażenie o małżeństwie, pogodzić się z realiami i dorosnąć do oświadczyn.

Tak powinno być. Zamiast tego dostałem krzywo pozszywane sceny rodzajowe z co najmniej dwóch zupełnie do siebie nieprzystających filmów. Chaos, bałagan i brak konsekwencji. Podstawowa historia wcale nie jest znów tak zabawna, ale wyraźnie widać, że Howard chciał ją uczynić bardziej slapstickową. Powsadzano więc sporo kompletnie bezsensownych skeczy. Chwyt okazał się nieskuteczny. Brak zdecydowania co do tonu historii rozpoczął cały ciąg błędów i zaniedbań, których rezultatem końcowym jest egzamin z survivalu. Naprawdę trzeba nieźle się namęczyć, by powstrzymać się od wyskoczenia oknem i zakończenia męki, jaką jest seans "Sekretów i grzeszków". Jak Howard mając tak utalentowaną obsadę mógł nakręcić taki gniot, tego chyba nigdy nie pojmę.

Ocena: 2

wtorek, 21 czerwca 2011

Cea mai fericită fată din lume (2009)

Tak właśnie powinien wyglądać "Maraton tańca". Starcie prowincji z metropolią jako przypowieść o bezwzględnym kapitalizmie, gdzie wszystko jest definiowane przez zysk, korzyść i chciwość.


"Najszczęśliwsza kobieta na świecie" to chyba najbardziej socjalistyczny film, jaki widziałem w ostatnich latach. Na przykładzie młodej dziewczyny, która z prowincji przyjeżdża do Bukaresztu, by nagrać reklamę jak odbiera wygrany w promocji napoju gazowanego samochód, pokazano bezwzględność obecnego systemu gospodarczego. Scen wyzysku dziewczyny przez korporację sponsorującą nagrodę można się było spodziewać. Jednak w tym filmie wszystkie relacje mają charakter biznesowy. Oto rodzice próbują za wszelką cenę zmusić dziewczynę, by zgodziła się na sprzedaż samochodu, a pieniądze przekazała im. Wśród argumentów, jakimi ją zarzucają, czołowe miejsce zajmują te, jak to wydawali na jej wychowanie i opiekę pieniądze, zatem jest im sporo dłużna i samochodem może im ten dług spłacić. Dziewczyna samochód chciałaby zatrzymać. Jednak wcale nie dlatego, że jej się jakoś szczególnie podoba, lecz by zrobić wrażenie na kolegach i koleżankach z klasy, od których czuła się gorsza. Posiadanie nowiutkiego samochodu pozwoliłoby jej awansować w drabinie społecznej.

Choć jest tu wiele scen, z których można się śmiać. Całość ma gorzki wydźwięk. Reżyser pozbawia nas złudzeń surowymi zdjęciami, naturalistyczną formą przekonując o prawdziwości systemowej diagnozy, jaką nam oferuje.

Ocena: 6

niedziela, 19 czerwca 2011

Be Kind Rewind (2008)

"Ratunku! Awaria" wywołał we mnie mieszane uczucia. Mam nieodparte wrażenie, że Gondry tym razem utknął gdzieś w połowie drogi próbując uczynić swój film przypowieścią na zbyt wiele tematów na raz.


To, co spodobało mi się najbardziej, to czar amatorskiego kina, jaki roztacza Gondry nad swoimi bohaterami. To są prawdziwi pasjonaci X Muzy, choć większość z nich nie ma o filmie zielonego pojęcia. To, co robią, czynią głównie z konieczności chwili, ale po drodze odkrywają prawdziwą magię, jaka kryje się we wspólnym tworzeniu dzieła filmowego. Jego jakość, artystyczne wartości czy warsztat techniczny nie ma znaczenia, to rzecz o pasji i naiwności, której przeciwstawiony jest cyniczny, nastawiony na biznes przemysł filmowy.

I w tym właśnie momencie Gondry się zatrzymał. A nawet częściowo zdradza bohaterów, którzy przecież niczego złego nie robią, którym reżyser zdaje się kibicować. Jednak wielkie studia, choć pokazane są jako bezduszny moloch, to jednak widać uległość Gondry'ego i przyznanie racji ich argumentom. Obiektywnie może i mają rację, ale w tym filmie, przy tej postawie, którą wcześniej reżyser prezentuje, trudno nie uznać tego za cios w plecy. Końcówka jest próbą załagodzenia złego wrażenia, ale mnie nią nie kupił.

Ocena: 6

Solace (2007)

Film o samotności u boku drugiej osoby. Aby być z ukochanym Brett gotowy jest na szaradę, w której nie tylko on cierpi. Gra w intymność nigdy nie toczy się bez ofiar. Jednak, kiedy miłość wchodzi w grę, bezwzględność staje się drugą naturą.


I tylko na koniec słowo "Solace" i ostatnie zdanie wypowiedziane przez Bretta zdają się stawiać pytanie: Czy poświęcenie w imię miłości naprawdę daje ukojenie? Z drugiej strony czy lepszy rydz niż nic?

Ocena: 6

Role/Play (2010)

Po niezłym "Make the Yuletide Gay" pomyślałem, że sięgnę po kolejny film Roba Williamsa. Cóż tym razem nie spełnił moich (niezbyt wysokich) oczekiwań. "Role/Play" sprawiał na mnie wrażenie filmu zrobionego na szybko, w amatorskich warunkach, jakby reżyserowi tak bardzo zależało na realizacji filmu, że zamiast poczekać i zrobić to porządnie (ryzykując, że do realizacji może w ogóle nie dojść), po prostu postanowił film nakręcić.


"Role/Play" przypomina "W łóżku" czy jego lesbijską wersję "Room in Rome" tym, że jest to w zasadzie spotkanie dwojga osób w jednym pokoju, którzy dyskutują, kochają, poznają się, odkrywają przed sobą sekrety. Niestety o ile w "W łóżku" rzecz rozgrywa się w ciągu jednej nocy, o tyle Williams wszystko wydłużył, co rozwodniło intensywność interakcji. Pozostaje gadka szmatka, która choć ciekawa w innym kontekście, tutaj jest zbyt sucha. Jakbym zamiast filmu o dwóch duszach stojących na rozdrożu, oglądał zdjęcia z ćwiczeń klubu dyskusyjnego. Czasem argumentacja okazywała się ważniejsza (i ciekawsza) niż emocje i relacje interpersonalne. Całość jest zbyt sztywna, zbyt pozytywistyczna. Niestety tak to jest, jeśli idzie się na kompromis i za wszelką cenę dąży się do realizacji filmu.

Ocena: 4

sobota, 18 czerwca 2011

Remember Me (2010)

Hahahaha, co za denny film. Niemal do samego końca myślałem, że jest to nieudolna próba zrobienia przez Amerykanów europejskiego film, gdzie fabuła nie dąży do konkretnego celu, chodzi po prostu o sportretowanie określonych jednostek/sytuacji. I wtedy pojawiają się one, wieże WTC. To było jak pociągnięcie za spłuczkę w kiblu: wszystko spłynęło rurą odpływową do kanału. Co za kiczowata opowieść.


W sumie to jednak szkoda, że filmu nie nakręcili Europejczycy. To mógł być ciekawy film o tym, jak narastają konflikty, kiedy bliscy mówią niezrozumiałymi dla siebie językami. Tyler jest zagubiony i zbuntowany. Symbolem zła jest jego ojciec, którego uważa za zimnego drania bez serca. Zaślepiony własnym smutkiem, choć kocha swoją młodszą siostrę, to jednak nie zauważa, ani nie jest w stanie pomóc jej z jej problemami. Z kolei ojcu wydaje się, że dobrze czyni kryjąc swój ból, udając przed dziećmi nieporuszony monument.

Niestety "Twój na zawsze" ma tylko jedno przesłanie: znęcanie się przez rówieśników ma sens, zbliża to do siebie rodziny na skraju rozpadu.

Ocena: 3

piątek, 17 czerwca 2011

Scott Pilgrim vs. the World (2010)

Edgar Wright pokazał wszystkim hollywoodzkim niedowiarkom, że komiks czy gra nie musi być modelowana na wzór i podobieństwo normalnych filmów. Że w adaptacji kinowej można zachować nienaruszone doświadczenie czytania komiksu bądź grania w grę arkadową. Pod tym względem "Scott Pilgrim" jest mistrzostwem świata.


Nie przypominam sobie filmu, który tak doskonale byłby w stanie oddać naturę komiksu i doświadczenia związane z jego czytaniem. Podobnie jest z grami arkadowymi. Montaż, efekty specjalne, rwana narracja, która jednak nie traci spójności. Od strony formy jest to rzecz nie z tej ziemi i oglądając film nie raz i nie dwa zbierałem szczękę z podłogi.

Trochę zatem szkoda, że fabuła nie dotrzymała kroku formie. Gdzieś po Toddzie film zaczął mnie nużyć. Pojedynek z bliźniakami miałem już ochotę przewinąć. Gideon jest ok, ale chyba pojawił się za późno, bo nie odzyskałem początkowego entuzjazmu. Natomiast zarówno Chris Evans jak i Brandon Routh bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Mogą być z nich ludzie.

Ocena: 8

wtorek, 14 czerwca 2011

The Tree of Life (2011)

No cóż. Niestety "Drzewo życia" trochę mnie rozczarowało. Głównie przez samego reżysera, który zwodził mnie obietnicą innego filmu, niż w ostatecznym rozrachunku mi pokazał. I choć poszczególne elementy bardzo mi się podobały, jako całość tym razem był zbyt łopatologiczny, oczywisty i prosty.


To ostatnie może budzić zaskoczenie zważywszy na to, jak tłumnie ludzie opuszczali seans. Ale mnie podobało się właśnie to, co najbardziej pobudzało resztę do wychodzenia, czy głupiego chichotania, czyli partie niefabularne. Początek zapowiadał film medytacyjny, gdzie narracja w tradycyjnym tego słowa znaczeniu jest szczątkowa, zamiast tego mamy totalne doświadczenie kontemplacyjne mające przybliżyć nam tajemnicę Boga i istnienia zła. Kiedy na ekranie rozbłyskują wspaniałe zdjęcia natury w pełnej okazałości, a salę zalewa porażająca swą mocą "Lacrimosa" Preisnera, byłem pełen zachwytu, czując, że oto oglądam film, który będę mógł postawić w jednym rzędzie z dziełami Dereka Jarmana ("Blue", "Anielskie rozmowy") czy trylogią "qatsi". Zatonąłem w wizji świata wykreowanej przez Malicka, czując się zagubiony, przytłoczony, onieśmielony, zafascynowany i uskrzydlony potęgą Stworzenia. Dramatyczne pytania skontrastowane z szeroką perspektywą robiło olbrzymie wrażenie. Do tego wszystkiego dochodzi hiperczułość obrazów. Jakby Malick chciał nam pokazać, że artysta jest bliżej Boga i jego dzieła stworzenia, a przez to jest na swój sposób autystyczny, będąc nadwrażliwym na bodźce sensoryczne.


I wtedy spadamy na ziemię. Malick zaczyna normalną narrację. Oczywiście normalną dla siebie, a jak wiadomo, ma on dość specyficzny styl, wcale nie taki normalny dla amerykańskiego kina. Ten skręt przyjąłem bardzo źle. Moje niezadowolenie jeszcze wzrosło, kiedy Malick zaczął popadać w łopatologię i dość prostą symbolikę (scena narodziny, symbolika śmierci, odrzucenie maski). Na szczęście niesmak złagodziła ciekawa sama w sobie historia. Malick w sposób niezwykle plastyczny ukazał relacje syna z pokorną matką i surowym ojcem. Po mistrzowsku wygrał niuanse, ukazując przyczynę "zła", która tkwi w ludzkich słabościach. Mamy więc z jednej strony matkę, która wykreowała siebie na cichą, spokojną panią domu, podporządkowaną mężowi. Ta fałszywa maska pokory uczyniła ją ślepą na potrzeby dzieci. Starając się wytrwać w tej pozie, próbowała narzucić ją swoim dzieciom, za co przyszło jej zapłacić, kiedy jej poza została naprawdę wystawiona na próbę. Z drugiej strony mamy ojca, biednego faceta, który rozmienił swe marzenia na drobne i został jedynie z kompleksami i wstydem. Próbując za wszelką cenę nie dopuścić, by jego synowie byli zakompleksionymi maluczkimi, paradoksalnie zaszczepia w nich słabość, a wraz z nią destrukcyjne skłonności.

Jest w tym filmie wiele psychologicznej prawdy. Brad Pitt zagrał tu jedną ze swych najlepszych kreacji, a z całą pewnością najodważniejszą od czasu "12 małp". Spore wrażenie zrobił na mnie Hunter McCracken. Jest w nim coś niepokojącego, ta rozdzierająca duszę mieszanka naiwności i złości. Ciekawe, czy to tylko gra, czy też Malick wykorzystał cechy, które w McCrackenie istnieją w sposób naturalny (mam nadzieję, że nie).

Gdyby nie początek, który zrobił mi apetyt na zupełnie inny film, pewnie całość oceniłbym wyżej.

Ocena: 6

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Alamar (2009)

Oto natura pokazana w całej swej okazałości. "Nad morzem" prezentuje krąg życia widziany oczami 5-letniego chłopca. Natan, owoc związku Włoszki z Meksykaninem wyjeżdża na wakacje w okolice rafy koralowej Banco Chinchorro. Tam, w towarzystwie ojca i dziadka, poznaje życie prostego rybaka. A my wraz z nim możemy przyjrzeć się bliżej harmonii życia ludzi i zwierząt, harmonii, która wcale nie wyklucza zabijania, czy choćby groźby śmierci.


Chłopak wypływa na połów i widzi, jak ryby i homary są chwytane, zabijane i patroszone. Akceptuje to z naturalnością, jakiej brakuje mieszczuchom, którzy ryby dostają zapakowane w sklepie. Jest to dla niego równie normalne co krokodyl karmiony rybnymi odpadkami czy urocza i jakże ufna czapla.

Oczywiście idylliczny obraz zaprezentowany w filmie to iluzja. Ten świat widziany oczami 5-latka jawi się jako cud i pasmo niesamowitych przygód. Nie ma tu miejsca na codzienny znój. A przecież życie na łonie natury nie jest łatwe, ale to zostało i Natanowi i nam oszczędzone.

"Nad morzem" próbuje przekonać nas do uroków rafy Banco Chinchorro. Jednak po prawdzie film ten mógłby powstać wszędzie, choćby w Bieszczadach (wtedy jednak zamiast barakudy, krokodyla i fregaty mielibyśmy sarny, niedźwiedzie i wilki). Rzecz ta spodoba się głównie tym, którzy mieli okazję znaleźć się na łonie dzikiej przyrody. Trudno nie utożsamiać się z chłopcem i jego zachwytem, kiedy film przypomina jak samemu stanęło się oko w oko z jeleniem czy podeszło się na wyciągnięcie ręki do bociana.

Ocena: 6

sobota, 11 czerwca 2011

Hanna (2011)

A to mnie Joe Wright zaskoczył. Po serii przeciętnych obrazów taki skok formy!


"Hanna" ma w sobie sporo rzeczy, które w kinie brytyjskim lubię najbardziej. Po pierwsze pomysł. To nie jest kolejny film o zmutowanych żołnierzach idealnych. Choć konstrukcja jest bardzo podobna do tej, którą zastosował chociażby Cameron w serialu "Cień anioła", to jednak Wright inaczej poskładał elementy, nadał całość niepowtarzalny aromat. Po drugie, brak lęku do manipulowania gatunkami. "Hanna" powinna być sensacyjnym thrillerem akcji. I znów mamy tu wszystkie elementy gatunku. Jednak Wright nie wykorzystał ich w typowy sposób, jako exploitation mające na celu wywołanie taniej podniety, a raczej jako część fabuły, którą dodatkowo nasycił elementami z innych gatunków. "Hanna" jest przecież w duże mierze baśnią, tyle tylko że nieco bardziej krwawą, niż to się dzisiaj spotyka. Po trzecie brytyjski humor. Jest go w tym filmie zaskakująco sporo i nie chodzi mi tu o tak oczywiste sceny, jak te z Sophie, ale choćby o obecność skinheadów, którzy wyglądają jakby dopiero co zeszli z planu kolejnego filmu Bruce'a La Bruce'a.

Film ma genialne zdjęcia. Sceny takie jak stojąca w zakręcającym korytarzu Cate Blanchett czy zbliżenia twarzy dziewczyn pod kołdrą zostają w pamięci długo po zakończonym seansie. Fantastyczna jest też muzyka Chemical Brothers. Wspomniana Blanchett stworzyła bardzo smakowitą kreację, podobnie jak Saoirse Ronan i Tom Hollander.

Niestety pod koniec Wright zepsuł całe wrażenie. Ostatnia scena, będąca parafrazą sceny pierwszej, wraz z powtórzeniem tych samych słów to szczyt bezguścia. Zresztą Wright pofolgował swojej skłonności do efekciarstwa, przez co choć niektóre sceny wyglądają wyśmienicie, to jednak patrząc przez pryzmat fabuły, nie mają większego znaczenia czy sensu. Nie podobało mi się też to ciągłe powtarzanie nawiązań do braci Grimm. Jakby Wright brał widzów za idiotów.

Ocena: 8

wtorek, 7 czerwca 2011

Super 8 (2011)

Kiedy jeszcze dwa miesiące temu ktoś powiedziałby, że tego lata zobaczę co najmniej kilka bardzo dobrych filmów amerykańskich spod znaku kina komercyjnego, to bym go wyśmiał. Teraz jednak okazuje się, że pomimo takich wpadek jak "Piraci 4" i "Kac 2", może być to najlepszy artystycznie letni sezon od lat. Kolejnym na to dowodem jest "Super 8".


Pomimo faktu, że Abrams był w stanie wstrzyknąć nowe życie w "Star Treka", do "Super 8" podchodziłem z dużą rezerwą. Cały ten zgiełk, jaki towarzyszył promocji, mnie jakoś kompletnie nie obchodził i "Super 8" wcale nie było jednym z tych filmów, które koniecznie muszę zobaczyć. Nastawiony sceptycznie, szybko jednak dałem się porwać opowiadanej historii. Abrams okazał się znakomitym bajarzem, który, gdyby urodził się 30 lat wcześniej, być może na początku lat 80. byłby bardziej znany niż Spielberg. Małe miasteczko, grupa dzieciaków i tajemnicze wydarzenia w okolicy. Abrams wyśmienicie splata te trzy nici fabularne stopniowo zagęszczając atmosferę. Bardzo podoba mi się to, że przez większą część filmu nie widzimy stwora, który terroryzuje miasteczko kradną sprzęty AGD i elektronikę. Historia jest prosta i naiwna, ale jednocześnie skręcona pewną ręką człowieka, który dobrze wie co robi.

I który doskonale zna styl Spielberga. Abramsowi bezbłędnie udało się uchwycić zalety i wady kina Spielberga, jego fenomenalne wyczucie budowania napięcia jak i słabość do kiczowatych zakończeń. Nie, tym razem obyło się bez amerykańskiej flagi, jest za to ulatujący medalion – chwyt, którego Spielberg  na pewno by sobie nie odmówił, gdyby to on kręcił film.

Z całego filmu najbardziej zaskoczył mnie jednak David Gallagher. Wciąż pamiętam go jako rezolutnego chłopczyka z "Siódmego nieba", a tu gra zabawną rolę młodego fana trawki.

Ocena: 7

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Melancholia (2011)

Ach te obsesje von Triera! Szczerze mówiąc już powoli zaczynają mnie męczyć. Mam dosyć oglądania jego kolejnych wysiłków związanych z próbą przepracować chronicznego lęku wobec kobiet (czy szerzej, kobiecego pierwiastka w ogóle). Jego fascynacja żeńskością jako koncepcją jednocześnie twórczą i destrukcyjną, władczą i służebną została zaprezentowana na wszystkie możliwe sposoby. Z tego też powodu podczas seansu "Melancholii" trochę się nudziłem wyliczając kolejne sceny deja vu.


Jednak von Trier nie jest jednym z tych twórców, którzy powtarzają się jak zdarta płyta. W swoich filmach wciąż potrafi przemycić jeśli nie całkiem nowe idee, to przynajmniej nowe punkty widzenia, przez co nawet wtórny może wciąż być interesujący. W "Melancholii" najbardziej zaciekawił mnie aspekt religijno-filozoficzny i położenie akcentów na agnostycyzm i nihilizm.

Lars von Trier strzela z wielkiego działa. Pokazuje nam świat pozbawiony ducha. Z pozoru mogłoby się wydawać, że taki stan rzeczy powinien reżyserowi (i bohaterom) odpowiadać. W końcu odrzuca on jako zabobony religijne sakramenty i rytuały. Jednak w rzeczywistości tak nie jest. Pozbawiona ducha Ziemia jest światem ułomnym, "złym" (przynajmniej jeśli chodzi o kobiety, z natury "uduchowione"). Nauka jest tylko narzędziem racjonalizującym pustkę, iluzją, w której można próbować odnaleźć schronienie, lecz która w rzeczywistości nie chroni przed niczym.

W tym momencie von Trier zgadza się z gnostykami stwierdzając, że Ziemia jest zła. Jednak z twierdzenia tego wysnuwa zupełnie inne wnioski. U niego nie ma żadnego prawdziwego świata istniejącego poza Ziemią iluzji i snu. Praprzyczyna wszystkiego, pierwiastki męski i żeński "odwróciły się" od stworzenia, są poza zasięgiem. Stąd też u von Triera nie ma mowy o obudzeniu się do prawdziwego życia, a jedynie o zniszczeniu iluzji i akceptacji pustki. W ten sposób zachowanie Justine, jednej z dwóch głównych bohaterek, jest całkowicie uzasadnione. Mając świadomość prawdy, nie pozostaje nic innego, jak pogrążyć się w depresji i wyczekiwać końca.

Na "Melancholię" można też spojrzeć jak na wyraziste studium bardzo ciężkiej depresji. Melancholia, owa planeta spleciona w tańcu śmierci z Ziemią, jest symbolem nienazwanego ciężaru egzystencji, który przygniata człowieka nawet w najszczęśliwszym (w teorii) momencie. Od tego ciężaru nie ma ucieczki. Można starać się uśmiechać, ale będzie to tylko poza. Można mówić, że wszystko jest w porządku, że był to chwilowy dołek, z którego właśnie się wychodzi, ale będzie to kłamstwo. Oczywiście symbolika wykorzystana przez von Triera (zwłaszcza w drugiej części) jest dość toporna, ale właśnie dzięki temu widzom łatwiej będzie zrozumieć, czym naprawdę jest depresja, ten cichy, niedoceniany zabójca.

Kirsten Dunst zagrała bardzo typową "von trierową" kobietę, więc nie dziwię się, że została doceniona w Cannes. To prawda, Dunst zagrała bardzo dobrze, ale czy naprawdę na festiwalu nie było lepszej kreacji? Bardzo spodobał mi się Alexander Skarsgård. Zagrał idealnego męża: ciepłego, sympatycznego, troskliwego i seksownego. Tak bezpiecznego, że można go bez większych problemów zdradzać, bo seks z innymi facetami będzie tylko nic nieznaczącym bzykankiem. Fantastyczna (jak zwykle) jest też Charlotte Rampling. Fajną postać gra Udo Kier i trochę szkoda, że przemyka gdzieś na czwartym planie.

Ocena: 7

niedziela, 5 czerwca 2011

You Again (2010)

Co za strata. Tyle lubianych przeze mnie aktorek w jednym miejscu! To powinien być wyśmienity deser filmowy. A tymczasem dostałem breję, w której jedynym plusem jest to, że Jamie Lee Curtis wciąż wygląda wyśmienicie. Jeśli kiedyś powstanie encyklopedyczna definicja MILFa, to jej zdjęcie powinno znaleźć się obok.


A sam film? Zabawnych żartów można zliczyć na palcach jednej ręki, a i jeszcze jakieś wolne palce pewnie by zostały. Wszystko jest tu zbyt łagodne, rywalizacje i wbijanie sobie szpil nie robi większego wrażenia. Trudno zorientować się o co ten cały rwetes. A przecież wystarczyło lekko podkręcić gagi, dodać trochę złośliwości i diabolicznych mindgames, a byłoby super.

Ocena: 5

Extraordinary Measures (2010)

"Środki nadzwyczajne" miały być chyba "Olejem Lorenza" początku XXI wieku. Jeśli tak, to niestety twórcy ponieśli sromotną klęskę.


Przejmująca, bo oparta na faktach, opowieść o walce o wynalezienie leku na chorobę Pompego, nie robi takiego wrażenia, jakie powinna. Główną tego przyczyną jest to, że za dużą rolę ma tu Harrison Ford... albo za małą, zależy jak na to spojrzeć. Jeśli miałby to być film o historii rodziców, to wtedy Forda jest za dużo. Ekscentryczny lekarz, który teoretycznie ma odpowiedź jak leczyć chorobę, ale który nigdy żadnego leku w życiu nie stworzył, powinien być tylko katalizatorem. Jeśli jednak miała to być historia właśnie tego lekarz, wtedy to rodzina Crowleyów powinna była pojawiać się tylko jako motywator. Próba połączenia tych dwóch wątków w jedno stworzyła chory kompromis, który prowadzi donikąd.

Aktorsko rzecz także pozostawia wiele do życzenia. Ja wiem, że tego rodzaju filmy to samograje, bo przecież nikt nie powie, że jest kiepski, żeby nie wyjść na drania bez serca. Jednak trzeba umieć oddzielić wzruszającą historię od gry aktorów, którzy niestety nie poruszają serc, a przynajmniej nie moje. Naprawdę i Fraser i Ford mogli się przyłożyć trochę bardziej.

Ocena: 5

Solomon Kane (2009)

Kibicuję Jamesowi Purefoy'owi od czasów "Sypialni i przedsionków". Niestety "Solomon Kane" zbyt dobrze się jego karierze nie przysłuży. Wyrysowany według miernego szablonu na film z gatunku miecza i szpady nie daje żadnych szans na wykazanie się aktorskimi umiejętnościami. Jedynym warunkiem jest dobre prezentowanie się w ciemnych szatach.


Prosta adaptacja prozy Howarda nigdy nie mogła się zakończyć powodzeniem. Jego opowiadania fajnie się czyta. Jego bohaterowie byli całkiem dobrze pomyślani. Jednak podstawą sukcesu była prostota, by nie powiedzieć prymitywizm. Aby odnieść sukces należało albo Solomona przesunąć na drugi plan albo też pójść na całość i stworzyć zwariowaną przygodówkę. Michael J. Bassett wybrał najgorsze z możliwych rozwiązań, czego rezultat przyprawił mnie o ból głowy.

Ocena: 4

piątek, 3 czerwca 2011

A Perfect Getaway (2009)

Oto paradoks. David Twohy zrobił dokładnie to, czego chciałem. Ale, ponieważ od początku było dla mnie oczywiste, że tylko w tej formie historia będzie miała ręce i nogi, kulminacyjny zwrot akcji nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem, a przez to całość nie wywarła takiego wrażenia, jak powinna.


Trzeba jednak oddać sprawiedliwość. Twohy bardzo fajnie poprowadził narrację i tak wszystko pokazał, że naprawdę bałem się, iż pójdzie po linii najmniejszego oporu i zawali całość. Końcowa rozgrywa jest świetnie zmontowana, pokazana w sposób dynamiczny. Aktorzy też się spisali. Spodobał mi się przede wszystkim Chris Hemsworth, który pokazał, że nie musi być śliczniutkim chłoptasiem z boskim rodowodem. Ciekawe tylko, czy znajdzie się ktoś, kto da mu jeszcze szansę wykazania się w repertuarze wbrew jego prezencji.

Ocena: 6

Universal Soldier: Regeneration (2009)

"Universal Soldier III. Reaktywacja" ma tylko jedną zaletę. Wygląda tak tanio, jakby zostało zrobione w Polsce. A jeśli tak, to można z tego wyciągnąć wniosek, że kino akcji mogłoby u nas zaistnieć. Teraz trzeba tylko znaleźć lepszą historię.


Ta w "US3" jest niestety poniżej poziomu rozczarowania. Powrót do serii i Van Damme'a i Lundgrena powinien być mocniej zaakcentowany. Nie dość, że fabuła nie trzyma się kupy, to jeszcze pojedynek dwóch gigantów kina akcji pozostawia wiele do życzenia. Zrobili z ich walki pojedynek emerytów, którzy biją się o prawo dania łupnia młodemu mięśniakowi. Chaos, brak wykorzystania atutów i amatorszczyzna zniszczyły ten film, który z założenia nie mógł być dobry. Można jednak było mieć nadzieję na film przyzwoity.

Ocena: 2

czwartek, 2 czerwca 2011

30 Days of Night: Dark Days (2010)

No cóż, sequel zrealizowany na potrzeby rynku DVD, niewiele ustępuje oryginałowi. Wciąż bliżej mu do tanich horrorów z czasów VHS-ów, a dodatkowo nie ma drewnianego Josha Hartnetta. Jego brak wyrównał prawie wszystkie niedostatki.


Bo też wad jest tu sporo. Twórcy próbują budować mroczną atmosferę, a w rzeczywistości jedynie nudzą kilkoma mało wymagającymi misjami i sekwencją finałową, której zdecydowanie brakuje krwawego rozmachu. Jeśli robi się film, w którym albo nie stać twórców na zrobienie porządnej jatki albo też nie ma się na nią pomysłu, to należy za wszelką cenę unikać megamocnych przeciwników. Tymczasem Lilith kreowana jest wszechwładną królową, a potem okazuje się, że oznacza to jedynie tyle, że do jej zabicia potrzeba dwóch zamachnięć maczetą zamiast jednego. Żałosne.

Za to ostatnia scena była zabawna, głównie przez to, że bohaterka zrobiła z siebie kretynkę (nie przez plan, jaki wpadł jej do głowy, ale przez to, że do jego wykonania wykorzystała siebie, zamiast zabrać zapas Dane'a, z którego ten przecież już nie będzie korzystał).

Ocena: 5

środa, 1 czerwca 2011

Thick as Thieves (2009)

Cóż, nie przepadam za twórczością Mimi Leder, dlatego też nie spodziewałem się wiele po "Złodziejskim kodeksie". Zresztą Banderas ostatnio także formą aktorską raczej nie błyszczał. Wszystko więc wskazywało na to, że oto obejrzę kolejną celuloidową papkę. Ku mojemu zaskoczeniu, film nie jest taki zły, a miejscami ogląda się go nawet całkiem fajnie.


Banderas i Freeman tworzą razem zgrany i dynamiczny duet. Intryga, jak na tego rodzaju kino, też niczego sobie. Podobała mi się (w końcu) Radha Mitchell. Zaskoczyła obecność Toma Hardy'ego. W sumie "Złodziejski kodeks" to prosta acz treściwa rozrywka. Miły uprzyjemniacz czasu.

Ocena: 7

Into the Storm (2009)

"W czasie burzy" to rzecz, którą ogląda się tylko i wyłącznie dla gry aktorskiej. W tym przypadku popisu dokonuje Brendan Gleeson. W roli nieokrzesanego Winstona Churchila, który był odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku w odpowiednim czasie, sprawdził się wyśmienicie. Każda minuta jego obecności na ekranie to perła. Tak właśnie powinni grać prawdziwi mistrzowie kina.


Sam film to jednak zupełnie inna para kaloszy. Choć za sprawą Gleesona portret Churchila jest barwny, to jednak w rzeczywistości niewiele na kości scenariuszowej jest mięsa. Poznajemy ogólną strukturę charakteru premiera, widzimy jego związek z żoną, ale twórcom nie udało się wniknąć głębiej w motywacje bohaterów, przeniknąć przez fasadę tego, jak postrzegani byli przez świat. Kiedy pominie się kreację Gleesona, nie ma w tym filmie nic wartego zapamiętania.

Ocena: 6