sobota, 30 lipca 2011

Newcastle (2008)

Nie znoszę filmów takich jak "Newcastle", gdzie reżyser wszystko sobie precyzyjnie poukładał i jednym tragicznym wydarzeniem rozwiązuje wszystkie problemy swoich bohaterów. W takich sytuacjach cieszę się, że człowiek nie jest bogiem, bo stworzone przez niego istoty mają przesrane.


W tym filmie pech trafił na Victora. Byłego mistrza surfingu, który po odniesionej kontuzji może już tylko gorzknieć, pić i wspominać przeszłość. Co więc wymyślił dla niego reżyser? Tragiczną śmierć. Najwyraźniej dla ludzi takich jak Victor nie ma już, w oczach reżysera nadziei.

Więcej szczęścia miał Andy, który surfing ma we krwi, ale któremu wcale nie śni się po nocach tytuł mistrzowski. Wobec niego reżyser był bardziej miłosierny, bo zafundował mu jedynie kontuzję, przez którą musiał wycofać się z rywalizacji. Jego miejsce mógł zająć Jesse, który marzy o surfingowych sukcesach. Ale żeby było sympatyczniej, reżyser każe mu mieć wyrzuty sumienia i wahać się zanim przejmie miejsce Andy'ego.

Sorry, może i są to tylko bohaterowie filmu. Jednak przez te półtorej godziny są ludźmi z krwi i kości i powinno się ich traktować z szacunkiem, a przynajmniej ich twórca powinien w nich widzieć coś więcej niż tylko pionki, z którymi może zrobić co chce. Niestety mimo, że reżyser jest fajnym gościem i widać, że włożył w realizację filmu sporo serca, to jednak nie potrafię mu wybaczyć okrucieństwa wobec bohaterów.

Ocena: 5

Middle Men (2009)

David Fincher powinien był nakręcić ten film zamiast "Social Network". Cóż to byłby za obraz! Pornografia, rosyjska mafia, islamscy terroryści, FBI, geniusze komputerowi i jeden zwyczajny facet, oddany mąż i ojciec, który zostaje w to wszystko wciśnięty. Wymarzona fabuła, nie dziwię się zatem, że ktoś wyłożył na nią pieniądze.


Niestety mimo starań i prób George Gallo po prostu nie miał w sobie tego czego, co potrzebne było, żeby pchnąć film w stronę wyjątkowości. Powstała więc rzecz przeciętna pod każdym względem. Sprawnie zrealizowana, jak na dobrą rzemieślniczą robotę przystało. Nie ma w niej jednak nawet iskry ducha, zawadiactwa, przebojowości... no może poza sceną, w której główny bohater daje łupnia producentowi pornografii z nieletnimi.

Trochę szkoda zmarnowanej okazji.

Ocena: 5

All Good Things (2010)

Nie można popełnić większego błędu, niż oddać swój los całkowicie w cudze ręce. Nawet najszlachetniejsza istota musi nas rozczarować, bo jest tylko człowiekiem, ma własne plany, marzenia, ambicje, które nie mają nic wspólnego z nami i naszym ich wizerunkiem. Większość z nas potrafi przełknąć to rozczarowanie. Jednak bohater filmu Andrew Jareckiego jest inny.


W dzieciństwie był świadkiem samobójczej śmierci matki. To traumatyczne wydarzenie ukształtowało jego charakter. W środku wciąż krwawi wypełniając się agresją, której nie może dać ujścia. Jego kotwicą, tym, co stabilizuje go w "normalnym świecie" jest jego dziewczyna, a potem żona. Niestety ta popełniła niewybaczalny błąd i zaszła w ciążę. To zniszczyło idealny obraz ukochanej kobiety, który zbudował sobie w głowie.

"Wszystko, co dobre" to studium potwora, który próbuje być człowiekiem normalnym, który próbuje uciec przed tym, kim jest. Studium to jest całkiem interesujące, ale zdecydowanie mniej ciekawe, niż nakręcony wiele lat wcześniej dokument o Friedmanach. Tym razem czegoś w tym złożonym dziele zabrakło, co nie udało się zamaskować grą aktorską (niezłą).

Ciekawi mnie, jak film odebrał ten, którego życiem reżyser się inspirował. "Wszystko, co dobre" jednoznacznie pokazuje go jako mordercę. W rzeczywistości nigdy nie został nawet oskarżony o to, co tu jest oczywiste.

Ocena: 6

piątek, 29 lipca 2011

Insidious (2010)

I kolejne rozczarowanie. "Naznaczony" obnaża słabość Jamesa Wana do nadmiernego inscenizowania. O ile jednak w poprzednich produkcjach jakoś to się wszystko trzymało, tu niestety szwy się rozłażą.


Wan jest jak pasjonat-majsterkowicz, który cały czas grzebie się w mikromechanizmach tworząc miniaturowe cudeńka. A skoro już je zrobił, to musi dla nich znaleźć jakieś zastosowanie, więc owija je w fabułę. Tu niestety trochę przesadził. Owszem pomysł z maską gazową fajny, ale tak naprawdę najbardziej podobało mi się zastosowanie obiektywów do zniekształcania filmowej rzeczywistości. Szkoda, że nie wykorzystał ich przy kręceniu scen w świecie astralnym. Wtedy może udałoby mu się uciec od nadmiernej dosłowności rodem z seriali z lat 60.

Nie przekonał mnie Wan, nie zbudował odpowiedniego klimatu. Pozostały więc ciekawostki jak maska, czy dwójka współpracowników Elise. To zdecydowanie za mało, nawet biorąc pod uwagę budżet.

Ocena: 4

środa, 27 lipca 2011

Bridesmaids (2011)

Absolutna R-E-W-E-L-A-C-J-A. Po "Idolu z piekła rodem" i "Roku pierwszym" zacząłem wątpić w komediowym zmysł Apatowa. Ale teraz okazało się, że to była jedynie taktyczna zmyła. Kiedy tylko przestałem oczekiwać czego przezabawnego, Apatow wyprowadził lewy sierpowy w postaci Paula Feiga i zwalił mnie z nóg.


Dawno już się tak nie uśmiałem w kinie, jak właśnie na "Druhnach". Feig, który dotąd kojarzył mi się z koszmarnym "Odnaleźć przeznaczenie" stworzył pierwszorzędną komedię, nie dość, że zabawną, to do tego inteligentną. Abstrakcyjny humor (dostarczany przez Matta Lucasa i Rebel Wilson) został idealnie zmiksowany z kojarzonymi dotąd jedynie z męskimi komediami gagami fekalno-wymiotnymi. A do tego jeszcze Jon Hamm, który z każdym kolejnym filmem udowadnia, że całkiem słusznie jest lansowany na gwiazdę.

"Druhny" ładują potężną dawką pozytywnej energii. Mam nadzieję, że nie będzie to ostatnia w tym roku tak udana produkcja.

Ocena: 9

poniedziałek, 25 lipca 2011

Green Lantern (2011)

Oj, pogubił się Warner, mocno pogubił. Lepiej byłoby, gdyby "Green Lantern" nie powstał, jeśli to właśnie jest efekt końcowy. Jedyne, co jasno wynika z filmu to fakt, że nikt w Warnerze nie ma pomysłu na kręcenie komiksowych adaptacji.


Pierwszym kardynalnym błędem jest brak pomysłu na ugryzienie takiego komiksu jak GL, by wyglądało to atrakcyjnie w kinie. Stąd miotanie się od familijnej rozrywki po awanturniczą przygotówkę, od fabuły prowadzonej całkiem na serio po dystans i autoironię. Miałkie dialogi, brak angażującej akcji, karykaturalni przeciwnicy, brak napięcia i chaos, chaos , chaos oto, co wyszło z tego braku zdystansowania. A przecież zaangażowanie Ryan Reynoldsa aż prosiło się o humorystycznej podejście (przynajmniej do sceny finałowej, kiedy film mógłby wskoczyć na poważniejsze tony).

Drugim kardynalnym błędem było pisanie scenariusza wyraźnie z kategorią R, a potem kastrowanie go ze scen, które mogłyby skutkować zbyt surową kategorią wiekową. Jednak zwykła zabawa w wycinanki nie wystarczy. Zupełnie inaczej prowadzi się fabułę w przypadku młodszych widzów, a inaczej w przypadku osób dorosłych.

Trzecim kardynalnym błędem były rysunkowe efekty komputerowe. Niestety w wielu miejscach "Green Lantern" przypominał animację, a nie wysokobudżetowe widowisko. Trzeba jednak przyznać, że kostium Hala został fajnie pomyślany. Dwie czy trzy sceny wyszły nieźle. No i brak uzasadnienia dla 3D w tym przypadku irytował jakby nieco mniej.

W sumie bliżej temu filmowi do "Flasha Gordona" czy "Zardoza" niż do produkcji Marvela i Nolana.

Ocena: 4

niedziela, 24 lipca 2011

Slow (2011)

Oto siła dobrze przemyślanej krótkometrażówki: rzeczy zdawałoby się wzajemnie wykluczające tu dopełniają się tworząc inteligentną, pełną niedopowiedzeń emocjonalną historię.

Slow Teaser from Darius Clark Monroe on Vimeo.


W ciągu 13 minut zwyczajna randka z ogłoszenia przeradza się w niezwykle napiętą sytuację, gdy jeden nagi facet narzuca się drugiemu, a ten odpowiada próbą dźgnięcia nożem, by po wszystkim obaj zasiedli do kolacji.

Darius Clark Monroe świetnie ukazał niepewność, niepokój, niezrozumienie, jakie staje na przeszkodzie do wzajemnego poznania. Bohaterowie są na krawędzi tragedii tylko dlatego, że każde z nich kryje się przed światem. I nie dotyczy to tylko gospodarza (choć fakt, że jest ślepy, a ogłoszenie napisała za niego siostra dużo o nim mówi). Ekstrawertywne zachowanie też może być mechanizmem obronnym. Gość znalazłszy się w zupełnie nietypowej dla siebie sytuacji i zamiast przyznać się do niepewności, zamaskował ją uwodzicielskim, jednoznacznie seksualnym zachowaniem, zapewne bardzo typowym dla niego. U Monroe prowadzi to do starcia, po którym obie strony pokornieją i stają się otwarte na wzajemne poznanie. Czy coś z tego wyniknie? Tego się z filmu nie dowiemy, każdy z nas ma wolną rękę, by dopisać zakończenie, jakie tylko chce.

Gdyby tylko aktorstwo stało na nieco wyższym poziomie... Ale to też należy do kanonu krótkometrażowego kina.

Ocena: 6

Zonad (2009)

I kolejny film z dużym potencjałem, który nie został zrealizowany. "Zonad" mógł stać się campową komedią roku, surrealistyczną, kiczowatą, ale zabawną. O ile te dwa przymiotniki pasują do film, o tyle trzeci już nie do końca.


Reżyserzy okazali się zbyt zachowawczy. Gagów naprawdę zabawnych było  niewiele. Za to co chwilę natrafiałem na scenę, która aż prosiła się o podrasowanie. Parodiowanie kina klasy B ma sens tylko, jeśli robi się to na prawdziwym luzie. Simon Delaney fajnie śpiewa i obie piosenki Zonada są najlepszymi elementami filmu. Dlatego też szkoda, że nie było ich więcej.

Całość jest sympatyczną komedyjką, ale... jednorazowego użytku.

Ocena: 5

sobota, 23 lipca 2011

The Good Guy (2009)

Dlaczego chciałem ten film obejrzeć? Teraz już nie pamiętam. I mam nadzieję, że sam film również szybko wyparuje z mojej pamięci.


"Właściwy facet" mógłby być całkiem niezłym filmem o miłości opowiedzianym z perspektywy drania i kobieciarza. Ale twórcy robią wszystko, żeby zniszczyć, co w nim dobre. Najgorsze jest jednak to, że są tak niepewni swego dzieła, że muszą je nam jak jełopom wytłumaczyć ("Good Soldier" – "Good Guy"... pewnie ten, kto wymyślił tytuł filmu czuł się bardzo sprytny).

(David Villalobos)
(Jeane Fournier)

Żal mi Alexis Bledel. Biedaczka chyba spaliła już większość kinowych mostów. Coś mi się zdaje, że albo jak Gellar wróci do telewizji albo popadnie w zapomnienie.

Ocena: 3

Ironclad (2011)

Kiedy film z gwiazdami pokroju Giamattiego, Jacobiego i Coxa tak szybko ląduje na rynku DVD, wtedy jest to niechybny znak, że mamy do czynienia z chłamem. Do tego zagraniczne recenzje nie były zbyt pochlebne. Na szczęście ani jedno ani drugie nie zniechęciło mnie do obejrzenia "Ironclada". Gdybym tego nie zrobił, ominąłby mnie jeden z najlepszych filmów osadzonych w realiach Średniowiecza ostatniej dekady.


"Ironclad" zrealizowany został według najprostszego z możliwych schematów. Garstka dzielnych wojów kontra wielka armia, a wszystko w obronie ideałów. I tyle. Jak można się domyślić, z artystycznego punktu widzenia film nie reprezentuje sobą zbyt wysokiego poziomu. Ale ja nie dlatego go kupiłem. Chciałem dobrej rycerskiej rozrywki i dostałem ją. Połowa filmu to masakrycznie realistyczne sceny batalistyczne: miażdżone czaszki, odcinane kończyny i hektolitry sztucznej krwi. Do tego film prezentuje naprawdę solidny poziom aktorski. Ale przecież nie mogło być inaczej. Najlepszy jest Giamatti w roli króla Jana. Co prawda widać, że ma mocno wpojone maniery, czym przypomina Pacino i De Niro. Zapewne tak jak oni tak i on na starość będzie miał przez to kłopoty. Teraz wszakże prezentuje się na ekranie bezbłędnie.

Ocena: 8

wtorek, 19 lipca 2011

Schlafkrankheit (2011)

Ekhm. Po raz kolejny przekonuję się, że nie wiem nic o kinie artystycznym. Film, który dostaje w tym roku nagrodę w Berlinie za reżyserię, ja nie potrafię traktować inaczej jak tylko w kategoriach żartu. Ten nieszczęsny hipopotam na końcu rozłożył mnie na łopatki i niemalże popłakałem się ze śmiechu. To był chwyt jeszcze bardziej żenujący niż biały koń i czerwień krwi na zakończenie "Essential Killing".


A gdyby nie ta koszmarnie kiczowata pointa, "Sen o Afryce" nie byłby wcale tak złym filmem. Historia niemieckiego lekarza, dla którego Afryka staje się narkotykiem, od którego nie potrafi się uwolnić, była interesująca i do momentu rozpoczęcia polowania poprowadzona bardzo udanie. Pomysł, by murzyn ale urodzony w Paryżu, po raz pierwszy będący w Afryce, miał być lekiem dla białego, który prawie całe życie spędził na czarnym lądzie był zadziorny i zapowiadał rzecz nietuzinkową. Dlatego też absurd końców tym bardzie nokautuje.

Ocena: 5

The Traveler (2010)

"The Traveler" to dość przewrotny film. Jego przesłanie jest proste: to prawda, że ten, kto mieczem wojuje, od miecza ginie, ale to nie powód, by odrzucać miecz, lecz pretekst, by lepiej przygotować się do walki.


Tajemniczy nieznajomy przybywa na cichy posterunek i przyznaje się do zamordowania sześciu osób. Szybko okazuje się, że przyznał się do tego przed czasem, gdyż jego ofiarami są właśnie policjanci, a powodem ataku jest tajemnica, który łączy się ze zbrodnią na małej dziewczynki.

"The Traveler" to rzecz o zemście, ale w przeciwieństwie do większości podobnych filmów, twórcy bardzo sprytnie bawią się samą ideą, kwestionując pojęcie "zemsty sprawiedliwej". Kilka zwrotów akcji ładnie wytrąca widza z utartych kolein stawiając całkiem inteligentne pytania.

Szkoda zatem, że ten niezły pomysł został tak źle wykonany. Nie wyszło tu wszystko od gry aktorskiej do decyzji montażowych. Najbardziej razi ciągłe powtarzanie wydarzeń z bezdomnym. Pomysł był dobry tyle tylko, że za każdym razem trzeba było pokazywać inny fragment, a nie w kółko to samo. Przy trzeciej ofierze zrobiło się już nudno. Pozostało puste efekciarstwo wypruwanych flaków, które zresztą robi wrażenie tylko w scenie ze szpadlem.

Ocena: 5

niedziela, 17 lipca 2011

Le dernier vol (2009)

"Niebo nad Saharą" pokazuje, jak ważne są dla widzów etykietki. Wystarczy coś nazwać "melodramatem" albo w zwiastunie mówić o miłości, by widz już wyrobił sobie zdanie. I kiedy, tak jak tu, nie znajduje tego, co obiecują etykietki, film nazywany jest nieudanym lub złym.


Tymczasem obraz Karima Dridiego nie tylko nie jest melodramatem, lecz jest jego kompletnym przeciwieństwem. "Niebo nad Saharą" to krytyczne spojrzenie na idee, które motywują ludzi do działania. W filmie Dridiego są to mrzonki i fantasmy, która sprawiają, że przekraczamy granice, lecz zarazem prowadzą nas ku śmierci. Taką ideą jest miłość, która karze Marie pędzić na koniec świata w nadziei uratowania ukochanego. Nie jest to jednak czysta miłość, nie jest to nawet podstawowe uczucie targające Marie. Jej miłość jest konstruktem umysłu, mechanizmem obronnym psychiki. Taką ideą jest szlachetna wiara Antoine'a w harmonijne współistnienie Francuzów i Tuaregów, które czyni go ślepym zarówno na pragnienia jego współtowarzyszy broni jak i przyjaciół z drugiej strony barykady. Ta ślepota będzie miała tragicznej konsekwencje. Taką ideą jest też wiata kapitana Brosseau we Francuską Saharę, która czyni z niego aroganckiego palanta wybierającego się na misję samobójczą.

W oczach Dridiego wszystkie te idee są nic niewarte. W konfrontacji z czystym żywiołem piasków Sahary szybko zostają odarte z wszelkiej szlachetności odsłaniając swoje wątłe podstawy strachu, kompleksów i niespełnionych marzeń. Owszem, całość jest zbyt dosłowna, ale to jednak nie powód, by krytykować film od góry do dołu.

Ocena: 6

Eu Não Quero Voltar Sozinho (2010)

Urocza krótkometrażówka o przyjaźni i pierwszej miłości. Historia zbudowana została na konstrukcji wykorzystywanej od lat. Jednak twórcy nadali wszystkiemu bardzo fajny charakter. Trójka bohaterów budzi sympatię. Trochę szkoda mi Gi, ale taka jest okrutna prawda – miłość jest samolubna i przyjaciele, których ona nie dotyczy muszą się z tym pogodzić.


Ocena: 7

sobota, 16 lipca 2011

Death Race 2 (2010)

"Death Race 2" to typowy film pornograficzny. O dziwo, został sprawnie zrealizowany i poziomem wcale nie odbiega od jedynki, choć przecież powstał z myślą o rynku DVD.


Oczywiście mówiąc o "filmie pornograficznym" miałem na myśli cel przyświecający realizacji. W końcu nie tylko seks może podniecać widzów i twórców. A to, że twórcy byli napaleni na materiał widać od pierwszych scen. Nie mam żadnych wątpliwości, że scenarzysta pisał tekst jedną ręką, drugą masturbując się non-stop, zaś reżyser musiał zmieniać spodnie po nakręceniu każdej sceny akcji.

Oczywiście Luke Goss nie ma tej samej ekranowej prezencji co Jason Statham. Całości zabrakło też humoru, który nadałby lekkości. Mimo to film jako odmóżdżacz sprawdza się znakomicie, a twórcy nie cudują i nie próbują nam wmówić, że ich film jest czymś więcej niż tylko pustą rozrywką.

Ocena: 5

Stone (2010)

"Stone" to rzecz straszliwie przekombinowana. Nawet trudno mówić tutaj o straconej szansie, bo wydaje się, że film był źle pomyślany od samego początku. Trzeba znać swoje ograniczenia. W tym przypadku zawiedli i scenarzysta i reżyser, którzy próbowali opowiedzieć o Bogu i ludzkiej naturze. Cóż, dużo jest w tym filmie słów o Bogu, za to mało prawdy kryjącej się za nimi.


Nie do końca przemawia do mnie sparowanie bohaterów granych przez De Niro i Nortona. Próba uczynienia z relacji między nimi i ich paralelnych losów wspólnego mianownika fabuły, była błędem. Zresztą poza mocno naciąganą symboliką (zwłaszcza w momencie sceny seksu/zabójstwa) ich historie nie za bardzo się ze sobą łączą. Każda oddzielnie byłaby o wiele bardziej interesująca.

De Niro gra tu Jacka Mabry'ego, który został stróżem prawa, ponieważ potrzebował jasnego przewodnika po życiu będąc straszliwie zagubionym człowiekiem. Jego losy 40 lat po dramatycznych wydarzeniach z pierwszej sceny stanowiłyby bardzo dobrą bazę skromnego dramatu obyczajowego. Z kolei Norton zagrał ciekawą postać skazańca, który może wyjść przedterminowo. Jego przemiana z pozera w człowieka, który zaczyna rozumieć swoją zbrodnię, mogła być fascynującym punktem centralnym.

Dlaczego więc twórcy tak wszystko to zepsuli? Na pocieszenie pozostaje mi fakt, że De Niro w końcu zagrał na przyzwoitym poziomie. Dawno mu się to już nie zdarzyło.

Ocena: 4

Tenderness (2009)

Oglądając film trochę dziwiłem się obecności Russella Crowe'a. Jest zbyt dużą gwiazdą jak na tę skromną produkcję. Do tego zagrał postać drugoplanową, istotną ale jednak. Kiedy zobaczyłem, kto rzecz wyreżyserował, przestałem się dziwić. 15 lat temu John Polson w "Tacy jak my" grał chłopaka Crowe'a. Crowe wkrótce potem stał się gwiazdą, a Polson... cóż, przekwalifikował się na reżysera.


"Piętno przeszłości" pozytywnie mnie zaskoczyło. To drugi film Polsona, jaki mam okazję obejrzeć. Poprzedni nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia. Tym razem jest inaczej. Historia młodego seryjnego zabójcy, który wychodzi na wolność, bo był sądzony jako dziecko oraz nastolatki, która pragnie tego, co tylko on może jej dać okazała się niezwykle wzruszająca, złożona i niejednoznaczna. Polsonowi udało się wiarygodnie opowiedzieć o tej dwójce straceńców, którzy mogli w sobie odnaleźć opokę i impuls do zmiany, a zamiast tego zafiksowani na braku zmiany dążą do destrukcyjnej realizacji swych osobowości.

Z całej obsady najbardziej zaimponował mi grający główną rolę Jon Foster. Choć widziałem go już w kilku produkcjach, do tej pory nie za bardzo go kojarzyłem. Teraz to się na pewno zmieni. Rola Erica do najprostszych nie należała, a Foster sprawdził się w niej bezbłędnie. Nadał bohaterowi tragiczny rys czyniąc go z jednej strony bezwzględnym zabójcą, a z drugiej spragnionym czułości małym chłopcem. Ten pozorny paradoks Foster potrafił w przekonujący sposób pogodzić na ekranie. Brawo!

Ocena: 6

piątek, 15 lipca 2011

When in Rome (2010)

Nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do tego filmu. A mimo to "Pewnego razu w Rzymie" z wielkim trudem je spełniło. Żal mi Kristen Bell, którą na siłę wciskają w rolę komediowej rywalki Katherine Heigl.


"Pewnego razu w Rzymie" rozczarowuje, bo nie ma tu w ogóle nic z klimatu Włoch. Równie dobrze komedia mogłaby się rozgrywać na Marsie, tyle ma wspólnego z prawdziwym Rzymem. Szkoda też, że żaden Włoch nie został przez szefów castingu uznany za odpowiedni do uganiania się za główną bohaterką. Josh Duhamel jest tu mało podobny do siebie, a reszta komików niestety się marnuje. Jedynie Dax Shepard ma fajną rolę. W sumie jest parę śmiesznych scen, ale za mało jak na taką obsadę.

Ocena: 4

środa, 13 lipca 2011

Get Him to the Greek (2010)

Czuję się oszukany. Nicholas Stoller okazał się pozerem, którego interesują tylko rzygi, seks i wideoklipowy montaż. Mając okazję do zrobienia ciekawej, inteligentnej komedii w brytyjskim stylu, zafundował rzecz w tradycji "Wiecznego studenta" i tym podobnych badziew.


Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie udało mu się w pełni wyeliminować elementów ciekawych i inteligentnych. Świat celebrytów chwilami pokazano z pazurem jako ocean autodestrukcyjnych hedonistów. Do tego postać Aldousa Snowa przez długi czas prowadzona jest tak, by sugerować jej niejednoznaczność i tragizm Ale końcówka demaskuje to jako fałsz, a cały film jako głupią bajeczkę bez głębszego przesłania. Dobrze przynajmniej, że piosenki mają zabawne teksty. Dzięki nim film ma jakąś tam rozrywkową wartość.


Ocena: 4

poniedziałek, 11 lipca 2011

Vénus noire (2010)

Abdel Kechiche pokazał prawdziwą klasę. O ile "Tajemnicę ziarna" uważam za film przereklamowany (niezły, ale nic ponadto),  o tyle "Czarna Wenus" jest chyba filmem niedocenianym. To kino skromne, a jednocześnie zrealizowane z olbrzymim rozmachem. Już sam fakt, że trwa ponad 2,5 godziny dużo o nim mówi. A przecież reżyser zrezygnował tu niemal zupełnie z muzycznej ilustracji czy inwazyjnego montażu, odrzucając wszystko, co wzmogłoby emocjonalną manipulację widzami.


W innych rękach takie podejście doprowadziłoby do niemiłosiernej katorgi. Jednak Kechiche dobrze wiedział, że ma naprawdę mocną historię, na której skupił całą swą uwagę. To wystarczyło, by wzbudzić refleksję i emocjonalną reakcję. Bezosobowa, okrutna w swym voyerystycznym procederze, kamera bez mrugnięcia okiem rejestruje tragiczną historię Saartjie Baartman. Była to Murzynka z dzisiejszego RPA, która przybyła do Londynu ze swoim białym pracodawcą, by zabawiać gawiedź. Odgrywała rolę dzikuski, ledwie oswojonej bestii. Nieco później ląduje w Paryżu, gdzie staje się ulubienicą salonów próbujących zapomnieć o Napoleonie Bonapartym. Kechiche nie ukrywa przed nami niczego. Widzimy od początku do końca show londyńskie, potem występy w Paryżu, degradację do roli dziwki i w końcu, równie chłodnym okiem, przekazuje nam obrazy z sekcji jej zwłok.

"Czarna Wenus" to film prosty ale wcale nie jednowymiarowy. Poza gorzką tragedią jednostki, jej stopniowego upodlania, odzierania z godności i wstydu, jest to także przypowieść o naturze rozrywki i krwiożerczej ciekawości czy to znudzonej tłuszczy czy to zgłodniałych wiedzy naukowców. Jest to również przypowieść o uprzedzeniach, które często maskowane są troską. Genialna sekwencja londyńskiego procesu demaskuje to w sposób druzgocącym. Londyńczykom łatwiej jest widzieć w bohaterce wyzyskiwaną niewolnicę niż prawdziwą aktorkę. I choć mają rację bojąc się o jej zdrowie i dobro, to ich intencje, które tę troskę wzbudziły, wcale nie są szlachetne.

Długie sekwencje, powtórzenia i absolutna koncentracja na głównej bohaterce sprawiają, że film przypomina obserwowanie wskazówki godzinowej zegara. I choć brzmi to straszliwie nudne, mistrzostwo Kechiche'a polega na tym, że potrafił to uczynić nie tylko interesującym, ale wręcz pasjonującym. Wielkie brawa należą się też Yahimie Torres, która nie mając aktorskiego doświadczenia była w stanie stworzyć barwną i tragiczną postać.

Ocena: 8

niedziela, 10 lipca 2011

Pornography (2009)

Żyjemy w czasach, kiedy świat nieświadomości i fantazji został wykastrowany ze wszystkiego co prawdziwie niebezpieczne. Zresztą samo niebezpieczeństwo zatraciło swą grozę, zyskując za to na atrakcyjności. Dlatego też filmy takie jak "Pornography" traktuje jako powiew świeżości, z nadzieją, że twórcy przypomną sobie, że nieświadomość nie bez kozery jest wyparta i trzymana na dystans.


Tych, którzy oczekują tradycyjnej fabuły "Pornography" wprawi w prawdziwą konsternację. David Kittredge przyjął niezwykle subiektywną postawę co do narracji, przez co trzy historie składające się na film mają mocno zatartą granicę między rzeczywistością i fantazją (i urojeniem). Punktem wyjścia jest właśnie pornografia, jako iluzja budowana na bazie jednego z najbardziej intymnych ludzkich doświadczeń. Budowana jest na przekonaniu, że choć igra się tu z ogniem, wszystko jest w zasadzie bardzo bezpieczne. Reżyser zadaje jednak pytanie, czy aby tak jest naprawdę.

Trzech bohaterów postawionych zostaje w identycznej sytuacji, gdzie na wierzch wychodzą skrywane pragnienia i popędy. Rządza pieniądza, rządza nowych doświadczeń, ambicje. Każdy ma swój osobisty mrok, ciemną stronę, która na potrzeby filmu przybiera wspólną postać zamaskowanego zła. Kiedy postawi się pierwszy krok, kiedy chociaż na chwilę pozwoli się skrywanym pragnieniom wyjść na światło dzienne, zdarzenia następują po sobie lawinowo i tylko niezwykły hart ducha może powstrzymać destrukcję.

W tym sensie "Pornography" jest niczym ostrzeżenie: nie baw się zapałkami przy otwartym karnistrze z benzyną. I choć jest to przesłanie mocno jednostronne, to dziś jest idealnie na czasie. Można trochę kwękać na poziom aktorstwa. Ale po prawdzie większość z nich zagrała tu lepiej niż w innych produkcjach, w których miałem okazję ich zobaczyć.

Ocena: 7

Against the Current (2009)

"Pod prąd" to rzecz o chronicznej depresji, której nie da się domowymi sposobami wyleczyć. Paul od pięciu lat pozostaje w żałobie po śmierci ciężarnej żony. Jego egzystencja sprowadza się do odliczania dni do piątej rocznicy śmierci, kiedy to z czystym sumieniem będzie mógł popełnić samobójstwo. Do odwleczenia śmierci przekonał go najlepszy przyjaciel. Liczył, że w tym czasie Paul dojdzie do siebie. Niestety nie wziął pod uwagę determinacji Paula, który zamiast na leczenie emocjonalnych ran poświęcił pięć lat na ich pielęgnację i rozdrapywanie tak, by wciąż krwawiły, jak w dniu wypadku. Zaślepiony bólem był jak zombie i teraz rozpoczyna swój ostatni akt. Symboliczne zatonięcie w rzece nieświadomości, wypełnionej bólem wiecznego tu i teraz.


Film Peter Callahan doskonale nadaje się na zajęcia z psychoanalitycznej interpretacji. Brakuje w nim emocjonalnej wyrazistości. Oglądając "Pod prąd" miałem wrażenie obserwowania wszystkiego przez grubą szklaną ścianę, przez którą docierały tylko fakty i zachowania, ale nie związane z nimi uczucia. Przez to było mi w sumie obojętne po co płynie i jaki będzie koniec. Nie udało się reżyserowi nawiązać prawdziwej nici pomiędzy bohaterami a widzami.

Ocena: 6

sobota, 9 lipca 2011

Year One (2009)

O "Roku Pierwszym" mogę w zasadzie powiedzieć jedynie tyle, że ma niezwykle imponującą obsadę. Całość jest nudna, lekko dziwaczna, ale nie w zabawnym sensie. Ekscentryczność została tu zupełnie źle rozplanowana.


W rezultacie nie mogłem wyjść ze zdumienia, że przy takiej obsadzie zamiast pokładać się ze śmiechu, rozkładałem się z nudów. Takie marnotrawstwo komediowych talentów powinno być karane. Czyżby Jack Black stał się drugim Mike'em Myersem?

Ocena: 5

Did You Hear About the Morgans? (2009)

Co się dzieje z Amerykanami? Kiedyś komedie (i nie tylko) o prowincji należały do najlepszych rzeczy realizowanych za Oceanem. Teraz jednak kompromitacja goni drugą. Ledwie doszedłem do siebie po gniocie z Renee Zellweger, a już trafiłem na "Słyszeliście o Morganach?".


Ten film to mistrzostwo świata w powielaniu stereotypów. W teorii miały one pewnie służyć, jako podstawę zabawnych skeczy. W rezultacie obrażają wszystkich jak leci. Mieszkanka Nowego Jorku jest totalną kretynką. Brytyjczyk nie potrafi sklecić zdania bez żarcików. A Afroamerykanie są dobrzy jedynie jako mięso armatnie. Całość to żenujący spektakl bezguścia, w którym najzabawniejsza była wychudzona twarz Parker.

Po obejrzeniu "Słyszeliście o Morganach?" musiałem dla detoksu sięgnąć po "Big Eden" i przypomnieć sobie, że amerykańska prowincja może być ciekawym miejscem dla historii filmowej.

Ocena: 4

czwartek, 7 lipca 2011

Beginners (2010)

"Debiutanci" to jeden z najbardziej przygnębiających i bolesnych filmów, jakie widziałem w ostatnim czasie. To opowieść o nieustannej walce o bycie, istnienie, kształtowanie świata i siebie. Życie w tym filmie to ból związany z kompromisami, które wydają się być idealnym rozwiązaniem, a z czasem stają się przeszłością, która miażdży nas na krwistą papkę. Życie to strach przed nieuniknionym, który potrafi sparaliżować chwile szczęścia. A tylko na chwile możemy liczyć, ponieważ w tej walce nigdy nie wygramy. Śmierć zawsze nas dosięgnie. Szukając niemożliwego, oczekując absolutu otrzymujemy dokładnie to, czego się spodziewaliśmy: pustkę.


To, co sprawia, że ten film tak mocno wbija się w psychikę, to nie jego szokująca czy brutalna natura. "Debiutantom" daleko do kina Seidla i Bałabanowa czy prozy Jelinek. Z boku, bez wgłębiania się w naturę fabuły, można byłoby wręcz uznać film za ciepły i radosny. Jest tu sporo scen humorystycznych, wzruszających czy ekscentrycznych. Nie, film wbija się w psychikę, ponieważ jakimś cudem Mike'owi Millsowi udało się całość uczynić czymś niezwykle intymnym. Zapewne pomogło, że jest to historia inspirowana jego własnymi doświadczeniami. Jednak prócz tego potrzebny był warsztat, który sprawił, że zatarła się granica między seansem filmowym a emocjonalnym doświadczeniem. Ponieważ nie tego się spodziewałem, mocno mną trzepnęło.

Ocena: 7

wtorek, 5 lipca 2011

Largo Winch (Tome 2) (2011)

"Largo Winch" to wymarzona seria dla wszystkich freudystów. W obu częściach powtarza się ten sam układ, w którym w miarę młody, w miarę przystojny i z całą pewnością bogaty mężczyzna jest zwalczany/ścigany przez starszą obdarzoną władzą kobietę. W obu też ważniejszym od kobiecych intryg jest motyw rodzinnej zemsty prowadzonej przez mężczyznę. Pole do interpretacji jest olbrzymie i spokojnie można byłoby napisać na ten temat pracę roczną z psychologii, a kto wie, może i magisterską.


Druga część okazała się odrobinę gorsza od jedynki. Przyczyniła się do tego, niestety, Sharon Stone, która nie robi nic poza pokazywaniem nóg (całkiem niezłych jak na ich wiek) i udawaniem, że nie minęło 20 lat od "Nagiego instynktu". To pewnie nie do końca jej wina. Sądzę, że reżyser właśnie tego od niej oczekiwał. Niemniej jednak jest najsłabszym ogniwem.

Na szczęście w filmie znalazło sporo fajnych momentów. Scena powietrznej walki jest naprawdę bardzo pomysłowa. Szkoda tylko, że twórcy nie mieli budżetu, by nakręcić ją jak należy. Bardzo spodobała mi się jedna z końcowych scen: spiralne schody, kamera skierowana ku górze, a na suficie widać cienie walczących postaci. Tak, to dość tani chwyt, ale wcale nie mniej przez to efektowny.

Ocena: 6

poniedziałek, 4 lipca 2011

Au voleur (2009)

Może zabrzmię cynicznie, ale ten film najlepiej bronić/sprzedawać mówiąc, że jest to jedna z ostatnich rzeczy, w jakich zagrał Guillaume Depardieu. Można wtedy liczyć na litość i współczucie, które wstrzyma zbyt ostrą krytykę. Sam podświadomie chciałem, żeby "Prawdziwa miłość" mi się spodobała. Niestety rzeczywistej reakcji nie dało się nagiąć.


Film jest po prostu słaby. Nadęty farmazon z ambicjami artystycznymi, który jest źle napisany i źle zrealizowany. Historia Bruno i Isabelle jest banałem starającym się być współczesną baśnią. Na ekranie panuje chaos, którego nie zauważa się tak od razu tylko dlatego, że tempo narracji jest mocno spowolnione. Pojawiają się wątki, bohaterowie, którzy nie mają większego sensu, a stanowią jedynie narzędzia, które mają w odpowiednich miejscach pchnąć fabułę. To instrumentalne traktowanie postaci filmowych w połączeniu z patosem tworzy mieszankę, na widok której chciało mi się tylko śmiać.

(Benjamin Wangermee)

Ocena: 4

(2010) שליחותו של הממונה על משאבי אנוש

Pozytywne zaskoczenie. Takiego filmu spodziewałbym się po Serbach, Czechach albo Finach ale nie po Izraelczykach. Mieszanka goryczy i radości, absurdu i prawdy o życiu wypada w "Misji kadrowego" nadspodziewanie dobrze. Owszem, chwilami robiło się nazbyt rzewnie, a poszczególne etapy wyprawy układają się zbyt korzystnie, by mówić o naprawdę dobrym dziele, ale jest to rzecz mocno przyzwoita.


Plusem są przede wszystkim bohaterowie, z których każdy to postać wyrazista, barwna i nietuzinkowa. Każdy ma swoje pięć minut i wykorzystuje je do ostatniej sekundy. W tym przypadku to wystarczyło.

Ocena: 7

niedziela, 3 lipca 2011

Marţi, după Crăciun (2010)

Trzy rzeczy sprawiają, że "Wtorek po świętach" spodobało mi się. Po pierwsze jest to film prosty, bliski prawdziwemu życiu. Nie ma tu kinowych dramatów, długich monologów, dzięki którym aktorzy mogą się popisać. Wszystko jest tu utrzymane w karbach autentyzmu, przez co sekwencja, w której główny bohater ujawnia przed żoną romans robi naprawdę piorunujące wrażenie.


Po drugie spodobało mi się skoncentrowanie kamery na mężczyźnie, który dopuszcza się zdrady. Bohater jest zupełnie przeciętnym człowiekiem. Nie jest w żaden sposób demonizowany, podobnie jak i obie kobiety. Perspektywa kochanki czy zdradzanej żony jest dość często wykorzystywana w kinie. Ciekawie było więc oglądać rzecz z perspektywy mężczyzny. I trochę szkoda, że reżyser nie był w 100% konsekwentny w takim prowadzeniu narracji.

Po trzecie w tym filmie nie ma żadnej analizy. Jak większość ludzi, tak i bohaterowie nie dokonują introspekcji i głębokich analiz motywów swoich postępowań. Przez to ich zachowania po prostu się dzieją... zupełnie, jak w życiu.

Ocena: 7

Smart People (2008)

Po ten film sięgnąłem ze względu na reżysera. "Recepta na szczęście" jest jedyną rzeczą jaką nakręcił Noam Murro, a mimo to jest już reżyserem "Szklanej pułapki 5" i ma spore szanse zająć stanowisko reżysera w kontynuacji "300". Czymś musiał na siebie zwrócić uwagę. Niestety po "Recepcie..." trudno stwierdzić, czym tak Hollywood zachwycił.


"Recepta na szczęście" to standardowe kino niezależne. Widać, że Murro czuje konwencję, że zna się na kompozycji ujęć, trzymaniu tempa narracji itp. Ale nie wykazał się w tym filmie ani cieniem indywidualnego stylu. Hmm, być może właśnie to: brak artystycznych fanaberii a jednocześnie solidne podstawy warsztatowe są tym, czego oczekują od niego wielkie wytwórnie?

Sam film to sympatyczna historia mówiąca o tym, że w życiu potrzeba trochę szaleństwa. Czy to w postaci nieumiejętnego obchodzenia się z prezerwatywami, czy też kuszącego rebelią wuja-nieroba. Rzecz absolutnie neutralna. Do obejrzenia i zapomnienia.

Ocena: 6

The Hit List (2011)

Biedny Cuba Gooding Jr. Choćby nie wiem jak się starał, to i tak ląduje w szambie. "Spis drani" mógł być filmem dobry. Niestety do tego potrzebny był reżyser mający choćby blade pojęcie o sztuce filmowania. William Kaufman do tej grupy się nie zalicza. Przeciwnie. Powinien mieć sądowy zakaz zbliżania się do kamery.


Pomysł na film był bardzo dobry. Spodobała mi się postać grana przez Goodinga – umierającego zabójcy, który wrabia loosera, by przygotował listę osób do odstrzału, a potem zaczyna ich ku przerażeniu loosera eliminować jednego po drugim. To mogło być fajne przewrotne kino akcji.

Ale zostało tak źle nakręcone i zmontowane, że szczerze mówiąc wolałbym spędzić półtorej godziny oglądając zdjęcia z kamery przemysłowej biurowca z niedzieli, kiedy w budynku nikogo nie ma, niż "Spis drani". Do tego umiejętności aktorskie Cole'a Hausera są niewiele lepsze od reżyserskich umiejętności Kaufmana. Arrrgh! Co za horror.

Ocena: 3

The Virginity Hit (2010)

Choć raz zgadzam się z ocenami na FW i IMDb. "Skok na cnotę" najlepiej dowodzi, że pomysł na fajną stronę (Funny Or Die) nie gwarantuje równie fajnego filmu.


Nie rozumiem czemu Ferrell i McKay zgodzili się wydać na to pieniądze. Może na papierze wyglądało to interesująco, ale rzeczywistość jest koszmarem. Niezależna produkcja zrealizowana w konwencji "fund footage"/reality show opowiada smutną historię chłopaka, który szykuje się do utraty dziewictwa. Niestety nie bardzo mu to wychodzi, bo to jego dziewczyna okazuje się puszczalską zdzirą, a to zdzira okazuje się manipulantką, a to gwiazda porno okaże się mieć surowe zasady.

Całość zbudowano na dowcipach, które śmieszą zapewne tylko twórców. Mnie zabawne wydały się może dwa albo trzy skecze. Zaś cała ta "forma prawdy" tylko mnie irytowała. Cóż. Kiepskie popłuczyny po "Supersamcu".

Ocena: 3