wtorek, 30 sierpnia 2011

Cowboys & Aliens (2011)


Na tym filmie też miałem łzy w oczach. Były to jednak łzy rozpaczy. Tyle zmarnowanych talentów! Jakim cudem ktokolwiek mógł dopuścić, żeby rzecz ta ujrzała światło dzienne, pozostanie dla mnie jedną z zagadek wszechświata.


Gdybym oglądał ten film w telewizorze, wyłączyłbym po 10 minutach. Favreau zachowuje się jak amator, który dostał do rąk skomplikowane zabawki i nie wie, co z nimi począć. Niby są na ekranie rozdęte efekty specjalne. Niby coś się dzieje. A jednak nudziłem się straszliwie i nawet wygodny kinowy fotel mocno dał mi się we znaki. Kretyńskie dialogi obrażają inteligencję, chyba że jest to konwencja. Niestety miałem nieodparte wrażenie, że wszystko, co widzę, jest robione na serio. Poszatkowana fabuła wygląda, jakby pisał ją pacjent psychiatryka cierpiący na silne dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Co pewnie daleko nie odbiega prawdzie, jeśli spojrzy się na to ilu scenarzystów znalazło się w czołówce (a standardowo jest to jakaś 1/3 liczby rzeczywiście pracujących nad tekstem scenarzystów). I do tego film trwa bite dwie godziny. Trzeba być masochistą nie z tej Ziemi, żeby zmusić się do zrobienia tak piramidalnej fabuły. Moje kondolencje dla montażysty. Ja bym tego nie wytrzymał.

Ocena: 1

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Midnight in Paris (2011)


OH
MY
G

Teraz wiem, jak wygląda neurotyk-romantyk!


Jeśli ceną za filmy pokroju "O północy w Paryżu" są londyńskie kaszany, to jestem w stanie zacisnąć zęby i przecierpieć Allena w jego brytyjskim wydaniu. Po "Co nas kręci, co nas podnieca" nie sądziłem, że Allen jest w stanie zrobić coś lepszego. Myliłem się. "O północy w Paryżu" oglądałem z rozdziawioną gębą i łzami w oczach. W czasach, kiedy wszyscy starzy mistrzowie rozczarowują mnie jeden po drugim, Allen rozkwita.

W "O północy w Paryżu" Allen zaskoczył mnie tak, jak mało kto. Z jednej strony jest to film kompletnie inny od wszystkiego, co nakręcił wcześniej. Ubranie w obrazy i historie tęsknoty, jaką odczuwa większość twórców i odbiorców sztuki poraża skutecznością i sugestywnością. Byłem zdumiony łatwością z jaką przekracza granice logiki, nie zatracając się w onirycznym świecie możliwości. Do tej pory nie sądziłem, że ma w sobie tę umiejętność. Jednocześnie "O północy w Paryżu" jest na wskroś allenowskim filmem. Zgodnie z fabułą jest niczym podróż w czasie, przywodząc na myśl filmy Allena sprzed 30-tu, 40-tu lat, tyle że wzbogacone o nostalgię, jaką dać może jedynie dojrzały wiek.

Cudowne było widzieć, jak Allen odrzuca pustą analizę (postać Paula) i zanurza się w przeżyciach niezależnie od tego, jak bardzo wydają się irracjonalne. Nie jest to jednak żadna fuga dysocjacyjna ani acting-out. Przepracowywanie doświadczeń, wyciąganie z nich wniosków wciąż ma miejsce. Jednak zamiast analizy samej dla siebie, teraz ma ona bardziej organiczny charakter. Allen mógł co prawda darować sobie werbalizację "olśnienia" głównego bohatera, ale wybrną z klasą z tej kłopotliwej sytuacji dzięki komentarzowi Adriany.

Skoro wspomniałem już o bohaterach, to chciałbym powiedzieć słów parę o aktorach. Nie dziwię się, że chcą oni grać u Allena za symbolicznego dolara. Wyciąga bowiem z nich to co najlepsze. Owen miał ciężkie zadanie zastępując Allena po tym, jak w "Whatever Works" świetnym alter ego reżysera okazał się Larry David. Owen nie tylko nie przestraszył się, ale po mistrzowsku odegrał swoją rolę, stając się młodszą wersją Allena w 100 procentach. Jakie szczęście, że udało się go uratować po przedawkowaniu leków. Mam nadzieję, że nigdy podobny kryzys go już nie dopadnie. W "O północy w Paryżu" udowodnił, że potrafi być naprawdę znakomitym aktorem.

(Corey Stoll)
A przecież świetnych ról w filmie jest o wiele więcej! Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w Coreya Stolla podczas jego monologu w samochodzie. Krótkie spojrzenie w jego filmografię pokazało, że widziałem go już w paru filmach. Jednak dopiero teraz naprawdę go zauważyłem. Adrien Brody rozbawił mnie krótkim epizodem jako Dalí. Marion Cotillard urzekła mnie swoją rolą, podobnie jak i Alison Pill. Uśmiechnąłem się na widok pełnej życia Kathy Bates. Dałem się też oczarować Léi Seydoux w deszczu.

Jednym słowem: Cudo!

Ocena: 10

niedziela, 28 sierpnia 2011

Street Kings 2: Motor City (2011)


Zaskakująco niezłe kino policyjne. Dobrzy aktorzy, przyzwoita reżyseria i tylko szkoda, że scenariusz nadaje się do kosza. Gdyby napisał go ktoś z lepszym wyczuciem budowania intrygi, powstałby film znakomity.


"Królowie ulicy 2" to historia o facecie, który nie wiedział, kiedy atakować, a kiedy pasować. Bojąc się o swoje tajemnice wybiera atak prewencyjny. To okazuje się najpoważniejszym błędem w jego życiu, bo sprawa, którą tak bardzo starał się ukryć, przez jego działanie zostanie naświetlona. Tymczasem, gdyby tylko wstrzymał się z działaniem, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.

Niestety scenariusz filmu posiada zbyt wiele dziur, których nic nie było w stanie ukryć. Zbyt szybko odkryta została rola bohatera granego przez Raya Liottę. Źle napisano finałową konfrontację, przez co zabrakło w niej napięcia. Zdumiewa mnie fakt, że mimo tak kiepskiego materiału wyjściowego, ostateczny rezultat nie jest jedną wielką kichą.

Ocena: 6

Greenberg (2010)


Wciąż uważam, że Noah Baumbach powinien trzymać się pisania scenariuszy, a reżyserię zostawić Wesowi Andersonowi. Jednak "Greenberg" to krok w dobrym kierunku po bardzo przeciętnej "Margot jedzie na ślub".


Historia 40-latka, który wciąż nie może pozbierać się po wydarzeniach sprzed 15 lat, lecz woli szukać przyczyn na zewnątrz niż pogodzić się z własną winą, wyszła Baumbachowi całkiem nieźle. Nie zmienia to jednak faktu, że film służy w pierwszej kolejności jako prezentacja aktorskich umiejętności Bena Stillera. Dla wielu to wciąż aktor komediowy. Tymczasem w "Greenberg" pokazał się z bardzo dobrej strony jako aktor dramatyczny. Jest wiarygodny i psychologicznie skomplikowany. Nie jest to może mistrzostwo świata w niuansowaniu postaci, ale mimo wszystko Stiller może być z siebie dumny.

Niestety "Greenbergowi" brakuje charakteru, cechy szczególnej, owej delikatnej wyjątkowości, która sprawia, że niezależna produkcja jest sukcesem. Film Baubachowi wyszedł dobry, ale w wyścigu o uwagę widzów (a przynajmniej moją) przegrywa brakiem wyrazistości.

Ocena: 6

Cop Out (2010)


Nie wiem, czy Kevin Smith powinien iść na emeryturę. Wiem za to, że jeśli chce dalej kręcić filmy, to powinny to być niskobudżetówki niezależne w stylu "Clerks". Przekonał mnie do tego seans "Fujar na tropie".


W scenach akcji wiało taką amatorszczyzną, że wyglądało to żałośnie. Od debiutanta pracującego dla telewizji (albo Asylum) można spodziewać się podobnej realizacji, ale nie od kogoś, kto siedzi w tym interesie od wielu lat. Smith za to wciąż dobrze czuje się w scenach statycznych, gdzie bohaterowie ze sobą po prostu rozmawiają. Tu dało się odczuć ducha jego starego stylu, za którym osobiście tęsknię.

Ocena: 5

piątek, 26 sierpnia 2011

Cold Star (2011)

Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem o tym filmie wspominać. Niby jest to krótkometrażówka, ale z drugiej strony można go traktować jako rozszerzony teledysk. Ponieważ jednak zakochałem się w nim, postanowiłem zaliczyć go w poczet filmów.


W "Cold Star" nie ma ani jednej sekundy, ani jednego kadru, który by mnie nie zachwycił. Podoba mi się tu wszystko, nawet stary paznokieć i mucha. Świetne zbliżenia, znakomicie wykorzystane efekty slow motion i wzmocnienia efektów dźwiękowy. No i sama piosenka też jest niezła.

Kai Stänicke wykazał się bezbłędnym wyczuciem symbolu, tworząc film niejednoznaczny, łączący w sobie przeciwstawne znaczenia (na przykład ogień, który z jednej strony jest symbole bezpieczeństwa i domu, a z drugiej całkowitej zagłady i piekielnych katuszy). Przez pozbawienie filmu dialogów Stänicke sprawił, że choć wszyscy oglądamy tę samą historię, jej interpretacja będzie odmienna w zależności od widza. I tak jedni będą w "Cold Star" widzieć triumf wolności, dosłowne zanurzenie się w nieświadomości i uwolnienie skrywanych popędów i namiętności. Dla innych będzie to z kolei ostrzeżenie przed epidemią demoralizacji, jeśli tylko pozwoli się "degeneratom" na swobodne paradowanie i ujawnianie swego stylu życia. Można też spojrzeć na film jako na ostrzeżenie ministra zdrowia przed złą dietą (jako że tylko żywiąca się frytkami otyła bohaterka zdaje się pozostać niewzruszona, co sugeruje obniżony poziom libido).

A można też nie myśleć o przesłaniu i po prostu cieszyć się zmysłową ucztą, jaką zapewnia ten klip.

Ocena: 10

Agnosia (2010)


Ponieważ Eduardo Noriega należy do moich ulubionych aktorów, na filmy z jego udziałem wybieram się zazwyczaj w ciemno. I dlatego trafiłem na seans "Agnozji", który zdecydowanie nie był przeznaczony dla mnie. Aż dziwne, że na sali nie było ani jednej kobiety. Ten kostiumowy melodramat idealnie nadaje się dla pań rozkochanych w Harlequinach.


Początek zapowiadał kolejną typową hiszpańską historię z konspiracyjną teorią w tle. Z czasem okazuje się, że jest to mroczna baśń o ślepej księżniczce, księciu i parobku, którzy stają się pionkami w wymyślnej grze prowadzonej przez wyrachowaną wiedźmę. Twórcy co prawda zarzucili baśniowy sztafaż, zatem księżniczka jest tak naprawdę dziedziczką przemysłowca, książę to zaufany jej ojca, a parobek... ten akurat jest parobkiem. Sens historii wcale to nie zmienia. Miłość, chciwość, władza i namiętność zostały tu splecione tworząc mocny sznur narracyjny, na którym chętnie powiesiłaby się większość samców zwiedziona dwuznacznymi plakatami. Paniom jednak powinno się to spodobać. Historia rodem z najlepszej telenoweli i przystojni aktorzy w głównych rolach, to kusząca kombinacja. Mnie najbardziej spodobała się Martina Gedeck w roli bizneswoman, która w męskim świecie okazuje się mieć największe jaja i odwagę sięgać po to, co uważa, że jej się należy.

Ocena: 5

czwartek, 25 sierpnia 2011

Crazy, Stupid, Love (2011)

No cóż, twórcy "Phillipa Morrisa" tym razem trafili idealnie w mój gust. "Kocha, lubi, szanuje" to komedia staromodna, o wyraźnie niezależnym posmaku, ale w gwiazdorskiej obsadzie, mocno konserwatywna w wymowie, ale bardzo ciepła.


Na pierwszy rzut oka film robi wrażenie komedii w sam raz dla Dane'a Cooka i dziwi fakt, że nie ma go w obsadzie. Potem jednak, kiedy zamiast gołych piersi, serwowana jest bardzo ciepła historia o prawdziwej miłości, walce, poświęceniu ale i radości i zaskoczeniu, jest jasne, dlaczego Cooka w tym filmie nie ma. Przy całej dla niego sympatii, on lepiej sprawdza się w głupawych komedyjkach, a ta okazała się bardzo inteligentna, nawet jeśli przesłanie ma mocno naiwne. Na czas trwania seansu zawiesiłem cynizm i włączyłem tryb romantyka, dzięki czemu nawet jeśli zakończenie jest "cheesowate", to i tak mi się podobało.


Twórcom udało się też doskonale dopasować obsadę. Carell i Moore tworzą parę idealną, zaś scena w sypialni między Goslingiem i Stone to jedna z najbardziej uroczych sekwencji, jakie widziałem w tym roku.

Ocena: 8

The Kovak Box (2006)


Po "Kovak Box" sięgnąłem zachęcony nazwiskiem reżysera. Daniel Monzón jest autorem świetnej "Celda 211". Niestety jego wcześniejszy obraz to typowy dreszczowiec/horror hiszpański. Ogląda się to całkiem nieźle, ale w zalewie podobnych produkcji niczym szczególnym się nie wyróżnia.


Choć nie, to nie jest do końca prawda. Pomysł był naprawdę ciekawy. Opowieść o skomplikowanej intrydze, której celem jest eutanazja szalonego naukowca, to całkiem oryginalna rzecz. Do tego jest to przypowieść-ostrzeżenie dla twórców SF. To, co dziś jest tylko wymysłem bogatej wyobraźni, jutro może stać się rzeczywistością. Rodzi się zatem pytanie, czy literatura SF nie jest przypadkiem przejawem ludzkiej nieodpowiedzialności. Można bowiem sądzić, że biurokraci nigdy nie wpadliby na połowę tych pomysłów, które zrodziły się w głowach fantastów. A skoro się zrodziły i mają potencjał, to prędzej czy później ktoś spróbuje je urzeczywistnić. A to miałoby katastrofalne skutki dla całego świata.

Ocena: 6

środa, 24 sierpnia 2011

The Karate Kid (2010)


No cóż "The Karate Kid" wygląda raczej jak kolejny sequel serii niż jego reboot. Poziom jest podobny do tego z części czwartej, co niestety niezbyt dobrze świadczy o produkcji.


Początek jest strasznie rozwleczony, a z głównego bohatera zrobili bachora, który całkowicie zasłużył na lanie, jakie dostał. Do tego jest to część najbardziej propagandowa, pokazująca, jakie to Chiny są wspaniałe i kolorowe. Potem zaczyna się część treningowa. Nudna i pozbawiona tempa. Dodanie sceny pijanego Hana był już lekką przesadą. A na koniec część turniejowa, która wydała mi się niezamierzenie zabawna. Po pierwsze dlatego, że dzieciak z Ameryki kopie tyłki Chińczykom (a przecież Chińczycy współfinansowali tę produkcję). Po drugie ze względu na postać matki, która zamiast przejąć się tym, że syn ma prawdopodobnie złamaną nogę, radośnie mu dopinguje.

Ocena: 5

wtorek, 23 sierpnia 2011

Jonah Hex (2010)


Nie mogę uwierzyć, że ktoś w Warnerze wierzył, iż ten film może się udać. Nawet najlepszy reżyser nie byłby tu w stanie nic pomóc, ponieważ scenariusz jest kompletnie pozbawiony sensu. Z pustego i Salomon nie naleje.


"Jonah Hex" przypomina dziecięcą zabawę w Dziki Zachód. Fabuła sprawia wrażenie, jakby została wymyślona przez pięciolatka. Sens i logika zostały odrzucone, chodzi jedynie o frajdę. I być może bawiące się w kostiumach epoki gwiazdy miały niezły ubaw. Niestety nie przeniosło się to na ekran. Ja nie miałem żadnej frajdy, ale ponieważ byłem na to przygotowany, trudno mówić o rozczarowaniu.

Ocena: 3

Horrible Bosses (2011)


Spośród wszystkich komedii R tego roku na "Szefów wrogów" czekałem najbardziej. Być może spodziewałem się za wiele i dlatego film lekko mnie rozczarował.


Nie, "Szefowie wrogowie" wcale nie są słabą komedią czy mało śmieszną. Jennifer Aniston zaskoczyła mnie odwagą z jaką zagrała drapieżną kobietę żerującą na słabości mężczyzn. Colin Farrell był przezabawny w swoi krótkim występie, ale i tak zabawniejszy był w "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

To, co mnie rozczarowało to swego rodzaju wrażenie deja vu. Najsilniej było to czuć w scenie w której Jason Sudeikis i reszta wchodzą do baru w złej dzielnicy. Do złudzenia przypominało mi to wejście Sudeikisa do baru ze striptizem w "Bez smyczy".

Ocena: 6

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Final Destination 5 (2011)


W teorii serie takie jak "Piła" czy "Oszukać przeznaczenie" to istne samograje: wystarczy cały czas wymyślać widowiskowe sekwencje śmierci, a oglądający będą zadowoleni. W rzeczywistości okazuje się, że w Hollywood wyobraźnia to produkt deficytowy, przez co serie szybko zjadają swój ogon.


"Oszukać przeznaczenie 5" tempem sprintera zbliża się do granicy, za którą jest już tylko nuda powtarzalności. Na szczęście tym razem jeszcze starczyło pomysłów na kilka dobrych sekwencji, więc w sumie nie bawiłem się tak źle. Sekwencja wizji była bardzo udana, z krwawym efektem 3D wykorzystanym do perfekcji. Pierwsza śmierć bardzo uda, druga także trzyma poziom. Potem niestety było już nudno i bez pomysłów, by w końcówce znów wykazać się niezłym wyczuciem serii.


Szkoda, że Tony Todd tym razem nie został dobrze wykorzystany. Jego główna kwestia robiła wrażenie, jakby została wyjęta z jakiejś parodii serii.

Jeśli będą kolejne części, może warto, żeby twórcy pomyśleli albo o zmianie grupy ofiar (może dom starców?) albo o poszerzeniu mitologii (może w końcu ktoś pokusiłby się o odpowiedzenie na pytanie skąd biorą się wizje nadchodzących katastrof).

Ocena: 6

Sacrifice (2011)


Sam sobie jestem winny. Powinienem był sprawdzić reżysera, zanim sięgnąłem po ten film. Wiedząc, że nakręcił on wcześniej "Poetę" pewnie sprawiłby, że "Krwawy odwet" bym sobie odpuścił.


Fabuła odbita od kalki używanej w kinie milion razy nie może niczym zaskoczyć. Pozostawało zatem liczyć na rzecz przyzwoitą. Niestety poza dwójką okładkowych aktorów, cała reszta obsady gra na poziomie szkolnych teatrzyków. Zaś dodanie faktów o handlu narkotykami jest kompletnie od czapy i nie ma z filmem nic wspólnego. Szkoda, że Slater upadł tak nisko. Lubię tego aktora.

Ocena: 3

Capitalism: A Love Story (2009)


Hahaha. Kto by pomyślał, że facet, który popularność zbił na demaskowaniu cynizmu polityków i biznesu, sam okaże się tak wielkim naiwniakiem. Z perspektywy czasu "Kapitalizm, moja miłość" ogląda się jak krzyk nadziei, nadziej na lepsze jutro, nadziej, którą kolejne lata rozwiały jako mrzonki. Film powstał u zarania prezydentury Obamy i widać, jak bardzo liczył na tę prezydenturę Moore. I przez to trochę się wygłupił, choć rzecz jasna nie aż tak bardzo, jak grono przyznające nagrody Nobla.


Sam film to w dużej mierze lansowanie się samego Moore'a (te sceny "obywatelskiego aresztowania"). Jednak nawet po odjęciu autopromocji pozostaje sporo ciekawego materiału. To, co mnie najbardziej zainteresowało, to konsekwentne odcinanie demokracji od kapitalizmu. W Stanach obie te idee uważa się wręcz za istniejące symbiotyczne, Moore wyraźnie popiera tę pierwszą a neguje tę drugą, co czyni z niego socjalistę (oczywiście nie w sensie, jakim pojęcie to było wykorzystywane/wypaczone w Bloku Wschodnim). I to dość skrajnego, zwłaszcza kiedy w napisach końcowych podaje cytaty byłych prezydentów USA i Ojców Założycieli, którzy byli bardzo negatywnie nastawieni do własności prywatnej. Włączenie w to wszystko Kościoła Katolickiego czyni z Moore'a także sympatyka teologii wyzwolenia, co także wydało mi się interesujące.

W sumie najbardziej ciekawi mnie, jakie byłoby post scriptum, co powiedziałby o pierwszej kadencji Obamy.

Ocena: 7

sobota, 20 sierpnia 2011

The Wedding Weekend (2006)


W czasach dominacji komediowej szkoły spod znaku Apatowa i Phillipsa, "Niezapomniany weekend" wydaje się mało śmieszny i staromodny. Ale nawet jeśli tak jest, to i tak oglądało mi się to wszystko całkiem dobrze.


Jest w filmie ciepło wynikające ze sposobu narracji. Reżyser pokazuje grupę przyjaciół, którzy są już w wieku średnim i zaczynają rachunek zysków i strat z ostatnich 15 lat swego życia. Każdy z nich przepełniony jest lękiem, frustracjami i niespełnionymi marzeniami. W ciągu kilku dni będą mieli okazję trochę się powygłupiać i oczyścić system.

"Niezapomniany weekend" rzeczywiście przywodzi na myśl komedie obyczajowe z lat 90-tych ubiegłego wieku. Nie ma jednak w tym nic złego, pod warunkiem, że nie nastawiamy się na rubaszne, niedojrzałe dowcipy i histeryczny śmiech co pięć minut.

Ocena: 6

El último justo (2007)


Hiszpanie mają fioła na punkcie spiskowych teorii związanych z wiarą i Kościołem. Nakręcili na ten temat sporo filmów. I szkoda, że większość z nich nadaje się do spuszczenia w kiblu. Na ich tle "Ostatni sprawiedliwy" wypada nawet znośnie, co rzecz jasna nie zmienia faktu, że jest to rzecz ledwie średnia.


To, co spodobało mi się w "Ostatnim sprawiedliwym" to sam pomysł leżący u podstaw fabuły. Oto istnieją "sprawiedliwi", którzy gwarantują trwanie świata. Sami zazwyczaj nic nie wiedzą o roli, jaka odgrywają w dziele stworzenia. Jest jednak sekta, która wierzy, że świat trzeba oczyścić ze zła. Aby do tego doprowadzić muszą wyeliminować wszystkich sprawiedliwych. I tu pojawia się haczyk, który mógł uczynić z filmu naprawdę świetną opowieść. Sprawiedliwy musi zostać zabity w rytualny sposób. Każda inna śmierć sprawia, że sprawiedliwy odradza się. To wykorzystuje druga organizacja religijna, która strzeże sprawiedliwych, a kiedy ich tożsamość zostaje poznana przez wrogów, zabijają ich i w ten sposób gwarantują trwanie świata. Zaś nieszczęśnik, który jest sprawiedliwym, ma totalnie przesrane, bowiem jego śmierci chcą wszyscy. Świetnie zostało to pokazane w sekwencji otwierającej film. Najlepiej paradoks ten widać w scenie z polskim Żydem, który ma zostać zastrzelony przez jednego Niemca, a kończy z poderżniętym gardłem zabity przez innego.

To, co nie spodobało mi się w filmie, to sposób opowiedzenia historii Teo, tytułowego ostatniego sprawiedliwego, który desperacko próbuje poznać prawdę i wydobyć się ze śmiertelnej pułapki, jaką jest jego życie. Przez większość filmu reżyser prowadzi narrację w sposób poprawny, ale kompletnie nijaki. Najwyraźniej reżyser zdawał sobie z tego sprawę, więc chciał wprowadzić urozmaicenie. Niestety wyglądało to tak, jakby mu kompletnie odbijało. Kiedy parę razy wprowadzał dziwny montaż i inne chwyty rodem z innej bajki, brakowało mi w tym sensownego pomysłu.

Ocena: 5

Hereafter (2010)


Oj pogubił się tym razem Clint Eastwood. Mam nadzieję, że to chwilowa zapaść, choć jest to już jego trzeci film z rzędu, który mi się średnio podobał. Szkoda byłoby, gdyby miało się okazać, że jego ewidentny i niezaprzeczalny talent zbladł.


Gdyby "Medium" nakręcił ktoś inny, powiedziałbym, że jest to film OK. Jednak Eastwood dziełami takimi jak "Północ w ogrodzie dobra i zła" udowodnił, że potrafi dotknąć prawdziwej magii życia i przenieść ją na ekran. Dlatego też tak bardzo rozczarowało mnie "Medium", które jest filmem suchym, absolutnie wyprutym z tajemnicy jaką przecież jest życie po życiu.

Film zaczyna się od mocnego uderzenia. Scena tsunami robi niezatarte wrażenie, przywodząc na myśl motto Hitchcocka. Niestety jest to najlepsza scena w całym filmie. Potem Eastwood próbuje opowiadać trzy historie na raz, co zupełnie mu nie wychodzi. Każda z fabuł ma swoje mocne momenty i aż szkoda, że Eastwood nie był bardziej konsekwentny. Trudno nawet zorientować się, czy tym filmem Eastwood chce nam w ogóle coś powiedzieć o śmierci i tym, co dzieje się po niel.

Końcówka zaś jest mocno naiwna, wręcz komiczna. Nie dziwię się, że film nie trafił do naszych kin.

Ocena: 5

czwartek, 18 sierpnia 2011

Conan the Barbarian (2011)

Typowa wata cukrowa. Wielkie łubudu, dużo krwi, płascy bohaterowie i fabuła w agonalnym stanie anoreksji – oto, czego można spodziewać się po nowym "Conanie".


Niestety dla mnie nowy "Conan" wypadł słabo i to bez porównania do starego "Conana" (którego też uważam za przeciętne kino rozrywkowe, w sam raz na VHS-a). Wynudziłem się straszliwie. I nie pomogły masakry z hektolitrami komputerowo wygenerowanej krwi ani całkiem zgrabnie poprowadzony wątek relacji Conana z Tamarą. Na szczęście Momoa jako tytułowy bohater sprawuje się nieźle, choć w "Grze o tron" był ciekawszym barbarzyńcą.

Ocena: 5

środa, 17 sierpnia 2011

Passione (2010)

Jakie szczęście, że John Turturro realizując "Passione" nie wzorował się ostatnimi "osiągnięciami" czy to Herzoga czy to Wendersa. Zabrakło więc nadętego patosu, który ma (w zamyśle) podkreślać magię i niezwykłość. Nie ma idiotycznych złotych myśli ani sztuczności. U Turturro wszystko jest naturalne, nawet jeśli zostało w całości zainscenizowane.


W "Passione" czuje się prawdziwy zachwyt nad Neapolem i artystyczną duszą tego miejsca. Turturro jest naszym przewodnikiem, ale i współuczestnikiem podróży, dlatego daje się ponieść rytmom. Jest w tym coś z pierwotnego zachwytu, nieskrępowanej radości, której nie trzeba wyjaśniać, którą po prostu się czuje. I ta jego naturalność w połączeniu z doskonale dobranym muzycznym repertuarem sprawia, że ja też się znakomicie na filmie bawiłem.


Podobało mi się również to, w jaki sposób Turturro opowiada o historii miasta i tamtejszej kultury. Czasem wystarczyły krótkie ujęcia, a wszystko było jasne (przynajmniej dla tych, którzy mają chociaż minimalne pojęcie o Neapolu). Żaden aktor od czasu Ala Pacino i jego "Sposobu na Ryszarda" nie zaskoczył mnie w tak pozytywny sposób, jak właśnie John Turturro.


I na koniec powtórzę tę samą myśl, którą miałem oglądając "Nad morzem". Tak naprawdę nie jest to film jakoś szczególnie niezwykły. Podobny obraz można byłoby nakręcić o prawie każdym mieście, choćby Warszawie. Wystarczy tylko tytułowe "passione" i oczy szeroko otwarte, które wypatrzą magię w "szarej rzeczywistości".

Ocena: 8

Ps. Kilka utworów muzyczny jest po prostu cudnych. Trzy, które najbardziej mi się spodobały, dodałem jako playery. Są to: Spakka-Neapolis 55 "Vezuvio", Pietra Montecorvino "Comme Facette Mammeta" i Almamegretta "Nun Te Scurda'". Prócz nich zapamiętam też "Maruzzella", "Malafemmena" i "Caravan Petrol".

wtorek, 16 sierpnia 2011

The Smurfs (2011)


Chyba powinienem się cieszyć, że nie sprawdził się mój najczarniejszy scenariusz. Jest to jednak pociecha niewielka, bo pomimo kilku zabawnych scen, niestety całość to jedna zmarnowana okazja przypominająca raczej kolejną część "Alvina i wiewiórek" lub "Garfielda".


Nie jestem zwolennikiem familijnych produkcji hybrydowych. Nie wiem, co jest z tym Hollywood, ale wszystkie one wychodzą im na jedno kopyto. To już nie jest nawet złe czy irytująca, ale zwyczajnie, po ludzku nudne. W "Smerfach" urozmaiceniem jest Neil Patrick Harris (z tą jego twarzyczką-spaniela), Hank Azaria (który nawet zdubbingowany robi wrażenie), piękna Sofia Vergara i cała plejada prowadzących różne reality showy z Timem Gunnem na czele. Jest też parę zabawnych momentów. Do tego 3D w końcu zrobiono z myślą o zabawie a nie tylko "głębi".

Niestety tym razem polski dubbing nie maskuje słabych stron oryginału, jak to już się kilka razy zdarzało. Jerzy Stuhr to kompletnie nietrafiony wybór. Do kreacji Azarii lepiej pasowałby Wojciech Paszkowski w wersji dundersztycowej z "Fineasza i Ferba". Małgorzata Socha jako Smerfetka też się spisuje bardzo średnio.

Ocena: 5

Cry Baby Lane (2000)


Jest coś perwersyjnego w realizacji horroru dla dzieci. W czasach, kiedy bajki nie przypominają już za bardzo baśni, z których wyrosły, próba straszenia dzieci musi spalić na panewce. Oczywiście bardziej przerażeni są pewnie rodzice. Te dzieci, które się boją, nie są w targecie, a te, które się nie boją, preferować będą horrory prawdziwe.


Stąd też nie dziwię się, że Nickleodeon chciałoby, aby świat zapomniał o kuriozum jakim był "Cry Baby Lane". Rzecz ta co bardziej wrażliwych rodziców musiała przyprawić o palpitacje serca obrzydliwościami i niedwuznacznie sugerowaną przemocą. Jednak tak naprawdę skrywać ten film powinno się ze względu na jego jakość, która jest mizerna. Postaci są zbyt toporne, a dialogi zbyt karykaturalne. Ja rozumiem, że miało to pomóc rozładować napięcie, by młodzi widzowie i ich rodzice spojrzeli na wszystko z przymrużeniem oka. Moim zdaniem można to jednak było zrobić lepiej, a już z całą pewnością można się było postarać o lepsze dialogi. Zadziwiające, że w tym czymś zgodził się wystąpić Frank Langella.

Ocena: 4

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Oorlogswinter (2008)


Chiałoby się rzec "świetne kino". Tyle tylko, że jedyną rzeczą, jaką zrobił reżyser było niezmarnowanie literackiego materiału. Fabuła, a co za tym idzie najsilniejsza strona "Ostatniej zimy wojny", jest w pełni zasługą pisarza Jana Terlouwa.


"Ostatnia zima wojny" to rzecz skromna, cicha, ale o potężnej mocy rażenia. Z jednej strony jest to historia dorastania w okrutnych czasach wojny. Michiel, nastolatek, stając się bohaterem ważnych wydarzeń konfrontując marzenia z rzeczywistością utraci złudzenia i zrozumie prawdziwą wartość człowieka. Twórcom doskonale udało się ukazać jego niedojrzałość, łącznie z irracjonalną zazdrością o Jacka i zarazem prostotę jego bohaterstwa. Jednak film ten przewartościowuje samą definicję bohaterstwa. Michiel podąża drogą aktywnego, choć skrywanego, oporu, idąc – tak mu się przynajmniej wydaje – śladami wuja. Wstydzi się ojca, którego uważa za kolaboranta. Ale kiedy przyjdzie finał filmu, zrozumie czym jest ciche bohaterstwo i prawdziwe tchórzostwo.

Ocena: 8

Unknown (2006)


Lubię filmy takie jak "Nieznani". Lubię je przede wszystkim za intrygę, a nie za wykonanie. To może być przeciętne, ale dopóki nie skwaszą zwrotów akcji, dla mnie jest OK.


I tak właśnie jest z "Nieznanymi". Od strony technicznej czy gry aktorskiej wiele dobrego (ale i złego) nie da się powiedzieć. Sama fabuła jest za to intrygująca. Pięciu facetów budzi się w zamkniętym magazynie na odludziu. Niektórzy są ranni, inni przywiązani. Wszyscy za to stracili pamięć i nie wiedzą, co się stało, kim są i jak tu trafili. Wkrótce orientują się, że niektórzy z nich są porywaczami, a inni porwanymi. Tylko kto jest kim? Żaden z nich nie chce czekać, aż przyjedzie reszta porywaczy, bo dla porwanych będzie to oznaczało śmierć.

Reżyser fajnie gra oczekiwaniami widzów, zwroty akcji następują w odpowiednich momentach i są odpowiednio zaskakujące. Odpuściłbym sobie wątek rozgrywający się na zewnątrz, ale rozumiem, dlaczego został włączony.

Ocena: 7

niedziela, 14 sierpnia 2011

The Capture (1950)


Z dzisiejszej perspektywy "The Capture" wydaje mi się bardzo przewrotnym filmem. Otóż perypetie głównego bohatera są wynikiem zdarzeń, na które przemożny wpływ miały kobiety. Można wręcz rzec, że to one są katalizatorami tragedii.


Przez pierwszą kobietę bohater stał się bohaterem, ale splamił ręce krwią niewinnego. Przez drugą kobietę stał się zbiegiem, mordercą pazernego dziada, który oszukiwał biednych Meksykańców.

Film ma kilka niezłych momentów. Szczególnie spodobała mi się konfrontacja bohatera z wdową, choć finał tej sceny jest naciągany. Końcówka ma zbyt prostą wykładnię psychologiczną, ale w tamtych czasach w kinie masowym na większą finezję nie można było liczyć.

Ocena: 6

The Last Song (2010)


Biedni są bohaterowie Nicholasa Sparksa. Zawsze, kiedy odkrywają szczęście, przydarza się im coś złego. Choć nie, to ich bliskim przydarza się cos złego, a oni muszą po prostu pocierpieć, żeby potem dostać w nagrodę niezłe ciacho (kwestia gustu rzecz jasna).


Z "Ostatnią piosenką" jest zupełnie tak samo. Całość skonstruowana została według sprawdzonego wzorca i tylko aktorzy się zmienili. Nie zawsze na lepsze. Cyrus wypada jeszcze całkiem w porządku (lepiej jako buntowniczka niż troskliwa córka). Za to Liam Hemsworth poza dobrze wyrzeźbionym korpusem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ciekawe czy to efekt braku wymagań ze strony reżyserski, czy autentyczny brak talentu.

Ocena: 6

The Open Road (2009)


Kino drogi, które nie ma nic ciekawego do powiedzenia, które niczym niezwykłym nie wyróżnia się na tle wielu podobnych produkcji. Rzecz została jednak sprawnie przygotowana tak, że nie ma się też do czego przyczepić.


Historia młodego (jeszcze) faceta, który żyje w cieniu gwiazdy ojca i nie bardzo wie, co ze sobą począć, powstałą chyba z kalki wielokrotnie używanej w kinie. Nawet niezły Jeff Bridges powtarza tu role, które ostatnio gra dość często. Timberlake'a trochę tu odmłodzili, ale i tak nie przypomina tych neurotycznych bohaterów niezależnych, na których postać jest wzorowana.

Ocena: 6

sobota, 13 sierpnia 2011

Taking Chance (2009)


Gdybym miał oceniać "Podróż powrotną" "obiektywnie", musiałbym film zjechać od góry do dołu. Rzecz robi wrażenie zrobionej na zamówienie propagandówki podkreślającej bohaterską śmierć i solidarność w obliczu ludzkiej tragedii. Reżyser bezwstydnie manipuluje filmową materią, by wzbudzić w widzach wzruszenie. Spowolniony obraz w sekwencjach czyszczenia zwłok, kierowcy zapalający światła widząc trumnę powleczoną flagą itp., itd. Jest tego naprawdę dużo, chwilami za dużo.


A jednak, mimo że to wszystko zauważyłem, jest w tym filmie coś, co sprawiło, że dałem się uwieść opowieści. Może stało się tak przez fakt, że "Podróż powrotna" ma bardzo prostą historię, pozbawioną zwrotów akcji, twistów i niespodzianek. Gdyby reżyser choć w jednym momencie spróbował ubarwić film, to coś czuję, że utraciłby moją dobrą ocenę. Plusem jest rzecz jasna Kevin Bacon w mocnej kreacji oficera marines, który czuje się winny temu, że siedzi sobie bezpiecznie w Ameryce, podczas gdy młodsi od niego oddają życie daleko za granicami kraju.

Ocena: 7

The Maiden Heist (2009)


Urocza wydmuszka. Od wyrobnika jakim jest Peter Hewitt więcej nie można się było spodziewać. Zaskakuje gwiazdorska obsada, bowiem ten film aż się prosił o skromne, niezależne potraktowanie.


Spodobał mi się pomysł, by główni bohaterowie byli bardziej zakochani w dziełach sztuki, niż w rzeczywistych osobach. I coś mi się zdaje, że na samym początku w scenariuszu był tylko jeden bohater główny, Roger, który w domu ma żonę a w pracy wiecznie młodą, eteryczną i niedostępną postać z obrazu. Ten przedziwny trójkąt miłosny miał zapewne być kołem napędzającym całą fabułę. Potem jednak do filmu (tak sądzę) doszły kolejne gwiazdy i z komedii miłosnej zrobiła się komedia kryminalna.

Dzięki dobrze dobranym aktorom całość ma swój klimat i kilka zabawnych momentów. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego i jestem przekonany, że za rok nie będę pamiętał o tym, że film widziałem.

Ocena: 6

The Back-up Plan (2010)


Po film sięgnąłem spodziewając się śmierdzącego gniota, pozbawionego humoru i dobrego smaku. Tak przynajmniej był mi ten film "rekomendowany". Możecie więc sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy włączywszy film zobaczyłem zupełnie normalną komedię, jedną z tysiąca jej podobnych, niewyróżniającą się ani na korzyść ani na niekorzyść.


Jedyne co tak naprawdę można "Planowi B" zarzucić to to, że jest niemodny. Został bowiem nakręcony zgodnie z recepturą wykorzystywaną w kinie na początku lat 90-tych. Dziś komedie kręci się zupełnie inaczej. Chęć odejścia od powszechnego wzorca nie jest czymś złym. Problem w tym, że twórcom nie udało się wprowadzić pierwiastka świeżości, nowości, która pokazywałaby, że "Plan B" jest dobrą alternatywą dla komedii kumpelskich czy komedii z Katherine Heigl.

Sam w sobie film ma kilka zabawnych momentów. Lopez i O'Loughlin tworzą sympatyczną parę. Dla zabicia czasu można spokojnie obejrzeć.

Ocena: 5

piątek, 12 sierpnia 2011

Bad Teacher (2011)


No tak, dla Jake'a Kasdana "Zła kobieta" to zdecydowanie krok w tył. Po "Walk Hard" można było spodziewać się czegoś lepszego. Jednak scenarzystami są autorzy "Roku pierwszego" i patrząc od tej strony, "Zła kobieta" jest wyraźną poprawą.


Film jest w sumie mocno niepoprawną politycznie satyrą na płytkich i pozbawionych charakteru ludzi. Kilka dialogów wyszło wprost genialnie (tekst o zostawionej przez ojca bluzie, uwaga o kuchni etiopskiej). Było więc się na czym pośmiać. Ale Cameron Diaz trochę mnie drażniła. A może to Kasdan nie do końca ją wykorzystał. Podczas gdy postaci na drugim planie sypią dowcipami na prawo i lewo, postać Diaz za mocno bazuje na wyglądzie fizycznym. Owszem w scenie mycia samochodów zrobili jej nogi, że hoho, ale tak położony akcent sprawiał, że nie wydawała się równorzędną partnerką w komediowych gagach. Niewykorzystany został też Jason Segel. Spośród wszystkich komediowych sław, jego rola jest najsłabsza.

Ocena: 6

środa, 10 sierpnia 2011

La llamada (2010)


Nie. Zrobienie dobrego filmu "o niczym" wcale nie jest tak proste, jak się może wydawać. Wymaga sporo dyscypliny, ponieważ każda próba pójścia na skróty sprawi, że film zacznie brzmieć fałszywie.


"Drugie życie Lucii" niestety pobrzmiewa fałszywie. Daje się to we znaki szczególnie dobitnie pod koniec, kiedy reżyser zalewa nas naiwną końcówką. Nienajlepiej dobrana została również obsada, szczególnie męska część budzi wątpliwości nie pasując do swych partnerek.

Na szczęście jest w tym filmie kilka ciekawych elementów. Najważniejszym jest próba pokazania, że wartość mają nie tylko związki na całe życie. Główne bohaterki spotkały się wtedy, kiedy wzajemnie się potrzebowały. Jednak każda z nich znajduje się na zupełnie innym etapie życia. Próba "bycia razem" choć heroiczna, pozbawiona jest większego sensu. W naszej kulturze, gdzie miłość do grobowej deski jest mitem wiodącym, relacja dwóch bohaterek powinna być podstawą tragicznej historii. Tak jednak nie jest. Bo choć bohaterki z konieczności muszą się rozstać, to przez to wcale nie są osłabione, nieszczęśliwe, zmarnowane. W tym czasie i miejscu potrzebowały siebie nawzajem. I sobie pomogły. Potem okoliczności się zmieniły, a im pozostały wspomnienia i siła do dalszego życia.

Ocena: 5

wtorek, 9 sierpnia 2011

Rise of the Planet of the Apes (2011)


No cóż, od blockbustera chyba nie można było więcej oczekiwać. Choć nie do końca rozumiem, dlaczego w kinie dla mas nie można opowiadać spójnych historii. Kiedyś bywało inaczej, więc co się zmieniło? Chyba nagle wszyscy nie skretynieliśmy (inaczej stare filmy nie cieszyłyby się takim sentymentem, nawet niesłusznie jak "Predator" czy "Conan Barbarzyńca")?


Twórcy "Genezy" popełnili dwa błędy, przez które nie byłem w stanie wciągnąć się w historię. Pierwszym jest właśnie brak spójności. Twórcy powinni byli się zdecydować, o czym chcą opowiedzieć. Czy ma to być historia Willa, młodego naukowca, który tworzy nowy byt, lecz przeżywa rozczarowanie, bo a) nie osiągnął swojego celu b) stworzenie uniezależniło się od niego? Czy może ma to być historia Cezara, który uświadamia sobie, kim jest, decyduje się, jak pokierować swym losem i płaci za to cenę? Czy może ma to być historia relacji Willa i Cezara naszpikowana nieporozumieniami, skrywanymi tajemnicami i różnicami nie do pogodzenia? Każda z tych historii wymagała innych punktów dramatycznych. Tych jednak w filmie nie ma wcale. Przemiana Cezara jest mało wiarygodna, Will okazuje się postacią bezpłciową, a cała reszta nie ma nawet wagi dekoracji.

Drugim błędem było zbytnie uczłowieczenie małp. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam remake którejś z disnejowskich animacji. Nawet przed skokiem intelektualnym małpy zachowują się zbyt ludzko. Grupa szympansa alfa przed przybyciem do niej Cezara nie przypomina struktury, z jaką spotkalibyśmy się w naturze, a raczej jakiś dekadencki dwór wschodniego satrapy. Podobnie małpy z ZOO w niewyjaśniony sposób zaczynają przejawiać inteligencję. To było dla mnie sporym rozczarowaniem. O wiele bardziej autentyczne były dla mnie małpy w "Greystoke" i to z tamtymi byłem w stanie nawiązać emocjonalną więź, a nie z tymi, choć przecież w "Genezie" technologia kreacji małp jest nieporównywalnie bardziej zaawansowana.

Ocena: 6

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Die Friseuse (2010)


Doris Dörrie zwykłem kojarzyć z kinem co najmniej solidnym, a po "Hanami – Kwiat wiśni" nawet z bardzo dobrym. Dlatego też ze zdumieniem i niedowierzaniem oglądałem "Fryzjerkę". Nie potrafię pojąć, co kierowało reżyserką, że nakręciła właśnie taki film.


Gdyby nie końcówka, powiedziałby, że Dörrie jest niczym pierwszy lepszy bully w niewybredny sposób znęcająca się i wyśmiewająca grubą babę najpierw z turpistycznym uwielbieniem ukazując, jak sama siebie doprowadziła do stanu, w którym nie może bez pomocy wstać z łóżka, by następnie dowalić jej jeszcze okrutnymi wyrokami losu.

Z konstrukcji bohaterów i sposobu narracji można wnioskować, że "Fryzjerka" ma być komedią (może z odrobiną czerni). Jednak przez większość filmu rzecz jest w najlepszym razie żenująca, w najgorszym po prostu nudna. Lepiej robi się dopiero, kiedy pojawiają się Wietnamczycy. Wtedy Dörrie jakby zmienia śpiewkę. Film staje się zabawny, zrobiony z polotem, a scena, w której nielegalni emigranci śpiewają "tradycyjną wietnamską pieśń" może rozbawić do łez. Nawet stosunek reżyserki do głównej bohaterki nagle się zmienia. Niestety było już za późno, by naprawić film. Udało się jedynie lekko zamazać wcześniejsze negatywne wrażenie.

Ocena: 5

(2011) جدایی نادر از سیمین


Absolutne arcydzieło! Jeden z najlepszych filmów, jaki miałem okazję zobaczyć w tym stuleciu, a być może najlepszy. Kiedy skończył się seans "Rozstania", oniemiałem z zachwytu. Rzadko zdarza mi się, by film wywołał u mnie aż tak piorunującą reakcję.


W sztuce (nie tylko kinie) człowiek prawie zawsze jest upraszczany, sprowadzany do istoty o skończonej liczbie cech i dość prostej do zrozumienia konstrukcji. Nawet "jednostki skomplikowane" można opisać bez większych problemów. Tymczasem Asghar Farhadi pokazał ludzi w całej krasie ich odcieni. Tak zniuansowanych postaci, jednocześnie pozbawionych wartościowania czy to pozytywnego czy też negatywnego, jeszcze nie spotkałem. Reżyser mówi po prostu "oto człowiek". W jednej scenie potrafi być wspaniały i kochający, w następnej tchórzliwy i kłamliwy. Jedno nie przekreśla drugiego i na odwrót. "Rozstanie" to opowieść o miłości, lojalności, oddaniu, dumie, asekuranctwie, kłamstwie, manipulacji, tchórzostwie, konflikcie, braku komunikacji i wielu, wielu innych rzeczach. Mówi ni mniej ni więcej o życiu człowieka. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć.

W amerykańskim kinie, by osiągnąć namiastkę tego, co zaprezentował Farhadi, tworzy się wielopiętrowe przypowieści, pełne symbolicznych scen, wbijających w widza przesłanie swoją wizualną oczywistością. To, co zdumiewa najbardziej w "Rozstaniu" to fakt, że został on zrealizowany naprawdę bardzo prostymi środkami. Farhadiemu wystarczył prawdziwy scenariusz i grupa utalentowanych aktorów. I nic więcej. Po obejrzeniu "Rozstania" nigdy więcej nie będę w stanie przyjąć za usprawiedliwienie słabości filmu braku budżetu. Farhadi udowodnił, że pieniądze nie mają z prawdziwą sztuką nic wspólnego.

Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł siebie nazywać kinomanem i mając okazję obejrzeć "Rozstanie" z okazji tej nie skorzystał.

Ocena: 10

niedziela, 7 sierpnia 2011

Love and Other Impossible Pursuits (2009)

Szczerze mówiąc nie dziwię się, że film ten był w Stanach półkownikiem. Wina leży nie w tym, że jest to film zły, ale że jest to film absolutnie nijaki.


Historia młodej matki, która traci dziecko trzy dni po urodzeniu i tłamsząc w sobie poczucie winy jest chłodna bądź wroga dla wszystkich, których kocha, nie ma w sobie emocjonalnej siły, jaką mieć powinna. Natalie Portman gra przyzwoicie, ale co z tego, kiedy reżyser nie potrafi tego skleić w konkretną całość. Najbardziej rozczarowuje wątek relacji Natalie z pasierbem. Niby są wszystkie konieczne sceny, a jednak brak w tym spójności potrzebnej, bym uwierzył w prawdziwość tej skomplikowanej relacji.

Ocena: 6

Fri os fra det onde (2009)

Ach ten fantastyczny Ole Bornedal! Wiedziałem, że nie powinienem ufać pozorom, że znów wywróci wszystko do góry nogami, a jednak dałem się wciągnąć fabule i zaskoczyć wywrotce, jaką reżyser serwuje na końcu. Bornedal jest dla mnie tym w kinie, kim w literaturze jest Gene Wolfe: pozostając absolutnie szczerym i tak potrafi mnie zwieść i oszukać. I za to właśnie ich obu uwielbiam.


Jak informuje nas narratorka na samym początku. Rzecz rozgrywa się w duńskim miasteczku, gdzie życie jest proste, a ludzie z łatwością rozróżniają dobro od zła. Jednak już w ciągu pięciu minut orientujemy się, że jest wręcz przeciwnie. Obraz może i jest wyprany z barw, ale za to relacje między bohaterami dalekie są od prostoty. Wszystko to wyjdzie na jaw, ukazując prawdziwe oblicze mieszkańców miasteczka, kiedy przy drodze odnalezione zostaną zwłoki kobiety. My wiemy, co się stało... A przynajmniej tak się nam wydaje.

Wszystko w tym filmie jest efektem z góry założonych wniosków. Alain, jako obcy zostaje kozłem ofiarnym. Został nim, bo wrobił go Lars, który jednak nie sądził, że sprawa przerodzi się w lincz. W obronie Alaina staje Johannes, brat Larsa, ale nie czyni tego wcale ze szlachetnych pobudek. Tak jak mieszkańcy są uprzedzeni wobec przybyłego z Bośni Alaina, tak Johannes, jest uprzedzony wobec mieszkańców miasteczka. W ciągu kilkunastu minut dobro staje się złem, prawda fałszem, a kiedy wszystkie elementy układanki trafią na swoje miejsce, widzowie będą równie wstrząśnięci co bohaterowie. I w tym tkwi siła kina Bornedala.

Ocena: 8

Do Começo ao Fim (2009)

Aluisio Abranches miał całkiem niezły pomysł na film. Ale był to tylko pomysł, za mało na fabułę. Mimo to rzecz nakręcił, co okazało się stratą czasu. "Do Começo ao Fim" jest bowiem filmem o niczym.


W teorii "Do Começo ao Fim" to historia miłości od pierwszego wejrzenia. Miłości nietypowej, bowiem wiążącej dwóch przyrodnich braci. W rzeczywistości ta intrygująca i nietypowa historia miłosna sprowadza się do kilku rzewnych scenek przytulanek i uśmiechów do ładnej muzyczki, która jednak powtarzana w kółko pod koniec męczy. Reżyser jak ognia unika stawiania pytań o naturę ich relacji, ucieka przed problemami tworząc infantylną wizję związku. Brak dramaturgii rozwala film od środka ukazując go jako fałsz i iluzję.

Na domiar złego szwankuje sama konstrukcja. Narratorem jest Thomas, młodszy z braci. Jednak przez niemal cały film gra on drugie skrzypce lub wręcz jest nieobecny. W części poświęconej dzieciństwu braci, główną bohaterką jest matka (swoją drogą fantastycznie zagrana przez Júlię Lemmertz, to dzięki niej film ma jedną prawdziwie udaną i wiarygodną scenę, kiedy patrzy na synów i orientuje się, że łącząca ich więź jest silniejsza od braterskiej miłości). W części gdy bracia są już dorośli, bohaterem jest Francisco, starszy z braci.

O wiele ciekawszy w tym temacie jest "Harry + Max".

Ocena: 4

sobota, 6 sierpnia 2011

The Shock Doctrine (2009)

Po obejrzeniu "Doktryny szoku" jeszcze bardziej przekonałem się, że muszę przeczytać książkę Naomi Klein. Zabieram się do niej od lat, ale zawsze coś mi przeszkadza. Wiedząc, że Klein odżegnała się od filmu Winterbottoma (potem się co prawda pogodzili), muszę się dowiedzieć, co też Winterbottom wziął od niej, a co też dodał od siebie (choć znając jego poprzednie filmy) części się domyślam.


Ogólnie "Doktryna szoku" pokazuje historię II połowy XX wieku z całkiem interesującego punktu widzenia. Jednak demonizowanie Miltona Friedmana uważam za zbyt daleko posuniętą manipulację. I nie jest tak dla tego, że uważam się za zwolennika Friedmana. Wręcz przeciwnie, absolutnie nie zgadzam się z jego poglądami, ponieważ w jego wizji świata nie ma miejsca dla człowieka. Friedman jest prorokiem kapitalizmu, w którym podstawowym bytem, któremu należy zapewnić istnienie nie jest istota ludzka, lecz korporacja, która powinna móc się rozwijać bez żadnych ograniczeń (poza ograniczeniami narzuconymi przez istnienie innych korporacji i wynikających z tego relacji ekonomicznych). Człowiek jest w tym systemie tylko i wyłącznie trybikiem, hemoglobiną w krwioobiegu wolnego rynku. Biorąc pod uwagę paniczny lęk Friedmana przed wszystkim co choć trochę pachnie socjalizmem, nie ma się czemu dziwić.

Ale przejdźmy do manipulacji Winterbottoma (i Klein?). Po pierwsze łączenie Friedmana z eksperymentami z deprywacją sensoryczną i technikami torturowania nie ma żadnego logicznego sensu. Jakoś polityczne i ekonomiczne zasady musieli w Chile, Argentynie, Afganistanie i Iraku wprowadzać. Naturalne jest, że korzystano z najlepszych w tym czasie wzorców.

Po drugie z filmu jasno wynika, że choć Friedman głosił poparcie dla wolności i demokracji, to jednak tam, gdzie jego ekonomiczne idee były wprowadzane w praktyce następowało mniejsze lub większe ograniczanie swobód obywatelskich. Trudno nie zgodzić się z wnioskami twórców, że kapitalizm według Friedmana jest u swych podstaw antydemokratyczny. Tyle tylko, że twórcy w tym miejscu się zatrzymują i nie zadają bardziej fundamentalnego pytania: czy kapitalizm i demokracja w ogóle powinny być ze sobą łączone.

Po trzecie twórcy w przedziwny sposób kompletnie ignorują podstawowy paradoks leżący u podstawy wszystkich opisywanych zjawisk. Otóż idee Friedmana są w zasadzie antypaństwowe i choć sam Friedman trochę się asekurował, w rzeczywistości, gdyby w pełni przyjąć jego koncepcję, należałoby odrzucić państwo jako podstawę systemu społecznego. Tymczasem idee Friedmana są narzucane odgórnie, właśnie przez rządy państw. I wszędzie przebiega to podobnie, pseudowycofywanie się państwa przy jednoczesnym wzmacnianiu aparatu kontroli (albo represji), czyli większej ingerencji państwa w życie jednostki. Czy w takiej sytuacji można w ogóle mówić o tym, że gdziekolwiek idee Friedmana były wprowadzane w życie? Czy jeśli wprowadzane są od górnie, to czy z samej swej definicji nie są już zniekształcone, a zatem nienadające się do implementacji?

Po czwarte łączenie Friedmana z chaosem i ubóstwem też zostało zmanipulowane. Chaos jest naturalny zawsze tam, gdzie prowadzi się drastyczne zmiany ustrojowe i nie można ich ograniczać tylko do czystego kapitalizmu. Podobnie ubóstwo ludzi po upadku komunizmu na Wschodzie to nie tylko efekt implementacji koncepcji Friedmana, ale też fikcyjnego bogactwa utrzymywanego w tych krajach przez lata klasowej równości.

Ocena: 6

piątek, 5 sierpnia 2011

Captain America: The First Avenger (2011)

Na "Kapitana Amerykę" wybierałem się bez jakichś specjalnych oczekiwań. Twórcy szybko przekonali mnie, że jest to rozrywka warta uwagi. Połączenie współczesnej technologii i narracji z klasycznymi chwytami kina klasy C i epicką muzą okazało się wybuchową mieszanką, która w sam raz trafiała w mój gust. Cherlawy Steve Rogers był ciekawą postacią i nawet gadki szmatki o bohaterstwie i altruizmie mi nie przeszkadzały. Świetnie zarysowane postaci drugiego planu stworzyły barwną opowieść awanturniczą w starym stylu.


Niestety, potem jest już typowo po marvelowsku. To znaczy bohaterowie schodzą na drugi plan i zaczyna się pusta akcja. Powielając najgorsze wzorce z "Iron Mana 2", "Kapitan Ameryka" prawie zaczął mnie nudzić. Na szczęście tu i ówdzie były jeszcze fajne pomysły, przez co do końca poziom nie spadł poniżej przyzwoitości.

Oczywiście nie rozumiem, dlaczego film jest prezentowany w 3D. Ale, żeby być fair, muszę dodać, że tym razem okulary jakoś mi nie przeszkadzały. Mimo wszystko nic bym nie stracił, gdyby seans był w 2D.

Ocena: 7

Habemus Papam (2011)

Nanni Moretti trochę się w "Habemus papam" pogubił. Po znakomitym początku film rozłazi się na boki, by w końcówce wywrócić wszystko do góry nogami.


Pierwsza część, mniej więcej do momentu ucieczki papieża, naprawdę mnie zaciekawiła. Prostymi środkami Moretti potrafił wywołać smutek, wzruszenie i radość. Stworzył absurdalną sytuację, a jednocześnie bardzo wiarygodną. Konfrontując świat demokracji, w której odpowiedzialność jednostki rozmywa się w tłumie z hierarchiczna strukturą Kościoła, gdzie papież staje się uosobieniem całej organizacji, reżyser znakomicie ukazał ciężar odpowiedzialności. Scena niemej modlitwy kardynałów, śpiewny nacisk na nowowybranego papieża, by zgodził się piastować urząd, a nawet rozmowa z psychoterapeutą w obliczu całego kardynalskiego zgromadzenia – to wszystko to perły, świadczące o bezbłędnym wyczuciu filmowej materii.

A potem papież umyka i nagle wszystko się zmienia. Przemyśla konstrukcja rozmienia się na drobne. Jest więc historia kardynałów, którzy przypominają pensjonariuszy domu starców. Jest historia papieża wędrującego po Rzymie. Jest historia psychoanalityka. I historia jego żony. Jest w końcu historia trupy teatralnej jak i bohaterów "Mewy" Czechowa. Za dużo tego wszystkiego. I do niczego to nie prowadzi. Moretti powtarza się, mamrocze pod nosem, naśmiewa się i z kardynałów i psychoanalityków, tych świeckich kapłanów nauki.

I wtedy dochodzimy do sceny finałowej, w której Moretti ujawnia, że jest ateistycznym terrorystą, a cały film jest filmowym zamachem bombowym na zorganizowaną religię. Jednak przez fakt, że wcześniej fabuła gdzieś się rozpierzchła, zakończenie to nie robi aż tak silnego wrażenia, jakby mogło.

Ocena: 6

środa, 3 sierpnia 2011

Pina (2011)

Bolesne rozczarowanie. Słysząc zewsząd pochwały bardo liczyłem na ten film. Zwiastun wydawał się potwierdzać nadzieje. Niestety, powinienem był pamiętać, że rzecz tę nakręcił facet od "Spotkania w Palermo".


Jeśli Wender chciał pokazać Pinę Bausch jako nadętą kretynkę, to gratulacje – efekt zamierzony uzyskał. Gdy tylko tancerze zaczynają o niej opowiadać, z ich ust wylewa się jeden frazes i kretyńskie zdanie za drugim. Tego po prostu nie dało się słuchać tak pozbawione było to smaku. Efekt 3D, który wiele osób zachwycił, jest śmiechu warty. Część filmu obejrzałem bez okularów i naprawdę miejscami nie było żadnych zniekształceń. Zysk 3D nie wart był strat spowodowanych utratą jasności obrazu.

To, co w filmie się broni, to sama twórczość Bausch. Jej układy choreograficzne, taneczne przedstawienia, robią naprawdę mocne wrażenie. Najbardziej podobały mi się sceny z  "Café Müller". Z chęcią zobaczyłbym to przedstawienie w całości.

Gdyby mniej w tym filmie było Wendersa (i słów), wtedy rzeczywiście mógłbym powiedzieć, że obejrzałem ciekawy film. A tak, niestety, wyszedłem z kina zniesmaczony.

Ocena: 5

wtorek, 2 sierpnia 2011

Kóngavegur (2010)

Jeśli chcecie zrozumieć Islandię doby kryzysu gospodarczego, to koniecznie musicie obejrzeć "Parking królów". Valdís Óskarsdóttir zrobił brutalny rachunek sumienia obnażając islandzką mentalność, przyczyny bankructwa kraju i stan ducha ludzi, którzy śniąc w raju, obudzili się w slumsach.


Diagnoza reżysera nie jest może specjalnie odkrywcza, za to jasno i klarownie wyłożona. Podstawową przyczyną problemów jest zdaniem Óskarsdóttira pseudoindywidualizm, który jest niczym więcej jak skrajną wersją egocentryzmu. Bohaterowie filmu są jak katatonicy śniący swoje sny o sławie i lepszym życiu. Najlepsi z nich pozorują jakieś działania oszukując siebie i innych, że coś ze sobą robią. W rzeczywistości jednak pogłębiają problem w konsekwencji prowadząc do krwawej katastrofy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość z nich jest kompletnie ślepa na zagrożenie i kiedy wreszcie nadchodzi, dzieje się to tak niespodziewanie, że zwala z nóg (i to dosłownie!).

"Parking królów" ogląda się jak komedię. Jest tu wiele scen, na których można się śmiać. Nie jest to jednak wcale film wesoły. Śmiech rodzi się z absurdalnych sytuacji ludzi przegranych i zagubionych. Gorycz przenika większość scen czyniąc śmiech reakcją obronną przed totalną depresją. I nawet zakończenie ma tu niejednoznaczny charakter. Niby bohaterowie coś robią, ruszają tyłek z miejsca. Ale film nie daje odpowiedzi czy jest to autentyczny impuls do działania czy po prosu ucieczka, zachowanie szarańczy, która zżarłszy wszystko przenosi się w nowe miejsce.

Ocena: 7

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Cedar Rapids (2011)

Urocza bajeczka o uzdrawiającej sile naiwności.


Agenci ubezpieczeniowi powszechnie uważani są za pijawki żerujące na ludzkiej niedoli. Ale za tym zawodem kryją się bardzo szlachetne przesłanki, o których prawie nikt już nie pamięta. Dlatego potrzebny jest ktoś taki, jak bohater "Cedar Rapids", który z naiwną otwartością podchodzi do świata grzechu i moralnego zwyrodnienia. I choć trochę poszerzy swoje horyzonty, to jednak nie zatraca się, a jego naiwność sprawia, że wszystko wokół nabiera zupełnie innych barw.

Reżyser bardzo sprytnie skonfrontowała postawę bohatera z ideałami organizacji ubezpieczeniowej, które okazują się tylko czczymi hasłami. Zarazem jest to dość typowa komedyjka o tym, co się dzieje na delegacjach, kiedy każdy z nas ma szansę udawać kogoś innego. Jest w tym wszystkim dużo ciepła i życiowych mądrości. Sympatyczni bohaterowie i niezłe kreacje aktorskie sprawiają, że choć skromny to film, to jednak warty obejrzenia.

Ocena: 7