czwartek, 29 września 2011

Shelter (2010)


Całkiem klimatyczne kino wykorzystujące konflikt wiara kontra rozum. Twórcy w tym starciu stanęli po stronie wiary, strasząc widzów tym, co może ich czekać, jeśli zwątpią w Boga.


Skupienie uwagi na Carze, pani psycholog zafiksowanej na misji negowania zaburzeń dysocjacyjnych, było bardzo dobrym zabiegiem. Cara jest jak Mulder i Skully w jednym. Sceptycznie nastawiona mimo wszystko drąży przypadek pewnego mężczyzny, którego zgarnęła policja, kiedy leżał na chodniku. Póki intryga się zagęszcza, a pytań jest więcej niż odpowiedzi, film funkcjonuje bardzo dobrze. Jonathan Rhys Meyers jest świetnym aktorem i różne osobowości potrafił zagrać w bardzo odmienny sposób, przez co przykuwa uwagę. Razem z Moore tworzą znakomitą parę przeciwników/sojuszników.

Ostatnie pół godziny to jednak spore rozczarowanie. Rozwiązanie tajemnicy nie dość, że jest pełne logicznych dziur, to jeszcze wydaje się dość dziwaczne. Dlatego też nie czułem się usatysfakcjonowany.

Ocena: 6

No Night Is Too Long (2006)


Od czasu do czasu zdarza mi się źle trafić. Tak jest w przypadku "No Night Is Too Long". Ten film to reżyserka totalna porażka okraszona jedną z najgorszych ścieżek muzycznych, jaką słyszałem kiedykolwiek. Aż trudno jest mi uwierzyć, że nakręcił to ten sam facet, co całkiem niezłe "The Children".


"No Night Is Too Long" to strasznie chaotyczna rzecz, jakby reżyser nie mógł się zdecydować, w jakiej konwencji chce opowiedzieć historię. Początek zaczerpnięty jest z tanich horrorów klasy B opowiadających o przykrych konsekwencjach niezdrowych obsesji. Najpierw poznajemy Tima, jak z przerażeniem biegnie do swego domu, a i tam nie może uwolnić się od swoich lęków. Potem cofamy się o rok i jesteśmy świadkami jak Tim spotyka Ivo i zaczyna się ich niezdrowy romans. Najpierw Tim zdaje się mieć całkowitego fioła na punkcie Ivo, ale kiedy ten wyznaje mu, że go kocha, magia pryska, Tim obojętnieje, swoje już osiągnął. Jednak Ivo teraz zagarnia Tima dla siebie stając się brutalny w swej zaborczości.

Po niespełna pół godzinie formuła filmu zupełnie się zmienia. Akcja przenosi się na Alaskę i rzecz zaczyna przypominać jeden z tych klasycznych melodramatów np.: "Doktora Żywago". On (Tim) porzucony przez kochanka, ona porzucona przez męża. Spotykają się w hotelowej restauracji. Nawiązuje się między nimi uczucie i Tim po raz pierwszy w życiu zakosztował prawdziwej miłości. Ale jest to uczucie wykradzione, które nie może trwać wiecznie. Oboje wiedzą, że ich partnerzy kiedyś wrócą, ale mimo wszystko dają się ponieść chwili.

I trwa to kolejne 20 minut, po czym formuła filmu znów się wywraca stając się jakimś psychologicznym dramatem z domieszką kryminału. Na ekranie panuje groch z kapustą, nic się kupy nie trzyma, ale najgorsza jest wszechobecna, przytłaczająca muzyka. W niemym filmie z początku XX wieku prawdopodobnie funkcjonowałaby idealnie, jednak dziś już tak się nie komponuje. To rzępolenie było tak irytujące, że nie potrafiłem się skupić na grze aktorskiej.

Z całego filmu wyniosłem tylko tyle, że chętnie przeczytałbym powieściowy pierwowzór, bo mimo wszystko intryga wydała mi się ciekawa.

Ocena: 4

wtorek, 27 września 2011

Friends with Benefits (2011)


Will Gluck trzyma dobrą formę, którą zapoczątkował "Łatwą dziewczyną". "To tylko seks" to naprawdę przeurocza komedyjka o bardzo konwencjonalnej strukturze.


Siłą filmu jest fantastycznie dobrana główna para. Kunis i Timberlake tworzą parę idealną. W chemię ich łączącą wierzy się bez mrugnięcia oka. Są rozkoszni jak kichające przez sen misie panda. Do tego całość ma niezwykle mocny drugi plan. Woody Harrelson w roli geja i Patricia Clarkson w roli matki-trzpiotki uprzyjemniają dłużyzny.

Jednak chwilami "To tylko seks" mroziło mi krew w żyłach mocniej niż najbardziej nawet przerażający horror. Działo się tak za każdym razem, kiedy bohaterowie zaczynali zachowywać się jak 12-latkowie – a działo się tak bardzo często. To przerażające, jak mocno afirmowana jest we współczesnych komediach infantylność i niedojrzałość.

Ocena: 7

Ps. Twórcy mogliby zrobić widzom tę uprzejmość i skoro już wrzucają scenę po napisach, to niech trwa ona dłużej niż 20 sekund.

poniedziałek, 26 września 2011

초능력자 (2010)

"Prześladowcy" to rzecz przeznaczona dla fanów kina klasy B w wersji azjatyckiej. Ja tam wolę chyba podobne produkcje z Japonii czy Hongkongu, koreańskie poczucie humoru zupełnie mi nie leży.


Rzecz opowiada o dwóch odmieńcach, z których jednego trudno zabić, a drugi nie potrafi przestać manipulować ludźmi przy pomocy siły woli. Rzecz można było opowiedzieć na setki sposobów. Nie do końca rozumiem, dlaczego twórcy wybrali akurat ten. Całość nie ma szczególnego napięcia, a humor zupełnie mnie nie bawi. Do tego prawie dwugodzinny seans ciągnął się straszliwie. Naprawdę mogę pomyśleć o kilkuset tytułach filmów, które lepiej by mi się w tym czasie oglądało.

Ocena: 5

Кочегар (2010)

Oj, wystawił tym filmem Bałabanow moją cierpliwość na bardzo trudną próbę. Opowiedział prostą historię o przemocy i oprawił ją w tak kiczowatą muzykę (z jednym wyjątkiem), że po pewnym czasie miałem już wszystkiego serdecznie dość.


Przez godzinę ścieżkę muzyczną tworzą trzy czy cztery puszczane w kółko melodyjki, którym bliżej do ilustracji ślubów, chrzcin czy wycieczek niż filmów fabularnych i to uznanych twórców. Na ekranie zbyt wiele się nie dzieje. Tytułowy palacz dorzuca co jakiś czas węgiel to pieców kotłowniczych, jego dawny towarzysz broni teraz zajmuje się zabójstwami na zlecenie i czasem podrzuca mu do pieców trupy do spalenia, zaś ich córki rozkręciły wspólny biznes i dzielą się facetem (o czym nie wiedzą). I właśnie ten ostatni element fabuły pod koniec rozkręci nieco akcję. Wątpię jednak, by wielu widzów doceniło ten zabieg formalny reżysera.

Ocena: 5

Tall Girls (2011)


Film dokumentalny zrobiony przez wysoką kobietę o wysokich kobietach. To zdanie mówi o nim wszystko. Brak tu jakichkolwiek eksperymentów formalnych czy też oryginalnych myśli. Możemy za to poznać losy kilku młodszych i starszych kobiet, których wzrost znacznie przekracza średnią akceptowaną w środowisku.

Rozumiem, dlaczego film wygląda tak, jak wygląda. Jednak nie jest przecież pokazywany na prywatnych pokazach lecz szerszej, bardziej zróżnicowanej publiczności. Dlatego też jako widz mam prawo oczekiwać więcej. Jak choćby przemyśleń na temat tego, jak fizyczność ogranicza swobodę wyboru drogi życiowej. Niby temat ten jest poruszony, ale podobnie jak w przypadku (np. definicja normy i choroby) reżyserka w ogóle się w niego nie zagłębia, nie stawia trudnych moralnie pytań. Dlatego też dla mnie "Tall Girls" okazał się mimo wszystko pustym i rozczarowującym doświadczeniem.


Ocena: 5

Homme au bain (2010)


No cóż, nie każdy film Christophe'a Honoré może być tak udany jak "Piosenki o miłości", ale to wciąż jeden z ciekawszych francuskich twórców. "Homme au bain" mocno mnie zaskoczył swoją formą, ale nie do końca tematyką, która przywodzi na myśl jego wcześniejsze rzeczy (raczej scenariuszowe niż reżyserskie).


"Homme au bain" to filmowa impresja, w której owszem mamy jakąś szczątkową – jak zwykle u Honoré mocno melodramatyczną – fabułę. Jednak historia schodzi na drugi plan w stosunku do głównego przesłania filmu, którym jest ukazanie "prawdy" o sztuce, a przynajmniej tej prawdy, jaką postrzega i doświadcza sam Honoré. Reżyser pokazuje sztukę w sposób brutalny, jako świat wymagający maksymalnego ekshibicjonizmu. Człowiek odzierany jest ze wszystkiego, by mogło to być rzucone na pożarcie widza, którym jest zarówno twórca jak i my, siedzący w bezpiecznej odległości po drugiej stronie ekranu. Honoré utożsamia sztukę z seksem, gdzie zmysłowość czasem wzmacnia, a czasem przysłania emocje.


Film wymagał dużej odwagi ze strony trójki głównych aktorów. I nie chodzi mi tu o sceny seksu, w których raczej zbyt wiele nie udawali, ale w scenach, które wkraczały w ich rzeczywistą sferę intymności, gdzie Honoré wymagał od nich bezbronności. Przykładem tego może być scena, w której grany przez Sagata bohater rozbiera się przed starszym facetem, a ten dokonuje jego analizy niczym wytrawny krytyk sztuki: chwali jego wycyzelowane ciało, ale jednocześnie nazywa go kiczem. I choć odnosi się to do granej przez Sagata postaci, to słowa te są prawdziwe także w odniesieniu do niego samego, co pewnie było jednym z powodów, dla których dostał tę rolę.

Całość wydała mi się trochę przekombinowana i przyciężka. Wolę innego Honoré, ale na swój sposób był to seans interesujący.

Ocena: 6

niedziela, 25 września 2011

Auschwitz (2011)


"Auschwitz" zaskoczyło mnie zarówno pozytywnie jak i negatywnie.


Pozytywnie, ponieważ nie sądziłem, że Uwe Boll jest w stanie nakręcić taki film. Spodziewałem się krwawej orgii, a ku swemu zdumieniu zobaczyłem program edukacyjny, który spokojnie niemieckie ministerstwo edukacji mogłoby zarekomendować jako materiał wspomagający nauczanie historii w liceum. Rzecz składa się z niezbyt długiej rekonstrukcji tego, jak wyglądał typowy dzień w Auschwitz, a poprzedzają ją i zwieńczają wypowiedzi młodych Niemców przepytywanych z wiedzy na temat Holokaustu.

I to właśnie ich wypowiedzi, ich radosna chwilami ignorancja najbardziej mrozi krew w żyłach. Boll stosując najprostsze środki przypomina nam dwie niesłychanie ważne prawdy: Po pierwsze, że każda, nawet największa tragedia zostaje w końcu zapomniana, stając się bliżej nieokreślonym mitem i twierdzenie, że uczymy się na doświadczeniach z historii to bzdet. Po drugie, że Holokaust stał się synonimem ludobójstwa, co doprowadziło do tego, że inne mniej lub bardziej masowe wybijanie jednej nacji przez drugą nie jest już postrzegane bądź definiowane jako ludobójstwo.

Negatywnie zaskoczył mnie tym, jak jest niedopracowany. Ja rozumiem, że Boll nie miał budżetu, że całość zrealizował korzystając z faktu, iż kręcił "Bloodrayne: The Third Reich" i mógł wykorzystać te same scenografie. Jednak mając tak dobry pomysł, powinien był wszystko lepiej zrealizować.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak często wykorzystywał slow-motion. Przecież, co też wielokrotnie powtarzał w komentarzu, chodziło mu o realistyczne przedstawienie całej maszynerii związanej z masowym mordem. Tymczasem spowolnione zdjęcia pełnią odwrotną funkcję i sprawiają, że całość epatuje tanią grą na emocjach.

Ocena: 5

Killer Elite (2011)


Trudno jest mi oceniać "Elitę zabójców" inaczej niż w kategoriach komedii. Staruszek De Niro wygląda przezabawnie biegając z karabinem. Wstawki sentymentalne z dziewczyną Stathama są tak absurdalne, że z chęcią obejrzał bym jakiś melodramat wyreżyserowany przez twórcę "Elity" – to mogłaby być campowa komedia dekady.


Ale "Elita zabójców" ma też kilka zalet. Przede wszystkim ma ciekawą intrygę, która jest w sposób całkowicie fałszywy pokazana w zwiastunie. W rzeczywistości jest bardziej skomplikowana i bierze w niej udział znacznie więcej graczy. Chwilami rzecz jasna brakuje logiki, ale całość przesiąknięta jest klimatem lat 80-tych, co w magiczny sposób sprawia, że kupuję tę konwencję.

Jest też Jason Statham. W chwili obecnej to jedyna prawdziwa gwiazda kina akcji. Bohater Stathama prawie bez zadrapań wychodzić z sytuacji fizycznie niemożliwych i ja w to wierzę. Gdyby na miejscu Stathama był ktokolwiek inny, pewnie reagowałbym inaczej. Owen również stworzył niezłą, choć nieco zbyt cichą i za mało efekciarską rolę. De Niro, no cóż, on jest jedynie wabikiem i wydaje się całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy.

Ocena: 6

Abduction (2011)


Na "Porwanie" wybrałem się z pełną świadomością tego, że czeka mnie strasznie zły film. Dlatego też byłem pozytywnie zaskoczony, kiedy okazało się, że jest to solidny thriller akcji. Owszem, oryginalności nie było w nim za grosz, za to zrealizowano go z dużą sprawnością.


To rzecz jasna wcale nie znaczy, że film był dobry. Twórcy zatrzymali się w połowie drogi. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zrobiono z taką powagą. Niewiele jest filmów akcji, którym się to udaje. Większość obrazów świadomie lub przypadkowo zawiera humor. I jest to jedyny środek, który pozwala przełknąć braki aktorskiego talentu lub fabułę naciągniętą do maksimum. W "Porwaniu" humoru jednak brak, czym reżyser zrobił krzywdę Lautnerowi. Jego gra jest tak sztuczna, że miałem wrażenie, iż oglądam jakiś tani film bollywoodzki, z którego wycięto piosenki. Lautner nie robi nic poza pokazywaniem swojej pucołowatej twarzyczki. Kiedy akcja przyspiesza i reżyser nie ma czasu, by się na nim koncentrować, jeszcze całość daje radę. Gdy tylko fabuła przystaje i następuje zbliżenie na Lautnera, robi się żenująco.

Ocena: 5

poniedziałek, 19 września 2011

Shark Night 3D (2011)


"Noc rekinów 3D" to film z gatunku revenge of the rednecks. Skierowany jest do białych widzów z klas niższych, którzy mogą oglądać, jak na ekranie masakrowani są ci, których na co dzień nienawidzą. A swą zemstę dokonują przy pomocy narzędzi będących symbolami zniewolenia: ogłupiającej rozrywki reality show i chciwości.


Pierwszymi ofiarami muszą zatem być rasowi odmieńcy: czarny chłopak i latynoska dziewczyna. Ich zbrodnią jest to, że mają czelność zachowywać się jak bogaci biali zamiast znać swoje miejsce i wiedzieć, że najgorszy biały jest i tak od nich o tysiąc razy lepszy.

Potem przychodzi pora na rasowo czystych, ale moralnie zepsutych: czyli puszczalską dziewczynę i leniwego chłystka. Nie zasłużyli na pieniądze i wygody, jakimi są otaczani. Inni harują za psie wynagrodzenie, a ci rozkładają nogi albo bawią się swoimi gadżetami i mają wszystko w dupie.

(Chris Carmack)

Potem przyjdzie pora na tych, których grzechy są mniej jednoznacznie zdefiniowane, ale ponieważ są bogatsi, piękniejsi i bardziej utalentowani, więc muszą zapłacić.

Jednak paradoks gatunku revenge of the rednecks polega na tym, że jego twórcy w większości przypadków odmawiają redneckom pełnej satysfakcji. Pod koniec zatem muszą dostać za swoje, bo chciwość, zazdrość to grzechy przeciwko Bogu, kara jest zatem nieunikniona. Nawet jeśli słusznie masakrowali, to ponieważ ich intencje nie były czyste, zbawienie mogą dostąpić tylko przez własną śmierć.

Nie wiem, co ludziom się nie podoba w "Nocy rekinów". Film został sprawnie opowiedziany. Formuła jest klarowna, narracja trzyma tempo. Nie każdy film musi być masakrycznie krwawy. Owszem, chwilami stężenie głupoty jest niezwykłe (np. rekin, który nie ma problemu z dogonieniem pędzącej motorówki, ale nie radzi sobie z pływającym kujonem albo pies, który wyskakuje z wody na pokład statku jakby wyrzucono go z katapulty) ale mnie wydało się to zabawne. Całość wyraźnie została zrobiona z myślą o młodszych widzach i swoim charakterem przypomina opowieści o duchach i potworach opowiadane przy ogniskach.

Ocena: 5

De caravana (2010)

"De caravana" to historia przystojnego fotografa, który znalazł się na totalnie obcym sobie terenie. Zauroczony tym, co widzi (głównie jedną panienką) daje się wciągnąć w przestępczą intrygę, a że jaj wielkich nie ma (przynajmniej jeśli chodzi o odwagę w stawianiu się innym), to też łatwo dał sobą manipulować.


Jednak "De caravana" to nie żaden ponury dramat społeczny o kulturowych różnicach między bogatymi a biednymi. To film dość lekki, utrzymany w komediowym tonie. Przestępcy to drobne cwaniaczki, które jak trzeba to dowalą, ale raczej nie po to, by zabić. Bohaterowie są barwni, całość ma konsystencję waty cukrowej tak, że póki seans trwa, póty wszystko jest ok. Kiedy jednak pojawiają się napisy końcowe, okazuje się, że nie ma w tym filmie nic.

Ocena: 5

niedziela, 18 września 2011

Gişe Memuru (2010)

Szaleństwo podane po turecku jest całkiem sycącą potrawą filmową. Byłaby jeszcze lepszą, gdyby reżyser pozostał konsekwentny w prezentacji swego dzieła.

Gise Memuru Fragman / Toll Booth Trailer from Mantar Film on Vimeo.


Kenan przez jednego z kolegów z pracy zwany jest robotem. I wydaje się to być bardzo trafnym określeniem. Jego życie na pierwszy rzut oka to niezmienne pasmo rutyny. A jednak za tą maską kryje się huragan emocji, których źródłem jest trauma z dzieciństwa związana z przedwczesną śmiercią matki. To wspomnienie połączone z koniecznością dzielenia mieszkania ze starym ojcem, przytłacza go niczym groźba meteoru, który ma uderzyć wkrótce w Ziemię. Kenanowi wydaje się, że nad wszystkim panuje, tymczasem w rzeczywistości coraz trudniej przychodzi mu oddzielić prawdę od urojeń.

Tolga Karaçelik wiedział, jak zanurzyć widza w szaleństwie głównego bohatera. Niestety widać, że nie jest jeszcze zbyt doświadczonym reżyserem. W filmie co rusz stosuje chwyty z różnych konwencji, ale pozostaje zupełnie niekonsekwentny w swoich decyzjach. To co jeszcze przed chwilą mu się podobało, zaraz zostaje zapomniane. Ma u mnie jednak plus za świetny muzyczny motyw przewodni.


Ocena: 6

Natural Selection (2011)

Tak jak Brytyjczyków uważam za niedoścignionych mistrzów komedii obyczajowej, tak nikt w mojej opinii nie kręci lepszych filmów drogi od Amerykanów, zwłaszcza tych robionych w kinie niezależnym. Mają niezwykłą smykałkę w tworzeniu bardzo nietypowych par, złożonych z pozoru kompletnie nie pasujących do siebie ludzi, którzy jednak doskonale się uzupełniają.


W przypadku "Natural Selection" tę parę tworzą wierząca chrześcijanka, wierna żona zamężna od prawie ćwierćwiecza i młody chłopak, typowy społeczny śmieć, bezrobotny narkoman, który większość życia spędził w więzieniu. Podróż, którą wspólnie odbędą, odmieni ich życie na zawsze. W sobie nawzajem ujrzą kogoś, kto żył przygnieciony bagażem dawnych grzechów, grzechów, za które już z nawiązką zapłacili. Jednak dopiero konfrontacja z tak drastycznie odmienną osobą wyrzuci ich z kolei rutyny, powoli uwolnić się i zaczerpnąć na nowo powietrze pełną piersią.

"Natural Selection" to film zabawny i smutny zarazem. Sceny komediowe sąsiadują z tragicznymi i wcale się nie gryzą. Całość robi bardzo żywe i prawdziwe wrażenie, a zakończenie, choć ckliwe nie jest aż tak głupim happy-endem, jakim raczy nas zazwyczaj Hollywood. Plus należy się także odtwórcom głównych ról Rachel Harris i Mattowi O'Leary'emu. Panuje między nimi świetna chemia, ma czym ich postaci mocno zyskały.

Ocena: 7

Another Silence (2011)

Muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia po obejrzeniu "Another Silence". Z jednej strony czuję się oszukany, a całość wydaje mi się pretensjonalna i mało przekonująca psychologicznie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że moje oczekiwania wobec tego filmu były zupełnie inne i że reżyser poszedł w przeciwnym kierunku.


Nie przemawia do mnie główna bohaterka. Kiedy jej mąż i syn giną, kiedy wyrusza do Argentyny na poszukiwanie zabójcy, wydaje się, że wyrusza szukając zemsty i dobrze wie, kogo szuka. Jednak potem jej determinacja staje się jakaś taka bezcelowa. Waha się między autodestrukcją a koniecznością zemsty. Końcowa inercja (a może świadoma decyzja) jest dla mnie zupełnie nieprzekonująca, a scena zamykająca film rozczarowuje tanim melodramatycznym chwytem. Do tego morał, z którego jasno wynika, że zemsta nie jest domeną kobiet wydał mi się nie tylko fałszywy ale i niesprawiedliwy. Taką tezę należało poprzeć lepszym scenariuszem.

Ocena: 6

Atmen (2011)

"Atmen" to tegoroczny austriacki kandydat do Oscara. Nie sądzę, by Austriacy wiele nim zawojowali w Hollywood. Film jest niezły, ale podobnych historii powstało na całym świecie setki jeśli nie tysiące.


Rzecz opowiada o młodym zagubionym chłopaku, którego "wychowały" instytucje państwowe. Niezbyt dobrze im się powiodło, bowiem jako 14-latek został skazany za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Teraz ma 18 lat i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Zewnętrzny świat go przeraża. Kiedy w akcie buntu godzi się przyjąć pracę w zakładzie pogrzebowym nie wie, że kontakt ze śmiercią może nauczyć go czegoś o życiu. Za sprawą jednego z trupów – kobiety o nazwisku takim jak jego – zacznie szukać swojej matki. To, co od niej usłyszy będzie kluczowe w jego życiu. Zrozumie, że czasem bycie porzuconym nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przydarzyć.

Jak na debiutanta Karl Markovics spisał się bardzo dobrze. Narracja została sprawnie poprowadzona, całość ma równy rytm. Nieźle równie spisał się odtwórca głównej roli Thomas Schubert, dla którego był to także debiut w kinowej produkcji. W jego kreacji jest zarazem sporo hardości i delikatności.

Ocena: 6

sobota, 17 września 2011

Amnistia (2011)

"Amnestia" zupełnie do mnie nie przemawia. Historia dwójki osób, kobiety i mężczyzny, którzy poznają się w więzieniu, gdzie odwiedzają swoich współmałżonków odsiadujących wyroki, jest tak grubymi nićmi szyta, że nie wiedziałem, czy mam płakać czy śmiać się.


Jestem może trochę niesprawiedliwy. W sumie do sceny finałowej mogłem potraktować film jako rzecz minimalistyczną, ot takie scenki rodzajowe związane z konsekwencjami wprowadzenia nowego prawa odwiedzin małżeńskich w więzieniach. Niestety reżyser postanawia wszystko zakończyć z impetem i jest to taktyczny błąd. Sprowadził bowiem całość do tak niskiego poziomu, że po prostu jęknąłem, że na coś takiego zmarnowałem półtorej godziny.

Ocena: 3

(2011) השוטר

Walka i miłość w Izraelu. Być zwyczajnym Izraelczykiem nie jest łatwo, godzić życie uczuciowe z zawodowym, przymykać oczy na jawną niesprawiedliwość, której ofiarami padają nie tylko Palestyńczycy. "Policjant" pokazuje dwie strony barykady. Obie są równie pełne fałszu i pięknych sloganów, z których nic nie wynika.



Z jednej są policjanci z jednostki antyterrorystycznej. Nieformalnym liderem jest Yaron, którego żona za chwilę będzie rodzić córkę. Yaron przygotowuje się do roli ojca z entuzjazmem, co jednak wcale nie przeszkadza mu zwracać uwagę choćby na piękne kelnerki. Nie ma też skrupułów, by prosić mającego raka towarzysza z drużyny, by wziął na siebie winę za akcję, w której zginęło dwóch niewinnych ludzi.

Z drugiej strony jest grupa żydowskich rewolucjonistów, którzy chcą zniszczyć ekonomiczną nierównowagę. W tym celu porywają trójkę superbogaczy. Jednak szybko okazuje się, że w zasadzie żadne z nich nie wierzy w idee, które deklamują. Robią to z zupełnie innych, bardziej przyziemnych, uczuciowych powodów.

Obie grupy zetrą się w finałowej konfrontacji, która – jak chce tego reżyser – ma wstrząsnąć Yaronem.

O ile jako film o niczym, ale z ciekawymi postaciami w ciekawych sytuacjach, "Policjant" jest całkiem interesujący, o tyle w chwili, w której reżyser próbuje nadać całość głębszy sens, drugie przesłanie, całość staje się zaskakująco płytka, wtórna i nieciekawa. Można to reżyserowi wybaczyć, bo jest to jego pierwsza pełnometrażowa fabuła. Widać, że ma smykałkę do robienia filmu, ale jeszcze nie potrafi odmierzyć proporcji historii i przesłania


Ocena: 6

The Advocate for Fagdom (2011)

Trochę trudno było mi traktować ten film jako dokument, tak jak z trudem przychodzi mi traktować Bruce'a La Bruce'a jako artystę. Kiedy Gus Van Sant chwali La Bruce'a za jakość jego scenariuszy, byłem prawie pewien, że "Orędownik gejowa" to kolejny żart, a może pierwszy prawdziwie artystyczny, bardzo "meta", projekt samego La Bruce'a. Dla mnie zawsze był raczej pornografem z artystycznymi ciągotami niż undergroundowym artystą wykorzystującym hardcore'owy seks w swoich dziełach.



I po filmie w zasadzie nie zmieniłem zdania. Głównie ze względu na to w jaki sposób potraktowano w dokumencie temat pornografii. Jednak kilka rzeczy mnie zaciekawiło. Przede wszystkim to, co robił na początku lat 90-tych z Glennem Belverio. "Post-queer" i wyśmiewanie się z pędu gejów do bycia normalną klasą średnią oraz anarchistyczne wbijanie kija w mrowisko – to mi się bardzo podobało. Sceny z programu "Glenda and Friends" nawet dziś nic nie straciły na swej aktualności. To była sztuka, bezpardonowa, buntownicza, nie trzymająca się żadnych świętości. Takiego La Bruce jestem pewien, że bym polubił.

Sam film to dość standardowy zbiór pochwał i narzekań.


Ocena: 6

piątek, 16 września 2011

Johnny English Reborn (2011)


Muszę przyznać, że na film wybierałem się niechętnie. Lubię Atkinsona, ale w zasadzie wyłącznie za jego dokonania telewizyjne. "Czarna Żmija" to jeden z najlepszych brytyjskich seriali wszech czasów. Nie pamiętałem też kompletnie pierwszej części, ale została ocena – 5 – co nie napawało optymizmem. Na szczęście "Reaktywacja" nie spełniła moich oczekiwań i okazała się całkiem przyjemną, letnią, odmóżdżającą rozrywką.


Atkinson jak zwykle wariuje. I choć jest tylko bladym cieniem swych serialowych wcieleń, to i tak bawiłem się nieźle. Co prawda film ma bardzo luźną fabułę, a poziom poszczególnych gagów jest bardzo zróżnicowany, kilka sceny było naprawdę śmiesznych. Czasem były to drobnostki, ledwie zauważalne, innym razem całe sekwencje genialne rozegrane przez Atkinsona.

Nie jest to najoryginalniejsza komedia. Nie pasuje też do obecnie lansowanego wzorca komediowego. Mimo to, jako niewymagająca rozrywka spisał się dobrze.

Ocena: 6

środa, 14 września 2011

La piel que habito (2011)


Smutno to stwierdzić, ale "Skóra, w której żyję" to dla mnie jeden z najsłabszych filmów Almodóvara. Ostatnim jego obrazem, który tak nisko oceniłem był "Matador" nakręcony ćwierć wieku temu.


Nie rozumiem, jak reżyser mógł nie wykorzystać potencjału, przecież ta historia (choć nie jego własna, a inspirowana książką) idealnie wpasowuje się w jego obsesje. Tymczasem tu została wykorzystana tylko w celu kopiowania samego siebie. To zresztą też nic nowego. Podobny chwyt zastosował w "Przerwanych objęciach". Tam miało to jednak świeżość, tętniło życiem i twórczym bogactwem. "Skóra, w której żyję" sprawia z kolei wrażenie dzieła zrobionego przez ucznia Almodóvara, kopisty, który umieszcza na taśmie konieczne elementy almodovarowego stylu, ale puste, by nie powiedzieć martwe. Przez to całość staje się filmem antyalmodovarowym, dziełem designerskim, a nie artystycznym, polegającym wyłącznie na estetycznym komponowaniu poszczególnych elementów.

Pewnie dlatego bardziej niż losy bohaterów interesowały mnie obrazy, które widziałem na ścianach, żyrandole, kostiumy i maski. Frajdę sprawiało mi wynajdywanie cytatów od "Frankensteina" po "Kikę". Kilka pomysłów pobudzało do intelektualnej zadumy (figura ojca gwałciciela, przeniesienie kazirodcze, zbrodnia i kara). Jednak z całego filmu warta zapamiętania wydała mi się tylko scena golenia. Jak na Almodóvara to zdecydowanie za mało.

Ocena: 6

wtorek, 13 września 2011

Das letzte Schweigen (2010)


W pedofilach chcemy widzieć potwory, próbujemy odmawiać im człowieczeństwa, bo przecież to, czego pragną i co czynią przechodzi ludzkie pojęcie. Jednak oni nie są potworami i w tym tkwi ich problem. Paradoksalnie "Cisza" jest pochwałą absolutnej psychopatii jako jedynego środka zapewniającego przetrwanie tym, których ciągoty wykraczają daleko poza granice normy.


Weźmy na przykład takiego Timo. Przez 23 lata prowadził normalne życie. Miał dom, rodzinę, pracę. Jego skłonności były pod kontrolą dzięki zbawiennemu Internetowi. I pewnie dożyłby późnej starości bez większych problemów, gdyby nie cholerne sumienie. To ono wywoła w nim poczucie winy i sprawi, że jego życie rozpadnie się na kawałki.

A Peer? Nieźle się urządził, choć przecież jego skłonności są jeszcze bardziej skrajne. Niestety i on ma jedną słabość, która pozbawi go tego, czego pragnie. Tą słabością jest tęsknota za towarzystwem. Samotność mu mocno doskwiera i przez nią zrobi bardzo głupią rzecz.

"Cisza" jest niezłym filmem. Spodobało mi się to, że nie jest do końca zamkniętą konstrukcją, a bohaterowie są intrygujący i niejednoznaczni. Trochę szkoda, że praktycznie wszyscy (poza policjantką w ciąży) są postaciami tragicznymi, a pedofilny gwałt po raz kolejny wiązany jest z odbywającym się w tym samym niemal czasie stosunkiem niczego nieświadomych rodziców. To zbyt oklepane chwyty, przez co film balansuje na granicy telewizyjnej rutyny. Rzecz nieźle wypada aktorsko, choć próba odmłodnienia Thomsena i Möhringa spaliła na panewce.

Ocena: 6

poniedziałek, 12 września 2011

Drive (2011)

Nicolas Winding Refn jest reżyserem jednego tematu. Tym tematem jest męskość i to w bardzo konkretnym wydaniu wojownika ze średniowiecznych podań. To postać przypominająca swoją konstrukcją czekoladkę. Z wierzchu niegroźny, sympatyczny, zabawny, w środku zaś znajduje się twardy orzech bezkompromisowej, zwierzęcej agresji. Jego brutalność jest totalna, pozbawiona wyrzutów sumienia, ma atawistyczny charakter: zabij albo zostań zabity. Przedtem był to Frank, Tonny, Bronson, Jednooki. Teraz jest Kierowca.


Muszę powiedzieć, że mam pewien kłopot z "Drive". Film absolutnie zachwycił mnie swoją formą. Refn wykorzystał do perfekcji komunikację niewerbalną, co jest wielką rzadkością. Warto bardzo uważnie przyglądać się poszczególnym kadrom i ujęciom. Ich konstrukcja, w szczególności rozstawienie postaci, nie jest przypadkowe. Perfekcyjna kompozycja sprawia, że widz więcej treści otrzymuje właśnie z tego, niż z dialogów. Oszczędnie stosowana muzyka (ale nie dźwięki!) tworzy doskonałą mieszankę audiowizualną, z którą nie spotkałem się chyba od czasu "Spragnionych miłości". To, jak Refn uwodzi nas, byśmy zakochali się w bohaterze. To, jak wykorzystuje stylizację kiczu lat 80-tych, by dokonać transgresji na poziom sztuki. I brutalność, którą uczynił piękną dla oka (jeszcze nigdy miażdżenie czaszki nie było tak estetycznie zachwycające). Refn udowodnił, że ma niezwykłe wyczucie filmowej materii.


Niestety "Drive" jest filmem wtórnym. Refn wykorzystuje tu nie tylko tę samą strukturę narracyjną ale nawet te same rozwiązania, co w swoich wcześniejszych filmów. Dla tych, którzy widzieli "Pushera" bądź "Valhalla Rising" będzie to po prostu recycling tyle że podany w atrakcyjniejszej formie. Pod tym względem "Bronson" wciąż pozostaje najoryginalniejszym filmem Refna.


Ocena: 8

niedziela, 11 września 2011

L'immortel (2010)

Klasyczne kino gangsterskie od wytwórni Luca Bessona. "22 kule" to męska baśń pełna gangsterów walczących o władzę, siejących zemstę i poświęcających się dla rodziny. Jest przemoc, sceny akcji i jednozdaniowe monologi w stylu "Nigdy nie zabijałem bezbronnych... pora zmienić przyzwyczajenia".


Połowa scen w "22 kulach" jest kompletnie niewiarygodna, ale dzięki sprawnej realizacji i dobrze dobranej obsadzie łatwo przychodzi odwiesić na bok racjonalność i zatopić się w historii byłego ojca chrzestnego marsylskiej mafii, który teraz wbrew sobie musi dokonać krwawej zemsty na tych, których uważał za swych przyjaciół. To była idealna rola dla Jeana Reno i zagrał ją perfekcyjnie (świetna scena, w której dowiaduje się, kto go zdradził oraz na pogrzebie, kiedy decyduje się na zemstę).

Ocena: 7

Solitary Man (2009)


Oto opowieść o lęku przed śmiertelnością, która paradoksalnie prowadzi do destrukcji tego, co dobre w życiu człowieka. Sześć lat temu Ben Kalmen był na szczycie, miał wszystko, o czym mógł zapragnąć. Zmieniło się to podczas jednej wizyty u lekarza. Pojawiło się widmo choroby, jawny znak, że nie jest już młodzieniaszkiem, że śmierć także do jego drzwi zapuka. Ben zareagował negacją. Zamiast się leczyć, zignorował lekarzy i oddał się hedonistycznym uciechom. Liczył, że świat wokół obroni go przed nim samym, że zmusi go do poddania się leczeniu. Tak się nie stało.


Sześć lat później jest człowiekiem skończonym, fortuna przepadła, małżeństwo zostało zniszczone, relacje z córką ledwie istnieją i nawet powodzenie u kobiet dobiega końca. Nie zostało mu już nic, a przynajmniej tak mu się wydaje. Bowiem gdyby tylko chciał, mógłby zejść ze ścieżki destrukcji. Czy jednak stać go na konfrontację z własną śmiercią, czy też pozwoli sobie umrzeć w zapomnieniu?

Na to pytanie nie znajdziemy w filmie odpowiedzi. Twórcy myśleli zapewne, że są mądrzy, ale moim zdaniem okazali się tchórzami. Otwarte zakończenie nie pasuje do każdej narracji. W przypadku "Człowieka sukcesu" brak zakończenia trudno oceniać inaczej jak sabotaż, bo też pokazuje, że twórcy nie mają nic do powiedzenia, że jedyna sensowna myśl pozostaje niewypowiedziana.

Trochę szkoda, bo film wart jest obejrzenia ze względu na rolę Michaela Douglasa. To jego jedna z najlepszych kreacji i warto byłoby doprowadzić ją do końca. A tak jego wysiłek jest zmarnowany, niewykorzystany.

Ocena: 6

Die Tür (2009)


"Drzwi" przywodzą na myśl "Kłopotliwego człowieka". O ile jednak tamten film wymykał się prostej klasyfikacji, o tyle w tym przypadku reżyser poszedł w stronę jednoznacznie gatunkową. Ma to swoje dobre strony, ale i złe i to właśnie one sprawiły, że "Drzwi" nie zbliżają się nawet poziomem do "Kłopotliwego człowieka".


Problemem jest jasność konstrukcji. Wszystko zostało tu rozpisane podług oczywistych reguł gatunku. Przez to cała ta bardzo dickowska otoczka gdzieś się gubi. Pomysł na raj, za który płaci się morderstwem sprowadza się tu do poziomu któregoś z odcinków "Strefy mroku". Twórcy nie wygrywają absurdalności i makabrycznej "zabawy", jaką cała sytuacja kreuje. Mikkelsen próbuje nadać bohaterowi wymiar bardziej tragiczny, zupełnie niepotrzebnie, bo w wybranej przez reżysera formie nie ma miejsca na pogłębioną analizę.

Ocena: 6

sobota, 10 września 2011

Zookeeper (2011)


Całkiem sympatyczna komedyjka, która jednym uchem wpada a drugim wypada. Gdyby nie ceny biletów w multipleksach warto byłoby się na nią wybrać do kina od tak dla zabicia czasu. A tak lepiej poczekać na wydanie DVD.


Film ma niezłą komediową obsadę. Ken Jeong w nowym image'u był zabawny. Za to zaczyna mi być naprawdę żal Leslie Bibb. Biedaczka została zaszufladkowana jako zimna suka i chyba się już od tej etykietki nie uwolni. W czerwonej sukni wyglądała rewelacyjnie, ale wygląd to nie wszystko. Przezabawny okazał się Joe Rogan, czym mnie trochę zaskoczył.

Ocena: 6

W ciemności (2011)

Co się stało z Agnieszką Holland? Oglądając "W ciemności" nie mogłem uwierzyć, że film zrealizowała autorka "Europa, Europa". Choć i tak cieszyłem się, że film okazał się choć odrobinę lepszy od katastrofy jaką był "Janosik". Jestem jednak przekonany, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy powstały w Polsce lepsze filmy.


To, co najbardziej smuci mnie w przypadku "W ciemności" to fakt, że jest to film wielu straconych szans. Bardzo ciekawym pomysłem było opowiedzenie historii Sochy, który daleko odbiega od wzorca bohaterstwa. Przez długi czas pomaga Żydom tylko dlatego, że jest przez nich opłacany. Potem nazywa ich "moimi Żydkami". Równie ciekawym pomysłem było pokazanie Holokaustu jako makabrycznego tańca śmierci i seksu. Te wszystkie sceny kradzionych chwil intymności, w których potrzeba bliskości tłamsi jakiekolwiek inne uczucia.

Oba pomysły nie zostały jednak w filmie wygrane. "W ciemności" cierpi na typowo polską bolączkę braku wyrazistego bohatera przysłoniętego przez sytuację, która jest dla twórcy ważniejsza. Socha wcale nie jest postacią pierwszoplanową, ale jedną z kilku postaci. Gdyby którejkolwiek z nich poświęcono pełną uwagę, pokazując jej podróż, wtedy film mógł być naprawdę udany. To rozproszenie uwagi sprawia, że całość wydaje się jednym wielkim kompromisem. Próba całościowego ukazania Holokaustu nieuchronnie sprowadziła film na manowce. Najlepszym tego przykładem może być dodawanie co chwilę różnych scenek rodzajowych (przeganianie nagich kobiet po lesie przed rozstrzelaniem, tańczący rabi, wchodzenie do obozu pracy na czworakach). Zapewne są one inspirowane wspomnieniami naocznych świadków, jednak w filmie sprawiają wrażenie inscenizacji. Przez to film choć prawdziwy jest kompletnie nieautentyczny.

Cóż. Nie będę w oscarowym wyścigu kibicował polskiej produkcji. Bo choć porusza ważny temat, wart wielu filmów, to "W ciemności" okazał się mierną opowieścią.

Ocena: 4

The Help (2011)


Oglądając "Służące" nie mogłem wyjść ze zdumienia, że w Stanach film zarobił ponad 100 milionów dolarów. Zrobiony został bowiem wbrew hollywoodzkiemu rozsądkowi. Film jest bardzo długo, a jednak nie ma w nim żadnych eksplozji, skoków adrenaliny ani nawet większych dramatów. W obsadzie królują kobiety, większość nazwisk będzie niewiele mówić niedzielnym konsumentom kinowych produkcji, a znaczna część obsady nie jest w ogóle biała.


A jednak film odniósł sukces. Po obejrzeniu stwierdzam, że nie ma w tym nic dziwnego. "Służące" to kino klasycznej narracji, gdzie główny nacisk położony został na bohaterów i łączące je relacje. Jest w nim ciepło i ckliwość i baśniowy nastrój opowieści o triumfie maluczkich. W czasach niepokojów, kiedy ekonomiczna nierówność staje się coraz bardziej jaskrawa, historia o dzielnych kobietach, które małymi krokami zakopywały tę przepaść musi zachwycać. Szczególnie kiedy została tak fenomenalnie zagrana.

Emma Stone, Viola Davis, Octavia Spencer i Allison Janney wiodą prym pokazując, jak wiele talentów pozostaje wciąż niewykorzystanych w Hollywood. Moją ulubienicą stała się jednak Jessica Chastain w roli Celii, kobiety nieco roztrzepanej, a przecież głęboko doświadczonej przez los, która wydaje się być kompletnie nieświadoma rasowych różnic.

Ocena: 8

The Debt (2010)


"Dług" to kino solidne. Zaskoczył mnie jednak chłód produkcji. Nie tego spodziewałem się po Maddenie zwłaszcza, że przecież cała historia aż nurza się w emocjach. Z jednej strony mamy wdrukowaną traumę holokaustu i związane z nią negatywne emocje, które koncentrują się na nazistowskim zbrodniarzu. Z drugiej strony jest cała gama emocjonalnych relacji, która łączy ze sobą trójkę agentów Mosadu.


W filmie niestety emocje te są poddane ostrej kastracji. Pozostają nieco obojętne relacje i dramat, w który nie do końca się wciągnąłem i to pomimo znakomitej obsady. To, co "Długowi" udało się u mnie wzbudzić to ciekawość tego, jak też wygląda izraelski oryginał. Mam nadzieję, że będzie mi go dane obejrzeć.

Ocena: 6

środa, 7 września 2011

Don't Be Afraid of the Dark (2010)


Guillermo del Toro i jego pomocnik Troy Nixen ożywiają jeden z największych ludzkich koszmarów. I nie jest to strach przed ciemnością i kryjącymi się w niej potworkami (choć i jednego i drugiego jest w filmie dostatek). Tym koszmarem jest świadomość osamotnienia, kiedy doświadczenia tak straszliwie realne są bagatelizowane przez tych, którzy nas kochają, którzy powinni nas wspierać i chronić. Tym koszmarem jest bezradność, kiedy błagasz o pomoc i kiedy pomoc ta jest ci obiecana, lecz wystarczy, że się na chwilę uspokoisz, a już odkładane są w kąt.


Sally jest "tylko" dzieckiem, dlatego też jej strach jest przez dorosłych kwitowany machnięciem ręki. Bo też czym są jej małe, "wyobrażone" potworki wobec ich wielkich ambicji i kredytów, które trzeba spłacać? I trochę szkoda, że jej koszmar został pokazany w sposób tak rzeczywisty. Osobiście wolałbym, żeby twórcy poszli w stronę większej niejednoznaczność, bo – jak stwierdza postać grana przez Katie Holmes – nie ma tak naprawdę znaczenia, czy inni widzą potworki czy też nie, liczy się to, że dla Sally są one rzeczywistością. W tym momencie twórcy lekko zahaczają o koszmar "psychicznie chorych", dla których urojenia i omamy są realnym doświadczeniem i którzy nie mogą uzyskać wsparcia od otoczenia, ponieważ to neguje prawdziwość ich przeżyć.

SPOILER

Na "Nie bój się ciemności" można też spojrzeć jak na klasyczną baśń psychoanalityczną. Historia trójkąta Sally-ojciec-kochanka idealnie wpisuje się w schemat kompleksu Elektry. Córka zazdrosna o ojca reaguje (nieświadomie) agresją na obecność u jego boku nowej kobiety. Dom, piwnica, zamurowany kanał – wszystko to są kobiece, waginalne symbole. I to one rodzą potwory. I tu pojawia się bardzo przewrotny mechanizm psychiczny: 1) Popęd agresywny budzi lęk u dziecka, więc kierowany jest na nią samą (autoagresja – Sally ofiarą potworków). 2) Kobieta staje się postacią męczeńską, która oddaje swoje życie. 3) W rezultacie destrukcyjna fantazja dziecka zostaje spełniona – córka zostaje sama z ojcem – ALE agresywne impulsy są na pierwszy rzut oka nie do wykrycia, ponieważ dziecko świadomie czuje teraz miłość, a agresywne zachowania, które były ujawniane nie były kierowane na obiekt, który rzeczywiście tę agresję budził.

Oczywiście jest to także przypowieść o jeszcze głębiej zakopanej w nieświadomości agresji wobec matki. W filmie matka jest postacią odległą, nigdy nie widzianą. Dwie rozmowy telefoniczne i wspomnienie o lekach daje jednak dużo wskazówek do spekulacji. Matka jest więc tu postacią, która a) porzuca dziecko b) tłamsi i kontroluje odczuwane przez dziecko popędy. Z teorii Klein i jej podobnych wiemy, że gryzienie piersi przez dziecko jest jednym z pierwszych przejawów popędu agresywnego skierowanego wobec rodzicielki. Jednak ten popęd szybko jest usuwany ze świadomości i maskowany. Pozostaje jednak w zbiorowej nieświadomości jako żywy lęk przed karą (dziecięce zęby, którymi "żywią" się potwory w filmie).

END SPOILER

Śmieszy mnie narzekanie wielu osób na "Nie bój się ciemności". Zastanawiam się bowiem, ile z nich z sentymentem wspomina "kultowe" i "znakomite" filmy z lat 80. Obraz Nixeya jest bowiem na maxa oldschoolowy i boleśnie przypomina wszystkie zalety ale i wady kina sprzed lat. W zasadzie tylko komputerowo wykreowane potwory są ukłonem w stronę nowoczesności. Sposób prowadzenia narracji, konstrukcja bohaterów, a nawet konkretne ujęcia nie mają wiele wspólne z tym, jak dziś kręci się horrory. Mnie to nie przeszkadza, ale ja nigdy nie miałem problemu z lubieniem "złych" filmów.

Ocena: 7

poniedziałek, 5 września 2011

Fright Night (2011)


No cóż, nie jest źle. "Postrach nocy" okazał się całkiem przyjemnym, dość klasycznym w sposobie narracji horrorem, który zdecydowanie nie zasłużył na tak niskie wyniki w box offisie. Colin Farrell jest bardzo dobry w roli wampira, Anton Yelchin nieźle wypadł w roli głównego bohatera. Fajnie zagrał też były Dr Who.


Niestety "Postrach nocy" jest filmem kompletnie pozbawionym charakteru. Nie ma w nim nic, co warto byłoby zapamiętać, co wyróżniałoby obraz na tle innych produkcji. Jest za mało campowy, by stać się kultowym. Również scenami przemocy i krwi nie wybija się ponad przeciętność. Od autora "Miłości Larsa" spodziewałem się większej pomysłowości. Na szczęście efekt 3D jest całkiem niezły.

Ocena: 6

Wymyk (2011)


Na "Wymyk" poszedłem, by przekonać się, czy chociaż jeden z nagrodzonych w Gdyni filmów może mi się spodobać. Niestety, "Wymyk" doskonale wpisał się w grupę zwycięzców, których wartości artystycznej nie dostrzegam. Jeżeli to ma być najlepszy w naszym kraju scenariusz, to z polską kinematografią musi być naprawdę źle. Bo też jak można nagradzać tekst, który nie ma sensu.

Oglądając "Wymyk" cały czas po głowie kołatało mi się jedno pytanie: Po co ten film powstał? Niestety do napisów końcowych nie otrzymałem na nie odpowiedzi. Jeśli miała to być zwyczajna historia ludzkiego dramatu bez podtekstów, to upchnięto w niej zbyt wiele chamskich wręcz symboli (rozwalający się dom, awaria serwerów, nawiązania do Szekspira). Jeżeli twórcy chcieli przekazać głębszą treść, to gdzieś się to drugie dno zapodziało i w filmie nie zostało z niego nic. Tylko gdzieś na obrzeżach majaczą ciekawe pytania o naturę odwagi i tchórzostwa, o powinności wobec krewnych, o żeniaczkę wbrew woli rodziny. "Wymyk" wydaje się bardzo pojemny w treści, gdyby tylko twórcy zechcieli postawić parę trudnych pytań albo uczynić postaci obu braci bardziej niejednoznaczne.

I jeszcze smutna konstatacja na temat stanu aktorstwa w Polsce. Grająca w "Wymyku" Gabriela Muskała otrzymała nagrodę za rolę drugoplanową. Owszem, aktorka zagrała dobrze, ale jej rola nie była zbyt wymagająca (tylko w jednej scenie musiała tak naprawdę wykazać się wyższym kunsztem). Jeżeli scenarzyści więcej od aktorek w kinie nie wymagają, to ja radzę paniom szukać ról w serialach: podobny poziom skomplikowania a potencjalnie więcej można zarobić.

Ocena: 4

Contre toi (2010)


Ciekawe spojrzenie na zemstę, syndrom sztokholmski i skomplikowaną ludzką psychikę.


Anna Cooper jest chirurgiem-ginekologiem. Jej życie sprowadza się do pracy i pustego mieszkania. Pewnego dnia zostaje porwana przez młodego Yanna, który chciałby, aby Anna cierpiała tak jak on. Yann od dawna żyje w trybie autodestrukcji, a dokładnie od chwili, gdy jego żona zmarła podczas cesarki – cesarki, którą przeprowadziła Anna. Jednak Yann nie jest prawdziwie złym człowiekiem. Brutalny potrafi być tylko, kiedy jest przyparty do muru. Przetrzymuje więc w zamknięciu kobietę i nie bardzo wie, co z nią zrobić.

Anna jest rzecz jasna przerażona i desperacko pragnie się uwolnić. Jednak część niej odkrywa w Yannie bratnią duszę, rozpoznaje tę samą samotność, która i ją prześladuje. Dlatego też, kiedy równie niespodziewanie odzyska wolność, nie będzie potrafiła o nim zapomnieć. Jednak Anne ma jedną przewagę nad Yannem – przez lata nauczyła się samolubstwa. To ono sprawi, że podejmie decyzję, której Yann nigdy nie byłby w stanie podjąć.

"Z tobą i przeciw tobie" to intymne studium ludzkiego bólu, które sprawdza się w zasadzie wyłącznie dzięki dobrej grze aktorskiej. Thomas i Marmaï świetnie się uzupełniają tworząc idealną parę podobieństw, które przyciągają się i odpychają jednocześnie. To smutny film o samotności, którą zapchać można tylko brutalnością oraz film o brutalności, która nie wystarczy, by bohaterowie poczuli, że żyją.

Ocena: 6

niedziela, 4 września 2011

Flipped (2010)


Większość współczesny filmów każe na pragnąć i tęsknić za miłością. Rob Reiner postanowił przekonać nas, byśmy ją cenili. "Flipped" to rzecz o cudzie, jakim jest fakt, że dwie osoby są ze sobą.


U Reinera związek dwojga ludzi naprawdę zakrawa na cud, co pokazuje na przykładzie 8-letnich Juli i Bryce'a. Dla Juli jest to miłość od pierwszego wejrzenia, jednak Bryce nie dorósł jeszcze do związku i na Juli patrzy jak na psychopatkę. Kiedy po latach Bryce zmieni swoje uczucia do Juli, dziewczyna tak się na nim zawiodła, że będzie go (starać się) ignorować. Aby w końcu mogli ze sobą porozmawiać, będzie musiało minąć sporo lat i obie strony będą musiały mocno się napracować.

U Reinera nie ma pójścia na łatwiznę i żaden Kupidyn nie strzela z łuku, by w jednej chwili połączyć dwie osoby. Można sobie spokojnie wyobrazić, jak w wielu miejscach drogi bohaterów skręcają w inne strony i nigdy się już nie spotykają. Do tego dochodzi wychowanie, które również niekorzystnie wpływa na nasze możliwości znalezienia partnera(ki). Przesiąkamy światopoglądami i rozczarowaniami naszych rodziców i uwolnienie się z tego cienia jest dość trudne. Dlatego też miłość, więź z drugim człowiekiem, jest tak piękna i wspaniała. To fenomen, który przywykliśmy uważać za oczywisty i prawnie nam należny.

"Flipped" przez swoją konstrukcję i bohaterów okazał się nostalgicznym i pełnym ciepła filmem, który napawa otuchą. Jest jak oglądanie swoich zdjęć sprzed lat. Choć błahy, nie można nie uśmiechnąć się, kiedy się na niego patrzy.

Ocena: 7

And Soon the Darkness (2010)


Druga scena, dwie chude jak patyk dziewczyny jadą rowerami przez argentyńskie pustkowia. Przez absurdalne zetknięcie anorektycznych fizjonomii z szerokimi panoramami scena ta wydała mi się niezwykle zabawna a jednocześnie bardzo intrygująca. Nie wiedziałem jeszcze, że efekt ten wypadł twórcom zupełnie przypadkiem.


Niestety szybko okazało się, że ani reżyser ani scenarzyści nie mają pomysłu na realizację remake'u filmu sprzed 40 lat. Powstała rzecz nudna do bólu. Aktorki nie mają nic do zagrania. Nastrój budowany jest przy użyciu latynoskich starych gęb, co każe zastanawiać się, czy film nie sponsorowała któraś z rasistowskich organizacji.

Ładne widoczki nie rekompensują nudy. Można sobie film spokojnie darować.

Ocena: 4

sobota, 3 września 2011

Colombiana (2011)


Luc Besson to taki europejski odpowiednik George'a Lucasa: miał parę pomysłów, na których żeruje od lat. Jednak wolę Bessona od Lucasa, ponieważ mimo wszystko tworzy nowe filmy, a Lucas tylko poprawia to, co już ktoś nakręcił.


"Colombiana" ewidentnie bazuje na "Leonie Zawodowcu". Jest to swego rodzaju sequel pokazujący, na kogo może wyrosnąć dziewczynka, która była świadkiem morderstwa swoich rodziców. W wersji Bessona, wyreżyserowanej przez Olivera Megatona, została superlaską o zabójczych skłonnościach. Cóż, tym razem hasło reklamowe naprawdę nie kłamało: zemsta jest w tym filmie naprawdę piękna. Szkoda tylko, że poza Zoe Saldaną film ma niezbyt wiele do zaoferowania. Tematyka poruszana w "Colombianie" był wałkowana w kinie na wszystkie możliwe sposoby. Żeby zaangażować widza (mnie) należało pójść w stronę efekciarstwa. Tego w filmie zabrakło. Fabuła sprawia wrażenie, jakby scenariusz pisano przy użyciu telegrafu. Wszystko to jest takie niechlujne i powierzchowne. Gdyby zamiast Saldany był ktoś inny, to obawiam się, że nie byłoby już w ogóle powodów, by film oglądać.

Ocena: 6

El mal ajeno (2010)


Oglądając "Innego" nie mogłem się opędzić od myśli, że był to idealny temat na horror w stylu "Kręgu", tyle że zamiast kasety wideo jest dar uzdrawiania. Niestety Hiszpanie poszli w stronę melodramatu, co mnie osobiście nieco przeszkadzało.


Natomiast bardzo spodobał mi się pomysł filmu. Oto główny bohater zostaje nagle obdarzony umiejętnością uzdrawiania innych. Przez lata nauczył się obojętności na cudze cierpienie wiedząc, że wielu swoim pacjentom nie jest w stanie nie tylko pomóc ale nawet ulżyć. Teraz odkrywa w sobie na nowo współczucie i pragnienie niesienia pomocy. Jednak "Inny" ma okrutne przesłanie. W tym filmie empatia ma swoją cenę. Za każdym razem, kiedy dotyka chorego leczy go, ale w naturze nic nie ginie. Za życie zawsze trzeba zapłacić śmiercią. I tak bohater staje przed dramatycznym dylematem. Cokolwiek postanowi, ktoś umrze...

"Inny" bazuje przede wszystkim na umiejętności wywoływania przez Noriegę wzruszenia u widza. I choć aktor prezentuje się wspaniale w swoim starszym wydaniu, to jednak miejscami nie wystarcza, by utrzymać film. Zwłaszcza w drugiej części, kiedy powraca wątek Armanda i Sary. Za wiele poświęcono mu czasu, co rozbija strukturę i spowalnia narrację.

Ocena: 6

piątek, 2 września 2011

Devil (2010)


Czasami naprawdę nie rozumiem twórców filmowych. Bo też jaki jest sens robienia filmu, poczym na samym początku z offu całość zostaje streszczona? Zwłaszcza w horrorze takie postępowanie powinno być karane. Przecież to powoduje, że w filmie nie ma żadnego napięcia, pozostaje po prostu rozłożyć się na kanapie i beznamiętnie patrzeć, jak giną kolejne osoby.


I to też zrobiłem. Pomysł był nawet niezły i gdyby nie początek, może coś by z tego wyszło. Co prawda reżyserowi bardzo topornie idzie budowanie napięcia, ale nie wybrał sobie najłatwiejszej lokalizacji. Winda to interesujący pomysł, ale piekielnie trudny w realizacji. Niewiele przecież tak naprawdę można w niej pokazać. Dlatego tak ważny jest w tym momencie nastrój. A tu nawet bohaterowie nie są na tyle ciekawi, żebym się głębiej zastanowił nad tym, które z nich jest diabłem.

Ocena: 5

Saša (2010)


No cóż, jeśli chodzi o budowanie historii, Dennis Todorovic musi się jeszcze wiele nauczyć. "Sekret Saszy" składa się prawie wyłącznie ze stereotypów dotyczących coming-outu. Jest to tak niemiłosiernie przewidywalne i nudne, że mogło to obronić jedyne ciekawy pomysł na same postaci. Niestety tu jest jeszcze gorzej. Zamiast o emigrantach z byłej Jugosławii w Niemczech, miałem wrażenie, że oglądam film o rodzinie clownów, która zbiegła z cyrku. Te miny, przesadzone zachowanie – może w sitcomie by to się sprawdziło (choć wątpię), ale w filmie niestety zawodzi na całej linii.


Za to muszę przyznać, że Todorovic ma znakomite wyczucie obrazów. Wraz z Andreasem Köhlerem stworzyli sporo bardzo pięknych kadrów (np. kanapa w mieszkaniu Webera z jego plakatem na oparciu). Miałem co podziwiać. Ponieważ jestem fanem bałkańskich klimatów muzycznych, spodobał mi się także dobór piosenek do soundtracku. Miło też było zobaczyć na dużym ekranie Tima Bergmanna, którego nie oglądałem od czasu "Echte Kerle", wieki temu.

Ocena: 5