niedziela, 30 października 2011

Isolerad (2010)


Rozśmieszył mnie ten film, a ponieważ to nie komedia, świadczy to o tym, że "Klatka" nie jest najlepszą produkcją.


Morał historii jest dość prosty: zanim się do kogoś odezwiesz, sprawdź ilu ten ktoś ma znajomych. Jeśli nie ma ich wcale, a do tego żyje w permanentnym stresie, wtedy piszesz się na opowieść rodem z Halloween a nie z Bożego Narodzenia. Morał ten idzie też i w drugą stronę. Jeśli jesteś zamkniętym w sobie samotnikiem, to ostatnią rzeczą, jaka jest ci potrzebna to rozmowa z nieznajomą. Lepiej pozostać gburem niż wplątać się w relacje, których się w ogóle nie rozumie i które można zupełnie opacznie interpretować.

"Klatka" mogła się udać. Ale trzeba było podkręcić czarny humor (scena ze znokautowaniem staruszki to za mało) i stonować jednoznaczność narracji. Gra w zgadywankę co jest prawdą a co nie, byłaby naprawdę w tych okolicznościach pasjonująca.

Ocena: 4

Noise (2011)


No cóż, niewiele mam do powiedzenia o tym filmie. "Noise" to raczej rzecz do oceny formalnej, sprawności technicznej. Pod tym względem rzecz prezentuje się nieźle, ale dla mnie jest to raczej gimmick. Przerobienie dźwięków na kształty i ruch zostało tu fajnie splecone z fabułą, która niestety nie jest zbyt oryginalna, a do tego strasznie mnie wkurzyła, bo spoileruje film, który pokazywany jest po "Noise".

"Noise" teaser from Kijek / Adamski on Vimeo.


Dobra rada dla tych, którzy wybierają się na "Klatkę" do kina: spóźnijcie się, by nie psuć sobie zabawy oglądaniem "Noise". Choć nie, po zastanowieniu stwierdzam, że lepiej obejrzeć "Noise" niż "Klatkę", nie dość, że krótsze to o wiele lepsze.

Ocena: 6

sobota, 29 października 2011

Jane Eyre (2011)


To było dla mnie spore zaskoczenie. Nie takiej reakcji się po sobie spodziewałem. A jednak "Jane Eyre" odrzuciła mnie absolutnie, wywołując fizyczną wręcz reakcję. Nie uważam się za wojującego feministę, ale obraz Cary'ego Fukunagi wydał mi się zły i anachroniczny na niemal każdym poziomie. Jeśli jakaś powieść wymaga rewizjonistycznego podejścia, to jest nią właśnie "Jane Eyre".


Historia jest stara jak świat i dziennie powtarzana w milionie miejsc na świecie. Oto starszy facet tkwi w niechcianym związku małżeńskim. Nie ma jaj, żeby się z żoną rozwieść, a sumienie nie pozwala mu wyeliminować ją w inny skuteczny sposób. Nie przeszkadza mu to jednak w uwodzeniu i rozkochaniu w sobie dużo młodszej, niedoświadczonej w relacjach męsko-damskich pracownicy. Dziewczyna rzecz jasna ulega, ale jak ostatnia idiotka wierzy w wyłączność ich związku i to, że zostanie żoną a nie tylko kochanką.

Już sam fakt afirmowania takiego uczucia i tworzenie pozytywnych, lecz przecież złudnych konotacji emocjonalnych, uważam za mocno niepoważne traktowanie ludzi. Film ten tylko wspiera typowo patriarchalne zachowania, w których młode kobiety są wykorzystywane przez mężczyzn iluzją romantycznej miłości, podczas gdy w rzeczywistości w 90% tego rodzaju związków facetom chodzi tylko o seks i nic więcej.

Jeszcze gorzej, że Jane Eyre została tu pokazana jako postać całkowicie bezwolna. Jest to grzech tym cięższy, że jednocześnie zasugerowano jej niezależną naturę, która marzy o równości kobiet i mężczyzn w świecie. Jednak Fukunaga pokazuje, że wystarczy wzbudzić w kobiecie żar namiętności, by wszystkie te bzdury o równości i niezależności wyleciały jej w głowie. Reżyser (oczywiście za autorką literackiego pierwowzoru) wzmacnia ten przekaz pokazując, że prawie wszystko co dobre zostało jej dane przez mężczyzn (nieżyjący Reed senior, który zaopiekował się nią po śmierci, Rochester, za sprawą którego poznała, co to miłość, St. John, który uratował ją przed śmiercią, kuzyn Eyre, który zmarł zostawiając jej cały swój majątek). Z kolei prawie wszystko co złe, Jane doświadczyła z rąk kobiet. Pokazanie żony Rochestera jako wariatki, w dzisiejszych czasach jest już nadgorliwością.

Gdyby chociaż Fukunaga skoncentrował się na ewolucji uczucia zamiast pokazywaniu ślicznych scenek rodzajowych, można byłoby ten film jeszcze uratować. Niestety mimo że Wasikowska i Fassbender świetnie odegrali swoje role tak, że w kluczowych momentach trudno było nie czuć wzruszenia, to jako całość film jest po prostu nie na moje nerwy.

Ocena: 5

piątek, 28 października 2011

The Human Centipede (First Sequence) (2009)


Hę? I to ma być ten "chory" film? Amerykanie muszą mieć naprawdę słabe żołądki, jeśli to ich przyprawia o torsje. Po obejrzeniu go przestałem się dziwić, jakim cudem brytyjska cenzura puściła go bez cięć. Tu nie było co wycinać! Najbrutalniejszą sceną jest wyrywanie zęba pod pełną narkozą. Kogo to rusza?


Mimo tych narzekań film dostał ode mnie dość wysoką ocenę. Stało się tak dlatego, iż postanowiłem potraktować "The Human Centipede (First Sequence)" jako makabryczną komedię. I jako taka sprawdza się całkiem dobrze będąc najlepszą scatową produkcją od czasu "Two Girls One Cup". Scena, w której Katsuro nie może się powstrzymać, a dr Heiter krzyczy "feed her", naprawdę mnie rozbawiła, aż się popłakałem ze śmiechu. Zresztą przerysowany dr Heiter jako clown parodiujący postaci szalonych naukowców to najjaśniejszy punkt całego filmu (jego wykład na temat tego, co zrobi z ofiarami). A może po prostu byłem uradowany tym, że mogę ponownie oglądać Dietera Lasera? Uwielbiałem go jako Mantrida w serialu "Lexx".

Ocena: 5

Toast (2010)


Ciepła opowieść o tym, jak narodził się jeden z największych kulinarnych geniuszy Wielkiej Brytanii (a przynajmniej jeden z najpopularniejszych). To historia niezbyt sympatycznego dzieciństwa spędzonego na gotowych posiłkach, obserwowaniu umierającej matki i ojca podrywającego sprzątaczkę. I to właśnie ta kobieta sprawiła, że młody Nigel przekuł kulinarne marzenia w pasję, która stała się przepustką do lepszego życia.


Sam film niestety lekko mnie rozczarował. Rzecz została nakręcona poprawnie, ale w tym przypadku poprawność to za mało. Zwłaszcza, że tu i ówdzie widać zadatki na rzecz bardziej zdecydowaną i pełną pasji. Podkreśla to znakomita Helena Bonham Carter. Gra jakby wyjęta z zupełnie innego, o wiele lepszego filmu. Wyśmienita jest też scena, w której młody Nigel zaczyna rywalizować kulinarnie z macochą o uwagę widza. To była uczta! Szkoda, że trwała tak krótko.

(Ben Aldridge)


Ocena: 6

Hate Crime (2005)


Świetny tytuł dla zaskakująco dobrego filmu. Gra słów odpowiada niejednoznacznej fabule. "Hate Crime" okazało się zarówno dobrą rozrywką, jak i ciekawym pretekstem do zastanowienia się nad tym, jak nasze własne problemy i konflikty wewnętrzne wpływają na to, co dzieje się wokół nas.


Z początku wszystko wydaje się proste i oczywiste. Mamy parę gejów mieszkających na przedmieściu, a do domu obok wprowadza się syn pastora o mocno nienawistnych poglądach. Kiedy jeden z gejów ginie, oczywiście podejrzenie o popełnienie zbrodni pada na sąsiada. Jednak reżyser świetnie zastanawia na widzów pułapkę. Jest na tyle "perfidny", że się nawet z tym nie kryje, zaczynając rzucać podejrzenia na prawo i lewo, by w końcu zdemaskować prawdziwą zbrodnię nienawiści.

"Hate Crime" to znakomicie napisany i dobrze zagrany dramat. Scena dwóch kazań z prostą ale robiącą piorunujące wrażenie muzyką to kluczowy moment. Pokazuje dwie Ameryki i dwa systemy wartości mające jedno i to samo źródło. I oba są sobie równoważne. I to właśnie to rozdarcie, którego nie sposób się pozbyć i zaakceptować jest siłą napędzającą tragedie, jakie rozegrały się w filmie. Duże wrażenie zrobił na mnie Chad Donella, którego kojarzyłem dotąd ze slasherów. Kto by przypuszczał, że w odpowiednich warunkach może być tak dobrym aktorem.

Ocena: 7

Zombie in a Penguin Suit (2011)


Ile w filmie znaczy muzyka! Przez pierwsze trzy minuty krótkometrażówki "Zombie in a Penguin Suit" siedziałem zachwycony. Nawet jeśli któreś z ujęć wypadało słabo lub sztucznie, to i tak podobało mi się, ponieważ zostało dobrze zmontowane, idealnie dopasowując się do muzyki, która nadaje całości ton i klimat. Kiedy muzyka milknie, z filmu ulatuje cała para. To wciąż ciekawa rzecz, ale już nie mająca w sobie tego "czegoś".


Mimo wszystko filmik fajny. Brawo za pomysł.

Ocena: 6

czwartek, 27 października 2011

Cemetery Junction (2010)


Po "Było sobie kłamstwo" jakoś straciłem nadzieję na to, że Ricky Gervais jest w stanie zrobić w kinie coś równie dobrego jak w telewizji. Na szczęście połączył siły ze Stephenem Merchantem, co dało genialny rezultat. "Cemetery Junction" to kawał dobrej filmowej roboty, kino prawdziwie emocjonalne, a jednocześnie mające w sobie ów fałszywy sentyment ze minionymi czasami, kiedy to trawa wydaje się bardziej zielona, a pogoda o wiele bardziej słoneczna niż była w rzeczywistości.


Osadzona w latach 70-tych fabuła opowiada o młodych ludziach, którzy mieszkają w zwyczajnej mieścinie na prowincji. Są w wieku, w którym jedną nogą jeszcze stoją w dzieciństwie, robiąc głupie dowcipy i zachowując się totalnie nieodpowiedzialnie, a drugą nogą są już w dorosłości, marząc o wyrwaniu się z dziury i byciu kimś. W rezultacie całość jest historią o odnajdywaniu własnego miejsca na świecie, które może znajdować się nie tam, gdzie nam się wydaje. "Cemetery Junction" idzie drogą najlepszych brytyjskich komedii obyczajowych, świetnie łącząc humor ze scenami dramatycznymi.

Znakomicie spisali się młodzi aktorzy w swoich pierwszych kinowych rolach. Christian Cooke ma zadatki na bycie prawdziwą gwiazdą mając zarówno talent jak i prezencję. Zaś Tom Hughes to prawdziwy żywioł aktorki, jeszcze nieoszlifowany, ale z wielkim potencjałem. Znakomicie wspierają ich doświadczeni aktorzy. Emily Watson jest jak zwykle nadzwyczajna, podobnie jak i Ralph Fiennes.

Film polecam obejrzeć na DVD, ponieważ wśród dodatków są Bloopersy, na których popłaczecie się ze śmiechu.

Ocena: 8

środa, 26 października 2011

Win Win (2011)


Kłamstwo może i jest złe, ale jego owoce mogą być dobre, bardzo dobre. Aby tak się stało, konieczne jest przyznanie się do kłamstwa oraz uzyskanie przebaczenia.


Wszystko zaczęło się od kłamstwa w sądzie. Mike, dla 1500 dolarów miesięcznie, oszukał sędzinę twierdząc, że zaopiekuje się staruszkiem cierpiącym na wczesne stadium demencji. Zamiast tego wsadził go do domu starców, a kasę za opiekę zatrzymał dla siebie. Nie przewidział, że wkrótce w jego domu pojawi się nastolatek, który okaże się wnukiem staruszka. Nieco później pojawi się też matka chłopaka, pazerna narkomanka.

Tom McCarthy raz jeszcze opowiada historię o życiowych rozbitkach, którzy spotykają się i z tego spotkania czerpią siłę, by się zmienić, skorzystać z drugiej szansy. Jest to temat, który reżyser podejmuje we wszystkich swoich filmach. Robi to z wielkim wdziękiem i delikatnością, ale nie ma w tym już tej samej magii co w przypadku "Drużnika". Co prawda wciąż lubię jego filmy oglądać, wciąż potrafi tworzyć intrygujących bohaterów, ale koniec końców jest to jedynie powtórka z rozrywki.

Ocena: 7

Real Steel (2011)

Czyżby rok 2011 miał być rokiem filmów familijnych? Jak na razie wszystko na to wskazuje. Po bardzo dobrym "Super 8" teraz Shawn Levy zachwycił mnie "Gigantami ze stali". Oglądając ten film poczułem się, jakbym znów był 12-letnim chłopcem. Man, it felt goood.


Miałem idealne warunki do cieszenia się filmem: oglądałem oczywiście w oryginalne, byłem sam na sali, a wszystko to w kinie IMAX. Zero zakłóceń, nic, tylko czysta przyjemność i radość. Bo też "Giganci ze stali" to wspaniała baśń bardzo, naprawdę bardzo luźno inspirowana prozą Richarda Mathersona. W przeciwieństwie jednak do tego, co zrobiono z "Jestem legendą", spodobało mi się to, jak wywrócono do góry nogami literacki pierwowzór. Wyszła z tego świeża, ale zrobiona w bardzo klasycznym stylu baśń o rodzinie, przyjaźni i robotach. Prawdziwe cacko idealnie łączące w sobie stare kino w stylu "E.T." z nowym, przepełnionym komputerowymi efektami. I do tego akcja najwyższej próby.

Poza świetnym scenariuszem i doskonale poprowadzoną narracją, sprawdziła się też obsada. Hugh Jackman czaruje na wszystkich frontach. O takim facecie marzy każda kobieta, o takim ojcu zamarzy niejeden syn, o takim trenerze śnią roboty i androidy. Jackman fantastycznie współgrał z młodym Dakotą Goyo. Razem stworzyli perfekcyjny team zarówno kiedy się czubili jak i kiedy się lubili. Brawo, brawo, brawo.

Ocena: 10

Contagion (2011)


Biedna Gaja. Na jej powierzchni ludzkość się rozpleniła zanieczyszczając wszystko to, co stworzyła. I wydaje się, że nic ludzi nie powstrzyma, choć nie można Gai zarzucić brak starań. Jej pomysłowość nie zna granicy. Ot choćby taki niewinny wirus pochodzenia świńsko-nietoperzowego. Jest niezwykle zjadliwy, szybko mutuje, a z każdą mutacją prawdopodobieństwo przeżycia ofiar spada. Jednak ludzkość jest równie odporna na działania Gai jak wirus MAV-1 na próby leczenia. I choć miliony osób zginie, to będzie to za mało, by zmienić cywilizację.


Choć popkultura lubi straszyć nas pandemiami wszelkiej maści, w rzeczywistości w ciągu ostatnich stu lat globalne zagrożenie stanowiły dla ludzi tylko dwa wirusy: grypy i HIV. Jakoś Soderberghowi nie przyszło do głowy, by postraszyć nas tym, co wydaje się o wiele bardziej realnym zagrożeniem: bakteriami. Te w teorii można skutecznie leczyć antybiotykami. W praktyce znane antybiotyki działają coraz słabiej, bakterie z roku na rok są odporniejsze, a wynajdywanie nowych antybiotyków idzie jak po grudzie. No ale Soderbergh choć nas straszy, to nie chce nas przerazić, więc mimo gigantycznych ofiar, koniec końców będzie happy-end.

I to chyba najbardziej mnie zirytowało. Bo też do dziś wiele chorób nie ma skutecznych szczepionek, a tymczasem w "Contagion" choć mamy do czynienia z superwirusem, to jednak szczepionkę udaje się stworzyć i to w ekspresowym (biorąc wszystkie okoliczności pod uwagę) tempie. Jeśli cywilizacja jest na takim poziomie, to po prostu nie rozumiem, dlaczego nowotwory, AIDS, HCV wciąż istnieją.

Problemem "Contagion" jest też globalne podejście. Film sprawia wrażenie jakiegoś symulatora albo gry strategicznej. Rosnące słupki wskazujące liczbę zarażeń i zgonów szybko przestają robić wrażenie. Dwa miliony ofiar w tą czy tamtą stronę, co za różnica. Poszczególne wątki byłyby ciekawe, gdyby zostało im poświęcone więcej czasu. A tak trudno jest się przywiązać do bohaterów.

Za to podobała mi się muzyka i początkowe sekwencje, kiedy Soderbergh pokazuje, jak rozprzestrzenia się wirus. Robiło wrażenie uświadamiając to, co przecież powinniśmy wiedzieć, że żyjąc w takim ścisku jesteśmy nieustannie narażenie na złapanie jakiegoś paskudztwa.

Ocena: 6

wtorek, 25 października 2011

I Sell the Dead (2008)


Niejakie rozczarowanie. Miałem trochę nadzieję, że "I Sell the Dead" będzie horrorową wersją "Plunkett i Macleane". Niestety tak nie jest.


Twórcy silą się na humor i lekką makabreskę. Jednak wychodzi im to ledwie średnio. Dialogi są ok, ale już humor sytuacyjny – jak na obsadę – jest dużo poniżej oczekiwań. Filmik jest też dość krótki, a fabuła grubymi nićmi szyta. Gdyby nie kilka drobnostek, moja ocena byłaby dużo niższa.

Ocena: 5

poniedziałek, 24 października 2011

We Need to Talk About Kevin (2011)


Zanim miłość stała się tym przesłodzonym uczuciem, o którym wszyscy marzą z utęsknieniem, była pierwotną siłą w równym stopniu twórczą co destrukcyjną. I właśnie o tej miłości opowiada Lynne Ramsay w filmie "Musimy porozmawiać o Kevinie".


Tytułowy Kevin to owoc namiętnej nocy. Jednak matka – Eva – niezaakceptowana go. Nie chciała go urodzić, a po porodzie odrzuciła. Z niejasnych powodów próbowała się przemóc i zmusić się do pokochania syna. A kiedy to nie poskutkowało, próbowała przynajmniej udawać troskliwą matkę licząc, że przyzwyczai się do nowej roli.

Na swoje nieszczęście urodziła bardzo inteligentnego i silnego psychicznie syna. Kevin związany jest z matką niewidzialnymi więzami. Kocha ją, ale niestety wyczuwa jej odtrącenie. Miłość swą obwarowuje więc grubym murem chłodu i na odtrącenie reaguje odrzuceniem. W tym starciu woli jest nieustannie zwycięzcą. Jego bronią jest wrzask, milczenie, noszenie pieluch w wieku przedszkolnym. Wypunktowuje każdą słabość matki. Zwycięstwo za każdym razem jest jednak pyrrusowe. Nie daje mu ani szczęścia ani nawet poczucia satysfakcji. Każda wygrana jest bowiem tak naprawdę porażką, ponieważ uniemożliwia zmianę relacji.

Eva ma tylko jedną broń, straszliwą, lecz przez nią zupełnie nieuświadamianą. Jest nią odświeżanie owego pierwotnego odrzucenia. Tym właśnie jest urządzenie przez nią swojego pokoju przez ponaklejanie na ścianach map, zdjęć i przedmiotów z różnych części świata. Dla Kevina jest to niczym wywrzeszczane oskarżenie: "zobacz, czego mnie pozbawiłeś!". Kiedy Eva ponownie zachodzi w ciążę, Kevin odczytuje to jako jawne odrzucenie: ty jesteś nieudanym dzieckiem, więc zrobiłam sobie drugie.

I tak cały świat jest sceną wojny między Evą a Kevinem, prowadzonej w imię miłości. Jej ofiarami padną ojciec, któremu wydaje się, że Kevin go autentycznie kocha, podczas gdy ten wykorzystuje go po to, by się odgryźć na matce ("ty mnie odrzuciłaś, więc ja odrzucam ciebie; zobacz, jaki potrafię być, ale taki nigdy nie będę wobec ciebie"), córka, a kiedy Kevinowi zagrozi autentyczne zerwanie więzi z matką – ofiarą stanie się cały znany mu świat. Tak, że w końcu pozostaną tylko on i matka, a cała reszta legnie w gruzach.

Tylko raz pozwolił sobie na chwilę słabości. Tylko raz pozwolił sobie poczuć to, czego sam sobie odmówił i co zostało mu odmówione. Był wtedy chory, a matka się nim zajęła. Jednak było już za późno. Lodowy mur, za którymi skrył swe uczucia, stał się zbyt potężny. Gdy tylko wyzdrowiał ze zdwojoną siłą zaczął walczyć i to właśnie wtedy zasiane zostało ziarno tragedii, która nastąpiła niecałe 10 lat później.

Bardzo łatwo byłoby napiętnować Kevina jako potwora, w końcu już jako dziecko był dziwny i antyspołeczny. Równie łatwo byłoby obwiniać o wszystko matkę. W końcu to jej brak miłości był punktem zapalnym. Jednak Lynne Ramsay stworzyła rzecz wyśmienitą, pokazującą, że poznawania przyczyn zdarzeń nie jest w żaden sposób równoznaczne z oceną w kategoriach winy. Dzięki Ramsay rozumiemy lepiej całą sytuację i zamiast pochopnych, szablonowych ocen, możemy spojrzeć głębiej, w duszę bohaterów. Kevin wzbudził we mnie smutek i przemożne pragnienie dopomożenia mu. Nie potrafiłem patrzeć na niego inaczej niż ze łzami w oczach, gdyż widziałem dokąd zmierza i tak po prostu, po ludzku chciałem mu pomóc zmienić kurs. Podobnie czułem się widząc matkę. Oto dwie wygłodniałe dusze, które nawet jeśli postawisz im jedzenie przed nosem odmówią, głodząc się aż do całkowitego wyniszczenia.

Ramsay w mistrzowski sposób odmalowała psychologiczne portrety dwójki bohaterów. Znakomite zdjęcia, bezbłędnie rozpracowana narracja i świetna gra Tildy Swinton i Ezry Millera sprawiły, że jest to obraz nad którym nie można przejść ot tak do porządku dziennego.

Prawdziwe mistrzostwo świata.

Ocena: 9

niedziela, 23 października 2011

T is for Trick (2011)


Film bierze udział w konkursie, w którym nagrodą jest znalezienie się w projekcie "The ABCs of Death". Nie widziałem innych filmów konkursowych, ale ten nie wydaje mi się, by miał jakiekolwiek szanse na wygraną.

T is for Trick from Shade Rupe on Vimeo.


Pomysł całkiem niezły, twist został dobrze zaplanowany. Nie podoba mi się za to sposób narracji, a przede wszystkim scena kluczowa, która wypadła sztucznie. Wydaje mi się, że reżyser przedobrzył. Nie potrzebnie poszedł w stronę artyzmu, jego mowa przez obrazy jest bełkotliwa, sprawia wrażenie pretensjonalnej i nieprzemyślanej. Mam nadzieję, że w "Alfabecie śmierci" znajdzie się lepszy filmik.

Ocena: 3

The Three Musketeers (2011)


Kino awanturnicze pełną gębą. Jest tu wszystko to, czego oczekuję od przygodowego kina: akcja, humor, barwne postaci i jeszcze barwniejsza sceneria. "Trzej muszkieterowie" to rzecz, która ucieszyła kryjącego się we mnie małego chłopca.


Film rzecz jasna daleko odszedł od literackiego pierwowzoru, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do większość narzekających, jak będę chciał, to sięgnę po książkę. Od filmu nigdy nie oczekuję bycia jedynie ilustracją powieści. Znakomite sceny akcji, przepych scenografii, efekty komputerowe nieco sztuczne, ale idealnie wkomponowujące się w stylistykę całości. Jednym słowem Niemcy mogą być dumni. Ich film w niczym nie ustępuje, a miejscami przewyższa produkcje amerykańskie.

(Gabriella Wilde)

Wielkim plusem filmu jest znakomicie dobrana obsada, z wyjątkiem D'Artagnana – Lerman niestety nie pasował mi do tej roli. Za to Stevenson w roli Portosa jest po prostu genialny: scena na targowisku – miodzio. Fox w roli Ludwika, Corden jako zabawny sługa Planchet i Temple w krótkim epizodzie jako Anna są fantastyczni. Do tego dochodzi Bloom, który przeszedł samego siebie tworząc kreację, której bliżej do tego, co wyczynia Johnny Depp. Kiedy czytałem książki Dumasa, Milady nigdy nie budziła mojej sympatii, tymczasem w filmie jest jedną z najciekawszych postaci. Anderson wie jak z najlepszej strony pokazać żonę, a ta wie, jak mu się na ekranie odpłacić.

Ocena: 7

HerzHaft (2007)


Całkiem interesujące spojrzenie na relacje uczuciowe między młodym chłopakiem a dwukrotnie od niego starszym mężczyzną. Reżyser w ciekawy i niekonwencjonalny sposób staje po stronie przeciwników takich związków, a swoje racje wyłuszczył w taki sposób, że trudno jest im odmówić racji.


Reżyser zaczyna od prezentacji łączącej mężczyzn więzi. Chłopak, choć ma 15 lat, wydaje się dojrzałą osobą, która wie, czego chce. Ale potem widzimy jego pokój. I to nie jest pokój dojrzałej osoby. Matka, może i jest ślepa i nie widzi, że jej syn jest już stworzeniem seksualnym. Ale kochanek też był ślepy i zignorował fakt, że jego wybranek tylko jedną nogą wkroczył w dorosłość.

"HerzHaft" zdaje się przekonywać widzów, że 15 lat to okres chaosu, kiedy wszystko jest możliwe, ale nic nie jest pewne. Lepiej więc nie mieszać się w to, bo można zupełnie bezwiednie zrobić komuś krzywdę.

Ocena: 6

sobota, 22 października 2011

Dream House (2011)


Freud i spółka nie mieli do końca racji. Czasem bycie wariatem nie jest złe, nawet jeśli jest się nim jedynie w oczach innych. Szaleństwo bywa nie tyle chorobą ile procesem leczenia. U niektórych jest to proces, który dobiegnie końca, u innych nie. Czasem trzeba jednak zaryzykować i zanurzyć się w świecie z "drugiej strony lustra" zamiast poddawać się terapii i zatruwać lekami.


Kiedy poznajemy Willa, prowadzi on życie jak z bajki. Ośnieżony dom wieczorową porą jest jakby żywcem wyjęty z bożonarodzeniowej historyjki. Jest zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. A jednak, czy fakt, że jest to świat niedostępny dla nikogo poza Willem sprawia, że jest mniej realny? Dla ludzi z boku mogą to być jedynie omamy i złudzenia, jednak Will żyje w tym świecie, gdzie znalazł schronienie przed bólem. I kiedy realny świat wkroczy brutalnie w jego osobisty raj, na nowo będzie przeżywał koszmar tragedii, przed którą z takim wysiłkiem uciekł. Jednak ten fikcyjny świat go wzmocnił i teraz będzie gotowy, by skonfrontować się z prawdą, która nie tylko jego zaskoczy.

Zupełnie nie rozumiem złych opinii o tym filmie. Jim Sheridan stworzył nastrojową współczesną baśń o miłości większej niż śmierć, o życiu z traumą i akceptacji wyroków losu. Pierwsze 30 minut to zachwycające zdjęcia, które tworzą obraz rodem z najpiękniejszych baśni. Spodobał mi się też sposób w jaki Sheridan pokazuje erozję tego świata ze snów. Scena z gorączkującymi córkami porusza sugestywnym obrazem przeżywania traumy od nowa, konieczności doświadczenia w pełni bólu, by móc zacząć proces leczenia.

To prawda, chwilami film jest zbyt schematyczny. Wolałbym, żeby Sheridan nie skłaniał się tak mocno w stronę historii o duchach. Mógł też sobie darować ostatni rzut oka na witrynę. Ta konieczność postawienia kropki na "i" okazała się sporym hamulcem. Na plus zaliczam grę Craiga i Weisz, choć w ich przypadku trudno mówić o grze, oni miłością przecież żyli.

Ocena: 7

czwartek, 20 października 2011

Paranormal Activity 3 (2011)


Muszę powiedzieć, że podoba mi się podejście twórców do tej serii. W kolejnych częściach w ciekawy sposób wykorzystują to, co już wiemy i dodają kolejne cegiełki. Trzy filmy tworzą w ten sposób spójną całość, w której jest miejsce jeszcze na co najmniej dwie części. "Paranormal Activity" wciąż pozostaje świeżym spojrzeniem na historie o duchach, rozwijając mitologię, która w pierwszej części była przecież w powijakach.


Od strony formy trzeba przyznać, że materiał zaczyna się powoli kończyć. Reżyserzy trójki dobrze zrobili dodając kilka fałszywych alarmów. To duży plus. Jednak na dwie rzeczy należy zwrócić uwagę. Po pierwsze zaczyna się niepotrzebne udziwnianie scen nawiedzeń. W paru miejscach wyglądało to raczej śmiesznie niż strasznie. Po drugie nie potrzebny jest efekt dźwiękowy przygotowujący widzów na to, że za chwilę coś się stanie. Ponieważ efektu tego nie ma przy większości fałszywych alarmów, wydaje mi się, że to właśnie one zrobiły na widzach największe wrażenie (a z całą pewnością wywołały głośniejsze reakcje).

Ocena: 6

Ps. Dodany zwiastun nie ma wiele wspólnego z filmem. 2/3 pokazanego w zwiastunie materiału nie pojawia się w wersji kinowej. Zastanawiam się więc, czy nie lepiej poczekać na wydanie DVD, na którym sceny usunięte pewnie będą.

środa, 19 października 2011

Daas (2011)


Miałem łzy w oczach oglądając ten film. To już przestało być zabawne! Jakim cudem tak znakomity temat mógł się przerodzić w coś równie pretensjonalnego?! Czym inspirował się, na czym wzorował się reżyser? Naprawdę chciałbym wiedzieć, czy "Daas" to efekt braku gustu czy też nieumiejętności wymierzenia sił na możliwości.


Pomysł fabularny jest wręcz fantastyczny i jak na polskie warunki bardzo świeży. "Daas" to historia dwóch osób, których losy splótł ze sobą tajemniczy osobnik. Prywatna wojenka, źle zinterpretowane dowody i z pozornie nic nieznaczących szczegółów rodzi się intryga, która zatacza tak szerokie kręgi, że ociera się o dwór austriackiego cesarza. Równolegle mamy historię mistyka i założonej przez niego sekty, która symbolizuje łabędzi śpiew sacrum oddającego powoli pola racjonalnemu światu ery przemysłowej.

To bogactwo wątków, materiałów, postaci, symboli! Wydawać by się mogło, że historia napisze się sama. I może gdyby się rzeczywiście napisała, "Daas" byłoby filmem interesującym. Adrian Panek zmiażdżył potencjał sprowadzając film do poziomu rozdętego ponad miarę teatru telewizji. Nie potrafię zrozumieć maniery polskich aktorów, wspieranej przez reżyserów, która każe deklamować teksty jak tylko wskoczy się w kostium. Nie usłyszałem tu nic, co brzmiałoby choć odrobinę naturalnie czy swobodnie. Gdybym zamknął oczy, mógłbym przysiąc, że słyszę skrzypienie desek teatralnej sceny. Ale to jeszcze bym przebolał, gdyby okazało się, że reżyser miał w tym wszystkim jakiś wyższy cel. Niestety nie odnalazłem go, choć dosiedziałem do napisów końcowych.

Jedyne, co dobrego mogę o tym filmie powiedzieć to to, że podobało mi się, jak w XVIII-wiecznych kostiumach wyglądali Bonaszewski i Gonera.

Ocena: 3

wtorek, 18 października 2011

4:13 do Katowic (2011)


To było coś nowego. Podczas seansu zostałem oblany wodą, na sali wiało, a fotele podskakiwały i chwiały się na wszystkie strony. Kino 5D z całą pewnością oferuje gamę doznań, z którymi nigdzie indziej się nie spotkałem. I jest to oczywiście spory plus.


A jednak nie jestem do końca przekonany, czy w przypadku tej historii dodatkowe bodźce był trafionym pomysłem. Mam wrażenie, że zamiast wzmacniać przekaz, osłabił go. Zaś całość choć dobrze się zapowiada, ma bardzo słabiutkie zakończenie. A to właśnie zakończenie stanowi w moich oczach 60-70% sukcesu filmu krótkometrażowego.

Więckiewicz się niczym specjalnym nie popisał, choć jego postać mimo wszystko mnie zainteresowała. Fajnie wszystko pomyślał i opracował. Scena reanimacji w szpitalu wydała mi się zbyt sztuczna, choć przecież była bliska rzeczywistości. Jak jednak wiadomo nie od dziś to, co najbardziej autentyczne, może na ekranie jawić się jako najbardziej teatralne i oszukane.

Ocena: 6

niedziela, 16 października 2011

The Conspirator (2010)


Robert Redford nakręcił film, który jest jednym wielkim oskarżeniem demokracji. "The Conspirator" demaskuje ten system jako jeden z najbardziej fałszywych systemów wymyślonych przez człowieka. Wpaja on bowiem wiarę i przekonanie w sprawiedliwość, pozwala mieć ludziom pewność, że o każdej porze dnia i nocy mają niezbywalne prawa gwarantowane przez konstytucję. Nawet komunizm, gdzie w teorii wszyscy są równymi sobie braćmi, wszyscy wiedzieli, że jest to bujda. W demokrację ludzie naprawdę wierzą. Przypomniany przez Redforda casus Mary Surratt wyraźnie pokazuje, że w starciu z pragmatyzmem demokracja nie ma żadnych szans. Tak, sekretarz wojny miał rację, kiedy twierdził, że dla kraju lepiej byłoby, gdyby proces spiskowców został zakończony szybko i to wyrokiem najsurowszym z możliwych. I dla jedności kraju jego postępowanie było zrozumiałe. Tyle tylko, że to, co próbował bronić, nie było już demokracją. Redford pokazuje wyraźnie, że iluzja demokracji jest luksusem, na który można pozwolić sobie jedynie w czasach pokoju. Inter arma silent leges.


W ten sposób Redford obronił Busha. Przypominając sytuację sprzed 140 lat pokazał, że Bush nie był żadnym wyjątkiem, że jego postępowanie jest zupełnie normalne. Nienormalne było to, że USA tak rzadko było bezpośrednio zagrożone, przez co owo manipulowanie i obchodzenie zasad demokracji nie miało tak często miejsca, a raczej nie odbywało się w sposób tak jawnie demonstracyjny. (Zresztą Busha obronił też jego następca Barack Obama, kiedy zachował się równie niedemokratycznie, acz wielce pragmatycznie, kiedy zgodził się na zamordowanie Bin Ladena, zamiast postawienie go przed sądem.)

Od strony czysto filmowej "The Conspirator" niestety sprawił mi pewien zawód. Mimo gwiazdorskiej obsady całość jest ledwie letnia. Nie ma w tym pasji, dramatyzmu. Jakby kostiumy tłamsiły nie postaci czyniąc z nich pacjentów na psychotropach. Nawet za cenę nadmiernej teatralności, Redford powinien był natchnąć film większą dawką emocji. Przecież ten film nie jest prostą rekonstrukcją pewnego historycznego wydarzenia, a przypowieścią, która wydarzenie owo wykorzystuje, by powiedzieć nam coś ważnego o nas samych i świecie, w którym żyjemy.

Ocena: 6

Out of the Darkness (2011)

"Z ciemności" to sprawnie zrealizowany film propagandowy. Jego idea jest prosta. Znaleźć pozytywny przykład inicjatywy oddolnej, która poprawia warunku bytowania najbiedniejszych. W ten sposób twórcy chcą pokazać, że "coś się na świecie robi", by polepszyć życie najbardziej poszkodowanych przez los i zmotywować innych, by poszli w ślady bohaterów filmu i też zaczęli działać.

Out of the Darkness - Official Trailer from Human Touch Pictures on Vimeo.


Idea szlachetna i wielce chwalebna. Jednak cynik we mnie nie może nie zauważyć, że z filmu starannie usunięto wszystko to, co mogłoby rzucić cień na lśniący przykład bezinteresowności. Co prawda jest tam doktor o anielskiej twarzyczce, który wyrokuje, że temu-a-temu nie może pomóc, ale już o pooperacyjnych komplikacjach nie ma ani słowa. Sam film też mógłby zostać nieco lepiej zrealizowany.

Ale nie ma co narzekać, podobnych filmów powstaje niewiele, a szkoda, bo motywacja przez pozytywny przykład jest moim zdaniem lepsza niż najatrakcyjniej zaprezentowane dokumenty amerykańskie, z których poza krytyką nic nie wynika.


Ocena: 5

Parked (2010)

I kolejny film udowadniający, że śmierć ma sporą wartość użytkową. Oczywiście nie dla tych, którzy muszą umrzeć, ale twórcy skrzętnie leczą poczucie winy w piękny sposób pokazując żal i smutek po zmarłych. Osobiście zaczyna mnie już męczyć to jednorodne szukanie sensu śmierci. Dobrze przynajmniej, że "Zaparkowany" został solidnie zrealizowany, inaczej pewnie sam bym z frustracji wykitował.



Film ma dwa atuty. Pierwszym są miękkie i zmysłowe (choć w kontekście tematyki filmu, jest to chyba mało udane określenie) zdjęcia Johna Conroya. Udało mu się odnaleźć piękno tam, gdzie normalnie nawet go nie szukamy. Nadał też całości delikatności i kruchości emocjonalnej.

Drugim plusem jest Colin Morgan. Nie znałem dotąd tego aktora, teraz na pewno zwrócę na niego uwagę. Ma dość intrygującą fizjonomię. Bardzo pociągła twarz i zbyt duże uszy czynią z niego młodszą i nieco zdeformowaną wersję Jonathana Rhysa Meyersa. Ma prezencję i kamera go kocha. Jeśli będzie z głową wybierał role, czeka go na pewno świetlana przyszłość.


Ocena: 6

piątek, 14 października 2011

You Should Meet My Son! (2010)


Jak się te czasy zmieniły. Jeszcze do niedawna największym koszmarem gejów było to, jak na wieść o ich orientacji zareagują rodzice. Teraz okazuje się, że gorsza od odrzucenia jest akceptacja. Matka szukająca męża synowi - to jest dopiero koszmar! Taki przynajmniej można wysnuć wniosek oglądając "You Should Meet My Son!".


Brian był przekonany, że matka go znienawidzi, kiedy przyzna się do swej orientacji seksualnej, więc przez pięć lat ukrywał przed nią związek z mężczyzną. Ten związek przeszedł jednak do historii, czego jeszcze nie przebolał. Pewnie dlatego tak słabo poradził sobie na kolejnej randce w ciemno zorganizowanej przez jego matkę i ciotkę. Podsłuchawszy wypowiedziana pod nosem uwagę dziewczyny, matka dowiaduje się, że jej syn jest gejem. Brian nie wziął jednak pod uwagę, że nad niechęcią do homoseksualistów górę weźmie matczyna miłość do syna i pragnienie, by ten żył szczęśliwie z kimś u swego boku. A że kobieta jest dość zaradna, postanawia wziąć los syna we własne ręce i znaleźć mu odpowiedniego mężczyznę. Przedsięwzięcie to okaże się trudniejsze, niż się spodziewała.

Oglądając "You Should Meet My Son!" pierwsze, co rzuca się w oczy, to niski budżet. Niestety wyziera on z co drugiej sceny. Szwankuje dźwięki, niektóre dialogi wypadły słabo aktorsko, a muzyka ilustracyjna – bosz, co za koszmar.

A jednak z łatwością zignorowałem wszystkie te niedostatki. Film ma bowiem bardzo fajny pomysł i jest chwilami rozbrajająco zabawny. Dwie główne bohaterki są poprowadzone genialnie. Scena, w której kobiety odkrywają Internet i próbują poderwać faceta na jednym z randkowych portali gejowski rozśmieszyła mnie do łez. Joanne McGee i Carol Goans stworzyły fantastyczny duet, który mógłby oglądać bez końca. Choć z drugiej strony zastanawiałem się, co by się stało, gdyby powstał hollywoodzki remake i bohaterki zagrały na przykład Meryl Streep i Allison Janney – to byłaby prawdziwie kasowa komedia. A tak jest niezły ale jednak niszowy film, którego zbyt wiele osób pewnie nie zobaczy.

Ocena: 6

Bonobos (2011)

Sympatyczna opowieść o małym szympansie, który stał się ofiarą ludzi, a potem przez ludzi uratowany powrócił do natury. To także jest dokument propagandowy, ale przynajmniej zrobiono go z głową.


Podoba mi się to, że materiał dokumentalny wykorzystano do budowy narracji. W ten sposób skrócono dystans między zwierzęcymi bohaterami a widzami, co pozwala na lepszą emocjonalną identyfikację. Niektóre teksty wkłada w usta małego szympansa są dla mnie wątpliwe, ale cóż rozumiem, że było to podyktowane względami praktycznymi.

Ocena: 6

De sterkste man van Nederland (2011)

Wow! Bardzo pozytywne zaskoczenie. Idąc na ten film, który na WFF pokazywano w ramach rodzinnego weekendu, nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego. A dostałem bardzo sympatyczną, zrobioną z jajem opowieść o dorastaniu, która z ducha przypomina lubiane przeze mnie amerykańskie kino niezależne.


Film ujął mnie swoimi bohaterami począwszy od rezolutnego Luuka przez Rene bardzo sympatycznego mechanika-strongmana, po obdarzonego prawie 40-tką dzieci z próbówki amatora instrumentów dętych. Oczarowała mnie narracja z humorem pokazująca perypetie Luuka, który poszukuje swojej tożsamości próbując odkryć prawdę o swoim biologicznym ojcu.

Całość została tak zaprezentowana, że łyka się to w trymiga. I aż dziw, że film powstał dla telewizji. Szkoda, że Polsce takiego kina się nie robi.

Ocena: 7

Tyrannosaur (2011)

Jeden z angielskich recenzentów określił "Tyranozaura" jako poverty porn. I muszę powiedzieć, że jest to bardzo trafne określenie. Jednak nie  nadawałbym mu aż tak negatywnej konotacji. Owszem reżyser epatuje traumą, ale robi to w dobrym stylu. Choć może to nie jego zasługa, a raczej dobrze dobranych aktorów, którzy umiejętnie odegrali powierzone im role.


Sama historia niczym specjalnym się nie wyróżnia. On jest starym alkoholikiem, który w domu był tyranem i ręce pewnie nie raz go bolały po tym, jak złoił skórę swojej żonie. Ona dobrze wie, jak to jest mieszkać z tyranem, bo jej mąż wyczynia na niej różne bezeceństwa, a wszystko przez gorzkie rozczarowanie, które zatruło jego miłość. Pewnego dnia spotykają się, a spotkanie to odmieni ich życie.

Brzmi banalnie i takie też jest. Ale za to jak fenomenalnie zostało to zagrane. Peter Mullan i Olivia Colman zasłużyli przynajmniej na nominacje do BAFTA. Ich popisy oglądałem z zapartym tchem, taką głębią i niejednoznacznością potrafili nasycić swoich bohaterów. Dzięki nim fabuła przestała być banalna, a stała się autentyczną opowieścią o ludzkich wrakach, które potrzebują odrobiny nadziei i wsparcia.

Ocena: 7

czwartek, 13 października 2011

Enero (2011)

Zabawnie było oglądać, jak mniej więcej po 20 minutach filmu widzowie zaczęli mniej lub bardziej ukradkiem zmykać z sali kinowej. Zabawnie, bo to, co ich odstręczało, mnie się podobało.


Spodobała mi się nielinearność opowieści. Twórcy z początku tak mieszają, że nie tylko nie wiadomo, co miało miejsce przed czym ale też, co jest prawdziwe a co tylko urojeniem. Autorzy jednak najwyraźniej obawiali się, że widzowie mogą ich koncepcji nie zrozumieć, więc im dalej w las, tym mniej jest u nich drzew. Film staje się coraz bardziej jednoznaczny, kolejne drogi interpretacyjne zostają ucięte i w zasadzie pozostają nam dwa wyjścia albo uznać rzucającą się od początku strukturę albo uznać, że w śpiączce jest nie żona a główny bohater. Co rzecz jasna nie ma większego znaczenia, jeśli weźmie się po uwagę punkt wyjścia.

Jak się okazało po wychodzących z sali, autorzy nie potrzebnie się asekurowali. W niczym im to nie pomogło, a tylko – niestety – zaszkodziło, osłabiając ostateczną wymowę filmu.

Ocena: 5

Feldherrschaft (2011)

Uhg, strasznie męczący film, który tylko przez grzeczność nazywam dokumentem. Takie filmiki to ja mogę oglądać jeśli zrobili je znajomi lub sam na nich jestem i mogę wspominać wydarzenia patrząc na nie z innej perspektywy. Tu tak nie ma, więc po prostu nudziłem się licząc naiwnie, że gdzieś kryje się jakaś pointa, że film do czegoś zmierza.


Ocena: 3

How to Boil a Frog (2009)

Cóż, Jon Cooksey choćby nie wiem jak się starał, do nowym Michaelem Moorem nie będzie. Jego przebieranki, zmiany tempa i formy dokumentu na nic się zdają. Odsłaniają tylko brak charyzmy twórcy, który za wszelką cenę chce być zabawny, ale mu to nie wychodzi.


Cooksey miał niezły pomysł. Postanowił o poważnych problemach świata opowiedzieć w przystępny sposób tak, by zrozumieli go nawet ci, którzy na co dzień nie posługują się słowami złożonym z więcej niż dwóch sylab. Na papierze pewnie wyglądało to nieźle. Jednak Cooksey nie potrafi przyciągnąć uwagi. Zaś ciągła stymulacja sensoryczna, zamiast utrzymywać zainteresowanie powoduje zmęczenie. Po pewnym czasie było mi już wszystko jedno, co gadał. Nie poprawiło to się w drugiej części, kiedy Cooksey próbuje namówić widzów do działania i rozwiązania problemów. Jego pomysły chwilami są zabawne, ale w większości kompletnie niepoważne. Dlatego też "Jak ugotować żabę" okazało się po prostu barwnym fajerwerkiem i niczym więcej.

Ocena: 5

The Whisperer in Darkness (2011)

Oto satysfakcjonująca propozycja filmowa. Z jednej strony jest to eksperyment formalny, z drugiej klimatyczny horror. Jedno nie dominuje nad drugim, co jest w dzisiejszych czasach rzadkością. Stąd też "Szepczący w ciemności" okazał się miłym zaskoczeniem i całkiem niezłą rozrywką.


Film stylizowany jest na stare, czarno-białe horrory. Twórcom udało się idealnie oddać manierę aktorską i teatralność fabuły. W innych okolicznościach mogłoby to nie wypalić, ale tu dodało tylko charakteru historii, która przecież rozgrywa się w latach 20-tych ubiegłego stulecia. Nieco naiwna fabuła, która wydawać by się mogło, że w kinie może zaistnieć jedynie jako wysokobudżetowy film przygodowy, tu nabiera artystycznego wydźwięku nie tracąc nic ze swej rozrywkowej natury.

Twórcy mogli co prawda postarać się o bardziej perfekcyjne imitowanie realiów starego kina. Ale i tak efekt końcowy jest zadowalający.

Ocena: 6

一命 (2011)

Ależ mnie ten film wymęczył! Aż trudno było mi uwierzyć, że wyreżyserował go Miike. Nie jest to może mój ulubiony japoński reżyser, ale zawsze uważałem, że poniżej pewnego poziomu przyzwoitości nie schodzi. Byłem w błędzie.


Jedyna pozytywna rzecz, którą mogę powiedzieć o tym filmie to, że jest on naprawdę ładnie nakręcony. Miike przynajmniej zmysłu estetycznego nie utracił. Praca kamery, kadrowanie, a nawet delikatne zaznaczenie 3D, wszystko to tworzyło harmonijną ucztę dla oczu.

Tyle tylko, że kompletnie nie wiem, po co film powstał. Dlaczego Miike porusza temat, który już doczekał się znakomitej wersji kinowej? Historia dwóch samurajów kompletnie mnie nie poruszyła. Nie widzę w niej także drugiego dna, jak to było w oryginale. Miike stworzył wydmuszkę chyba tylko po to, by potrenować realizowanie filmów 3D. Nie było warto.

Ocena: 3

El dedo (2011)

Kino absurdu w wersji argentyńskiej, tego jeszcze nie było. Choć z drugiej strony nie powinno mnie to dziwić. Absurdalny humor to jedna z nielicznych zalet południowoamerykańskich telenowel. Dlaczego więc nie miałyby powstawać zrealizowane w podobnym duchu filmy fabularne.


"Palec" to dla człowieka z zewnątrz komedia, która wywraca do góry nogami westernową konwencję. Oto małe miasteczko na prowincji. Rządził nim lokalny potentat, ale teraz chce się zabawić w demokrację. Oczywiście jest pewny zwycięstwa, lecz niespodziewanie wyrasta mu konkurent – palec trzymany w słoi z alkoholem, który najwyraźniej jest bardziej żywy, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Jeśli ktoś zna historię Argentyny, ten w "Palcu" odnajdzie satyrę polityczną będącą komentarzem na temat tego, jak odradzała się w tym kraju demokracja po krwawych latach wojskowej dyktatury. Podobne filmy znamy z naszego podwórka, dlatego też "Palec" powinien u nas zostać ciepło przyjęty.

Ocena: 7

Asalto al cine (2011)

Czasami dobrze jest, że za typowo męski gatunek bierze się kobieta. Zmiana perspektywy wpływa odświeżająco na formę, która zdawała się być mocno skostniała.


W przypadku "Napadu na kino" mamy do czynienia z historią czwórki bohaterów, którzy planują... napad na kino. Pierwsza połowa jest prowadzona jak typowy film o drobnych gangsterach. Z różnych osobistych powodów potrzebują, by napad się udał. I rzeczywiście tak się dzieje. Są na tyle pomysłowi i mają wystarczająco dużo szczęścia, że mimo sporej dozy amatorszczyzny w ich akcji, zwiewają z forsą, a policja nie ma pojęcia, gdzie ich szukać.

I tu pojawia się twist. W typowym filmie tego gatunku to byłby koniec. W domyśle bohaterowie "żyją długo i szczęśliwie" (chyba że jest sequel). Tymczasem "Napad na kino" pokazuje mniej optymistyczny, za to bliższy prawdzie finał. Jest w nim sporo goryczy udowadniającej, że łatwa forsa nie jest żadnym rozwiązaniem. Bohaterowie nic nie osiągnęli, a wręcz pogrążyli się jeszcze bardziej, bo odarci zostali ze złudzeń. Ze slumsów nie da się wyjść drogą na skróty.

Ocena: 6

wtorek, 11 października 2011

With Great Power: The Stan Lee Story (2010)


Z wielką chęcią obejrzałbym dobry dokument opowiadający o Srebrnej Erze komiksów i tym, co się z nimi dzieje dziś. Tym bardziej, że o Złotej Erze powstała fantastyczna książka autorstwa Michaela Chabona. Niestety na taki dokument będę musiał wciąż poczekać, bo "Z wielką mocą" nie spełniło pokładanych w nim nadziei.

Bohaterem, czy raczej gwiazdą dokumentu, jest Stan Lee. Niestety twórcy poszli na łatwiznę i zaoferowali nam po prostu półtorej godziny zdjęć żywiołowego temperamentu żywej legendy komiksu. Uzupełniono je kilkoma podstawowymi faktami z jego życia i na tym koniec.

Lee jest postacią barwną, więc w kategoriach rozrywkowych film ogląda się bardzo dobrze. Niestety niewiele jest w tym wszystkim prawdziwej wiedzy i analizy zjawisk. A szkoda, bo to właśnie byłoby najciekawsze.


Ocena: 6

SuperClásico (2011)

Ooo, to jest kino jakie darzę miłością bezwarunkową. Czarny humor, dużo absurdu i świetne tempo narracji. Duńska filmowa wrażliwość zmieszana z argentyńskim temperamentem dała zaskakująco udany mix. Śmiałem się na tym filmie do łez.


Madsen tym razem poszedł na całość tworząc obraz lekki a jednocześnie inteligentny i zawierający sporo życiowych prawd. Mocnym punktem jest cała plejada barwnych postaci. Mnie najbardziej spodobała się Adriana Mascialino - absolutny numer jeden w kategorii GILF.

W jednym tylko momencie żałuję, że reżyser nie odważył się na więcej. W scenie, w której Oscar jest na dachu wieżowca i zamierza popełnić samobójstwo, o wiele zabawniej byłoby, gdyby sms przyszedł, kiedy już spadał. No ale wtedy byłoby po bohaterze, a reżyser miał wobec niego inne plany.

Ocena: 8

Giochi d'estate (2011)

W sumie powinienem sobie ponarzekać. Bo to kolejny film o dorastaniu, w którym okres ten pokazany jest jako piekielny koktajl dziecięcej naiwności i rodzinnych toksyn. Naprawdę, można odnieść wrażenie, że dotrwanie do 18-tki to jest jakiś cud natury.


Ale nie będę narzekał, bo "Letnie gry i zabawy" przy całej wtórności tematycznej to kawał naprawdę dobrego kina. Reżyser w genialny sposób ukazał nieuświadamianą brutalność, która wdrukowywana za młodu później może skutkować psychiczną patologią. Jeden z głównych bohaterów, Nic, jest na najlepszej drodze, by stać się psychopatą. Będąc świadkiem kłótni rodziców (delikatnie mówiąc) nauczył się alienować od bólu. Ale przez to utracił umiejętność rozumienia sygnałów wysyłanych przez innych. Stąd jego reakcje wobec innych osób, w tym dziewczyny, która mu się podoba, często są nieadekwatne. To zmieszanie, jakim Nic reaguje, kiedy jego szczere zachowanie jest kompletnie inaczej interpretowane przez dziewczynę jest czymś, co mnie najbardziej ujęło. Wydało mi się, że reżyserowi udało się uchwycić kawałek prawdy o ludzkich charakterach. I właśnie dlatego, przy całej wtórności tematu, film oceniłem pozytywnie.

Obraz ma też u mnie plus za niezły smyczkowy temat przewodni, który przypomina mi jedną z kompozycji Clinta Mansella.

Ocena: 7

Weekend (2011)

Bardzo chciałem, żeby "Weekend" mi się spodobał. I to z kilku powodów. Po pierwsze formalnie film przypomina mi "Plan B", który swego czasu zrobił na mnie duże wrażenie. Po drugie film przywodzi na myśl odważną krótkometrażówkę "I Want Your Love", która w udany sposób łączyła seks i intymność. Niestety koniec końców "Weekend" jest tylko echem tamtych produkcji.


Tak, spodobał mi się sposób opowiedzenia o rodzącym się uczuciu. Jednak nie przyjmuję punktu widzenia reżysera na to uczucie, jako na prawdziwą miłość. Trudno jest mi uwierzyć w realność uczucia, kiedy przez 2/3 czasu bohaterowie są albo pijani albo naćpani. Gdyby to był film o iluzji, a to byłaby inna opowieść. A tak mamy "wielką historię miłosną", melodramat niespełnionego uczucia, co wygląda komicznie, gdyby nie było aż tak piekielnie na serio.

Największym plusem obrazu jest w ten sposób piosenka, która pojawia się na napisach końcowych. Genialny utwór składający się niemal w całość z nazw produktów, które autor piosenki kupował w sklepie ze słodyczami jak był dzieckiem, a z którego przebrzmiewa prawdziwa nuta nostalgii. Tego połączenia w samym "Weekendzie" niestety zabrakło.



Ocena: 6

Another Earth (2011)

Nie przekonała mnie wizja zaprezentowana w tym filmie. "Druga Ziemia" próbuje być kolejnym tanim obrazem SF, gdzie elementy science-fiction schodzą na drugi plan. Jednak metafora lustrzanej Ziemi jest tu bardzo bliska choćby metaforze Melancholii, co niestety nie działa na korzyść amerykańskiej produkcji.


Historia dziewczyny, która ma poczucie winy za śmiertelny wypadek samochodowy, wygląda jak co druga europejska produkcja. Jest smutno, nieco dziwacznie i ogólnie niezbyt optymistycznie. Na amerykańskim gruncie może i jest to nowość stylistyczna, ale na mnie nie robi to wrażenia.

Pozostał więc tylko trend, który każe nam uzewnętrzniać psychiczne problemy w postaci projekcji niezwykłych ciał niebieskich. Można to uznać za swoistego rodzaju reakcję podświadomości na zbliżający się rok 2012 i może szerzej, Ery Wodnika.

Ocena: 5

Les bien-aimés (2011)

Tak już mam, że wystarczy jeden film jakiegoś twórcy, bym czuł się w obowiązku oglądać wszystko, co nakręcił. To przypadek Honorégo, którego "Piosenki o miłości" kocham z całego serca. Niestety "Ukochany" nie powtórzył sukcesu tamtego filmu, choć przecież i współtwórcy i sam pomysł jest ten sam.


Historia matki i córki, których losy są podobne do siebie a jednocześnie zupełnie inne, mogła, a nawet powinna się udać. Niestety zabrakło mi w niej uczucia. Paradoksy życiowych wyborów nie paliły mnie do żywego, rozterki sercowe wywoływały jedynie lekkie emocjonalne drgania. Jest co prawda kilka znakomitych momentów. Spodobała mi się w szczególności postać zagrana przez Deneuve.

Nie pomogły też piosenki, w których tym razem zabrakło serca. Najlepsze są te rzeczy, które śpiewali inni, nie aktorzy. A to źle świadczy o bądź co bądź musicalu.

Ocena: 6

Entrelobos (2010)

Ten film powinien wywołać u mnie dwie skrajne reakcje. Z jednej strony powinienem odrzucić całość za ordynarną próbę manipulowania emocjami i wciskania mi kitu. Z drugiej strony powinienem zakochać w historii tak niezwykłej, że trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę.


Twórcy udało się jednak uśpić tkwiącego we mnie cynika. Co prawda burzył się on w niektórych scenach, gdzie ewidentnie chodziło o tanie wzbudzenie wzruszenia. Za każdym razem, gdy na ekranie dzieciak płakał, a w tle zawodziły smyczki miałem ochotę parsknąć śmiechem. A jednak przepiękne zdjęcia i cudowne portrety zwierząt sprawiły, że nie potrafiłem zachować chłodnego umysłu i kupiłem tę opowieść. Magiczna historia o przyjaźni, która przekroczyła granice gatunkowe przemówiła do dziecka we mnie, które marzy o równie pierwotnej i autentycznej relacji.

Ten film choć opowiada współczesną historię, w rzeczywistości odwołuje się do czasów sprzed wielu tysięcy lat, pokazując, jak mógł wyglądać proces udomowienia wilków i pojawienia się psów jak najwierniejszych przyjaciół człowieka. O czym dziś mało kto pamięta, preferując wizję wilków jako groźnych drapieżników bądź irytujących szkodników.

Ocena: 7

poniedziałek, 10 października 2011

Die Unsichtbare (2011)

Filmy w stylu "Popękanej skorupy" dużo mówią o reżyserach, twórcach, ale mało o aktorach. Choć to przecież aktorzy są tu głównymi bohaterami.


Jednak tylko reżyser może pozwolić sobie na patrzenie na rolę przez pryzmat wszystko albo nic. Kiedy będzie kręcić kolejny film, robić następną sztukę, po prostu znajdzie innego aktora/aktorkę. Fakt, że pracując z daną osobą doprowadza ją na skraj załamania, tylko po to, by zajaśniała w jednej roli, nie ma dla niego znaczenia. Jednak prawdziwy aktor to ktoś, kto potrafi zagrać różne role na równie wysokim poziomie, a nie jedną za to tak, że wszystkim szczęki opadną. A tak było z bohaterką "Czarnego łabędzia" i tak jest z bohaterką "Popękanej skorupy", choć dla niej jest chyba jeszcze nadzieja.

Takich opowieści o jednostrzałowcach mam już trochę dość, ale na szczęście twórcy postarali się, by film wyglądał przekonująco emocjonalnie. Ponadto spodobał mi się wątek romansowy, który został w ciekawy sposób zaprezentowany.

Ocena: 7

niedziela, 9 października 2011

La muerte de Pinochet (2011)

Zaintrygował mnie ten film. Oglądając go cały czas zastanawiałem się, jak przebiegał proces twórczy. Materiał jest bowiem zaprezentowany w nietypowy sposób, który w ogóle nie kojarzy się z filmem dokumentalny. Zastanawiam się więc, kiedy twórcy wpadli na pomysł takiej właśnie formy. A może całość nie jest filmem dokumentalnym a dokumentalizowanym?

La Muerte de Pinochet (Trailer 1) from Perut + Osnovikoff on Vimeo.

Kiedy jednak odrzeć rzecz z atrakcyjnej warstwy wizualnej, niewiele zostaje. Może za mało interesuje mnie historia Chile, ale z tego filmu niewiele się dowiedziałem ani o Pinochecie ani o jego zwolennikach i przeciwnikach. Z całego dokumentu najciekawszy był lewak, zwolennik Allende, który jednak w czasie puchu był w wojsku i był świadkiem ataku na pałac prezydencki. To jednak za mało, zwłaszcza, że twórcy ledwie zaznaczyli jego dwuznaczną moralnie pozycję.

Ocena: 6

Terre outragée (2011)

Michale Boganim jest znakomitą dokumentalistką, ale brakuje jej wyobraźni, kiedy przychodzi do opowiadania fikcyjnej historii. Tylko tak mogę sobie wytłumaczyć to, że pierwsza część filmu zrobiła na mnie powalające wrażenie, a druga zirytowała mnie.



Kiedy Boganim, wykorzystując zasłyszane historie ludzi mieszkających w okolicach Czarnobyla, kreśli obraz pierwszych dni po katastrofie atomowej, jej obraz jest fantastyczny. Elektrownia jest niemal niewidoczna, reżyserka pozostaje cały czas ze zwykłymi ludźmi, którzy pracują i weselą się. Film jest prawdziwy i bardzo mocno wbija się w psychikę.

A potem przechodzimy dziesięć lat do przodu i wszystko się sypie. Historia Anny wygląda jak wyjęta z pierwszej lepszej telenoweli. Ona i dwaj faceci, jeden oferuje jej ucieczkę od wspomnień, drugi zrozumienie tego, co przeżyła, bo on sam też to przeszedł. Postać Chyry jest tu zupełnie niepotrzebna. Rozbija tylko niejednoznaczność historii jego syna, który wierzy, że ojciec żyje. Cała prawda i autentyzm gdzieś się ulotnił i pozostały ruiny scenariusza, jedyna rzecz współgrająca z ruinami Prypeci.


Ocena:6

A Man's Story (2010)

Nie ma to jak autopromocję sprzedawać po festiwalach jako film dokumentalny. "Męska historia" wygląda bowiem jak rzecz zamówiona na jubileusz modowej kariery Ozwalda Boatenga niż prawdziwy dokument o życiu i twórczości kreatora mody.


Owszem, w filmie pada trochę faktów z życia Boatenga. Jednak podawane są w sposób bezrefleksyjny i nie podlegają żadnej analizie. Po obejrzeniu filmu nadal w zasadzie nie wiem nic o tym, kim jest Ozwald Boateng, czym się inspiruje i dlaczego chciał zostać kreatorem mody. Pozostał mi w pamięci jedynie dobrze skrojony teledysk z pokazów mody, wycieczek po świecie Boatenga i tyle.

Ocena: 5

Rabat (2011)

Pierwszorzędne kino drogi i do tego jeden z najlepszych filmów ostatnich lat podejmujący temat tolerancji i walki ze stereotypami i uprzedzeniami.


Bohaterami filmu jest trójka sympatycznych młodych Arabów mieszkających w Holandii, którzy wyruszą na wyprawę przez pół Europy, by dojechać do Maroka. Po drodze spotkają bardzo barwny i różnorodny tłum ludzi. Będą musieli skonfrontować się z własnymi uprzedzeniami jak i sami będą obiektem podejrzliwych spojrzeń i rasistowskich zachowań.

To, co mnie urzekło w tym filmie to pozytywny stan ducha. "Rabat" to przede wszystkim bardzo ciepły film o przyjaźni, bez ironicznego dystansu i przerysowania. Bohaterowie szybko wzbudzają sympatię tak, że ich pochodzenie rasowe przestaje być jakąkolwiek kwestią. Są po prostu sobą. Dlatego też tym mocniej odczuwałem niczym nieuzasadnioną wrogość, jakiej byli obiektami. Znając ich, nie sposób nie oceniać tych sytuacji inaczej jak absurdalnych i bezsensownych. I tak właśnie powinno się mówić o tolerancji, tak należy walczyć z uprzedzeniami: wplatać je w zwyczajne, uniwersalne historie, a nie wynosić je na piedestał, a bohaterów czynić zakładnikami idei (co jest typowo polską specjalnością).



Wielkim plusem filmu jest znakomita, bardzo różnorodna muzyka, która nasyca całość energią i egzotycznym klimatem przygody.

Ocena: 7

Ps. Ich pomysł na restaurację z kebabem - rewelacja, ciekawe, kiedy powstanie naprawdę.

Martha Marcy May Marlene (2011)

Jeden z tych filmów, który zachwyci sporą część widzów. Trudno zresztą, by było inaczej, kiedy ma się tak znakomitych aktorów w obsadzie, a narracja przemyślana została w taki sposób, by jak najbardziej sugestywnie przedstawić zagrożenia i konsekwencje "bombardowania miłości". Jeśli ktoś nie miał z tym tematem wcześniej do czynienia albo też zna kogoś, kto był w podobnej do bohaterki sytuacji, wtedy zachowanie dystansu jest niemożliwe, film musi robić mocne wrażenie.


Na mnie niestety nie zrobił. Owszem doceniam techniczną stronę narracji, pomysłowość i wnikliwość w naświetleniu tematu. Problem w tym, że jest to jednak mimo wszystko rzecz zbyt rozwlekła i nadmiernie inscenizowana jak na mój gustu. Owszem John Hawkes okazał się mieć znacznie większą charyzmę, niż się tego po nim spodziewałem, ale nie zmienia to faktu, że czegoś mi tu brakuje. Może ta ostatnia scena, z usilnym otwartym zakończeniem? Dla mnie była trochę antyklimatyczna. Na mnie największe wrażenie zrobiła wcześniejsza scena, kiedy siostra Marty w końcu się poddaje. Kluczowy proces zdrowienia i wszystko na marne, bo zabrakło cierpliwości. W tym momencie końców wydawała mi się już niepotrzebna. Wszystko zostało już powiedziane wcześniej.

Ocena: 6

sobota, 8 października 2011

Qualunquemente (2011)

Szalona komedia, naprawdę szalona. Humor kompletnie odjechany, absurd goni absurd, a całość przypomina satyryczna parodię polityczną prosto z jakiegoś kabaretonu. Bawiłem się na nim wyśmienicie.


Jednak nie wiem, czy chciałbym film obejrzeć drugi raz. Ta rzecz jest jak żywioł, jedną z jego wartości jest to, że cały czas zaskakuje, nigdy nie wiesz, czego możesz się spodziewać. Dowcipy gonią dowcipy, do tego trzeba być bardzo uważnym, bo sporo zabawnych rzeczy dzieje się na drugim i trzecim planie. Kiedy jednak wiesz, czego się spodziewać, już tak nie śmieszy.

Ocena: 6

早餐、午餐、晚餐 (2010)

Nie lubię projektów łączonych. Rzadko kiedy się udają. Zazwyczaj część nowelek jest ciekawych, a część irytująco słabych. Na szczęście tu najsłabsze było "Śniadanie", nowelka zaczynająca cały projekt.


"Śniadanie" próbuje być kinem minimalistyczny, szukającym głębi w milczeniu. Niestety cisza tylko irytowała, a ptaki w ogrodzie nie były w stanie zagłuszyć nudy i pretensjonalności. "Obiad" był już o wiele ciekawszy. Druga z reżyserek postawiła na humor, co ubarwiło interakcję pomiędzy dwójką głównych bohaterów.

Najlepiej wypadła trzecia z nowelek. Co prawda "Kolacja" zupełnie nie pasuje do formuły projektu i nie powinna się znaleźć w nim, ale za to liryczna opowieść o miłości, śmierci, samotności i tęsknocie miała w sobie tę autentyczną magię, która sprawiła, że wtórna historia mimo wszystko wzbudzała zainteresowanie. Przystojniak w marynarskim mundurze też nie zaszkodził.


(Bobby Tonelli)

Ocena: 4

Órói (2010)

Kino młodzieżowe, które zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż "Sala samobójców" (czego najlepszym dowodem jest to, że "Sali" do dziś nie widziałem i zobaczyć nie mam ochoty). Rzecz przypomina brytyjski serial "Skins" tyle tylko, że jest mniej hardcore'owy i ma więcej humoru.

Jitters / Órói from Kisi Production on Vimeo.


Fabularnie "Nerwówka" to rzecz kompletnie przeciętna. Za parę tygodni pozostanie mi jedynie blade wspomnienie. Nie zmienia to jednak faktu, że ogląda się to przyjemnie. Ma fajnych bohaterów i ciekawe pomysły fabularne. Śmierć można sobie było darować. To zbyt tani chwyt, który wszystko ustawia na właściwych torach.

Ogólnie rzecz w sam raz na niezobowiązujące spędzenie półtorej godziny.


Ocena: 6

Beast (2011)


Boe może i kręci w kółko ten sam film, ale za to jak to robi! Nie mam go dość. Mogę go oglądać godzinami, w czym jestem zdaje się odosobniony. Podczas seansu na WFF sporo osób nie dotrwała do końca, a inne zmieszanie pokrywały głupim śmiechem.


Bo też ponownie Boe zastawia pułapkę na widzów, którzy oczekują dosłownego przełożenia tego, co przedstawione na ekranie z tym, o czym się opowiada. Tymczasem Duńczyk, jak to on ma w zwyczaju, miesza wszystko, pozornie będąc niekonsekwentnym. Zaburzona linearność zamota niejednej osobie w głowie, chyba że widz zorientuje się, że "Bestia" to rzecz, którą trzeba doświadczyć. Obrazy służą tu nie tyle opowiedzeniu historii ile przekazaniu emocjonalnego dramatu kryjącego się bardzo prostym pretekstem narracyjnym (dwójka ludzi w związku: jedno obsesyjnie kocha, drugie desperacko próbuje się z relacji wyrwać).

Na tę konkretną fabułę nakładają się obsesje Boego-reżysera, które przepracowuje w kolejnych filmach: problem twórcy, relacja twórca-dzieło, relacja dzieło-widz, relacja twórca-widz, niemożliwość wiecznej miłości i związana z tym obsesja, głód i pragnienie destrukcji.

Jak dla mnie jeden z najlepszych filmów tegorocznego festiwalu w Warszawie.


Ocena: 8

Mi último round (2011)

Ugh. Co za rozczarowanie. Reżyser miał kilka świetnych pomysłów, ale niestety zabrakło mu doświadczenia, by opowiedzieć to we właściwy sposób. W rezultacie wyszła paćka, która ma kilka niezłych momentów.


Podobało mi się to, że w przeciwieństwie do przemożnej większości historii o gejowskiej miłości nie opowiada o zakochaniu się, a o tym jak uczucie i związek konfrontowane jest z wymogami codziennego życia. Ba, takich filmów nie powstaje też zbyt wiele w kinie w ogóle a nie tylko w gejowskiej jego części. Tym bardziej warto było, żeby powstała z tego wartościowa rzecz. Niestety reżyser jakby nie dostrzega tkwiącego w filmie potencjału i robi rzecz, której mógłby się wstydzić nawet twórca drugorzędnej telenoweli.

Całość jest nudna, oparta na kliszach i oczywistościach. Z technicznego punktu widzenia dobrze wypada tylko ostatnia walka bokserska jednego z bohaterów. Widać, że reżyser ma umiejętności. Teraz musi poćwiczyć, zanim znów spróbuje swych sił w długiej formie.

Ocena: 5

New Jerusalem (2011)

Totalne nieporozumienie. Rzecz, która nawet w amatorskim kinie nie powinna się zdarzyć. I nie chodzi mi tu o techniczne braki czy słabą grę aktorską – widziałem gorsze rzeczy. Chodzi mi tu brak pomysłu na to, o czym ma film opowiadać.


"New Jerusalem" ma jedynie punkt wyjścia: dwóch pracowników warsztatu wulkanizacyjnego rozmawia ze sobą, poznaje się i nawiązuje nić przyjaźni (?). I tyle. Dlaczego tak się dzieje? Po co reżyser wybrał właśnie takich a nie innych bohaterów? Tego już się nie dowiemy. Przy nieczytelnych intencjach twórcy, rzecz jest tylko zbiorem nic nieznaczących scenek rodzajowych. Z kina wyszedłem więc znudzony i wymęczony.

Ocena: 3

東風破 (2010)

Przez 2/3 filmu byłem przekonany, że "Karuzela" mi się nie spodoba. Całość była zbyt długa, twórcy próbują być tajemniczy, a jednocześnie szybko wszystko staje się jasne i w zasadzie nie pozostaje nic innego, jak czekać na zakończenie, które jest odwlekane w nieskończoność.


Jednak stopniowo dałem się oczarować powolnej narracji przepełnionej duchem nostalgicznej tęsknoty i niespełnionej miłości. Dużą rolę odegrała w tym Ella Koon, która w kostiumach z lat 30-tych ubiegłego wieku wyglądała zjawiskowo. Bardzo spodobała mi się także jedna z ostatnich scen, w której kobieta bez ogródek wygarnia jednemu z bohaterów, że jego opieka nad nią i jej dzieckiem wcale jej nie pomaga, a wręcz przeciwnie, nie pozwala ruszyć z życiem do przodu. To mocna i jakże prawdziwa scena, która dużo mówi o ciągłym tkwieniu w przeszłości. To i parę innych rzeczy uratowało film w moich oczach.

Ocena: 6

志明與春嬌 (2010)

Wow. Bardzo pozytywne zaskoczenie. Jeden z lepszych filmów o zakochiwaniu się, jaki widziałem w ostatnim roku. Twórcy wykazali się jednocześnie dużą wrażliwością i umiejętnościami przekazania emocji widzom. Naprawdę wciągnąłem się w tę historię i kibicowałem bohaterom. Nawet ich nałogowe rozterki do mnie przemawiały, choć przecież sam nie palę.


Nie spodziewałem się tak dojrzałego, a jednocześnie tak "normalnego" filmu od Chińczyków. Docierające do Polski produkcje dzielą się w zasadzie na dwie kategorie: minimalistyczne kino artystyczne i kino akcji/historyczne. Tymczasem "Palący romans" pokazuje, że i w innych gatunkach mają się czym pochwalić.

Ocena: 7

wtorek, 4 października 2011

麻局 (2010)


Kino czystego absurdu. Jeśli nie jesteście w stanie przyjąć konwencji, to radzę wam omijać film szerokim łukiem. Wynudzicie się za wszystkie czasy. Jeśli jednak lubicie absurd, wtedy będziecie bawić się pierwszorzędnie.


Close Encounter of Mahjong from Donald Li on Vimeo.


Muszę się przyznać, że z duszą na ramieniu sięgałem po ten film. Tytuł nie wróżył nic dobrego. Jednak już po paru minutach dałem się ponieść historii zwariowanej partii madżonga. Wątek kryminalny, komedia obyczajowa, a wszystko przerysowane, pokazywane z dziwnych ujęć sprawia, że nudna partyjka mało dla Europejczyków znanej gry, staje się ekscytującą przygodą pełną zwrotów akcji i niespodzianek.

Jak dla mnie bomba.


Ocena: 7

Lena (2011)

To mógł być znakomity filmy. "Lena" dzięki głównej bohaterce miała zadatki daleko zostawić za sobą typowe produkcje o dorastających dziewczynach. Niestety zakończenie (wbrew temu, do czego chce przekonać nas reżyser) jest zbyt schematyczne. Autor poddał się konwencjonalności mieszczańskiego myślenia zamiast zaproponować oryginalne rozwiązanie.


Natomiast chwała mu za początek. Pokazanie Leny jako dziewczyny z marzeniami, która pragmatycznie godzi się na bycie seksualnie wykorzystywaną nie bardzo wiadomo po co, było odważnym posunięciem i od razu wyróżniało film spośród innych produkcji. Potem zrobiło się jeszcze ciekawiej, kiedy najpierw pojawia się chłopak, a za nim trochę wyalienowany ojciec. W pewnym momencie reżyser chyba poczuł, że zagalopował się i postanowił upichcić tragedię. I nawet jeśli trup nie pada (kwestia do interpretacji), to i tak broń wypaliła i to był właśnie błąd.

Bardzo spodobała mi się także Agata Buzek w roli toksycznej matki. Świetna, wyrazista rola, którą potwierdziła tylko moje dobre o niej zdanie, jakie miałem od czasu "Rewersu".

Ocena: 7

niedziela, 2 października 2011

Pompeya (2010)

Rzecz o tym, jak nie kręcić marnych filmów o gangsterach. Pomysł na film był nawet całkiem dobry. Szkoda tylko, że z wykonaniem poszło znacznie gorzej.


W teorii mamy dwie równolegle rozgrywające się historie. Pierwszą jest praca trójki filmowców nad filmem o gangsterach. Drugą jest właśnie historia z tego filmu. Jest jeszcze trzecia, która ujawnia się pod koniec filmu w nowy sposób łącząc ze sobą dwie pierwsze, ale nie ma to większego znaczenia. Gangsterska historia jest kiczowata, a przede wszystkim nudna. Bieda wyziera z każdej sceny, bieda budżetowa ale i bieda wyobraźni.

Jednak to, co przeszkadzało mi najbardziej to brak harmonii w kompozycji. Wszystko jest tu chaotyczne. Wszechobecni na początku filmowcy, potem zostają odsunięci na bok, by reżyser przypomniał sobie o nich pod koniec. Źle rozłożone akcenty sprawiają, że w ani jedną ani drugą historię nie można się do końca wciągnąć. A jest to wada straszliwa w przypadku tego rodzaju produkcji. Kilka pomysłów broni rzecz przed totalną kompromitacją. Nie ulega jednak wątpliwości, że "Pompeja" zostanie szybko zapomniana... przynajmniej przeze mnie.

Ocena: 4

Je suis un no man's land (2010)

Francuska próba realizacji komedii absurdu. Gatunek ten raczej nie kojarzy mi się z kinematografią znad Sekwany, choć od czasu do czasu z sukcesami go próbowano (vide: "Rumba"). Ten film przypomina raczej skandynawskie produkcje w stylu "Kłopotliwego człowieka", jednak tylko i wyłącznie jeśli chodzi o ogólny zarys. Reszta wypełniona została "z francuska", co budzi moje mieszane reakcje.


Początek jest bardzo obiecujący. Sceny z Judith Chemlą są zwariowane, obiecując rzecz przedziwną i naprawdę absurdalną. Potem jednak ów absurd ogranicza się do przestrzennego zniewolenia bohatera. I gdyby to jeszcze zostało w jakiś oryginalny sposób potraktowane, lecz nie – tu pełni tylko i wyłącznie funkcję przedmiotową jako konieczny element przeżycia przez bohatera śmierci i miłości. W ten sposób całość została niepotrzebnie spłycona. Straciła też mocno na dynamizmie. Liczyłem na więcej.

Ocena: 6

Kriegerin (2011)

W swojej warstwie fabularnej "Krew i honor" niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest to historia dwóch młodych dziewczyn, które los swój związały z neonazistowską grupą. Jak się to dla nich skończyło nie jest żadną niespodzianką, bowiem właśnie od ostatniej sceny film się zaczyna.


To, co mnie w tym filmie zainteresowało, to diagnoza grupy neonazistowskiej i portret psychologiczny bohaterek. Choć twórcy nie mówią tu nic nowego, to jednak w ciekawy sposób ukazują mechanizmy funkcjonujące w tego rodzaju subkulturze. Przede wszystkim chodzi o mechanizm kompensacji poczucia niższości umożliwiający skanalizowanie odczuwanej frustracji. Grupa daje siłę, której jako jednostce brakuje w starciu z innymi. Mocno zaakcentowane jest też obsesyjne rozgraniczanie na "my" i "oni". Ta linia demarkacyjna jest niezbędna, bowiem jej przekroczenie powoduje, że cała konstrukcja się wali, a zatem znów trzeba szukać siły w sobie, bez możliwości wsparcia z zewnątrz.

Trochę konstrukcyjnie filmie jest zbyt chaotyczny. Co jednak nie zmienia faktu, że nie była to taka najgorsza lektura.

Ocena: 6

Loverboy (2011)

Interesujący film, choć z pozoru wydaje się rzeczą o niczym. W rzeczywistości jest niezwykle intymnym portretem młodego mężczyzny, który wykorzystuje uczucia, by zarobić na życie.


Na pierwszym planie niewiele się dzieje. Luca to jeździ skuterem, to umawia się z dziewczyną, to znów pojawia się w domu u dziadka. Tylko co jakiś czas a to nagabywany jest przez policję, a to pojawiają się u niego jakieś podejrzane typy. Luca potrafi bajerować dziewczyny. Do perfekcji opanował sztukę iluzji i fałszu. Reżyser pozwala nam z bliska poznać jego metody pracy, które są czasochłonne, ale za to niezwykle skuteczne.

Tyle tylko, że Luca nie jest pozbawionym uczuć potworem. Dziewczyna miała kilka szans na zmianę swego losu. Siłą filmu jest właśnie to, że choć jego przyciągająco-odpychające zachowanie jest sztuczką, to jednocześnie był w tym bardzo szczery. Może właśnie dlatego jest tak skuteczny, bo pozostaje autentyczny. Jeszcze większą siłą jest spokój i brak popadania w moralizatorski ton, kiedy pokazana jest ostateczna decyzja chłopaka.

Mocne, niepokojące kino, które dodatkowo potwierdza niesamowity talent George'a Piştereanu. Rumunom wyrasta fantastyczny aktor. Oby tylko nie rozmienił się na drobne.

Ocena: 7

Hell (2011)

Apokalipsa w kolorze sepii. Wizualnie wygląda to nawet nieźle. Ale tylko wizualnie.


W rzeczywistości jest to standardowa powiastka o grupie osób (A), która na odludziu natyka się na grupę osób B. Ponieważ śledzimy losy grupy A, to ona jest z definicji pozytywna. Tu podkreślone to zostało przez mało oryginalne zwyczaje żywieniowe grupy B. Reszta to walka o przetrwanie z równie standardowym repertuarem scen pojmań, ucieczek, ofiar.

Zrobiono z tego wszystkiego całkiem dobrą produkcję, ale zdecydowanie za mało oryginalną, bym za rok, dwa lata o niej pamiętał.

Ocena: 6

Fleke (2011)

Słowiańska wariacja na temat Thelmy i Louise. Tyle tylko, że nie tak odważna i wyrazista.


Dla Leny miała to być noc jej życia. Zamierzała się spotkać ze swoim chłopakiem i stracić dziewictwo. Zamiast upojnych i romantycznych chwil czeka ją niechciany seks w aucie, spotkanie z pochodzącą z dobrego domu ćpunką, pierwsze w życiu włamanie, fałszerstwo i strzelanie z broni.

Film mógł być o wiele ciekawszy, gdyby nie to, że twórcom zabrakło jaj. Drogi, które mają prowadzić do finałowej sceny okazują się ślepymi uliczkami, a całość kończy się mdłym rozwiązaniem, przez co "Miejsca" są niczym więcej jak jedną z setek podobnych historii.

Ocena: 5

sobota, 1 października 2011

Page Eight (2011)

Bardzo solidna obsada i reżyseria sprawia, że "Ósma strona" była naprawdę satysfakcjonującym seansem. Jednak zabrakło mi w nim tego "czegoś", dzięki czemu film naprawdę zapadłby mi w pamięci. Koniec końców to tylko dobrze spędzony czas, ale nic ponadto.


Nighy oczywiście jest bezbłędny jako analityk danych wywiadowczych. I to jego na poły mityczne powodzenie u kobiet brzmi bardzo wiarygodnie. Jednak intryga w kilku miejscach zgrzyta. Wątek z Weisz nie do końca dobrze funkcjonuje, choć przecież został idealnie wpasowany w kontekst szerszej historii. Wszystko jest cacy, ale pozostaje sterylne, chłodne, bezpłciowe.

Ocena: 6