środa, 30 listopada 2011

Trespass (2011)


Film z serii "co oni tu do k... n... robią?". "Anatomia strachu" to rzecz, w której główne role powinny przypaść w udziale aktorom trzeciego sortu, wyrabiający dniówki w telewizji (a częściej jako kelnerzy w Hollywood). Najbardziej fascynujące jest więc tu to, jak Schumacherowi udało się skłonić tak znane nazwiska do wystąpienia w tym przeciętnym do bólu filmidle sensacyjnym.


Nie przeczę, ma to swoje dobre strony. Kidman w okularach wygląda jak pierwszorzędnych MILF. A Gigandet jest uroczym psycholem, niczym kociak ze wścieklizną. Jednak, co z tego, kiedy twórcy nie mają pomysłu na fabułę. Jedyne, co zostało tutaj wymyślone to zwroty akcji. Zapomniano niestety o tym, że między zwrotami musi być jakaś akcja. A tego tutaj nie ma. "Anatomia strachu" przywodzi więc na myśl zachowanie katatonika, który stoi w miejscu, skoczy niespodziewanie do przodu i znów stoi. Na początku może i jest to fascynujące, ale po pewnym czasie ma się tego serdecznie dosyć.

Ocena: 5

Wrecked (2010)


Biedny Brody. Stoczył się już do poziomu Vala Kilmera. Filmy, w jakich obecnie gra, to gnioty, które tylko z wielkim trudem daje się obejrzeć. "Reset" jest tego najlepszym przykładem.


Film wpisuje się w modny ostatnio nurt kina jeden aktor i bohater będący więźniem ekstremalnych sytuacji. O ile jednak i "Pogrzebany" i "127 godzin" przypadły mi do gustu, o tyle "Reset" nadaje się do natychmiastowej utylizacji. Źle prowadzona fabuła. Tragicznie budowane (i utrzymywane) tempo. To tylko najbardziej rzucające się w oczy grzechy produkcji. W filmie ma jeden udany pomysł - na zabawę tożsamością głównego bohatera. Ale i tak nie ma ona większego sensu, skoro twórcy decydują się na takie a nie inne zakończenie.

Ocena: 3

wtorek, 29 listopada 2011

In Time (2011)


I kolejny film, który odwołuje się do ruchu OWS, ale w sumie nie potrafi wykorzystać go na swoją korzyść. Pomysł był – jak to często bywa – znakomity. Czas jako waluta. System, który sprawia, że bogaci się bogacą, a biedni wypruwają flaki za garść miedziaków (a w tym wypadku raczej minut). Aż tu pojawi się hybryda Robin Hooda i Bonnie i Clyde'a i wywraca wszystko do góry nogami.


Niestety ten pomysł w filmie sprowadzony został do tego, że przystojny facet i ładna kobieta nic tylko biegają i biegają i biegają. W ten sposób "Wyścig z czasem" wpisuje się w cały ciąg podobnych filmów, w których zmieniają się tylko scenografie i pretekst do biegania. We "Władcach umysłów" Damon i Blunt biegali zmieniając kapelusze. W "Kodzie nieśmiertelności" trochę mniej biegano, bo robił to za nich pociąg, ale za to wprowadzono koncepcję restartowania czasu. Z tej trójki filmów "Wyścig z czasem" wypada najsłabiej.

Timberlake może i ma słodką buźkę, ale aktor z niego jest średni i powinien zostać na drugim planie lub grać w komediach. Niccol zaś powinien zostać przy pisaniu scenariuszy, bo budować tempa i napięcia jako reżyser to on nie potrafi. Choć niby cały czas się coś dzieje, to przez większą część miałem wrażenie, że historia wlecze się niczym brazylijska telenowela.

(Matt Bomer)
Na osłodę został mi Matt Bomer, brytyjski akcent Alexa Pettyfera (szkoda, że nie miał go w "Jestem numerem cztery") i biegnąca Olivia Wilde.

Ocena: 4

Almanya - Willkommen in Deutschland (2011)


"Almanya" to rzecz o tym jak godzić miejsce zamieszkania z tożsamością narodowo-kulturową. To także przypowieść o ksenofobii wynikającej z niewiedzy oraz idealizacji przeszłości, kiedy jesteśmy daleko od miejsc, których dotyczy.


W zasadzie jest to komedia o Turkach żyjących w Niemczech. I jak to przystało na niemiecką komedię, humor jest dość przaśny i mało finezyjny. Jest jednak w tym filmie coś odświeżającego, ponieważ pokazano tu chyba zwyczajnych Turków, a nie żadnych ultraortodoksów, którzy wciąż stosują prawo o mordach rytualnych. Ale to nie humor sprawił, że film mi się spodobał, a sentymentalna końcówka. Niby trąci kiczem, ale jednak ujęła mnie i wzruszyła. Jest coś ciepłego w tym, jak twórcy spletli przeszłość z teraźniejszością.

Ocena: 7

poniedziałek, 28 listopada 2011

I Don't Know How She Does It (2011)


W życiu jesteśmy zmuszeni do kompromisów. Jednak w sztuce nie można sobie na to pozwolić. Kompromis to pocałunek śmierć. Twórcy "Jak ona to robi?" najwyraźniej o tym nie wiedzą.


Z jednej strony jest to okrutna rozprawienie się z ideą "amerykańskiego snu". Sukces (czyli trafienie do grona 1%, a przynajmniej do górnych 10%) zdemaskowany zostaje tu jako nierealny mit, który jednak prezentowany jest jako coś osiągalnego dla każdego, kto będzie ciężko i wytrwale pracował. Wyśrubowane wymagania sprawiają jednak, że człowiek albo się wykończy albo straci życie prywatne i rodzinne i zostanie robotem na usługach korporacji z dużą pensją, z którą nie ma co robić.

Z drugiej strony twórcy postanowili odczarować wizerunek "złych" i "chciwych" bankierów, którzy po całych dniach myślą o tym, jakby tu wyssać z nas ostatni grosz. Dlatego jednym z finansistów uczynili przystojnie się starzejącego Pierce'a Brosnana (którego postaci dodatkowo dodano tragedię tak, że w ogóle nie można mieć mu cokolwiek za złe, a wystarczy, że zagra w kręgle, to każdy mu wybaczy, że pracuje dla banku), drugim jest Kelsey Grammer (którego cała Ameryka kojarzy z "Frasera" i dlatego nie może widzieć w nim diabła wcielonego).

I jeszcze to zakończenie, które pokazuje, że światy 1% i 99% mogą ze sobą koegzystować w pokoju (choć zarazem niedwuznacznie sugerują, że jedyną metodą, by znaleźć się w grupie finansowo uprzywilejowanych jest wżenienie się).

Ocena: 4

Чёрная Молния (2009)

Po "Czarną Błyskawicę" sięgnąłem spodziewając się totalnego kiczu i wręcz campowego silenia się na widowiskową produkcję. Po części me oczekiwania się spełniły, ale zostałem też mocno zaskoczony.


Nie spodziewałem się, że typowa forma amerykańskiego komiksowego bohatera może tak łatwo zostać zaszczepiona na grunt słowiański. Kilka pomysłów twórcy mieli naprawdę mocnych, godnych najlepszych wzorów zza Oceanu. To, jak bohater przechodzi fazę zachłyśnięcia się bogactwem, a w szczególności scena tragedii, zrobiło na mnie duże wrażenie.

Nie da się jednak ukryć, że reszta to już bajeczka, której wcale nie jest tak daleko do tego, co i nad Wisłą jeszcze naście lat temu powstawało. Efekt latania samochodu naprawdę mierny, jakby twórcy wzorowali się na filmach Eda Wooda.

Ocena: 5

Bloodworth (2010)


Przez to, że film zaczyna się od śpiewającego Krisa Kristoffersona, "Bloodworth" sprawia wrażenie słabszej wersji "Szalonego serca". W rzeczywistości jednak jest identyczny jak setki, jeśli nie tysiące, filmów opowiadających o tajemnicach z przeszłości, które rzutują na życia wielu pokoleń jednej rodziny.


W tym przypadku wszystko związane jest z tajemnicą zniknięcia seniora rodu i niezłomnym wyczekiwaniem jego powrotu przez matkę. Nieobecność ojca dała się mocno we znaki trójce synów, z których każdy poszedł inną drugą, lecz wszystkie one są równie samotne i destrukcyjne. W ślad za ojcem i stryjami gotowy wyruszyć jest wnuk. Ale zanim ostatecznie stanie na drodze bez celu, jego dziadek nagle się pojawi. To, co mu się przydarzy, wyrwie wnuka z błędnego koła.

"Bloodworth" to przypowieść grubymi nićmi szyta. Wszelkie zastosowane symbole są tak oczywiste, że nawet półanalfabecie załapią aluzje. Niektóre z fabularnych decyzji twórcy mogli sobie darować. Wypadają niczym tanie wersje deus ex machina, a to nikomu nie służy.

Ocena: 5

The Objective (2008)


Fajnie, że ktoś pomyślał, by wykorzystać misję w Afganistanie do opowiedzenia historii SF. Podoba mi się stworzona mitologia, jak i makiaweliczna obsesja agenta-samobójcy. Dlatego żałuję, że twórcy nie wyszli poza szkic, nie dopracowali pomysłu, nie zastanowili się choćby przez chwilę, co chcą opowiedzieć.


Bez celu (!) filmowi po prostu brakuje tempa. Choć całość nie jest zbyt długa, to i tak miejscami bardzo się wlecze. Niski też budżet mocno daje się we znaki, jako że twórcy pozostają niekonsekwentni w tym, na ile chcą, by ich film przypominał obraz z rodzaju "found footage" (choć tym razem nośnikiem jest pamięć głównego bohatera).

Ocena: 5

czwartek, 24 listopada 2011

The Change-Up (2011)


Ugh, kolejna komedia o męskim kryzysie wieku średniego. Gdyby jeszcze temat poprowadzono oryginalnie, ale nie, już pierwsza scena rozwiewa złudzenia. Oczywiście na początku facet z rodziną musi uważać swój los za gówniany. A żeby żaden widz tego faktu nie przeoczył, gówno ląduje na twarzy bohatera. Potem jest także planowo. Stuprocentowe déjà vu.


Pomysł z zamianą ciał też twórcom średnio wyszedł. Nie dość, że brakowało w tym wszystkim jakiegoś sposobu, by ruszyć temat, to jeszcze twórcy się tak zapędzili, że końcowy morał brzmi fałszywie. Z filmu wynika bowiem odwrotne zakończenie, niż to, które zostało pokazane.

I jeszcze humor. Tu przeżyłem największe rozczarowanie. Są trzy sceny, na których śmiałem się do rozpuku. To: lorno, Tatiana i Jamie w toalecie. Niestety cała reszta była słabiuteńka.

Ocena: 4

wtorek, 22 listopada 2011

Arthur Christmas (2011)


Strasznie żałuję, że nie obejrzałem tego filmu w oryginale. I to wcale nie dlatego, że polskie tłumaczenie było złe, ale właśnie dlatego, że było dobre. Tłumacze nie dość, że napisali kilka świetnych gagów, to jeszcze byli w stanie zachować typowo brytyjskie poczucie humoru. Bez filtra tłumaczeniowego "Artur ratuje Gwiazdkę" musi być jeszcze zabawniejszy.


Oglądając film bawiłem się wyśmienicie co chwilę wybuchając śmiechem. A jednak nie jestem przekonany, czy jest to film dla dzieci. Tak dysfunkcjonalnych rodzin nie widuje się zazwyczaj w kinie czysto rozrywkowym. Dowcipy choć przezabawne jednocześnie są okrutne i drapieżne, bez pardonu demaskując małostkowość ludzkiej natury. Święty Mikołaj jest starym dziadem rozkochanym w miłości tłumów i do tego nieświadomym szowinistą (tekst z przemówienia o żonie – bezcenny). Jego starszy syn jest makiawelicznym materialistą, który w ten sposób rekompensuje sobie poczucie niższości. Młodszy syn jest skończonym naiwniakiem sprowadzonym do roli rodzinnego błazna.

Twórcy bezbłędnie ukazali dynamikę rodziny i gorączkę przedświątecznych przygotowań. Aardman raz jeszcze stanęło na wysokości zadania.

Ocena: 8

Ps. Dowcip o kobietach i nauce czytania zasługuje na miano gagu roku.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Restless (2011)


Najgorszy film Gusa Van Santa od czasu "Szukając siebie". Żenująco infantylna i do tego w złym guście przypowieść o umieraniu. "Restless" obronić się może, jeśli Van Sant zrobił go z myślą o dzieciach, bowiem śmierć jest tu rozkosznie słodziutka niczym szczeniak spaniela. I tylko dziecko może to kupić. Dorosłego (czy raczej emocjonalnie dojrzałego) jedynie obrazi.


Problemem filmu jest absolutna niezdolność Van Santa do połączenia przeciwieństw radości i śmierci, smutku i ekstrawersji. W efekcie całe "Restless" bazuje na mechanizmie wyparcia. Wszystko co złe zostało skrzętnie wymazane z ekranu. Umierająca Annabel przybiera porcelanowe kształty Mii Wasikowskiej. Jest to postać eteryczna, pozbawiona nawet cienia cierpienia czy bólu. Gdyby reżyser nie uciekł od ciemnej strony umierania i jednocześnie pokazał radość, jaką przynosi każdy kolejny dzień (zamiast gadać bzdety o porannych śpiewach ptaków), wtedy mógłby wyjść z tego dobry film.

Podobny problem mam z postacią Enocha. Który raz jest delikatnym, wycofanym chłopcem, a innym razem zadziornym, pewnym siebie ekstrawertykiem. Nic nie stało na przeszkodzie, by połączyć te cechy w jedną osobę. Jednak w "Restless" to się nie udało. Miałem wrażenie, że Enoch to dwie kompletnie różne osoby, które zamieniają się miejscami jak w kalejdoskopie.

No cóż, po serii mniej lub bardziej udanych filmów musiała w końcu Van Santowi przydarzyć się wtopa. Mam jednak nadzieję, że zaraz powróci do swojego normalnego poziomu.

Ocena: 4

niedziela, 20 listopada 2011

Middle of Nowhere (2008)


W zasadzie mógłbym tu skopiować początek mojego wpisu do "Najlepszego". Ciąg dalszy byłby jednak inny.


"Na rozstaju uczuć" reprezentuje normę w kinie niezależnym. Przy liczbie obejrzanych filmów tego rodzaju, rzecz Johna Stockwella nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Efekciarska rola Yelchina jest widowiskowa, ale jego bohater, podobnie jak i cała reszta tkwią w bezruchu. Film nie ma bowiem głębszego sensu. Reżyser nie ma nic do powiedzenia. Przez to całość jest niczym więcej jak historią pewnego lata nastolatków, którzy muszą rozliczyć się z problemów, w jakie wpadli przez nieodpowiedzialnych rodziców.

Ocena: 6

sobota, 19 listopada 2011

The Greatest (2009)


Mam już powoli dość niezależnych amerykańskich produkcji. Wszystkie robione są podług tego samego wzorca. Zero niespodzianki. Zawsze ten sam nastrój, równie nienormalnie normalni bohaterowie i ich gorzko-słodkie perypetie. Morał też jest przewidywalny: trzeba pozwolić sobie na ból, ale nauczyć się też przebaczać i iść dalej, bo w życiu poza smutkami czekają nas też radosne chwile.


Ale z drugiej strony, jak tu nie ulec magii świetnie zagranego kina z przemyślanym scenariuszem i dobrze poprowadzoną reżyserią? Dlatego też mimo całej mej rezerwy "Najlepszy" okazał się mocno wzruszającym obrazem rodziny pogrążonej w żałobie. Kilka scena pod koniec chwyta za serce i nie puszcza.

Ocena: 8

poniedziałek, 14 listopada 2011

One Day (2011)


Uwaga spoilery!

Po tym filmie najlepsze co można zrobić, to zostać ateistą. Bo też morał "Jednego dnia" jest taki, że porządni ludzie giną, by ci niepoprawni mogli się ustatkować. I to jest sprawiedliwe? Sorry, ale nie odpowiada mi ten obraz świata.


Emma żyła statecznie, nie szalała, nie ryzykowała. I co jej z tego przyszło? Nawet w ciążę zajść nie mogła, ale to i tak nic w porównaniu z końcem, kiedy to padła trupem w głupi sposób. Tymczasem Dexter puszczał się na prawo i lewo, narkotyzował się, pił alkohol. I co mu z tego przyszło? Życie cały czas się do niego uśmiechało. Nie zachorował na żadne weneryczne badziewie, nie przedawkował, nie miał żadnego wypadku! Ceną jest "tylko" życie w żałobie, ale pamięć po ukochanej sprawi, że szaleństwa młodości porzuci za sobą i zostanie statecznym panem w średnim wieku.

Ale nie to jest w "Jednym dniu" najgorsze. Reżyserce kompletnie nie udało się stworzyć wrażenia przemijania, wzrostu i umierania. Nie potrafiła zaznaczyć pojawiających się i znikających epok, mód, realiów. Dobrym pomysłem było, by każdy rok sygnalizować jakąś kojarzącą się z tym rokiem piosenką. Niestety zostało to wykorzystane tylko kilka razy, cała reszta pokryta jest bezbarwną muzyką ilustracyjną.

Nie wiem, co stało się z Lone Scherfig, ale od czasu, kiedy zaczęła kręcić po angielsku jej filmy są coraz gorsze. Scherfig, wróć do Danii i zrób kolejny naprawdę dobry film!

Ocena: 5

Trust (2010)


Z Davida Schwimmera może być naprawdę niezły reżyser. Co prawda "Pożegnanie z niewinnością" jest niewiele lepsze od typowej telewizyjnej produkcji kanału Lifetime, ale zrobiony został solidnie, z dbałością o strukturę opowieści.


Historia jest banalnie prosta. 14-latka poznaje chłopaka na chacie i kiedy już włożyła mu serce na dłoń zgadza się na spotkanie, na którym okazuje się, że nie jest to chłopak tylko o 20 lat starszy mężczyzna. Dziewczyna zostaje przez niego zgwałcona.

To, co najciekawsze dzieje się potem. Schwimmer pokazuje, jak zarówno dziewczyna jak i jej rodzice (z naciskiem na ojca) radzą sobie z całą sytuacją. Film robi co prawda wrażenie ilustracji podręcznika psychologicznego, ale jeśli ktoś nie jest w temacie, powinien zostać ujęty przez autentyzm sytuacji. Obiektywnie nie jest to żadna rewelacja, ale dzięki udziałowi dobrych aktorów, robi jak najbardziej pozytywne wrażenie, a scena przy basenie jest mocno wzruszająca.

Ocena: 6

niedziela, 13 listopada 2011

Shrink (2009)


Jonas Pate to niezłe ziółko. Używa tyle celuloidowej wazeliny, że w ogóle nie orientujesz się, że cię rżnie bez gumy.


Na pierwszy rzut oka "Całe życie z wariatami" wydaje się głębokim filmem o radzeniu sobie ze smutkiem i pustką. Gładka narracja, gwiazdy w obsadzie i bohaterowie wobec których nie sposób nie odczuwać empatii sprawia, że całość wygląda na dzieło mądre i przepełnione życiową wrażliwością.

W rzeczywistości jest to rzecz bardzo powierzchowna. Nie oferuje żadnych realnych rozwiązań, lecz bajki i uproszczenia. Osoby w depresji, które liczyły, że odnajdą coś w tym filmie, mogą poczuć się mocno oszukane. Gdyby bowiem uwierzyć filmowi, to rozwiązań trzeba byłoby szukać w scenariuszach filmowych, zanieczyszczonych narkotykach i zaciąganiu terapeutów do łóżka.

Do tego w scenariuszu jest zbyt wiele wątków, z których część jest potraktowana po macoszemu (kompletnie nieuzasadniona jest chociażby postać Jacka Holdena). Jednak filmu nie da się tak zupełnie skreślić. Został dobrze zagrany i nieźle zmontowany. Może i Pate dyma widzów, ale przynajmniej robi to jak prawdziwy profesjonalista.

Ocena: 6

sobota, 12 listopada 2011

Tower Heist (2011)


Brett Ratner to cienias. Wstrzelił się idealnie ze swoim filmem, lepiej nie można. Historia zwyczajnych pracowników, która okrada członka grupy uprzywilejowanej znakomicie wpisuje się w obecne nastroje i Ruch 99%. "Tower Heist" powinno być zatem superprzebojem rozchodzącym się jak ciepłe bułeczki. Ratner jednak wszystko spieprzył i to na własne życzenie.


"Tower Heist", mimo znakomitej obsady i bardzo na czasie fabuły, jest nudnym filmidłem, w którym są tylko dwa zabawne momenty i jeden trzymający w napięciu. Stiller i Murphy powinni szaleć na ekranie jak to w starych dobrych komediach akcji bywało, a tymczasem tu zabawniejsi są Peña, Sidibe i Broderick (który mimo że zbliża się do 50-tki wciąż wygląda jak dzieciak). Casey Affleck jest czarujący, ale to chyba jego naturalny urok nie mający nic wspólnego z rolą. O reszcie szkoda gadać.

Wielkie rozczarowanie. Nie dziwię się, że Akademia postanowiła pozbyć się Ratnera jako producenta gali oscarowej.

Ocena: 4

piątek, 11 listopada 2011

Immortals (2011)


Nie jestem fanem twórczości Singha. Do tej pory niczym mnie nie zachwycił. Jednak jestem fanem filmów z gatunku peplum, więc "Immortals" było niejako lekturą obowiązkową. Po seansie mogę spokojnie stwierdzić, że jest to dla mnie najlepsze dzieło Singha, ale sam film mógł być lepszy.


To, co najbardziej przypadło mi do gustu to fakt, że mimo olbrzymiego wysiłku włożonego w stworzenie wyjątkowej wizualnej stylizacji, reżyser nie zrezygnował z fabuły. Tu nie akcja, a bohaterowie napędzają historię. Tezeusz, choć nie jest tą postacią, którą znamy z mitów (co purystów pewnie przyprawi o pianę wściekłości), jest herosem interesującym, człowiekiem prostym, a jednocześnie charyzmatycznym. Ci, którzy znają mity greckie, będą mogli jednak mimo wszystko lepiej się bawić szukając smaczków w postaci elementów oryginalnych mitów, które w przekształconej formie znalazły swe miejsce w filmie.

Oczywiście pierwsze skrzypce gra Mickey Rourke. Jego Hyperion to postać mocno skrzywdzona, która swój ból i cierpienie projektuje na zewnątrz, czego konsekwencją jest dążenie do totalnego zniszczenia kultury helleńskiej. I choć jest to film wyraźnie antyateistyczny i przez to mógłby być łatwo zagarnięty przez prawicowych fanatyków, sam Singh udanie lawiruje między propagandowymi przeszkodami, przez co wcale mnie nie odstraszył.

Zaskoczyła mnie końcówka, która jest hardcore'owo brutalna. Zaskoczyło mnie to, ponieważ z powodzeniem sceny te zasługiwały na kategorię NC-17, a takiej film nie otrzymał. Pewnie dlatego, że jest ona ewidentnie sztuczna. Niemniej jednak widowiskowość miażdżonych łbów, ciętych kończyn i masakrowanych korpusów jest duża.


Największy zarzut mam do kompozytora. Muzyka była dla mnie sporym rozczarowaniem. Zabrakło jej charakteru, który podkręciłby jeszcze wrażenia jakich dostarczały obrazy. Tylko w jednym miejscu, udało się kompozytorowi jako tako podtrzymać nastrój. Reszta to ilustracyjne przeciętniactwo.

W sumie "Immortals" okazał się filmem ciekawym z dobrą fabułą. Ale ja chyba mimo wszystko lepiej bawiłem się na "Starciu Tytanów". Owszem film był przaśny, a fabuła ledwo trzymała pion mając charakter zwykłej gry planszowej, ale peplum chyba właśnie takie być powinno.

Ocena: 7

czwartek, 10 listopada 2011

Hidden 3D (2011)


Co za totalne rozczarowanie. Nastawiłem się na to, że zobaczę jakiś koszmarny gniot, film tak żenująco głupi, że może przez to będzie dobrym odmóżdżaczem. A tymczasem zobaczyłem jeden z najnudniejszych horrorów ostatnich lat.


Pomysł, jak to zwykle bywa, nie był wcale taki najgorszy. Ale już decyzja, by nie pokazywać śmierci bohaterów była błędem. W ten sposób w filmie nie ma nic poza nudnymi wędrówkami po mało skomplikowanych scenografiach. Zero napięcia, zero przemocy, zero frajdy. A kiedy nie ma na czym skupić uwagi, wtedy jeszcze wyraźniejsze stają się absurdalne decyzje twórców w stylu otwierania kluczem drzwi otwartych.

Jak już robić zły film to z rozmachem, niech to będzie kicz że hej.

Ocena: 3

Anonymous (2011)


Każdy, kto mnie zna, wie, że "Dzień Niepodległości" uważam za jeden z trzech najgorszych filmów zrealizowanych w latach 90-tych. Dlatego też nigdy, przenigdy nie spodziewałem się, że będę z zapartym tchem pochłaniał dramat kostiumowy w reżyserii Emmericha, film, w którym nie o efekty i totalną demolkę chodzi, a o intrygi, uczucia, władzę i sztukę. A tak się stało na seansie "Anonimusa".


Emmerich udowodnił, że jak chce, to potrafi opowiedzieć fascynującą historię dworskich intryg prowadzonych między geniuszami w swoim fachu. Z jednej strony mamy fantastycznych strategów w osobach dwóch Cecilów. Z drugiej strony mamy mistrza pióra, który swoimi dziełami potrafił tak manipulować ludźmi, iż był w stanie kształtować przyszłość. Jednak "Anonimus" to także historia ambicji, władzy, rodowych zatargów, gdzie kalkulacje dziedziczności mają pierwszeństwo nad miłością, a których konsekwencją są najstraszliwsze z grzechów. To również przypowieść o talencie i roli sztuki w życiu społecznym. Emmerich doskonale rozumie rolę, jaką mają popularne media, tym dziwniejsze jest zatem to, jak rzadko sam z ich potęgi korzystał.

Spodobało mi się to, w jaki sposób pokazani zostali głowni gracze epoki. Elżbieta zupełnie nie przypomina tej monarchini z dylogii Kapura czy nawet "Zakochanego Szekspira". Sam Szekspir jest tu postacią wręcz obleśną. Jednak najbardziej zafascynowały mnie osoby Benjamina Jonsona i Roberta Cecila. Hogg ma genialną scenę, w której ujawnia prawdę Edwardowi granemu przez Ifansa (dla którego jest to z całą pewnością jedna z najważniejszych ról w karierze).

Uwielbiam takie historie, a Emmerich wiedział, jak ją najlepiej zaprezentować. Oby więcej takich filmów kręcił.

Ocena: 9

The Adventures of Tintin: The Secret of the Unicorn (2011)


Steven Spielberg ten rok zaliczy do niezwykle barwnych. Ma na swoim koncie dno totalne ("Kowboje i obcy") i arcydzieło familijnej produkcji ("Giganci ze stali"). Oba zaliczone jako producent. Co ważniejsze ponownie na dobre rozkręcił produkcję w Amblin Entertaiment. To właśnie przez tę firmę zrealizował "Przygody Tintina".


Choć film jest adaptacją komiksu, Spielberg odcisnął na całości swoje wyraźne piętno. Awanturniczo-slapstickowa przygoda przywodzi na myśl "Hooka", inną produkcję Amblin Entertaiment. I to zarówno jeśli chodzi o zalety jak i wady. Film jest niezaprzeczalnie świetną baśnią, pełną akcji i humoru. Z drugiej strony ma w sobie to pedantyczne zacięcie, by bawić za wszelką cenę, co niestety chwilami jest zbyt natarczywe, by rzeczywiście bawić. Na szczęście dla Spielberga, Serkis fantastycznie wyczuł postać kapitana Baryłki. Gdyby mu się to nie udało, całość spaliłaby na panewce.

Z technicznego punktu widzenia, film jest perfekcyjny. Efekt 3D – pierwsza klasa. Zachwyciła mnie praca kamery i montaż, zwłaszcza scen pościgów. Ale Spielberg nie przekonał mnie do technologii motion-capture. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego twórcy są w stanie stworzyć superrealistyczne psy i koty, za to ludzie wyglądają tak, jakby wszyscy mieli dodatkowy chromosom.

Ocena: 7

wtorek, 8 listopada 2011

A Dangerous Method (2011)


W jednej ze scen filmu Jung mówi, że czasem trzeba zrobić coś niewybaczalnego, by można było dalej żyć. Jeśli w takich kategoriach spojrzeć na obraz Cronenberga, to jestem w stanie zrozumieć, dlaczego "Niebezpieczna metoda" w ogóle powstała. Nie da się bowiem ukryć, że jest to rzecz nudna, sztywna niczym XIX-wieczny gorset moralny i absolutnie wyzbyta głębszego zrozumienia ludzkiej natury, co przecież do tej pory było siłą kina Cronenberga.


Rzadko kiedy jednak reżyser tak wprost próbował poruszyć temat natury ludzkiej. Jego poprzednim podobnym dziełem był "Pająk" i była to rzecz nie dla szerokiego grona odbiorców. Problem w tym, że "Niebezpieczna metoda" przeznaczona jest dla nikogo. Z jednej strony nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, ile z tego filmu wyniosą osoby, który nie znają przynajmniej w zarysie podstaw teorii Freuda i Junga jak i ich biografii. Cronenberg bowiem większość kluczowych wydarzeń i koncepcji ledwie zarysowuje. Puste przestrzenie musimy wypełnić sami, znając to, co się naprawdę wydarzyło.

Z drugiej jednak strony film będzie raczej mało strawny dla osób znających się choćby trochę na psychoanalizie. Po macoszemu traktowane problemy i zjawiska mogą jedynie wywołać niesmak i zażenowanie. Cronenberg stawia kilka istotnych pytań zarówno o samą psychoanalizę jak o naturę ludzkich emocji, lecz wydaje się kompletnie nimi niezainteresowany, a już z całą pewnością nie chce szukać odpowiedzi.

Relacja Junga ze Spielrein jest bardzo płytko potraktowana, ale i tak wydaje się otchłanią bez dna w porównaniu z tym, jak zaprezentowano relację Junga i Freuda. Z całego filmu warte zapamiętania są jedynie dwie rzeczy: gra ciałem Keiry Knightley, która mogłaby z powodzeniem wystąpić w żeńskiej wersji "Wilkołaka" i w scenie transformacji można byłoby się prawie obyć bez efektów specjalnych oraz muzyczny temat przewodni, który więcej mówi o naturze głównych bohaterów niż cały film.

Ocena: 4

What's Your Number? (2011)

Oto coś, czego w kinie nie spotyka się już od co najmniej dekady: komedia, która powstała nie z myślą o fabule a o aktorach. To w złotych latach 90-tych do kina chodziło się nie na film a dla gwiazd. Teraz nazwisko nie jest już magnesem, o czym wszyscy doskonale wiedzą. Dlatego też takim zaskoczeniem jest dla mnie "Ilu miałaś facetów". Film został zrealizowany wyłącznie z myślą o fanach Anny Faris i gołego Chrisa Evansa. Jako że i jednych i drugich pewnie nie ma zbyt wielu (choć po sukcesie "Kapitana Ameryki", Evans pewnie zyskał parę punktów procentowych na swej popularności) zdumiewa mnie to, że ktoś dał pieniądze na tę produkcję.


Sam film to góra odgrzebanych kotletów. Niektóre są wciąż smaczne, głównie za sprawą dobrze dobranej obsady. Czasem - niestety - twórcy nie potrafili wykorzystać bogactwa, jakim zostali obdarowani i choćby Andy Samberg został niemal w całości wycięty (choć scena z jego udziałem należy do najzabawniejszych). W sumie rzecz oglądało się nieźle, ale nie na tyle dobrze, by zagłuszyć moją cyniczną część natury zastanawiającej się chociażby czy Zachary Quinto dziś też dostałby angaż do filmu (a może dowcip o pozycji na pieska to inside joke na temat jego wtedy jeszcze nieujawnionej orientacji) i czy pojawienie się strony Vivid to product placement.

Ocena: 6

Ps. Czy w dzisiejszych czasach 20 partnerów to dla kobiet wciąż dużo?

Hors-la-loi (2010)


Rachid Bouchareb powraca do historii algierskich braci Saïda, Messaouda i Abdelkadera, których losy poznaliśmy w "Dniach chwały". Bouchareb wykorzystał ich, by opowiedzieć o kulisach walki o niepodległość Algierii.


Podobnie jak "Dni chwały" tak i ten film jest gorzką i smutną opowieścią, w której nie ma miejsca na wzniosłość i bohaterstwo. Bracia mają do wyboru zło i większe zło. Demony przeszłości przed którymi uciekają sprawiają, że każdy z nich na swój sposób wciąż ucieka, zatracając się czy to w walce o niepodległość czy to w walce o materialny dobrobyt. Przemoc wydaje się wpisana w ich egzystencję. Ideologia zaś czasem zdaje się pustym frazesem.

Sam film znów jednak wydaje się nie do końca udany. Próba stworzenia monumentalnej historii walki o niepodległą Algierię sprawiła, że bracia i ich perypetie potraktowani są w sposób przedmiotowy. Nie aż tak przedmiotowy, jakby to było w polskim kinie, a jednak miałem wrażenie, że czasem ich osobiste losy schodzą na drugi plan.

Ocena: 7

poniedziałek, 7 listopada 2011

Wedding Wars (2006)


I zagadka się wyjaśniła. Po "Tricku" trochę dziwiłem się, dlaczego Jim Fall nie zrobił kariery w Hollywood. Po obejrzeniu "Wedding Wars" nie mam złudzeń, że jego debiut był ślepym trafem, jednym na milion. "Wedding Wars" nie spełnia nawet niższych norm produkcji telewizyjnej.


Historia dwóch braci, których konflikt polityczny sabotuje ślub jednego z nich mógł się udać, gdyby Fall skupił się na komediowym aspekcie całej sytuacji. Zamiast tego przez pół filmu miałem do czynienia z naiwną agitką polityczną, która nawet jak na warunki bajeczki ku pokrzepieniu serc wyglądała głupio.

Na szczęście Fall miał jeden dobry pomysł – zatrudnienie Lindy Kash. Jedyna zabawna postać i aż szkoda, że pojawiła się na ekranie tak późno. Była jak tornado, które przewietrzyło nadętą ramotkę. Dzięki ci Kash za uratowanie resztek tego filmu.

Ocena: 4

The Tempest (2010)


Mocne rozczarowanie, które potwierdziło mój negatywny stosunek do tej sztuki Szekspira. Miałem nadzieję, że kto jak kto ale Taymor będzie w stanie ją odczarować. Zawsze wysoko ceniłem jej sposoby czytania dzieł czy to teatralnych czy to malarskich czy też muzycznych. Niestety "Burza" w niczym nie przypomina nowatorstwa "Tytusa", wizualnej magii i zabawy formą jej innych dzieł.


"Burza" okazała się nużącym doświadczeniem. Oparcie wszystkiego na efektach specjalnych było błędem, ponieważ jeszcze bardziej demaskowało pustkę samej sztuki. Nie ma tu życia, emocji, dramatu. Co zresztą wcale mnie nie dziwi, "Burza" bowiem zawsze robiła na mnie wrażenie graciarni, magazynu, w którym Szekspir zgromadził wszystkie swoje sztuczki fabularne, postaci i pomysły dramatyczne. Nie wiem czy takim był zamysł reżyserki, ale jej film jeszcze wzmocnił to poczucie. Prospera w interpretacji Mirren nie jest nikim więcej jak kustoszem oprowadzającym widza po przedziwnym muzeum figur ruchomych. Co mogło się udać, pod warunkiem, że Taymor poszłaby w czystą formę, podążając drogą kina eksperymentalnego i video-artu. Niestety ona nie zrobiła tego decydującego kroku i w rezultacie powstała rzecz nijaka, o której im mniej będzie się mówić, tym lepiej.

Ocena: 5

Holy Rollers (2010)

Kolejny film, którego największą zaletą jest fakt, że powstał w oparciu o prawdziwą historię. Niestety przeniesiona na ekran straciła dużo ze swego czaru i uroku. Jest zbyt sztampowy, by zachwycić, ale na tyle dobrze wykonany, by oglądało się to bez znużenia.


Obraz podejmuje bardzo ciekawe tematy pokusy szybkich pieniędzy oraz paradoksu świata przestępczego, który najwyżej ceni niewinność, a jednocześnie nie potrafi powstrzymać się przed jej zniszczeniem i demoralizacją. Dlatego też dla mnie najciekawszą postacią nie jest Sam grany przez Eisenberga a Yosef w interpretacji Barthy. Choć Sam na takiego nie wygląda, jest postacią bardzo silną, która z powodzeniem mogłaby sobie poradzić w przestępczym świecie jak i z powrotem do "normalnego" życia. Yosef z kolei sprawia wrażenie silnego, lecz w rzeczywistości bardzo źle znosi utratę własnych korzeni, przez co wpada w autodestrukcyjny wir.

Niestety twórcy nie wygrywają wątków psychologicznych. Stanowią one jedynie tło i dramatyczny kontrapunkt. Film jest bardzo przewidywalną produkcją sensacyjną, robotą rzemieślników pozbawionych szerokich artystycznych horyzontów.

Ocena: 6

Is Anybody There? (2008)


Ciepła przypowieść o życiu i śmierci. Gdyby nakręcił to ktoś inny, byłbym zapewne bardziej szczodry w pochwałach, jednak od twórcy znakomitych "Intermission" i "Boy A" oczekiwałem znacznie więcej.


Michael Caine jako cierpiący na demencję były magik jest oczywiście najjaśniejszym punktem filmu. Jego bohater jest zarazem kruchym, zniszczonym przez wspomnienia człowiekiem, jak i osobą kochającą życie i jego cuda i próbującą pchnąć młodego chłopaka w inną stronę, przerwać jego makabryczną fascynację umieraniem. Pomysł, by chłopak wychowywał się w prywatnym pensjonacie dla starszych osób, też był bardzo dobry. Podobnie jak i portret jego rodziców, którzy na swój sposób radzą sobie ze stresem, jakim jest ciągłe przebywanie wśród ludzi zniedołężniałych, starych, na progu śmierci.

A jednak mimo świetnych pomysłów, całość nie złożyła się na interesującą fabułę. Jest w niej odrobina humoru i życiowych mądrości, dzięki czemu film koniec końców jest sympatyczną powiastką. Ale niestety niczym więcej.

Ocena: 6

7 mujeres, 1 homosexual y Carlos (2004)


Auć, coś dziś źle wybieram filmy. Miałem nadzieję, że "7 mujeres, 1 homosexual y Carlos" będzie niezobowiązującą komedyjką. Tyle obiecywał przynajmniej zwiastun. Niestety zamiast tego dostałem nudną historyjkę o młodym facecie, który ma problemy z przyzwyczajeniem się do tego, iż za sprawą pękniętej prezerwatywy jest teraz mężem.

Pomysł nie był wcale taki zły. Wiadomo, że to, czego nie można mieć, kusi najbardziej, choć wcześniej, gdy było dostępne nie zwracało się na to uwagi. Jednak Carlos momentami zachowuje się tak, jakby z inkubatora wyszedł wprost przed ołtarz i dopiero po ślubie zaczął uczyć się tego, czym jest życie. Jego reakcje na "mądrości" szefa, kolegów a nawet recepcjonistki daleko wykraczają poza to, co można byłoby nazwać zdrowym poziomem naiwności.

Na dodatek całość sprawia wrażenie, jakby był to skrót z jakiejś telenoweli. I to mało interesującej. Jedyna rzecz warta zapamiętania, to piersi Ninel Conde. A te oglądać można dowoli w o  wiele ciekawszych serialach.

Ocena: 3

niedziela, 6 listopada 2011

Un año sin amor (2005)


Ten film przeleżał u mnie ładnych parę lat. Przypomniałem sobie o nim teraz, przy okazji "Nieobecnego", kiedy przeglądając filmografię twórców wpadł mi w oko tytuł. Postanowiłem wyszperać go i w końcu zobaczyć.


Nie była to najlepsza decyzja. Film jest historią jednego roku z życia nosiciela wirusa HIV. Próbując poradzić sobie ze swoim stanem, pisze pamiętnik z myślą o jego publikacji oraz korzysta z dobrodziejstw anonimowego seksu i klubów S/M.

Problemem tego filmu jest brak, w moich oczach, myśli przewodniej. Nie mam zielonego pojęcia po co powstał, co twórcy chcieli nim wyrazić. Dlaczego AIDS zestawiono tu z sadomasochistycznymi scenami fanów bondage, skóry, fistingu itp.? Wydaje się, jakby twórcy próbowali stawiać znak równości między stanem zdrowia bohatera i jego wyborami. Ale znak równości jest tu postawiony zdecydowanie na wyrost, a próba metafora zbyt ordynarna, by brać ją poważnie. W rezultacie nie dowiedziałem się niczego ciekawego ani odkrywczego.

Z całego filmu pozostał mi tylko dźwięk łączenia się z Internetem przez modem. Dźwięk, do którego mam spory sentyment.

Ocena: 5

Punto y raya (2004)


Kurcze, bardzo chciałem, żeby ten film mi się spodobał. "Punto y raya" to przecież rzecz o absurdalności ludzkiej egzystencji, w której zwyczajni ludzie są spisanymi na straty w idiotycznych politycznych i ekonomicznych rozgrywkach rządzących.


Historia Kolumbijczyka i Wenezuelczyka, którzy stacjonują na posterunkach granicznych po dwóch stronach rzeki granicznej pokazuje wyraźnie dlaczego należy słuchać rozkazów i nigdy nie nawiązywać relacji z wrogiem. Któregoś dnia mogą się bowiem z rozkazu generałów stać wrogami naprawdę, a wtedy ciężko im będzie pociągnąć za spust. Zanim się jednak tego dowiedzą na własnej skórze, obaj bohaterowie pokażą nam czym jest nieufność, podejrzliwość, oszustwo, zdrada i przyjaźń. A pomogą im w tym partyzanci, handlarze narkotyków i niewierne kobiety.

Niestety "Punto y raya" ma spore problemy techniczne, których nie udało mi się zignorować. Rzecz sprawia wrażenie, jakby została nakręcona przy zerowym budżecie. Do tego, choć scenariuszowo pomysły są dobre, to niestety sposób ich nakręcenia oraz zmontowania pozostawia sporo do życzenia. Narracji brakuje tempa i płynności. Historia jest szarpana i przypomina ilustrację poszczególnych punktów konspektu scenariuszowego, niż spójną fabułę.

Ocena: 5

Trick (1999)


Bardzo urocza komedyjka. Baśń o miłości, która rodzi się w ciągu jednej nocy.


Muszę powiedzieć, że spodobała mi się ta historia. Jim Fall wiedział, co i jak poskładać, by powstał film lekki, przyjemny i cholernie romantyczny. Kiedy przyjrzeć się całości z boku, to tak naprawdę nie ma tu wiele. Jak w wacie cukrowej. A jednak nie sposób pod czasu seansu nie ulec urokowi Pitoca o oczach jak u błagającego o kość spaniela. I nawet Tori Spelling wypada nieźle, zwłaszcza w scenie w barze. Nie spodziewałem się, że będę ją kiedyś chwalił.

Jak na debiut reżyserski film więcej niż udany. Dla Falla był przepustką do Hollywood. Przepustką, z której nie skorzystał (jego kolejny film był finansową klapą z Hillary Duff).

Ocena: 6

sobota, 5 listopada 2011

Seul contre tous (1998)


Hmm, teraz przynajmniej wiem, jak czują się kobiety niespełnione przez mężczyzn. "Seul contre tous" dużo zapowiada, ale kiedy przychodzi co do czego, ledwie mrugniesz, a już jest po wszystkim. Trudno nie czuć rozczarowania, czy wręcz irytacji, że zostało się wystrychniętym na dutka.


Długo zbierałem się do obejrzenia "Seul contre tous". Po "Wkraczając w pustkę" entuzjazm jednak mocno zmalał. I miałem rację. "Seul contre tous" zresztą w wielu miejscach przypomina najnowszy film Noégo. Znów początek zapowiadał interesujący film, im jednak dłużej całość trwała, tym było gorzej. Nihilizm człowieka z nizin społecznych przygniecionego niekorzystnymi warunkami ekonomicznymi został przez reżysera bardzo wiarygodnie i sugestywnie pokazany. Obraz ten jest zresztą dziś bardzo aktualny i wiele osób na świecie, nie tylko w Grecji, z łatwością zrozumiałaby przez co przechodzi główny bohater.

Niestety ostrzeganie przed przemocą jest zwyczajnym oszukiwaniem widzów. Jedna scena i do tego mało brutalna nie upoważnia do tych wszystkich oczojebnych napisów ostrzegawczych. A postać Rzeźnika też zostaje rozmieniona na drobne, stając się wręcz komiczna. Ot, smutny clown, który swoje tchórzostwo topi między nogami córki. Żałosne.

Ocena: 4

piątek, 4 listopada 2011

악마를 보았다 (2010)


Uwielbiam filmy o nietypowych zemstach. "I Saw the Devil" nie rozczarował. To mocne, brutalne kino z przemyślaną fabułą i ciekawymi zwrotami akcji.


Oczywiście największym plusem jest postać mściciela, młodego oficera służb specjalnych, który wyrusza na łowy mordercy ukochanej. Fakt, że rezygnuje on z prostego zabicia złoczyńcy na rzecz nieco perwersyjnej gry, w której testuje nie tylko swoją pomysłowość i tolerancję na zło ale i wytrzymałość i upór swego przeciwnika, sprawił, że całość oglądałem z zapartym tchem. Jest to najlepszy film o zemście jaki widziałem od czasu "7 dni".

Niestety dwie rzeczy lekko mi przeszkadzały. Po pierwsze trochę żałuję, że reżyser nie popchnął bohatera bliżej granicy czystego zła. Jak na mój gust, mściciel pozostał zbyt krystaliczny. Wpływa na to końcówkę (moje drugie zastrzeżenie), która moim zdaniem jest nieco zbyt ckliwa. Zdecydowanie bardziej spodobał mi się niewykorzystany pomysł, który na DVD jest wśród scen usuniętych. Nie dość, że jest to zakończenie bardziej zdecydowane, to jeszcze otwiera drogę do kontynuacji.

Ocena: 8

Ausente (2011)


To było bardzo sprytne posunięcie ze strony reżyser Marco Bergera. "Nieobecny" okazał się "Planem B" tyle że rozgrywającym się po drugiej stronie lustra. Efekt jest niezwykle intrygujący, choć ja mimo wszystko wyżej oceniać będę debiut niż film nr 2.


Punkt wyjścia "Nieobecnego" jest identyczny jak w "Planie B": relacja pomiędzy dwójką bohaterów oparta jest na podstępie. Jednak w "Planie B" Berger postawił na harmonię i komplementarność. Zaś tym razem postanowił sprawdzić, jakie będą konsekwencje dysharmonii. Dotyczy to nie tylko relacji miedzy bohaterami ale i relacji między filmem a widzem. I tak w "Nieobecnym" brakuje wstępu, przez co Martin początkowo jawi się jako postać negatywna, typowy drapieżca wykorzystujący dobre serce drugiego człowieka. W "Planie B" mieliśmy okazję poznać Bruno i dlatego, choć jego postępek nie był zbyt szlachetny, widz nie był skłonny uznawać go za postać negatywna. W "Nieobecnym" dopiero w połowie filmu zaczynamy bliżej poznawać Martina.

Kolejnym kluczowym elementem zaburzającym równowagę jest wprowadzenie dużej różnicy wieku jak i nierówność pozycji obu bohaterów. To sprawia, że zarówno bohaterowie jak i widzowie inaczej interpretują relacje łączące Martina i Sebastiana. Ostatnim elementem wprowadzającym dysharmonię jest brak uczuciowej synchronizacji, która ostatecznie sprawi, że o ile "Plan B" był komedią romantyczną, o tyle "Nieobecny" jest melodramatem.

Podoba mi się sposób prowadzenia narracji przez Bergera. Mam jednak nadzieję, że zakres tematyczny jego filmów poszerzy się w przypadku kolejnych produkcji. Nie jestem pewien, czy trzeci film na ten sam temat byłbym w stanie przełknąć.

Ocena: 7

Dans Paris (2006)


To już czwarty film Christophe'a Honoré, który obejrzałem w tym roku. Tym razem znów reżyser postawił na formę ponad fabułę. Ponieważ jednak nie jestem wielkim fanem jazzu struktura całości średnio mi się podobała.


Fabularnie jest to historia jednego dnia z życia pewnej rodziny. Zbliża się Boże Narodzenie, a Paul, jeden z braci, pogrążony jest w depresji. Jej powodem jest zerwanie związku z Anną. Związek rozpadł się nie przez brak miłości, ale przez lęk, że miłość nie wystarczy. Paul obsesyjnie wręcz kocha Annę, lecz im bardziej ją kocha, tym gorzej się wobec niej zachowuje. W ten sposób próbuje chronić miłość przed rozczarowaniem, przed wątpliwościami. Anna też kocha Paula, ale wie, że jej uczucie nic dla niego nie znaczy, tak bardzo zatopiony jest we własnych obsesjach i fobiach.

W ciągu tego jednego dnia. Poznamy też lęki jego bliskich związane głównie z obawą przed popełnieniem przez Paula samobójstwa. Tę lęk nie wynika z rzeczywistego strachu o mężczyznę, lecz z doświadczeń z przeszłości, ponieważ w rodzinie była już osoba, która się zabiła.

Jednak mimo lęku i depresji, jest w tym filmie też sporo humoru i ciepła wynikającego nie tyle ze zbliżających się świąt, ile z absurdalności ludzkich emocji, troski podszytej lękiem, fantazjami, które mogą być prawdą.


Film ma lekką strukturę jazzowego utworu, pełnego dygresji, powtórzeń głównych tematów. Jednak melodycznie króluje jazz melancholijny, cichy, spokojny. Do tej formuły nie mogłem się do końca przekonać przede wszystkim ze względu na zdjęcia, którym zabrakło atmosfery małego, zadymionego baru jazzowego. Honoré tak bardzo zajął się formą, że zapomniał o atmosferze. Do tego nakładanie się na melodię jazzową zupełnie nieprzystającej do tego muzyki też mnie irytowało. Był w tym dysonans, który niewiele ma wspólnego harmonią jazzową.

Ocena: 6

czwartek, 3 listopada 2011

Tropa de Elite 2 - O Inimigo Agora É Outro (2010)


Lewicowa propaganda na dobrym poziomie i do tego znakomicie wpisująca się w nastroje panujące na świecie. Choć "Elitarni 2" opowiadają o przemocy sił porządkowych, korupcji i polityce, doskonale oddaje też procesy zachodzące w świecie finansów, zdrowia, edukacji. Ruch 99% i Occupy Wall Street zgodziłby się z przedstawioną tu diagnozą i zachętą do walki z systemem.


O ile część propagandowo-mobilizująca do mnie nie przemawia, wygląda bowiem zbyt naiwnie, o tyle cała reszta jest jak najbardziej w porządku. W porównaniu z częścią pierwszą widzę duże postępy. Reżyser znakomicie wybrał graczy i przeprowadził intrygującą i zaciętą partię o władzę. Kiedy do głosu dochodzi cynizm, film jest naprawdę mocny. Kiedy próbuje szukać nadziei i rozwiązań wewnątrzsystemowych, staje się bajką. Ta niekonsekwencja trochę mnie irytowała. Na szczęście poza końcówką farmazonów i bajek jest w tym filmie niewiele.

Ocena: 7

My Son, My Son, What Have Ye Done (2009)


Werner Herzog jakiego lubię. Szkoda, że później nakręcił kilka gniotów, ale dobrze, że po "Spotkaniach na krańcach świata" miał jeszcze jeden udany film. Podobnie jak tamten dokument, tak i ten film jest medytacją nad ludzką naturą i światem w ogóle. Herzog kontempluje sztukę, w której zbiorowe archetypy i kompleksy zostają ukazane w pełnej krasie choć w formie symbolicznej oraz rzeczywistość, w której owe nieświadome procesy przybierają równie wystylizowaną formę, która może umknąć obserwatorowi zbyt pragmatycznie podchodzącemu do wydarzeń, których jest świadkiem.


U Herzoga wszystko został zintensyfikowane, przekraczając zwyczajność i stając się elementami teatru życia, obrazów malowanych ludzkimi dramatami. Sztuka użytkowa (architektura), symbolika teatru eksperymentalnego, szaleństwo i policyjne procedury nabierają tu niezwykłej mocy i przedziwnej perspektywy. Historia przeklętego rodu Atrydów i Orestesa splata się tu z prawdziwą historią morderstwa dokonanego przez młodego aktora mającego obsesję na punkcie sztuki o Orestesie. Jednak w rękach Herzoga wszystko wynosi się poza ograniczenia, dotykając sacrum. Herzog nie próbuje wyjaśnić zagadki istnienia, ale stara się widzowi unaocznić, że zagadka takowa istnieje.

Bardzo spodobała mi się forma filmu, która z typową fabułą nie ma nic wspólnego. Niemniej jednak nazwisko Lyncha na okładce trochę mnie rozpraszało. Chyba już nigdy poważnie nie potraktuję tego twórcy. Za każdym razem, gdy o nim myślę, przypominają mi się podskakujący jogini, którzy swymi podskokami zbawiają świat.

Ocena: 8

środa, 2 listopada 2011

R (2010)


"R" to taki anty "Prorok". Rzecz zaczyna się niemal identycznie. Główny bohater trafia do więzienia. Nie widzimy, kim był wcześniej, ani za co się tu znalazł. Wkrótce po przybyciu otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Potem bohater znajdzie sposób, żeby wkręcić się w łaski jednej z grup. Jednak z czasem drogi jego i Malika z "Proroka" rozjadą się i to bardzo.


Ci, którzy widzieli "Proroka" i uważają, że poradziliby sobie lepiej od niego, powinni zobaczyć "R". Rzecz jest niczym zimny prysznic. Jak pokazują twórcy, życie w więzieniu przypomina partię go, tyle tylko, że co chwilę zmieniają się zasady i gracze. Utrzymać się na powierzchni nie jest łatwo, zwłaszcza jeśli nie ma się w survivalu doświadczenia.

Niestety inna perspektywa na ten sam problem, to jedyna zaleta "R". Porównanie z "Prorokiem" wypada bowiem mocno na niekorzyść duńskiej produkcji. Chłód i prostota narracji w tym przypadku się nie sprawdziły, a bohaterowie i rozwiązania fabularne nie angażują tak bardzo jak w przypadku francuskiego obrazu. Brakuje także wyróżniającej się kreacji aktorskiej. Asbæk jest w porządku, ale to nie jest rola, którą można by zapamiętać na dłużej.

Jednak największym problemem jest brak równowagi w narracji. Pomysł z dwójką głównych bohaterów, których łączy identyczna pierwsza litera imienia był bardzo dobrym pomysłem. Tyle tylko, że o ile część Rune'a jest rozbudowana, o tyle część Rashida jest za krótka, za oczywista i sprawia wrażenie na szybko skleconego post scriptum.

Ocena: 6

Death in Love (2008)


Miłość bywa perwersyjna, przekracza wszelkie ograniczenia moralne, jest bezsensowną siłą, która może przynieść przetrwanie ale i anihilację. Młoda Żydówka ma zostać kolejną ofiarą doktora eksperymentującego na więźniach obozu koncentracyjnego. Tak się nie stało. Kobieta postanowiła przetrwać, lecz było to możliwe tylko w jednym przypadku, jeśli pokocha swego oprawcę. Nie uda, że kocha, ale właśnie pokocha całym sercem. I tak też uczyniła. Samotny naukowiec uległ jej urokowi i tak pośród makabrycznych eksperymentów kwitło ich irracjonalne uczucie. Kiedy jednak zbliżali się Rosjanie, kobieta zdecydowała się zostać, zrywając tym samym z oprawcą.


Łatwiej jednak zerwać więź, niż rzeczywiste uczucie. Przez kolejne 50 lat kobieta robiła wszystko, by zabić to uczucie. Niestety źle się do tego zabrała (a może dobrze, może w rzeczywistości wcale nie chciała rezygnować z miłości) i wzięła sobie za męża masochistę, którego mogła poniżać na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy narodziły się dzieci, one także stały się zabawkami w jej cyrku perwersji będąc dla niej nikim, bowiem jedyne co mogli jej dać synowie to miłość, a tego właśnie od nich nie chciała. I tak owoce jej łona dojrzały stając się ludzkimi wrakami niepotrafiącymi nawiązać normalnej relacji z drugą osobą. Dla starszego z synów jest nadzieja. Ta rysa, za którą kryje się pragnienie autentycznej więzi, jest jednak jego achillesową piętą, która doprowadzi go na skraj przepaści. I tak wszyscy bohaterowie w tym filmie tańczą na przepaścią nicości, nicości powstałej w wyniku perwersji jaką jest miłość.

Boaz Yakin miał świetny pomysł na film. Punkt wyjścia, postać matki, sekwencja otwierając film, obaj synowie – wszystko to są fascynujące elementy, które powinny składać się równie fascynującą opowieść. A tak nie jest. Yakin-reżyser nie poradził sobie z materiałem. Gdzieś w drodze między jego głową a kliszą filmową to, co najciekawsze wyparowało. Zostały puste sceny, które momentami same w sobie były ciekawe, ale nie składały się w jedną całość. Miałem wrażenie, że oglądam wszystko przez bardzo gruby filtr, przez który przechodzi tylko drobna część tego, co naprawdę wydarzyło się między bohaterami. Nie pomógł Josh Lucas, który zachowywał się tak, jakby to był teatr telewizji. Nie takiej energii potrzebował ten film.

Szkoda zmarnowanej okazji.

Ocena: 6