sobota, 31 grudnia 2011

Defendor (2009)


Nie tego się spodziewałem. "Defendor" okazał się jedną z najciekawszych parafraz historii o superbohaterach, którą spokojnie mogę postawić w jednym rzędzie z takimi produkcjami jak "Donnie Darko" czy "No Heroics". Przewrotne, inteligentne, czasem śmieszne, czasem wzruszające dzieło filmowe ze znakomitymi kreacjami aktorskimi. Na szczególną pochwałę zasłużył Woody Harrelson, który od pewnego czasu zalicza jedną dobrą rolę za drugą.


"Defendor" bazuje na wszystkich kliszach opowieści o bohaterach, jakie tylko można sobie wyobrazić: trauma z dzieciństwa i obsesja na punkcie zemsty, pozostawanie na obrzeżach społeczeństwa ale z obsesją jego ochrony, sidekick, policyjny partner, czarny charakter, zły glina itp., itd. Jednak w rękach Petera Stebbingsa jest to także historia prawdziwie wykluczonych, naprawdę żyjących poza nawiasem normalności, którzy mimo to nie są zniszczonymi wyrzutkami, śmieciami ulicy, lecz mają w sobie olbrzymie pokłady dobra i altruizmu. To prawda, że często ukrywają je głęboko, ale jest to zupełnie naturalne. W ich świecie okrucieństwo ma olbrzymią przewagę. Wyciągając pomocną dłoń, wystawiasz się na cholernie duże niebezpieczeństwo. I to jest właśnie prawdziwe bohaterstwo i odwaga: zaryzykować, by inni mogli przeżyć.

Stebbings stworzył piękną i wzruszającą baśń, czym wziął mnie z zaskoczenia. Nie liczyłem, że "Defendor" aż tak mi się spodoba.

Ocena: 8

piątek, 30 grudnia 2011

Recount (2008)


Spore rozczarowanie. Muszę się przyznać, że w pewnym momencie zacząłem oglądać go ledwie jednym okiem. Jeśli już ktoś decyduje się na rekonstrukcję, to wolę, jak jest ona robiona w stylu "Sensacji XX wieku", gdzie jest narrator, który interesująco opowiada.


W "Decydującym głosie" narratora brakuje i boleśnie to odczuwałem, zwłaszcza w chwilach, kiedy puszczano nic nie znaczące scenki rodzajowe, bezdialogowe, których jedynym sensem istnienia jest konieczność połączenia dwóch kolejnych scen dialogowych. Brak bohatera, na którym mogłaby się skupić uwaga widza, również daje się mocno we znaki. W teorii chyba postać grana przez Kevina Spacey'a miała spełniać tę rolę. W praktyce niestety jest jedynie nieco bardziej rozbudowaną postacią tła.

Nie rozumiem też dlaczego twórcy filmu maskują propagandowe intencje leżące u podstaw tej produkcji. Nie przysłużyli się w ten sposób idei obiektywizmu, ponieważ nikogo nie oszukują. A przez zdecydowany brak stanowiska dodatkowo zmniejszają poziom zainteresowania, jaki całość wzbudza. W rezultacie nawet dobra obsada nie ratuje filmu przed miernością.

Ocena: 4

czwartek, 29 grudnia 2011

The Thing (2011)


Oto kino ateistyczne w każdym calu. "Coś" przekonuje nas, że nie ma Boga czy duszy. Wszystko jest biologią. Nasze uczucia, wspomnienia, to co wydaje się z pozoru nienamacalne, ma swoje odwzorowanie na poziomie DNA i RNA, a co za tym idzie, może podlegać idealnemu odwzorowaniu.


Dla głęboko wierzących "Coś" będzie więc przerażającym horrorem, bluźnierczym i bezrefleksyjnym portretem człowieka. Dla mnie była to produkcja, którą lepiej by mi się chyba oglądało w domu. Ma w sobie bowiem posmak kina z wypożyczalni: rozrywkowo w porządku, ale fabularnie naiwny i niekonsekwentny. Niektóre sceny bawią swoim absurdalnym przebiegiem (na przykład, dlaczego Kate nie przyznaje się do tego, że wie, iż Sam jest człowiekiem?). Za to tytułowe "coś" nie jest nadmiernie dopieszczone przez grafików komputerowych, przez co wpasowuje się nawet nieźle w całość.

Niemniej jednak "Coś" to rozrywka jednorazowego użycia.

Ocena: 6

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Margin Call (2011)


Oto opowieść o dniu, w którym zatrzęsła się Ziemia. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Choć bowiem "Chciwość" jest fabularyzowaną wersją tego, co wydarzyło się trzy lata temu na Wall Street, to w rzeczywistości opowiada o starym jak ekonomia problemie braku umiaru, zachłyśnięciu się sukcesem i zaślepieniu łatwo napływającym bogactwem. Wcześniej było to złoto Nowego Świata, holenderskiej tulipany, Internet (i wiele, wiele innych). W "Chciwości" jest to wyższa matematyka.


Dzięki niej sprzedaż tego co namacalne (akcje, surowce) relegowana została do poziomu przedszkola. "Prawdziwi mężczyźni" obracali ryzykownymi papierami istniejącymi w zasadzie jedynie wirtualnie, wymyślonymi dzięki bardzo skomplikowanym równaniom matematycznym. Tym samym era sprzedawców i handlowców minęła bezpowrotnie. Ich miejsce zajęli inżynierowie, matematycy i inni geniusze mający w głowie tylko liczby. Cud derywatów polegał na ich wirtualności zbudowanej na obietnicy przyszłych zysków inkasowanych dzisiaj. Ze względu na samą swą naturę wydawały się stanowić Święty Graal rynku finansowego – perpetuum mobile bez końca zapewniając nieustający napływ forsy.

Aż tu pewnego dnia, szary pracownik jednej z wielkich finansowych korporacji odkrył, że wszystko to był jedynie sen, który dobiega końca. Perpetuum mobile właśnie się zatrzymuje, kolejna okazja dotarła do kresu swych możliwości. A ci, którzy dotąd czerpali z niej zyski, teraz muszą szykować się na rzeź.

Jednak "Chciwość" pokazuje bezwzględność świata finansów, w którym lepiej niż w naturze funkcjonują prawa doboru naturalnego Darwina: kryzys to czas wielkich ofiar, lecz ci, którzy przetrwają staną przed nowymi możliwościami silniejsi i pozbawieni konkurencji.

Chylę czoła przed J.C. Chandorem. Jestem pod wrażeniem poziomu wykonania wiedząc, że jest to jego pierwszy film kinowy. Zazwyczaj teatralność filmu podaję jako wadę. Są jednak od tego wyjątki i "Chciwość" jest jednym z nich. Chandor zaryzykował idąc pod prąd naturalnej skłonności do przemienienia filmu o takim temacie w dynamiczny thriller. Zamiast tego zbudował kameralną historię i dzięki bardzo dobrym aktorom był w stanie nasycić całość emocjami. Sceniczny charakter widowiska przy wiarygodnie nakreślonych postaciach nadał intensywności, ponieważ nic nie odwracało uwagi widza od tego, co w "Chciwości" jest naprawdę istotne. Osobiście uważam, że Chandor mógł sobie pozwolić na dodanie więcej typowo kinowych elementów, które jeszcze bardziej wzmocniłby przekaz. Jednak koniec końców chyba zrobił lepiej wstrzymując się niż, nie będąc pewnym swego warsztatu (?), pójść na całość i rozsadzić to, co dobre.

Ocena: 7

czwartek, 22 grudnia 2011

Sherlock Holmes: A Game of Shadows (2011)


Mam mieszane uczucia co do "Sherlocka Holmesa: Gra cieni". Z jednej strony nie mogę zaprzeczyć, że bawiłem się na filmie pierwszorzędnie. Ritchie opowiedział historię z werwą, dwojąc się i trojąc, byle tylko zapewnić widzom rozrywkę na najwyższym poziomie. Z drugiej jednak strony film wydał mi się dużym krokiem w tył w porównaniu z pierwszym "Sherlockiem". Portret psychologiczny bohaterów uległ znacznemu uproszczeniu. Tym razem nie ma już miejsca na dwuznaczności, a wszelkie przywary mają tu charakter komediowych ozdobników.


Rozczarowało mnie również to, że film jest bardziej sequelem "Sherlocka Holmesa" niż adaptacją opowiadań Conan Doyle'a. Choć sceny szwajcarskie bardzo fajnie trawersują literacki pierwowzór. Jednak siłą filmu są niezaprzeczalnie Downey Jr. i Law, którzy stworzyli najlepszy team od czasu Gibsona i Glovera. Są jak tornado, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Ich utarczki, przekomarzania się jakby byli parą starych kochanków, ładują energią i pozwalają przetrwać zbyt entuzjastyczne używanie montażowych fanaberii przez reżysera.

Ocena: 7

środa, 21 grudnia 2011

Oslo, 31. august (2011)


Joachim Trier postanowił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie decydują się popełnić samobójstwo. Tym, który udzieli odpowiedzi jest Anders, 34-latek uzależniony od heroiny i innych narkotyków.


Anders pochodzi z dobrego domu. Rodzice zostawiali mu sporo swobody. Do tego był inteligentny a nawet utalentowany. Do 2005 roku żył przykładnie, potem pojawiły się narkotyki, alkohol i seks. Anders stoczył się na samo dno, ale przeżył. Jest na odwyku i przez ostatnie 10 miesięcy pozostawał czysty. A jednak nie uratował się. Kiedy spotykamy go na początku filmu, próbuje popełnić samobójstwo. Niestety (z jego punktu widzenia) pomysł z utopieniem się nie wypalił. Przez kolejne 24 godziny Anders będzie wędrował po Oslo, spotykał starych znajomych i potencjalnych pracodawców, jednak z tyłu głowy wciąż kołatać się będzie myśl o odebraniu sobie życia.

Trier konfrontuje Andersa z innymi postaciami i w ten sposób próbuje odpowiedzieć na pytanie o przyczyny samobójstwa. Szybko okazuje się, że problemy osobiste nie mają tu większego znaczenia. Problemy Andersa wcale nie są większe od tego, z czym zmagają się inni. Pustka w jego życiu także nie jest niczym nadzwyczajnym. Jednak przeciwieństwie do innych ludzi, jemu brakuje jednej cechy: odczuwania powiązanego z motywacją. Niektórzy ze spotkanych przez niego ludzi koło ratunkowe odnajdują w dzieciach, inni z głupią wręcz determinacją walczą z przeszkodami, jeszcze inni do perfekcji opanowali sztukę ignorancji. Anders jest pozbawiony owego systemu odpornościowego. Nic nie wywołuje w nim pasji, która zmuszałaby go do walki, nie czuje nadziei, pożądania. Jest wypalony i pusty i nie ma niczego, czym mógłby się napełnić. Nawet narkotyki i alkohol nie dają złudnego poczucia "czegoś".

"Oslo, 31 sierpnia" to obraz przejmujący, ale jednocześnie nużący. Po znakomitej scenie spotkania Andersa z Thomasem, film nie ma nic więcej do zaoferowania. Kolejne sekwencje są tylko bladym echem tej pierwszej i nie prowadzą do jakiekolwiek zmiany w bohaterze. W ten sposób całość spokojnie mogłaby być krótkim metrażem i robiłaby chyba większe wrażenie.

Niestety Trier nie powtórzył sukcesu "Reprise".

Ocena: 6

Z daleka widok jest piękny (2011)


Oto sceny z życia mikrobów. Tych czyścicieli ziemskiej biomasy, dokonujący dekompozycji wszystkich trucheł, ścierw, trupów i innych zwłok. Po ich przejściu pozostają tylko kości, szkielet stanowiący jedyny znak tego, że ktoś tu był.

"It Looks Pretty from a Distance" (by Anka & Wilhelm Sasnal) from Anton Kern Gallery on Vimeo.


W przypadku "Z daleka widok jest piękny" owe mikroby mają ludzką postać, a zamiast rzucać się na ciała, rozszarpują na drobne kawałki każdą własność. Raz jest to samochód, innym razem dom, czasem zwierzę, rzadko też człowiek. Warstwa cywilizacyjnej ogłady jest tu bardzo cienka. Kryją się pod nią pierwotne instynkty zabezpieczenia swego gniazda cudzym kosztem.

Film jest daleki od ideału, ale przynajmniej widać w nim jakiś pomysł twórców na siebie. "Z daleka widok jest piękny" mógłby z powodzeniem stanąć w szranki z minimalnymi produkcjami z innych krajów i w cale tak bardzo by nie odstawał. Być może to jest właśnie sposób na polską kinematografię? Wystarczyłoby jeszcze popracować nad wyrazistością myśli.

Ocena: 5

The Girl with the Dragon Tattoo (2011)


Z każdym kolejnym filmem moje uwielbienie dla Davida Finchera marnieje. Od "Zodiaku" wyraźnie obserwuję, jak próbuje z siebie zrobić "auteura" Hollywoodu. Problem w tym, że nie ma wyrazistego stylu, autorskiego punktu widzenia i nowatorstwa. Próbuje to zastąpić perfekcyjnym warsztatem, ale na tym zbyt daleko nie zajdzie.


Jednak jego dwiema najpoważniejszymi wadami jest to że: 1) Ma też tendencję do rozwlekania opowieści. Jeszcze w "Zodiaku" trzymał to w ryzach, choć balansował na granicy mojej tolerancji. Przesadził w "Benjaminie Buttonie", co mu jednak wybaczyłem ze względu na oprawę. W przypadku "Dziewczyny" nie ma już u mnie taryfy ulgowej (głównie dlatego, że nie był konsekwentny w utrzymaniu wolnego tempa) 2) Ma skłonność do efekciarskich sekwencji. Zazwyczaj udaje mu się je tak wkomponować w całość, że uchodzi mu to płazem (vide "The Social Network"). W "Dziewczynie" niestety efekciarstwo wyglądało jak wyjęte z zupełnie innej bajki i stylowo kompletnie nie pasowało do powolnych sekwencji. (choć przyznaję się bez bicia, że to właśnie efekciarskie sceny pod koniec najbardziej mi się podobały).

W rezultacie "Dziewczyna z tatuażem" jest perfekcyjną autorską masturbacją. Jest to rzecz narcystyczna, Fincher tak jest zafiksowany na sobie, że w ogóle nie bierze pod uwagę widza. Oznacza to dla mnie tylko tyle, że "Dziewczynę" uznaję za najsłabszy film w reżyserskim dorobku Finchera.

Ocena: 6

Longhorns (2011)


Po "Longhorns" sięgnąłem, ponieważ miałem ochotę obejrzeć coś luźnego, głupiego, przy czym nie będę się musiał skupiać, ale co może być przynajmniej trochę zabawne. Niestety nawet przy taki nisko zawieszonej poprzeczce twórcom nie udało się zaliczyć.


Pomysł nie był wcale głupi. Postać Kevina, który oszukuje sam siebie na temat tego, kim jest, była na tyle urocza, że w odpowiednich rękach mogła zapewnić dużo komediowego materiału (albo romansowego). Niestety tu wszystko jest drętwe, wymuszone i sztuczne. Niedoświadczeni aktorzy są bardzo nierówni. Niestety David Lewis chyba już jako reżyser wyżej podskoczyć nie da rady. To trzeci jego film, jaki oglądam i niestety żaden nie spełnił minimalnych norm przyzwoitości.

Film pewnie miałby jeszcze niższą ocenę, gdyby nie młodzi aktorzy Jacob Newton i Kevin Held, którzy mają w sobie trochę surowego uroku. Muszą go oszlifować i nabrać doświadczenia, a kto wie, mogliby się z powodzeniem znaleźć w trzeciej lidze.

Ocena: 4

niedziela, 18 grudnia 2011

New Year's Eve (2011)


Ponoć nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Co nie znaczy, że ludzie tego nie próbują. Garry Marshall odniósł sukces z "Walentynkami", więc postanowił powtórzyć go z "Sylwestrem". Rezultat jest opłakany.


Podobnie jak w "Walentynkach" Marshallowi w ogóle nie udało się oddać ducha świąt. Ale tamten film miał przynajmniej zabawne momenty. W "Sylwestrze" mogę je zliczyć na palcach jednej ręki. Najbardziej rozśmieszyło mnie Tila Schweigera Szwabem. Zabawne było też urodzenie przez Biel płyt z "Walentynkami" oraz taniec Zaca Efrona. Reszta jest niestety nudna, wymuszona i wtórna. Reżyser bazuje na stereotypach i tym, co widzowie doskonale znają, stąd Sofía Vergara czy Lea Michele zachowują się tak, jakby wciąż byli na planie seriali, które przyniosły im sławę. Zwłaszcza potraktowanie innych ras i narodowości aż prosi się o naganę.

Niestety wypada do kina na "Sylwestra w Nowym Jorku" był jedną wielka pomyłką. Szkoda.

Ocena: 3

Moneyball (2011)

Nie rozumiem baseballa. Jak dla mnie jest to jedna z najnudniejszych gier na świecie, zaraz po krykiecie. Ale gdyby wyglądała tak, jak to pokazano w sekwencji bicia rekordu Ligii, pewnie byłbym wielkim fanem. To, co Miller i spółka zrobili jest po prostu niewiarygodne. Stworzyli ekscytujący dramat pełen napięcia i magii, czyniąc z baseballa rzecz o rozmiarach greckiej tragedii.


Jednak "Moneyball" to coś więcej niż tylko film o dyscyplinie sportu. Wykorzystując prawdziwe wydarzenia, twórcy postawili sobie bardziej ambitne zadanie. Ich film to w rzeczywistości przypowieść o żywej demokracji i potrzebie zmiany. To opowieść o reformatorze, o tym jak trudne i odważne jest wyjście poza klatkę sztywnego myślenia "tak jak wszyscy" i szukanie nowych rozwiązań, bardziej przystających do aktualnie stojących wyzwań. Przez to "Moneyball" można uznać za lewacką propagandę, ale jej wydźwięk jest tak uniwersalny, że będzie zrozumiała i dla Amerykanów i dla Europejczyków.

Jako przypowieść, film w zasadzie nie mówi nic nowego, ale jest na tyle zgrabnie zrobiony, że nie sposób nie poddać się jego urokowi. Miller raz jeszcze potwierdził swą klasę, choć oczywiście nie jest to tak udana rzecz jak "Capote".

Ocena: 7

sobota, 17 grudnia 2011

The Extra Man (2010)


Naprawdę zaczynam mieć już dość amerykańskiego niezależnego kina z gwiazdami w obsadzie. Wszystkie one robione są według tego samego wzorca. Zero zaskoczeń, zero nowych wrażeń. Najgorsze jest jednak to, że mimo wszystko są dobrze zrobione, a normalnie nienormalni bohaterowie nadal przyciągają moją uwagę. Przez to, mimo wszystko, "Chłopak do towarzystwa" uzyskał pozytywną ocenę.


Ale naprawdę, chciałbym, aby twórcy znaleźli inną formułę, poeksperymentowali trochę. Kline jest uroczy w roli zgryźliwego faceta, który z cynizmu zrobił sposób na życie. Dano w roli hetero ale mającego skłonność do przebieranek w kobiece ciuszki też dobrze wypada. Przy tej dwójce cała reszta z Katie Holmes na czele wypada blado. Ale nawet Kline i Dano są jedynie w stanie utrzymać moje zainteresowanie na poziomie ledwie średnim.

Chcę czegoś nowego!

Ocena: 6

Judas Kiss (2011)


Czasem odnosząc zwycięstwo, przegrywamy życie. Czasem też, przynajmniej w kinie, dawne błędy można naprawić, zacząć od nowa. I o tym właśnie opowiada "Judas Kiss", film z pogranicza dramatu obyczajowego i fantasy.


Obraz J.T. Tepnapy to podwójna historia Danny'ego Reyesa. Jako Zachary Welles jest niespełnionym hollywoodzkim reżyserem, który powraca do swojej alma mater, gdzie ma być członkiem jury w studenckim konkursie filmowych. Ku swemu przerażeniu odkrywa, że jednym z uczestników konkursu jest on sam, tyle że młody i prezentujący krótkometrażówkę, dzięki której Zachary wygrał 15 lat temu identyczny konkurs.

"Judas Kiss" to bajka o tym, że postępowanie zgodnie z regułą "cel uświęca środki" jest dobre jedynie na krótką metę. W dłuższej perspektywie okazuje się pierwszym krokiem ku prawdziwej porażce. To także opowieść o tym, jak bardzo powołanie różni się od pragnienia sukcesu. Wbrew pozorom jedno z drugim wcale nie musi iść w parze. To w końcu przypowieść o narcystycznej naturze sztuki i twórców. Dzieło jest niczym innym jak symbolicznym aktem seksualnym z samym sobą (w "Judas Kiss" analogia ta ma bardzo realny kształt sceny pomiędzy starym i młodym Dannym).

Voltage: Mayda, "Stereotype" from mn original on Vimeo.


Choć całość jest naiwną bajką, której już sam punkt wyjścia wydaje się wątpliwy, w moich oczach reżyser wyszedł obronną ręką. Film nie jest nadzwyczajny, ale oglądało mi się go całkiem dobrze. Pozytywnie zaskoczył mnie Sean Paul Lockhart, w porno-biznesie znany jako Brent Corrigan. Kto by pomyślał, że facet, którego żołądek i odbyt mogłyby z powodzeniem funkcjonować jako banki spermy, może z takim przekonaniem odegrać rolę sympatycznego, mimo wszystko naiwnego chłopaka z sąsiedztwa. Kamera naprawdę kocha Lockharta i gdyby nie jego pornokariera, kto wie, może i miałby przyszłość w main streamie. I może właśnie dlatego jest tak wiarygodny, bo lepiej niż ktokolwiek inny rozumie, o czym jest ten film. On mógł na "Judas Kiss" patrzeć jak na swoją drugą szansę. I wykorzystał to.

Ocena: 6

Tucker & Dale vs Evil (2010)


Jednym z najbardziej rozpowszechnionych schematów fabularnych w slasherach jest historia grupy młodych osób, które jadą w dzicz się rozerwać i trafiają na miejscowych prymitywów, którzy nie kryją się ze swoimi psychopatycznymi skłonnościami. Czy jednak kiedykolwiek zastanawialiście się, jak taka opowieść wygląda z drugiej strony, z perspektywy miejscowych? Jeśli nie, to sięgnijcie po "Tucker & Dale vs Evil". Czeka na was podwójna dawka rozrywki: z jednej strony krwawa jatka, jaką znamy z każdego slashera, z drugiej strony świetna komedia pomyłek.


Na wypindrzonych mieszczuchach Tucker i Dale nie robią najlepszego wrażenia. Jedno spojrzenie i piękny amerykański narybek już wyrobił sobie opinię: oto dwaj półanalfabeci, którzy tylko czekają, kiedy będą mogli kogoś rozerwać na strzępy. Rzeczywiście Tucker i Dale są prości, ogłady nie mają za grosz, ale są to najbardziej sympatyczni faceci, jakich można sobie tylko wyobrazić. Niestety pierwsze wrażenie i stereotypy sprawią, że już wkrótce wokół nich trup słać się będzie gęsto.

"Tucker & Dale vs Evil" to przezabawna i do tego dość makabryczna komedia. Będziecie pokładać się ze śmiechu na widok kolejnego trupa. Choć brzmi to niedorzecznie, tak właśnie jest. Twórcy świetnie wyczuli klimat i zrobili film, który niby jest parodią slasherów, a jednocześnie pozostaje wierny regułom gatunku. W ten sposób reżyser wlał świeżą krew (w przenośni i dosłownie) w gatunek, który zdawał się być już do cna wyeksploatowany. A do tego wszystkiego jest to jeden z najlepszych filmów propagandowych, mający bardzo jasne przesłanie: uprzedzenia i stereotypy zabijają.

Ocena: 7

wtorek, 13 grudnia 2011

Tinker Tailor Soldier Spy (2011)


No cóż, orgazmu nie było. Co tam 2 godziny, zadowoliłbym się nawet 2 minutami. Niestety, najwyraźniej Tomas Alfredson nie ma tego "czegoś", co by mnie zachwyciło. Tak było z "Pozwól mi wejść", tak jest i teraz.



"Szpieg" to kino skrojone na miarę, ale jest to krawiecka robota, a nie haute couture. Precyzyjnie wymierzone kadry chwilami budziły niezamierzony uśmiech, na przykład kiedy mamy zbliżenie na buty Billa i to nie w jednej a w dwóch scenach. Inne były wręcz zupełnie nieudane jak pierwsza rozmowa Jima z uczniem. Aktorsko film jest bardzo dobry, zwłaszcza w wykonaniu Oldmana i Hardy'ego, ale nie ma w tym żadnej prawdziwej iskry.

Film próbuje stworzyć klimat zimnowojennego konfliktu jak i atmosfery ówczesnego kina. Ale jest to raczej występ drag queen, niż kompletna metamorfoza. W rezultacie wyszedłem ze "Szpiega" z dużym poczuciem niedosytu. Przy tym obsadowym kalibrze, film powinien był jednak zrobić na mnie większe wrażenie.

Ocena: 6

niedziela, 11 grudnia 2011

Varg (2008)


"Wilk" to rzecz o umierającym świecie. Z jednej strony jest przyroda symbolizowana przez wilki znajdujące się na skraju wytępienia. Z drugiej strony są ludzie zajmujący się tak tradycyjnym zajęciami jak hodowla reniferów. Wszystko to łączy surowe piękno skandynawskiej przyrody i bezduszny formalizm litery prawa.


Reżyser trochę nagina rzeczywistość, ponieważ ludzie pokroju Klemensa są jednak w lepszej sytuacji niż wilki, które tak dobrze były przez Szwedów tępione, że dziś muszą być zaciekle bronione przez stróżów prawa. Po drodze reżyser dotyka też kilku innych problemów, ale robi to jakby mimochodem, bez zatrzymywania się, by się nad wszystkim zastanowić, pochylić głowę. W rezultacie całość oferuje jedynie trochę pięknych widoczków i całkiem dobrą muzykę, wartą lepszej produkcji.

Ocena: 6

WΔZ (2007)


Oto historia zemsty i seryjnych zabójstw, dla których punktem wyjścia jest teoria samolubnych genów. Zło istnieje, ponieważ altruizm, miłość i poświęcenie dla innych są mitem, który w obliczu groźby nieprzetrwania zostaje zdemaskowany jako fałsz. Teorię tę w praktyce sprawdzi pewna kobieta, ofiara okrutnej zbrodni. Jej świnkami doświadczalnymi będą bracia bliźniacy, facet i jego ciężarna dziewczyna, matka i dziecko oraz facet zakochany w facecie. Tylko jednak z tych par sfalsyfikuje teorię. Oczywiście bardzo łatwo jest się domyślić która.


"WΔZ" to jeden z tych filmów, których obsada jest znacznie lepsza, niż na to zasługiwał scenariusz. Toż to zwyczajny psychologiczny kryminał, w którym nie ma miejsca na prawdziwą grę aktorską. Mogli w nim zagrać znacznie mniej znani i słabsi aktorzy i nikt nie zauważyłby różnicy. No może poza Selmą Blair, której całkiem do twarzy jest z rządzą mordu.

Ocena: 5

sobota, 10 grudnia 2011

Les femmes du 6ème étage (2010)


Ileż dobra może sprawić jedna piękna Hiszpanka! Za jej sprawą warunki życia służących znacznie się poprawią. Mężczyzna, który nie miał prawa liczyć już na cokolwiek zyska szansę na miłość, a kobieta zamknięta w więzieniu paryskich salonów zrozumie, że żyć można inaczej. Można więc tylko żałować, że na świecie nie ma więcej pięknych hiszpańskich służących.


Choć temat filmu jest tak stary jak świat i wydaje się, że niczym nie można już widza zaskoczyć, reżyserowi i tak udało się stworzyć rzecz skromną, prostą a mimo to zachwycającą. "Kobiety z 6. piętra" czarują bezpretensjonalnym podejściem do tematu oraz całą gamą barwnych postaci. Wszystkie one zostały świetnie zagrane, co jeszcze bardziej wpłynęło na moją pozytywną ocenę.

Ocena: 7

Le gamin au vélo (2011)


Ugh, ależ mnie ten bachor na rowerze wnerwiał. Cyril choć jest dzieckiem, to już wcale nie takim najmłodszym. Można więc spodziewać się po nim choć zaczątków inteligencji. Tymczasem byle kundel miałby więcej oleju w głowie. Jeśli w ten sposób bracia Dardenne chcieli opowiedzieć o dzieciństwie w obliczu zdrady ze strony tchórzliwego ojca, to się przeliczyli.


Najgorsze w tym filmie jest to, że jest dobrze zrobiony. Od strony technicznej jest bez zarzutu, widać, że reżyserzy przemyśleli to, co i jak chcą widzom pokazać. Ale trudno nie czuć się oszukanym, kiedy piętrzą problemy tylko po to, by minimalizować negatywne konsekwencje. Jakby nic się nie działo.

Ocena: 6

czwartek, 8 grudnia 2011

The Art of Getting By (2011)

"Sztuka dorastania" z pozoru wygląda jak całkiem sympatyczna opowieść o nieco wyalienowanym i nadwrażliwym młodzieńcu, który musi poukładać sobie życie, by coś osiągnąć i zdobyć dziewczynę, na której mu zależy. Fajny i krzepiący film, prawda? Otóż nie! Dla mnie obraz Wiesena jest kinowym odpowiednikiem wspaniałego tortu zakrapianego cyjankiem. "Sztuka dorastania" przeraziła mnie swoim przesłaniem i łatwością, z jaką zostało ono zaakceptowane przez twórców i widzów.


Głównym bohaterem filmu jest kończący liceum George. Chłopak różni się od swoich rówieśników. To, co dla reszty stanowi sens istnienia (nauka, balangi) jemu jest w zasadzie obojętne. Żyje w lęku przed życiem, jak sam to powiem. I ma w tym dużo racji. Wie, że staje przed wyborem. A wybór ten wydaje się zero-jedynkowy i ostateczny: albo weźmie się w garść i zacznie budować swoje miejsce w świecie albo czeka go trudne życie outsidera. W rzeczywistości chodzi tu o decyzję ostatecznego zaprzedania duszy i trafienia w tryby wszechobecnego systemu. System z jednej strony kusi wizją sukcesu, stabilizacji, pracy i rodziny, z drugiej straszy biedą, bezrobociem i rozpadem bliskich więzi. George buntuje się przeciwko temu i dlatego potrzebować będzie dwóch emocjonalnych szantaży, by ugiąć się przed wymaganiami Systemu. Pierwszy szantaż to dramatyczna sytuacja finansowa matki, z niewypowiedzianym oczekiwaniem, że jako dobry syn nie będzie dla rodzicielki ciężarem. Drugi szantaż to dziewczyna, którą bohater zobaczy w ramionach innego. Tu przesłanie jest dość jawnie postawione: albo będziesz sobą i mnie stracisz albo się zaadaptujesz i będę twoja.

Te szantaże dają skrzywiony obraz rzeczywistości. Chodzenie własną drogą może być bardzo trudne i często wiążę się z byciem odrzuconym lub niezrozumianym. Jednak z tego wcale nie wynika samotność ani to, że takie życie będzie cięższe od alternatywy. Kompromis na początku zawsze wydaje się łatwy do udźwignięcia, lecz nie zawsze w pełni udaje się zapomnieć o tym, kim się jest naprawdę (lub kim można było być), a wtedy jedynym rozwiązaniem, by trwać, będą systematyczne wizyty do lekarza po kolejną receptę na psychotropy.

A jednak "Sztuka dorastania" kończy się systemowym happy-endem, celebrującym właściwe decyzje bohatera i dającym mu wszystkie możliwe nagrody. Ja w tym czasie opłakiwałem bohatera, który pogrzebał swoją indywidualność na rzecz pozornej wyjątkowości w ramach systemu.

Ocena: 6

Womb (2010)


Benedek Fliegauf to jeden z ciekawszych węgierskich reżyserów młodszego pokolenia. Jego "Mleczna droga" choć do kin się nie nadawała, to jednak była ciekawym i na swój sposób fascynującym projektem. Tymczasem "Łono" jest obrazem o tradycyjnej konstrukcji, jedynie myśl jest nietypowa.


Rzecz dotyka problemu klonowania. Reżyser jednak zmyślnie unika dyskutowania na temat samej idei klonowania. Nie staje po żadnej ze stron. Zamiast tego koncentrując się na osobie kobiety, która decyduje się na sklonowanie swojego chłopaka. To ona jest centralnym punktem, jej przemiana z przyjaciółki w kochankę, matkę i..., no właśnie, kogo?.

"Łono" nie jest najlepszym filmem Fliegaufa. Poza punktem wyjścia, brakuje mu charakteru. Dwójka głównych aktorów gra dobrze, ale nie potrafią wynieść bohaterów poza morze przeciętności. Nic z tej opowieści nie wynika. A próba bycia niejednoznacznym kończy się niepowodzeniem.

Trochę żal mi w tym wszystkim Evy Green, która z uporem maniaka próbuje wybierać nietuzinkowe projekty, ale jak dotąd zmysł ją zawodzi. W ciągu ostatnich kilku lat tylko "Franklyn" warte było uwagi (choć paradoksalnie, jest to chyba najmniej znany film z jej udziałem).

Ocena: 6

Amador (2010)


Wydawać by się mogło, że w śmierci najgorsze jest to, że odchodzi z tego świata człowiek, ktoś nam bliski, że nigdy już więcej nie będziemy mogli z nim porozmawiać, spotkać go. Jednak emocjonalne problemy blakną w obliczu kłopotów finansowych, które niespodziewana (a nawet spodziewana) śmierć wywołuje.


Marcela jest młodą emigrantką, która wraz ze swoim chłopakiem pracuje na czarno w Hiszpanii. Nie tak wyobrażała sobie życie, choć jest kobietą prostą i jej myślowe horyzonty nigdy zbyt szerokie nie były. Ma już dość takiego życia i faceta u boku, którego bardziej interesują kwiaty niż ona. Ale niestety zaszła w ciążę. Ukrywa ją przed partnerem, jednocześnie zastanawiając się, co począć dalej. Wtedy nadarza się okazja zarobienia pieniędzy jako opiekunka starszego pana. Łatwa robota szybko jednak się kończy, bo staruszek wykitował. Marcela jednak nie zamierza rezygnować z pieniędzy, więc udaje, że tytułowy Amador żyje.

Choć jest to film poważny, to jego siłą są elementy humorystyczne: podstarzała dziwka i rozmowa z księdzem. Sprawiają one, że na całą sytuację patrzymy z nieco innej perspektywy i to, co wydawać by się mogło niebywałe, teraz staje się akceptowalne, choć budzi uśmiech. "Amador" nie jest filmem wyjątkowym, ale ma swoje momenty. Zdecydowanie nie jest to typowa historia o śmierci.

Ocena: 6

Belcanto (2010)


Szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co o tym filmie napisać. Z jednej strony prawdą jest, że oglądając go śmiałem się. Bo też reżyserowi udało się stworzyć kilka naprawdę zabawnych momentów. Z drugiej jednak strony całość niemiłosiernie mi się dłużyła i parokrotnie zerkałem na zegarek, a to zawsze jest wskaźnikiem tego, że coś z filmem jest nie tak.


To, co mnie się najbardziej podobało to absurd niektórych scen. Niestety "Belcanto" nie jest komedią absurdu, a ma jedynie absurdalne momenty. To trochę mało i nie do końca wiem, dlaczego reżyser nie zdecydował się na więcej. Świat "Belcanto" przypomina rzeczywistość z filmów Barei odbitą w krzywym zwierciadle. Ma to swój urok, zwłaszcza, kiedy znakomicie na ekranie spisuje się Różczka. Jednak te wszystkie przerywniki, które spowalniały akcję, strasznie mnie irytowały. Większość z nich wydała mi się zbędna. No i Pazura. Jego osoba nigdy do mnie specjalnie nie przemawiała i choć doceniam jego transformacyjne umiejętności to nie zmienia to faktu, że mało mnie on śmieszy.

Ocena: 5

Code Blue (2011)


"Code Blue" to przewspaniała uczta dla zmysłów. Jasper Wolf stworzył znakomite zdjęcia, jedne z najlepszych, jakie widziałem w tym roku. To, z jakim perfekcyjnym znawstwem prowadzona jest kamera sprawiło, że chłonąłem obrazy z otwartymi ustami. W szczególności podobały mi się te fragmenty, gdzie mieliśmy do czynienia z podwójnym "przemieszczaniem się" przestrzeni (głównie w scenach w korytarzach szpitalu). Podobały mi się również te ujęcia, gdzie perspektywa odbiegała od standardu, gdy zdjęcia były kręcone pod nietypowymi kontami albo też z niższego (lub wyższego) niż zazwyczaj poziomu.


Z obrazem idealnie współgrała cisza i dźwięk. Otacza to nieśpieszną narrację ochronnym kokonem, nadając opowiadanej historii niezwykłego klimatu. To, co próbował zrobić reżyser "Piękna", Urszula Antoniak dokonała bez większego problemu.

"Code Blue" miałoby znacznie wyższą ocenę, gdyby nie fabuła, która jest niestety zbyt naiwna. Historia zakompleksionej kobiety pełnej niespełnionych pragnień przybiera tu rutynowy charakter przypowieści o seksualnej frustratce szukającej sadomasochistycznych wrażeń. Jeszcze początek, kiedy bohaterka jawi się widzom jako diabeł miłosierdzia, historia trzyma poziom. Jednak od sceny przyjęcia, reżyserka straciła mnie. To było najgłupsze, najbardziej prymitywne i prostackie posunięcie fabularne, jakie tylko można sobie wyobrazić. Naprawdę twórcy mogli się wysilić trochę bardziej. Scena "seksu" jest już tylko oczywistym postawieniem kropki nad przysłowiowym "i".

Ocena: 7

środa, 7 grudnia 2011

(2011) به امید دیدار


"Pożegnanie" to portret kobiety żyjącej w totalitarnym społeczeństwie patriarchalnym. To film, jakich więcej spodziewałem się oglądać od irańskich twórców, bo dotykających gorących politycznych tematów. Tymczasem stosunkowo niewiele podobnych tytułów widziałem. Czego nie żałuję. Będę okrutny, ale artystyczna wartość ma u mnie pierwszeństwo niż ważność podejmowanego tematu. Dlatego zdecydowanie bardziej wolę "Rozstanie".


Pod względem artystycznym "Pożegnanie" niczym szczególnym się nie wyróżnia. Powiedziałbym wręcz, że chwilami reżyser ociera się o kicz i to nie w dobrym znaczeniu tego słowa. Dodanie problemów z ciążą to chwyt rodem z telenoweli. Pokazanie wyobcowania kobiet jest strasznie łopatologiczne. Autorowi nie wystarczy jedynie obraz, powtórzy to jeszcze w dialogach, jakby miał widzów za idiotów.

Ocena: 6

Skoonheid (2011)


François wydaje się, że ma życie pod kontrolą, że oswoił bestię, a przynajmniej zamkną ją bezpiecznie w klatce. Jest więc przykładnym ojcem i mężem, a kiedy czuje potrzebę, spotyka się w męskim gronie, by pieprzyć się bez zobowiązań. Ale odżegnuje się od "pedalstwa".


Demony mają jednak to do siebie, że choć potrafią długo być uśpione, ignorowanie nie jest metodą na pozbycie się ich. Jest jak wilkołak, jednak w jego przypadku bestię wywołuje nie pełnia Księżyca, a tytułowe piękno. Kiedy więc na ślubie córki spotka Christiana, wpadnie po uszy w kłopoty. Ale wyposzczony nie będzie potrafił się powstrzymać. Choć wie, do czego to doprowadzi. Brnie dalej w sytuację bez wyjścia. W końcu da ujście swoim pragnieniom, nie bacząc na konsekwencje. Uwolniony od ciężaru, odczuje ulgę i spokój. Krótkotrwałą, bo już wkrótce na nowo zacznie być przytłaczany konsekwencjami wybranej drogi życiowej.

Nie dziwi mnie to, że "Piękno"  zbiera pozytywne opinie. Wpływa na to zarówno znakomita gra Deona Lotza jak i mocna scena kulminacyjna, która wielu pewnie zaskoczy. Mnie niestety nie zdziwiła. Przy tak spowolnionej narracji była to naturalna kolej rzeczy. Większość twórców nie potrafi oprzeć się pokusie usprawiedliwienia monotonii nagłą woltą. Kiedyś i na mnie robiło to wrażenie, dziś wydaje mi się to zbyt oklepane. Ponieważ film trwał jednak dalej, miałem nadzieję na jakieś ciekawe post scriptum, niestety scena w restauracji jeszcze bardziej rozczarowała, dając odpowiedź zbyt jednoznaczną i uproszczoną. Aż prosiło się o pozostawienie większej niejednoznaczności, o podjęcie próby zastanowienia się, czy François w ogóle miał wybór, czy istniała opcja, by mógł się wycofać, powstrzymać. Ale nie. Te odcienie szarości najwyraźniej przekraczały możliwości percepcyjne reżysera.

Ocena: 6

wtorek, 6 grudnia 2011

Machine Gun Preacher (2011)


To powinien był być dobry film. Materiał wyjściowy, którego elementy trafiły do ostatecznej wersji, był mocny i dawał okazję do opowiedzenia zarówno historii konkretnego człowieka jak i o bardziej uniwersalnej przypadłości, jaką jest konieczność poradzenia sobie z pozycją bycia odpowiedzialnym za losy wielu ludzi.


"Kaznodzieja z karabinem" mógł być fantastyczną przypowieścią o tym, jak pomoc dzieciom z południowego Sudanu staje się uzależnieniem identycznym jak narkomania, powoli zżerającym od środka, przekształcającym pierwotne uniesienie we wściekłość, która z kolei przeradza się w przemoc i autoagresję. W ten sposób mogła to być także opowieść o tym, jak bohater staje się potworem. "Kaznodzieja" mógł też być interesującym rozważaniem nad makiawelizmem w obliczu ludobójstwa.

Niestety z nieznanych mi przyczyn twórcy bardzo pobieżnie potraktowali temat. Nawet kluczowe wydarzenia są pokazane w sposób łagodny, zdystansowany. Wszystkiemu brakuje emocjonalnej intensywności, której należałoby się spodziewać po postaci takiej jak Sam. Po Forsterze można było spodziewać się więcej, a tak, z artystycznego punktu widzenia, jego film jest porównywalny do "Darfuru" Bolla.

Ocena: 6

niedziela, 4 grudnia 2011

(2010) בוקר טוב, אדון פידלמן


Film o tym, że od własnej przeszłości nie ma ucieczki. Jeśli bowiem zbyt długo będziemy się kryć, to staniemy się świadkiem tego, jak cała historia rozegra się raz jeszcze.


Powyższą naukę otrzyma tytułowy bohater – Fidelman. Jego przeszłości my, widzowie, nigdy w całości nie poznamy. Z uwag pojawiających się tu i ówdzie, możemy jednak domyślić się, co się stało. Wystarczy wspomnieć, że historia dotyczy kobiety i ich wspólnego przyjaciela. Najlepszą jednak wskazówką jest to, co dzieje się obecnie, a dotyczy Antona, ukrywającego się przed rodziną, Noah – syna Fidelmana oraz jego ciężarnej żony.

Obraz Yossiego Madmoniego to przypowieść o więzach krwi i tym, co dzieje się, kiedy zostaną one zaniedbane. To trudne, acz niezbędne rozliczenie z tym, kim byliśmy i kim chcemy być dla naszych bliskich. Nie wszystko układa się podług zasady happy-endu, co tylko się reżyserowi chwali.

Ocena: 6

My Own Love Song (2010)


Olivier Dahan przesadził. Miał może dobre intencje, chciał jakoś wyróżnić standardową niezależną historię o złamanych ludziach szukających wyjścia na prostą, jednak dodając animowane ptaszki i komputerowo wygenerowane aniołki tańczące do Księżyca zamienił film w bohomaz. Nie dodało to całości ani atrakcyjności ani wyjątkowości.


"Piosenka o miłości" należy do tego nurtu kina niezależnego, które zaczyna mnie co raz bardziej drażnić, choć rozumiem konieczność jego istnienia. To film zrobiony dla wysokoformatowych gwiazd, które chcą pokazać, że mają aktorski talent. Mainstreamowe produkcje hollywoodzkie nie dają im takich możliwości. Niestety większość z tego rodzaju filmów jest zbyt przewidywalna, bym był w stanie się emocjonalnie zaangażować. I co z tego, że ciemnowłosa Zellweger wygląda tu naprawdę jak wrak człowieka? Jej poświęcenie jest puste, nic się za nim nie kryje.

Ocena: 5

Sagat (2011)


Ale się dałem wrobić. Myślałem, że "Sagat" będzie biograficznym dokumentem, z którego dowiem się czegoś więcej o François Sagacie, gwieździe porno, który trafił do mainstreamowego kina, a nawet poświęcono mu jeden z wieczorów w MoMA.


Niestety "Sagat" to promocyjny śmieć. Choć pojawiają się różne osoby opowiadające o Sagacie, to poza frazesami jaki to on jest piękny, wspaniały, inteligentny nie mówią nic. Sagat zresztą także się nie otwiera, strojąc się i pozując. Jedyna wartość to kilka zdjęć z dzieciństwa i młodości Sagata, kiedy jeszcze miał włosy a nie tatuaż.

Nie wiem, dla kogo jest przeznaczony ten film. Bowiem jedyne, co można robić oglądając go, to gapić się na ciało Sagata, które ten prezentuje w pełnej krasie pod każdym możliwym kątem. Tyle tylko, że ci, którym na tym zależy, będą już woleli zainwestować w któryś z pornoli z jego udziałem. Dostaną to samo, ale w znacznie większej dawce.

Ocena: 2

sobota, 3 grudnia 2011

Medianeras (2011)


Nie całkiem przypadł mi do gustu debiut Gustavo Taretto. Z jednej strony widać, że ma on zadatki na niezłego reżysera i rwanie się do przodu poza standardową formę. Z drugiej jednak strony okazał się bardzo zachowawczy nie wykorzystując posiadanych atutów.


Obusieczną bronią okazało się położenie akcentu na monologi z offu przy jednoczesnym powiązaniu obrazu z fabułą. Plusem tego są niektóre zabawne teksty wypowiadane przez bohaterów. Minusem monotonia i nuda, która wkrada się w całość. Najgorsze jest to, że Taretto ma świetne wyczucie humoru sytuacyjnego i potrafi dobrze manipulować i bohaterami i obrazem. Niestety zamiast wykorzystać to w całym filmie, on ma jedynie kilka "wyskoków", kiedy mocno mnie zaskoczył. Za mało tego było, bym bardziej łaskawym okiem spojrzał na całość.

Ocena: 5

czwartek, 1 grudnia 2011

Abrir puertas y ventanas (2011)


Bardzo pouczająca lektura, w szczególności jeśli chodzi o odbiór informacji i wyciąganie wniosków. "Powrót do domu" dobitnie pokazuje jak bardzo nasz osąd uzależniony jest od tego, co jest nam pokazane, a co też nie.


W tej argentyńskiej produkcji kamera nie opuszcza domu, w którym mieszkają trzy młode kobiety. Dla nas, widzów, jest to cała rzeczywistość. I choć bohaterki prowadzą normalne życia, wychodzą z domu, z perspektywy kinowego obserwatora po prostu znikają, by ponownie objawić się w którymś z pomieszczeń. Dziewczyny robią w domu to, co wszyscy: siedzą, śpią, jedzą, sprzątają. I niema w tym nic dziwnego, ale ponieważ my nie mamy do niczego więcej dostępu, ich działania nabierają specjalnego znaczenia. A może po prostu, pozbawieni nadmiaru informacji, które zaciemniałyby obraz, wyraźniej widzimy podskórne prądy emocjonalnych powiązań: frustracje, lęki, seksualne pragnienia, kompleksy - wszystko to nabiera nagle gigantycznych rozmiarów. Trzy bohaterki wydają się wyjątkowe, chwilami mocno toksyczne, ale wystarczy sobie przypomnieć o zmienionej perspektywie, by zrozumieć, że tak naprawdę wiele się od przeciętnej rodziny nie różnią.

Spodobała mi się świadomość kamery, która sprawiła, że obrazy przekazują więcej treści, niż można byłoby to zawrzeć w słowach. W sumie "Powrót do domu" okazał się bardzo udanym pełnometrażowym debiutem reżyserki.

Ocena: 7