niedziela, 30 grudnia 2012

Eddie: The Sleepwalking Cannibal (2012)


Kolejny z filmów pokazujących twórców jako bezwzględnych drani, którzy w pogoni za kolejnym arcydziełem gotowi są na wszelkie bezeceństwa. Tym razem jednak owe bezeceństwa nie dokonuje sam artysta, ale jego narzędziem jest prosty facet, który po traumatycznych przeżyciach został brutalnym lunatykiem.


"Eddie" spodobał mi się przede wszystkim ze względu na postać artysty, który nie jest ani dobry ani zły. Raczej jest taki i taki i cały czas zmaga się ze swoją własną naturą. Zazdrosny, cierpiący przez fakt, że tylko ekstremalne wydarzenia mogą wywołać u niego inspirację, bywa nieobliczalny. Raz jest potworem bezwzględnie manipulującym naiwnym ale niebezpiecznym we śnie podopiecznym, innym razem sympatycznym, pełnym wyrzutów sumienia facetem. Spodobał mi się również koniec, kiedy odsłonięta zostaje prawdziwa intryga i kiedy okazuje się, że malarz potraktowany został dokładnie tak, jak on traktował Eddiego, był ofiarą jeszcze bardziej bezwzględnych osobników.

Natomiast nigdy nie wpadłoby mi do głowy nazywanie filmu komedią. Jeśli taki był zamysł twórców, to polegli na całej linii.

Ocena: 6

PS. Ci, którzy nie znają "Traviaty" lub "Madame Butterfly" powinni przestać oglądać film przed pojawieniem się napisów końcowych. Bardziej zaspoilerować historii już się nie da.

sobota, 29 grudnia 2012

Clandestinos (2007)

I znów muszę zacząć od zdania, które aż za często tutaj wypisuję: Pomysł fajny, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.


Potencjał był spory. Xabi jako oś dramatu, w który wplątani są dwaj mężczyźni, to był strzał w dziesiątkę. Chłopak przygarnięty przez baskijskiego terrorystę ze źle pojętej lojalności sam zostaje terrorystą. A że jest zbyt naiwny, jego "zamach" przysporzy mu wielu problemów. Z drugiej strony jest współpracujący z policją miłośnik nastolatków. Niby jest wrogiem Xabiego, ale pod koniec będzie musiał zweryfikować swoje stanowisko, i on, i Xabi. Finałowa konfrontacja mogła być zwieńczeniem ciekawej historii. Ale nie była. Film jest bowiem mdły, pozbawiony dramaturgii. Wszystko jest tu jakieś takie niewyraźne, zrobione po łebkach. Do tego plączą się tu postaci drugiego planu, każda z nich ma jedną scenę, w której jest potrzebna, ale czasu antenowego zabierają znacznie więcej. I nic z tego nie wynika. Szkoda, że tak to zostało nakręcone.

Ocena: 4

Chatroom (2010)


Dla mnie jedną z największych zagadek wszechświata jest fakt, że kino pozostaje bezradne wobec wirtualnej przestrzeni Internetu. Mimo że jest w mniej lub bardziej powszechnym użyciu od 20 lat, to praktycznie nie spotkałem się z filmem, który potrafiłby uchwycić istotę rzeczywistości wirtualnej i charakteru nawiązywanych w sieci relacji. Jedynym wyjątkiem, jaki przychodzi mi do głowy, jest belgijski "Ben X". "Chatroom" niestety tylko potwierdza wszystkie moje najgorsze opinie o filmach opowiadających o Internecie.


Podstawowym problemem z "Chatroomem" jest jego anachroniczność. Wizja internetowych pogadanek jest mocno przestarzała. Gdyby film powstał na początku XXI wieku, być może jeszcze bym ją kupił, ale pod koniec pierwszej dekady cała idea stojąca za filmem już się zdezaktualizowała. Koncepcja ucieczki od realnej rzeczywistości w świat fantazji, gdzie tworzymy alternatywne wersje siebie była popularna w latach 90., kiedy Internet był jeszcze domeną anonimowości. Ale anonimowość to już przeszłość, z której istnienia większość młodych ludzi, takich jak bohaterowie filmu, w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Rozwój "portali społecznościowych" sprawia, że Internet nie jest alternatywą, a rozszerzeniem realnej persony. Sama wizja chatroomu jest też u Nakaty strasznie naiwna i zupełnie nieżyciowa. Przez co pojawia się wątpliwość, po co w ogóle osadzono tę historię w internetowych realiach.

Film pod koniec robi się ciekawszy, kiedy Nakata przestaje silić się na opowiadanie o internetowych relacjach, a wchodzi na znajome sobie wody horroru. Doskonale wie, jak budować napięcie, jak dawkować wrażenia. I dzięki temu finał daje radę. Ale w niewielkim tylko stopniu zaciera złe wrażenie, z tego co było wcześniej.

Ocena: 3

piątek, 28 grudnia 2012

Gambit (2012)


"Gambit" to rzecz głupiutka ale w ten uroczy sposób, który sprawia, że zamiast irytować mimo wszystko bawi. Film jest pusty, wtórny, zbudowany na kliszach i wyśmiewaniu stereotypów na temat Amerykanów, Brytyjczyków i Japończyków. Ale przynajmniej podane jest to w przystępny sposób, a całość mimo wszystko jest bezpretensjonalna.


Nie da się ukryć, że jest to zawód. Coenowie są tu co prawda tylko scenarzystami, ale i tak spodziewałem się od ich fabuły więcej. Kilka pomysłów mieli jednak fajnych, a cała sekwencja hotelowa jest przezabawna, głównie za sprawą hotelowych pracowników, którzy wyciągają błędne wnioski z zasłyszanego przekomarzania się. Rozczarowuje również reżyser, którego poprzedni film był bardzo udany. Ale jeśli zapomni się o tym, kto stał za kamerą, to muszę przyznać, że jako niezobowiązująca rozrywka "Gambit" sprawdza się idealnie.

Ocena: 6

Le départ (1967)


Stary Skolimowski zdecydowanie nie jest w moim guście, ale chciałem się przekonać, czy podobnie jest z rzeczami, które kręcił dawno temu. I kiedy pojawiła się okazja, żeby zobaczyć jego pierwszy zagraniczny film, do tego nagrodzony w Berlinie, to skorzystałem z niej. I tak przekonałem się, że młody Skolimowski też nie jest w moim guście.


Zupełnie nie mogłem kupić konwencji "Le départ". Jak dla mnie była to krzyżówka koncertu jazzowego z Bennym Hillem. Mieszanka dziwaczna i absurdalna, ale akurat nie tego rodzaju, który lubię. Przedziwny był też główny bohater. Infantylny, najwyraźniej cierpiący na ADHD i zaburzenia emocjonalne, nieustannie wrzeszczący, nie potrafiący zachować się wobec kobiet, a jednocześnie czarujący, kiedy chce. Nie wydawał się zbyt dobrym materiałem na postać wokół której buduje się cały film. Lepiej funkcjonowałby w szpitalu psychiatrycznym na lekach uspokajających.

Sama fabuła wydaje się zaś jedynie pretekstem dla nakręcenia filmu, ale nie czuje się, by Skolimowski na serio myślał o tym, aby opowiedzieć coś konkretnego. Zamiast tego bawi się formą. Jazzuje, wykorzystując obraz i postaci. Niektóre pomysły są nawet fajne (jak scena jazdy samochodem). Niektóre sekwencje montażowe całkiem sprytne i chwilami zabawne (pokaz strojów plażowych przeplatany scenami gapiących się starych bab). Ale za dużo w tym chaosu i nieukierunkowanego entuzjazmu. Koniec końców to nie moja para kaloszy.

Ocena: 5

Mamá (2008)

Hahaha. To było fajne. Krótkie ale treściwe. Nie dziwię się, że przykuło uwagę Del Toro.


Jestem co prawda trochę rozdarty. Film ma klimat, dobre tempo, odpowiednio budowane napięcie i oczywiście kończy się w najciekawszym momencie. Z drugiej strony sama postać matki trochę mnie śmieszyła. Tak wyobrażałbym sobie remake "Idiotów" jako horror o zombie (spastykujący nieumarli).

Ocena: 7

Demoted (2011)


To naprawdę był film kinowy? Trochę trudno jest mi w to uwierzyć. Skojarzył mi się raczej z pilotowym odcinkiem jakiegoś serialu komediowego, wariacja na temat "Biura" albo "Rockefeller Plaza 30", tyle że mniej zabawna.


Wszystko "pachnie" tu telewizją. Począwszy od postaci i aktorstwa, przez fabułę, po sposób realizacji. Przede wszystkim jednak chodzi o sposób wypowiada kwestii przez aktorów. Jest on typowy dla współczesnych seriali komediowych pozbawionych śmiechu z offu (trudno to opisać, ale każdy, kto widział parę takich seriali, powinien wiedzieć, o co mi chodzi). Fabuła też jest mizerniutka. Wszystko ma tu charakter pretekstowy, dzieje się bezrefleksyjnie. Przemiana bohaterów jest tak sztuczna, że nikt w nią nie uwierzy. I pewnie nie musiałby, gdyby film był naprawdę zabawny. Obleśność żartów niestety nie prowadzi do salw śmiechu.

Ocena: 5

czwartek, 27 grudnia 2012

Promoción fantasma (2012)


Fajnie oglądało mi się ten film, nie powiem. Ale w sumie nie wiem dlaczego. Gdyby spojrzeć na to, co oferuje, to w zasadzie nie potrafiłbym wymienić żadnej zalety. A jednak nie uważam, bym zmarnował czas oglądając go.


"Duchy ze szkolnej ławki" to filmidło lekkie, łatwe i przyjemne. Scen humorystycznych nie ma zbyt wiele. Fabuła jest prosta jak żelazny drut. Postaci są sympatyczne, ale to raczej klisze, nic więcej. Dlatego też nic, ale to kompletnie nic z seansu nie zostaje już podczas napisów końcowych. Ale jako rzecz na zabicie czasu jest w sam raz.

Ocena: 5

środa, 26 grudnia 2012

Auf der Suche (2011)


Może nam się wydawać, że kogoś dobrze znamy. Rozmawiamy z nim regularnie przez telefon, spotykamy się, kłócimy, gadamy o różnych rzeczach. Ale jest to tylko iluzja. Wystarczy, że zniknie, że zaczniemy go szukać, a nagle okaże się, jak bardzo obcy jest nam, jak niewiele o nim wiemy. Sportowy samochód, obsesja na punkcie Maroka, kartoteka na policji, związek z kobietą...


Gdy jest za późno, nagle zaczynamy poznawać prawdę. A najzabawniejsze, na swój tragiczny sposób, jest to, że podczas tej podróży bliżej poznajemy też innych. Pojawia się bliskość, wspólnota doświadczeń, która ukrywa prawdę, że nic tak naprawdę nas nie łączy.

Pod tym wszystkim jest jednak i ziarno "optymizmu". Są więzy, które są silniejsze niż wszystko inne. To więzy krwi. Można stać się sobie obcym, ale nie można przestać być synem swojej matki. Ta niemal telepatyczna więź jest nieukierunkowaną siłą, zaledwie sygnałem alarmowym. Ale to wystarcza. Obcość jest czymś nabytym.

Ciche kino, oparte na prostych konstrukcjach fabularnych. Ale jest w tym coś na tyle przejmującego, by dotknąć duszy.

Ocena: 7

Marfa Girl (2012)


Co za zawód. Clark do tej pory kojarzył mi się z ciekawymi, wręcz okrutnymi portretami młodzieży. "Bully" i "Ken Park" uważam za filmy znakomite, dlatego też nie mogłem nie obejrzeć jego nowego dzieła. Niestety w niczym nie przypomina poprzednich obrazów.


"Marfa Girl" jest dla mnie zbiorem szkiców fabularnych. Szybko, trochę niechlujnie uchwyconych pomysłów, idei, historii. Należało to następnie przetworzyć, zlepić w jedną całość. Tego jednak Clark nie zrobił. Dlatego też o ile na poziomie świadectw z życia w przygranicznej mieścinie film jeszcze funkcjonuje jako tako, o tyle na szerszym poziomie fabularnym, historii Adama, a przede wszystkim Toma, jest to niepowodzenie na całej linii. Nadrzędna fabuła rozłazi się niczym puch z rozszarpanego pluszowego misia. A szkoda, bo policjant Tom mógł być bardzo ciekawym tragicznym antybohaterem.

Słabością filmu było też aktorstwo większości obsady. Gdyby Clark zdecydował się na mniejszą liczbę monologów, ich niezdarność aż tak mocno nie rzucałaby się w oczy. A tak niestety sam sobie zrobił niedźwiedzią przysługę.

Ocena: 4

wtorek, 25 grudnia 2012

Klovn: The Movie (2010)


Nie. Nie. I jeszcze raz nie. To ma być "najzabawniejszy film roku"??? Gruba przesada. Uwielbiam skandynawskie poczucie humoru, ale tu zabawne sceny mógłbym zliczyć na palcach jednej ręki i a tak by mi jeszcze zostało.


Spodziewałem się czegoś naprawdę szalonego. Ale okazało się, że najbardziej pomysłowa była kampania promująca. Zwiastun naprawdę oferował wszystko, co w filmie najlepsze, a plakaty grubo przesadzały z akcentowaniem tego, co w filmie jest na dalekim trzecim planie. "Klovn" w wersji kinowej to dość prosta historyjka o tym, jak destrukcyjna jest męska panika, kiedy facet dowiaduje się, że będzie ojcem i nagle musi przekonać siebie i cały świat, że na bycie ojcem jest gotowy. Poza kilkoma pedofilskimi dowcipami "Klovn" jest dość standardowym filmem drogi.

Jak dla mnie była to strata czasu. Na szczęście film nie jest zbyt długi, więc też moje cierpienia szybko się skończyły.

Ocena: 2

Take Shelter (2011)


Niesamowity film. Można go odczytywać jako skromny dramat jednostki popadającej w szaleństwo i dobrze zdającej sobie z tego sprawę. Można też patrzeć na film jak na historię o współczesnym Noem. A tak naprawdę nie należy oddzielać tych dwóch spraw, bo, jak mistrzowsko pokazał Jeff Nichols, jedno wcale nie wyklucza drugiego.


Trochę żal mi Michaela Shannona, bo niestety został zaszufladkowany. Ale granie szaleńców wychodzi mu naprawdę znakomicie. Jego Curtis to postać tak skomplikowana, że aż trudno uwierzyć, że jednemu aktorowi udało się ją aż tak dobrze oddać we wszystkich jej niuansach. Ten obezwładniający go strach, że być może jest na tej samej drodze, co jego matka zamknięta w wariatkowie. Ale jeszcze większy strach czuje przed tym, co jego sny zapowiadają. Tę dwoistość natury najlepiej oddaje scena (słusznie) usunięta z ostatecznej wersji, gdzie na pytanie, dlaczego buduje schron, choć przecież nie wierzy w swoje sny, odpowiada, że bezpieczny zawsze ubezpieczony.

"Take Shelter" jest przejmującym obrazem osobistej apokalipsy, jaką jest szaleństwo (lub sama obawa, że popada się w obłęd). Sugestywność, z jaką udało się oddać zmagania Curtisa, naprawdę poraża. Film zachodzi za skórę i nie daje o sobie zapomnieć. Jest to również opowieść o tym, jak daleko zaszliśmy na drodze separacji życia codziennego od religii. Świat nie jest już holistyczną przestrzenią, gdzie komunikacja może przebiegać na wielu torach jednocześnie. Curtis mógłby być prorokiem, ale nie podejmuje się tej roli, ograniczając się jedynie do szukania sposobu na zabezpieczenie własnej rodziny. A i to robi z niepełnym przekonaniem. Czy świat (a może Bóg) próbuje mu coś powiedzieć? Czy szaleństwo jest naprawdę chorobą, a może wyłącznie dowodem na większą wrażliwość na otaczający nas świat?

"Take Shelter" to zdecydowanie jeden z najciekawszych obrazów apokaliptycznych, jakie miałem okazję ostatnio obejrzeć. Jeff Nichols zdecydowanie wyrasta na reżysera, na którego trzeba mieć baczenie.

Ocena: 9

Going Down in LA-LA Land (2011)


No proszę, Casper Andreas bardzo rozwinął się jako reżyser. Przebył daleką drogę od czasu żenującego "A Four Letter Word". Jak dla mnie "Going Down in LA-LA Land" to jego najlepszy obraz i z całą pewnością będę wyczekiwał następnego. Bo wciąż ma jeszcze trochę rzeczy do poprawienia.


Jeśli chodzi o "Going Down in LA-LA Land", to mój główny zarzut jest w zasadzie ten sam, co w przypadku "360". Na szczęście Andreas ograniczył liczbę wątków, przez co nie ma tu aż takiego bałaganu. Ale c'mon. Nie kupuję tego, że przez 90% czasu reżyser rozwodzi się nad tym, jak to Hollywood jest fabryką koszmarów miażdżąc marzenia i rozmieniając je na drobne korzyści finansowe, a potem pointuje to ckliwym finałem, w którym przekonuje, że jednak sny w Hollywood się spełniają.

Może jest to po prostu kwestia proporcji. Gdyby więcej czasu poświęcono na pokazanie rozwijającej się relacji między Adamem a Johnem, wtedy łatwiej byłoby mi się przestawić na to, że tak naprawdę oglądam bajkę o męskim Kopciuszku. Dlatego też uważam, że scena, w której John słyszy o zaręczynach kolegi z planu, powinna znaleźć się w filmie. Owszem, wtedy nie byłoby zaskoczenia z telefonem, ale dla mnie była to niezbyt miła niespodzianka.

A może chodzi tu o to, że po prostu część poświęcona rozwiewaniu się złudzeń bardziej mi się spodobała. Andreas niby pcha bohatera na dość standardową ścieżkę kariery, ale opowiada o tym na tyle ciekawie, że upadek bohatera śledziłem z uwagą. Przypomniał mi się "The Fluffer" Glatzera i Westmorelanda. W fajny sposób pokazany został tu przemysł porno. Andreas świetnie równoważy luźną atmosferę z bezwzględnym wyzyskiem. Ron jest postacią naprawdę sympatyczną, ale jednocześnie dokładnie wie, gdzie nacisnąć, jak kusić, by zdobyć to, co chce.

(Brent Bailey)
Spodobała mi się też postać Allison Lane, która jest taką łagodniejszą wersją głównego bohatera. Jej droga życiowa jest niemal identyczna, a jednak ma na tyle zdrowego rozsądku, by nie pogrążyć się po uszy, tak jak to się stało z Adamem. Ale może też dlatego to on dostaje szansę zrealizować swoje marzenie, a ona nie?

Ocena: 6

PS. Matthew Ludwinski. Cały czas nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że ma on tak głęboki, niski głos. Wydawało mi się to strasznie dziwne. Zdumiał mnie też Jesse Archer, kto by pomyślał, że może tak fajnie wyglądać w okularach i krawacie.

niedziela, 23 grudnia 2012

The Guard (2011)


Zabawna komedyjka o tym, że gburowatość i obcesowość nie są wcale takie złe. Zwłaszcza w świecie, w którym swoje rzeczywiste poglądy ukrywa się za uśmiechem i uprzejmą gadką. Sierżant Boyle może i nie jest modelowym policjantem, czasem weźmie kwas, nie jest głową rodziny, a wolne chwile spędza w towarzystwie kobiet, którym za to płaci. Kiedy jednak przychodzi co do czego, pozostaje nieprzekupny, jest oczytany i inteligentny i potrafi zdobyć się na bohaterstwo. Ja tam wolałbym, że w każdej policji było więcej ludzi takich jak on, niż takich, jak z polskiej "Drogówki".


Film bawi z dwóch powodów. Ma świetne napisane dialogi (o czym niestety nie przekonają się ci, którzy nie znają angielskiego; tak niechlujnego tłumaczenia już dawno nie widziałem; chętnie bym je wyłączył, ale nie było takiej opcji :(). Drugim atutem jest świetny Brendan Gleeson. Absolutne mistrzostwo aktorstwa komediowego. Szkoda mi za to Marka Stronga, który niestety zagrał na pół gwizdka wcielając się w bezbarwną postać.

Ocena: 7

sobota, 22 grudnia 2012

The Double (2011)


Teraz już wiem, jaki jest sens wczesnego ujawniania tożsamości postaci, która ma być największą tajemnicą filmu. Dzięki temu odwraca się uwagę widza od tego, jakimi kretynami są bohaterowie, którzy w teorii mają być niezrównanymi asami w tym, co robią.


Taki Kasjusz. Skoro wie, że ktoś się pod niego podszył, dlaczego dał się wypłoszyć? Gdyby wiedział o Bozłowskim, to co innego, ale on nie wiedział. Za to powinien wiedzieć, że tylko parę osób mogło mieć interes w tym, żeby go ujawnić (i pewnie zabić, w jego zawodzie to przecież oczywiste). A mimo to jest mocno zaskoczony kiedy dodanie dwa do dwóch daje mu cztery.

A Geary? Scena, kiedy w końcu odkrywa tożsamości Kasjusza to jedna z najgłupszych scen dedukcji, jakie przyszło mi oglądać. Ale ponieważ to była nowina tylko i wyłącznie dla niego, a widzowie wiedzieli już od dawna, więc im to nie przeszkadzało (a przynajmniej tak uznali twórcy). Otóż mnie przeszkadzało. Szkoda, że film został dobrze zrobiony, bo zdecydowanie miałem ochotę postawić mu niższą ocenę.

Ocena: 5

Footloose (2011)


Filmy o młodzieży takie jak "Fame" czy "Footloose" powinny mieć ustawowy nakaz remake'owania co 20-25 lat. Porównując kolejne wersje bardzo łatwo można zobaczyć, jak zmieniło się społeczeństwo, postawy i estetyczna wrażliwość.


Nowe "Footloose" mocno podnosi stawkę jeśli chodzi o dramaty przeżywane przez bohaterów. Twórcy mocno koncentrują się na kryzysie ekonomicznym i osobistych tragediach. To, co w oryginale z '84 było pretekstem, tu staje się wręcz siłą napędową. Ariel jest też tutaj o wiele odważniejsza w przekraczaniu granicy między córką pastora a dziką nastolatką. Sceny tańca z początkowych partii filmu są tez przeerotyzowane. Wszystko to jest potrzebne twórcy, by wzmocnić końcowe przesłanie. Kiedy widzimy na potańcówce grzeczne pary tańczące wolnego i przypomnimy sobie, jak wywijali biodrami godzinę wcześniej, wtedy okaże się, że nowe "Footloose" to przede wszystkim opowieść o niewinności. Swoboda, bunt poszły już tak daleko, że nastolatkom nie zostało tak naprawdę nic z prostoty. I właśnie przez to stała się ona na tyle egzotyczna, że z jednej strony przeraża, a z drugiej strony jest czymś, za czym się tęskni. Pewnie wstyd jest się do tego przyznać, ale to nie znaczy, że gdzieś tam jest to obecne. A może nie? W końcu film się nie sprzedał za dobrze.


A co do Kenny'ego Wormalda. Cóż, moim zdaniem nie ma w sobie tego potencjału i aktorskiego ognia, jaki miał młody Kevin Bacon. Jakoś nie widzę go ze Złotym Globem.

Ocena: 6

The Pelayos (2012)


Jak na film rozgrywający się w kasynie, "Pasmo sukcesów" jest niebywale bezbarwny. Nie jest to do końca dramat rodzinny, bo poszczególni bohaterowie są zbyt papierowi, mają jedną, dwie wyraziste cechy i nic więcej. Nie jest to też zawadiacki film o Dawidzie i ruletkowym Goliacie. Sceny w kasynie nie są zbyt dynamiczne, a i rywalizacji za bardzo nie czuć, choć Eduard Fernández w roli szefa kasyna był dobrym obsadowym posunięciem.


Jako całość jest to jednak zawód. Bardzo chciałem zobaczyć film. I choć nie jest to tragiczny obraz, czułem się zawiedziony. Po obsadzie i temacie można byłoby sądzić, że czeka mnie fajne półtorej godziny. No cóż. Mówi się trudno.

Ocena: 5

piątek, 21 grudnia 2012

360 (2011)


To są jakieś żarty! Fernando Meirelles robi widzów w konia, a "360" jest filmem tak idiotycznym, że najchętniej pozostawiłbym go bez komentarza.


Przez 95% czasu Meirelles kreśli przed nami wizję ponurego świata. Obiecuje tylko ból, niespełnione marzenia, tęsknotę, zdradę, brak komunikacji, oszustwa, szantaż, pogoń za iluzorycznym bogactwem. I choć za bardzo się nie wysilił, to mogłem to jeszcze zaakceptować. Owszem, zagubił się w wielości wątków. Tak, całość jest nudna. Ale przynajmniej film jest konsekwentnie poprowadzony.

I wtedy bach! Ni z gruszki, ni z pietruszki, zupełnie w oderwaniu od całej reszty fabuły następuje zwrot o 180 stopni i dostajemy jakąś chorobliwie optymistyczną wizję, w której wszyscy są weseli i zadowoleni. Ostatnie pięć minut przypomina raczej reklamę ubezpieczenia na życie, niż porządnie zrobiony film kinowy. Widząc to poczułem się oszukany przez reżysera, a nie pokrzepiony.

Ocena: 3

Hitchcock (2012)

"Hitchcock" jest w zasadzie kolejną standardową opowieścią o twórcy-wampirze. Genialny reżyser bezwzględnie wykorzystuje otoczenie, by karmić swoje obsesje i tworzyć niezwykłe dzieła sztuki. Jest psychopatą, który potrafił zaaklimatyzować się w świecie ludzi. I gdyby tylko o tym był "Hitchcock", nie wart byłby uwagi. Na szczęście jest to również film o kobiecie, żonie słynnego reżysera. To ona okazuje się być prawdziwym geniuszem. Jej siłą jest równoważenie kreatywności z twardym pragmatyzmem. Dzięki postaci Almy Reville filmy wydobywa się z banału i nabiera rumieńców.


Choć może nie jest to zasługa samej postaci Almy, ile grającej ją Helen Mirren. Dominuje w każdej scenie, w której się pojawia. Anthony Hopkins, który gra lepiej niż się tego spodziewałem, nie dorasta jej do pięt. A jej monolog, kiedy wygarnia mężowi prawdę, to perła, dla której warto obejrzeć film w całości.

Dialogi mogłyby być nieco lepsze. Za to charakteryzacja jest bezbłędna. A Toni Collette w czarnych włosach wygląda bardzo fajnie.

Ocena: 7

czwartek, 20 grudnia 2012

Les Misérables (2012)


Film, który wywołuje łezkę nostalgii. Przywodzi bowiem na myśl klasyczne musicale z lat 60. i 70., jak na przykład "Skrzypek na dachu". Tom Hooper stworzył adaptację jak się patrzy, którą oglądałem z nieskrywaną przyjemnością.


Byłem niezwykle ciekaw, jak gwiazdy poradzą sobie ze śpiewem. I o dziwo, było lepiej, niż myślałem. Najbardziej spodobali mi się Eddie Redmayne jako Marius (ma naprawdę fajny głos, choć jego skala nie jest zbyt duża) i Samantha Barks jako Éponine. Duże wrażenie zrobiła też na mnie wersja "I Dreamed a Dream" w wykonaniu Anne Hathaway. Jest chropowata, nie tak monumentalna jak to, co przyniosło sławę Susan Boyle, ale w filmie sprawdza się lepiej, idealnie współgrając z brudem i nędzą, jakie otaczają Fantine. O dziwo nieźle śpiewał też Russell Crowe, a co do niego miałem największe obawy.

Nie wszystko jednak Hooperowi się udało. Film jest piękny wizualnie (świetne zdjęcia, scenografia i charakteryzacja). Samej historii brakuje niestety pasji. Dotyczy to przede wszystkim wątku spinającego cały musical, czyli starcia Valjeana i Javerta. I Crowe i Jackman nie potrafią sprawić, by między bohaterami naprawdę zaiskrzyło. O wiele więcej emocji jest w krótkim wątku z Éponine. Brak mocno zarysowanego konfliktu sprawia, że całość nie jest wzięta w ryzy, więc trochę się rozłazi i miejscami dłuży się, choć jednocześnie nie ma w filmie chyba ani jednej sceny, którą uważam, że można byłoby usunąć. Ale na szczęście to nie przeszkodziło mi w czerpaniu przyjemności z seansu.

Ocena: 7

wtorek, 18 grudnia 2012

The Paperboy (2012)


Lee Daniels trochę przesadził. Jego nowy film to popis zabaw wizualnych. Zdjęcia są świetnie wystylizowane na lata 60. Do tego sporo eksperymentuje, bawi się formą, tempem, kolorami i kontrastem. Problem w tym, że nie składa się to w jedną spójną całość. Na ekranie króluje chaos, następują nagłe przeskoki, zmiany formy za bardzo zgrzytają, jak próba przejścia od razu z pierwszego na trzeci bieg. Gdzieś w tym wszystkim ginie też klimat południa Stanów, chwilami bliżej scenerii do Saint Tropez.


Podobnie jest z fabułą. Daniels jest niekonsekwentny nawet w tak banalnych sprawach, jak narratorka. Początkowo Anita prezentowana jest jako osoba opowiadająca wszystko dziennikarzowi na potrzeby wywiadu. Ale w scenie łóżkowej Jacka i Charlotte komentuje scenę i wypowiada się bezpośrednio do widzów, stając się zupełnie innego rodzaju narratorką.

Za to Danielsowi należą się wielkie brawa za poprowadzenie aktorów. Tu wykonał mistrzowską robotę. Większość z aktorów gra wbrew swoim dotychczasowym wizerunkom i każdy z nich wypada znakomicie. Dotyczy to nie tylko Kidman czy McConaugheya, ale także Efrona (fajnie, że traci upierzenie disnejowskiego czarusia) i przede wszystkim Cusacka, który chyba jeszcze nigdy nie był tak obleśną świnią.

Ocena: 6

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Chasing Mavericks (2012)

Nie ma to, jak odwrócić kota ogonem. "Wysoka fala" jest czystą afirmacją uzależnienia. I do tego opowiedzianą dokładnie tak, jak opowiada się w kinie o narkomanach. Mamy więc chłopaka, który musi poradzić sobie z poczuciem odrzucenia przez ojca. Szuka więc zapomnienia, zatapia się w świecie ekstremalnych doświadczeń, dzięki który czuje, że żyje. Tyle tylko, że w historiach o narkomanach byłaby to część filmu i to ta mniej istotna, a w "Wysokiej fali" jest to całość. Destrukcyjne skutki nałogu tu zostały ograniczone do ckliwego post scriptum. Bo przecież życiowa pasja nie może być zła, prawda? I tak docieramy do sedna, czyli czystej sofistyki. Wystarczy zastąpić "uzależnienie" pojęciem "pasji życiowej", by nagle wszystko było ok. A że Jay był trupem w wieku 22 lat? Z tego też można zrobić mit.


Jeśli chodzi o sam film, to jest to typowa pokrzepiająca bajeczka (co samo w sobie jest absurdem). To taka bardziej ckliwa wersja "Wszystko za życie". Na największy plus należy zaliczyć to, że całość jest zadziwiająco spójna. Biorąc pod uwagę konieczność wymiany w trakcie prac nad filmem reżysera, zmiany tej prawie w ogóle się nie odczuwa.

Ocena: 5

Killing Bono (2011)


I jak tu nie wierzyć w istnienie przeznaczenia, losu, z którym choćby nie wiadomo ile się wojowało, to i tak się nie wygra. Niby pełno w filmie humoru, to w sumie przesłanie ma gorzkie: czasem przeznaczone nam jest nie to, o czym marzymy całe życie.


Dwóch licealistów. Startują z tego samego miejsca, mają ten sam cel: stworzyć znany na świecie zespół. Jeden odnosi sukces, pozornie bez większego starania się. Drugi tylko marzy i co chwilę wpada na mielizny. Tym pierwszym był Bono, tym drugim Neil. Neil bardzo się stara. Rzuca wszystko na jedną szalę, niszczy nawet marzenia brata (i to wielokrotnie), wciąż goni za sukcesem, który jest tuż tuż, a jednak nieuchwytny. I owszem, można zrzucać winę na Neila, że jest niezorganizowany, że pozbawiony jest pragmatycznego podejścia, że jest zwykłym żywiołem bez jakiegokolwiek wsparcia. Ale trochę trudno jest mu nie współczuć. Bo to może być każdy z nas. Nie ma nic gorszego niż mieć marzenie, do którego realizacji nie jesteśmy stworzeni.

Ocena: 6

PS. Ben Barnes całkiem fajnie wypada jako Irlandczyk.

niedziela, 16 grudnia 2012

L'affaire Farewell (2009)


Film może i pokazuje ważny kawałek historii prowadzący do upadku bloku wschodniego, ale też daje prostą lekcje: życie jest dla cyników, bohaterstwo dla męczenników. Ten, kto z idealistycznych pobudek stara się zmienić świat nie może liczyć na żadną taryfę ulgową, czy to ze strony "swoich" czy też obcych, którym pomaga. Zawsze okaże się, że pragmatyka będzie jego największym wrogiem.


Szkoda trochę, że lekcja ta jest prowadzona w sposób tak bardzo podręcznikowy. Przez to film pozbawiony jest własnego charakteru. A to oczywiście skończy się tym, że już za miesiąc tytuł nie będzie mi nic mówił i będę musiał spojrzeć na mój blog, by w ogóle pamiętać, że go widziałem. Muzycznie jest całkiem niezły. No i zawsze fajnie jest zobaczyć Caneta na ekranie. Ale to wszystko.

Ocena: 6

Someday This Pain Will Be Useful to You (2011)


I kolejna historia roztrzęsionego nastolatka, który nie bardzo wie, co ma robić w swoim dorosłym życiu. W przeciwieństwie jednak do "Całkiem zabawnej historii" ten film jest zdecydowanie mniej czarujący i udany.


Już sam wybór bohatera raczej irytuje, niż zachęca do zainteresowania się jego losami. Biedaczyna ma bogatych rodziców, do tego są oni na tyle zafrasowani sobą, że choć starają się być obecni w jego życiu, to jednocześnie pozostawiają mu bardzo dużo swobody. Do tego, jak na osobę, która opisuje siebie jako milczka, japa mu się w ogóle nie zamyka. Jego mazanie się jest więc irytujące, jeśli weźmie się pod uwagę to, z czym borykają się inni ludzie. Oczywiście fakt, że ktoś jest bogaty, wcale nie znaczy, że z definicji ma lepiej. Ale być może, gdyby narracja miała inną konstrukcję, trywializacja problemów bohatera nie przychodziłaby mi z taką łatwością.

Film sprawia wrażenie, jakby jego twórca tak był szczęśliwy, że ma super obsadę, że w zasadzie nie interesowało go już ani to co ani też jak aktorzy będą grali. Jego może i to nie obchodziło, mnie i owszem. Dlatego też obraz był dla mnie rozczarowaniem.

Ocena: 5

It's Kind of a Funny Story (2010)


Całkiem udana próba zdjęcia stygmatu z osób cierpiących na problemy psychiczne. Choć może nie do końca odczytuję film zgodnie z zamierzeniami twórców. Dla mnie "Całkiem zabawna historia" jest obrazem przekonującym, że choroba jest częścią człowieka. Nie należy jej traktować jak ciało obce, które powinno się usunąć w całości. Można natomiast próbować kształtować ją tak, by stała się jak najmniej uciążliwa, by pozwoliła ludziom prowadzić w miarę satysfakcjonujące życie. Choroba jest bowiem owocem osobowości, jej ekspresją, a przez to wymagającej troskliwego podejścia. I jak ze wszystkim co żyje, tak i w przypadku chorych, jednym można pomóc, innym można ułatwić trwanie, a jeszcze inni są poza wszelką nadzieją (choć ten ostatni element twórcy trochę za bardzo zmietli pod dywan).


A sam film, to typowe kino niezależne. Wdzięczne, fajnie zrobione, łączące humor z poważną tematyką. Jestem tą konstrukcją trochę zmęczony, ale w tym przypadku jeszcze ją kupiłem. Pomogła dobrze dobrana obsada. Zaskakująco niezły był Galifianakis, który pokazał, że tak jak wcześniej Jim Carrey tak i on może gra role poważniejsze.

Ocena: 7

Black Gold (2011)


Lubię historie o takich bohaterach jak książę Auda. Pomijani, ignorowani, którzy z tak a nie inaczej pojmowanego obowiązku wkraczają na drogę obcą ich duchowi. I choć mierzi ich to, co muszą czynić, robią to w imię wyższego dobra, a ponieważ są w tym dobrzy, stają się więźniami cudzych oczekiwań. I kończą w miejscu, które tak bardzo nienawistne im było na początku.


I właśnie dlatego trochę rozczarowało mnie "Czarne złoto". Obraz Annauda to standard kina historycznego. Dobrze skrojone, profesjonalnie wykonane. Jednak dramat głównego bohatera nie jest do końca wygrany. Biorąc pod uwagę obsadę, można było oczekiwać więcej. Ale tak samo było z "Siedmioma latami w Tybecie", więc przynajmniej Annaud pozostaje konsekwentny.

Ocena: 6

sobota, 15 grudnia 2012

Ruin (2012)


Widzę, że SF jest bardzo popularne wśród twórców filmów krótkometrażowych. Ta wizja spodoba się ekologom. Oto świat przyszłości, w którym rośliny odzyskały zrabowane im tereny. Wielkie drapacze chmur teraz są gigantycznymi donicami dla ponownie zielonej planety.


Fabularnie za to trudno coś o filmie powiedzieć. Całość ogranicza się wyłącznie do jednej długiej sceny akcji. Ale pewnie poznam więcej szczegółów, kiedy 20th Century Fox zrealizuje wersję kinową (tak przynajmniej w opisie pod filmem chwali się reżyser).

Ocena: 6

Monster Roll (2012)

Genialne! Pierwszorzędna zabawa. Tak głupie, że aż uzależniające. Mam nadzieję, że na krótkometrażówce się nie skończy i że doczekam się wersji kinowej.


Film ma oczywiście absurdalną fabułę. Ale zrobiony jest z jajem i poczuciem humoru. Efekty komputerowe może nie są najwyższych lotów, ale kto by na to zwracał uwagę. Ważne, że jest humor.

Ocena: 7

Plurality (2012)


O, tę z kolei krótkometrażówkę chętnie zobaczyłbym w wersji rozwiniętej do kinowego widowiska. Niby układ jest ten sam, co przy "True Skin", ale Dennis Liu nie zapomniał o fabule. Co więcej, kończy swój film w najlepszym momencie, więc tym bardziej chce się dowiedzieć, co będzie dalej.


Niestety film ma kilka technicznych potknięć i jeden błąd montażowy, który dość mocno rzuca się w oczy. Ale to, co tu traci nadrabia fabułą, więc w sumie podobało mi się to bardziej.

Ocena: 7

True Skin (2012)


"True Skin" znalazło się na pierwszym miejscu listy Viewfinder List, czyli odpowiednika scenariuszowej Black List. Pewnie dlatego jestem trochę zawiedziony. Owszem, filmik całkiem niezły. Ale tylko niezły.


Filmik za bardzo akcentuje techniczne aspekty realizacyjne. Reżyser bawi się podrasowywaniem zwyczajnych obrazków tak, by wyglądały futurystycznie. Wizja przyszłości jest intrygująca, ale dzieje się to kosztem samej historii, która sprowadza się do monotonnego monologu z offu i niejednoznacznego zakończenia. Dla mnie to za mało.


Z całego filmu najbardziej spodobała mi się pioseneczka z napisów końcowych.

Ocena: 6

Columbus Circle (2012)


Ugh, cóż za zmarnowany potencjał. A wszystko przez kiepski scenariusz. To mógł być naprawdę ciekawy thriller z wciągającą intrygą. Ale kiedy tropy i tajemnice rzucane są z wdziękiem zapaśnika sumo próbującego zrobić plie na linie, trudno naprawdę o efekt zaskoczenia.


Pozostały więc drobiazgi, dzięki którym twórcy uciułali u mnie pięć punktów. Ale największą tajemnicą jest dla mnie, jak udało się do filmu przyciągnąć tyle znanych twarzy. Może nie pokazano im scenariusza?

Ocena: 5

piątek, 14 grudnia 2012

Et si on vivait tous ensemble? (2011)


Sympatyczna powiastka o tym, że starzy ludzie może i mają blisko do śmierci, to jednak nie znaczy, że już są martwi. Owszem, mają problemy ze zdrowiem, pamięcią. Ale wciąż mają swoje potrzeby i pragnienia. I jeśli nawet te potrzeby mogą mieć zgubny skutek na ich zdrowie, dlaczego ktokolwiek miałby im tego zabraniać. Skoro młodzi mogą robić głupstwa, starzy też mają do tego prawo.


"Zamieszkajmy razem" to równie dobry pretekst do rozpoczęcia rozmowy na temat form opieki nad osobami starszymi. Bo, że opieka jest potrzebna, to oczywiste. Ale twórcy filmu pokazują, że bardzo zinstytucjonalizowane domy starości nie koniecznie są najlepszym rozwiązaniem. Lepiej sprawdzą się mniejsze "komuny" mająca własną zaufaną grupę opiekunów.

Ocena: 6

Holy Motors (2012)


Najnowszy film Leosa Caraxa idealnie wpisuje się w kontinuum wytyczone z jednej strony przez "Rekonstrukcję" Boego, z drugiej przez "Atlas chmur" Wachowskich i Tykwera. Od tego pierwszego wziął sztuczność konstrukcji, która mimo to daje jakże prawdziwe, pełne emocji efekty. Od tych drugich pożyczył wieloepizodyczną formułę jak i metafizyczny budulec.


"Holy Motors" to wyprawa do świata nieświadomości. Dla Caraxa jest to świat nostalgii i tajemnicy związanej z tym, co minęło. Dlatego też wrotami do niego są symbole, które dla bohatera są już znakami przeszłości (las, który jest już tak odległym dla niego symbolem nieświadomości, że zastąpiła go tapeta; kino, które jest ożywionym mitem – idea popularna u zarania medium, ale dziś coraz rzadziej przypominana; limuzyny).

Po przekroczeniu bram nieświadomości, trafiamy do świata, gdzie zwykłe prawa logiki zdają się nie obowiązywać. Ale nie oznacza to wcale, że nie ma tu żadnych praw, bądź że wszystko jest kłamstwem lub iluzją. Nie. W tej nostalgicznej podróży odkrywamy głębszą prawdę o świecie, prawdę znaną od zarania dziejów. "Holy Motors" to bowiem opowieść o ciągłości aktu stworzenia. Pan Oscar jest jednym z tych, którzy podtrzymują istnienie świata, wkraczając w kolejne żywoty, dokonując czynów banalnych i morderczych. Każdy z nich jest aktem wiary, aktem narodzin i aktem śmierci. Wszystkie one gwarantują ruch duszy. I ukazując ten proces, przy okazji Carax stawia to samo pytanie, co przed wielu laty zadał Dick: "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?". Czyli, czy w świecie gdzie maszyna i ciało zostaną w końcu zasymilowane, będzie jeszcze miejsce dla nieświadomości, dla niewidocznych procesów istnienia, dla duszy. Carax jest chyba optymistą. Bohater rodem z historii E. T. A. Hoffmanna z początku filmu daje twierdzącą odpowiedź. Co dla limuzyn niekoniecznie musi być dobrą wiadomością. Proces może pozostać, jego nośnik może zaś ulec zmianie.

Lubię takie kino, złudnie proste, niekoniecznie tak skomplikowane, jak się wydaje, pełne magii, niedopowiedzenia, koncentracji na subiektywnym odbiorze. Jest coś hipnotycznego w "Holy Motors", kiedy Carax przemiela archetypiczne sceny i symbole i tworzy z nich pełną fantazji przypowieść.

Ocena: 8

The Way (2010)


Kolejny film z serii: idziemy, idziemy, idziemy, życie poznajemy. Niestety jest to film zbyt rozwleczony i w zbyt oczywisty sposób poprowadzony, bym opowieść kupił.


Choć pretekstem do opowiedzenia historii jest śmierć, a po drodze bohater wysłucha wiele świadectw ludzkich tragedii, to film zanurzony jest w morzu cukru. Emilio Estevez chciał w ten sposób opowiedzieć o nadziei, jaka przecież musi towarzyszyć tym, którzy wyruszają na tak ambitną pielgrzymkę. Niestety nie zachował równowagi i dlatego jego film robi się groteskowo optymistyczny. Bohaterowie są zaś jak wyciśnięci z plastikowej formy: brak im autentyczności. Stąd też najlepiej wypada cała otoczka: idea pielgrzymki i piękne widoki. Ale to nie jest film reklamowy, więc nie o to tu chodziło.

Ocena: 5

środa, 12 grudnia 2012

End of Watch (2012)


David Ayer zaczynał swoją karierę od scenariusza "Dnia próby". Teraz postanowił wrócić do tego temu i pokazać, jak on – po latach doświadczeń w Hollywood – nakręciłby film o policjantach z Los Angeles. I cóż, wcale nie wypada lepiej od Antoine'a Fuquy.


Film zaczyna się od strzelaniny, która ustawia cały film. Bohaterami są pewni siebie policjanci: zadziorni, zachowujący się z brawurą i czarujący w swoim przyjacielskim przywiązaniu do siebie nawzajem. Główny wątek fabularny jest jednak dość przeciętny i przewidywalny. A jego zakończenie można uznać za mocno rasistowskie.

To, co wypada ciekawiej, to tło, obraz miasta. Los Angeles ukazane jest tutaj jako miejsce znajdujące się w punkcie zwrotnym. Stopniowo, wcale nie tak niepostrzeżenie, odbywa się latynoska rekonkwista. Dokonywana jest rękami przestępców, członków gangów i karteli, ale i służb pilnujących prawa i porządku. Hiszpański staje się językiem równoprawnym do angielskiego. I ci, którzy zignorują te sygnały ostrzegawcze, czynią to na swoją własną odpowiedzialność.


"Bogowie ulicy" mogą pochwalić się całkiem dobrą grą aktorską. Gyllenhaal i Peña tworzą zgrabny duet, dzięki czemu stworzyli jedną z najlepszych w ostatnim czasie par kumpelskich w filmie niekomediowym. Fajna jest też ścieżka muzyczna, choć jak na mój gust mogła być trochę bardziej eklektycznie latynoska.

Ocena: 6

Drogówka (2012)

Smarzowski jest już chyba na zawsze dla mnie stracony. Nie kupuję jego maniery, jego potrzeby przebijania sprawności technicznej i polotu narracyjnego artystycznymi ambicjami. "Drogówka" była dla mnie prawdziwie traumatycznym przeżyciem. Nie dlatego, że jest to słaby film, ale dlatego, że jest to film wielu straconych okazji.


Na początku "Drogówka" wydaje się współczesnym odpowiednikiem filmów Barei. Tak jak tamten wyśmiewał absurdy życia w czasach komuny, tak Smarzowski celnie wypunktowuje dzisiejsze paranoje. Strzela absurdalnymi seriami scen niczym z karabinu maszynowego. Momentami wydaje się, że jest tego za dużo, za szybko, ale to jeszcze byłem w stanie zaakceptować.

Potem "Drogówka" zmienia się w rasowe kino sensacyjne. Główny bohater niczym Bourne jest ścigany i sam ściga. Wykazuje się przy tym sprytem rodem ze skandynawskich kryminałów i sprawnością fizyczną, jakby ćwiczył we francuskich filmach akcji sceny parkouru. Ale nie. Kino gatunkowe jest poniżej Smarzowskiego, co udowodnił już w "Domu złym". Dlatego też genialna fabuła, która mogłaby w końcu polskie kino przywrócić mapie światowego filmu, musiał "wzbogacić" o dramat społeczny, hiperrealizm, wszystko utaplać w brudzie, smrodzie i wódzie. I wszystko po to, by na końcu objawić widzom, iż "Drogówka" jest artystycznym komentarzem do obecnej sytuacji na polityczno-gospodarczej scenie Polski.

Do tego dochodzą zabawy formalne a to rodem z kina found footage, a to tricki wizualne, które lata temu uskuteczniał Gaspar Noé. A ja z każdą kolejną minutą pogrążałem się w coraz większej depresji zadając sobie w duchu pytanie: dlaczego Smarzowski nie chce zadowolić się kinem gatunkowym? Owszem, scena wypadku i nagły szczękościsk dziwki trochę złagodziły mój zły humor, ale niestety to za mało, bym mógł wybaczyć reżyserowi jego przerośnięty gruczoł ambicji.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Smarzowski jest piekielnie utalentowanym twórcą. Od strony technicznej nie ma sobie obecnie w Polsce równych. To, co robi z obrazem, dźwiękiem, montażem to są mistrzowskie rzeczy (choć niestety "Drogówka" wygląda trochę jak składanka z najlepszymi utworami reżysera zaczynając się nawiązaniem do "Wesela" a kończąc jak "Dom zły"). Przez to jeszcze trudniej jest mi zaakceptować jego wybory.

Ocena: 4

PS. Za 10 lat "Drogówka" będzie miała przede wszystkim wartość historyczną. Jest bowiem zapisem tego, jak Warszawa wyglądała na początku 2012 roku. Swoją drogą budka z chińczykiem w centrum i wszystkie burdele Warszawy powinny być wdzięczne Smarzowskiemu za reklamę, jaką im sprawił.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Nuit blanche (2011)


Tego to się zupełnie nie spodziewałem. Owszem, liczyłem na kolejny solidny film sensacyjny znad Sekwany, bo Francuzi ostatnio w gatunku tym ścigają się o pierwsze miejsce ze Skandynawami zostawiając daleko w tyle Amerykanów, ale to było o wiele lepsze! Jardin udowodnił to, o czym wiedzą chyba wszyscy poza Hollywood, że dobrej historii nie trzeba podrasowywać. Sama się broni.


Wszystko w "Białej nocy" pachnie wtórnością na kilometr. Glina, który traci kontakt z rodziną. Mafia, która porywa mu syna. Skorumpowania lub nadgorliwi policjanci, którzy wchodzą mu w paradę. A nad wszystkim wisi ograniczenie w postaci czasu i publicznej przestrzeni.

W "Białej nocy" jednak te elementy zostały zestawione w doskonałą całość. Zwycięstwo Jardinowi zapewniła umiejętność prowadzenia filmowej narracji, świetne wyczucie tempa i doskonały montaż. Banalnymi sztuczkami filmowymi trzyma widza w napięciu, maskuje braki w scenariuszu i zapewnia sporą dawkę emocji tam, gdzie 3/4 reżyserów wyłożyłaby się na łopatki. Do tego Tomer Sisley stworzył fajną kreację, doskonale wpisując się w kanon kina akcji. Pochwaliłbym też zdjęcia, ale czasami operator przekraczał granicę efekciarstwa.

Ciekawe, czy Amerykanie już kupili prawa do remake'u?

Ocena: 8

Klip (2012)

Gdyby komuś pokazano tylko materiał nagrany na komórkach bohaterki, widz z całą pewnością pomyślałby, że ma do czynienia z bandą łobuzów i moralnych zwyrodnialców. Dziennikarze mieliby ucztę zapewnioną na parę tygodni, maglując temat demoralizacji młodocianych, przemocy, seksu i narkotyków. Ale jest to tylko część prawdy. I to ta mniej ważna część.


Tak, młodzi bohaterowie są wyuzdanymi egoistami. Ale czy może być inaczej? Lepiej jest się zatracić w seksie, szukać zapomnienia w narkotykach i alkoholu, dać się sponiewierać. Alternatywą jest bowiem cierpienie, zezwolenie, by do świadomości dotarł lęk przed stratą, ból bezradności w obliczu choroby. Z boku to może się wydawać okrutne. Z całą pewnością jest nieodpowiedzialne i może być bolesne, a nawet niebezpieczne dla bohaterki i jej otoczenia. Ale każdy broni się jak może.

Serbski "Klip" to taka mieszanka Larry'ego Clarka i Catherine Breillat. Od Clarka reżyserka pożyczyła dosłowność w portretowaniu młodych bohaterów łącznie z pornograficznymi scenami seksu. Od Breillat wzięła konstrukcję kobiecej protagonistki, która zatraca się w seksie utożsamianym z pełnym poniżeniem. Co ciekawe Breillat do scen seksu zatrudniała porno gwiazdę. Serbska reżyserka przekonała do pełnego ekshibicjonizmu Vukašina Jasnicia, który ponoć jest raperem (jako Marlon Brutal), ale to nie jego talent muzyczny eksploatuje.

Wadą "Klipu" jest jego ostentacyjna dosłowność. Użycie telefonu komórkowego  to tylko gimmick. Podobnie jest z piosenkami. Choć one jeszcze od biedy można usprawiedliwić. Tworzą tło, pokazując, jak masowa kultura wykorzystuje skłonności młodocianych, świadomie lub nie nakierowując ich ku destrukcyjnym swawolom.

Ocena: 6

niedziela, 9 grudnia 2012

De Heineken ontvoering (2011)


Jeśli wierzyć filmowi Treurnieta, nasze czyny są wynikiem pretekstów. Rem wpada na pomysł porwania Heinekena, a pretekstem jest ojciec, który stracił zdrowie pracując dla browaru. Heineken wraca do żony, a pretekstem jest porwanie, które niby zmienia jego priorytety. Podobnie kryje się za niewiedzą co do polityki firmy, a przecież była to niewiedza specjalnie przez niego pielęgnowana. I choć preteksty te mają w sobie więcej niż odrobinę prawdy, nie są jednak prawdziwymi powodami, dla których podejmowane są decyzje. Sympatyczny na pozór Rem ma w sobie sporo z psychopaty, a złość i agresja w planie porwania znajdują ujście. Heineken jest z kolei tchórzem, który do tej pory krył się przed prawdą za masą pieniędzy.


"Porwanie Heinekena" pokazuje również, jak wszystko jest ze sobą powiązane. Heineken nie kojarzył nazwiska ojca Rema. Ale to jego decyzje, nawet jeśli nieświadome, wpłynęły na losy Rema i nakarmiły go nienawiścią dla człowieka, który uczynił z jego ojca wrak człowieka (łatwiej jest przecież przyznać się do negatywnych emocji wobec obcej osoby, niż wobec rodzica). Ilu wrogów każdy z nas wyhodował sobie zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Jednak każdy czyn ma swoje konsekwencje i nikt z nas nie może grać w pełni wiarygodnie roli ofiary.

A sam film? Jest to poprawna produkcja, z zupełnie niezłą kreacją Hauera (na pewno musiał się tu bardziej napracować niż w większości chłamu, jaki jest mu ostatnio oferowany). Obraz ma też bardzo fajną muzykę, tyle że nie pasującą do niego. O wiele lepiej sprawdziłaby się w jakimś hollywoodzkim sensacyjnym widowisku jak kolejna część "Bourne'a".

Ocena: 6

Biutiful (2010)


Javier Bardem znów wdzięcznie umiera na ekranie. I gdyby robił to po raz pierwszy, pewnie wywarłby na mnie większe wrażenie. Ale w "Biutiful" jedynie przytłacza, podobnie jak i cały film.


Iñárritu kreśli przed nami wizję świat pełnego ludzkich wraków, które kurczowo próbują trzymać się na powierzchni bezkresnego oceanu tragedii. U meksykańskiego reżysera świat jest labiryntem bez wyjścia. Bo z jednej strony pieniądz jest niezbędny do przeżycia. Bez niego egzystencja jest tak tragiczna, że każda alternatywa wydaje się lepsza. Z drugiej strony pieniądz jest źródłem śmierci i rozłąki, wyrzutów sumienia i zdrady. Ale Iñárritu i tego jest za mało, więc główny bohater musi mieć dobre serce i moc rozmawiania ze zmarłymi, musi sam być o krok od śmierci i musi mieć na swoim koncie masowe zgony. Jest też przypowieść o tygrysie i jego opiekunie, która ma udowodnić, że człowiek może się w takiej samej sytuacji zachować inaczej niż tygrys. Ale wybór Ige wcale nie wydaje się altruistyczny, choć aby zadać sobie pytanie o jej motywy, trzeba odrzucić wizję reżysera.

Jest w tym filmie za dużo wszystkiego. Iñárritu próbuje stworzyć całościową teorię ludzkiej egzystencji. Ale przez to, choć miejscami poruszający, jest też – a może przede wszystkim – męczący.

Ocena: 6

sobota, 8 grudnia 2012

Tinnitus (2012)


Hmm. Czy ten film ma jakiś morał? Czy coś mi umknęło?


Rzecz jest oczywista. Na pierwszy rzut oka. Obraz (i dźwięk) objaśnia na przykładzie tytuł filmu. Tyle tylko, że nie daje odpowiedzi na pytanie o to, co jest skutkiem, a co przyczyną. Czy te uporczywe piski są rezultatem balowania i głośnej muzyki? A może odwrotnie, muzyka zagłusza to, co słyszy bohater w relatywnej ciszy?

Technicznie jest ok., ale bez rewelacji.

Ocena: 6

Memorize (2012)


OK. Sceny akcji są kiepskie. Przy tak statycznym montażu przechadzanie się podczas strzelanek jakby to był wybieg dla modelek zamiast robić imponujące wrażenie, śmieszy.


Ale pomysł fabularny jest fajny. Historia, by wymiar sprawiedliwości bazował wyłącznie na czipach pamięciowych, jest prosta ale jednocześnie chwytliwa. Podobało mi się też to, że wypowiedzianych zostaje w całym filmie ledwie kilka słów.

Ocena: 6

Al buio (2005)


W ciemności łatwiej jest być sobą. W ciemności łatwiej jest też siebie oszukiwać. Bo ciemność skrywa to, czego nie chcemy pokazać w świetle słońca. Ale co, jeśli ktoś nie potrafi oddzielić tego, co dzieje się w ciemności od tego, co dzieje się jawnie? Cóż, jeśli wierzyć filmowi "Al buio", jest wtedy zalew pustosłowia.


Włoska krótkometrażówka jest filmem przegadanym, która broni się jedynie jako pół amatorska produkcja. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem link do niej znalazł się w moim posiadaniu. Gdyby nie to, że miałem chwilę czasu przed rozpoczęciem normalnego filmy, pewnie w ogóle bym po shorta nie sięgnął.

Ocena: 5

Attack the Block (2011)


Najlepszy film o inwazji obcych jaki widziałem od lat. I aż dziwne, że nie zrealizował go Edgar Wright (choć za sprawą obecności w obsadzie Nicka Frosta można uznać, że ma błogosławieństwo twórców "Hot Fuzz" i "Wysypu żywych trupów", warto też pamiętać, że Joe Cornish pracował przy tamtych filmach, więc czerpał z najlepszych źródeł).


Po raz kolejny Hollywood dostaje mocnego kopniaka w tyłek. Tak jak wcześniej autorzy "Kroniki" pokazali, że o komiksowych superbohaterach można zrobić dobry film bez dużego budżetu, tak teraz Brytyjczycy zmasakrowali i wgnietli w ziemię ostatnie dokonania Fabryki Marzeń (vide "Kowboje i obcy" czy "Skyline"). Już sam pomysł, by z kosmicznymi zwierzakami walczyły dzieciaki był tak absurdalny, że w ogóle nie powinien się udać. A to właśnie ten pomysł, wraz ze świetnymi dialogami i odpowiednią dawką brutalności sprawia, że film jest świeży i bawiłem się na nim doskonale. Prosty wzorzec nabrał nowych kształtów. Joe Cornish udowadnia, że nie ma tak skostniałego schematu, w który nie dałoby się tchnąć nowe życie. Wystarczy tylko twórcza bezczelność i bogata wyobraźnia.


"Atak na dzielnicę" jest też wielkim hołdem złożonym młodzieńczej brawurze, ale i ostrzeżeniem przed nią. Z jednej strony to brak zahamowań sprawia, że młodzi bohaterowie wpadają w tarapaty. Z drugiej strony ta sama bezmyślność sprawia, że są w stanie stanąć do równorzędnej walki z kosmicznymi drapieżnikami, z którymi dorośli, racjonalnie myślący ludzie by sobie nie poradzili. Wyrażenie dzieci przyszłością narodu nabiera w tym kontekście zupełnie nowego znaczenia.

Ocena: 10

Bad Ass (2012)


Cóż za zmarnowany potencjał! To mógł być jeden z najlepszych pastiszy kina akcji z lat 80. Danny Trejo świetnie to rozumiał i zagrał dokładnie tak, jak powinien. Niestety nie uratował film, a wszystko przez TRAGICZNY scenariusz.


Tekst sprawia wrażenie, jakby go napisał przedszkolak wychowany na VHS-ach z kiepskimi filmami klasy C, który nie rozumie różnicy między filmem robionym na serio, a tym z przymrużeniem oka. Stąd co chwilę pojawiają się dialogowe kwiatki, od których szare komórki umierają tuzinami. Do tego dochodzi niespójna konwencja. Reżyser idzie na żywioł i bawi się w wizualne sztuczki w zależności od tego, co mu obecnie w duszy gra. Przez to osoba mająca problemy z pamięcią krótkotrwałą bawić się będzie lepiej od tej, która pamiętać będzie całość.

Nie rozumiem, jakim cudem ktokolwiek zgodził się w filmie wystąpić. Chyba że zgodzili się przed przeczytaniem scenariusza.

Ocena: 4

Rampart (2011)


Drugi reżyserski film Movermana rozczarowuje. "Brudny glina" to portret faceta, który żyje w świecie dokładnie przystosowany do swoich potrzeb. Jest jednostką słabą, więc kryje się za autorytetem policji (a wcześniej wojska). To ona nadaje strukturę jego życiu, nawet jeśli wyłamuje się z reguł. Jest uzależniony od swojego miejsca na ziemi i desperacko będzie bronił swego wąskiego pojmowania świata.


Pomysł w sumie bardzo fajny, ale wykonanie? Moverman zachowuje się jak licealista, który dużo się naczytał, ale mało wie na temat, o którym chce mówić. W ten sposób jest nie tylko mało oryginalny ale – co znacznie gorsze – mało wiarygodny. Harrelson co prawda próbuje z postaci wycisnąć dodatkowe soki, ale męczy się na próżno. Z tego tekstu dobrego filmu nie da się po prostu zrobić.

Ocena: 5

środa, 5 grudnia 2012

Moonrise Kingdom (2012)


Ależ pozytywnie naładował mnie Wes Anderson. "Moonrise Kingdom" przywróciło moją wiarę w magiczne właściwości kina. Ten film jest jak czarodziejski ogród albo Sezam, bogactwo i różnorodność pomysłów oszałamia.


Anderson dokonał sztuki niebywałej. Z jednej strony jego film to czysty żywioł wyobraźni, który orzeźwia niczym najczystsza krystaliczna woda. Dopiero na seansie "MK" można zorientować się, jak bardzo inne filmy pozostawiają widza głodnym "zwyczajnej" magii. Z drugiej strony "Moonrise Kingdom" to mistrzostwo kontroli i twórczej dyscypliny. Anderson cały czas panuje nad formą, bawi się, naprowadzając widza na różne tropy i skojarzenia. Jest tu sporo aluzji do kina undergroundowego i europejskiego z lat 60-tych. Kobierzec fabuły utkany został z mniej i bardziej rozpoznawalnych wątków znanych z kultury.

Połączenie tych dwóch elementów w jedną całość prawie nigdy się nie udaje. Żywioł ma to do siebie, że nie daje się okiełznać, a to wprowadza do filmu chaos i pomysłowy śmietnik. Z kolei nadmierna kontrola powoduje, że film staje się nieszczery i wyrachowany. U Andersona działa wszystko. Świetne zdjęcia, doskonale dobrana obsada to klucze do sukcesu.


Moim ulubionym filmem Andersona pozostaje "Podwodne życie ze Stevem Zissou", ale to "Moonrise Kingdom" postawiłem wyższą ocenę. Dlaczego? Dwa słowa: Alexandre Desplat. "The Heroic Weather" jest bezcennym klejnotem muzycznym. Zakochałem się w tej suicie. Współczuję moim sąsiadom (jeśli im się nie podoba), bo w najbliższym czasie nic innego na głośnikach u mnie nie będzie lecieć.

Ocena: 10

wtorek, 4 grudnia 2012

Killing Them Softly (2012)


Cóż. To chyba było nieuniknione. Po dwóch dobrych filmach Andrew Dominik wpadł na minę i stał się ofiarą własnego sukcesu. Pewnie myślał, że może opowiedzieć każdą historię, w taki sposób, jaki sobie zamarzy. Otóż, jak pokazuje "Zabić, jak to łatwo powiedzieć, nie może.


Nie rozumiem, co się stało. Ale Dominik w niczym tu nie przypomina tego reżysera, który z taką brawurą opowiadał o kryminalnym świecie Australii i stworzył jedną z najpiękniejszych filmowych ballad westernowych. Wygląda raczej, jakby nie czuł się usatysfakcjonowany posiadaniem talentu do opowiadania w ciekawy sposób historii i chciał udowodnić, że ma jeszcze coś mądrego do powiedzenia.

Sama konstrukcja, by gangsterską powiastkę przefiltrować przez polityczną retorykę, była świetnym pomysłem. Recesja dotykająca płatnych zabójców, mafia prowadzona jak korporacja – na tym można było zbudować niezły film. Ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Przemówienia Obamy i Busha zostały źle sklejone. Gdyby były wyłącznie w tle, czy to w radiu czy w telewizorach, byłoby w porządku, ale Dominik przesadza, jakby bał się, że nie zauważymy analogii i przez to popada w irytująca łopatologię.

W całym filmie na uwagę zasługują trzy, może cztery sekwencje jak odlot Russella, czy koniec Markiego. Jest też kilka mastershotów, przy których szczęka opada. Ale nie skleja się to w całość. Co gorsza, te świetne fragmenty podkreślają tylko miałkość całej reszty, zamiast maskować wady uwypuklając je po stokroć.

Plusem filmu jest za to Scoot McNairy. Był jakby z innej bajki, odstawał (w pozytywnym sensie) od reszty tak, że trudno było od niego oderwać wzrok. Widziałem już go w kilku filmach, a jednak dopiero teraz zrobił na mnie wrażenie. Fajni byli też Mendelsohn i Pitt, ale nie aż tak jak McNairy.

Ocena: 4

The Sessions (2012)


"Sesje" mają wszystko, co powinien mieć dobrze skrojony niezależny film amerykański: niebanalnych bohaterów, ciepły humor połączony z poważnym tematem i pomysłową fabułę. A jednak nie potrafiłem się w pełni do niego przekonać. Miałem wrażenie, że jest to film sztuczny, nieszczery, zrobiony na zamówienie, żeby zdjąć stygmat tabu z seksu ludzi niepełnosprawnych. Nie pomaga również fakt, że w tym roku widziałem "Nietykalnych". "Sesje" nie wytrzymują porównania, wypadając bardzo blado.


Choć "Sesje" inspirowane są prawdziwymi wydarzeniami, trudno przychodzi mi uwierzyć w to, że mam do czynienia z bohaterami, którzy są ludźmi z krwi i kości. Obraz Bena Lewina jest zbyt wykalkulowany i przeintelektualizowany. Za mało jest w nim autentycznych uczuć. Do tego wszystkiego reżyser tak bardzo zafiksowany jest seksem, że nie zauważa innych tematów, od jakich roi się jego film. Stąd większość postaci potraktowana jest po macoszemu, a ich losy są zarysowane o tyle o ile wspierają główny wątek.

Pozostaje więc aktorstwo. Hawkes jest prawdziwym kameleonem. Hunt zaś wykazała się odwagą, która w kinie europejskim jest czymś normalnym, ale w Hollywood wciąż się rzadko zdarza (przez co "Sesję" ogląda się trochę jak proces wyważania otwartych drzwi).

Ocena: 6

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Lay the Favorite (2012)


Ależ się Stephen Frears pogubił. Myślałem, że niżej niż w "Chéri" nie upadnie. "Żądze i pieniądze" pokazują, jak bardzo płonne były to nadzieje.


Film sprawia wrażenie wymęczonego, na siłę i za wszelką cenę próbującego być zabawnym, ale w żadnej ze scen nie trafiający w sedno humoru. Frears dwoi się i troi, żeby zaszczepić na amerykański grunt brytyjskie podejście do komedii obyczajowej. Efekt wygląda równie koszmarnie, co twarze większości 50-latków w Hollywood przedawkowujących liftingi: tak jak one niezamierzenie stają się parodią twarzy, tak ten film jest parodią angielskiego humoru. Oglądanie, jak co chwilę trwoni reżyser komediowy potencjał, jest prawdziwą męką. Choć nie aż tak wielkim, jak patrzenie na Catherine Zetę-Jones, która mogłaby bez charakteryzacji wystąpić w horrorze rozgrywającym się w scenerii starożytnego Egiptu "Zemsta mumifikatora".

Rozczarowała mnie też Rebecca Hall, która dopiero co zrobiła na mnie tak dobre wrażenie w "Szeptach". Jej postać to taki odpimpowany Dustin Hoffman z "Rain Mana". Zamiast być zabawną trzpiotką, jest kretynką z kilkoma mało przydatnymi talentami.

Najgorsze jest jednak to, że po 2/3 filmu całość ni stąd ni zowąd wywraca się do góry nogami. Bez przekonującego pretekstu postaci nagle stają się sympatyczniejsze albo bardziej inteligentne. Jakby reżyser uważał, że widzowie i tak na to nie zwrócą uwagi albo nie będzie to ich obchodzić. I kto wie, może nawet ma rację, ale nie w moim przypadku. Mnie to obeszło i mocno zabolało.

Ocena: 3

La virgen de los sicarios (2000)


Barbet Schroeder nigdy nie należał do moich ulubionych reżyserów, ale i tak słabość "La virgen de los sicarios" zaskoczyła mnie. Choć trzeba przyznać, że ambicje miał reżyser naprawdę ogromne.


Ten film przez znaczną swoją część jest podróżą po Medellín jakim pozostało po śmierci Pablo Escobara. Oprowadza nas po nim pisarz-gaduła, który twierdzi, że chce się zabić, ale kiedy przychodzi do czynów, to giną wszyscy wokół niego, ale nie on sam. Obraz, jaki roztacza przed nami reżyser, jest przerażający. Medellín to przedsionek Piekła. Życie jest tu tanie jak barszcz, śmierć powszechna jak słońce latem, kościoły to przybytki narkomanów i zabójców. W tym mieście nawet miłość jest uzależnieniem, a myślącym osobom pozostaje tylko wieczne narzekanie i wytykanie palcami zmian i procesów rozkładu.

"La virgen de los sicarios" mogło się udać, ale wyłącznie z mistrzami w rolach głównych. Niestety ani Germán Jaramillo ani Anderson Ballesteros do pierwszej czy drugiej ligi aktorskiej nie należą. Stąd ich monologi, na których zbudowany jest film, wypadają strasznie sztucznie i mało przekonująco. Jaramillo jest irytujący, a Ballestaros żenujący. Do tego pod koniec reżyser wprowadza "wizje". Niszczy to i tak już nadwątloną konstrukcję tak, że niewiele z niej koniec końców zostaje.

Ocena: 4

Garçon stupide (2004)


Ciekawe, że ostatnio oglądam sporo filmów o męskich dziwkach. Jeszcze ciekawsze jest to, że w prawie każdym z nich życie głównego bohatera rozwala się przez kobietę.


Loïc egzystuje sobie spokojnie zarabiając kasę na facetach. Jest kretynem, który poza urodą nie ma światu nic do zaoferowania. A przynajmniej tak sam o sobie myśli, dopóki nie spotka Lionela. Ten zamiast zerżnąć go jak na normalnego klienta przystało, woli z nim rozmawiać. Ale prawdziwą rewolucją w życiu Loïca będzie dopiero nowy związek jego przyjaciółki. Z jakiegoś powodu wpadnie w totalny szał zazdrości. Od tego momentu zdarzenia potoczą się już szybko.

Film niewiele ma do zaoferowania. Pseudorefleksje nie wytrzymują próby bliższego przyjrzenia się, a końcówka jest po prostu błazeńska. Film sprawia wrażenie, jakby powstał tylko w jednym celu – podziwiania fizjonomii Pierre'a Chatagny'ego. Nie wiem, czy jest on naprawdę idiotą, ale grał go w sposób niezwykle przekonujący. Najlepiej wychodziły mu sceny, w których musiał się głupio uśmiechać. czysty naturallizm.

Ocena: 5

środa, 28 listopada 2012

(2012) מנתק המים


Ponoć żaden pieniądz nie śmierdzi. Może to i prawda, ale jednak lepiej jest wykonywać pewne zawody, a innych nie. W Izraelu do tej drugiej kategorii należy odcinacz wody. Kiedy ktoś nie płaci rachunków, przychodzi on i zakręca kurek. Płaci mu się od liczby wykonanych odcięć, więc zależy mu na tym, by było ich jak najwięcej. Ale z drugiej strony praca nie jest łatwa, bo trzeba radzić sobie z wrogością i dramatami obcych (choć nie zawsze) ludzi.



Przy takim opisie zestaw sytuacji, z jakim będzie miał do czynienia bohater filmu jest łatwy do przewidzenia. I rzeczywiście, reżyser nie zawodzi, odhaczając wszystkie możliwe opcje. Przez swą przewidywalność film bardzo dużo traci. Po prawdzie miałby pewnie jeszcze niższą ocenę, gdyby nie to, że mimo wszystko stał się pretekstem do rozważań na temat tego, jak sposób wykonywania pracy wpływa na jej postrzeganie. Otóż główny bohater chwilami zachowuje się niemal jak włamywacz, kryminalista: przemyka chyłkiem tak, by nikt go nie zobaczył. W ten sposób sam ustawia sytuację tak, by wyglądała niegodnie. Być może, gdyby pracowano dwójkami, gdyby przychodzono otwarcie, szacunek do nich byłby większy. Owszem, nadal pełno byłoby pretensji i obelg, a jednak trochę trudniej jest o bezczelność, kiedy stoi się w obliczu "autorytetu" a łatwiej wobec kogoś, kto się cichaczem zakrada.

Ocena: 5

wtorek, 27 listopada 2012

(2012) למלא את החלל


Jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Zachwyciła mnie prostota i delikatność opowieści, a przede wszystkim absolutna naturalność.


Chasydzi to bohaterowie wielu filmów. Zazwyczaj jednak pokazuje się ich w starciu z laicką cywilizacją, bądź wprost jako opresyjny przeżytek. Tu jest inaczej. Nie ma w filmie ani cienia ideologii, choć przecież cały czas jesteśmy świadkami obyczajów zupełnie nam obcych. Reżyserka prowadzi nas pewną ręką tak, że zanurzamy się w tym świecie bez wahania. A wszystko dlatego, że bohaterami nie są figury z propagandy tego czy owego, ale ludzie z krwi i kości, którzy przeżywają jakże prawdziwe rozterki.

Zakochałem się w filmie bez pamięci. Ale jak mogło być inaczej, skoro reżyserka po mistrzowsku opowiada o smutku, obowiązku i miłości? Uczucia są tu tak zaplątane, że z łatwością mogły stać się groteskowe, rodem z telenoweli. Pięknymi zdjęciami i cudowną twarzą Renany Raz reżyserka maluje wyjątkowe dzieło wychodząc zwycięsko z tego ambitnego fabularnego labiryntu.


I do tego wszystkiego całość ozdobiona została przepiękną wersją Psalmu 137. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w tym roku.

Ocena: 10

Manipulation (2011)


Film straconych szans. I to na bardzo wielu płaszczyznach. Wszystko jest tu letnie, rozrzedzone tak, że cały smak i oryginalność są niemal niewyczuwalne. Zastąpiła je bezbarwna rutyna, teatralna maniera i absolutny brak pomysłu na to, co chce się przekazać.


A przecież mógł być to znakomity aktorski pojedynek. Sytuacja, w której mistrz propagandy spotyka się z mistrzem przesłuchań aż prosiła się o starcie dwóch wielkich manipulatorów. Przerzucanie się argumentami, nagłe zwroty akcji, szala przechylająca się to na jedną to na drugą stronę, nowe teorie co chwilę falsyfikowane lub wspierane. W scenariuszu pozostały po tym odległe echa, ale poza pojedynczymi ripostami na ekranie nic z tego nie zostało pokazane.

To mógł być również świetny komentarz do współczesnej roli massmediów, które w poszukiwaniu ekskluzywnych materiałów, wyścigu o to, kto pierwszy o czymś powiadomi, nie patrzą na ręce dające im poufne informacje, przez co same są manipulowane, jednocześnie dokonując manipulacji opinii publicznej. Ale poza patetycznym przemówieniem jednego z bohaterów i ten wątek ginie w powijakach.

Najgorsza jest jednak konstrukcja bohatera granego przez Brandauera. Niby ma to być doświadczony spec od przesłuchań, który musiał podczas swojej kariery wiedzieć dużo (zwłaszcza że zaczynał ją podczas I Wojny Światowej, a akcja rozgrywa się w 1956-7 roku). Mimo to zachowuje się jak naiwna panienka, która żyła w kokonie, chroniona przed wszystkim co złe w świecie. Gdyby jego motywację choć trochę powiązano ze zranioną ambicją (że ktoś go wystrychnął na dudka) albo gdyby powiązano ją z chęcią pozostawienia po sobie spuścizny, skoro przechodzi na emeryturę, wtedy może jeszcze bym to kupił. W tej wersji jest to pic na wodę.

Ocena: 4

poniedziałek, 26 listopada 2012

L'homme qui voulait vivre sa vie (2010)


Jeśli nie masz jaj, by być sobą, ułożyłeś sobie wygodne życie, z modelową rodzinką i dobrze płatną pracą, wtedy marzenia spełnić możesz tylko radykalnymi środkami – morderstwem. Oczywiście, brakuje ci jaj, więc do śmierci musi dojść niejako przez przypadek, ale kiedy okazja zakrwawi już ci ręce, wtedy nie ma czasu się zatrzymać. Możesz w końcu być tym, kim zawsze pragnąłeś. Ale... No właśnie, jeśli jesteś za dobry w tym, czym chciałeś być, możesz wpaść w jeszcze większe kłopoty. Morderca nie może żyć na świeczniku. I o tym właśnie opowiada "L'homme qui voulait vivre sa vie".


Prosta historia, prosty film, a jednak zrobiony z taką sprawnością i lekkością, że nie sposób go nie polubić. Z daleka jest naprawdę świetny. Dopiero z bliska okazuje się, że jego głębia jest iluzją. Jednak płytkość przesłania nie przeszkadza, kiedy całość jest dobrze opowiedziana, a umiejętności filmowego bajania reżyserowie zdecydowanie nie można odmówić.

Ocena: 7

Billy's Hollywood Screen Kiss (1998)


Biedny Sean Hayes. Nie sądzę, żeby był w stanie kiedyś w kinie zagrać główną rolę i nie być porównywany do swojej roli z serialu "Will & Grace". Nawet w tym filmie, który powstał w tym samym czasie, co pierwszy sezon sitcomu, już widać, że stoi w cieniu – choć być może wydaje się tak tylko z perspektywy czasu.


Sam w sobie filmik jest uroczą wydmuszką. Reżyser bawi się formą, ale poza tym pozostaje rozczulająco naiwny. Mimo to klisze, z których korzysta zostały tu sprawnie wykorzystane i dlatego całość bawi i cieszy, choć jest rozrywką ulotną. Widać, że choć reżyser miał frajdę kręcąc "Billy's Hollywood Screen Kiss", to jednak czuł, że jest to jego szansa na zostanie zauważonym.

Ocena: 6

Complices (2009)


Miłość. Tylko ona może naprawdę spieprzyć człowiekowi życie. To smutny morał filmu "Complices".


Ot, taki Vincent. Przez dwa lata żył sobie spokojnie, zarabiając jako męska dziwka. I wtedy musiał poznać w kafejce internetowej Rebeccę. Ta szara myszka zupełnie zawróciła mu w głowie. A Rebecca? Zanim poznała Vincenta był zwyczajną licealistką. Dopiero z miłości dla niego wkroczyła w świat, który w innych warunkach na zawsze pozostałby dla niej obcy. Koniec znamy od samego początku. Film zaczyna się bowiem od wyłowienia ciała Vincenta. "Complices" opowiada o tym, jak się tam znalazł.

Jedyna pozytywna wiadomość, jaką ma w sobie film, to fakt, że policjanci czasem mają serce.

Ocena: 6

niedziela, 25 listopada 2012

Era Uma Vez Eu, Verônica (2012)

O rany! Co za pretensjonalny kretynizm. Przegada historia kryzysu świeżo upieczonej doktor psychiatrii. Niedorzeczna fabuła obraża nie tylko inteligencję widza, ale też wszystkie osoby zmagające się z problemami egzystencjalnymi. Końcówka tak bardzo trywializuje problem, że ręce opadają. Sorry, ale ten film wydał mi się po prostu obleśny intelektualnie.


To, że nie postawiłem 1 zawdzięcza wyłącznie niezłym zdjęciom. Ale wizualna forma może tylko osłabić ostrą ocenę, ale nie zastąpi całego filmu. Dodatkowo, polski tytuł jest kompletnie pozbawiony sensu. Więcej mówi o osobach, które na taki tytuł się zgodziły niż o samym filmie.

Ocena: 3


(2011) موت للبيع


Oto kino konserwatywne, ale nie fanatyczne. "Życie na sprzedaż" to przestroga przed podążaniem za głosem serca i uleganiem namiętnościom. Zamiast romantycznej wizji popularyzowanej przez kino europejskie i amerykańskie, ta marokańska produkcja pokazuje, jak zdradliwe i niszczycielskie są uczucia. Niosą ze sobą śmierć, rozczarowanie i egoizm. Choć nie jest to nigdzie w filmie powiedziane wprost, morał jest jednoznaczny: lepiej iść za głosem rozumu, a nie serca.


Sam film jest dość nierówny. Kilka pomysłów po prostu mnie zachwyciło. Scena spotkania Malika z Dounią i w ogóle temat muzyczny towarzyszący temu wątkowi, scena gorejącego drzewa i Soufiane okrwawiony i wiszący na gałęzi, czy scena w samochodzie z pieniędzmi i delikwentem w bagażniku. Obok nich jest jednak sporo rutyny i zwyczajnej nudy.

Ocena: 6

Infancia clandestina (2011)


Twórcy z Ameryki Południowej uwielbiają opowiadać historie o dorastaniu osadzone w czasach junt wojskowych i tym podobnych dyktatur. Obfitość obrazów sprawia, że z każdym kolejnym filmem co raz trudniej o oryginalność i ciekawe potraktowanie tematu. To zapewne sprawia, że "Jak mam na imię" nie poruszył mnie aż tak bardzo, jak pewnie zrobiłby to jeszcze parę lat temu.


Fabularnie historia jest dość słaba, choć ponoć inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Mając w pamięci inne dzieci żyjące w cieniu opresyjnych rządów, historia Juana/Ernesta nie robi większego wrażenia. Zwłaszcza, że mimo całego strachu żył z rodzicami w miarę normalnych warunkach.

Za to bardzo spodobała mi się strona wizualna. "Jak mam na imię" ma przecudne zdjęcia (sekwencja ćwiczeń ze wstążką – mimiarcydzieło). Fajne są też wszystkie sekwencje animowane. Dzięki temu całość nabiera charakteru i wyjątkowości. Za mało, bym naprawdę docenił ten film, ale wystarczająco, bym nie skreślił go zupełnie.

Ocena: 5

O som ao redor (2012)


Zemsta to jeden z najpopularniejszych tematów kina. Wydawać by się więc mogło, że wykorzystany został na wszystkie możliwe sposoby. Tymczasem "Sąsiedzkie dźwięki" pokazują, że jest inaczej.


Obraz rozpoczyna dramatyczna muzyka i pokaz archiwalnych zdjęć. Zaraz potem trafiamy na wielkomiejskie osiedle, które z tamtymi zdjęciami nie ma nic wspólnego (a przynajmniej tak się może wydawać). Łącznikiem jest cichnący rytm wybijany na bębnach. To, co oglądamy przez kolejne dwie godziny, to sceny z codziennego życia kilku osób. I znów, poza miejscem nic prawie ich nie łączy. I znów, można byłoby się zanudzić na śmierć, gdyby co jakiś czas sceny nie nabierały przerażającego charakteru, a to w postaci koszmaru nocnego, a to w postaci przemykających cieni, czy nagle zmieniającego się koloru wody.

Dopiero koniec przyniesie rozwiązanie, ale i tak tylko częściowe. Bohaterowie, którzy są wtajemniczeni w przeszłe wydarzenia, nie czują potrzeby ich przypominania. W ten sposób choć rozumiemy motywy, choć zrozumiemy piętno, jako co jakiś czas było nam odkrywane, to jednak całej historii, wszystkich faktów i okoliczności, nigdy nie poznamy. Przez to niedopowiedzenie film będzie bardziej intrygował i nurtował. Jest to przecież sprzeczne z naturalnym instynktem widza pragnącego domknięcia każdej fabuły.

I to jest chyba największa wartość filmu: wydobycie się z głębokich kolein standardowej narracji.

Ocena: 6

piątek, 23 listopada 2012

O Palhaço (2011)


Czasami może się nam wydawać, że powinniśmy być gdzieś indziej, robić coś innego, być kimś innym. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że właśnie zajmujemy nam przeznaczone miejsce. By zdobyć tę świadomość, musimy porzucić to co znamy, a kiedy wrócimy, będziemy szczęśliwi, ponieważ już będziemy wiedzieć, kim jesteśmy.


"Klown" to film chwilami bardzo zabawny i na pierwszy rzut oka niezwykle optymistyczny. Niestety jest to również najbardziej depresyjny film, jaki można sobie wyobrazić... dla tych wszystkich, którzy naprawdę marzą o zmianie. "Klown" przekonuje, że nie jest ona możliwa, że jedynym rozwiązaniem jest akceptacja.

Na szczęście jest to tylko jedne z punktów widzenia, z którym ja nie do końca się zgadzam. Ale film mi się podobał.

Ocena: 7

Lucky (2011)


Ten film próbuje przekonać, że nie ma takich ciemności, by nie znalazło się tam miejsce choćby dla jednego promyka nadzieje. I trzeba powiedzieć, że przekonuje dość skutecznie.


To historia osób, które różni wszystko: rasa, pochodzenie, wiek, język. A jednak odnajdują się i wzajemnie sobie pomogą. Może nie potrafią ze sobą się porozumieć słowami, ale to okazuje się nieistotne. Wszystkie różnice i podziały giną bowiem w świetle zwykłego ludzkiego doświadczenia, które jest nam wspólne.

Smutny, ciepły, zabawny i wzruszający film. "Lucky" to krzepiąca uczta dla tych wszystkich, którzy tracą wiarę w bliźniego.

Ocena: 7

Seven Psychopaths (2012)


Po dobrym "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj" oczywiście musiałem wybrać się na kolejny film Martina McDonagha. I nie zawiodłem się, choć muszę się przyznać, że po cichu liczyłem na więcej.


Film ma trochę mocnych dialogów, ale wydaje się, że jest ich mniej niż we wcześniejszym filmie. Kiedy jednak reżyser trafia, to jest to dziesiątka. Spodobali mi się bohaterowie, w szczególności Kieślowski, Zachariasz i bezimienny Wietnamczyk. Całość sprawia wrażenie bardziej lajtowego Lyncha z czasów, kiedy jeszcze miał n wyobraźnię pełną surrealistycznych pomysłów.

Niestety nie do końca podoba mi się pomysł z pisaniem scenariusza. Mam nieodparte wrażenie, że w ten sposób McDonagh zamknął się w więzieniu, narzucił sobie zbyt wąskie ramy i tonie w przyciężkiej formie. Wszystko jest tu jakoś ściśnięte, poprowadzone bez polotu. I o ile sceny historii poszczególnych psychopatów wypadają świetnie, o tyle łącząca je nić fabularna "tu i teraz" jest w strzępach. Manieryczność czasem jest potrzebna, ale przesadne przekonanie o własnej zajefajności nie robi dobrego wrażenia.

Ocena: 7

czwartek, 22 listopada 2012

Después de Lucía (2012)


Oto opowieść o naturze cierpienia, o byciu ofiarą i sprawcą i niejasnej granicy dzielącej jedno od drugiego. "Pragnienie miłości" unaocznia, jak wiele wniosków wyciągamy na podstawie bardzo niepełnych danych.


Na pierwszy rzut oka obraz Michela Franco wpisuje się w serię filmów o bullyingu, przemocy fizycznej i psychicznej wśród młodzieży. Ale jest tak tylko do momentu, w którym nie zaczniemy zadawać sobie pytań o to, dlaczego ta historia otoczona jest aluzjami dotyczącymi innej historii, innego cierpienia i dlaczego najistotniejsze pytania, które mogłyby zupełnie zmienić interpretację zdarzeń, pozostają do końca bez odpowiedzi.

Alejandra wraz z ojcem przybywa do nowego miasta. Dlaczego tak się dzieje, tego dowiemy się dopiero stopniowo. Ale od samego początku czuć, że za ich pozorną normalnością kryje się przeogromny ból. Dziewczyna zdaje się radzić sobie lepiej od ojca, ale prawda jest taka, że po prostu lepiej się maskuje. I wtedy zostaje nakręcony seks-wideo z jej udziałem, który zaraz potem dociera do wszystkich uczniów. Od tego momentu dziewczyna traktowana jest jak szmata. Alejandra poddaje się brutalności "kolegów" z klasy. Oni nie wiedzą, że choć czuje ból, choć chciałaby nie być przez nich poniżana, to jednak woli to od alternatywy. Nie zdają sobie sprawy z tego, że to ona (choć w filmie nigdy nie jest to wyjaśnione, mnie wydaje się to najbardziej oczywiste) wysłała filmik w świat. Potrzebowała tego. Jest jak osoba, która musi się ciąć. Może się tego wstydzić, może chcieć przestać, ale nie może się powstrzymać. Ból fizyczny zagłusza bowiem cierpienie duszy. I Alejandra musi pójść na dno, zanim będzie mogła uwolnić się od bagażu cierpienia (choć po drodze może też przecież zginąć, co w sumie na jedno by wyszło).

Ale Alejandra w swoim egocentrycznym zaślepieniu nie wzięła jednego pod uwagę. Jak jej manipulacja, nawet jeśli nie była do końca świadomie intencjonalna, wpłynie na otoczenie i jakie konsekwencje zrodzi. Franco pokazuje, że ból i cierpienie rodzą jeszcze więcej bólu i cierpienia.

Ocena: 6

wtorek, 20 listopada 2012

The Babymakers (2012)


Lubię poczucie Jaya Chandrasekhara, dlatego w ciemno sięgam po jego filmy. Niestety nie jest to twórca zbyt równy. Ale w tym przypadku wina chyba leżała po stronie niezwiązanych z grupą scenarzystów.


Tak, chwilami jest świetnie. Pomysł scen rodem z pornosów i sprawienie, by zagrali je Paul Schneider i Olivia Munn wart jest każdej sumy pieniędzy. Ale Broken Lizard ma na swoim koncie bardziej czupurne komedie. Wydaje się, że nie do końca wykorzystano dynamikę grupy. Munn w szczególności wydaje się dość skąpo obdarowana fajnymi scenami, co mnie smuci, bo lubię tę aktorkę.

Ocena: 5

Argo (2012)


No proszę, jednak Hollywood może zmienić świat. Na nieszczęście dla Fabryki Marzeń jest to wyłącznie możliwe wtedy, kiedy darują sobie realizację filmu. To jedna z lekcji, jaką wyniosłem po seansie "Operacji Argo". Drugą jest to, że bohatera od zdrajcy dzieli tylko koniec misji. Obaj łamią reguły, ale bohaterem jest tylko ten, który mimo odmowy wykonania rozkazu jest w stanie doprowadzić misję do pożądanego końca.


Muszę powiedzieć, że fajnie ogląda się nowy film Afflecka. Przyklaskuję jego samodyscyplinie. Ta historia jest tak niewiarygodna, że aż prosiła się o efekciarskie jej opowiedzenie. Tymczasem Affleck poszedł inną drogą i stworzył bardzo solidne widowisko. Tyle tylko, że mimo wszystkich ochów i achów, "Argo" pozostaje "zaledwie" dziełem rzemieślnika. Dobrze wykonanym, starannie przemyślanym, ale nie ma w sobie tego pierwiastka zapewniającego transcendencję. Co w przypadku filmu, który się spodobał, jest powodem do żalu.

Nie podoba mi się końcówka, te oklaski i łzy, ale to jest bardzo trudny moment w każdym filmie o podobnej konstrukcji i praktycznie zawsze twórca na nim się wykłada, więc nie mam o to do Afflecka pretensji. Za to bardzo fajne jest to, że nakreślając okoliczności całego wydarzenia nie ograniczają się do samej rewolucji, ale też pokazują, jaką rolę odegrały Stany Zjednoczone w obalaniu demokracji w Iranie i jak sami sobie wyhodowali żmiję, która do dziś im zagraża.

"Argo" jest dla Afflecka kolejnym ważnym krokiem w karierze reżyserskiej. Wszystko wskazuje na to, że po Eastwoodzie w Hollywood zadomowił się kolejny aktor-reżyser. Wielu innych próbowało, mało kto jednak może poszczycić się taką stabilnością co Affleck. Oby tak dalej.

Ocena: 7

poniedziałek, 19 listopada 2012

Sinister (2012)


UWAGA SPOILERY


Trochę trudno jest mi uwierzyć w to, że "Sinister" jest oryginalnym pomysłem. Oglądając go miałem nieodparte wrażenie, że jest to remake któregoś z japońskich horrorów z lat 90. Wszystko jest tu symulacją tamtejszego stylu, od tematu klątwy przenoszącej się z ludzi na ludzi za sprawą mediów, przez bohaterów z nieszczęsnymi dzieciakami, które stają się jednocześnie ofiarami i sprawcami, po samą narrację prostą, skłaniającą się ku defetyzmowi.

"Sinister" to solidna produkcja. Derrickson fajnie wykorzystuje modę na filmy found footage, choć nie ogranicza się wyłącznie do tej stylistyki. Całość ma swoje momenty, ale choć uważam go za horror lepszy niż "Egzorcyzmy Emily Rose", to jednak wciąż Derrickson ma spore pole do poprawy.

Ocena: 6

niedziela, 18 listopada 2012

Keller - Teenage Wasteland (2005)


Ten film przeleżał u mnie dość długo. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, okazało się, że powinienem go był obejrzeć znacznie wcześniej. Jest to bowiem przewrotne kino z tego rodzaju, który lubię najbardziej.


"Keller" fascynuje przede wszystkim jako przypowieść o walce o duszę pewnego chłopaka. Niczym anioł i diabeł o Paula walczą Sebastian, kolega z klasy i Sonja, sprzedawczyni, którą chłopcy porwali. Ale choć spętana i poturbowana, Sonja wcale nie jest bezbronna. Wyczuwa w Paulu delikatność, która zresztą przyciąga też i Sebastiana. "Keller" jest najlepszy w tych scenach, w których rozgrywa się niewypowiedziana wprost rywalizacja o uwagę Paula. Nagrodą jest on sam, odda się temu, kogo wybierze. Jest to więc również bardzo rozbudowana metaforycznie opowieść o młodzieńczej seksualności, która niedookreślona dopiero wymaga zdefiniowania w procesie bezpośrednich interakcji, czasem brutalnych, zawsze kończących się czyjąś krzywdą.

"Keller" to również opowieść o wygłodniałych emocjonalnie nastolatkach, którzy braki rodzicielskiej troski i opieki próbują zrekompensować gdzie indziej. Rodziców Sebastiana w ogóle nie zobaczymy. Tak jak nieobecni są na ekranie, tak nieobecni są również w jego życiu. Z samotności uczynił fortecę, za którą się skrył i dopiero Paul zdołał przełamać jej mur. Ale Sebastian nie wie, jak okazać swoje przywiązanie, więc robi niezdarnie to, co podpatrzył od ojca: jest zaborczy, brutalny, zagarnia to, co chciałby, aby mu ofiarowano. Paul nie ma ojca, a matka sama wymaga opieki. Szuka więc rodzica, który by go zdominował, ale który także obdarzyłby go ciepłem. Obaj są jak wyschnięte rośliny w czasie suszy, stają się ostre, nieprzyjemne, choć wszystko, czego pragną to przeciwieństwo tego, jakie robią wrażenie.

"Kellera" nie można brać jako rejestracji zdarzeń, które mogłyby się wydarzyć naprawdę. Jeśli ktoś chce w sposób tak przyziemny odbierać tę historię, tego czeka jedynie frustracja. Wątpię, by ktokolwiek postawiony w podobnej sytuacji zachowałby się tak, jak bohaterowie. Ale kiedy spojrzymy na całość jak na ilustrację pewnej koncepcji, wtedy "Keller" nabiera życia i intryguje.

Ocena: 7