poniedziałek, 30 stycznia 2012

Underworld: Awakening (2012)


Czy twórcy filmów 3D czują jakąś perwersyjną przyjemność w opowiadaniu historii, które dzieją się w nocy, w mrocznych korytarzach? To może najlepszym filmem 3D byłby czarny ekran i dużo huków z głośników?


Niestety czwarty "Underworld" podążą drogą swoich poprzedników. Dużo łubudu, mało sensu i jeszcze mniej fabuły. Gdyby nie osoby związane z tą produkcją, które lubię, pewnie nigdy bym się na film do kina nie wybrał. Niestety sympatia sympatią, ale ta rzecz to nie jest dobre kino. Chyba że ktoś gustuje w odpadkach z kinowych tartaków.

Ocena: 4

The Ides of March (2011)


"Idy marcowe" to kino solidne, dobrze napisane i wyreżyserowane i nieźle zagrane. Niestety mam wrażenie, jakby Clooney próbował wyważyć dawno otwarte drzwi, ba drzwi, których już nie ma łącznie z framugą i całą ścianą.


Film ten to historia utraty niewinności przez speca od politycznych kampanii, Stephena Myersa. W jednej z pierwszych scen inny bohater mocno mu kadzi mówiąc, że jest wyjątkiem w branży: osobą, którą nawet ci, którzy go nienawidzą, kochają. Wynika to z tego, że pomimo, iż sam Stephen uważa siebie za wyjadacza, w rzeczywistości nigdy nie był postawiony w sytuacji, w której musiałby się ubrudzić. Stąd wciąż wierzy, ma ideały i angażuje się w kampanię całym sercem. W ciągu paru dni w Ohio utraci to wszystko i stanie przed dramatycznym wyborem, którego rezultat znamy wszyscy. Polityka bowiem deprawuje. Tako rzecze stare przysłowie, a Clooney nie zrobi nic, by choćby ruszyć w posadach tę monumentalną "prawdę". Stąd końcowa scena, która w innym przypadku mogłaby wbijać w fotel swoją mocą i prostotą, tu nie robi większego wrażenia.

Za to bardzo spodobał mi się motyw przewodni skomponowany przez Desplata.

Ocena: 6

Cibrâil (2011)


Jestem w stanie wiele technicznych niedociągnięć wybaczyć. Złą pracę kamery, braki w montażu czy udźwiękowieniu. Ale twórcy muszą wyjść mi naprzeciw; muszą wykazać, że za ich filmem kryje się prawdziwa pasja, poczucie magii kina, bądź pragnienie opowiedzenia ważnej historii. Tor Iben tego nie zrobił.



Dlatego też "Cibrâil" spada na samo dno filmów, jakie widziałem. Zresztą termin "film" tu pasuje o tyle o ile. Te luźno ze sobą powiązane scenki rodzajowe są raczej dziełem lenia niźli zaangażowanego artysty. Miałem wrażenie jakbym oglądał rzecz totalnie olaną przez reżysera, na zasadzie: widzieliście podobną historię milion razy, więc po co się będę wysilał budowaniem fabuły, sami sobie wszystko dopowiecie. W rezultacie "Cibrâil" składa się z całej masy scen, z których znaczna część nie ma nic wspólnego z fabułą poza wypełnianiem czasu. A i tak ledwo Iben przekroczył godzinę! Gdyby nie to, że rzeczywiście podobnych historii widziałem już sporo, nigdy nie zorientowałbym się w motywacjach bohaterów.

Ocena: 1

niedziela, 29 stycznia 2012

The Lincoln Lawyer (2011)


No cóż, w zasadzie nie mam zbyt wiele do powiedzenia o tym filmie. Fabularnie nie wychodzi poza ramy jednego z odcinków któregoś z prawniczych seriali jak choćby "Kancelaria prawnicza". Ale został całkiem nieźle nakręcony.


Rzecz obejrzałem bez zgrzytów ale też bez szczególnego zaangażowania. McConaughey wreszcie przypomniał sobie, że jest aktorem i tu, ku mojemu zaskoczeniu, pokazał się z bardzo dobrej strony. Nie jest to żaden przełom, bo też film ma mocno rzemieślniczy charakter i od nikogo nie wymagał nic ponad wykazaniem się pełnym profesjonalizmem.

Ocena: 6

sobota, 28 stycznia 2012

Miral (2010)


Może Schnabel powinien robić filmy rzadziej. Po dobrym "Motylu i skafandrze", który powstał 7 lat po jeszcze lepszym "Zanim zapadnie noc", wystarczyły ledwie trzy lata, by nakręcił "Miral". I niestety nie wyszło. Oczywiście w porównaniu do jego wcześniejszych rzeczy, bo na tle innych twórców, wciąż trzyma formę.


Wydaje mi się, że reżyser był zbyt samoświadomy wagi tematyki, co go powstrzymało, przed prawdziwym zanurzeniem się w historii. Mam wrażenie, jakby tylko ślizgał się po powierzchni, klucząc pomiędzy najważniejszymi wydarzeniami z ostatniego półwiecza historii Izraela i Palestyny. Tu i ówdzie przebija czysto ludzki dramat jednostek niszczonych przez konflikt, którego nie wybrali, w którym uczestniczą za sprawą odgórnego założenia. Jednak istota niezwykłego przedsięwzięcia Hind Husseini gdzieś się rozmywa. Zaś osobista podróż Miral ma więcej wspólnego ze ślepym trafem i wsparciem innych, niż z jej własnym, wewnętrznym rozwojem. Jak na Schnabela to zdecydowanie za mało.

Ocena: 6

piątek, 27 stycznia 2012

The Eagle (2011)


No tak. Teraz już się nie dziwię, dlaczego "Dziewiąty legion" nie był przebojem. Kevin Macdonald nakręcił bowiem rzecz, która nie jest skierowana do żadnej szerokiej grupy kinowej widowni. W teorii ma to być jedna z tych historycznych opowieści jak "Ostatni Mohikanin" czy "Waleczne Serce", które przypadły do gustu zarówno męskiej jak i żeńskiej części widowni.


Niestety Macdonaldowi nie udało się stworzyć równie uniwersalnej fabuły. Facetom zapewne przeszkadzała wolna narracja, zbyt długie przestoje, za mało akcji, a te sceny batalistyczne, które są w większości niczym specjalnym nie imponują. Kobietom może nie przypaść do gustu to, że za mało jest w tym filmie romantyzmu. Brak wątku romansowego, brak wielkiego dramatu, który uczyniłby z bohatera postać rozdartą, krwawiącą wewnętrznie, co wzbudzałoby pragnienie pocieszenia.

Błędem Macdonalda (i scenarzystów) było zdecydowanie się na tę formułę mając dwie męskie postaci pierwszoplanowe. Zabrakło dobrze opracowanej relacji. Gdzieś między ogólnym konceptem a realizacją zniknęła iskra rywalizacji i wrogości, niechętna przyjaźń i ostateczne braterstwo krwi zrodzone na polu walki. Tatum i Bell grają nieźle, ale po prostu nie współgrają ze sobą.

Ja jednak mimo wszystko nie przekreślam tego filmu. Gdyby zebrać drobne zalety, to uzbierałoby się tego wystarczająco dużo, by nazwać "Dziewiąty legion" niezłą produkcją znajdującą się gdzie pośrodku między totalną kichą a arcydziełem.

Ocena: 6

Le Havre (2011)


Widzę, że moda na stare kino trwa w najlepsze i nie ominęła nawet Kaurismäkiego. "Człowiek z Hawru" przywodzi mi na myśl "Deszczową piosenkę", a w szczególności fragment, w którym kręcą film dźwiękowy. Właśnie tak samo zdaje się być zrealizowany "Le Havre". Aktorzy niby stoją jak roboty czekające na włączenie, po czym drewnianym głosem deklamują wyuczone kwestie. Wszystko jest sztywne, przejaskrawione, nienaturalne, absurdalne... a jednak jest w tym więcej niż tylko pierwiastek autentyzmu. Może dlatego, że to właśnie sztywność jest tu inscenizowana.


"Człowiek z Hawru" to rzecz jasna baśń o tym, że dobre uczynki czynią cuda. Z drugiej strony protagonista to postać dość wątpliwa. Jego potrzeba niesienia pomocy ale i uzależniania się od emigrantów nosi znamiona łagodnej patologii. Ale co mi tam, mnie i tak najbardziej spodobał się inspektor Monet w tym swoim czarnym wdzianku. Był bardzo zabawny.

Ocena: 7

czwartek, 26 stycznia 2012

Man on a Ledge (2012)


Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. I "Człowiek na krawędzi" prawdę tę potwierdza.


Rozumiem pokusę ubarwienia historii. Fabuła jest prościutka, oczywista od początku do końca. Zwroty akcji są jedynie markowane i sprowadzają się do krótkich chwil niepewności, ale nic tak naprawdę się nie zmienia, nie wywraca do góry nogami. A skoro tak, trzeba dodać sporo ozdobników, brokat kina akcji, żeby wszystko iskrzyło. Tylko tak mogę sobie wytłumaczyć obecność Kyry Sedgwick albo brodacza albo retrospekcję. No i ludzie od castingu powinni wiedzieć, że jeśli w z pozoru nieistotnej roli obsadza się Williama Sadlera, to nikt się na to nie nabierze.

Gdyby "Człowiek na krawędzi" trafił w ręce mniej utalentowanego twórcy, wtedy te wszystkie ozdobniki pewnie by się na coś przydały. Tu jednak kompletnie zawadzały, bowiem Leth potrafił tę prostą historię opowiedzieć w sposób tak dynamiczny i sprawny, że utrzymywał cały czas moją uwagę. I tak naprawdę za całe wsparcie wystarczyli mu kamerzysta, montażysta, Worthington i Banks i przede wszystkim Henry Jackman. Jego muzyka, jako jedyny element trzymała się zasady "proste rozwiązania są najlepsze". Nieskomplikowany temat przewodni zachodzi pod skórę i świetnie komponując się z obrazem sprawiał, że napięcie związane z oglądaniem filmu ani na chwilę nie spada.

W sumie więc "Człowiek na krawędzi" to niezły film, ale od autora fantastycznych "Duchów z Cité Soleil" oczekiwałem znacznie lepszego debiutu w Hollywood.

Ocena: 6

Ps. Ależ Ed Harris zmizerniał!

środa, 25 stycznia 2012

The Darkest Hour (2011)


No cóż, nawet film pozbawiony sensu trzeba umieć nakręcić. Chris Gorak tego nie potrafi. Może lepiej byłoby więc, gdyby wrócił do swego wcześniejszego fachu scenografa.


W teorii "Najczarniejsza godzina" ma być opowieścią o grupie młodych cudzoziemców przebywających w Moskwie podczas inwazji obcych. W rzeczywistości jest to kupa celuloidowego gówna. Na ekranie panuje chaos pozbawiony krwi i przemocy (całość jest bowiem zrealizowana pod kategorię PG-13). To, co widzimy nie wiąże się w logiczną całość. Można wręcz odnieść wrażenie, że każdą stronę scenariusza pisał ktoś inny i to bez zaglądania do tego, co zostało napisane wcześniej. Konsekwencją tego jest jakikolwiek brak konsekwencji. Do tego film bazuje na prymitywnych stereotypach i jest wyjątkowo obraźliwy dla Szwedów. Zresztą Rosjanie wypadają niewiele lepiej pojawiając się w trzech głównych typach: ekscentryków, twardych lolitek i macho wyjętych z trzeciorzędnego shootera.

(Пётр Фёдоров)
Nie jest to może rzecz tak zła jak "Skyline", ale niewiele mu brakuje. W tym wszystkim szkoda mi tylko Emile'a Hirscha, którego darzę sympatią.

Ocena: 2

wtorek, 24 stycznia 2012

Perfect Sense (2011)


Są takie filmy, które ogląda się nie dla fabuły, a dla wrażenia, jakie po sobie pozostawiają. Do grupy tej należy właśnie "Ostatnia miłość na Ziemi".


Najnowsze dzieło Davida Mackenziego to opowieść o Nirwanie, ale pokazana z punktu widzenia przeciętnego człowieka, który nie ma żadnych wyższych aspiracji poza byciem człowiekiem. Tymczasem Nirwana w swej istocie oznacza pozbycie się wszystkiego co ludzkie, co sprawia, że nasza egzystencja jest chaotyczna, pełna pasji i emocji. W "Ostatniej miłości na Ziemi" człowiek zostaje wbrew sobie pchnięty na drogę oświecenia. Dla przymuszonych proces ten jest niczym nieodgadniona choroba pozbawiająca ich wszystkiego, co pewne. Reagują więc strachem, buntem i uporem maniaka, który sprawia, że mimo coraz większej redukcji kurczowo trzymają się ludzkiej egzystencji. Mackenzie pokazuje, jak trudno jest nam porzucić to, kim wydaje się nam, że jesteśmy. Nawet ból i tragedia jest lepsza od nicości.

Reżyser po mistrzowsku oddał doświadczenia towarzyszące utracie zmysłów. Pretekstowa fabuła służy tu tylko jako narzędzie, nośnik emocji i wrażeń. W pierwszej chwili trudno było mi się przestawić. Potem jednak pochłonął mnie ten film, wygniatając mnie w fotel. Brawo, brawo, brawo.

Ocena: 8

niedziela, 22 stycznia 2012

Made in Dagenham (2010)


Oto historia strajku, który uświadomił wszystkim, że kobietom należy się identyczna płaca za tę samą pracę, którą wykonują mężczyźni. Rekonstrukcja tamtych zdarzeń to standard kinowy. Dobra, rzemieślnicza robota.


To, co sprawia, że warto film zobaczyć to kilka ról kobiecych. Wyróżnia się przede wszystkim Sally Hawkins. Jej rola nie była szczególnie rozbudowana, jednak aktorce udało się ją nasycić człowieczeństwem tak, że stała się jednostką niepowtarzalną i wyjątkową. Świetna jest również wymiana zdań pomiędzy Hawkins a Rosamund Pike, kiedy ta ostatnia ujawnia, jak się czuje będąc absolwentką uczelni wyższej, a mimo to przez męża traktowana jest jak kretynka. Te smaczki sprawiły mi wielką frajdę, co doceniam dając im dość wysoką notę.

Ocena: 7

The Four-Faced Liar (2010)


I kolejna typowa produkcja niezależna. Dwie pary i jedna lesbijka odkrywają czym jest prawdziwy związek i że słowa "Kocham cię" nie są tożsame ze słowami "Pragnę cię".


Film bazuje na formule doskonale znanej od co najmniej 20-30 lat. Seria rozmów prowadzi do przewartościowania relacji, które na początku zdają się trwałe i niezmienne. Rzecz zrobiona bez polotu, zgodnie z podręcznikowym wzorcem. Chyba lepiej byłoby dla filmy, gdyby był po prostu nieudany. Przynajmniej wtedy byłby wyrazisty. A tak jest absolutnie mdły tak, że już po 24 godzinach nie będę pamiętał, że go widziałem.

Ocena: 5

sobota, 21 stycznia 2012

Small Fry (2011)


Ups, zupełnie zapomniałem, że przecież przed "Muppetami" widziałem krótkometrażówkę "Toy Story". Dobra, czas nadrobić to niedopatrzenie.


Nie jestem fanem serii "Toy Story". Zresztą Pixar w ogóle nie jest moim ulubionym studiem animacji. Doceniam ich techniczny warsztat, a nawet dbałość o dobre scenariusze, ale jak dla mnie ich kreskówki są zbyt sterylne. Są jak telewizory LCD czy plazmy: obraz krystalicznie czysty ale zarazem ostry jak żyletki, że mi po prostu skóra cierpnie.

Jednak krótkometrażówki Pixara zazwyczaj były na wysokim poziomie. "Zestaw pomniejszony" niestety tej tradycji nie podtrzymuje. O ile trzyma niezły średni poziom, o tyle w porównaniu z innymi shortami Pixara wypada po prostu blado. Pomysł fabularny był całkiem dobry, ale nie został zrealizowany. W rezultacie najbardziej podobała mi się lista menu na końcu.

Ocena: 6

środa, 18 stycznia 2012

The Muppets (2011)


Ooo, jaki uroczy i czarujący film. Trochę sentymentalny, trochę wzruszający... Nie dajcie się zwieść! Jego przesłanie wcale nie jest takie niegroźne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.


Oto Walter. Jak tylko sięga pamięcią, zawsze odstawał od reszty. Miał jednak szczęście. Jego rodzina robiła wszystko, by chronić go przed wrogim światem. Jego brat jest bardziej lojalny niż nakazuje to rozsądek i zawiesił swoją własną dorosłość tylko po to, by trwać u jego boku. A jednak Walter nie czuje się spełniony. Jego życie pozostaje pozbawione celu, przeraża go myśl o byciu samodzielnym. I wtedy pojawiają się muppety. Wśród nich poczuje się wreszcie sobą, odkryje swój potencjał i znajdzie nową rodzinę, uwalniając zarazem brata od odpowiedzialności. Happy end!

Jeśli jednak powyższa historia jest tak nieszkodliwa, to zróbmy drobny eksperyment. Niech Walter przestanie być muppetem, niech będzie zwyczajnym człowiekiem, tylko o czarnym kolorze skóry. I teraz prześledźmy raz jeszcze przesłanie filmu. Nie jest już tak różowo, prawda? Nagle okazuje się, że "Muppety" to pochwała gett i jawne przekonywanie do tego, że mieszane grupy hamują potencjał jednostki, że najlepiej będzie, kiedy swój trzymać będzie ze swoim. Czy na pewno takiej lekcji życia powinniśmy uczyć dzieci?

To przesłanie sprawia, że nie bardzo mogłem cieszyć się filmem.

Na szczęście "Muppety" mają też trochę zalet. Zbudowany na sentymentalnej nucie comebacku, film przywodzi na myśl czar dawnych lat, kiedy muppety bawiły miliony telewidzów na całym świecie. Jason Segel doskonale wiedział, jak wygrać tę nutę. Tyle tylko, że na to ja, jako dawny miłośnik muppetów, zareagowałem prawidłowo. Nie wiem, czy tak samo będzie z tymi, którzy o Kermicie i Miss Piggy nigdy nie słyszeli.

Film jest w wielu miejscach zabawny, choć nie wszystkie dowcipy uważam za stosowne w obrazie dla dzieci (a to jest ewidentnie target, przynajmniej w Polsce, bowiem obraz jest zdubbingowany – niestety). Ma jednak też chwile przestojów, kiedy robi się zwyczajnie w świecie nudno. Ponadto na ekranie przewija się cała masa komediowych gwiazd. Tylko nie bardzo wiem po co. Większość z nich może uważać się za farciarzy, jeśli mają do powiedzenia więcej niż trzy słowa.

Ocena: 6

wtorek, 17 stycznia 2012

The Rum Diary (2011)


Nie mam zielonego pojęcia, co przez ostatnie naście lat robił Bruce Robinson, ale jednego jestem pewien: na pewno nie szlifował sztuki reżyserskiej. "Dziennik zakrapiany rumem" jest śmiertelnie nudnym filmem. Przez pół filmu musiałem zwalczać pokusę, by nie zagrać w pasjansa na komórce, nie bacząc na to, co mogliby powiedzieć inni widzowie.


Przez bite dwie godziny reżyser miota się pomiędzy absurdalną komedią, a obyczajowym dramatem z tezą. Jedno i drugie rozmywa się w nadmiernie przeciąganych scenach, czy wątkach nie mających istotnego znaczenia dla akcji. O Kempie dowiadujemy się niewiele, jak na tego rodzaju film. Portoryko jest brutalnie zgwałcone przez twórców, którzy nie wychodzą poza wyświechtane frazesy. A sam Johnny Depp zachowuje się tutaj, jakby jego celem było parodiowanie Jacka Nicholsona. Nie powiem, uśmiech mu nawet wyszedł bardzo podobny, ale i tak nie wiem, po co to.

A wystarczyło wyciąć z niego jakieś 30-40 minut materiału, zdecydować się, w którą stronę pójść, by "Dziennik" był całkiem porządnym filmem. To, że ma tak wysoką ode mnie ocenę, zawdzięcza elementom komediowym.

Ocena: 6

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Every Day (2010)


To ma być portret typowej rodziny zmagającej się z problemami dnia codziennego? Sorry, ale twórcy filmu chyba nie mają pojęcia, jak wygląda przeciętność. Choć z drugiej strony stworzyli rzecz doskonale przeciętną.


Po 20 minutach, kiedy wszyscy bohaterowie zostali już przedstawieni, można spokojnie wyłączyć telewizor i dopowiedzieć sobie ciąg dalszy. Chłopak, który konfrontuje swoją naiwność co do świata randek, facet, który musi pokonać pokusę zdrady żony, kobieta, która musi zdążyć pogodzić się z ojcem, zanim ten umrze. Wszystko jest tak typowe dla kina spod znaku Sundance, że aż dziwię się, że tam nie miał film swojej premiery. Choć Tribeca to też dobre dla niego miejsce.

Na zabicie czasu w sam raz. Szybko jednak z pamięci wyparuje.

Ocena: 6

Youth in Revolt (2009)


Michael Cera zgodził się zagrać w tym filmie chyba tylko dlatego, że postrzegał to jako formę protestu przeciwko zamknięciu go w bardzo konkretnej klasie ról do zagrania. Tyle tylko, że film wyraźnie pokazuje, że jest to bunt bezcelowy. Alter ego – Francois – robi co prawda sporo zamieszania i sprowadza wiele kłopotów, lecz w rezultacie musi zniknąć, bo jest właśnie tylko tym – konstruktem stworzonym na rzecz realizacji bardzo konkretnego celu.


Parę lat temu film pewnie bardziej by mi się spodobał. Teraz mam już jednak dość Cery i jego pasywnych bohaterów. To wszystko jest zbyt jednorodne, że po prostu czuję się tak, jakby zobaczywszy jeden film z jego udziałem, zobaczył je wszystkie.

Ocena: 5

306 (2010)


Film przestroga dla wszystkich żyjących w czasach ekonomicznego kryzysu. Studia w Ameryce to nie jest tania sprawa. Zanim więc się zwiążecie drogie panie ze studentem, dowiedzcie się, jak zarabia na życie. Może wam się to nie spodobać.

"306" Short Gay Film from Elliot London on Vimeo.


Oczywiście "306" jest opowiedziane z punktu widzenia chłopaka i skonstruowano całą fabułę tak, żeby go rozgrzeszyć. Jego fucha nie jest przyjemna, a cierpieć musi w milczeniu, bo przecież nie zwierzy się miłości swego życia. Jednak taka konstrukcja jest moim zdaniem pójściem na łatwiznę. W o ileż trudniejszej do usprawiedliwienia sytuacji byłby chłopak, gdyby jego robota miała przyjemniejszy przebieg. Tak, bardzo łatwo jest nam go rozgrzeszyć, a przecież jego cierpienie nie równoważy kłamstwa i decyzji podjętej za plecami osoby, której na końcu szeptać będzie "I love you".

Ocena: 5

Stadt Land Fluss (2011)


Muszę przyznać, że mam ambiwalentny stosunek do tego filmu. Fakt, że dotyczy on niejako wyrzutków, budzi mój wewnętrzny opór. Z jednej strony rozumiem dlaczego zostało to wykorzystane w fabule. Stało się to kołem zamachowym. Historia chłopaka z rodziny obarczonej problemem alkoholowym oraz dobrowolnego outsidera, który wybrał pracę na roli od dobrze płatnej kariery bankiera, ma w sobie ten jakże potrzebny element romantyzmu. Dzięki temu wszystko układa się w jedną całość.


Z drugiej strony koncepcja pokazania wsi, pracy na gospodarce – nawet dobrze zmechanizowanej – jako przystań dla "ludzi z problemami", wydaje mi się moralnie co najmniej dwuznaczne. Owszem, mogę uznać, że stoi za tym szlachetne w gruncie rzeczy przeświadczenie, że ciężka praca nie dość, że poprawia charakter, to również daje drugą szansę. Bardzo to protestancko-freudowskie. Ale ma to też nieco mniej przyjemny wydźwięk zamykania wsi w swoistego rodzaju getcie, gdzie "trafia się" ponieważ nigdzie indziej się nie pasuje czy to z powodów intelektualnych, emocjonalnych, behawioralnych czy też innych. A to już mniej mi się podoba.

Ale reżyser ma u mnie plus za to, że historia romansu ma tu charakter poboczny i że kończy się zanim się jeszcze na dobre rozpoczęła (co pewnie przyzwyczajonych do bardziej tradycyjnej narracji rozczaruje). Wybrał też ciekawe zakończenie, które zamyka filmową opowieść, ale pozostawia otwartą historię bohaterów. Czym jest owo objęcie? Końcem? Początkiem? Kolejnym krokiem? Każdy może dopowiedzieć sobie zupełnie inny ciąg dalszy.

Ocena: 6

Pa negre (2010)


Wielki wygrany ubiegłorocznych nagród Goya. Już samo to wystarczyło, żebym zainteresował się tym filmem. I w końcu udało mi się go zobaczyć. "Czarny chleb" okazał się ciekawą lekturą, ale nie przekonał mnie, czy zasłużył na wszystkie nagrody, którymi został obsypany.


"Czarny chleb" to rzecz przewrotna. Akcja rozgrywa się tuż po zakończeniu wojny domowej, kiedy zwolennicy Franco konsolidują swoją władzę na prowincji Hiszpanii. W naturalny więc sposób o procesie tym film opowiada. Nie jest to jednak główny wątek, a raczej tło, przyprawy nadające charakter fabule, ale nie stanowiący jej sedno. W rzeczywistości bowiem jest to opowieść o zbrodni sprzed lat, której konsekwencje odczuwane są do dnia dzisiejszego. Główny bohater to dziecko. Kiedy poznajemy go na początku, jest naiwnym świadkiem przedostatniego aktu dawnej tragedii. Jednak wkrótce zacznie leczyć się z naiwności. Tematem przewodnim "Czarnego chleba" jest właśnie odzieranie rzeczywistości z masek i iluzji i ukazywanie bolesnej prawdy. Główny bohater, któremu wpajana jest wiara w ideały, będzie miał trudności ze zrozumieniem, że świat realny jest niejednoznaczny w szerszym zakresie, niż można byłoby przypuszczać.

Jako przypowieść "Czarny chleb" funkcjonuje bardzo dobrze. Podobnie jako historia konkretnej zbrodni. Jednak chwilami miałem wrażenie, że wyjściowy materiał nieco przerastał reżysera i nie do końca kontrolował wszystkich bohaterów. Stąd dziwne skoki w tempie opowiadania historii, pewna niekonsekwencja w prowadzeniu drugo- i trzecioplanowych postaci, których być może było zbyt wiele jak na potrzeby filmu.

Ocena: 7

Dinner for Schmucks (2010)


To naprawdę żenujące. Zgromadzić w jednym miejscu tyle komediowych talentów i wszystkie je zmarnować. 2/3 obsady w ogóle nie powinno się znaleźć w tym filmie. Dostali do zagrania postaci pozbawione humoru, w które z powodzeniem mogliby wcielić się statyści. Ale reżyser zmarnował również podstawowe gwiazdy produkcji. Paul Rudd i Steve Carell dawno nie byli tak nudni.


Sam film ledwie odstaje od poziomu szamba. Chwilami całkowicie traciłem zainteresowanie, a kiedy zbierałem się w sobie i ponownie skupiałem na fabule okazywało się, że nic ale to kompletnie nic nie straciłem. Tylko jedna scena był w miarę zabawna i musiałem z nią czekać aż do finału. Istna tortura. Antykomedia w najgorszym wydaniu.

Ocena: 3

sobota, 14 stycznia 2012

The Mechanic (2011)


O matko! I to autor tego filmu reżyseruje "Niezniszczalnych 2"??? No to zaczynam się bać.


"Mechanik" to film pełen straconych szans. To raczej zapis luźnych notatek na temat tego, co w filmie powinno się znaleźć, niż końcowy produkt. Jak na rzecz mającą niecałe 90 minut, jest przerażające, że dopiero po godzinie zaczyna się rozkręcać akcja. Sorry, ale kiedy sięgam po męskie kino, nie potrzebuję przeciągającej się gry wstępnej.

Do tego wszystko jest tu nakreślone po łebkach, jakby od niechcenia. Przez większość czasu fabuła mozolnie się wdrapuje, by potem w ekspresowym tempie wystrzelać się na dwóch sekwencjach akcji. W tych nielicznych momentach, kiedy zdarzenia przyspieszają do tempa spacerowego żółwia, rozczarowuje montaż, który przywodził mi na myśl proces szatkowania kapusty na kapuśniaka.

W całym filmie spodobała mi się w zasadzie tylko jedna scena: na stacji benzynowej. Tu reżyserowi udało się sklecić całość bardzo dobrze. Świetnie nakręcona, dobrze zmontowana, miała w sobie napięcie, dramat i niejednoznaczność, jakich w innych momentach filmu na próżno szukać.

Ocena: 4

Ps. To trochę zabawne, że film zaczyna się od tekstu, że najlepsze mokre roboty to takie, po których nie ma śladu, że zabójca był na miejscu, a potem z niewielkimi wyjątkami bohaterowie zostawiają po sobie gigantyczne ślady.

Red Riding Hood (2011)

Catherine Hardwicke lepiej by chyba zrobiła wracając do bycia scenografką. Wyczucie estetyczne wciąż ją nie opuszcza. Szkoda, że z całą resztą nie jest już tak dobrze.


"Dziewczyna w czerwonej pelerynie" spodobała mi się od strony wizualnej. Podobał mi wygląd osady, kostiumy bohaterów z tytułową peleryną na czele. Podobało mi się to, jak pokazana została Amanda Seyfried, której z całą pewnością nie uważam za piękność, a tu wyglądała naprawdę uroczo. Najbardziej spodobały mi się jednak współczesne wtrącenia, jak scena tańca podczas świętowania zabicia wilka. Przywodziła na myśl podobne sceny w "Obłędnym rycerzu" czy "Plunkett & Macleane".


Niestety Hardwicke nie udało się stworzyć wciągającej fabuły. Mimo że film opiera się przecież na intrygującym pytaniu "Kto jest wilkołakiem?" i mimo że reżyserka cały czas stara się plątać ślady, to po prostu brakowało mi napięcia. Zero zaangażowania. Było mi obojętne, jaki będzie rezultat końcowy. A to oznacza, że reżyserka gdzieś popełniła bardzo poważny błąd. Moim zdaniem polegał on na efekcie "Zmierzchu", czyli emo-romansidła rozgrywającego się w sposób bezpłciowy w powolnym tempie. Jeśli już robić rewolucję w baśni, to należałoby to zrobić z hukiem, a nie chyłkiem.

Ocena: 6

The Son of No One (2011)


Po znakomitych "Wszystkich twoich świętych" Dito Montiel gdzieś się zagubił. Wydaje się, jakby próbował za wszelką cenę odtworzyć sukces swojego debiutu, zamiast ruszyć dalej w artystyczną drogę. Rezultat był łatwy do przewidzenia. Jego kolejne dwa filmy nie dorastają debiutowi do pięt, choć "Sprawa zamknięta" jest minimalnie lepsza od "Fighting".


Po prawdzie "Sprawa zamknięta" nie jest złym filmem, ma tylko całkowicie zjechaną pointę. Gdyby nie to zakończenie, na które Montiel wpadł chyba po ciężkim urazie głowy, całość byłaby prostą, ale ciekawie poprowadzoną historią faceta, który musi rozliczyć się z przeszłością. A tak o żadnym rozliczeniu mowy nie ma, większość bohaterów ma niejasną motywację (jeśli w ogóle ją posiada) i pozostaje jedynie tempo, które jest jedyną rzeczą, jaka nie szwankuje.

Ocena: 6

piątek, 13 stycznia 2012

Lollipop Monster (2011)


Tego się po kinie niemieckim nie spodziewałem. "Lollipop Monster" sprawia wrażenie owocu undergroundowej subkultury Nowego Jorku z końca ubiegłego stulecia, która wylazła na powierzchnie mainstreamu z katakumb, w jakich przebywała przez ostatnie naście lat i próbuje uchodzić za normalny film. Brzmi to jak nagana, ale w rzeczywistości jest odwrotnie, właśnie za tę undergroundowość i lekki archaizm polubiłem ten film.


"Lollipop Monster" to zabawa formą. Jeśli nie kupujecie stylizacji, wtedy spokojnie możecie wyjść z kina, bo ten film będzie jedynie marnotrawstwem waszego czasu. Mnie spodobały się i te kolorowe odjazdy w domu Ari jak i pokazanie się budzącej zmysłowości nastolatki. Zakochałem się w muzyce, ponurej, groteskowej, tak jak i co druga scena tego filmu. Spodobały mi się wtręty z kamery z ręki i sekwencje animowane. Tworzy to bardzo niecodzienną całość, której już szybciej spodziewałbym się po kimś w rodzaju Gregga Arakiego.


(Thomas Wodianka)


Ocena: 8

środa, 11 stycznia 2012

War Horse (2011)


Jedno trzeba Spielbergowi przyznać: zupełnie się nie patyczkuje, lecz idzie na całość. Okazuje się mistrzem wysublimowanego gwałtu emocjonalnego. Nie dość, że zarzyna nas ckliwymi ponad miarę, dopieszczonymi po ostatni detal scenami, to jeszcze sprawia, że autentycznie się wzruszamy. I co z tego, że jest to reakcja automatyczna, jak łzawienie oczu przy krojeniu cebuli? Dla Spielberga liczy się rezultat.


Akt pierwszy to arcydzieło bujdy na resorach. Jakiekolwiek podobieństwo do miejsc czy sytuacji jest czysto przypadkowe. Spielberg tylko się z widzami umawia, że akcja rozgrywa się w Anglii na początku XX wieku. Równie dobrze mogłoby to być Shire pod koniec Trzeciej Ery. W tych baśniowych okolicznościach przyrody koń mógłby napisać encyklopedię "Britannica", a marchewki i truskawki wyglądają, jakby nawożono je photoshopem tak soczyste mają barwy. Akt pierwszy to równie pochwała platonicznej zoofilii, choć możliwa wyłącznie dzięki dużej antropomorfizacji zwierząt (i to nie tylko tytułowego konia).

W akcie drugim Spielberg ma już jednak poważne kłopoty z materią filmową. Próba pogodzenia rozmachu scen batalistycznych, obrazu brutalności wojny z baśniową, odrealnią stylistyką nie przynosi zamierzonych rezultatów. Robi się nudno, a całość trzyma tylko przewrotność opowieści, z czego chyba nawet sam Spielberg nie do końca sobie zdawał sprawę. Oto bowiem tytułowy koń to najbardziej feralna szkapa w historii. Kto się z nim zwiąże, tego szanse na przetrwanie spadają prawie do 0%. Dla wszystkich zainteresowanych byłoby lepiej, gdyby przerobiono go na konserwy dla żołnierzy. Wtedy pewnie uratowałby parę istnień.

W trzecim akcie Spielberg chwyta się maksymalnej ckliwości i klasycznej teatralności. To oczywiście działa, ale kiedy dyskretnie ociera się łzy, gdzieś na tyłach głowy kołacze się myśl, że można było to wszystko opowiedzieć inaczej, bardziej prawdziwie, autentycznie, a jednocześnie równie wzruszająco. No cóż. Zamiast steka dostaliśmy mielonego.

Ocena: 6

Carnage (2011)

Z niektórymi relacjami międzyludzkimi jest jak z wasektomią – najlepiej zrobić raz, ciach i po krzyku. Kiedy bowiem zacznie się krygowanie, zagłębianie w problem, zadawanie pytań, robi się nieciekawie, a na wierzch wychodzą czasem bardzo obrzydliwe rzeczy.


Oto jak przedstawia się morał "Rzezi" - historii dwóch małżeństw, które rozmawiają o tym, co też wyczyniały ich pociechy na podwórku. Niezobowiązująca pogawędka szybko przeradza się w starcie ideologii, światopoglądów i punktów widzenia, w którym przetestowane zostaną wszystkie możliwe kombinacje: kobiety kontra mężczyźni, materialiści kontra idealiści, goal-oriented kontra community-oriented itp. itd.

Ogląda się to wszystko znakomicie. Mieszczańska komedia obyczajowa już dawno nie prezentowała tak wysokiego poziomu. Tyle tylko, że nie mam żadnej pewności, że cokolwiek z tego, co podoba mi się w filmie jest zasługą Polańskiego. Mam raczej wrażenie, że źródła szukać powinienem w teatralnym pierwowzorze. To chyba tam znajdę po mistrzowsku rozpisaną dynamikę kolejnych starć, cięte dialogi i inteligentne obserwacje stawiające pod znakiem zapytania frazesy powtarzane przez wielu jako prawdy objawione. Dobrze sprawuje się również obsada. Choć osobiście wolałby, aby wybrano mniej oczywiste osoby. Każdy z aktorów gra tu bowiem nie tyle konkretną postać, ile raczej na swoim wizerunku, który a to jest wzmacniany, a to znów podważany.

Niemniej jednak jako kino rozrywkowe sprawdza się w stu procentach.

Ocena: 7

Barry Munday (2010)


Co za rozczarowanie. Spodziewałem się soczystej komedii o facecie, który musi zdefiniować na nowo czym dla niego jest męskość, kiedy traci jądra, a dostałem wypłowiałą powiastkę o wyższości życia rodzinnego.


Pewnie i to bym przełkną, gdyby nie żenująca próba manipulacji, jakiej dopuszczają się twórcy. Otóż podstawowym sposobem na przekonanie widza, że bycie z kimś i posiadanie potomka jest ważne w życiu, jest to, jak prezentuje się główny bohater. Na początku w tych swoich sweterkach wcale nie wygląda na kobieciarza, a raczej na seryjnego gwałciciela, którego miejsce jest w mrocznych zaułkach podejrzanych dzielnic. Kiedy zostaje ojcem, nagle staje się też schludny i o wiele bardziej godny zaufania. Gdyby to był jeden z elementów szerszej prezentacji, wtedy nie miałbym nic przeciwko. Niestety twórcy nie mają nic więcej. Nawet zabawnych momentów. Szkoda w tym wszystkim zaskakująco dobrej obsady.

Ocena: 4

wtorek, 10 stycznia 2012

Chéri (2009)

Co się stało z Christopherem Hamptonem? Kiedyś jeden z ciekawszych scenarzystów, od pewnego czasu rozczarowuje jednym kiepskim filmem za drugim. Choć chyba słabość "Chéri" to bardziej zasługa reżysera Stephena Frearsa (też ostatnio w nienajlepszej formie).


Uczynienie z historii niespełnionej miłości farsy na socjetę było ryzykownym i odważnym posunięciem i to doceniam. Niestety nie zmienia to faktu, że w tej konwencji film jest zupełnie nieudany. Jest w nim straszliwe rozdarcie pomiędzy rolami dramatycznymi u swej podstawy a muzyką rodem z niezobowiązującej komedii. Twórcy wysyłają sprzeczne sygnały tak, że w końcu nie wiadomo, co się ogląda.

To, że film ma ode mnie mimo wszystko wysoką ocenę, to wynik świetnej gry Kathy Bates i Michelle Pfeiffer. Obie aktorki nie rozczarowały tworząc znakomite kreacje: Bates farsową, a Pfeiffer dramatyczną. Do tego Pfeiffer miała świetne kostiumy przywodzące na myśl wielkie boginie ekranu lat 30-tych.

Ocena: 5

niedziela, 8 stycznia 2012

Passi el que passi (2011)


Oj, zupełnie nie podszedł mi humor prezentowany w tej katalońskiej komedii. Samo w sobie zbicie w jedno frustracji scenarzysty próbującego napisać artystyczny film i frustracji faceta próbującego się kochać ze swoją żoną nie było jeszcze takim złym pomysłem. Niestety z wykonaniem było już znacznie gorzej.


Tak naprawdę zaśmiałem się może w dwóch momentach. Do tego jak na komedię z pieprzykiem, na próżno szukać tam pieprzyka. No chyba, że dwie paradujące w bikini Czeszki mają nam to zapewnić. Lubię absurdalny humor, ale nie może być udawany, a w tym przypadku tak chyba było (albo mnie się tak wydaje).

Ocena: 3

Cinema Verite (2011)


Ten film warto obejrzeć z jednego wyłącznie powodu: Diane Lane. To może być jej najlepsza rola od czasu "Pod słońcem Toskanii". Znakomicie odegrał rolę kobiety silnej duchem, a jednocześnie słabej, która walcząc o swoje jest zarazem ofiarą manipulacji (nie do końca makiawelicznej).


To także opowieść o czasach, kiedy - być może za sprawą jeszcze trwającej hipisowskiej atmosfery -  świat telewizji wydawał się być bardziej czysty, posiadać wartości etyczne. To bowiem, co dziś wyznacza wartość reality show, wtedy budzi wątpliwości. Craig Gilbert, choć dobrze myślał, pojawił się ze swoim pomysłem zbyt wcześnie. Dziś nikt już nie ubiera reality show w szaty pseudonaukowego eksperymenty. Dziś jest odwrotnie, prace naukowe na temat tego rodzaju programów to efekt uboczny.


Jednak mimo tych plusów, "Cinema Verite" rozczarowało mnie. Obraz jest zbyt poukładany, za porządny. Nie ma w nim ducha, nie ma pytań, na które mógłby odpowiadać. To raczej rzecz na zaliczenie. A szkoda.

Ocena: 6

Lost Boys: The Thirst (2010)


Trochę trudno jest mi się przekonać do mrukliwego Edgara. Z jednej strony fajnie, że twórcy poszli w innym kierunku jeśli chodzi o rozwój jego osobowości. Z drugiej strony jakoś mi to nie pasowało. Może przez fakt, że Corey Feldman dobrym aktorem nie jest i nie potrafił przekonać mnie do takiego wizerunku postaci.


Reszta filmu jest równie słabo rozwinięta. Jeszcze się na dobre nie zaczęła jatka, a już było po wszystkim. Do tego szkoda, że nie skorzystali z przewrotnego zakończenia, które sami twórcy zasugerowali. Mieliby wtedy prostą drogę do części czwartej. Całość jest za krótka, za mało krwawa i za mrukliwa jak na mój gust.

Ocena: 4

sobota, 7 stycznia 2012

Beyond a Reasonable Doubt (2009)


Biedny Peter Hyams. Pod koniec lat 70-tych był jednym z młodych gniewnych, do których miała należeć przyszłość. Wielu jego kompanom rzeczywiście się udało. Jemu niestety nie. Ugrzązł w kinie klasy B, gdzie jego talent zmarniał. To, co teraz robi ledwo nadaje się do telewizji, a co dopiero mówić o kinie. Zadziwiające, że gwiazdy wciąż chcą u niego grać.


Fabuła filmu jest tak prosta, że wystarczy pięć minut, by zorientować się, jak się całość zakończy. Rozplanowane twisty nie robią więc większego wrażenia, a bez tego film nie ma nic do zaoferowania. Ja wiem, że Jesse Metcalfe w niektórych kręgach budzi pożądanie, ale aktorsko ledwo mieści się w granicach normy. Michael Douglas nawet nie udaje, że jest tu tylko po to, żeby szybko zainkasować czek. Hyams prowadzi narrację w szkolny sposób, jakby odrabiał pracę domową z przedmiotu, który nie bardzo mu leży.

Jednym słowem: szkoda.

Ocena: 4

Let Him Have It (1991)


Kiedy kończy się wojna, wszyscy cieszą się i liczą na nowy początek. Okrutna prawda jest niestety inna – konsekwencje wojny odczuwane są jeszcze wiele, wiele lat później. A śmierć czasem z opóźnieniem przychodzi po swoje.


W 1941 roku Derek Bentley był małym chłopcem, który miał pecha i został przygnieciony przez gruzy budynku zniszczonego w czasie niemieckiego nalotu. Uraz głowy doprowadził do nieodwracalnych zmian w mózgu. Chłopak nabawił się epilepsji, a jego IQ zatrzymało się na niskim poziomie. To sprawiło, że w różnych społecznych sytuacjach nie potrafił się właściwie zachować. Jego zdolność do samoobrony i przetrwania jest mocno stępiona, co będzie miało straszliwe konsekwencje dekadę później.

Derek jest najbardziej jaskrawym przykładem tego, co robi z ludźmi wojna, ale z całą pewnością nie jedynym. Inni cierpią z powodu reglamentacji dóbr. Niektórzy młodzi ludzie mają straszliwe zaległości w edukacji. A broń jest równie powszechna jak resoraki. I to właśnie owemu połączeniu niedojrzałości i przemocy poświęcony jest film Petera Medaka. Ponieważ jest to rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, ma też mrożące przesłanie o tym, jak łatwo system eliminuje wyrzutków, nawet jeśli nie są winni zarzucanych im zbrodni. Tytułowe słowa staną się podstawą oskarżenia, którego rezultatem będzie tragiczna pomyłka wymiaru sprawiedliwości, choć wszystkie strony mogły jej zapobiec.

Sam film niestety trochę się zestarzał. Jest zbyt teatralny jakby jedną nogą stał w epoce gangsterskiego kina lat 30. Było to zapewne intencją; w ten sposób twórcy pewnie chcieli podkreślić epokę, w jakiej osadzona jest fabuła, ale przesadzili i trochę wygląda to jak niezamierzona parodia. Za to młody Christopher Eccleston wykazał się sporym talentem aktorskim.

Ocena: 6

piątek, 6 stycznia 2012

Fanboys (2008)


Autorzy pomysłu na fabułę to prawdziwi geniusze! Biję przed nimi pokłony. Nikt lepiej nie skwitował uwielbienia dla starej trylogii "Gwiezdnych Wojen" i oczekiwań (oraz rozczarowań w przypadku wielu fanów) związanych z nową trylogią. I mean, połączenie "Mrocznego widma" z rakiem! Przezabawny i zarazem niezwykle okrutny koncept. Nie wyobrażam sobie bowiem nic bardziej sadystycznego niż zezwolić umierającemu chłopakowi obejrzeć "Mroczne widmo", zwłaszcza jeśli jest to fan oryginału... Zaraz, jednak wyobrażam sobie – to zezwolić na obejrzenie przez niego "Zemsty Shitów".


Sam film nie do końca dorównał pomysłowi. Jest chaotyczny i dość hermetyczny. Jeśli ktoś nie zna się na kinie fantasy, to połowy dowcipów nie załapie. Sam nie jestem jakimś gigantycznym fanem SW i ST, więc aż tak mnie nie podniecały teksty w stylu Time for you to get mauled. Niemniej jednak uważam "Fanboys" za film zabawny. Striptiz do piosenki Menudo, Seth Rogen, przebity billboard, Kevin Smith, to były fajne "smaczki".

Ocena: 7

You Don't Know Jack (2010)


Kiedy zaczął się film, szczęka mi opadła i pomyślałem WTF, czyżbym był świadkiem ataku żywych włosów. To, co aktorzy mieli na głowach przeraziło mnie dokumentnie. Jeszcze siwizna Ala Pacino była do zniesienia, ale już czupryna Susan Sarandon, a zwłaszcza mop Danny'ego Hustona to prawdziwy koszmar. Groza! Groza! Groza!


A sam film? Cóż, tym razem polski tytuł kompletnie mija się z rzeczywistością. Jest to bowiem portret Jacka Kevorkiana doskonale znany z mediów. Twórcy w ogóle nie "wgryźli się" w osobowość bohatera, nie ukazali jego motywacji, złożonej natury. Sam Al Pacino gra w porządku, ale ma tak naprawdę ledwie jedną mocną scenę. W dwóch miejscach się wzruszyłem, kiedy na plan pierwszy wychodzą ludzkie tragedie.

Paradoksalnie, film niezbyt wiele mówi o eutanazji. Jeśli już, to istotniejszy jest tu bardziej ogólny problem decyzji, co jest ważniejsze: pomoc ludziom, często w cieniu, na uboczu, z dala od fleszy i ogólnospołecznego przyzwolenia czy raczej misja zmiany mentalności, w której poszczególne przypadki są tylko elementami polityczno-prawnej rozgrywki. Jak dla mnie, to trochę za mało.

Ocena: 5

środa, 4 stycznia 2012

The Morning After (2011)


Przeciętna krótkometrażówka na temat wałkowany wielokrotnie. Reżyser nie próbuje ugryźć go w nowy, oryginalny sposób. Ale nie wiem, czy to jest nawet możliwe. Skoro jednak bierze się za tak wyeksploatowany temat, jak szukanie własnej tożsamości po tym, jak rezultat nocy mocno zakrapianej alkoholem podda w wątpliwość to kim się jest, to powinien zdawać sobie sprawę z oczekiwań i wymagań.

The Morning After from Bruno Collins on Vimeo.


I co z tego, że Juliet Lundholm w niewielkim epizodzie błyszczy przyćmiewając głównego aktora (który poza urokiem osobistym chyba nie ma zbyt wiele do zaoferowania)? Na film można luknąć, ale nie ma w nim nic, co zapamiętałbym na dłużej.

Ocena: 5

wtorek, 3 stycznia 2012

Puss in Boots (2011)

"Kot w butach" okazał się idealnym przykładem pokazującym, że całościowa ocena filmu nie jest sumą poszczególnych elementów. Jest wiele rzeczy, które w najnowszej produkcji DWA bardzo mi się spodobały: detale futra Kota, taniec, latynoski klimat, nawiązanie do "Fight Club". Mógłby wychwalać szczegóły animacje godzinami. I każde słowo oddawałoby w pełni mój zachwyt.


A jednak jako całość "Kot w butach" średnio przypadł mi do gustu. Oceniam go niżej, niż większość animacji DreamWorks. Mimo klimatu nie ma w nim pasji. Mimo fajnych epizodów, cała historia była przyciężka i z deka nudna. Film nie wytrzymuje porównania z "Rango" czy nawet "Kung Fu Pandą 2". Przede wszystkim jednak rozczarowuje brak czarnego charakteru z prawdziwego zdarzenia. No i dubbing nieco kuleje. Polskim głosom zabrakło nutki latynoskiej namiętności w głosie, choć Malajkat wypada nadspodziewanie dobrze.

Ocena: 6

Trolljegeren (2010)


Moda na found footage trwa już ponad 4 lata. Wydawać by się zatem mogło, że forma ta została już doszczętnie wyeksploatowana. A tymczasem Norwegowie pokazali, że wystarczy świeży pomysł i można znów bawić widzów.


Formalnie "Łowca trolli" nie prezentuje nic nowego. Paradokumentalny styl i struktura typowego horroru sprawia, że ma się wrażenie bycia w doskonale znanej sytuacji. Jednak zamiast kosmitów czy duchów, tym razem są baśniowe trolle. Z bajkami dla dzieci niewiele mają wspólnego. Bliżej im do wszelkiej maści drapieżników, które przez samą swą obecność w okolicach zamieszkanych przez ludzi budzą niepokój.

Twórcy konsekwentnie rozwijają pomysł z trollami. Jest to niezaprzeczalnie największy atut filmu. Zawodzi nieco strona gawędziarska. Kiedy bowiem nowatorstwo samego konceptu zaczyna blednąć, na jaw wychodzi fakt, że fabularnie niewiele się dzieje. Blade zwroty akcji i niezbyt umiejętnie dawkowane napięcie sprawia, że końcówka nie ma żadnej mocy. Na szczęście udało się utrzymać twórcom choć częściowe moje zainteresowanie, dzięki czemu w ostatecznym rozrachunku skłaniam się ku pozytywnej ocenie.

Ocena: 6

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Attenberg (2010)


Nie przepadam za filmami, w których jestem totalnie odcięty od fabuły, w których reżyser przypisuje mi rolę biernego obserwatora zdarzeń i nie oczekuje nawet emocjonalnego zaangażowania. Mam tylko patrzeć, podczas gdy wszystko rozgrywa się poza mną, na ekranie. A właśnie takim filmem jest "Attenberg".


Obraz Tsangari sprawia wrażenie zapisu ćwiczeń aktorskich. Dla ich uczestników są to rzeczy ważne. Za sprawą dziwnych miejscami zadań aktorki odkrywają tajemnice somy i psyche, ucząc się na doświadczeniu kim są i co odczuwają. Jednak z boku wygląda to po prostu jak łagodna forma spastykowania, co wyszło z mody wkrótce po premierze "Idiotów".

Nie przypadł mi też dość prosty obraz kobiety, jaki kreśli reżyserka. Kobiecość jest tu definiowana przez męską obecność. Umierający ojciec wymusza samym swym stanem (ale i wprost, słowami) znalezienie innego męskiego oparcia, tym razem mającego seksualną konotację. Śmierć i seks jest tu pokazane jako banalna prawda z programu przyrodniczego, a skoro tak, to reżyserka sama deprecjonuje przyjętą formę, która nie chce być banalną.

Ocena: 5

The Losers (2010)


Biedne DC Comics. Gdyby nie Nolan, ich dział aktorskich adaptacji w całości leżałby w śmietniku. "Drużyna potępionych" jest najlepszym dowodem na to, że Warner i DC nie mają żadnego pomysłu na to, jak przenosić na ekran komiksowe oryginały.


Ale z drugiej strony, czego się można było spodziewać od faceta, który nakręcił "Koszmar kolejnego lata"? Zabawne było obserwować jak Sylvain White męczy się, by "wymyślne" dialogi brzmiały jak pełne ciętych ripost zabawne odzywki albo kiedy próbuje udawać Michaela Baya i mierzy się z jego słynnymi scenami slow-motion. W całym filmie jest tylko jeden naprawdę udany pomysł – nawalanka między Clayem a Aishą. Zaskakująco mocno się obijają.

Reszta to tylko niezły pomysł, który nie został dobrze zrealizowany.

Ocena: 5