wtorek, 28 lutego 2012

One for the Money (2012)


Dzięki Ci Boże za dziwki, to one uratowały bowiem "Jak upolować faceta". Gdyby nie te dwie postaci, film byłby nie do wytrzymania drętwy. A tak miałem się mimo wszystko z czego pośmiać.


Ogólnie, podczas seansu miałem silne uczucie deja vu. To już było, tylko w męskim wydaniu i nosiło tytuł "Dorwać byłą". Wymiana płci i podmienienie Gerarda Butlera na Katherine Heigl nic jednak nie dało. Rzecz jest miałka a wdzięku ma tyle co hipopotam wyjęty z wody. Do tego między Heigl a O'Marę jest tak niewiele chemii, że trudno uwierzyć w łączące ich uczucie. Więcej czułości pokazał Sunjata w scenie z gnatem w sklepie z bronią.

Na szczęście film nie jest zbyt długi, więc dało się go przetrwać.

Ocena: 4

poniedziałek, 27 lutego 2012

The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore (2011)


Mam mieszane uczucia co do tegorocznego oscarowego zwycięzcy w kategorii najlepsza krótkometrażowa animacja. Z jednej strony nie można jej odmówić uroku, zwłaszcza jeśli chodzi o formę i tempo narracji. Z drugiej strony nie do końca wydała mi się tak krzepiąca i pozytywnie magiczna, jak chyba chcieli ją zaprezentować twórcy.


Owszem, można na nią patrzeć jak na opowieść o bibliotekarzach, którzy dbają o książki niczym o żywych podopiecznych. To sprawia im radość, satysfakcję. A jednak jest w tej historii coś przerażającego. W końcu bohater nie z własnej woli znajduje się tym miejscu. Jest raczej niewolnikiem, więźniem skazanym na dożywocie. Owszem, jego praca daje mu pewne przywileje, nadaje jego egzystencji kolorytu, a jednak jedynym jej zakończeniem jest śmierć. Moralna wymowa tej animacji jest więc dla mnie mocno wątpliwa.

Ocena: 6

A Very Harold & Kumar 3D Christmas (2011)


No cóż, w trzecim filmie nie udało się twórcom wrócić do tej niezwykłej mieszanki inteligentnych nawiązań do popkultury i całkowitej głupawki, ale to wciąż rzecz, która ma swoje moment i dalej śmieszy. A co więcej, sprawił, że po raz pierwszy żałowałem, że nie zobaczyłem filmu w 3D. Szczerze, nie spodziewałem się, że kiedyś coś takiego nastąpi.


Kiedy jednak oglądałem kolejne sceny zrobione specjalnie z myślą o 3D, uznałem, że fajnie byłoby zobaczyć, jak lecą jaja albo rozbryzguje się kokaina w rytm piosenki "White Christmas". Film ma kilka naprawdę zabawnych momentów. Cały wątek naćpanego dziecka był histeryczny. A wizja nieba jako klubu z nieustającą balangą ( i tekst: "Jesus is such a cockblock"). No i Harold przymarznięty do latarni.

Choć całość nie jest warta zapamiętania, z tych scen można się pośmiać do łez.

Ocena: 6

The Woman in Black (2012)


Jeśli ktoś spodziewa się horroru krwawego, przerażającego bądź mrożącego krew w żyłach, to źle trafił. W "Kobiecie w czerni" nie znajdzie nic, co nie pozwoliłoby mu zasnąć w spokoju. Obraz Jamesa Watkinsa ma jednak coś innego – klimat.


Na pierwszy rzut oka "Kobieta w czerni" przywodzi na myśl klasyczną opowieść grozy z przełomu XIX i XX wieku. Ma wszystkie elementy, jakich po tego rodzaju historii byśmy się spodziewali. Pod tym kostiumem kryje się zaś przypowieść o przemożnym smutku i żałobie, którego nic na tym świecie nie jest w stanie ukoić. Bardzo smutny to film, jakby zrobiony z punktu widzenia depresanta, dla którego jedynym jasnym punktem jest śmierć. Skoro żyje się w jej cieniu, po co z nią walczyć, lepiej wykorzystać ją, by odnaleźć szczęście i spokój.

Ponieważ nigdy wcześniej nie widziałem Radcliffe'a na dużym ekranie (odpuściwszy sobie sagę o Potterze), nie miałem co do niego żadnych oczekiwań. Może więc dlatego wcale mnie nie zirytował. Zapewne nie jest największym aktorem brytyjskim swego pokolenia, ale na ekranie zaprezentował się całkiem przyzwoicie. Do roli Kippsa pasował idealnie.

Ocena: 6

niedziela, 26 lutego 2012

Handsome Harry (2009)


Jakże żałuję, że "Przystojnego Harry'ego" nie wyreżyserował ktoś z większym doświadczeniem. Toż to bardzo przejmująca opowieść o tchórzostwie i wyparciu się prawdziwej miłości w obliczu kolegów i rodziny. W rękach odpowiedniego reżysera rozdzierałaby duszę i serce.


Tytułowy Harry jest sympatycznym mężczyzną. Jednak nawet najmilsze osoby skrywają mroczne sekrety. Jego jest straszliwy. Będąc w marynarce wraz z grupą kolegów pobił prawie na śmierć towarzysza broni i zarazem przyjaciela. I pewnie dalej udawałby, że tego zdarzenia nie pamięta, gdyby jeden z pozostałych zakapiorów nie zadzwonił do niego z łoża śmierci. Tak rozpoczyna się jego podróż, która otworzy rany, jaki nigdy się nie zaleczyły.

"Przystojny Harry" to w zasadzie dwie historie, które należało właściwie rozegrać. Pierwsza to opowieść o tym, co zaszło 30 lat wcześniej. Druga to opowieść o tym, gdzie dziś są uczestnicy tamtego zajścia. Niestety Bette Gordon nie potrafiła sobie z tym poradzić. Ona po prostu snuje monotonne gadanie, nie wychodząc chyba w ogóle poza scenariusz. Nie czuć w tym żadnego planu, brakuje wypunktowania kolejnych ważnych elementów układanki, a przede wszystkim brakuje w tym wszystkim emocji. To, że końcowe spotkanie robi tak silne wrażenie, jest w zasadzie zasługą wyłącznie aktorów i samego fabularnego pomysłu.

Jakby tego było mało, Gordon podjęła dość dziwne decyzje dotyczące montażu dźwięku i w ogóle ścieżki dźwiękowej. Poza finałową sceną fragmenty jazzowe są używane w sposób kompletnie bezsensowny. Nijak mają się zarówno do tego, co widzimy na ekranie jak i do tego, co usłyszeć możemy w innych momentach.

Szkoda, bo lubię to przygnębiające piękno, jako skrywa w sobie fabuła.

Ocena: 6

Copie conforme (2010)


Kino spod znaku "Przed wschodem słońca". Dwójka cudzoziemców we Włoszech jeżdżą samochodem, spacerują po wąskich uliczkach, siedzą w kafejce i rozmawiają. O sztuce, o związkach, o życiu, o sobie. Grają kopie samych siebie, będąc jednocześnie całkowicie autentyczni.


"Wierna kopia" (albo "Zapiski z Toskanii" – tytuł zależy od tego, czy film oglądacie w telewizji czy w kinie) to prosta, a jednak wciągająca opowieść o tym, co składa się na ludzkie życie i związek. To przypowieść o przemijaniu, zmianach i niezmienności. To też próba powiedzenia o początku związku i jego końcu. Cały splot ludzkiej egzystencji skondensowany do rozmów niby o niczym, a jednak ujawniających głęboką prawdę o nas samych.

Ocena: 7

The Bang Bang Club (2010)


Cóż, film niestety rozczarował mnie. Do historii kilku fotografów, którzy w latach 90-tych stali się sławni dzięki zdjęciom z RPA czy Sudanu można było podejść na wiele różnych sposobów. Reżyser poszedł jednak po linii najmniejszego oporu.


W rezultacie otrzymałem przewidywalny zestaw filmowych klisz. Przeciętną fabułę, oczywiste dramaty i ogólnie materiał mało angażujący. Na szczęście całość została sprawnie zrealizowana, więc przynajmniej nie irytowały mnie jakieś głupie wpadki techniczne.

Na plus zaliczam również to, że w końcu mogłem zobaczyć w jakiejś normalnej roli Taylora Kitscha, który niestety daje się zarżnąć w wątpliwych wysokobudżetowych widowiskach. A wcale nie jest aż tak złym aktorem (choć jego postać została niestety źle napisana).

Ocena: 6

sobota, 25 lutego 2012

Pieds nus sur les limaces (2010)

Kino anarchistyczne z kobiecym punktem widzenia. Więcej jest tu delikatności, ale wcale nie mniej szaleństwa. Bo, jak pokazuje "Lily", w szaleństwie jest metoda.


Ten film demaskuje fałsz obsesji kultury Zachodu indywidualnością. Postać Lily pokazuje, że "bycie sobą" jest tylko chwytem reklamowym, w rzeczywistości liczy się tylko i wyłącznie przestrzeganie norm społecznych. A te wyznaczają przeciętniacy i miernoty. Na tym tle prawdziwy indywidualizm jawi się niczym choroba psychiczna. Nic więc dziwnego, że połowa bohaterów chciałaby Lily zamknąć w wariatkowie albo wręcz utopić. Jest balastem, ciągle testującym granice normalności. I ci, którzy w tym więzieniu iluzji "ja" czują się komfortowo, reagują na nią agresją. Ale Lily, która zapewne nie osiągnęłaby normy w większości testów psychologiczny wystandaryzowanych na populacji, ma swój własny sposób spoglądania na świat, jest bardziej wolną i wyjątkową istotą. Nie ma w tym nic z hipisowskiej utopi pokoju – Lily potrafi być brutalna, kiedy tego chce. A jednak na swój szczególny sposób pokazuje nam drogę ku wolności. Wolności, od której większość widzów ucieknie dalej, niż to przewidywał Fromm.

Film ma bardzo ciekawe przesłanie, ale niestety jest trochę zbyt rozwlekły. Zwłaszcza pierwsza połowa, w której praktycznie nic się nie dzieje poza łopatologicznym wbijaniem widzom do głowy, że Lily jest "inna". Twórcy powinni mieć trochę więcej wiary w widza. Zwłaszcza, że sądząc po frekwencji na dzisiejszym seansie, przeciętny zjadacz popcornu nie obejrzy "Lily" nawet przez przypadek.

Ocena: 6

Country Strong (2010)


Bardzo smutny to film, zwłaszcza w świetle tego, co przydarzyło się Michaelowi Jacksonowi, Amy Winehouse czy Whitney Houston. "Country Strong" bowiem pokazuje, że dla raz złamanych artystów nie ma powrotu. I to nawet jeśli uda im się zrobić wielki show.


W teorii główną bohaterką jest powracająca na scenę po (niedokończonym) odwyku piosenkarka Kelly Canter. W rzeczywistości jest tylko zmienną wpływającą na życia innych. Nikt tak naprawdę nie zwraca uwagi na jej potrzeby, nikt nie uwolni jej z więzienia, jakim stała się dla niej scena. Jej ciało jeszcze żyje, ale reszta bohaterów już się nim żywi niczym robaki zjadające truchło. "Country Strong" w sposób okrutny pokazuje, że nie ma come backu, że jest to iluzja, na której wybić się mogą młodzi artyści... jeśli tylko starczy im bezwzględności.

"Country Strong" to pierwsza od dłuższego czasu dobra rola Paltrow. Zmieniam też zdanie co do Garretta Hedlunda, który pozytywnie mnie zaskoczył nie tylko głosem ale i całą swoją postawą. Z wielką ciekawością zobaczę, co też z niego wycisną Coenowie.

Ocena: 6

czwartek, 23 lutego 2012

This Means War (2012)


Dla wszystkich byłoby chyba lepiej, gdyby McG zrezygnował z kina na rzecz telewizji. Jako producent seriali sprawdza się znakomicie, jako reżyser kinowych widowisk wypada znacznie gorzej. Nie rozumiem, jak ktoś odpowiedzialny za "Chucka" może tak bardzo sknocić film w gruncie rzeczy bardzo do serialu podobny.


Tymczasem "A więc wojna" zaczyna się tragicznie. Hardy i Pine i cała otwierająca sekwencja wygląda tak, jakby to była reklama garniturów lub zegarków. Takich momentów jest zresztą więcej. W pewnej chwili zacząłem się zastanawiać, czy być może mam tu do czynienia z metakonstrukcją: ambitnym planem nakręcenie romantycznej komedii akcji przy wykorzystaniu wszystkich możliwych reklamowych stereotypów.

Po scenie otwierającej jest jeszcze gorzej. Oto pojawia się Reese Witherspoon próbująca wyglądać seksownie. Był to naprawdę przykry widok. Witherspoon wyglądała jak kapucynka, która zapomniała wyjąć kulki analne i teraz boi się, że jej wypadną. Potem scena w sklepie i rozmowa w kawiarni. Przecierałem oczy ze zdumienia. Tak złej gry aktorskiej w hollywoodzkiej produkcji nie widziałem od dawna. Poziom pierwszej klasy podstawówki.

I tak przez jakieś 40 minut. Potem film zaczął się trochę rozwijać. Kilka scen było nawet na swój sposób zabawnych (scena z obrazami). Jednak za późno i zbyt mało, by zmienić moją opinię o tym wątpliwym dziele. McG mógł sobie realizację darować.

Ocena: 4

Safe House (2012)

Na film wybrałem się ze względu na reżysera. Espinosa pokazał w "Snabba Cash", że wie, jak kręci się dobre kino sensacyjne. Ciekaw więc byłem, jak poradzi sobie w Ameryce. Większość jego kolegów niestety przepadła tam z kretesem. Miło mi powiedzieć, że Espinosy to nie dotyczy.


Pewnie, że wszystko już gdzieś można było zobaczyć. "Safe House" to nie odkrywanie Ameryki, a realizacja solidnej rozrywki. A dzięki europejskiej estetyce Espinosie udało się stworzyć soczyste kino akcji ze znakomitymi scenami pościgów. Jeśli kiedyś Bourne potrzebować będzie jakiegoś reżysera, Espinosa powinien być kandydatem numer 1.

Z całego filmu szkoda mi Very Farmigi. Widzę, że w produkcjach z pierwszej ligi została zdegradowana do ról drugoplanowych autorytetów. To nie oddaje sprawiedliwości jej talentowi. Za to fajnie, że reżyser pozostał lojalny do swych szwedzkich aktorów i przemycił paru na plan.

Ocena: 7

wtorek, 21 lutego 2012

Róża (2011)


Bardzo bałem się tego filmu. Mając wspomnienie zachwytów nad "Domem złym" i moje nim rozczarowanie obawiałem się, że z "Różą" będzie tak samo. I niestety pod wieloma względami dostałem powtórkę z rozrywki. Jednak te nieliczne różnice sprawiły, że tym razem obyło się bez porażki.


To, że Smarzowski ma technikę filmową w małym palcu, było dla mnie oczywiste. Stąd też od strony formalnej trudno coś "Róży" zarzucić. Ja jednak wolę mniej perfekcyjne filmy, za to posiadające duszę, niż doskonałe, lecz puste maszyny. A tu, tak jak w "Domu złym" wciąż bohaterowie są jedynie figurantami. Idea jest ważniejsza niż życie, a Historia bije jednostkę. Naprawdę z trudem przychodziło mi zrozumienie, dlaczego bohaterowie ze wszystkich możliwych dróg wybrali te najbardziej skomplikowane. Oczywiście wszystko wyjaśnione jest według prostych etykietek "ziemia przodków", "akowiec", "repatriant", "esbek" itp. Ale jest to wyjaśnienie bardzo prymitywne i przedmiotowe, a przez to puste na poziomie psychologicznym. Jednak w porównaniu z "Domem złym" bohaterowie i tak zyskali większą autonomię. Niewystarczającą, ale kiedy porówna się to z "W ciemności" czy "Anonymą" – "Róża" wypada znacznie lepiej.

Spodobało mi się to, że w końcu zobaczyłem jakiś ciekawy temat historyczny. Zero laurki czy opowieści pod publikę. Jednak ocena, jaką wystawiłem "Róży" jest zdecydowanie zbyt wysoka. Film w większości jest ledwie średnią światową i tylko na tle rodzimych produkcji wypada niewiarygodnie dobrze. To, że zdecydowałem się ocenić film aż tak wysoko, "Róża" zawdzięcza wyłącznie jednej scenie – powrotu bohatera na gospodarkę. Czegoś takiego w polskim kinie nie widziałem od bardzo dawna. Całość wygrana została wyłącznie na spojrzeniu Dorocińskiego. Nie pada ani jedno słowo. Gdyby ktoś powiedział cokolwiek, moc tej sceny ulotniła się, a wraz z nią moje przekonanie o podwyższeniu oceny.

Ocena: 7

Sykt lykkelig (2010)


Czwórka zagubionych osób zostanie skonfrontowana z problemami, które od dawna się w nich gotują, a o których nie chcą w ogóle mówić. Kaja cały czas się uśmiecha, ale kryje w sobie ogromny smutek i świadomość tego, że jej mąż nigdy nie odwzajemni jej uczucia. Eirik patrzy na Kaję i widzi w niej tylko to, co go drażni. Sigve i Elisabeth wydają się parą dość zgraną. A jednak i tu zakłócona komunikacja doprowadzi do zdrady.


Prosta historia i prosty film. Ciekawie się to ogląda głównie ze względu na zaskakujące rozwiązania formalne. Reżyserka stonowała typowo skandynawską melancholię i czarny humor. Dodała za to dużo klimatu Południa Stanów Zjednoczonych. Interesującym pomysłem okazało się dodanie chóru śpiewającego czarną muzę. Niby jest w tym smutek, rozterki i nadzieja na lepsze jutro, ale ma to zupełnie inny charakter niż to jest zazwyczaj w filmach rodem z Norwegii.

Zabrakło mi trochę finezji. Ale w sumie jest to całkiem przyjemny obraz.

Ocena: 6

Rest (2012)


Miłość po grobową deskę nabiera w "Rest" zupełnie nowego znaczenia. Oto na zapomnianym cmentarzysku z czasów I Wojny Światowej zaczyna się poruszenie. Z jednego z grobów wychodzą nieźle zakonserwowane zwłoki. I zaczynają podróż przez Europę i Amerykę, by dotrzeć do jednego, bardzo konkretnego miejsca.


Na plus filmu zaliczam to, że twórcom udało się stworzyć interesującą atmosferę. Dodanie perspektywy trupa było fajnym chwytem, który odwrócił uwagę od spraw praktycznych i logicznych dziur w fabule. No, ale jeśli nie będzie się każdego kroku bohatera dogłębnie analizować, "Rest" sprawi frajdę.

Ocena: 6

Big Miracle (2012)


Ktoś kiedyś powiedział, że o naszym człowieczeństwie świadczy to, jak zachowujemy się wobec słabszych od nas. A w dzisiejszych czasach w 9 przypadkach na 10 tymi słabszymi istotami są zwierzęta. W 1988 roku ludzkość wystawiła sobie znakomite świadectwo jednocząc się w walce o życie trzech waleni. Oczywiście, czynili to z egoistycznych pobudek. Tym razem jednak nie intencje, a czyny się liczyły.


I właśnie ze względu na tę prawdziwą, niesamowitą historię, warto obejrzeć "Na ratunek wielorybom". Ta mieszanina "Przystanku Alaska", komedii romantycznej i familijnej z dramatem polityczno-obyczajowym naprawdę krzepi i wzrusza.

Sam film jednak nie jest niczym nadzwyczajnym. Twórcy dwoją się i troją, by uatrakcyjnić narrację, ale zarówno od strony technicznej jak i artystycznej jest to absolutna przeciętność. Są jednak wieloryby, jest John Krasinski, na którego punkcie mam słabość od czasu cudownej "Pary na życie", więc nie żałuję wydanych pieniędzy.

Ocena: 6

poniedziałek, 20 lutego 2012

The Ledge (2011)


Dwa ciekawe pomysły. Dobrze wybrana obsada. A jednak rezultat końcowy pozostawia sporo do życzenia. I wszystko to wina reżysera i scenarzysty w jednej osobie, Matthew Chapmana.


Kiedy film powstaje kilka lat, można wymagać przynajmniej dopracowanej fabuły. A tymczasem to właśnie ona jest piętą achillesową "The Ledge". Film składa się z dwóch historii, z których pierwsza jest jedynie początkiem i końcem, a druga stanowi klamrę spinającą krańce tej pierwszej.

Jest więc policjant, który dowiaduje się, że całe życie był bezpłodny. Problem w tym, że ma dwójkę dzieci. Jest też mężczyzna, który uwiódł swoją sąsiadkę i zarazem podwładną, a teraz stoi na dachu wieżowca, by w samo południe z niego skoczyć. Większość filmu stanowi właśnie jego opowieść, relacjonując policjantowi z masą własnych problemów koleje romansu. I ok. To mogę zrozumieć. Jednak w jego opowieść wkradają się sceny z perspektywy kobiety i  jej męża, w których nie uczestniczył, a zatem nie może ich znać. Dodanie ich do narracji stanowi poważny błąd konstrukcyjny. Z drugiej strony historia policjanta i jego żony jest potraktowana po macoszemu, a dla mnie jest ona równie ciekawa, jeśli nie ciekawsza od wątku romansowego i z powodzeniem mogłaby posłużyć za fabułę całego filmu.

Za to obsadowo rzecz jest bardzo udana. Aż trudno uwierzyć, że to ten sam Charlie Hunnam, którego przed laty oglądałem w "Queer as Folk". Bardzo spodobał mi się jego Gavin, człowiek o pogodnym obliczu i mrocznym, skrywającym osobistą tragedię, wnętrzu. Uwielbiam też Patricka Wilsona w rolach mrocznych, psychopatycznych i kontrowersyjnych, dlatego też jego konwertyta, który z wiary uczynił więzienie dla siebie i żony tak przykuwał uwagę. Szkoda więc, że potencjał filmu nie został w pełni zrealizowany.

Ocena: 6

niedziela, 19 lutego 2012

The Roommate (2011)


No cóż. Ja rozumiem, że Hollywood to Ziemia Obiecana dla każdego twórcy. Ale czy reżyser naprawdę może sobie pozwolić na nie oglądanie zębów darowanemu koniowi? Duńczyk Christian E. Christiansen przekonuje mnie, że nie.


Cóż z tego, że "Współlokatorkę" zobaczyło zapewne więcej osób niż jakikolwiek z jego duńskich produkcji? Cena jest zbyt wysoka. Wszyscy zapamiętają mu ten gniot, a już z całą pewnością Hollywood. Już sam scenariusz był zgniłym jajem, którego nie należało tykać nawet kijem. Christiansen nie zrobił nic, żeby go poprawić albo przynajmniej zamaskować niedostatki. Odwrotnie, jeszcze powiększył szkodę dokonując błędnych decyzji montażowych. Mam wrażenie, że całe multum scen zostało na stole montażowym. W rezultacie film przypomina ser szwajcarski: pełno jest w nim dziur. To, co zostało z trudem wystarczyłoby na niezły krótki metraż. Słabe postaci, pozbawione wyobraźni rozwiązania i brak napięcia sprawiają, że największą frajdę odczułem, kiedy pojawiły się napisy końcowe.

Ocena: 4

Faster (2010)


Zawsze niezwykle fascynuje mnie to, że w Hollywood ktoś daje pieniądze na rzeczy, które już na pierwszy rzut oka wyglądają na gniot. I jeszcze potrafią do tego przyciągnąć znane nazwiska! Kto przy zdrowych zmysłach sądził, że to się może sprzedać???


Jedyne co w tym wszystkim jest fajne to pomysł mściciela. Ale twórcy zrobili wszystko, by ten pomysł pogrzebać pod stertą idiotyzmów. Pierwszym i podstawowym błędem było zaangażowanie The Rocka. O ile na początku jeszcze trzyma poziom, o tyle im dalej w las, tym bardziej bliżej mu było do postaci z filmów familijnych, a nie z kina o twardych, bezkompromisowych facetach. Dodanie zboczeńca, policjanta-narkomana i nawróconego kaznodziei było już tylko gwoździem do trumny.

Z całego filmu najciekawsza okazała się postać Zabójcy. Jego historia, jego obsesja była o wiele bardziej intrygująca niż to, co działo się na głównym planie.

Ocena: 2




piątek, 17 lutego 2012

Shame (2011)


"Wsytd" można odczytywać jako banalną, płytką i co najgorsza wtórną powiastkę o egzystencjalnych problemach osób skrzywionych psychicznie. Dla mnie jest to jednak ledwie patyna, pod którą kryje się prawdziwy skarb: przewrotna przypowieść afirmująca zwierzęcą część ludzkiej natury. Przez to "Wstyd" jest dla mnie jednym z najlepszych filmów satanistycznych, jakie widziałem.


Przewrotność polega na tym, że na pierwszy rzut oka film neguje popędy i pragnienia, piętnując ich antyspołeczny charakter i czyniąc z nich źródło wiecznych udręk dla bohaterów. W rzeczywistość jednak McQueen mówi coś odwrotnego. Reżyser na jaskrawym przykładzie przerostu libido przypomina nam, że jesteśmy zwierzętami, a zachowanie zwierząt rządzi się swoimi prawami. Jednak za świętoszkowatym Pawłem i dwulicowym Augustynem zwierzęce aspekty naszej natury zostały utożsamione z szatanem, grzechem i złem. Brandon cierpi ponieważ toczy wewnętrzną wojnę z samym sobą. McQueen pokazuje Brandona jako drapieżnika, wciąż na łowach, wciąż niezaspokojonego. I pokazuje też konsekwencje takiego zachowania przez pryzmat moralności judeochrześcijańskiej. Subtelnie przemyca w długich ujęciach myśl, że gdyby nie piętno, że gdyby nie sztucznie wytworzone rozdarcie między dwiema naturami człowieka, to Brandon nie tylko nie byłby nieszczęśliwy, ale mógłby w końcu stać się spełnionym człowiekiem. Symbolicznie myśl tę prezentuje gejowski darkroom. To, co tam się dzieje, to istne piekło wszystkich świętoszków. A jednak jest w tym coś wyzwalającego i całkowicie naturalnego w swym ślepo zwierzęcym aspekcie. Niestety Brandon może nie kontrolować zwierzęcia w sobie, ale nie może go zaakceptować, stąd wymaga kary, cierpienia i Boga.

Film ma znakomite kreacje aktorskie. Fassbender, kiedy potrzeba, ma w sobie ten zwierzęcy magnetyzm, który sprawia, że rozumiemy, dlaczego blondyna w barze wybrała jego a nie szefa. Ma też w sobie ten ból, który nosi Brandon. Carey Mulligan zaś to absolutnie numer 1 swego pokolenia. Ma szansę stać się legendą kina, jeśli tylko dalej z głową będzie wybierać swoje role.

Natomiast reżyser trochę mnie rozczarował. We "Wstydzie" demaskuje siebie jako pozera i histeryka. Pomysł z długimi scenami był interesujący, ale trochę przegiął. Tak, dłuższe sceny dają lepsze możliwości wykorzystania komunikacji niewerbalnej, co też McQueen czyni. Niestety chwilami sceny są za długie, wykraczając poza ich użyteczność albo też nieintencjonalnie popadają w farsę. Scena w deszczu pod koniec, jest równie nietrafiona, jak ostatnia scena w "Głodzie". Tam był to jedyny szkopuł, tu już niestety jest ich więcej.

Ocena: 7

czwartek, 16 lutego 2012

The Descendants (2011)


Nawet w raju można mieć złamane serce. Po latach milczenia Payne powraca przyjemną dla oka powiastką o mężczyźnie, który musi poradzić sobie z trudną sytuacją osobistą, zająć się dwiema nastoletnimi córkami oraz wspaniałym kawałkiem hawajskiej ziemi. Reżyser płynnie prowadzi narrację, tworząc doskonałą mieszankę humoru i smutku.


Mam jednak dwa "ale". Pierwsze dotyczy ciągłego podkreślania stereotypowego wizerunku Hawajów jako raju na ziemi. Na początku jest to bardzo urocze i wydaje się takie pomysłowe (w konfrontacji z historią głównego bohatera). Po godzinie jest już tylko urocze. Po półtorej godzinie zaczyna męczyć. A przed napisami końcowymi miałem już serdecznie dosyć bosych stóp, muzyczki rodem z windy i pięknie kadrowanych obrazów Pacyfiku, plaż i bujnej roślinności.

Drugie "ale" to prezentacja dość kontrowersyjnego sposobu radzenia sobie z trudną młodzieżą. Według "Spadkobierców", jeśli wasze nastoletnie dziecko jest na pograniczu alkoholizmu albo za dużo eksperymentuje z dragami, możecie to zwalczyć w bardzo prosty sposób. Wystarczy, że jedno z was umrze w tragicznych okolicznościach (koniecznie po kłótni, żeby w dziecku pozostało poczucie winy), a drugie zaprezentuje postawę będącą mieszanką ciepła i ciapowatości. Jeśli tylko uda się wyważyć te proporcje, w dziecku zakwitnie instynkt opiekuńczy. W przypadku sukcesu na końcu będzie się można rozkoszować kojącym głosem Morgana Freemana opowiadającego o pingwinach. Prawda, jakie to proste? Aż dziw bierze, że są jacyś nastoletni alkoholicy.

Za to George Clooney jest rewelacyjny. Jedna z lepszych jego kreacji i chyba najlepsza rola spośród tych, które walczą o Oscara.

Ocena: 7

Hysteria (2011)


Opowieść o czasach, kiedy bycie męską dziwką wymagało dyplomu ukończenia akademii medycznej. "Histeria" rzecz jasna pokazuje, że dyplom ten i tak w niczym nie jest pomocny, bowiem nie przygotowuje na kontuzje, jakich można doznać w dzielnej walce o kobiecy orgazm. Z drugiej strony to właśnie "waginalny nadgarstek" w połączeniu z przypadkową zabawą prądem sprawił, że narodziła się najpopularniejsza zabawka erotyczna świata.


"Histeria" to typowa filmowa wata cukrowa. Jest rozkosznie sympatyczny, ale pozbawiony jakichkolwiek trwałych wartości odżywczych czy to intelektualnych czy też emocjonalnych. Pomysł, by połączyć "odkrycie" kobiecego orgazmu z walką o emancypację kobiet, był wyśmienity. Szkoda więc, że nie został w ogóle wykorzystany.

Całość trzyma się na kilku ciętych dialogach, szalonych minach Ruperta Everetta na widok kobiecej pochwy i przeuroczej fizjonomii Hugh Dancy'ego. Daleko na tym wszystkim zajechać się nie da, ale w tym przypadku wystarczyło.

Ocena: 6

wtorek, 14 lutego 2012

Cost of Living (2011)


Bardzo sympatyczna krótkometrażówka o dwóch ochroniarzach w pewnej nietypowej korporacji (a może typowej, tylko metafora nieco wyostrzona). Całość jest swoistą hybrydą pomiędzy kinem akcji z przełomu lat 80/90 a komputerowymi strzelankami.


Podoba mi się ta atmosfera bezsensu. Głupia korporacja wyczynia co tylko chce nie bacząc na konsekwencje i potem potrzebuje ekip do sprzątania brudów. Choć gra toczy się o życie, wszystko ma tu posmak rutyny. Ludzka egzystencja w ogóle się nie liczy, a ci, którzy mają możliwość pracy, mogą ewentualnie marzyć o lepszym zadaniu i wspięciu się na kolejny szczebel podrzędnej drabiny korporacyjnej kariery.

Ocena: 6

poniedziałek, 13 lutego 2012

Hugo (2011)

Gdyby nie fakt, że "Hugo" nakręcił Martin Scorsese a nie jakiś Francuz, uznałbym film za szczyt rasizmu. Mamy tu bowiem wizję nie tak odległego Paryża, ale jednak zupełnie innego. To miejsce magiczne, pełne muzyki, miłości, a przede wszystkim stolica sztuki. Tu wszystko jest możliwe... z wyjątkiem spotkania czarnoskórego Paryżanina. Czyli zupełnie odwrotnie, niż jest dzisiaj, kiedy to emigranci z Afryki dominują na każdym rogu, a jak słychać muzykę, to jest to raczej arabski hip-hop, niż typowa francuska nuta.


Oglądając "Hugo" zastanawiałem się też, na ile jest to rzecz autobiograficzna. Niby całość to adaptacja znanej książki, a jednak trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że filmowy Georges Méliès to po części Scorsese. W ten sposób "Hugo" byłby opowieścią wspominkową, o pasji młodego Martina, a także wyznaniem na temat kłopotów z utrzymaniem twórczej świeżości i ciągłego zmaganie się ze zmieniającym się światem. To również niepozbawiona goryczy konstatacja tego, że jest już w tym wieku, kiedy jedyne, czego się od niego wymaga, to stawiania się na uroczystość wręczenia nagród za całokształt kariery. Tak patrząc na "Hugo", film przypomina mi "Przerwane objęcia" Pedro Almodovara. Jednak porównując oba obrazy, widać, jak odmienne postawy przybrali reżyserzy. Scorsese w "Hugo" stawia wyzwanie nie tyle światu ile własnym lękom i ograniczeniom. Stąd chociażby 3D. Zastanawiam się tylko, kto był jego Hugonem Cabretem? Kto go spróbował naprawić?

Sam "Hugo" to przepiękny film od strony wizualnej. Jeden z nielicznych aktorskich obrazów 3D, który mnie tymi trzema wymiarami nie denerwował. Jest w tej opowieści o narodzinach X Muzy sporo magii. Niestety irytowała mnie postać Hugona. Wytrzeszcz oczu w stylu Frodo przestał być modny jeszcze w czasach trylogii "Władcy Pierścieni". Na szczęście w obsadzie są dwie perły: Chloë Grace Moretz (bardzo kibicuję jej, by nie zatraciła talentu w trakcie transformacji do dorosłych ról) i Sacha Baron Cohen, który pozostał efekciarski, ale w bardziej zdyscyplinowany, stonowany sposób, co pasowało do wizji reżysera.

Ocena: 7

The Artist (2011)


"Artysta" to bez dwóch zdań najlepszy film o tym, jaka jest różnica między psem a kobietą. Postaci Uggiego i Peppy Miller pokazują, że różnic nie ma wiele, a w zasadzie jest tylko jedna. Bo też i Uggie i Peppy są wierni wbrew zdrowemu rozsądkowi, są troskliwi, uroczy i czarujący, trudno nie robić na ich widok "ooo" i "aaa". A zatem co ich odróżnia? No cóż, na to odpowiedział sam bohater: Uggie nie mówi. A mowa odgrywa tu szczególnie ważną rolę.


Powyższy morał jest bardzo szowinistyczny w starym stylu Hollywood, ale to nie dlatego Fabryka Marzeń zakochała się w "Artyście". O wiele istotniejsze jest to, że Michel Hazanavicius wziął wtórną i całkowicie wyzutą z oryginalności historię i opakował ją tak oryginalnie, że całość sprawia wrażenie rzeczy wyjątkowej, nowej, jedynej w swoim rodzaju. "Artysta" jest niczym latarnia wskazująca producentom hollywoodzkim drogę w tych sztormowych czasach. Oczywiście rozwiązanie Hazanaviciusa jest ekstremalne, na potrzeby Hollywood musi zostać stonowane. Jednak w świecie, w którym wytwórnie od ponad dekady robią wszystko, byle tylko nie tworzyć oryginalnych historii "Artysta", czyli jak go wolę nazywać "Deszczowa piosenka" bez deszczu i piosenek, jest najlepszym dowodem na to, że nieoryginalność można sprzedać jako 100% oryginał.

"Artysta" nie powalił mnie na kolana. Ale to wcale nie znaczy, że jest to zły film. Rzecz obejrzałem z przyjemnością. Zaskoczył mnie pozytywnie Jean Dujardin, który naprawdę wygląda jak amant niemego kina. Nie sądziłem, że ma to w sobie. Jak na mój gustu Bejo jest trochę za chuda, by uchodzić za gwiazdę kina lat 30-tych, no ale uznaję to za licentia poetica reżysera. To, co doceniam u Hazanaviciusa najbardziej, to fakt, że ten film w ogóle powstał. Prawie niemy film czarno-biały, ale zrobiony podług prawideł rządzących blockbusterami, to przedsięwzięcie niezwykle odważne. Niemniej jednak, kiedy podsumować wszystko, "Artysta" nie jest znów aż tak dużo lepszy od dajmy na to "Szepczącego w ciemności".

Ocena: 7

niedziela, 12 lutego 2012

Elvis and Anabelle (2007)


Jedna śmierć, jeden pocałunek i tyle zmian w życiu dwojga młodych osób. Tylko w niezależnym kinie można spodziewać się narodzin miłości w kostnicy.


On pracuje w zakładzie pogrzebowym ojca. Śmierć to dla niego chleb powszedni. Śmierć i opieka nad zniedołężniałym ojcem. Ona jest piękną niewolnicą ambicji swojej matki. By zdobyć koronę Miss Teksasu gotowa jest zagłodzić się na śmierć – dosłownie. W dniu swego największego triumfu pada trupem i tak trafia na stół w prosektorium chłopaka. Przypadek bądź los sprawi, że chłopak pocałuje jej zwłoki, a te w odpowiedzi ożyją. Drugie życie dziewczyna zamierza spędzić inaczej niż pierwsze i po drodze nada też sens życiu chłopaka.

Gdyby nie dwa baśniowe wtręty, ten film pewnie by mi się bardziej spodobał. A tak jest trochę pozbawiony sensu. Trudno bowiem uznać, że ma on coś ważnego do powiedzenia, skoro w całości oparty jest na interwencjach, na które my w normalnym życiu nie mamy co liczyć. Pozostaje więc gra aktorska, a ta nie wychodzi poza ramy standardu.

Ocena: 6

Tangled (2010)


Urocza animacja. Nie jest to może najlepsza rzecz, jaka wyszła ze stajni Disneya w ogóle, ani nawet w ostatnich latach, niemniej jednak spójnością fabularną i pięknymi zdjęciami wyprzedza wiele produkcji wychodzących z Hollywood.


To uniwersalna historia o odnajdowaniu własnej tożsamości. Przypomnienie o pierwszym, naiwnym i niewinnym zachwycie światem, zanim wkroczą w nie wszelkie odcienie szarości. To przypowieść o wyrzeczeniach i poświęceniu, które niosą ból ale w rezultacie prowadzą do wspaniałych efektów.

I jak zwykle u Disneya, to ciekawa galeria drugoplanowych postaci. Maximus jest prawdziwą gwiazdą filmu, kradnie każdą scenę, w której się pojawia.


Ocena: 7

Bunraku (2010)

Ach. I znów miałem przyjemność skosztować wspaniałej uczty wizualnej. Guy Moshe połączył komiksową stylistykę i dalekowschodnią estetykę i w rezultacie otrzymał dzieło wyjątkowe. Ten film to niesamowity popis wyobraźni i możliwości kina, które tekturowe dekoracje i sztywną, wręcz kukiełkową grę aktorską potrafi przemienić w niesamowite widowisko.


Oglądając "Bunraku" przypomniał mi się "Sky Kapitan i świat jutra", który wizualnie wyprzedzał swoją epokę. I podobnie ja "Sky", tak i "Bunraku" przenosi widza w przeszłości. Tym razem do lat 70. i ówczesnych filmów walki takich jak "Wejście smoka". Przy całej wybujałej otoczce, sceny walk są całkiem naturalistyczne, czym właśnie najbardziej przypominały tamtą stylistykę, zanim Zachód dał się oczarować przyczajonym tygrysom.

Jednak film Moshe z tamtym obrazem łączy nie tylko niesamowity wygląd, ale równie pusta intryga. Moim największym zarzutem do "Sky Kapitana" była fabuła, która nie sięgała wizualnej stronie do pięt. I tak samo jest w "Bunraku". Kiedy już mija pierwsze zaskoczenie obrazem, zaczyna się oczekiwać czegoś równie efektownego od reszty. A tu niestety film jest bardzo płaski i prościutki.

Mimo wszystko warto po niego sięgnąć.

Ocena: 6

sobota, 11 lutego 2012

La fée (2011)


Czyżby Hawr miał się stać światową stolicą nietypowego humoru, baśniowości i absurdu? Po dobrym "Człowieku z Hawru" Dominique Abel i Fiona Gordon prezentują rzecz jeszcze lepszą – "Czarodziejkę".


To film ekstremalny. Zdecydowanie nie dla każdego. Jeśli widzieliście "Rumbę", to wiecie już czego się spodziewać. Twórcy nie rozczarowali i znów obdarowali widzów wielką ilością purnonsensowych skeczy, które układają się w urokliwą historię miłosną.

Mógłbym tu w zasadzie powtórzyć to samo, co napisałem przy ich poprzednim filmie. Oglądając "Czarodziejkę" ma się tylko dwa wyjścia: albo natychmiast wyjść z kina albo płakać ze śmiechu. Ja rzecz jasna wybrałem drugą opcję. "Czarodziejka" przywodzi na myśl ginącą sztukę kabaretów, jakie kiedyś uwielbiałem oglądać (dziś wyparli kabareciarzy stand-uperzy). Co drugi gag był tak zabawny, że śmiałem się w głos. A scena porodu to był już czysty odlot. Jak dla mnie bomba!

Ocena: 8

La prima cosa bella (2010)


Cóż za ambitny pomysł: opowiedzieć o życiu w dwie godziny. I to życiu nie jednej osoby, a dwóch: matki i syna (z odrobiną historii córki i ojca). Oczywiście nie udało się w nim uchwycić wszystkich niuansów ludzkiej egzystencji. Za to całkiem dobrze ukazał wielkie wzory rządzące naszym losem.


Anna, piękna matka, to wolny duch. Nie grzeszy inteligencją, za to ma w bród urody i czystego entuzjazmu. Niestety to czyni z niej obiekt zazdrości i pożądania, a naciski środowiska pozostaną nie bez wpływu na jej dzieci, które kocha, ale które nie są w stanie przygasić jej natury.

Sutkiem tego są ślepe uliczki, którymi wędrują jej dzieci. Syn został przeklęty zbyt dużą świadomością tego, co się dzieje. Rozdarty, widział w matce czysty żywioł, który wprowadzał chaos w jego świat. Piętno tej wiedzy nosi do dziś, przez co topi się w narkotykach i czuje paniczny lęk przed prawdziwym związkiem.

Córka z pozoru miała się lepiej, pozostając ślepa na to, co rzeczywiście miało miejsce. Ale to, co niezauważała świadomie, pozostawiło znak w podświadomości. Dlatego też szybko wyszła za mąż za nudnego mężczyznę będącego przeciwieństwem matki. Niestety nie miała to być miłość jej życia.

Jest w tym filmie sporo pięknych scen, kiedy reżyser pozwala mówić obrazom, ograniczając słowa do minimum. Jednak całość jest chyba odrobinę za długi.

Ocena: 6

Ps. Oczarował mnie głos Valerio Mastandrea.

czwartek, 9 lutego 2012

The Vow (2012)


No cóż, "Pamiętnik" to to z całą pewnością nie jest. Jak na mój gust za mało jest w tym filmie prawdziwej miłości, a za dużo Walentynek. Ale skoro właśnie na Walentynki film ten wchodzi, to raczej trudno uznawać to za wadę.


Rzecz oglądałem bez większego przejęcia, ale też i bez irytacji. Tatum i McAdams wyglądają razem uroczo, choć więcej chemii czułem oglądając Downeya Jr. i Lawa w "Sherlocku Holmesie". Twórcy na początku i na końcu przypominają, że historia miała miejsce naprawdę, ale coś mi się zdaje, że w rzeczywistości było to bardziej skomplikowane i ekscytujące. Tu całość sprowadziło się do pokazania dzielnego męża, który szczęście żony przedkłada nad własne. Cóż, z mojego punktu widzenia taka historia może rozczulać wyłącznie wtedy, jeśli uznamy, że podobna postawa jest rzadkością. Ponieważ ja wolę wierzyć, że jest normą całość straciła swój urok.

Film ma swoje momenty, ale koniec końców okazuje się produktem okolicznościowym.

Ocena: 5

wtorek, 7 lutego 2012

Submarine (2010)


Jestem wielkim fanem filmów, których bohaterowie są dziwni, nietypowi albo przynajmniej tak są przedstawieni. Lubię, kiedy reżyser bawi się formą, standardowe sceny prezentuje z nietypowych punktów widzenia, łączy różne techniki filmowania. Dlatego też "Moja łódź podwodna" niemalże z automatu powinna mi się spodobać. Tak jednak się nie stało.


Wyszedłem z kina przemożnie znudzony. I do końca nie wiem dlaczego. Być może problem tkwi w tym, że zamiast z magią nietuzinkowego spojrzenia na młodzieńczą egzystencję, "Moja łódź podwodna" z jakichś powodów bardziej przypominała mi francuskie filmy z czasów Nowej Fali.

Rzecz ma swoje momenty. A już ukazanie w pełnej krasie narcyzmu nastolatków wypada szczególnie przekonująco. Jednak nie kupiłem filmu jako całość, niestety.

Ocena: 5

The Iron Lady (2011)


"Żelazna Dama" w całości stoi na kreacji Meryl Streep. Gdyby nie ona, reżyserka nie miałaby filmu. Streep jest perfekcyjna jako Thatcher. Przemiana jest kompletna, ale dla mnie zbyt "sztuczna". Dlatego, choć doceniam starania Streep, ja bym jej Oscara nie dał.


Reszta filmu to rzecz, w której najlepiej odnajdą się Brytyjczycy. "Żelazna Dama" przez samą swą konstrukcję podzieli ich bowiem, tak jak przed laty czyniła to prawdziwa Żelazna Dama. Pokazanie Thatcher jako staruszki cierpiącej na Alzheimera sprawia bowiem, że trudno jest się na nią wściekać za przeszłe decyzje. Widzowie mogą to odebrać jako próbę łagodzenia jej wizerunku, co w pewnych kręgach musi budzić spory opór. W tym także mój. Wiedząc co nieco o jej rządach, trudno jest mi zaakceptować niektóre wybory dotyczące tego, co pokazano a co pominięto i jak zostały rozłożone akcenty.

Jednak dla ogółu Polaków pozostaje tylko portret kobiety, która żyła własnymi ideałami i płaciła za to wysoką cenę. To portret interesujący, ale ponieważ z konieczności skoncentrowany na biografii, nie do końca kompletny, a przez to nie ma w sobie tej samej siły oddziaływania, gdyby dotyczył osoby anonimowej.

Reżyserka próbuje przebić sztywną strukturę filmu biograficznego, co jej się chwali. Ale to nie jest w żadnym razie film tej samej klasy co "Bronson" czy "Boski". Nawet bardziej konserwatywna "Królowa" chyba lepiej wytrzyma test czasu.

Ocena: 6

Contraband (2012)


Mam szczerą nadzieję, że islandzki oryginał był dobrym filmem, bo nie chciałby stracić wiary w umiejętności reżyserskie autora "Bagna". Niestety "Kontrabanda" to rzecz, z której dumny mógłby być jedynie uczniak filmówki, jeśli byłaby to praca zaliczeniowa. W przypadku tak doświadczonego twórcy jak Kormákur jest to wielki krok w tym.


"Kontrabanda" została perfekcyjnie wykrojona z szablonu kina sensacyjnego. Twórcy nie zbaczają ani o jotę. Jest więc były kryminalista, który wszedł na drogę praworządności. Jest kretyn, przez którego zostaje zmuszony do powrotu. Jest żona, która okaże się kością zazdrości. I jest kumpel, który ma własne cele do ugrania. A wszystko splata intryga tak mierna, że przedszkolaki wymyśliliby lepszą. Zero zaskoczeń, zero zwrotów akcji. Sto procent rozczarowania. Gdyby nie sprawność techniczna, nie dałbym rady tego obejrzeć do końca.

Ocena: 5

niedziela, 5 lutego 2012

A Better Life (2011)


Po "Księżycu w nowiu" Chris Weitz postanowił odreagować tworząc opowieść osadzoną wśród meksykańskich emigrantów. I udało mu się. Powrócił do swojej typowej formy, czyli nie zaprezentował nic, poza dobrą przeciętnością.


To, co w filmie najciekawsze, to zetknięcie postaw ojca i syna wobec sytuacji życia na nielegalnej emigracji. Chłopak, jak chyba zresztą większość widzów, ma problem z zaakceptowaniem spolegliwego zachowania ojca w świecie, w którym bezwzględność jest jedyną szansą na przetrwanie. Można wręcz powiedzieć, że sam się prosi o wszystkie problemy, jakie na niego spadły. Co za idiota zostawia kluczyki obcej osobie? Chłopak ma bardziej drapieżną i gwałtowną naturę. I choć być może jest lepiej predestynowany do przetrwania, to przed końcem zrozumie, że jest to najszybsza droga do klęski i zatracenia samego siebie. Ojciec może zapłacił wysoką cenę, ale nigdy nie przestał być sobą. Mimo to reżyser nie przekonał mnie, że postawa ojca jest właściwa.

Filmów o podobnej tematyce powstało całe multum. Na ich tle "Lepsze życie" niczym specjalnym się nie wyróżnia. Owszem, Demián Bichir zagrał bardzo dobrze, ale wątpię, by ktoś go za ten film wspominał za rok, dwa lata.

Ocena: 6

Griff the Invisible (2010)


Nie wiem, w co trudniej jest mi uwierzyć: w to, że "Griff" jest pełnometrażowym debiutem Leona Forda, czy w to, że film ma tak niska ocenę. Choć nie, oczywiście, że w to pierwsze. W końcu "Griff the Invisible" opowiada o ludziach niedopasowanych do normy społecznej, więc i sam film powinien odstawać od gustów milionów.


Mnie natomiast Ford oczarował. Miałem wrażenie, że nadajemy na tej samej fali. Zrobił bowiem film dokładnie w moim guście. Trafił w samo sedno. Griff i Melody ucieleśniają wszystko w co wierzę, że to, co wykracza poza normę nie musi od razu podlegać leczeniu. To, co dla przeciętnego Kowalskiego jest wariactwem, dla kogoś może być światem realnym. Próba pozbawienia go tego, to zbrodnia, rabunek z tego, co najcenniejsze: indywidualizmu. Griff i Melody mówią własnym językiem, nie pozwolili, by społeczeństwo stłamsiło ich wyobraźnie. Odnaleźli się w świecie równoległym, gdzie są sobą naprawdę. A w naszej rzeczywistości są ledwie cieniami i dobrze, że otaczają ich osoby, które pozwalają im nimi pozostać.

Pokochałem Griffa i Melody również dlatego, że grający aktorzy Ryan Kwanten i Maeve Dermody pierwszorzędnie ich zagrali. Całość wzmocniona została też świetną muzyką autorstwa Kids at Risk.


Jak dla mnie "Griff" to wspaniała pochwała wyobraźni. Z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnego filmu Forda.

Ocena: 9

The One (2011)


Muszę przyklasnąć twórcom za to, że zrobili krok poza typowe ramy historii miłosnej. Rzecz nie jest może tak przewrotna jak "Sypialnie i przedsionki", ale nie jest też aż tak miałka i wtórna, jak się obawiałem po pierwszych 10 minutach.


Spodobała mi się ta cała formuła straconych szans. Dwójka bohaterów połączona jest niewidzialną więzią. Przypominają gwiezdny układ podwójny, gdzie obie gwiazdy są schwytane w wiecznym tańcu wzajemnej grawitacji, nigdy jednak się ze sobą nie stykając. Ten układ byłby jeszcze bardziej czytelny, gdyby w filmie znalazła się usunięta scena jawnie mówiąca o tym, że już wcześniej bohaterowie wylądowali w łóżku ze sobą. Tworzyłoby to szersze kontinuum, które mogłoby zostać zamknięte niedopowiedzianą sugestią, że jeszcze się spotkają za lat kila-, kilkanaście. A tak "Zbrodnia i kara" wydaje się dość finalnym zakończeniem, nawet jeśli zostaje zostawiona przez jednego z bohaterów pod drzewem.

Parę scen nie wypaliło aktorsko, zalatując amatorszczyzną (odebranie telefonu przez Daniela czytającego książkę). Przez to odjąłem z oceny jeden punkt.

Ocena: 5

sobota, 4 lutego 2012

Happy Ever Afters (2009)


No cóż, spodziewałem się czego lepszego. Miała być szalona komedia, a tymczasem zabawnych scen było tu jak na lekarstwo. Nie wiem, może zaśmiałem się ze dwa razy i to też słabo. Momentami było absurdalnie, ale nie był to ten bezsens, który tak lubię. Słowem: zawód. Na szczęście to komedia irlandzka a nie brytyjska.


Rzecz przed totalną katastrofą obronili Sally Hawkins i Tom Riley. Są naprawdę uroczą parą i czuje się chemię łączącą ich bohaterów. Dzięki ich czarującym podchodom film wznosi się na poziom "ok".

Ocena: 5

Touching Home (2008)


"Baza domowa" to dobra ilustracja tego, jak może wyglądać film w zamyśle podnoszący na duchu, kiedy zostanie zrealizowany przez osoby depresyjne.


Pierwsza lekcja, jakie udzielają reżyserzy (i odtwórcy ról głównych) to to, że nasze działania nic nie znaczą. Rzeczy dzieją się w swoim własnym tempie i nic, co zrobimy ich nie przyspieszy ani zmieni. Ale, jest jeden haczyk. Jakakolwiek pozytywna zmiana jest możliwa jedynie wtedy, kiedy nie pozostaniemy bierni, a będziemy cały czas działa. I choć jest to szamotanie się z losem i realny wpływ na rezultat jest minimalny, to jednak musimy działać.

Druga lekcja jest prosta: Wszyscy umrzemy. Możemy robić sobie nadzieje, plany, liczyć, że teraz będzie lepiej. A wtedy bum, kaput, the end i po wszystkim. Mogiła i krzyż na grobie. I tyle z naszych starań.

Sam film to standard niezależnego kina ani o jotę nie wykraczającego czy to w stronę pozytywną czy też negatywną.

Ocena: 5

piątek, 3 lutego 2012

Gone (2011)


Ugh, co za marnotrawstwo. Jedyne, co usprawiedliwia powstanie tego filmu to fakt, że ktoś, kto wyłożył na to pieniądze, dał szansę zagrania aktorom drugiego sortu (i Molly Parker, która powinna natychmiast zwolnić swojego agenta).


"Prywatne śledztwo" to mierna przypowieść o kobiecie po przejściach, która teraz musi dokonać strasznej rzeczy, by uratować swoją córkę (a w rzeczywistości dostaje okazję, by z ofiary stać się bohaterką). To kwintesencja filmu telewizyjnego w najgorszym guście z lat 80-tych i 90-tych. Myślałem, że obecnie już się takich rzeczy nie robi. Nudne to, pozszywane na oko, bez refleksji nad budowaniem napięcia czy nawet samej intrygi. Gdybym nie był śmiertelnie znudzony, pewnie parsknąłbym nie raz i nie dwa śmiechem na widok kolejnych idiotycznych zwrotów "akcji".

Ocena: 2

Romeos (2011)


Bardzo udany debiut reżyserski Sabine Bernardi. "Romeos" bada granice seksualnej tożsamości i zastanawia się gdzie jest linia między pragnieniem bycia z kimś, a pragnieniem bycia kimś. Jednocześnie pozostaje dość typową historią o młodzieńczych rozterkach z całym bagażem narcystyczno-histerycznych reakcji.


Reżyserce udało się pozostać autentyczną opowiadając historię Lukasa, który imię to nosi nieco przedwcześnie (przynajmniej w oczach sporej części społeczeństwa). Jest transseksualistą, ale najważniejsze operacje są jeszcze przed nim. I to sprawia, że znajduje się w stanie zawieszenia. Ale to, co wie rozum, nie wie serce, przez co wpadnie w tarapaty, a zarazem znajdzie pierwszą miłość (technicznie drugą, ale tamta była w innym życiu). Co ciekawe to właśnie swojej tajemnicy zawdzięcza to, że związek może w ogóle zaistnień. Bo choć czuje miętę do Fabia, to musi grać niedostępnego, by ten nie odkrył jego tajemnicy. A właśnie owa niedostępność w świecie, w którym Fabio nikt nie odmawia, jest tym, co podziała na seksownego młodzika.

Bernardi udowodniła, że ma smykałkę do opowiadania filmowych historii. Opowieść toczy się płynnie, doskonale radząc sobie z ukazaniem pragnień doświadczenia i posiadania męskiego ciała. Fajnie gra też stereotypami, w których drań wcale nie jest taki zły, a sympatyczny chłopaczek może ujawnić brzydszą stronę swojej natury. Spodobało mi się też to, że Lukas nie jest tak słodką i kryształową postacią. No i oczywiście jest Maximilian Befort, którego karierze będę się z całą pewnością przyglądał.

(Maximilian Befort)


Ocena: 7

Chronicle (2012)


Z komiksowymi filmami jest jak z adaptacjami Dicka: najlepsze nie mają nic wspólnego z literackim pierwowzorem. Dlatego tak kiedyś spodobał mi się "Donnie Darko" i dlatego teraz przekonałem się do "Kroniki".


Ten film bowiem to studium narodzin komiksowego czarnego charakteru. I to cholernie udane. Twórcy zostawili wszystkie kanoniczne elementy komiksowego uniwersum (skaza charakteru, trauma, niespodziewane zdobycie mocy, kryzys, wdzianie kostiumu, przekroczenie progu szaleństwa), lecz jednocześnie usunęli z niego jawne oznaki komiksowej adaptacji. Stąd wybrany styl a la found footage, stąd tanie efekty (choć tu pewnie więcej do powiedzenia miał budżet). Oglądając "Kronikę" nie ma się w ogóle wrażenia, że jest to komiksowa opowieść. Tylko ci, którzy przeczytali parę ilustrowanych opowieści o superbohaterach odczytają nawiązania.

Mimo wszystko forma found footage to broń obosieczna. Z jednej strony pozwoliła twórcom na bardzo duży dystans i swobodę. Z drugiej jednak strony narzuciła zupełnie nowe ograniczenia, przez które całość nie była aż tak atrakcyjna. Po godzinie muszę powiedzieć, że przeżyłem kryzys. Film zaczął mnie nużyć i spoglądałem na zegarek licząc minuty do końca. Przetrwałem i nie żałuję. Bo w sumie to ciekawa rzecz.

Ocena: 7

czwartek, 2 lutego 2012

(2011) وهلّأ لوين؟


Uwielbiam "Karmel". Uważam, że Nadine Labaki stworzyła przewspaniały film o kobietach. Dlatego też z wielkimi nadziejami wybrałem się na pokaz "Dokąd teraz?". Niestety tym razem reżyserka zawiodła mnie.


Problemem "Dokąd teraz?" jest jego nierówność. Sceny przejmujące, wzruszające i zabawne sąsiadują z sekwencjami efekciarskimi lub w ogóle niepotrzebnymi. Nie kupiłem też estetyki połowicznego musicalu. Choć marsz kobiet na początku spodobał mi się. Labaki zdaje się inspirować bałkańskim poczuciem absurdu, by opowiedzieć o sytuacji normalnej w Libanie, a przecież kompletnie bezsensownej, kiedy to sąsiad występuje przeciw sąsiadowi. Labaki idzie jednak trochę na łatwiznę. A przez to całość traci coś ze swej autentyczności.

Za to podoba mi się zakończenie, w którym to mieszkańcy wioski zostają pozostawieni sami sobie przez duchowych pasterzy. Bardzo wymowna scena, którą można interpretować na kilka sposobów.

Ocena: 6

Rosa Morena (2010)


Co jest w tej Ameryce Południowej, że stała się celem eskapistycznych wypraw Duńczyków? Najpierw było "SuperClasico", a teraz "Rosa Morena" (choć patrząc na daty produkcji, powinienem napisać tytuły w odwrotnej kolejności). Co ciekawe, w obu filmach gra Anders W. Berthelsen. Różnica polega na tym, że w "SuperClasico" był nudziarzem, który pędzi do Argentyny za swoją żoną, a tu jest gejem, który liczy, że w Brazylii spełni się jego sen o byciu ojcem.


I przez chwilę bohater dostaje więcej, niż się spodziewał. Wraz z poznaną kobietą ze slumsów, zamyka się w przedziwnym kokonie iluzji. Oszukują siebie tworząc dość normalną rodzinę (na tyle normalną, by nawet ze sobą sypiać). W ten sposób "Rosa Morena" pokazuje, jak bardzo nasze pragnienia mogą rzutować na to, kim jesteśmy, wypaczając nasz charakter i drogi postępowania.

Obraz kończy się happy-endem, ale dość cynicznym. Praktyczność i potrzeby finansowe przebiją się przez większość iluzji i wpływa kojąco na ból psychiczny.

Ocena: 6

My Week with Marilyn (2011)


Jest w tym filmie pewna scena, która jest kluczem dla całości. W niej to Arthur Miller zwierza się, dlaczego nie może być z Marilyn Monroe. Stwierdza między innymi, iż tłamsi go, że nie może przy niej tworzyć. Podsłuchujący to główny bohater reaguje niedowierzaniem. Jak ta krucha kobieta, którą widział na planie i poza nim, może być opisywana przy użyciu pojęć pasujących raczej do bezwzględnego drapieżcy. My, widzowie, jesteśmy mniej zaskoczeniu. Patrząc z boku mamy możliwość ujrzeć Marilyn Monroe w pełnej złożoności swej natury.


Monroe przypomina jeden z tych egzotycznych roślin, które zachwycają nas pięknem barw swoich kwiatów, a właśnie tymi kwiatami wabią owady i inne drobne zwierzęta w pułapkę, z której nie wychodzi się żywym. Twórcy doskonale wyczuli dwulicową naturę artysty, którego cierpienie i szczęście jest nierozerwalnie związane ze sztuką, który jest zarazem więźniem i outsiderem, który niszczy bliskie sobie osoby, a jednocześnie desperacko pragnie zwyczajności. Pod tym względem "Mój tydzień z Marilyn" przywodzi mi na myśl chociażby "Pokarm miłości" Ponsa, ale tamten film był o całe dwie długości słabszy.

Ocena: 8