sobota, 31 marca 2012

Gone (2012)

Mogę sobie łatwo wyobrazić, jak scenarzystka sprzedawała swój pomysł na film producentom mówiąc, że "Zaginiona" to żeńska wersja "Ściganego". I nie dziwię się, że producenci uznali to za dobry pretekst do wydania pieniędzy. Szkoda tylko, że twórcy nie byli w stanie uczynić z tego porównania faktu. "Zaginiona" ma tyle wspólnego ze "Ściganym", co przepis na szarlotkę z "Hamletem" Szekspira.


Monstrualnym błędem twórców, który odebrał mi całą zabawę, było zaspoilerowanie filmu już na samym początku. "Zaginiona" zbudowana jest wokół pytania, czy główna bohaterka ma urojenia, czy też jej wspomnienia są prawdziwe. Jeśli więc odpowiedź pada na samym początku, reszta nie ma już znaczenia. Co prawda istniała nadzieja, że ten megaspoiler to rodzaj podpuchy, ale niestety tak się nie stało. Całość jest do bólu przewidywalna, a każdy zwrot akcji, jest niczym więcej jak pozorowanym działanie twórców, którzy nie mają zielonego pojęcia, co czynią. Połowa aktorów nie ma co robić (liczbę postaci można było drastycznie ograniczyć bez szkody dla fabuły), a i sama Seyfried nie potrafi wyplątać się z więzów scenariusza.

W rezultacie film może się spodobać tylko kinowej dziewicy, nie mającej zielonego pojęcia o tym co i jak kręciło się przez ostatnie 100 lat.

Ocena: 3

Wanderlust (2012)


Czyżby powoli  stajnia Apatowa zamieniała się w stajnię Augiasza? Przez ostatnich kilka lat filmy produkowane przez Apatowa stały się synonimem współczesnej komedii. Niestety "Raj na ziemi" to wyraźny spadek formy, nawet jak na reżysera (jego poprzedni film nie trafił do nas do kin, a był o dwie długości lepszy).


"Raj na ziemi" ma wciąż sporo dobrych momentów pokazując, że mamy raczej do czynienie z powolnym dogorywaniem podgatunku, niż nagłym zgonem. Parę razy wybuchnąłem gromkim śmiechem. Jednak większą część filmu wypełniają wypalone pomysły, nietrafione gagi, a przede wszystkim brak oryginalności. Twórcy "apatowowych" komedii hołubią tradycyjnym wartościom protestanckiej Ameryki, ale potrafili to przekazać w przewrotny sposób. Przesłanie "Raju na ziemi" jest nie tylko okrutne, ale wręcz obraźliwe i do tego podane w mało delikatny sposób. Koniec końców bowiem okazuje się, że marzenia są po to, by na nich zbić fortunę. W 'Raju na ziemi" chciwość jest dobra, pod warunkiem, że ma idealistyczne podstawy, a nie jest czystą funkcją wyrachowania. Mnie ten morał nie przekonał.

Ocena: 5

środa, 28 marca 2012

Wrath of the Titans (2012)


No i ci wszyscy, którzy tak krytykowali "Starcie tytanów" mają za swoje. "Gniew tytanów" powstał bowiem chyba wyłącznie w jednym celu: przekonać widzów, że pierwszy film nie był taki zły. A to dlatego, że drugi jest po prostu tragiczny.


"Gniew tytanów" zachował wszystkie wady "Starcia". Scenariusz żywcem wyjęty z rozgrywki RPG, płascy bohaterowie, nabzdyczone dialogi i nudne efekty. Jednak twórcy tak bardzo starali się nie pójść drogą jedynki, że zniszczyli to, co było w "Starciu" najlepsze – czystą frajdę z przygody. "Starcie tytanów" przywodziło na myśl filmy spod znaku peplum: głupawe ale jednak fajne do oglądania. W "Gniewie" nie zostało nic z tamtej niewymuszonej lekkości i całkowitego ignorowania dobrego smaku. Nowy reżyser w ogóle nie pobawił się materią, zamiast tego wziął się za historię Perseusza na serio. W rezultacie wszystko jest tak bardzo wysilone, jakby twórcy rodzili co najmniej półkilogramowe kamienie żółciowe. Oglądanie filmu sprawia fizyczny ból, który tylko w niewielkim stopniu łagodzili Ramirez i Pike.

Choć jestem przekonany, że większość osób będzie wolała "Gniew" od "Starcia", ja tam twardo obstaję, że wersja Leterriera jest o niebo przyjemniejsza.

Ocena: 3

Ps. Ten, kto przygotowywał polskie tłumaczenie powinien zostać natychmiast wywalony z pracy. Ojciec Zeusa, Hadesa i Posejdona to nie Chronos (Χρόνος - bóg czasu) a Kronos (Κρόνος - przywódca Tytanów, syn Gai i Uranosa)

poniedziałek, 26 marca 2012

The Hunger Games (2012)


Jestem pod olbrzymim wrażeniem dokonania Gary'ego Rossa. W przeciwieństwie do panujących obecnie mód nie zrobił widowiska, a opowiedział historię. I to w sposób zajmujący, choć źródło miał raczej wątpliwe.


Kinowe "Igrzyska śmierci" wcale nie zachęciły mnie do przeczytania książki. Pomysł rodem z czasów dominacji Krety 3 tysiące lat temu. Stylizacja na postmodernistyczne Cesarstwo Rzymskie. Ozdobienie całości aluzjami do współczesnych reality show. To wszystko udowadnia tylko tyle, że recycling fabularny ma się we współczesnej kulturze bardzo dobrze. I to recycling z rodzaju tych prymitywnych (te niewiarygodne twisty, niczym wyciąganie królika z kapelusza, słabe to było i naciągane bardziej niż skóra Billy'ego Crystala na Oscarach).

Za to z chęcią wybiorę się na sequel, jeśli nakręci go Ross. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć, jak film jest zrealizowany, by nie mieć wątpliwości, jaka jest odpowiedź na to pytanie. To nietypowe, jak na widowisko, połączenie montażu obrazu i dźwięku. Scena masakry przy "rogu obfitości" jest niesamowita właśnie dlatego, że pozostaje w kontrze do tego, co oferują typowe produkcje hollywoodzkie o podobnym charakterze. To, co u innych byłoby ledwie epizodem, tu zostaje podniesione do rangi celebrowanego wydarzenia. Nie przypominam sobie, kiedy po raz ostatni scena mierzenie z łuku była równie ekscytująca jak ta, kiedy główna bohaterka celuje w torbę jabłek.

Oczywiście, koniec końców wolałbym w telewizji obejrzeć "Uciekiniera" niż "Igrzyska śmierci", ale to ten drugi jest od strony wizualnej lepszym filmem.

Ocena: 7

3 (2010)


Trzy może i jest liczbą pierwszą, ale wcale nie musi być samotną. Może tak się stać jednak tylko wtedy, kiedy pożegna się z biologicznym determinizmem. A to w ukryciu można dość łatwo dokonać. Trudniej pójść tą drogą, kiedy zostanie się zdemaskowanym.


Tom Tykwer w "3" zastanawia się nad tym, czym jest płeć rozumiana nie jako termin naukowy czy filozoficzny, lecz jako element codziennego życia. Zastanawia się nad determinantami naszego zachowania w konfrontacji z własną śmiertelnością i niezgłębionymi pokładami emocji. Niestety czyni to w trochę chaotyczny sposób. O wiele bardziej podoba mi się druga część filmu, kiedy wątki zaczynają się splatać. Mniej podobała mi się część pierwsza, w której Tykwer wprowadza element fantazji bohaterów, co moim zdaniem nie było ani konieczne ani pomocne.

Ocena: 6

Upperdog (2009)


Norwegia, kraj wyobcowanych, cudzoziemców, outsiderów. Nawet stuprocentowy wiking przez swą przeszłość wojenną jest osobą stojącą poza nawiasem. Jednak Norwegia nie jest tu wysypiskiem, gdzie składuje się wyrzutków. Nie, w "Upperdog" Norwegia jest krajem możliwości, dającym nadzieję na wykucie dla siebie nowej przyszłości. Czy jest się pracującą jako sprzątaczka Polką, czy pochodzącymi z azjatyckiej części Rosji dziećmi adoptowanymi przez norweskie rodziny. Dom, przyjaźń, miłość, pieniądze. W Norwegii można znaleźć wszystko.


"Upperdog" ogląda się jak projekt sponsorowany przez rząd. Propagandowy wymiar filmu wybija z każdej sceny, ale – w przeciwieństwie do wielu podobnych produkcji – poza przesłaniem jest też całkiem spójna fabuła i sympatyczni bohaterowie. Dlatego też nie drażni. Można nawet spokojnie przesłanie zignorować.

Ocena: 6

Kill the Irishman (2011)


"Zabić Irlandczyka" to jeden z tych filmów, które fajnie się ogląda nie ze względu na to, jak został nakręcony, ale ze względu na bohatera. Danny Greene to barwna i tragiczna postać. Przez lata potrafił wychodzić cało z pułapek zastawianych na niego przez mafię. Jego duma niestety była większa od szczęścia.


Wszystkie jego perypetie ogląda się całkiem przyjemnie. A Ray Stevenson jest fajnym Greene'em. Niemniej jednak "Zabić Irlandczyka" jest mocno rzemieślniczą robotą i bez bohatera straciłby sporo uroku. To film jednokrotnego obejrzenia, o którym trudno cokolwiek więcej powiedzieć oprócz tego, że nieźle się go konsumuje.

Ocena: 6

30 Minutes or Less (2011)


No cóż, poczucie humoru Rubena Fleischera jest najwyraźniej niekompatybilne z moim. Po średnim "Zombieland" "30 minut lub mniej" zrobiło na mnie jeszcze gorsze wrażenie.


Dowcipy miały w sobie lekkość słoni przebranych za pierze. Co drugi dowcip był tak wymuszony, że aż dziwiłem się, dlaczego nie słyszę dobiegającego z offu śmiechu publiczności. Ale to i tak lepiej, bo kiedy nie ma dowcipów, robi się niemiłosiernie nudno, że można spokojnie wydziergać na drutach szal, którym później można trenować przyduszanie. Spowodowane tym niedotlenienie mózgu i tak nie wyrządzi szarym komórkom szkody większej od tej spowodowanej tym filmem.

Czyżby kumpelsko-quirkowe komedie były na wyczerpaniu?

Ocena: 4

niedziela, 25 marca 2012

La solitudine dei numeri primi (2010)


Na ten film musiałem pójść. A wszystko przez reżysera Saverio Costanzo. Jego poprzedni obraz "In memoria di me" rozwalił mnie na łopatki zachwycając narracją odbiegającą od standardu. I coś z tego pozostało w "Samotności liczb pierwszych". Jednak film wydał mi się wymęczony, pozbawiony emocjonalnego uderzenia swego poprzednika.


Ma to swoje dobre strony. Gdyby bowiem oddziaływał na psychikę równie mocno jak "In memoria di me", to po filmie należałoby się spodziewać całej masy samobójstw. "Samotność liczb pierwszych" jest bowiem przeraźliwie przygnębiającym dziełem. Tu nie ma miejsce na transgresję, na "lepsze jutro", nawet jeśli świat sam się podkłada, by zadośćuczynić tragedii sprzed lat. Osoby naznaczone dramatem nigdy się tego piętna nie pozbędą. Ich osobiste katastrofy są tym, co pozwala im siebie odnaleźć w tłumie, ale jednocześnie blokuje drogę do szczęścia. Pozostaną wiecznie nieszczęśliwi, wiecznie na granicy życia i śmierci, wiecznie niespełnieni. Stawia to więc pytanie: po co się męczyć, skoro wiadomo, że lepiej nie będzie? Dla tego jednego pocałunku, który niesie fałszywą nadzieję końca?

Ocena: 6

piątek, 23 marca 2012

Forces spéciales (2011)


Wojenna bajeczka, która jest bardziej pobożnym życzeniem niż ma jakiekolwiek zakorzenienie w rzeczywistości. Dzielni francuscy wojacy poświęcają życie dla pięknej dziennikarki, która nawet w najgorszych warunkach utrzymuje idealny makijaż.


Tu nie ma miejsca na refleksję i kontemplowanie odcieni szarości. Nikt nie pyta się o "big picture", o rzeczywiste przyczyny wojny. Liczy się tylko MISJA, tu i teraz, ratowanie konkretnego życia. A wtedy wszyscy okazują się dzielni i szlachetni i rzecz jasna honorowi. W tym kontekście postać terrorysty Zaiefa wydaje się zupełnie nie pasować do całości, jest wyjęty z innej opowieści, w której racje nie dzielą się tak łatwo na "dobro" i "zło". Zaief wydaje się jedyną tragiczną postacią, schwytany w pułapkę plemienno-religijnej polityki. Wprowadza dysonans, ponieważ w tej bajce zły powinien był być naprawdę zły, bez krzty "ale". Oczywiście ja wolałbym, gdyby cały film był bardziej skomplikowany, gdyby polityka i intrygi odgrywały tu większą rolę, a francuscy żołnierze okazali się mniej krystaliczni (gdyby na przykład twórcy nie starali się tak łatwo usprawiedliwić zaniechania działania żołnierzy).

Jako wojenne kino akcji "Terytorium wroga" sprawdza się jednak całkiem dobrze. Reżyser korzysta z całego spektrum efekciarskich chwytów, jak gwałtowne zoomy, bezwzględne cięcia, chaotyczne zdjęcia imitujące bliskość akcji, a w dramatycznych momentach slow-motion. Okraszone to zostało całkiem fajną muzą (choć nieco chaotycznie zestawioną). W sumie nic wielkiego, ale na wieczorny seans w sam raz.

Ocena: 6

środa, 21 marca 2012

This Must Be the Place (2011)


Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, co zrobił Paolo Sorrentino. Nakręcić film, który byłby egzegezą piosenki Talking Heads było niezwykle odważnym posunięciem. Gdyby ktoś próbował mi wyjaśnić ideę filmu przed jego obejrzeniem, nie uwierzyłbym, że jest to możliwe. Sorrentino bowiem nie tylko inspiruje się i interpretuje piosenkę, ale też czyni to w sposób nieoczywisty. Gdyby nie tytuł i ciągłe przypominanie utworu (czy to w wersji Byrne'a czy też w coverach) większość osób pewnie nie byłaby w stanie rozpoznać więzi łączącej piosenkę i film. Bo też wydaje się nieprawdopodobne, by utwór Talking Heads miał cokolwiek wspólnego z podróżą byłej gwiazdy rocka po Stanach w poszukiwaniu nazisty-staruszka.


Bardzo spodobał mi się dualizm "Wszystkich odlotów Cheyenne'a" (polski tytuł wyraźnie pokazuje, że nasz dystrybutor nie załapał, o co w filmie chodzi). Z jednej strony jest to konkretna opowieść o konkretnej osobie. Z drugiej strony jest to parabola, w której każdą postać i sytuację należy odczytywanie nie dosłownie, ale jako symbole tajemnego języka, niczym z jednej z hermetycznych ksiąg magicznych.

Dualizm ma zresztą w filmie też bardziej konkretny charakter. Nazista – ojciec Cheyenne'a (obaj mówią te same rzeczy), żona Cheyenne'a – matka Tony'ego, sam Cheyenne – Tony, itp., itd. Fascynujące jest odkrywanie tego, jak Sorrentino zaciera granice konkretnego myślenia i sprawia, byśmy jako oczywistość przyjęli paradoks, którego logicznie nie da się do końca wyjaśnić (sprytnym posunięciem jest wkładanie w usta Cheyenne'a tekstu "coś tu jest nie tak, ale nie wiem dokładnie co"). Jest to wskazanie przeciętnemu widzowi łatwej drogi ucieczki, który w innym razie dostałby mocnego bólu głowy próbując zdecydować się kto jest kim i co naprawdę miało miejsce.

Ocena: 9

poniedziałek, 19 marca 2012

Mirror Mirror (2012)


Chylę czoła przed Tarsemem Singhem. Ten facet to prawdziwy geniusz, skoro potrafił przekonać wszystkich, że "Królewna Śnieżka" jest filmem dla dzieci. Fakt, całość olśniewa ferią barw i magiczną scenografią. Jednak widowisku bliżej jest nie do disnejowskiego świata baśni, a do sydneyowskiego Mardi Gras.


Zła macocha sztuki retoryki uczyła się zapewne od wściekłych drag queen (czemu rzecz jasna należy przyklasnąć, dzięki temu pełno było uzbrojonych po zęby złośliwości). Nathan Lane rozbawiała opowieścią o tym, co robił z pewnym konikiem polnym. Krasnoludki rzucają takimi słowami jak fabulous. Zaś Książę okazał się kolejną ofiarą wielkiej fascynacji reżysera gołymi torsami.

Na tak przygotowanym podkładzie, Singh stworzył widowisko, które miejscami jest czystą poezją rozrywkowego kina. Scena zabiegów kosmetycznych. Wymiany zdań między Księciem, a jego towarzyszem. Szczenięca miłość. Niestety "Królewna Śnieżka" jest filmem strasznie nierównym. Tym przezabawnym scenom towarzyszą długie minuty nudy ozdobionej przerostem formy nad treścią.


Niewątpliwym atutem filmu jest Julia Roberts. Po mistrzowsku rozegrała rolę totalnej suczy, jaka jest zła macocha. Jestem też pod wielkim wrażeniem występu Armiego Hammera. Widziałem go do tej pory w dramatach, a tutaj zaskoczył mnie wyczuciem komediowego stylu. Jest stuprocentowo czarującym gogusiem. Mam też nadzieję częściej widzieć na ekranie Sebastiana Saraceno.

Ocena: 6

Puncture (2011)


Ciekawa wariacja na temat kina prawniczego. Mocy nadaje mu również fakt, że powstał na bazie autentycznych wydarzeń, a nie wyłącznie wymysłach scenarzystów.


Nie zmienia to jednak faktu, że film sprawnie, ale jedynie ślizga się po powierzchni prawdziwych problemów tego filmu. Bohater jest za bardzo wykreowany na postać tragiczną, która w drodze ku autodestrukcji próbuje pomóc (?) innym. "Wkłucie" zadaje kilka interesujących pytań na temat ambicji i wartości systemu prawnego. Ale te pytania zdają się być jedynie efektem ubocznym fabuły, która idzie prosta drogą od punktu A do punktu B.

Ocena: 5

niedziela, 18 marca 2012

Todas las canciones hablan de mí (2010)


Ech i kolejny marny i nudny film. Ja rozumiem, że nie zawsze musi to być coś w stylu "500 dni miłości", ale to już przesada. "Wszystkie piosenki są o mnie" można przyrównać do wykładowcy mamroczącego pod nosem. Może i to, co mówi jest ciekawe, ale przez fakt, jak to mówi, jest kompletnie nieprzyswajalne i tylko męczy.


I tu jest tak sama. Kilka pomysłów jest całkiem fajnych. Jak choćby cała ta sprawa ze ślubem. Albo też – chyba trochę przez przypadek – wyłaniający się obraz związku jako sytuacji rezygnacji, a to z poezji, a to z przyjaźni. I najgorsze, że nie dostaje się nic w zamian, bo kiedy związek się kończy, człowiek zostaje z niczym. Nic więc dziwnego, że dalej kurczowo trzyma się "miłości" i błaga o powrót. Lepsze znane zło niż nieznane dobro, do którego trzeba się będzie dobrać budując życie od nowa.

Przekorny to morał i szkoda, że ginie w powodzi nudy.

Ocena: 5

sobota, 17 marca 2012

Los años desnudos (2008)


Trzy kobiety. Startują z tego samego punktu – planu filmów erotycznych powstających tuż po upadku dyktatury Franco. "S jak seks" to mapa ich życiowych dróg. Jest to mapa dość dobrze znana z innych produkcji. Mam więc kobietę na drodze autodestrukcji, i taką, która idzie na kompromis, i taką, która zyska zawodową satysfakcję.


Film może nie mówi nic nowego na temat kobiet w biznesie tylko dla dorosłych, ale za to ma ciekawie zarysowane bohaterki, a przede wszystkim dobrą obsadę. Dzięki temu i sceny humorystyczne i te bardziej melodramatyczne wypadają przekonująco, a całość ogląda się nawet całkiem fajnie.

Ocena: 6

Cinco metros cuadrados (2011)


Mało oryginalne spojrzenie na człowieka, który liczył na szczęście, a wpadł po uszy w szambo. I rzecz jasna zamiast dać za wygraną, walczy zawzięcie niczym najdzielniejsza wersja Don Kichota, kończąc jako zdesperowany szaleniec. I tylko uśmiech niedoszłej żony na końcu sugeruje, że jest w reżyserze pewna dawka przekory, którą może kiedyś pokaże światu.


Niewiele spodziewałem się po tym filmie, a i tak wyszedłem z kina rozczarowany. No cóż, będę miał nauczkę, żeby następnym razem lepiej wsłuchiwać się w swój głos wewnętrzny.

Ocena: 5

No habrá paz para los malvados (2011)


2011 musiał być naprawdę bardzo złym rokiem dla kina hiszpańskiego, jeśli Goye zdobywa coś tak przeciętnego jak "Nie zazna spokoju, kto przeklęty". Jego największą wartością jest to, że tym razem Hiszpanie się zlitowali i zamiast spisku z hitlerowcami w roli głównej uwspółcześnili ją dając w zamian islamskich terrorystów.


Spodobał mi się pomysł na głównego bohatera, który jest kanalią i pijakiem, a który w swym ślepym dążeniu do zatuszowania zbrodni, jaką popełnił trafia na ślad prawdziwie groźne spisku i dostaje przez przypadek szansę stania się bohaterem. Niestety realizacyjnie obraz nie wynosi się poza narrację z telenoweli, przez co kilka kluczowych scen wygląda kuriozalnie. Reżyserowi zabrakło też odwagi, by postawić kropkę nad "i" i zakończył film sceną na wpół otwartą.

Po filmie obsypanym nagrodami miałem prawo spodziewać się czegoś więcej.

Ocena: 5

The Grey (2012)


Joe Carnahan ma u mnie spory kredyt zaufania po fantastycznym "Asie w rękawie". Robi jednak wszystko, by w ekspresowym tempie wyczerpać limit. Po rozczarowującej "Drużynie A" spadł jeszcze niżej w przypadku "Przetrwania", dając mi zamiast świetnej męskiej rozrywki medytację na temat różnicy między śmiercią na własne życzenie a tą przychodzącą z zewnątrz.


Medytacja Carnahana jest dość płytka i sprowadza się do męczenia widza obrazkami żony (dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem ostatnie ujęcie z jej udziałem) i nieustannym cytowaniem marnego wierszydła. Morał Carnahana też niczego nie wnosi przekonując nas, że śmierć na własne życzenie należy zaakceptować i przyjąć (nawet jeśli jest totalnym idiotyzmem jak w przypadku Diaza, którego należało zdzielić w łeb, kiedy zachował się jak mazgaj), natomiast należy walczyć o przetrwania wtedy, kiedy śmierć czyha z zewnątrz.

Film bronią trzy sceny akcji: katastrofa samolotu, scena nad przepaścią (tak, nawet ze skokiem) i scena w rzece. Wtedy Carnahan pokazuje to, co w nim tak bardzo pokochałem. Dynamizm zdjęć, niekonwencjonalne ujęcia, niesamowity montaż. W tych scenach kamera jest niemożliwie blisko zdarzeń tak, że czułem się jakbym w nich uczestniczył naprawdę. W tych momentach było to zapierające dech widowisko, fantastyczna rozrywka i tego chciałem więcej!.

Ocena: 5

Ps. Gdyby nie ciągłe powtarzanie, że to są wilki, nigdy bym w to nie uwierzył. Parę wilków w życiu widziałem i żaden nie przypominał tych stworów, które polowały na bohaterów "Przetrwania".

The Devil Inside (2012)

Wobec horrorów mam bardzo niskie wymagania. Oczekuję jedynie dobrej rozrywki. Nie musi być inteligentna, składna ani spójna. Nie patrzę na logikę fabuły, czy grę aktorów. Musi mnie tylko zabawić. Dlatego tak wielkim rozczarowaniem są "Demony".


Temu filmowi trudno cokolwiek zarzucić, bo nawet określenie "zły" byłoby wskazaniem, że jest jakiś. Tymczasem "Demony" są kompletnie nijakie i przeraźliwie nudne. Zero napięcia, zero atrakcji, a dwie sceny egzorcyzmów ledwo są w stanie odgonić sen z powiek. Irytowała mnie formuła dokumentalnego reality show. Twórca chyba nigdy nie kręcił dokumentu. Czegoś tak sztucznego dawno już nie widziałem.

(Fernanda Andrade)

Jedynym atutem "Demonów" jest uroda Fernandy Andrade, a ta na wiele się tu nie zdaje.

Ocena: 3

Kongen av Bastøy (2010)


Wstyd i poczucie winy to najlepsze katalizatory tragedii. Dopóki człowiek jest w stanie udawać, że wszystko jest w porządku, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, dopóty status quo trwa. Wystarczy jednak, że ktoś wykopie nas z kolein, zmusi do przejrzenia na oczy i nazwania tego, na co byliśmy dotąd ślepi, by zdarzenia zaczęły dążyć ku kolizji.


Tak było z Olavem, wychowankiem poprawczaka. Za sprawą Erlinga i jego niezłomnego ducha stanie w (spóźnionej) obronie Ivara, chłopaka molestowanego przez jednego z nauczycieli. Olav poświęci wszystko, a jego czyny sprawią, że przemoc, której chciał zapobiec rozprzestrzeni się zbierając kolejne ofiary. Nie bez kozery mówi się, że piekło wybrukowane jest dobrymi intencjami.

"Wyspa skazańców" to całkiem ciekawy film z niezłą muzyką i zdjęciami. Jednak cały czas miałem poczucie deja vu. Film niezmiennie przypominał mi "Zło", choć fabuła nie do końca jest jednaka. Tamten film zrobił na mnie większe wrażenie. "Wyspa skazańców" wydała się jedynie drobnym post scriptum.

Ocena: 6

wtorek, 13 marca 2012

We Bought a Zoo (2011)


Jestem przekonany, że "Kupiliśmy Zoo" spodoba się wielu osobom, ale ja cierpiałem na nim prawdziwe katusze. Gdyby film leciał w telewizji, przełączyłbym kanał po 15 minutach.


Ja wszystko rozumiem. Film miał być milusi, sympatyczny, optymistyczny i krzepiący. Ale na Boga! Czy musi to być aż tak ostentacyjne? Pierwsza rzuca się w oczy dziewczynka, Maggie Elizabeth Jones. Jest tak doskonała w tej swojej dziecięcej urokliwości, że wypada totalnie fałszywie. Czułem, jakby reżyser zmuszał mnie do wzdychania "aaaa" za każdym razem, gdy dziewczynka zachowa się rezolutnie lub nad wiek dojrzale. Church powiela postać, jaką odegrał już całe miliony razy. Zwierzęta mają więcej oleju w głowie i osobistego uroku niż większość ludzi, jakich spotkałem. Wszystko jest tak dokładnie i z premedytacją wycyzelowane, że odebrało mi to wszelką radość z seansu.

Sorry panie Crowe, ale na tak bezceremonialne wpychanie mi się do gardła i oczekiwanie, że będę tym zachwycony mogę się zgodzić tylko po dobrej grze wstępnej. Tu jej nie było. Po raz pierwszy Crowe całkowicie mnie rozczarował. Ocena byłyby jeszcze niższa, gdyby nie piękne zdjęcia Rodrigo Prieto i muzyka Jónsiego (za dobre jak na ten film).

Ocena: 2

poniedziałek, 12 marca 2012

L'exercice de l'État (2011)


To naprawdę żałosne. Gdyby nie Cezary, nie uwierzyłbym, że ktoś jest w stanie nie tylko brać "Ministra" na poważnie, ale jeszcze wysoko go cenić. Nie wiem, kto uczył Pierre'a Schöllera fachu reżyserskiego, ale nie zdziwiłbym się, gdyby był to Polak. Nakręcić egzystencjalny dramat polityczny to karkołomny pomysł. Brzmi jednak i tak lepiej niż wygląda.


"Minister" przypomina łagodną formę schizofrenii. Przez znaczą część czasu jest to całkiem inteligentny obraz mechanizmów władzy, zakulisowych rozgrywek i starć ego izmów/ Ale od czasu do czasu Schöller przypomina sobie, że ma to być film o czymś więcej, o ludzkiej naturze wciśniętej w tryby politycznej maszynerii. Wyskakuje więc z symbolicznymi scenkami i pseudodziwaczną muzą. Szczyt egzaltacji i artystycznego zaślepienia. Raz jeszcze sprawdza się przysłowie, że lepsze wrogiem dobrego.

Ocena: 4

Goethe! (2010)


Po początku, który wydaje się – tak jak tytuł – nawiązywać do komedii o Szekspirze, później jest już niestety znacznie gorzej. Film wpada w koleiny zwykłego romansidła ubranego w autentyczne kostiumy. Mizerna intryga, jeszcze mniej wyraziste postaci i wszystko straszliwie przewidywalne.


Na szczęście reżyser jest dla widza łaskawy i tę prostą powiastkę podaje w bardzo przystępny sposób. Fabuła płynie leniwie, ale płynnie  tak, że pomimo swej nieoryginalności nie męczy.

Ocena: 6

niedziela, 11 marca 2012

Too Big to Fail (2011)


Kolejny film o wielkim kryzysie ekonomicznym XXI wieku. I kolejne sztampowe podejście do tematu. Tym razem śledzimy heroiczną walkę kilku członków gabinetu Busha, by uratować sektor bankowy przed całkowitym załamaniem.


Gdyby jakimś cudem udało mi się wymazać z głowy wszystko, co wiem o kryzysie, zapewne oglądałoby mi się ten film z większą przyjemnością. Mimo bowiem, że całość odbywa się w gabinetach, że jest sporo drugoplanowych postaci, które są niczym więcej jak Wielkimi Nazwiskami, to walka o ratunek banków i całej amerykańskiej gospodarki została tu zaprezentowana jako dramatyczna, desperacka, rozgrywająca się na epicką skalę. Trudno nie kibicować głównym bohaterom.

Ale ponieważ wiem co nieco. Nie potrafię przełknąć tej interpretacji. Film całkowicie ignoruje konsekwencje podjętych w 2008 roku decyzji. Dopiero w napisach końcowych pojawia się informacja sugerująca, że odniesione wtedy zwycięstwo było zwycięstwem pyrrusowym. Niemniej jednak główni rozgrywający zostają tu pokazani jako postaci kryształowe, szczerze i w pełni oddane sprawie ogólnego dobra. Jestem zbyt wielkim cynikiem, bym mógł w to uwierzyć.

Jedyne co "Zbyt wielcy, by upaść" mi dało, to utwierdzenie się w przekonaniu, że kapitalizm jest systemem martwym. W czasach, kiedy pieniądz stał się bytem wirtualnym, oczywistym stało się, że mechanizm immunologiczny kapitalizmu przestał działać. Pieniądz przemienił się w retrowirusa, kryjącego się w organizmie, gromadzącego fikcyjne biliardowe fortuny, nadając autonomiczny byt korporacjom, które niczym rak zżerają całą resztę. I paradoks polega na tym, że rak jest tak rozprzestrzeniony, że trzeba go teraz jeszcze bardziej wzmacniać, ponieważ próba jego wycięcia oznaczałaby zamordowanie całego systemu, tak niewiele z niego pozostało.

Z drugiej strony takie gospodarcze kryzysy pojawiają się od setek lat. I być może inaczej ludzkość nie potrafi funkcjonować.

Ocena: 6

A Bunch of Amateurs (2008)


Sympatyczna powiastka o podstarzałym gwiazdorze, który odnajduje siebie niespodziewanie doświadczając zwyczajnego życia. Przez swego nieudolnego (acz sympatycznego) agenta został wysłanym na totalne zadupie wierząc, że ma wystąpić w Royal Shakespear Company. Zamiast tego znajduje tytułową bandę amatorów i świat, o którego istnieniu zapomniał.


Obraz Cadiffa to film niezobowiązujący, który ogląda się z przyjemnością, ale który wyparowuje z głowy wkrótce po obejrzeniu. Zapewne oceniałbym go niżej, gdyby nie obsada, która potrafiła nadać kolorytu płaskim i stereotypowym bohaterom. Humor jest tu bardzo lekki, zaskakująco słaby, jak na Brytyjczyków. Niemniej jednak, gdyby przypadkiem film wpadł wam w ręce, a akurat nie mielibyście nic lepszego do roboty, to można dać mu szansę.

Ocena: 6

Hors Satan (2011)


Kolejny film Dumonta przekonuje mnie, że nie jest to twórca, którego estetyka do końca mi odpowiada. Intryguje mnie to, jakimi torami prowadzi widzów, odnajdują codzienny mistycyzm tak oczywisty w dawnych czasach, a współcześnie kompletnie zapomniany. Jest jednak w tym wszystkim pewne wyrachowanie, które sprawia, że mimo wszystko czuję rezerwę i zachowuję dystans nie mogąc zanurzyć się w pełni w jego kreacji.


W "Poza szatanem" głównym bohaterem jest postać doskonale znana ze średniowiecznego folkloru: pustelnik, człowiek święty bądź wyklęty, z którym kontakt może być błogosławieństwem bądź przekleństwem. Choć czasy mamy współczesne, u Dumonta jest oczywiste, że nic nie zmieniło się w ciągu ostatnich 15 stuleci. Duchowa ewolucja człowieka nie nadążą za przemianami technologiczno-obyczajowymi. Pustelnik jest reliktem przeszłości, wciąż żywym, wciąż wskazującym drogę do Tajemnicy, której można doświadczyć, lecz której nie sposób ogarnąć umysłem. Owa Tajemnica istnieje poza granicami moralności. Jest pierwotną siłą, która może być użyta zarówno do destrukcji jak i do budowy. I tak też nam to próbuje przestawić Dumont. Bez analizy, bez wyjaśnień.

Ocena: 6

środa, 7 marca 2012

Haywire (2011)


Panie Soderbergh, przestań pan w końcu stroić żarty i zacznij kręci filmy! Reżyser wciąż plącze się w eksperymentach formalnych, z których nie wychodzi nic nadzwyczajnego. Unosząc się w oparach artystycznych iluzji nie zauważa, że jest to swąd przypalającego się dobrego smaku.


Bo też co ma do zaoferowania "Ścigana" poza całą plejadą gwiazd w obsadzie? Niewiele. Fakt, że Soderbergh świadomie zdecydowała się na rozwiązania, z których inni twórcy muszą korzystać, bo nie stać ich na nic więcej, nie robi na mnie wrażenia. Stylistyka kina akcji z lat 70. może i jest przyjemna dla oka, ale nic się za nią nie kryje. Co gorsza, nie odwraca uwagi od scenariusza, który został chyba napisany na papierze toaletowym podczas jednego posiedzenia w kiblu po posiłku składającym się z olbrzymiego burrito albo i dwóch. Postać Scotta to jakiś absurd. Zachowanie Mallory również nie ma sensu. Bohaterka ma jakieś straszliwe problemy z wydostaniem się z obławy w Dublinie, ale już na ślad Kennetha trafia bez większego kłopotu.

Całość ratują naturalnie wyglądające pojedynki. Ale to wystarczy tylko na jednokrotne obejrzenie.

Ocena: 5

Intouchables (2011)


Oniemiałem. Niby wiedziałem, że na punkcie tego filmu oszalało pół Europy, a grający w nim Omar Sy zabrał statuetkę Cezara Dujardinowi, ale nic z tego sobie nie robiłem, jako że zazwyczaj modne tytuły mnie rozczarowywały. Tym razem jest inaczej. Nie mam żadnych wątpliwości, że jeżeli ktoś miałby się tylko raz wybrać w tym roku do kina, to powinien pójść właśnie na "Nietykalnych".


Obraz duetu Nakache i Toledano to wzruszająca, krzepiąca, podnosząca na duchu, rozśmieszająca opowieść, której podstawową zaletą jest jej szczerość. Twórcy nie kryją się za formalnymi wykrętami i nie wstydzą tego, że nakręcili film pozytywny w swej wymowie. Snują opowieść niczym z bajki, a przecież wydarzyła się ona naprawdę. Świetnie skontrastowani bohaterowie, bezbłędne tempo i genialny Sy sprawiają, że zachwyt przychodzi naprawdę łatwo.

W dobie całkowitego zblazowania filmowców, "Nietykalni" są czymś tak nienaturalnym, że wydają się tytułem świeżym i oryginalnym. A przecież bazują na jednym ze starszych modeli fabularnych. Pozostaje tylko czekać, kiedy Amerykanie nakręcą remake.

Ocena: 10

wtorek, 6 marca 2012

Dr. Seuss' The Lorax (2012)


Filmy takie jak "Lorax" przyprawiają mnie o depresję. Udowadniają bowiem, że nie ma dla nas nadziei. Jesteśmy więźniami Systemu, lecz System jest tak obszerny, że nie sposób dojrzeć więziennych murów. A skoro ich nie widać, można z łatwością o nich zapomnieć i żyć w przekonaniu pełnej wolności.


Bo też jak inaczej patrzeć na film wyprodukowany za pieniądze wielkich korporacji, którego przesłanie jest antykorporacyjne. Film demaskuje mechanizm omamiania mas przy użyciu uzależniających produktów (pianka) i gadżetów, które nie są nam do niczego potrzebne. Nazywa po imieniu bezlitosny legalizm kapitalistycznego wyzysku i ukazuje konsumentów jako więźniów. Jest w tym coś makabrycznego i perwersyjnego. Niewiele się to różni od produkowania przez Goebbelsa żydowskiego widowiska o powstaniu Machabeuszy.

Najgorsze jest jednak to, z jaką sprawnością twórcy "Loraxa" wykorzystali kasę koncernów. Niezależnie od obiekcji moralnych jakie mam wobec "Loraxa" nie mogę zaprzeczyć, że jest to dobry film. Nie dość, że jest kolorowy z fajnie wykorzystanym 3D, to jeszcze ma pozytywne przesłanie, ostrzegając dzieci przed bezmyślnym konsumpcjonizmem i uczącym, jak ważna jest dla nas natura i świat przyrody. No i te rozkoszne rybki.

Dlatego też, z pewnym bólem serca przyznaję, że wybierający się na "Loraxa" nie będą zawiedzeni.

Ocena: 7

John Carter (2012)


W sumie powinienem być zadowolony. Wybierając się na "Johna Cartera" spodziewałem się wszystkiego najgorszego. A tymczasem dostałem film przeciętny, pozbawiony epickiego rozmachu i angażującej fabuły, za to olśniewający wizją Czerwonej Planety.


Do "Johna Cartera" można było podejść na trzy sposoby: 1) z humorem, tworząc awanturniczą przygodę z przymrużeniem oka, lekką rozrywkę w egzotycznej scenerii 2) widowisko zapierające dech, efekty specjalne, wielkie bitwy i dużo patosu 3) skoncentrować się na bohaterze i pokazać jego podróż emocjonalną. Reżyser postanowił zostać Salomonem kina i pogodzić te trzy kierunki. W rezultacie powstał film mdły, nie zostawiający nawet lekkiego odcisku w pamięci. Humor jest bardzo rzadko rozsiany i są to dowcipy półgębkiem, kompletnie nie przekonujące. Widowisko też nie jest specjalnie zachwycające. Bitwy i pojedynki nie wprawiają w zdumienie, a muzyka tylko irytuje. Zaś bohaterowie są płascy, jak anorektyczka w stadium przedagonalnym. Gardłowy głosy Kitscha może tylko śmieszyć, podobnie jak dziwaczny mop udający włosy Jamesa Purefoya.

Za to 3D o dziwo nie przeszkadza. Owszem, jest kompletnie niepotrzebne, ale przynajmniej większość scen dzieje się w pełnym świetle, więc nie cierpiałem na seansie na jakiś szczególnie dokuczliwy wytrzeszcz oczu. Mars wygląda pięknie, ale na pewno nie był warty tych wszystkich milionów, jakie poszły na jego stworzenie.

Ocena: 5

niedziela, 4 marca 2012

Uncle David (2010)


Jeden z bardziej perwersyjnych i "chorych" filmów jakie widziałem. A wszystko przez formę, która jest zaskakująco stonowana, jak na tematykę obrazu. Bohaterowie i sama historia wyjęta jest żywcem z slasherów o psychopatach, ale zaprezentowana jako undergroundowy, ambiwalentny dramat o nietypowym związku.


Fabuła "Uncle David" inspirowana jest historiami o seryjnych zabójcach i psychopatycznych mordercach. Lecz tu czarno-białe granice wytyczane przez massmedia zostają zatarte. Davida i Ashleya łączy więź o wiele bardziej skomplikowana, niż typowego oprawcę i ofiarę. Już samo zdecydowanie kto jest kim nastręcza (na pierwszy rzut oka) sporo problemów.

Piszę "na pierwszy rzut" oka, ponieważ w rzeczywistości relacja jest bardzo nierówna. Ashley postawiony jest w roli postaci niezwykle infantylnej. Gdyby nie jego prezencja, można byłoby spokojnie uznać go za dziecko: jego strój, zachowanie jasno to sugerują. A dziecko nie jest w stanie podjąć w pełni świadomie równie poważnej egzystencjalnej decyzji, jaką podejmuje niby Ashley.

Z kolei David jawi się niczym outsider, deprecjonujący system, w jakim żyją ludzie. Ale racje, z którymi mógłbym się zgodzić, wypowiada głosem pełnym pogardy i wyższości, czym demaskuje siebie jako oszusta i tchórza wymagającego racjonalizacji dla swych mrocznych popędów.

W rezultacie "Uncle David" pokazuje niezwykle toksyczną i destrukcyjną relację. Przekraczającą wszelkie normy społeczne. Definiowaną nawet w kategoriach kazirodczych - David jest "wujkiem", a Ashley jego "siostrzeńcem". Na ile ta relacja jest rzeczywista, a na ile tylko grą – pozostawione zostaje do indywidualnej interpretacji widza.

Ocena: 6

Bollywood Beats (2009)


"Bollywood Beats" to przykład kina, które na podstawie wyłącznie formalnych aspektów realizacyjnych powinien dostać ode mnie minimalną notę, a w rzeczywistości dostał całkiem wysoką.


To prawda, że scenariusz wygląda jak produkt propagandowy promujący postępowe poglądy w konserwatywnej społeczności hindusów w USA. Aktorstwo nie stoi tu na jakimś oszałamiającym poziomie. Fabuła jest mieszanką klisz i bajki. A gdyby nie materiał z planu, nie uwierzyłbym, że zdjęcia zostały zrealizowane przy użyciu normalnych kamer. Zaś muzyka oryginalna (nie bollywoodzkie numery) sprawia wrażenie, jakby kompozytor inspirował się filmami porno.


A zatem skąd mimo wszystko pozytywna ocena? To proste: uwierzyłem w pasję twórców, w ich autentyczne zainteresowanie X Muzą, pozbawione pretensji do wielkości i artystycznego mistrzostwa. Oto grupa ludzi spiknęła się, by opowiedzieć fajną historyjkę licząc, że zrobią tym przyjemność nie tylko sobie ale i widzom. I ta naturalność i lekkość została uchwycona na filmie.


Pomogły również piosenki, te z bollywoodzkich filmów, jak "Dum Maro Dum" z "Hare Ram Hare Krishna" czy też "Say Na Say Na" z "Bluffmaster".

Ocena: 6

sobota, 3 marca 2012

Au Poil! (2011)


Rewolucja wśród łazienkowych akcesoriów. A wszystko w tle dekadenckiej balangi. Jakże prawdziwe i zarazem jakże oryginalne.


Autorzy podeszli do tematu z humorem i zrealizowali zabawną krótkometrażową animację. Zrobiona z jajem może być traktowana jako zwyczajna rozrywka. Można by też się pokusić o głębsze (nad)interpretacje odnosząc film do aktualnej sytuacji na świecie związanej z walką z klasą finansistów, którzy zgotowali krajom rozwiniętym koszmar i nie poczuwają się do odpowiedzialności wciąż zgarniając milionowe premie.

Ocena: 6

Real Fiction (2008)


It's beyond ridiculous! Nie mogę nie podziwiać reżysera za to, że w tak krótkim czasie udało mu się zmieścić aż tyle tragedie. Ale jednocześnie nie potrafię traktować filmu poważnie. To jest po prostu śmieszne.


Główny bohater nie dość, że musi zdradzić chłopaka, żeby dostać kontrakt pisarski, to jeszcze ma chorą matkę, a jego chłopak staczaj się do poziomu alkoholika-maniakalnego zazdrośnika. Zabrakło tylko komety zwiastującej koniec świata.

W tym wszystkim jedyne, co mi się podobało to postać Damiana, który jest śliskim draniem wykorzystującym swoją pozycję, ale który ma też swoją miękką stronę, widać, że prawdziwie zależy mu na Zacku no i ta smutna historia z Grahamem.

Ocena: 3

Inner Steppe (2012)


Całkiem sympatyczna animacja zabierająca widza w podróż po świecie podświadomości.  Rzecz jest ponoć inspirowana twórczością Hesse'a oraz wywodami Junga i to rzeczywiście widać zarówno w samej postaci, jak i w tym, co mu się przytrafia. Jednak "przesłanie" ma dla mnie drugorzędne wrażenie. Filmik spodobał mi się od strony estetycznej.


Ocena: 6

czwartek, 1 marca 2012

Seeking Justice (2011)


Ech. Jeśli już ktoś robi film-kalkę, to przynajmniej mógłby się postarać zrobić to z jajem. "Bóg zemsty" nie dość, że jest maksymalnie przewidywalny, pozbawiony choćby jednej drobinki oryginalności, to jeszcze został zrobiony na poważnie, bez żadnego mrugnięcia okiem. Długimi chwilami trudno to było zdzierżyć.


Cały film można opowiedzieć po obejrzeniu 10 minut. Bo też każdy element musi koniecznie zostać wykorzystany w fabule. Jeśli para na początku jest szczęśliwa, to musi być tragedia. Jeśli bohater kupuje żonie łańcuszek, to nie dlatego, że ją kocha. Jeśli kobieta kupuje pistolet, to wcale nie dlatego, że czuje się z nim bezpieczniej.

Dość! Donaldson po kilku niezłych filmach spadł do poziomu "Góry Dantego". Mam nadzieję, że się szybko podniesie.

Ocena: 4

Archetype (2011)


Nazywanie "Archetype" filmem krótkometrażowym jest pewnym nadużyciem. To raczej wizualka, przynęta, na którą ma się złapać jakiś hollywoodzki producent, który da kasę na właściwy film. I sądząc po dzisiejszych informacjach, film odniósł zamierzony skutek.


Fabularnie dostajemy bardzo niewiele. To po prostu zarys historii i to w zasadzie tylko jednego jej elementu. Więcej dowiedzieć się można ze storyboardów pokazanych podczas napisów, niż podczas słabej w gruncie rzeczy sceny "przesłuchania".

Mimo to, pomysł jest niezły i może z tego wyjść ciekawy film w stylu "Dystryktu 9".

Ocena: 5

The Family Tree (2011)


Bardzo przeciętne kino robione według wzorca produkcji niezależnej. Nieco dziwaczna rodzina, jeszcze dziwaczniejsze wydarzenia, a wszystko to po to, by powiedzieć widzom, że rodzina jest ważna. Mdłe to, pozbawione oryginalności i pomysłu. Gdyby nie parę nieco zabawnych scen, nie byłoby w ogóle co oglądać.


Najciekawiej wygląda w tym filmie podskórne przesłanie, że normalność jest chorobą, a choroba zdrowiem. Oto bowiem życie rodziny zmienia się, kiedy matka doznaje amnezji. Utrata pamięci jest traktowana jako choroba, ale w rzeczywistości okazuje się, że kobieta została oczyszczona z toksyn kompromisów, niedopowiedzeń i drobnych kłopotów, które narastają do rozmiarów rozwodowego nowotworu.

Ocena: 6