niedziela, 29 kwietnia 2012

Peacock (2010)


John jest cichym, zamknięty w sobie mężczyzną, który nie lubi zmian. Emma ma dość zamknięcia i kiedy nadarza się okazja, chwyta ją, by spełnić swoje skryte marzenia. Ich wizje rzeczywistości bardzo się od siebie – przynajmniej z pozoru – różnią, więc konflikt jest nieunikniony. Jak jedna walczyć z kimś, z kim dzieli się jedno ciało?


"Peacock" to świetny pomysł i cała plejada gwiazd. Ogląda się to z dużym zainteresowanie. Walka o własną tożsamość i dominację, konflikt, który nawet w "normalnej" sytuacji byłby widowiskowy, tu jest wprowadzony na nowy poziom. Jednak chwilami wyłazi szydło z worka. Całość jest nieco zbyt toporna, jakby przekombinowana. Główny pomysł zdaje się ograniczać do przebierania Cilliana Murphy'ego. I choć jako kobieta wygląda zaskakująco dobrze, to jednak czekałem na trochę więcej emocji.

Ocena: 6

Wuthering Heights (2011)

Nowy film Andrei Arnold to spora zagwostka, kiedy chce się postawić jedną konkretną ocenę. Bo też trudno uznać film za udaną adaptację "Wichrowych Wzgórz". W porównaniu z klasyczną wersją z 1939 roku czy też mdłą ale popularną wersją z '92, ta w żadnym wypadku nie zostanie zapamiętana. Nie jest też to najlepszy film, jeśli jakość definiować przez fabułę. Arnold zbyt zajęta jest formalną stroną swojego dzieła, by w pełni poświęcić się relacji pomiędzy dwójką bohaterów. Owszem, jej obraz toksycznej miłości jest sugestywny, ale nie w tym uniwersalnym sensie, który porywa pokolenia widzów.


Ale właśnie, strona formalna. Matko! "Wichrowe Wzgórza" to jeden z najbardziej zmysłowych filmów, jakie widziałem. Reżyserka przy pomocy obrazów i dźwięków (ale nie muzyki z offu!) przekazuje nam nie tylko doznania wzrokowe, ale też słuchowe, dotykowe czy smakowe. Od pierwszej chwili można zatonąć w subiektywnych doświadczeniach przekazywany w sposób tak intymny i tak prawdziwy, że obraz przekracza tu własne ograniczenia.

Do tej pory nie byłem wielkim fanem Arnold. Tym razem jednak w pełni poddałem się magii jej dzieła. To było naprawdę niesamowite przeżycie.

Ocena: 8

Triage (2009)


Kiedy oglądam filmy takie jak "Selekcja", po raz kolejny dochodzę do wniosku, że dla Colina Farrella nie ma miejsca wśród gwiazdorów Hollywood. U Tanovicia wypada o niebo lepiej niż w "Aleksandrze" Stone'a. Tylko w jednym momencie, w scenie płaczu na dachu, nie wypadł przekonująco.


"Selekcja" to rzecz o poczuciu winy i wojennej traumie. Mark Walsh nie potrafił się zatrzymać. Ukryty za obiektywem swojego aparatu parł do przodu, z jednego piekła wojennego do drugiego. Aż w końcu został zatrzymany. W najgorszym z możliwych momentów, kiedy tragedia dotyka go osobiście. I nie potrafił już ruszyć. To wszystko, czego nie dopuszczał do siebie, teraz obezwładniło go, kiedy uświadomił sobie, że nie sposób zachować dystans, gdy czujesz wyciekające ludzkie życie, a jedyną rzeczą, o której możesz myśleć jest własne przetrwanie.

Bo czasem śmierć jest łatwiejsza do zaakceptowania niż bycie żywym. A najtrudniejszą rzeczą jest przebaczenie. Lecz tylko ono może zapewnić bezpieczeństwo.

Ocena: 7

Crush (2000)


Standardowa opowiastka, której urok tkwi w przyjęciu nieco innej perspektywy oraz w uroczej Emie Tuennerman, która świetnie poradziła sobie z rolą Tiny.

"Crush" to historia dziewczynki, która dość wcześniej poznaje różnicę między przyjaźnią a miłością. Wspólnota zainteresowań nie zawsze jest dobrą podstawą dla związku. Jednak pod naporem złamanego serca Tina wcale się nie załamuje, lecz robi wszystko, by pielęgnować przyjaźń.

Przyjemny filmik.

Ocena: 6

The Curiosity of Chance (2006)


Ten film długo zbierał kurz, zanim po niego sięgnąłem. Teraz nie mam zielonego pojęcia, dlaczego zwlekałem. "The Curiosity of Chance" okazało się lekką i przyjemną komedyjką.


Bardzo spodobał mi się początek, pełen zabawnych gagów. Śmierdząca dyrektorka i fotograf strzegący swojej walizeczki naprawdę poprawiają humor. Potem, jak to w większości komedii bywa, tempo trochę siada. Ale bohaterowie są na tyle fajni, że nie utracili mojej uwagi.

Jednak najbardziej spodobało mi się sportretowanie relacji ojciec-syn. Z jednej strony mamy typowego nastolatka, który w swoim młodzieńczym zapatrzeniu na własne problemy domaga się totalnej akceptacji, bez zwracania uwagi na uczucia innych. Z drugiej strony mamy samotnego ojca-żołnierza, który kocha syna, ale nie potrafi tego wyrazić inaczej jak przez wpajanie żołnierskiej dyscypliny. Obaj są sympatyczni i obaj mimo pozornej siły są mocno zagubieni. Poza tym fajnie było zobaczyć w roli ojca weterana "Twin Peaks".

Ocena: 6

Death and Cremation (2010)


Swój ciągnie do swego. Nawet jeśli jeden z nich jest podstarzałym odludkiem mającym mało dochodowy biznes kremacyjny, a drugi jest nastolatkiem wychowywanym przez samotną matkę. Na pozór łączy ich tylko to, że są samotni. W rzeczywistości dzielą mroczniejszą pasję, choć chłopak jeszcze sam o tym nie wie.


Trochę szkoda, że Justin Steele nie odważył się na więcej. Rozumiem powolną narrację i pozorny spokój opowieści. Robił on jednak większe wrażenie, gdyby mocniej skontrastowano to z brutalnością zachowań Stana. Bez tego kontrastu film zdaje się być pusty i nudnawy. W rezultacie jedyne, co zapamiętałem ze "Śmierci i kremacji" to przewodni temat muzyczny.

Ocena: 5

piątek, 27 kwietnia 2012

Ghost Rider: Spirit of Vengeance (2011)


Jeśli ktoś mógł uczynić z "Ghost Ridera" fajne kino rozrywkowe to tylko Neveldine/Taylor. Widać to wyraźnie w najbardziej komiksowych, a zarazem campowych scenach. Zastanawiam się więc, dlaczego nie wykorzystali szansy. Dlaczego zabrakło w tym filmie adrenaliny.


Miejsca, w których czuć styl twórców "Adrenaliny" można policzyć na placach jednej ręki. Podobały mi się wstawki animowane, przywodzące na myśl ruchome scenki komiksowe. Ale pomiędzy nimi są całe pokłady nudy. Kompletnie nie rozumiem doboru muzyki, która była tak anemiczna, że lepiej nadawałaby się do programu przyrodniczego pokazującego powolny wzrost drzew. W filmie, gdzie ponoć każda sekunda się liczy, należało wybrać coś zupełnie innego. Nie pojmuję także, dlaczego większość filmu jest "po szkolnemu" montowana. Przecież w ten sposób z całość ulatuje wszelkie napięcie i klimat.

Na szczęście film nie okazał się tak zły, jak to po cichu przeczuwałem. Niewielka to jednak pociecha.

Ocena: 5

czwartek, 26 kwietnia 2012

La chispa de la vida (2011)


Ok, nigdy nie byłem szczególnie wielkim fanem de la Iglesii, ale i tak nie spodziewałem się po nim tak bezpłciowego filmu. Gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po hiszpańsku, nie uwierzyłbym, że jest to hiszpańska produkcja. Jak można było pozbawić uczuć i wagi historię, która mocno rezonuje z nastrojami widzów? Gdyby jeszcze reżyser nie był tego faktu świadomy, ale nie, przecież pod koniec właśnie na tym bazuje!


Jest tu wiele bardzo trafnym uwag i celnych obserwacji. De la Iglesia zadaje intrygujące pytanie o materialną wartość ludzkiego życia... i śmierci. Przewrotnie krytykuje materializm, obsesja na punkcie którego to doprowadziła do wymknięcia się chciwości spoza kontroli doprowadzając do kryzysu. Ale zarazem pokazuje, że w sytuacji bez wyjścia nadanie monetarnej wartości wszystkiemu ma sens. Dlaczego śmierć, która wydaje się nieuchronna, ma mieć tylko wartość/znaczenie duchowe? Czy obsesja bohatera, by na swoim wypadku zarobić, nie dla siebie, a dla rodziny, jest naprawdę aż tak naganna? De la Iglesia rozgrywa mecz ping-ponga to wspierając jedną to drugą stronę sporu. Zarazem niezauważenie sugeruje, że gdyby Chrystus dziś miał być ukrzyżowany, to jego krzyż pełen byłby znaków towarowych różnych sponsorów.

Jednak za tą ciekawą grą intelektualną nie idzie w parze aspekt emocjonalny. Film jest wypatroszony ze wszystkiego, co choć odrobinę przypomina bardziej intensywną reakcję. Surowość w zderzeniu z nietrafionym humorem sprawia, że całość jawi się jako gigantycznych rozmiarów wydmuszka, którą wypełnia jedynie echo prawdy. I tego mi szkoda.

Ocena: 5

wtorek, 24 kwietnia 2012

The Inbetweeners Movie (2011)

Ten film jest obleśny, wulgarny i bezdennie głupi. Podczas seansu słychać jak pękają neurony od nadmiaru idiotyzmów, naprawdę. A jednak jest w tym filmie coś, co sprawia, że mimo wszystko bawiłem się całkiem nieźle.


Tym czymś jest absurdalnie brytyjski humor w wydaniu młodzieżowym. Cięte dialogi, sceny, które jednocześnie wywołują zażenowanie i rozbawienie oraz sympatyczni mimo wszystko bohaterowie sprawiali mi dużo frajdy. Do tego, pomimo wielu dowcipów wyciągniętych wprost z sedesu, jest w tej fabule sporo inteligentnej satyry na stereotyp Brytyjczyka na wakacjach i młodzieżowych obsesji.

Ponieważ spodziewałem się kloaki, zostałem mile zaskoczony.

Ocena: 6

niedziela, 22 kwietnia 2012

I rymden finns inga känslor (2010)


Urocza opowieść o tym, że nawet człowiek, który nie może się zmienić – zmieni się. Wszystko jest bowiem kwestią komunikacji.


"W kosmosie nie ma uczuć" to kolejna już fabuła, której bohaterem jest osoba cierpiąca na zespół Aspergera. Większość z tych filmów podąża ścieżką oswajania widzów z tym zaburzeniem czyniąc z filmów obrazy o komediowym charakterze. Dzięki temu zachowania, które w życiu większość nas by irytowały, tu ukazane zostają z nutą sympatii, jako dziwactwa, ale niemniej uprawnione co zachowania "normalnych" ludzi. Tak jest i w tym przypadku, gdzie cierpiący na Aspergera Simon jest postacią na swój sposób bardzo sympatyczną, kiedy widzimy jak wbrew ograniczeniom próbuje pomóc bratu.

Ocena: 7

Toată lumea din familia noastră (2012)

Lubię takie filmy, nawet jeśli są zbyt teatralne i lepiej sprawdzałyby się na scenie. Podoba mi się pomysł i pułapka zastawiana na widza, którego zmusza się do konfrontacji z szarościami rzeczywistości.


A wszystko przez przyjęcie perspektywy głównego bohatera. Kiedy poznajemy go, widzimy mężczyznę nieco nerwowego i obcesowego. Ale możemy to zrozumieć, jest mężczyzną po rozwodzie, w którym stracił wszystko i żonę, i mieszkanie, i prawo do opieki nad córką. Naturalne jest więc, że może być nieco zdenerwowany, kiedy w końcu może wziąć dziecko ze sobą na wakacje. Ale z czasem zaczyna się nakręcać spirala. Poznajemy nowe fakty, jesteśmy świadkami coraz bardziej niepokojących wydarzeń i nagle okazuje się, że pierwotny wizerunek był nie tyle fałszywy, co niepełny. I jak zawsze okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach.

Mocne kino psychologiczne, które byłoby jeszcze lepsze, gdyby użyto mniej słów.

Ocena: 7

Din dragoste cu cele mai bune intentii (2011)


Studium neurotycznej osobowości, w którym jest kilka ciekawych pomysłów, ale które ma jedną sporą wadę: jest zdecydowanie zbytnio przegadane. Zabawne jest też to, że pointę filmu musi wygłosić główny bohater, bo pewnie niektórzy z widzów w natłoku słów nie odkryliby go.


Mnie najbardziej podoba się wojerystyczne zachowanie kamery, która w większość scen przyjmuje perspektywę różnych osób obserwujących głównego bohatera. Szkoda więc, że reżyser nie jest konsekwentny w stosowaniu tego zabiegu. W ten sposób niestety sam sobie szkodzi.

Ocena: 6

The Forgiveness of Blood (2011)


Ciekawe spojrzenie na kulturę wendetty oraz przypowieść o tchórzostwie i odwadze.


Nominalnie bohaterem filmu jest młody Nik. Po tym jak jego ojciec i wuj zamordowali złośliwego sąsiada, musi siedzieć w domu, ponieważ rodzina zabitego ma tradycyjne prawo zabić go w sprawiedliwej zemście. Chłopak nie radzi sobie z zamknięciem. Z każdą kolejną minutą obrazu widać, że jest osobą słabą psychicznie. Zamknięcie, które nie jest przecież końcem świata, dla niego jest piekłem. Stąd coraz bardziej chaotyczne zachowanie, ucieczki, aż w końcu ujawnienie tendencji autodestrukcyjnych. Nik okazuje się tchórzem i słabeuszem, którego desperacja zostaje jednak uznana za odwagę, co otworzy mu furtkę do ucieczki.

Prawdziwym bohaterem filmu jest jednak siostra Nika. Dziewczyna chodzi jeszcze do szkoły i jako jedyna z rodziny miała realne szanse wyrwać się z domu. Kiedy Ojciec musiał uciec, a Nik został uziemiony w domu, to na nią spadł obowiązek dbania o rodzinę. Ma równie dużo powodów do desperacji co Nik, pozbawiona marzeń i rzucana na głęboką wodę rzeczywistości, która jest jej obca. A jednak wybiera inną drogę. Jej cicha odwaga nie zostanie doceniona przez otoczenie, ale zauważy ją reżyser, który nie bez powodu zakończy film zbliżeniem na jej twarz.


Dla nas w Polsce "Przebaczenie krwi" to jednak przede wszystkim obraz kultury, która jest na obca. Kultury opartej na prawie krwi, gdzie wendetta jest nie tylko stylem życia, ale i skomplikowanym biznesem pełnym praw i obowiązków dotyczących rodzin ofiar i sprawców oraz jeszcze bardziej zawiłych zasad negocjacji ceny krwi.

Ocena: 6

Hasta la Vista! (2011)


To ciekawy fenomen kulturowy. Kraje Beneluksu do największych nie należą, a tymczasem to właśnie tam powstaje ostatnio sporo filmów drogi. Jednym z nich jest "Hasta la Vista!".


Film ma spore szanse przypaść do gustu widzom. Opowiada bowiem bardzo sympatyczną historyjkę trzech niepełnosprawnych osób, które postanawiają wybrać się na (prawie) samodzielną podróż po Francji i Hiszpanii. Całość pełna jest ciepła i humoru, co musi budzić pozytywne konotacje nawet, jeśli dotykane są po drodze trudne problemy i życiowe dramaty.

Niestety mnie trochę ten film rozczarował. Jest zbyt schematyczny i oczywisty. Kilka ciekawych pomysłów nie jest w stanie ukryć tego, że od początku wiadomo, jak film się skończy. A przez to scena na plaży robi jeszcze bardziej kiczowate wrażenie. Takich obrazów jest na pęczki i choć fajnie się je ogląda, raczej nie ma szans, by na dłużej pozostały w pamięci.

Ocena: 6

Hodejegerne (2011)


Czysta konstrukcja. Klasyczna forma. Kilka ciekawych zwrotów akcji i ostra walka dwójki głównych bohaterów. To w zupełności wystarczy, by zrobić dobry film. Najlepszym tego dowodem są "Łowcy głów".


Wszystko wskazuje na to, że obecnie nikt nie wymyśla lepszych intryg od Skandynawów. "Łowcy głów" mają naprawdę bardzo prostą strukturę, którą miłośnicy gatunku znają na pamięć. A mimo to, całość pochłania się z zapartym tchem. Wszystko przez precyzyjny scenariusz, doskonałe wyczucie, kiedy mylić tropy i kiedy robić wolty fabularne.

Ciekawe, kiedy powstanie amerykański remake.

Ocena: 7

How I Spent My Summer Vacation (2012)


Kiedy zobaczyłem zwiastun tego filmu, to szczerze mówiąc niewiele się po nim spodziewałem. Gibson w więzieniu nawiązujący przyjaźń z dzieciakiem? Nie pachniało to niczym dobrym. Dlatego też bardzo zaskoczyło mnie, kiedy od pierwszej sceny poczułem klimat lat 90. i największych przebojów Gibsona.


Oczywiście "Dorwać gringo" jest tylko echem dawnych hitów Gibsona. Więcej nie można się chyba było spodziewać po reżyserze-debiutancie. Ale jest to echo czyste i wyraźne. Stąd w filmie zaskakująco spora dawka humoru oraz akcji. Wszystko podane w staromodnym sosie, który mnie akurat bardzo odpowiadał.

W sumie jest to o wiele lepszy film, niż "Furia" i daje nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość dla Gibsona. Choć może i nie. Bowiem pomimo faktu, że obraz jest już wyświetlany w paru krajach i również do polskich kin trafi, to w Stanach nie zdecydowano się na kinową dystrybucję. Nie do końca to rozumiem, bo "Dorwać gringo" to naprawdę fajna rozrywka.

Ocena: 6

czwartek, 19 kwietnia 2012

Halt auf freier Strecke (2011)


Auć. Ten film naprawdę boli. Twórcy zaserwowali nam bardzo autentyczny obraz procesu umierania człowieka. Obserwujemy nie tylko śmierć mężczyzny, którego zdradziło własne ciało, ale też to, jak z cała sytuacja wpływa na jego rodzinę. Reżyser nie oszczędza nam niczego. Dla wielu osób będzie to naprawdę trudny film do przeżycia.


Tym bardziej szkoda, że poza wojeryzmem "W pół drogi" nie oferuje nic więcej. W porównaniu z "Jego bratem" czy "Wit" jest to rzecz straszliwie płaska, pozbawiona celu i znaczenia. "W pół drogi" jest niczym więcej jak pedantycznym katalogiem zachowań i zdarzeń z jakimi można mieć do czynienia w przypadku osoby umierającej na raka. Ale na co komu taki katalog, jeśli nic z niego nie wynika? Dlatego też mimo wszystko jestem na nie.

Ocena: 4

Babycall (2011)


UWAGA! Nie czytajcie, jeśli filmu nie widzieliście!


Lubię takie filmy. Niejasne, niejednoznaczne, sugestywnie wciągające widza w labirynt ludzkiego umysłu. Jednak twórcy "Babycall" poszli dalej. Połączyli bowiem w jedno film o szaleństwie i film o metafizycznych tajemnicach. Inni filmowcy zazwyczaj ograniczają swoje obrazy albo do jednego albo do drugiego elementu. Tymczasem w "Babycall" mamy do czynienia z osobą wyraźnie zaburzoną psychicznie. Naznaczona tragedią, żyje w świecie iluzji, rzeczywistości, która dla normalnego człowieka wydaje się nienormalnością. A jednak jej szaleństwo nie przekreśla realności jej doznań. Nie wszystko, czego jest świadkiem jest wytworem jej wyobraźni, nawet jeśli w "twardej rzeczywistości" nie ma dla tych zdarzeń miejsca. Bo być może rzeczywistość duchów i szaleńców to jeden wspólny świat. Żyjąc poza granicą normalności, Anna jest bardziej wyczulona na to, co się tam dzieje. Jej doświadczenia są więc dwojakiego rodzaju, ale nikt, łącznie z nią, nie zdaje sobie z tego sprawę.

"Babycall" to także dwie świetne role aktorskie. Noomi Rapace jest wspaniała w roli nadopiekuńczej matki. A Kristoffer Joner bezbłędnie jej wtóruje jako dorosły efekt toksycznego wychowania.

Ocena: 8

środa, 18 kwietnia 2012

Skyskraber (2011)


Pomysł fabularny tego filmu jest naprawdę szalony. Oto historia miłosna, której bohaterami są chłopak cierpiący na stulejkę i pośrednio odpowiedzialny za kastrację ojca oraz niewidoma od urodzenia dziewczyna, której ojciec dla zatrzymania jej w domu gotów jest się nawet okaleczyć.


Mimo tak zarysowanej ramy, "Drapacz chmur" jest całkiem sympatycznym i ciepłym filmem o dorastaniu w cieniu toksycznych rodziców. Poruszane tematy w rzeczywistości byłyby straszliwą traumą. Tu nabierają lekkiego, nieco baśniowego charakteru. Z typowo skandynawską wirtuozerią udaje się twórcom ból przemienić w uśmiech. Ciekawe tylko, czy jest to postawa jedynie filmowa, czy też na co dzień też tak potrafią.

Ocena: 6

Il Mundial Dimenticato (2011)


Jeden z ciekawszych mockumentary, jakie widziałem. Twórcy wykonali kawał solidnej roboty. "Zaginiony mundial" ogląda się z poczuciem, że wszystko to prawda. I to nawet pomimo kilku naprawdę szalonych pomysłów.


Jest tu wszystko, co rasowy film (nie tylko dokument) powinien mieć. Tajemnica, którą trzeba rozwikłać. Mit fałszujący rzeczywistość. Wielka rywalizacja. I miłość, a nawet kilka, wywołanych przez piękną i niezależną Żydówkę, która potrafiła usidlić filmowca-wynalazcę, nazistowskiego żołnierza i indiańskiego przystojniaka.

Chwilami całość traci trochę tempo. Nie wszystko wypada równie udanie i przekonująco. Ale ostatecznie jest to całkiem przyjemna komedia. Choć osobiście wolę japońskie "dokumenty" sportowe w stylu "Skoki narciarskie parami".

Ocena: 6

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Salmon Fishing in the Yemen (2011)


Aby w pełni cieszyć się tym filmem, trzeba najpierw zapomnieć o tym, co w ostatnim czasie działo się w Jemenie. Albo jeszcze lepiej, uznać, że filmowy Jemen to fikcyjne państwo, którego zbieżność nazwy i położenia geograficznego z rzeczywistym Jemenem jest czysto przypadkowa.


Na początku jest to zadanie bardzo łatwe. A to za sprawą rewelacyjnej Kristin Scott Thomas, która podkręca komediowy płomień tworząc popisową rolę rzeczniczki prasowej premiera (genialny tekst do syna!). Dzięki niej wydaje się, że mamy do czynienia z pierwszorzędną komedią, pełną ostrych jak brzytwa dialogów. Niestety, kiedy Thomas znika z ekranu, całość przekształca się w koszmar diabetyków. Tyle słodyczy w wersji dramatyczno-romantycznej jest naprawdę trudne do strawienia. Wielki entuzjazm, który wzbudziła na początku Thomas, szybko wyparowuje i zostaje mocno anemiczna bajeczka. Na szczęście Thomas jeszcze parę razy się pojawia i choć nie jest to już to samo, wystarczy, by przynajmniej nie zjechać filmu od góry do dołu.

Ocena: 6

Tilt (2011)


W Bułgarii był to ponoć hit. Mnie niestety wynudził.


"Tilt" bazuje na prostych schematach. Mamy więc wielką zakazaną miłość: on jest biedny, z łatą kryminalisty, ona pochodzi z uprzywilejowanej rodziny, wychowywana przez nadopiekuńczego ojca. Mamy też konflikt lojalności, kiedy okazuje się, że przyjaźń, kobiety i kasa nie idą ze sobą w parze. Zdrada, rozłąka, walka z przeciwnościami – niemal jak u Szekspira, szkoda tylko, że wszystko pozbawione jest intensywności emocjonalnej sztuk słynnego Anglika.

W tle obrazki z czasów transformacji Bułgarii. I to one właśnie wyglądają najciekawiej.

Ocena: 5

niedziela, 15 kwietnia 2012

Smukke mennesker (2010)


Na Duńczykach można polegać, że nawet w najbardziej depresyjnej z historii są w stanie znaleźć przezabawne momenty. "Nie ma tego złego" to przewrotna opowieść wigilijna, z zaskakująco właściwym jak na te święta morałem.


Przez 90% filmu oglądamy rzecz tak ponurą i przygnębiającą, że piekło musi w porównaniu z nią być rajem spokoju i ukojenia. Ból, samotność, cierpienie wyzierają z każdej sekundy obezwładniając swoją bezwzględnością. W tym świecie nie ma miejsca na altruizm, za gestami wsparcia i pokrzepienia kryje się brutalna transakcja wiązana. Z bólem istnienia nie wygramy. Jedyne co nam pozostaje, to go zaakceptować, zakosztować perwersji i poddać się cierpieniu. A wtedy, w najmniej spodziewanym momencie, w najbardziej kompromitującej i niezręcznej sytuacji można odnaleźć promień nadziei.

Scena wigilijnej kolacji bezcenna. Dzięki niej film, który wydawał się bladą wersją "Happiness" zyskuje autonomię i wartość.

Ocena: 7

sobota, 14 kwietnia 2012

Noordzee, Texas (2011)


Ach ta młodość. Wszystko jest wtedy tak ulotne, niewyraźne, a jednocześnie przeżywane z intensywnością, jakby od tego zależał los całego świata. Oczywiście po części zależy. Jest to przecież czas, kiedy budujemy drogi, jakimi będziemy podążać przez większość naszego życia. A jednak przez swą intensywność i ulotność są to rzeczy, które zawsze stracimy. Po wszystkich wzlotach i upadkach pozostanie jedynie wspomnienie, pełne nostalgii i romantycznego idealizowania.


I właśnie taki jest film Bavo Defurne'a. Nasycony ciepłymi barwami, skupiony na młodym bohaterze, tak nim i jego przeżyciami zaślepiony, że z nastoletniego zaabsorbowania sobą czyni wręcz cnotę. Bo w "Morze Północne, Teksas" liczą się tylko przeżycia Pima, jego problemy i jego rozterki. A co z Sabriną, która jest w nim zakochana? Czy jej dramat jest mniej bolesny i ważny tylko dlatego, że nie doświadczamy go tak blisko, jak Pima? A co z Gino, który rozdarty jest pomiędzy sprzecznymi potrzebami?

No właśnie, postać Gino wyraźnie pokazuje problem kina LGBT, w którym litera B zdaje się być kompletnie ignorowana. W 90% historii o dorastania, w których bohaterowie muszą zaakceptować własną orientację, wybór jest ostro postawiony możesz być hetero- lub homo-. Filmów, które opowiadają o odkrywaniu własnej biseksualności, jest zaskakująco mało. Ciekawe dlaczego? Ten ostry podział sprawia, że związek Gino z dziewczyną nie jest traktowany jako równoprawny. A to jest moim zdaniem nie fair.

Ocena: 7

Happy People: A Year in the Taiga (2010)


Mam już dość dokumentów Herzoga. Każdy kolejny wydaje mi się bardziej pretensjonalny i nabzdyczony od poprzedniego, a co gorsza wpływa to na obniżenie mojej oceny jego wcześniejszych filmów. Takie "Spotkania na krańcach świata" nawet mi się podobały, ale teraz, kiedy widzę po raz "enty" tę samą manierę, robi mi się słabo.


Herzog tym razem wybrał się w dzicz syberyjskiej tajgi. Opiewa proste i ciężkie życie z dala od cywilizacji. Ale jego pieśń brzmi fałszywie. Przez cały film miałem wrażenie, że mną manipuluje. A to pojawiały się scenki, które wyraźnie były ustawkami. A to znów w monologu z offu próbował Herzog czarować rzeczywistość, co nie współgrało z tym, co widziałem na ekranie. Nawet dzika przyroda nie wyglądała tu imponująco. Przemożnym wrażeniem była nuda i zmęczenie (co zapewne jest też podstawowym doświadczeniem bohaterów filmu).

Ocena: 4

wtorek, 10 kwietnia 2012

American Reunion (2012)


Pozytywne zaskoczenie. Czwarta część głównej serii "American Pie" okazała się nie tylko filmem zabawnym, dobrze oddającym klimat wcześniejszych odsłon, ale też i inteligentnym. Rubaszny humor spoza granic dobrego smaku dobrze komponuje się z sentymentalną historią o dorastaniu i przemijaniu.


To zaskakujące jak wiele z oryginału udało się twórcom zachować. No, może zabrakło dowcipu ze spermą, ale poza tym zaliczono wszystko. Większość pomysłów na to, gdzie są bohaterowie 13 lat później wypaliło. Każda postać ma swoje pięć minut, a Chris Klein zagrał najlepszą rolę w swojej karierze śmiejąc się trochę sam z siebie. Dobrze wypadła też konfrontacja z młodym pokolenie. Popłakałem się na scenie, kiedy młoda bohaterka zachwyca się piosenką Spice Girls nazywając ją "klasyką rocka".

Film dostał ode mnie dużego plusa za Rebeccę De Mornay. Kurczę, wciąż pamiętam ją z kiczowatego ale sympatycznego filmidła "Policjantki z FBI", a teraz proszę – MILF, który konkurować może z wydawało się będącą poza wszelką konkurencją matką Stiflera.

Ocena: 7

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Straw Dogs (2011)


"Straw Dogs" to wręcz encyklopedyczny przykład wszystkiego, co złe w remakach. Oryginał idealnie wpisywał się w swoje czasy, będąc nie tylko brutalną opowieścią o ludzkiej agresji, ale też wyrazem rozczarowania kulturą hipisowską, która zdemaskowana została przez Peckinpaha jako mrzonka i do tego niebezpieczna dla życia.


Nowa wersja jest tylko ramake'em. Nie ma w niej emocji uniwersalnych. Jest wyłącznie pustka odgrywania znanej historii tak, by wydawała się świeża. Niestety definicja "świeżości" Roda Luriego jest zaskakująco bliska "łopatologii". Bo historia Stalingardu jest tu kompletnie zbędna. Miał to być pewnie symbol i proroctwo tego, co czeka bohaterów, ale przez swoją oczywistość jest tylko głupim dodatkiem. Niepotrzebny był wykład o nędznych psach, który w tej scenerii nic nie znaczył.

A przecież nowe "Straw Dogs" mogły być filmem-znakiem naszych czasów. Zalążki tego widać w postaci Amy i pomyśle, by Blackwater było jej rodzinną miejscowością. W tym krył się potencjał, by pokazać, że bycie pacyfistą jest możliwe tylko, kiedy jest ktoś, kto nie boi się być brutalnym, by tę wolność od przemocy bronić. Amy ma dobre wspomnienia z młodości, bo jej ojciec był twardym skurczybykiem. Dzięki niemu jej nigdy nic nie groziło. Ale teraz ma za męża "miękkiego" Davida, którego męskość definiowana jest kolorem karty kredytowej i designerskimi strojami. Kiedy brakuje twardego protektora, bycie spokojnym zwolennikiem odrzucenia przemocy nie jest opcją, którą można żyć. W ten sposób "Straw Dogs" mogło stać się wielkim wsparciem dla idei wojny z terrorem na obcej ziemi.

Niestety Lurie nie wykorzystuje potencjału w historii, którą sam pomógł zbudować. Co gorsza bardzo słabo buduje i napięcie i finał i dynamikę pomiędzy postaciami. A przecież oryginał może być bardzo dobrze przerobiony na współczesne kino. Udowodnił to nie tak dawno temu Ole Bornedal filmem "I zbaw nas ode złego". Choć nie jest to remake filmu Peckinpaha, to jest mu znacznie bliższy pod każdym względem, niż dziełu Luriego.

Ocena: 4

Poster Boy (2004)


No cóż. Nie da się ukryć, że z całego filmu najbardziej spodobał mi się plakat. Szkoda, że fabuła nie jest równie pomysłowa. Choć nie. To nie do końca prawda. Sama historia nie jest taka najgorsza. Problem w tym, że reżyser jest słabym gawędziarzem. Sposób narracji, montaż pozostawiają sporo do życzenia. Film wydaje się przemożnie słaby, nawet w momentach, w których powinno być dramatycznie, kiedy ścierają się emocje.


Zaskoczyło mnie, że w tej wyglądającej na bardzo tanią produkcję (ze słabym oświetleniem i nagłośnieniem) pojawiło się tyle znanych mi twarzy. Co takiego było w scenariuszu, że udało się twórcom przyciągnąć ich? Cokolwiek to było, na ekranie tego nie widać.

Ocena: 3

niedziela, 8 kwietnia 2012

Coach (2010)


Po film sięgnąłem zachęcony nazwiskiem Hugh Dancy'ego. Jak się jednak okazało, jego obecność wcale nie gwarantuje przyzwoitej rozrywki. "Trener" to film gorzej niż wtórny i przewidywalny, to film zwyczajnie nudny.


Całość bazuje na niezaprzeczalnym uroku Dancy'ego. Ale kiedy brak fabuły, to i jego spanielowata twarz w niczym nie pomoże. Schemat opowieści jest nie tylko doskonale znany, ale też utrzymany na jak najniższym poziomie złożoności. W rezultacie całość jest co najmniej creepy. Relacja głównego bohatera z jego młodymi podopiecznymi to pedofilski borderline, dwuznaczny moralnie. Dancy gra tu białego Michaela Jacksona, który zamiast śpiewu pokazuje dzieciakom jak grać w piłkę, a przy okazji uczy ich mądrości na temat relacji międzyludzkich.

Ocena: 4

sobota, 7 kwietnia 2012

Separation City (2009)


Opowieść o tym, że nieodwzajemniona miłość trwa wiecznie, a odwzajemniona ma termin przydatności do spożycia. "Miasto rozstań" to historia o tym, jak my sami i nasze wyobrażenia kształtują na dobre i na złe nasze relacje.


Bohaterowie filmu w zasadzie powinni być szczęśliwi. Mają rodziny, partnerów, kariery. A jednak zamiast koncentrować się na tym, co mają, oni myślą wciąż o tym, co stracili lub mogliby mieć. Klaus źle czuje się z dala od domu i zdradza żonę uprawiając "nic nieznaczący seks", bo nie może się pogodzić z tym, że małżeństwo zamknęło mu drogę do innych kobiet. Simon kocha swoją żonę, ale nie jest w niej zakochany. I za tym uczuciem tęskni. Dlatego też zainteresuje się żoną Klausa Katrien. I tak dalej, i tak dalej.

Film jest jednak bardziej komedią niż dramatem, dlatego też rozwiązanie problemów z relacjami małżeńskim będzie miało charakter salomonowego wyroku. A widzom przypomina stare porzekadło, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

Ocena: 6

There Be Dragons (2011)


Choć od "Misji" minęło już sporo czasu, miałem nadzieję, że nowy "religijny" film Rolanda Joffé będzie równie dobry. Niestety tak się nie stało. Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, okraszony Wielką Rodzinną Tajemnicą, mimo to nie był w stanie mnie poruszyć. O wiele bardziej poruszający okazał się dodatek w postaci krótkiego klipu z Wesem Bentleyem, który mówi ile dla niego znaczyła praca nad tym filmem, kiedy to zdecydował się w końcu wziąć się w garść i skończyć z nałogiem.


Nie przekonała mnie postać założyciela Opus Dei. Zabrakło mi tu też hiszpańskiej namiętności. Za to spodobał mi się pomysł spojrzenia na konflikt w Hiszpanii z punktu widzenia faszystów (choć i komunistom poświęcono sporo miejsca). Nie jest to w popularnej kulturze zbyt lubiany punkt widzenia, tym ciekawiej było zobaczyć komunistów nie jako romantycznych bohaterów przegranej sprawy, ale brutali, którzy krwawym terrorem próbowali wprowadzić laickie porządki.

Żal mi trochę Geraldine Chaplin, która prawie w całości znalazła się w sekcji scen usuniętych. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego Joffé zdecydował się na usunięcie z filmu najlepszej moim zdaniem sceny, przemowy przełożonego seminarium. Owszem, bez niej film jest bardziej homogeniczny, ale zdanie o tym, że etykietowanie będzie przekleństwem nadchodzących dziesięcioleci jest po prostu świetne.

Ocena: 6

The Cabin in the Woods (2011)


Wow! Tego się naprawdę nie spodziewałem. Zwiastun filmu to jedna wielka zmyła. W sumie to i dobrze, bo dzięki temu moje zaskoczenie było pełne i bawiłem się na filmie fenomenalnie. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek, kto choć trochę lubi amerykańskie horrory, mógł przepuścić okazję i nie zobaczyć "Domu w głębi lasu".


Whedon i Goddard wyszli z założenia, że widzowie doskonale znają formułę horroru o nastolatkach, którzy na odludzi przeżywają (albo i nie) krwawy koszmar. Wykorzystując tę pewność widzów budowaną w zwiastunie, wywracają konstrukcję do góry nogami, pozostając jej zarazem absolutnie wiernymi. Udało się to uzyskać dzięki dwutorowej narracji, która wzbogaca film i sprawia, że na wszystko patrzymy z zupełnie innej perspektywy.

Nie było w Stanach podobnego filmu od czasu pierwszego "Krzyku". "Dom w głębi lasu" to czysta rozrywka. A kiedy dochodzi do punktu kulminacyjnego, rozpoczyna się orgia, jakiej w kinie nie było już bardzo, bardzo dawno. Podczas oglądania jedyne słowo, jakie przychodziło mi do głowy to "insane". A to jeszcze nie wszystko. Gdy wydaje się, że twórcy wyczerpali już swoją pomysłowość BAM! Mamy kolejną niespodziankę.

Pędźcie do kina! Warto.

Ocena: 8

środa, 4 kwietnia 2012

StreetDance 2 (2012)


Ciekawe,  czy władze Unii Europejskiej dopłaciły do produkcji filmu. Jeśli nie, to twórcy powinni o dotację wystąpić. Jak mało który film "StreetDance 2" ucieleśnia idee zjednoczonej Europy.


W tym filmie, żeby zwyciężyć z samolubnymi egoistami zaślepionymi własnym wyobrażeniem o wielkości, trzeba zjednoczyć różne narodowości i style taneczne. W ten sposób powstaje wyjątkowa mieszanką, która jest nie tylko oryginalna ale silniejsza niż każdy element z osobna. I tylko szkoda, że owa zjednoczona Europa nie dotyczy naszego regionu.

A sam film? Cóż można o nim powiedzieć? Aktorzy są młodzi, na swój sposób piękni i tańczą. I tyle. Fabuła wydaje się skradziona z któregoś z mniej oryginalnych pornosów, ale sceny "akcji" wyglądają efektownie, a muzyczny zestaw choć słabszy niż w jedynce, mimo to słucha się z przyjemnością.

W sumie jest to wiosenny odmóżdżacz, niezobowiązująca rozrywka.

Ocena: 5

(Untitled) (2009)


Spojrzenie na pretensjonalną sztukę współczesną. Jest w tym filmie coś fascynującego. Artyści są tu zakompleksionymi smarkaczami, dla których marzenie o wiecznej sławie tożsame jest z byciem chwilowym pupilem ogłupiałych mas. "Komercyjny" artysta to obelga. Każda potwora znajdzie swego amatora, wystarczy, że zostanie pokazana w odpowiednim towarzystwie. Sztuka współczesna w tym filmie zdaje się bazować na negatywnych emocjach, na odstraszaniu, szokowaniu, sprawianiu, by odbiorca był zmieszany własnym niezrozumieniem "dzieła". W ten sposób "choroba" twórcy zostaje zredefiniowana i to normalny człowiek w konfrontacji z dziełem zostaje postawiony w pozycji niższego, słabego, niepełnego.


Niestety film Jonathana Parkera rozwadnia to przesłanie dodając zupełnie niepotrzebny wątek uczuciowy. W ten sposób film jest bardziej przystępny i "normalny", ale traci swój drapieżny pazur. Nie do końca wygrana jest też postać marszandki. Mnie najbardziej podobała się w chwilach, w których zaklina rzeczywistość kreując artystę. W ten sposób zdaje się mówić, że tak naprawdę to ona jest jedyną artystką pracującą na dodatek na najtrudniejszym materiale, bo żywym, samoświadomym organizmie. Niestety Parker nie trzyma się konsekwentnie tej wizji postaci.

Ocena: 6

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Jeg reiser alene (2011)


"Mannen som elsket Yngve" było dla mnie sporym pozytywnym zaskoczeniem. Dlatego też z chęcią sięgnąłem po ciąg dalszy przygód Jarlego. "Jeg reiser alene" znów mnie zaskoczyło, ale tym razem już nie tak pozytywnie.


W filmie brakuje wszystkiego, co tak bardzo urzekło mnie w pierwszym filmie. Sympatycznych bohaterów, sentymentalnej ścieżki muzycznej i niebanalnego potraktowania tematu wkraczania w dorosłość. Kontynuacja jest o wiele bardziej sztampowa i pozbawionego tego ducha retro. Ma jednak wciąż wystarczająco dużo ciepła, by mimo całej swej wtórności przyciągać uwagę.

Po trzecią część pewnie też sięgnę, choć już z mniejszym entuzjazmem.

Ocena: 6

niedziela, 1 kwietnia 2012

Tomorrow, When the War Began (2010)


W kinie bardzo wiele zależy od momentu, w którym pojawia się filmy. Dziś, po sukcesie "Igrzysk śmierci" możemy spodziewać się inwazji filmów o dzieciakach walczących o lepsze jutro świata. Ale jeszcze parę lat temu obrazy o podobnej tematyce były kompletnie ignorowane przez szeroką publiczność i przemysł kinowy. Remake "Czerwonego świtu" zrealizowany ze 4 lata temu do dziś nie doczekał się premiery. Zaś "Jutro. Jak wybuchnie wojna" miało być australijskim produktem eksportowym. A poza rodzimą widownią nikt go raczej nie obejrzał.


W tym przypadku jednak winę ponosi w dużej mierze twórca filmu Stuart Beattie. "Jutro. Jak wybuchnie wojna" jest adaptacją pierwszego tomu serii Johna Marsdena. Jej bohaterami jest grupa nastolatków, którzy wybrali się na weekend w dzikie ostępy. Kiedy wrócili, zastali zniszczone domy, uwięzione rodziny i obce wojska, które dokonały inwazji na Australię. Młodzież jednak nie poddaje się i staje do partyzanckiej walki z najeźdźcą.

Problemem filmu jest podejście do niego Stuarta Beattiego. Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby skondensowanie fabuły dwóch pierwszych tomów do jednego filmu. Historia pokazana w "Jak wybuchnie wojna" jest bowiem straszliwie rozwodniona i niewiele istotnych rzeczy się tu dzieje. Spowolniona narracja może się sprawdzić, ale tylko kiedy towarzyszy jej artystyczna estetyka, co najlepiej udowadniają "Igrzyska śmierci". Niestety Beattie stosuje bardzo ograniczoną paletę chwytów zdjęciowo-montażowych przez co całość wygląda jakby była kręcona w połowie lat 80. W rezultacie film jest najzwyczajniej w świecie nudny i głupi.

Ocena: 5

Violet Tendencies (2010)


Violet jest 40-latką i marzy już tylko o jednym: o facecie u boku, który zainteresowany będzie nią seksualnie. Niestety marzenie to wydaje się niemożliwe do zrealizowania, bowiem od niezliczonych lat Violet jest "fag hag" i w jej życiu są sami geje. Zdeterminowana kobieta pójdzie za radą modelki-bulimiczki, co niespodziewanie wprowadzi ją polną drogę uczuciowych niepewności.


"Violet Tendencies" to również dwie inne historie: geja-dziwkarza, który jest po uszy zakochany oraz pary, której połowa chce dziecka, a druga na samą myśl o tym dostaje ataków paniki. Wszystkie te historie mają wspólny mianownik. Jest nim punkt krytyczny, w którym ludzie zostają skonfrontowani z własnym przemijaniem. Czas młodzieńczej beztroski i nieodpowiedzialności się kończy i trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i zdecydować się, czy jest się gotowym na zmiany i wejście w nowy etap dorosłości.

Pomysł na film był całkiem przyzwoity. Jednak, jak to zwykle u reżysera, z wykonaniem jest niestety gorzej. Film miał być zabawną komedyjką i miejscami jest śmiesznie. Jednak czegoś w tym wszystkim brakuje. Obraz jest niczym struś próbujący wzbić się w przestworza. Nie ważne jak bardzo by się starał i jak majestatycznie wyglądał nieruchomo, kiedy próbuje zrealizować swe marzenie staje się groteskowy. To już drugi film Andreasa, który ma w sobie potencjał, ale nie do końca zrealizowany. Mimo wszystko powinienem się chyba cieszyć, że nie zakończyło się fiaskiem, jak w przypadku "A Four Letter Word". A wszystko za sprawą Kim Allen. Najzabawniejsza postać całego filmu i jej pytanie: Chcesz miłości czy zabawy.

Ocena: 5