środa, 30 maja 2012

The Dictator (2012)


No cóż. Po klapie finansowej, jaką okazał się "Dyktator" w Stanach (i w Polsce) oraz po mało entuzjastycznych recenzjach, na film wybierałem się oczekując głupiego, nudnego i mało zabawnego filmu. Na szczęście team Cohen & Charles sprawili mi bardzo miłą niespodziankę.


Ku mojemu zdumieniu "Dyktator" jest naprawdę bardzo śmieszny. Kupiłem już jeden z pierwszych (i jeden z najlepszych) gagów o tym, jak słowa dobry/zły pozytywny/negatywny zostały zastąpione imieniem dyktatora aladeen. Przychodzi więc facet do lekarza, a ten mówi: Mam dla pana aladeen wiadomość i aladeen wiadomość. Którą chce pan usłyszeć najpierw. Facet odpowiada: Aladeen? Na to lekarz: Jest pan HIV aladeen.


Potem jest równie zabawnie. Gra o zabijaniu żydowskich sportowców podczas olimpiady w Monachium. Owłosione pachy Zoey. Dojenie nasłanej dziewojki. Reakcja na wieść o ciąży (Chcesz chłopca czy aborcję?). Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Do tego film ma jedną z najtrafniejszych, a przy tym bardzo krótką krytykę Ameryki, jaką tylko można sobie wyobrazić (może właśnie dlatego film się w Stanach nie sprzedał).


Plusem filmu jest też niezła ścieżka muzyczna.

Ocena: 7

wtorek, 29 maja 2012

Coriolanus (2011)


W zasadzie mógłbym zacząć kopiując pierwsze dwa zdania z tego, co napisałem przy "Private Romeo". Niestety tylko dwa pierwsze zdania, bo potem jest już zupełnie inaczej. To ciekawe, że film zrobiony za śmieszne pieniądze, bez gwiazd w obsadzie zrobił na mnie pozytywne wrażenie, a film, który w teorii miał wszystkiego w bród, okazał się sporym rozczarowaniem.


Dwie rzeczy w "Koriolanie" bardzo mi się spodobały. Po pierwsze wszystkie inscenizacyjne pomysły, a w szczególności zdjęcia Barry'ego Ackroyda. Pomysł osadzenia akcji współcześnie był genialnym posunięciem, dawał możliwość nie tylko odświeżenia tego raczej mało znanego dramatu Szekspira, jak również nadanie mu aktualnego kontekstu społecznego. Podobało mi się też aktorstwo, z wyjątkiem Fiennesa, który uprawia artystyczny samogwałt, jakiego nie jestem zwolennikiem.

Niestety "Koriolan" jest filmem pustym. Pozbawionym nie tylko idei przewodniej, ale przede wszystkim emocji. A to w przypadku "Koriolana" jest grzechem tak ciężkim, że aż niewybaczalnym. Bez emocji opowieść staje się nieczytelna, stawia wręcz barda w bardzo złym świetle. "Koriolan" sprawia u Fiennesa bowiem wrażenie dramatu niechlujnego, niekonsekwentnie prowadzącego, chwilami zaprzeczającego sam sobie.

A tak przecież nie jest. "Koriolan" – choć z punktu widzenia najważniejszych dramatów Szekspira może wydawać się jedynie wprawką – to mocna opowieść o konflikcie sprzecznych uczuć miłości i nienawiści, które tworzą niewidzialne więzy to przyciągające, to znów odpychające. Ten konflikt ukazany jest różnych poziomach ogólności:

etnicznym (Rzymianie kontra Wolskowie) – w filmie zupełnie nie wygranym, sprowadzonym do obrazków wojny, ale prowadzonej o co, dlaczego, tego nigdy się nie dowiemy

klasowym (patrycjusze kontra plebs) – tu już jest lepiej, ale w świetle ruchów OWS, 99%, protestów w Grecji, Hiszpanii, Fiannes nie wykorzystał tego poziomu do komentarza obecnej rzeczywistości, o co aż się prosiło

osobistym (m.in. Koriolan i Atiusz) – i znów, tekst – a w każdym razie, to co wybrał z niego do filmu Fiennes – aż prosiło się o nasączeni łączącej ich relacji homoerotycznym napięciem, Fiennes zdaje się to wyczuwać (jak inaczej rozumieć scenę wykluczenie żony?), czy właśnie wybranych rozmów, ale Fiennes-reżyser zatrzymał się na samym początku kroku i przez to stracił możliwość wytłumaczenia końcowej decyzji Atiusza, która sprzeczna jest ze słowami, jaki minutę wcześniej wypowiada w obecności Weturii.

Problemem filmu jest też jego nadmierna teatralność, która po prostu gryzie się z przyjętą formą. Przy takim pomyśle estetycznym, jedynym scenicznym elementem filmu powinien pozostać język. Tymczasem tu wszystko, łącznie z pojedynkiem Marcjusza i Atiusza, jest przestylizowane. Na deskach teatru zapewne zdałoby to egzamin, na ekranie po prostu śmieszy.

"Koriolan" okazał się zbyt ambitnym przedsięwzięciem jak na możliwości reżyserskie Fiennesa. Tak naprawdę jego jedyną zaletą jest to, że przypomina sztukę Szekspira, o której mało kto pewnie słyszał.

Ocena: 4

poniedziałek, 28 maja 2012

Piranha 3DD (2012)


Jak cienka jest granica między pastiszem, a gniotem można się przekonać oglądając drugą część "Piranii". Podczas gdy pierwsza część był szaloną, żywiołową, zwariowaną komedią, to kontynuacja, próbując iść w ślady oryginału, jest filmem nudnym, wymęczonym, pozbawionym lekkości i inteligencji. W ten sposób "Piranie 3DD" nie tyle udają zły film, co są nim naprawdę. A uwagę od tego faktu mają odwracać wypełnione po brzegi sylikonem piersi.


Na szczęście zostało kilka zabawnych momentów. Film nie jest więc aż tak tragiczny, jak mógłby być. Jednak nie zmienia to faktu, że z kina wyszedłem z poczuciem sporego niedosytu.

No i szkoda mi Zylki. Po "Kaboom", gdzie nie miał wielkiej roli, ale dał się zapamiętać, miałem nadzieję, że lepiej pokieruje swoją karierą. Niestety po słabej "Nocy rekinów 3D" wystąpił w jeszcze gorszych "Piraniach 3DD". Tylko czekać, kiedy zacznie grać w produkcjach Asylum.

Ocena: 4

niedziela, 27 maja 2012

The Devil's Double (2011)


No proszę, Lee Tamahori jest jak wino, musiał odleżeć swoje, by w końcu zrobić coś dobrze. Jego dotychczasowe filmy pozostawiały sporo do życzenia. Ten, choć daleki od doskonałości i tak jest najlepszy w jego reżyserskim dorobku.


Co prawda 90% wartości stanowi nie Tamahori, ale Dominic Cooper. Popisowa rola. Idzie przez ekran jak pożoga. Żadnych zahamowań, pewna kreacja, pełna pasji, efekciarska ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Świetnie udało mu się oddać to, czego w zasadzie nie ma w scenariuszu, czyli nie tylko dramat Latifa ale i brutalną tragedię Udaya, który jest potworem, ponieważ nie może być sobą. Ma za to narzędzia, dzięki którym zamiast się emocjonalnie rozwijać, mógł pogrążać się w infantylnej destrukcji, przerażającej w bezkarności, jaka była jej rezultatem.

Ocena: 6

Warrior (2011)


Lubię ckliwe, sentymentalne filmy. Kiedy twórca zdoła schwytać mnie za serce, jestem w stanie wybaczyć wiele, naprawdę wiele. Ale najpierw reżyser musi się postarać i mnie uwieść. Gavinowi O'Connorowi to się nie udało (i to już drugi raz).


Oglądając "Wojownika" do głowy przychodziło mi stare powiedzenie: Co za dużo, to i świnia nie chce. O'Connor przesadził i to wcale nie odrobinę, ale na potęgę. Film trwa ponad 2 godzin, choć z powodzeniem mógłby się zamknąć w 90 minutach. Liczba scen, która jest niepotrzebna, która powinna się znaleźć na DVD w sekcji "sceny usunięte", powala i poraża brakiem reżyserskiej dyscypliny i wizji. Mocna historia dwóch braci zostaje rozwodniona sentymentalnymi ale w głupi sposób scenami jak ta, w której Tommy dzwoni do wdowy lub ta, w której żołnierz w Iraku rozpoznaje w wideo na YouTubie Tommy'ego oraz wszystkie sceny z uczniami.

Dobrze przynajmniej, że sceny walk wyglądają jako tako. Niemniej jednak całość jest tak źle opowiedziana, że kiedy dochodzi do finału, miałem wrażenie, jakbym oglądał ustawione spotkanie. Może Amerykanie – wychowani w wrestlingu – są w stanie to przełknąć. Ja poczułem się oszukany.

Ocena: 5

sobota, 26 maja 2012

Senna (2010)


Nie dziwię się, że "Senna" zbiera pochwały ze wszystkich stron. Pod względem warsztatu film jest wzorcowym dokumentem. Narracja, montaż, tempo opowieści, wszystko jest perfekcyjne. Tak właśnie powinno się kręcić filmy dokumentalne.


Niestety mimo warsztatowej perfekcji film mnie nie porwał. A to za sprawą samego tematu. "Senna" to historia sportowca, dzieje jego sukcesów i ostatecznej porażki, przypowieść o wielkiej rywalizacji z Prostem. Ale to wszystko już wiedziałem wcześniej. Mnie bardziej interesuje człowiek kryjący się za kierowcą. Jego publicznie głoszona wiara w Boga, jego pęd do ryzykowania i wygrywania, jego pozorna (?) niezdolność do nie narażania innych. Niestety o człowieku nie dowiedziałem się niczego. I stąd moja nota.

Ocena: 6

As Good as Dead (2010)


Ech. "W imię zemsty" to przedstawiciel najliczniejszej grupy filmów, które charakteryzuje dobry pomysł i tragicznej wykonanie.


Uwielbiam historie, w których twórcy wykorzystują pierwsze wrażenie, by zwodzić widzów. Tu historia jest jasno ustawiona: wściekle ksenofobiczny pastor i jego ludzie kontra sympatyczny, niewinny facet. Brutalne traktowanie, tortury, a wszystko, by wydobyć prawdę z osoby, która zdaje się nie wiedzieć o co chodzi. A stopniowo role się odwracają. Biel i czerń zamienia się w szarość.

Niestety narracyjnie jest to jedna wielka nuda. Reżyser niby próbuje budować napięcie, niby stosuje podręcznikowe chwyty, ale nic mu z tego nie wychodzi. Słabe dialogi raczej rozładowują mroczny klimat niż go wzmacniają. Tak, że zanim dochodzimy do finału, jest już nam wszystko jedno. I jedyne, za co możemy być wdzięczni to fakt, że film jest stosunkowo krótki.

Ocena: 4

piątek, 25 maja 2012

Wrong Cops: Chapter 1 (2012)


Dupieux ma doskonałe poczucie humoru, a przynajmniej takie, które trafia do mnie. "Wrong Cops" jest tego najlepszym przykładem.


Może jako całość nie jest tak zwariowanym filmem jak "Wrong", ale kilka pomysłów ma kompletnie objechanych. Sprzedawanie narkotyków w szczurach (a w szczególności scena robienia loda za martwego gryzonia) – genialne! Wykład muzyczny, którego słuchaczem jest Marilyn Manson – bezcenne. Plus Grace Zabriskie!

Mam nadzieję, że na pierwszym rozdziale się nie skończy.

Ocena: 7

czwartek, 24 maja 2012

Project X (2012)


"Projekt X" to chyba najlepszy film o pokoleniu wychowanym na social media, jaki widziałem. I to pomimo faktu, że jako komedia w ogóle się nie sprawdza, a temat Internetu jest praktycznie nie poruszany.


A jednak znakomicie sprawdza się jako obraz diagnozujący grupę, dla której definiowanie siebie następuje poprzez obecność (i postrzeganie) choćby na Facebooku. Z punktu widzenia wcześniejszych pokoleń może się wydawać, że obecne pokolenie najlepiej definiuje liczba 0 – brak ambicji, pragnień zmieniania świata, buzujących światopoglądów, kryzysów wiary. Ale wynika to wyłącznie z przystawiania do nowego starych, zdezaktualizowanych układów odniesienia. Jak bowiem dobitnie pokazuje "Projekt X", podstawą egzystencji dzisiejszej młodzieży jest akceptacja, 1500 znajomych i nie ważne, że zna się z nich ledwie 15.

Widać, że twórcy "Projektu X" mają problem z taką postawą nowego pokolenia. Z jednej strony nie potrafią nie czuć do nich sympatii i przynajmniej markować zrozumienie, co najlepiej pokazuje zakończenie (rozmowa ojca z synem, reakcja w szkole). Z drugiej strony trudno nie wyczuwać pewnego tonu krytyki, kiedy dzieciaki urządzają totalną demolkę, pokazują swoją siłę, ale nie kryje się za tym żadna ideologia poza czystym eskapistycznym hedonizmem.

Szkoda, że sam film jest raczej nudy. Przez większą część ogląda się to jak typową kompilację teledysków na którejś ze stacji muzycznych, na której jeszcze piosenki są puszczane. Dopiero, kiedy imprezka ostatecznie wyrywa się spod kontroli, robi się ciekawie. Ale ponieważ to już jest finał, frajda nie trwa długo.

Ocena: 5

środa, 23 maja 2012

Jiro Dreams of Sushi (2011)


Ten dokument zmroził mi krew w żyłach. Przerażający portret jednostki opętanej jedną "idea fix" i wpływu, jaki ma na otoczenie.


Na pierwszy rzut oka wydaje się jednak, że nie ma tu nic przerażającego. Oto wesoły staruszek, który kocha, to co robi i robi, to co kocha. Praca jest jego pasją, a pasja jest jego życiem. I na tym najpłytszym poziomie jest to jeden z miliona podobnych dokumentów.

Ale wystarczy przyjrzeć się bliżej, by ten idealny obrazek zaczął się marszczyć, pękać. Gdy zastanowić się nad tym, czego nie mówi, bądź co jest jedynie wspomniane niby w przelocie, od niechcenia, wyłania się zupełnie inny obraz. Jiro jawi się jako postać wyjęta z podręcznika do psychiatrii. Gdyby nie sukces, jaki odniósł, najłagodniejsza z diagnoz, na jaką mógłby liczyć to zaburzenie obsesyjno-kompulsywne. Co jeszcze nie jest wcale takie złe. Wręcz przeciwnie, pokazuje bowiem, że definicja zdrowia psychicznego lansowana przez zachodnia psychiatrię nie do końca odzwierciedla rzeczywistość, nawet jeśli dobrze ją opisuje.

Ale reżyser dokonuje swoistego rodzaju demaskacji mistrza Jiro. Kwestionuje jego talent, rzucając aluzje, że to jego syn jest prawdziwie utalentowany, a Jiro po prostu jest maszyną do wykonywania rutynowych, zrytualizowanych działań. Kwestionuje jego filozofię życiową, która opiera się na konieczności wyboru drogi/kariery i absolutnemu poświęceniu się jej (sam tego wyboru nie dał swoim synom, narzucając z góry to, co mają robić i oczekując, że nie wybiorą nic innego). A wszystko to robi z finezją mistrza sushi, nie deprecjonując w żadnym wypadku zasług Jiro dla kulinarnej mapy Japonii.

Mimo wszystkich tych zalet, jest jednak w tym filmie coś, czego nie potrafię pokonać, by zdobyć się na prawdziwy zachwyt.

Ocena: 7

Snow White and the Huntsman (2012)


Byłem bardzo ciekawy "Śnieżki i Łowcy" od czasu obejrzenia "Królewny Snieżki". Tamten film spodobał mi się, głównie ze względu na Julię Roberts i Armiego Hammera, którzy brawurowo zagrali powierzone im role. Pod tym względem "Królewna Śnieżka i Łowca" jest filmem słabszym. Tu jest tylko jedna wyrazista rola. Jednak jako całość wyżej oceniłem właśnie ten film, a to dlatego, że jest bardziej spójny.


"Śnieżka i Łowca" to triumf Charlize Theron. Chyba jedna z najlepszych ról w jej karierze, a najlepsza w komercyjnej produkcji. Wydaje mi się, że jest wręcz za dobra. Byłby to film o wiele ciekawszy, gdyby nosił tytuł "Rawenna" i wszyscy inni bohaterowie byli drugoplanowymi postaciami. Śnieżka to bowiem klasyczna heroina, z wszystkimi zaletami i wadami postaci kryształowo dobrej. Z kolei postać Łowcy nie została do końca wykorzystana, zresztą tak samo jest z Księciem. Mam wrażenie, że obaj bohaterowie są tu tylko zarysowani, że tak naprawdę to czekają na swój moment w sequelu, który zapowiadają ostatnie sceny. Z tego też powodu film jest nierówny. Fantastyczny w partiach poświęconych Rawennie (mogę paść na kolana przed Theron i autorami scenariusza za to, że uczynili z niej tak skomplikowaną postać, czyniącą zło, ale przecież nie złą do szpiku kości), typowy, kiedy opowiadana jest cała reszta.

Na szczęście film nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Wypada więc znacznie lepiej niż choćby nowa wersja bajki o Czerwonym Kapturku "Dziewczyna w czerwonej pelerynie".

Ocena: 7

wtorek, 22 maja 2012

The Awakening (2011)


"Szepty" to w teorii horror, ale trzeba być naprawdę wrażliwą osobą, że przestraszyć się. W rzeczywistości jest to bowiem dramat psychologiczny z duchami w tle. Ma gotycki klimat tajemnicy i konfliktu nauki i wiary, ale jego celem nie jest przerażenie widza, a przekonanie go, że są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom.


Film opowiada o traumach, na których nie ma lekarstwa. O koszmarach i tragediach tak strasznych, że najgorsze nawet duchy bledną nie wytrzymując porównania. Jak powie jeden z bohaterów, to żywych trzeba się bać, nie umarłych. To żywi bowiem są źródłem koszmarów i śmierci. Duchy są niemymi, niewidocznymi świadkami, zewnętrzną pamięcią, kiedy nie chcemy pamiętać, pokrzepieniem, którego nie potrafimy przyjąć. Dzięki znakomitej roli Hall i Staunton film robi emocjonalnie, przynajmniej na mnie, spore wrażenie. Piękna, smutna historia.

Ocena: 7

poniedziałek, 21 maja 2012

Proste pragnienia (2011)


Jeśli kiedykolwiek zacząłbym zapominać, dlaczego nie cierpię polskiego kina, wystarczy, że przywołam sobie tytuł "Proste pragnienia" i wszystko będzie jasne. Spokojnie mogę wykorzystywać go jako słownikową definicję polskiego (w domyśle: złego) filmu.


Ponura rzeczywistość wschodnich rubieży Polski została tu przywołana w bliżej nieokreślonym celu. Grupa bohaterów snuje się po ekranie niczym duchy zdumione faktem, że koniec życia nie jest końcem istnienia i zdezorientowane, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Żadna z kilku prowadzonych historii nie łączy się z pozostałymi w rozsądną całość. Istnienie postaci DJ-a i jego psa pozostanie już chyba na zawsze nierozwiązaną zagadką.

Do tego film jest straszliwie zrobiony pod względem technicznym. Problemy z dźwiękiem przyprawiają o gęsią skórkę. A gra aktorska pozostawia wiele do życzenia. Trochę żal mi reżysera, bo zapewne włożył w film sporo serca i siły. Niestety chyba lepiej byłoby, gdyby nie pokazywał go szerszej publiczności.

Ocena: 3

Arthur (2011)


Nie, nie i jeszcze raz nie. Reżyser filmu powinien zostać oskarżony o próbę morderstwa poczucia humoru i dostać dożywotni zakaz kręcenia komedii. Choć nie do końca rozumiem, dlaczego "Arthur" jest tak przeraźliwie drętwym i pozbawionym dowcipu obrazem, skoro jego reżyser jest współtwórcą sukcesu "Modern Family" nakręciwszy parę z najlepszych odcinków serialu.


Niestety faktem jest, że w filmie zaśmiałem się tylko raz, kiedy usłyszałem tekst o niemieckim pocałunku. Drobnym pocieszeniem była też Helen Mirren, której jednak było zdecydowanie za mało, bym mógł przeboleć całą resztę. Brand, Gerwig, Garner grają tak, jakby "Arthur" był dramatem o umieraniu na raka, a nie żywą komedią o inteligentnym facecie, który tak boi się straty, że kryje ból za hedonistycznym stylem życia. Na szczęście pozostaje oryginał, którego nigdy specjalnie nie ceniłem, ale który jest o kilka klas lepszy od remake'u.

Ocena: 4

niedziela, 20 maja 2012

Comme un chef (2012)


Wahadło kina rozrywkowego we Francji wyraźnie zmienia kierunek. Teraz w modzie są tam filmy ciepłe, krzepiące i trochę ckliwe. Tacy byli "Nietykalni", taki jest też "Comme un chef".


Fabuła filmu jest dość standardowa. Oto kucharz-perfekcjonista ma problemy ze znalezieniem pracy w swoim zawodzie, bowiem wyrażenia "kompromis" czy "klient ma zawsze rację" są mu obce. I wtedy trafia mu się niebywała okazja pracy u boku słynnego chefa. Jednak i ta posada może nie być trwała.

O ile fabuła jest bardzo standardowa, to już przesłanie mocno odbiega od lekcji, jakich udzielają nam filmy amerykańskie. "Comme un chef" przekonuje, że w obsesjach i kompulsjach nie ma nic złego. Należy jedynie odnaleźć swoje miejsce na ziemi i spełniać się w tym, w czym jest się najlepszym.

Plusem filmu jest pozytywny klimat i drugoplanowe postaci, które sprawiają, że seans jest prawdziwą przyjemnością.

Ocena: 7

środa, 16 maja 2012

Serbuan maut (2011)


"Raid" ma szansę stać się tym dla silatu, czym dla muay tai był "Ong Bak", a dla kung fu "Wejście smoka". To bez wątpienia świetne męskie kino akcji. Znakomity odmóżdżacz pełen ciekawie pomyślanych pojedynków i survivalowych podchodów. Scena z Yayanem Ruhianem (który wydał mi się azjatycką wersją Harolda Perrineau) to mistrzostwo.


Niestety mam z tym filmem pewien problem. O ile bowiem podczas seansu bawiłem się bezsprzecznie dobrze, o tyle wrażenie to jest bardzo krótkotrwałe. "Raidowi" zdecydowanie brakuje wyrazistości. To zlepek pomysłów, które już gdzieś widziałem (jak choćby celebrowanie przemocy przez slow-motion zupełnie jak w filmach Zacka Snydera). Nie ma tu nic, co mógłbym przypisać Evansowi, a przez to mam wrażenie, że już za tydzień nie będę filmu pamiętać.

Chwilami rzecz jest też niedopracowana. Widać, że ciosy są markowane. A dodanie do nich ekstremalnych efektów dźwiękowych zamiast sprawia, że całość wygląda niedorzecznie. Na szczęście Evans jest na tyle sprawnym rzemieślnikiem, że łatwo przychodziło mi wybaczyć te potknięcia.

Ocena: 7

You Instead (2011)


Dziwny to film. Z jednej strony komedia muzyczna, z drugiej dokument z festiwalu T in the Park, z trzeciej eksperyment z improwizacji. W sumie wydaje się, że pomysł był tu o wiele istotniejszy niż rezultat.


Fabuła jest dość banalna i naiwna. Kajdanki jako przymus wykroczenia poza uprzedzenia i odkrycie, że pozorne przeciwieństwa kryją wiele podobieństw, to zbyt prosta symbolika, by brać to na poważnie. Koncept broni się sympatycznymi postaciami i tym dokumentalno-improwizacyjnym klimatem. Trochę to mało, ale i sam film jest dość krótki i chyba należy go taktować właśnie jako eksperyment.

Niemniej jednak nie wciągnął mnie ten film, ale też nie odrzucił. Jak na Mackenziego to mało.

Ocena: 6

wtorek, 15 maja 2012

Dark Shadows (2012)


WTF! Timie Burtonie opamiętaj się! "Mroczne cienie" to trzeci z kolei film Burtona, który jest dla mnie sporym rozczarowaniem. Chciałbym móc powiedzieć, że nie jest to Burton, którego znam, ale w tym właśnie problem – to jest ten sam Burton. Tyle tylko, że zamiast żywiołowości i pasji tworzenia widzę jedynie manieryzm i barokową formę. Przez to wizualnie jego filmy są wciąż piękne, ale jednocześnie są puste i niezdarne, przytłoczone tymi wszystkimi ozdobnikami.


W przypadku "Mrocznych cieni" komputerowe zdobycze w dziedzinie efektów specjalnych łączą się w jedno z monumentalną stylistyką a la kino lat 30. i 40. ubiegłego stulecia. Kręcone z rozmachem sceny, podniosła muzyka i deklamacje o miłości, nienawiści, obowiązku i przeznaczeniu traktowane są tu nie jako elementy parodii, ale całkiem na serio. Sama historia zamiast być opowiedziana z werwą, nudzi i rozczarowuje. Depp zjada własny ogon, będąc jeszcze bardziej zmanierowanym od Burtona. Reszta obsady jest praktycznie niewykorzysta.

Całość ratuje Eva Green, która jako blondwłosy wamp sprawdza się perfekcyjnie. Moretz ma jedną dobrą scenę. A humor jest naprawdę zabawny tylko wtedy, kiedy Depp złorzeczy wykorzystując XVIII-wieczne frazy. Na plus mogę też zaliczyć klasyczne piosenki, które znalazły się na ścieżce dźwiękowej. To wszystko to jednak mało, bym mógł wyjść z kina w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena: 5

poniedziałek, 14 maja 2012

Wrong (2012)


Jeżeli "Opona" jest w połowie tak dziwnym filmem, jak "Wrong", to muszę koniecznie nadrobić tę zaległość. Mr. Oizo w swoim kinowym wcieleniu jako Quentin Dupieux upichcił rozkosznie szaloną potrawę.


"Wrong" to koktajl przyrządzony z moich ulubionych składników. Jego bazę stanowi "Strefa mroku". Dla zaostrzenia smaku jest trochę wczesnego Cronenberga, Lyncha i szczypta Coenów. Nad całością zaś unosi się schizofreniczny aromat Dicka. To przedziwna historia, gdzie martwi chodzą, dzieci rodzą się w dzień po poczęciu, psy jeżdżą autobusami, a w biurze nieustannie leje się woda. Dupieux tworzy sugestywną wizję egocentrycznej osobowości, która nagina do własnych wyobrażeń rzeczywistość. W świecie subiektywnych wrażeń wszystko jest możliwe.

Na mnie największe wrażenie zrobiła maszyna do ekstrakcji wspomnień psiego gówna.

Ocena: 8

niedziela, 13 maja 2012

Polisse (2011)


Nie przepadam za tego rodzaju filmami. Z jednej strony chcą być kronikami prawdziwych wypadków. Z drugiej strony jest to mimo wszystko reżyserska fikcja, co widać w sposobie narracji. W rezultacie "Poliss" jest czymś pomiędzy filmowym konspektem niezrealizowanego serialu mockumentary o pracy policji specjalizującej się w przestępczości związanej z nieletnimi, a chaotyczną, wielowątkową historią o niczym.


Bo co z tego, że opowiada sporo mrożących krew w żyłach historii, czasem szokujących, a czasem śmiesznych? Wszystko to ma charakter anegdot, które jednak niczemu więcej poza ich opowiedzeniem nie służą. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby na tym reżyserka poprzestał. Ale nie, ona dalej miksuje, miesza i mąci, dodając przedziwne historie z życia osobistego policjantów. Tyle tylko, że zamiast poświęcić jednej więcej uwagi, tu dzielona jest ona pomiędzy licznych bohaterów. Rezultat końcowy pozostawia wiele do życzenia. Przynajmniej u mnie.

Ocena: 6

Private Romeo (2011)


Mam słabość do filmów wywracających do góry nogami sztywne ramy wizji elżbietańskiego teatru i sztuk Szekspira. Dlatego podobał mi się "Hamlet" z Gibsonem, "Zakochany Szekspir" i "Tytus Andronikus" (od każdej zasady jest wyjątek, w moim przypadku jest to "Romeo + Julia"). I dlatego też spodobał mi się "Private Romeo".


Film ten akcentuje jedną z największych zalet Szekspira (czy też może sztuki w ogóle). Daje narzędzia do ekspresji doświadczeń. Język dla rzeczy, które są nowe, których nie sposób nazwać z braku układu odniesienia. Teraz mają możliwość nie tylko ich określenia i przeżycia, ale i zrozumienia.

Oto ósemka uczniów szkoły wojskowej jest świadkiem narodzin romansu między dwójką z nich. Dzięki lekcji z "Romea i Julii" mogą przekazać to, co "leży im na wątrobie". Tekst Szekspira nabiera tu podwójnego znaczenia. Z jednej strony pozostaje historią Romea i Julii, z drugiej strony jest opowieścią o Samie i Glennie.

To, co spodobało mi się w filmie najbardziej to właśnie fakt, że język sztuki zostaje połączony z językiem współczesnym pozornie niewidzialnymi szwami. To jeden i ten sam język. I nie jest to w żaden sposób wyjaśnione. Rzadko zdarza się oglądać amerykański film, w którym twórca powstrzymuje się przed pokusą pełnej eksplikacji.

Zaskoczyła mnie też dojrzałość aktorów. Wszyscy są młodzi. Większość z nich ma minimalne doświadczenie w kinie. I nawet jeśli "Romeo i Julia" nie jest najbardziej wymagającą ze sztuk, to i tak poziom gry był bardzo wysoki, świetnie przekazując dwoistość natury dialogów i monologów. Brawo!

Ocena: 8

Crossing Over (2009)


Oto historia tych, którzy pragną stać się częścią Ziemi Obiecanej i tych, którzy bronią Ziemi Obiecanej przed obcymi. To gorzki obraz tego, ile trzeba zapłacić za iluzję wolności, za szansę, nie za pewność. Mało w nim optymizmu, a ten, który się pojawia, brzmi najbardziej fałszywie z wszystkiego, co pokazano na ekranie.


Jednak film nie wygrywa tematu. Za dużo wątków, które prowadzone są bardzo szkolnie. Przez to każda z historii ginie w natłoku innych historii. Zamiast się uzupełniać i łączyć większą całość, walczą między sobą o uwagę widzów. Może dlatego, że nie mają one identycznej wartość. Jako widzowi było mi ciężko przywiązać się do bohaterów.

Ocena: 6

Swinging with the Finkels (2011)


Wbrew ocenie na IMDb nie jest to aż tak straszny film, jak się wydaje. Choć tytuł jest mylący. Tego swingowania to w filmie za dużo nie ma. Za to jest sporo o małżeńskich problemach, kiedy miłość musi walczyć z rutyną.


Choć jest to komedia, to jednak przez większość czasu, jest to film dość ponury. Przynajmniej dla romantyków, którzy chcieliby wierzyć, że miłość jest siłą wszechmocną. Otóż nie. Można kochać drugą osobę, a jednak uczucie to okaże się za słabe w walce z nudą, która przygniata niezmienną codziennością, gasi płomień namiętności. Nagle zaczyna się pragnąć odmiany. Zaczyna się myśleć o tym, co się straciło (nawet jeśli w rzeczywistości nic się nie straciło). Kryzys związku jest nieunikniony, podobnie jak zdrada i rozstanie. Jednak morał jest pokrzepiający: jeśli tylko dwoje ludzi potrafi przetrwać i przebaczyć, to czekają na nich kolejne szczęśliwe lata. Kryzys bowiem odświeża pamięć i wzmacnia nadwątlone uczucie.

Ocena: 6

sobota, 12 maja 2012

Super (2010)


Kolejny film z serii przypowieści o ludziach, którzy rekompensują sobie nieprzystosowanie marzeniami o byciu komiksowym superbohaterem. Niestety w porównaniu z "Kick-Ass" czy "Griff the Invisible" "Super" wypada bardzo blado.


Nigdy nie byłem szczególnym fanem poczucia humoru Jamesa Gunna. Miałem jednak nadzieję, że przy takiej liczbie komediowych (i nie tylko) talentów, będę się bawił nieźle. Niestety tak się nie stało. Jedyne co mnie zaskoczyło to brutalność głównego bohatera, która nie została stonowana. To było pomysłowe. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Ocena: 5

piątek, 11 maja 2012

Bel Ami (2012)


"Bel Ami" to fascynująca historia, biorąc pod uwagę czas powstania, wręcz rewolucyjna. Wywraca do góry nogami role genderowe, zadając pytania o to, co jest siłą, słabością, władzą i ceną. Niestety najnowsza adaptacja w ogóle nie wykorzystuje przewrotności historii. Jest po prostu poprawną do bólu kostiumową powiastką. Choć lepszą od "Doriana Graya".


Największym błędem było skoncentrowanie się na postaci Georgesa. Choć muszę powiedzieć, że Pattinson nieźle sobie z rolą poradził. Zaskoczył mnie niezwykłą plastycznością fizjonomii i intensywnością spojrzenia, co jednak twórcy zbyt często wykorzystywali, przez co straciło to swoją artystyczną wartość. "Bel Ami" powinien by jednak przede wszystkim filmem trzech kobiecych postaci. Twórcy przyciągnęli do projektu znakomite aktorki. Nie bardzo jednak wiem czemu, skoro nie potrafią ich wykorzystać. Najlepiej wypada Thurman, ale i ona zdaje się tłamszona przez wizję reżyserów.

Ocena: 5

The Avengers (2012)

Jestem niepomiernie zdumiony faktem, że "Avengers" pobiło rekord otwarcia i wszystko wskazuje, że będzie w Stanach jednym z największych komercyjnych hitów wszech czasów. I zdumiewa mnie to nie za sprawą jakości (bo jest to dobre kino rozrywkowe), a za sprawą jego charakteru. "Avengers" to kino 100-procentowo "geekowe". To film skierowany dla Sheldona i jego kumpli z "Teorii wielkiego podrywu", a jednak masy (które z definicji nie są geekowe) kupiły i stylistykę i humor.


Gdyby przyjrzeć się "Avengers" bliżej, łatwo byłoby zauważyć, że pomimo wielkiej kasy wydanej na efekty, całość jest raczej tanią produkcją, pełną fabularnych dziur (te 30 minut wyciętych scen, które zobaczymy dopiero na DVD mocno daje się we znaki, ot taka głupia sprawa: skąd Thor wie, jak nazywają się ci, którzy stanowią armię Lokiego). "Avengers" to brokat i cekiny. Lśni to wszystko w świetle projektorów mieniąc się ferią cyfrowo generowanych barw. Jest do tego mocno infantylny.

Mało kto jednak będzie skłonny głębiej zastanawiać się nad filmem. Jego powierzchowność jest tak hipnotycznie rozrywkowa, że większość kupi ją bez mrugnięcia oka. Ja parę razy mrugnąłem i choć nie uważam, by formalnie był lepszy od "Captain America" (najdojrzalszego artystycznie dzieła Marvela), to od strony czystej zabawy jest bliski ideału. Dynamicznie opowiedziany, jego siłą jest humor. Kilka scen jest naprawdę znakomitych, jak choćby spotkanie Iron Mana z Thorem. Jednak najlepszą postacią jest Hulk, a scena jego spotkania z Lokim definiuje "Avengers".

W tym filmie wyraźnie widać rękę Jossa Whedona i tym bardziej nie rozumiem, dlaczego tym razem odniósł tak wielki sukces, podczas gdy inne jego starania (identyczne w formie jeśli nie treści) były przez fanów ignorowane. Sama marka Marvela niczego tu nie tłumaczy, skoro po 10 dniach "Avengers" zarobili więcej niż jakikolwiek inny film studia.

Ocena: 7

Ps. Trochę szkoda, że u nas wyświetlana jest wersja tylko z jedną sceną po napisach.

środa, 9 maja 2012

5 Days of War (2011)


Swój najnowszy film Harlin zaczyna od cytatu o tym, że pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Zapewne użył go w innym znaczeniu, ale dla mnie jest to przyznanie się reżysera do tego, że jego film jest kłamstwem. I jest to jedyne szczere zdanie wypowiedziane przez reżysera.


Harlin kłamie mówiąc o konflikcie gruzińskim. Podział na dobrego Saakaszwiliego i złego Putina i Miedwiediewa jest tak naiwny, że pozostawię go bez komentarza. Harlin sprytnie uzasadnia ten podział zaczynając swą opowieść tuż przed inwazją Rosjan. Ale zapomina o miesiącach i latach, które poprzedzały te wydarzenia, przez co wybiela Saakaszwiliego.

Harlin kłamie, kiedy próbuje nas przekonać do tego, że "5 dni wojny" ma przybliżyć nam koszmar wojny. Owszem, reżyser zalicza wszystkie "klasyczne" sceny wojennego piekła. Tyle tylko, że jego ofiarami są nieistotni statyści i bohaterowie drugiego planu. Ale na wojnie giną nie obcy ludzie ale osoby bliskie, po stracie których bólu długo nie można ukoić. Jeśli więc Harlin chciał nam ten ból przybliżyć, powinien się był odważyć na zabicie któregoś z istotnych bohaterów.

Harlin kłamie też, kiedy dedykuje film reporterom wojennym. Nie pokazuje bowiem żadnej prawdy o dziennikarzach, ich pracy, ich ryzyku, a oferuje znane i zużyte schematy, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Bohaterowie są tu jedynie pretekstem, by stworzyć pean na cześć niepodległej Gruzji. Gdyby usunąć sceny walk, można byłoby film spokojnie wykorzystywać jako reklamówkę kraju puszczaną na CNN.

Film nie jest jednak tak zły, jak myślałem, że będzie. Mógłby być nawet przyzwoity, gdyby reżyser pozbył się wątku Saakaszwiliego. Jest on zupełnie pozbawiony sensu, nijak ma się do głównej osi fabularnej. W rezultacie jedyną naprawdę poruszającą częścią "5 dni wojny" są świadectwa rodziny tych, którzy w wojnie zginęli.

Ocena: 5

The Loneliest Planet (2011)


Przez długi czas wydawało mi się, że kino minimalistyczne oferuje najbardziej oryginalne i osobiste dzieła filmowe. Już tak nie myślę, a "Najsamotniejsza z planet" tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.


Julia Loktev pozbawiona jest własnego głosu. Jej film to tylko sterta zużytych klisz, które zgrabnie układa w dwie godziny nudy. Piękne widoczki gruzińskiego Kaukazu nie są w stanie przysłonić miałkości artystycznej i intelektualnej obrazu. Bo też rzecz sprowadza się do tego, że parę dni obcowania z dziką, pierwotną naturą Gruzji sprawia, że człowiek konfrontuje się ze swoimi słabościami. I żeby to jeszcze były jakieś wielkie rysy na charakterze. Ale nie, to są ledwie zarysowania, ułomności, od jakich nikt nie jest wolny, a mimo to reżyserka próbuje zrobić z nich jakiś gigantyczny kryzys egzystencjalny. Koniec końców morał sprowadza się do tego, by przed ślubem pary testowały swoje charaktery w górach Kaukazu.

Ocena: 5

wtorek, 8 maja 2012

Iron Sky (2012)


Film niezły, bawiłem się całkiem dobrze, ale spodziewałem się czegoś bardziej zwariowanego.


"Iron Sky" to rzecz bardzo nierówna. Znalazło się tu kilka naprawdę trafnych gagów i zabawnych parodii (vide mem "Upadek"). Otto jako nazista z ambicjami, czy Sergeant w roli szefowej sztabu wyborczego prezydentowej są chwilami genialni czując się doskonale w skórze swoich podrasowanych do maksimum postaci. Ale jest też sporo nudy, momentów, kiedy miałem wrażenie, że można wyjść spokojnie z sali, przejść się dookoła kina i wrócić na miejsce i nie by nie umknęło.


Plus za zakończenie i wykorzystanie "America" Laibach.

Ocena: 6

The Pirates! Band of Misfits (2012)


Aardman znów mnie nie zawiodło. Oglądając film nie mogłem zrozumieć, dlaczego na sali kinowej są takie pustki, dlaczego ani u nas, ani w Stanach film się nie sprzedał.


Trudno się nie zakochać w całej plejadzie sympatycznych bohaterów. Nawet złoczyńcy jak Darwin czy królowa Wiktoria są na swój sposób zabawni. Animacja jest żywą przygodą, pełną humoru, ciepła i inteligencji. A do tego parę tekstów chcący bądź niechcący jest cudownie dwuznacznych (jak tekst Wiktorii, która pragnie, by Kapitan Piracki zabawiał ją swoim małym dodo). "Piraci" to też bardzo sugestywna przypowieść o zwodniczym uroku pokus i chodzenia na skróty. Scena, w której Piracki ma zdecydować czy sprzedać Polly to jedna z najlepszych kusicielskich scen w historii.

Brawo dla twórców!

Ocena: 8

poniedziałek, 7 maja 2012

Flight of the Cardinal (2010)


Typowa produkcja na wpół amatorska. Brakuje w niej niemal wszystkiego. Aktorstwa na przyzwoitym poziomie. Talentu reżyserskiego, a czasem nawet podstawowych umiejętności budowania filmowej opowieści. Technicznego zaplecza. Itp., itd.


Ma jednak jedną rzecz, za którą dostaje u mnie lepszą ocenę, niż "obiektywnie" zasługuje. Tym czymś jest pomysł, przez który całość nie jest tylko czasu marnotrawieniem. Podoba mi się koncepcja rywalizacji dwójki niestabilnych psychicznie osobników. Z jednej strony jest Beattle, niemal dzieciak o słodkim obliczu i przegniłym wnętrzu. Jego ofiarą jest właściciel hoteliku na uboczu pozostający na lekach psychotropowych. Kiedy Beattle zabierze mu leki, wywoła chaos. Spryciarz wierzy, że przetrwa burzę. Ale nie bez kozery o osobach takich jak jego ofiara mówi się, że są "niestabilne". Przewidzieć ich zachowanie czy kontrolowanie ich jest na dłuższą metę niemożliwe...

Ocena: 5

sobota, 5 maja 2012

The Human Centipede II (Full Sequence) (2011)


Druga "stonoga" to film chory do szpiku kości. Nie, wcale nie z powodu tego, co wyczynia główny bohater, to było raczej zabawne, ale za sprawą tego, jaki świat ukazuje. To świat ludzkich wraków, parszywych drani, zmaltretowanych psychik. Każda z postaci zasługuje na śmierć w męczarniach. Nawet ciężarna kobieta, która bezceremonialnie obejdzie się ze swoim dzieckiem, gdy tylko się urodzi. Brutale, perwersji, egoiści. Świat "Ludzkiej stonogi 2" to piekło, w którym człowiek może albo ponieść karę za swe grzechy albo też stać się diabłem, kapo i znęcać się nad innymi... do czasu, aż ktoś i jemu wymierzy karę.


Straszliwie depresyjna wizja. Na szczęście "rozjaśnia ją" spora dawka makabrycznego humoru. Co prawda najlepiej bawiłem się nie na filmie a na materiale dodatkowy z planu, gdzie pokazano, jak przygotowywani są aktorzy i ich sztuczne tyłki. Szczyt absurdu! Ale i w samym filmie znalazło się sporo makabrycznych a mimo to zabawnych scen. Do moich ulubionych należą sceny z matką Martina.

W sumie dwójka spodobała mi się bardziej niż jedynka. Choć pod koniec (po scenie gwałtu) robi się już trochę nudno. Kolejne wycia nużą, bo też ile można wytrzymać scen ludzkiego poniżenia.

Ocena: 6

PS. Ciekaw jestem, ile osób obraziło się na reżysera, kiedy zobaczyło, jak ten wyobraża sobie fanatycznego fana jedynki.

Tekken (2010)


Kino typowo "pornograficzne". Fabuła jest tu tak szczątkowa, że każda minuta jej poświęcona, to minuta stracona. I dla widzów i dla filmu byłoby chyba lepiej gdyby jej nie było w ogóle.


Za to sceny pojedynków wyglądają nawet nieźle. Dynamicznie skręcone i zmontowane, ciekawie zaaranżowane, zwłaszcza te z Jinem w roli głównej. Co prawda najefektowniej wyglądała ta pierwsza, ale wszystkie trzymają przyzwoity poziom. Psuły je jedynie retrospekcje. Matula mogłaby się zamknąć i mnie nie irytować.

Ocena: 5

piątek, 4 maja 2012

Texas Killing Fields (2011)


W przypadku tego filmu miałem oczekiwania i to był błąd. Reżyserka bowiem ich nie spełniła.


"Texas Killing Fields" to rzecz pozbawiona klimatu. Co oznacza, że twórcy ponieśli całkowitą klęskę, ponieważ wyraźnie widać, że właśnie klimat miał być jego podstawą. Poznać to można po niespiesznej narracji, decyzjach montażowych i pracy kamery. Ale zamiast mrocznej atmosfery teksańskich pól śmierci, mam nudę, chaotyczną historię dwóch śledztw, trójki policjantów i jednej nastolatki. Całość budzi tylko przelotne zainteresowanie. Owszem niektóre ujęcia są prześliczne, ale co z tego, jeśli nie funkcjonują, jako pełnoprawne elementy całości.

Obsada też zresztą rozczarowuje. Worthington stworzył jedną z gorszych kreacji w swojej karierze. Najlepiej wypadł Stephen Graham, ale pewnie dlatego, że jego rola ograniczała się w zasadzie do złowrogiego zerkania spode łba.

Ocena: 5

La mujer de mi hermano (2005)


Po film sięgnąłem wyłącznie dla obsady. Nie miałem żadnych oczekiwań, a już z całą pewnością nie spodziewałem się, że historia mnie wciągnie i tak mi się spodoba. Ale ja lubię filmy o podobnej konstrukcji, gdzie najpierw obserwuję skutki, a dopiero potem poznaję tajemnicę.


Jednak to, co najbardziej przypadło mi do gustu to fakt, że w tym filmie wszyscy są egoistycznymi draniami, brak jest kryształowych postaci. Ignacio jest tchórzem, który niby kocha swoją żonę, ale nie na tyle, by jej zaufać i nie traktować jej jak własność. Być może jest też sprawcą barbarzyńskiego aktu, ale równie dobrze mógł być także ofiarą. Gonzalo z całą pewnością jest ofiarą. Jednak sprytnie uczynił ze swego cierpienia i cudzego poczucia winy intratny interes. Może oddawać się swojej pasji, a i tak niczego mu nie zabraknie. Jest dwulicowym draniem, który wykorzystuje kobiety w podobny sposób, jak sam był kiedyś wykorzystany. Jest też Zoe, która po całych dniach nic nie robi, żyje w luksusie i się nudzi. Owszem, jej marzenie o byciu matką wydaje się nie do spełnienia, ale to wcale nie usprawiedliwia jej wyborów łóżkowych.

Rzeczą, która najbardziej dziwiła mnie w filmie jest muzyka. Owszem, podobała mi się, ale jednocześnie wydawał mi się zbyt "epicka" jak na dramat psychologiczny zamknięty w czterech ścianach mieszkania.

Ocena: 7

wtorek, 1 maja 2012

Violanchelo (2008)


Jednym z największych złudzeń człowieka, jest przekonanie, że z losem można wygrać, jeśli tylko wiedziałoby się o tym wcześniej. Historia Ricardo i Chelo rozwiewa te iluzje.


Ich tragedia wydarzyła się na rok, zanim fizycznie do niej doszło. Widzieli ją w swoich snach. Mogli więc zmienić swój los. A jednak, z własnym charakterem nie wygrają. Jedno pędzi na ślepo, będąc pod urokiem miłości istniejącej tylko w marzeniach. Drugie pędzi z pełną świadomością, pchane nieukojonym bólem. Jedno zrobi wszystko, kiedy miłość roztrzaskana zostanie przez fakty. Drugie bez miłości nie jest w stanie żyć.

Niby historia dość prosta, ale opowiedziana została w takim sposób, jaki naprawdę lubię. Wystarczyło trochę zamieszać, nie mówić wszystkiego od razu, pomijać pewne fakty i tyle. Reszta jest już zwyczajną przyjemnością oglądania.

Ocena: 7

[REC]³ Génesis (2012)


"Rec 3" przekonało mnie, że Hiszpanie powinni jednak pozostać przy formule "found footage". Wtedy głupoty, jakie wyprawiają przy realizacji horrorów, nie drażnią. A tak chwilami nie miałem pojęcia, czy się śmiać, czy płakać.


Ostatecznie uznałem, że wszelkie wątpliwości rozstrzygnę na korzyść twórców. Chcę więc wierzyć, że to nie jest rzecz na serio, że oni specjalnie poszli w stronę ekstremalnego kiczu, parodiując horrory klasy C. Niektóre ujęcia wyszły bowiem z mody już w latach 30 ubiegłego stulecia. I nie powinny być przypominane, chyba że w filmach będących grą z konwencją. Pomysł z ubraniem bohatera w zbroję oraz miecz też trudno brać na poważnie.

Z horrorowych rzeczy podobała mi się scena z blenderem i piłą mechaniczną. Reszta to niestety mniej niż standard.

Ocena: 5