piątek, 29 czerwca 2012

The Five-Year Engagement (2012)


Sympatyczna komedyjka o tym, że 100-procentowa kompatybilność dwóch osób nie istnieje i powinniśmy się z tym pogodzić. Jest to też film o tym, jak ważną rolę w życiu człowieka pełni wpadka.


W "Jeszcze dłuższych zaręczynach" wpadka zostaje podniesiona do rangi podstawowego spoiwa związku. Wymusza bowiem podjęcie decyzji, które bez tego mogą być z byle powodu odwlekane. A nad czym się ktoś zbyt długo zastanawia, tym mniej atrakcyjne się to staje, aż w końcu może doprowadzić do rozpadu związku. Na szczęście twórcy komedii są romantykami, więc film pozbawiony jest cynicznej pointy. Jednak po drodze nie szczędzą krytycznych uwag wobec tych wszystkich, którzy w życiu kierują się zdrowym rozsądkiem i pragmatyzmem. Nicholas Stoller i Jason Segel przekonują, że istotą życia jest nieprzewidywalność, bo choć wprowadza chaos i wymusza na ludziach nieplanowane zmiany, to jednak sprawia, że nie marnujemy czasu, który dany jest nam na tym świecie w bardzo ograniczonej ilości.

Trochę szkoda, że nie jest to film równie zabawny jak "Chłopaki też płaczą", ale pozostaje cieszyć się, że jest lepszy od "Idola z piekła rodem". Rzecz ma u mnie dużego plusa też za Chrisa Pratta, który nie dość, że był uroczy i sympatyczny, to do tego całkiem zabawny.

Ocena: 6

Ps. Połowy scen ze powyższego zwiastuna nie ma w filmie.

Steam (2009)


Mam straszny problem z tym filmem. I nie do końca wiem, jak go oceniać.


Bardzo spodobał mi się początek. Uważam, że dodanie do sceny dwóch facetów zabawiających się w saunie "Gnossienne No. 1" Erika Satiego to przezabawny pomysł. Jeszcze bardziej spodobało mi się zakończenie i finalna pointa, której na wszelki wypadek nie zdradzę. W każdym razie był to przebłysk geniuszu.

Niestety środek pozostawia wiele do życzenia. Gra aktorska jest straszna. Kiedy tylko zaczynają mówić, cały czar prysnął. Może "August" (do którego film został dodany) nie jest tak pomysłowy, za to technicznie jest o wiele lepiej zrealizowany.

Ocena: 5

Postmortem (2005)


Ciekawe, jaka byłaby moja ocena "Postmortem", gdyby nie fakt, że widziałem go po "August". Ta krótkometrażówka jest bowiem podstawą, którą później Eldar Rapaport zamienił na swój pełnometrażowy debiut. Zawiera scenę pierwszego spotkania w kawiarni i późniejszego spotkania w mieszkaniu.


Muszę powiedzieć, że to, jak przerobił Rapaport te sceny w "August" bardziej mi się podoba. Tu dynamika postaci jest bardziej frywolna. Nie mówiąc o tym, że i aktorzy grają tu słabiej i gorzej wyglądają. Są niby o sześć lat młodsi (dwóch z trzech aktorów powtórzy swoje role w pełnym metrażu), ale czegoś im brakuje. Może historii zapisanej na twarzach?

Ocena: 5

August (2011)


Ci irytujący "byli". Najpierw spieprzyli wszystko znikając bez śladu, kiedy było się gotowym rzucić dla nich wszystko. Teraz równie niespodziewanie wracają, kiedy udało się ułożyć życie na nowo. I jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje. Ale czy żyjąc wspomnieniami można zbudować teraźniejszość, nie mówiąc już o przeszłości? Ciężko o tym myśleć, kiedy z nieba leje się żar...


Nie jestem do końca przekonany co do tego filmu. Nie mam pewności, czy fakt, że z niego nic nie wynika, że bohaterowie na końcu znajdują się w tym samym miejscu co na początku, jakby cała historia nie miała miejsca, był przemyślaną strategią reżysera. A może po prostu miał fajny pomysł (na co wskazuje dołączona do płyty krótkometrażówka "Postmortem") i nic poza tym.

Mam wrażenie, że "August" to film-wydmuszka. Ale jest to całkiem sprytnie maskowane. Podobały mi się te wszystkie chwyty z zakrzywieniem linii czasowej narracji. Zaskoczyło mnie też wykorzystanie na ścieżce dźwiękowej arabskich motywów (później obejrzałem krótkometrażówki na płycie i okazało się, że reżyser ma słabość do tego rodzaju muzy), która zupełnie nie kojarzy się z LA, ale nadała opowiadanej historii klimat. Trochę szkoda, że cały soundtrack tak nie brzmi. Bo choć dodane piosenki brzmią fajnie, to jednak "gryzą" się trochę z resztą.

Ocena: 5

Amsterdam (2009)


Po film sięgnąłem ze względu na Marisę Tomei i muszę powiedzieć, że ściągnięcie jej do obsady jest największym sukcesem reżysera. Jak mu się to udało, nie mam pojęcia. Bo film już na poziomie scenariusza kuleje, a reżyseria nie jest w stanie tych niedostatków zamaskować.


"Amsterdam" to kolejny z filmów z kilkoma splecionymi ze sobą historiami. Ale nie kryje się za tym jakaś głębsza myśl. Obraz zdaje się powstał tylko po to, by przekonać widzów, że Amsterdam jest wciąż ważnym miejscem, tyglem kulturowym, gdzie spotykają się przedstawiciele różnych cywilizacji. Gdzie dochodzi do oczyszczającego starcia, niczym w piecu hutniczym wytapiane są wszelkie nieczystości, więc lepiej nie zdradzać kumpli od czarnej roboty, nie kraść i nie romansować na boku, bo Amsterdam okaże się miejscem, gdzie za swoje czyny trzeba będzie zapłacić.

Nie do końca rozumiem decyzje reżysera. Niektóre sceny są straszne (przesłuchanie na komisariacie) tak, że lepiej byłoby dla filmu, gdyby zostały usunięte. Inne są przesadnie rozwleczone w zupełnie niewiadomym celu (pogrzeb). Momentami decyzje i zachowania bohaterów pozbawione są sensu. Inni znów bohaterowie istnieją chyba tylko po to, żeby z filmu nie wyszła krótkometrażówka.

Koniec końców było to spore rozczarowanie.

Ocena: 3

Retreat (2011)


Aaa, takie kino lubię. Wytarty schemat, który prowadzony jest zgodnie z wszelkimi regułami. Po 10 minutach widz ma pewność, iż doskonale wie, co go czeka. Bohaterom przypisuje więc odpowiednie role na bazie doświadczeń z identycznymi filmami. Bez mrugnięcia przyjmuje też zero-jedynkową opcję odpowiedzi na pytanie "epidemia czy psychopata?". I wtedy bach, film wali po łbie, konfrontuje nas z naszą własną pewnością siebie, zderza fakyt z ich oczekiwaną interpretacją.


"Retreat" to ryzykowny projekt. Klaustrofobiczny, o powolnej narracji pozbawionej gwałtownych scen czy mrożącego krew w żyłach napięcia. Całość sprowadza się do iluzji, ale tę reżyser roztacza po mistrzowsku. Ponieważ ja uwielbiam takie historie, ja zupełnie nie żałuję wydanych na niego pieniędzy.

Ocena: 7

czwartek, 28 czerwca 2012

A Few Best Men (2011)


Po ocenie może tego nie widać, ale ten film był dla mnie jednak sporym rozczarowaniem. Po facecie, który nakręcił "Priscillę" i "Wojnę domową" spodziewam się jednak czegoś o wiele bardziej zrównoważonego. Bo też największą wadą filmu jest straszliwa przepaść pomiędzy scenami zabawnymi i całą resztą.


Kiedy jest zabawnie, to jest naprawdę zabawnie. Baran w wersji drag to pomysł, który doprowadził mnie do łez. Podobnie przemówienie Grahama. Niestety część dowcipów zupełnie się nie udała, będąc zapewne śmieszniejsza na papierze niż na ekranie. Dotyczy to chociażby postaci granej przez Olivię Newton-John. Niektórych aktorów prawie w ogóle nie wykorzystano. To, co kazano grać Krisowi Marshallowi, ten mógłby robić przez sen. Zero wyzwań.

Ponieważ jednak śmiałem się więcej niż dwa razy, czas nie uważam za stracony.

Ocena: 6

środa, 27 czerwca 2012

Mientras duermes (2011)


Cóż. Tytuł nie kłamie. Naprawdę można się całkiem nieźle wyspać na seansie "Słodkich snów". Ale chyba nie o to chodziło reżyserowi.


Pomysł emocjonalnego kaleki, który nie jest w stanie poczuć się szczęśliwym i sensu w życiu upatruje jedynie w czynieniu innych równie smętnymi jak on, był nawet fajny. Rezultat jest jednak mało ekscytujący. Więcej wrażeń dostarczyłoby mi chyba obserwowanie jak rosną drzewa. To, co najlepsze dzieje się na drugim planie: dwuznaczna relacja z matką, czy smarkula-szantażystka (której postać niestety została zmarnowana na końcu, o wiele fajnie byłoby, gdyby cały film sprowadził się do uczynienia z niej czeladniczki głównego bohatera).

Niewielkim plusem są fajne komponowane niektóre kadry, jak scena seksu z wyłaniającym się spod łóżka bohaterem albo woda zmieszana z krwią wypływająca z przepełnionej wanny. Ale to za mało, bym wyszedł z kina choć w minimalnym stopniu usatysfakcjonowany.

Ocena: 3

poniedziałek, 25 czerwca 2012

The Best Exotic Marigold Hotel (2011)


Ten film ma taką obsadę, że po prostu nie sposób go nie zobaczyć. I w zasadzie nie rozczarowuje. Choć wydaje się, że reżyser mógł lepiej wykorzystać potencjał tkwiący w aktorach.


Początek to czysta poezja, brytyjska komedia najwyższych lotów, pełna świetnych, ciętych i zabawnych one-linerów. Niestety w akcie drugim wszystko dziadzieje. "Hotel Marigol" zamiast pędzić brawurowo po bezdrożach Indii i ludzkich serc, przypomina staruszka, który zaczął opowiadać pasjonującą anegdotę, by zacząć mamrotać coś o nieistotnych detalach. Całe napięcie i klimat gdzieś siada. Pod koniec film znów się rozkręca. Wśród obowiązkowych wzruszeń i tanich mądrości znów pojawia się wyrazisty humor i szczypta inteligentnych obserwacji.

Jednak to, co spodobało mi się w "Hotelu" najbardziej, to wielopłaszczyznowe potraktowanie tematu relacji międzyludzkich. Twórcy nie ogłaszają wyższości jednego modelu współżycia nad innym, pokazując i pozytywne i negatywne przypadki. Mamy więc historię związku z miłości i z pozytywnym zakończeniem i z negatywnym, jest też (na trzecim planie) historia zaaranżowanego małżeństwa, któremu harmonii pożycia mogłoby pozazdrościć wiele par połączonych uczuciem.

Ocena: 6

niedziela, 24 czerwca 2012

The Boy Next Door (2008)


I trzecia, najstarsza, krótkometrażówka Schmidingera.

The Boy Next Door from Gregor Schmidinger on Vimeo.


Czasem wystarczy jedna scena, jedno zdanie, żebym przekonał się do jakiegoś filmu. Tak było w przypadku "The Boy Next Door". Wystarczyło Where's my daddy? i już wiedziałem, że ten film mi się nie może nie spodobać. Owszem, potem robi się trochę zbyt ckliwie i miałem wrażenie, że za bardzo się reżyserowi śpieszy do zakończenia, ale mimo wszystko jest ok.

Ocena: 6

Ps. Schmidinger najwyraźniej zamierza zrealizować pełnometrażową wersję filmu. Pierwszy draft scenariusza można przeczytać tu:

Der Grenzgänger (2009)


Po obejrzeniu "Homophobii" skorzystałem z okazji i obejrzałem też wcześniejszy film Gregora Schmidingera. Widać wyraźnie, że pod względem techniczny facet się rozwija. "Homophobia" znacznie lepiej wypada jeśli chodzi o prowadzenie aktorów i pracę z kamerą. Tu trochę razi sceniczność.

Borderline from Gregor Schmidinger on Vimeo.


Jednak mimo technicznych "ale", to właśnie "Der Grenzgänger" podoba mi się bardziej. Dlaczego? To proste. Tu jest ciekawsza, mniej jednoznaczna historia. Spodobał mi się psychotyczny Benjamin i to jak został ukazany. Jego pragnienia, skomplikowane relacje i brutalna prawda stojąca w sprzeczności z pierwszym wrażeniem. Świetnie pomyślane, nawet jeśli nie jest super oryginalne.

Ocena: 7

Homophobia (2012)


Może jestem naiwny, ale kiedy widzę tytuł "Homophobia", to spodziewam się czegoś więcej niż filmu o... homofobii. Miałem nadzieję, na jakąś przewrotkę, ale na szczęście można go odczytywać inaczej niż tylko jako propagandową agitkę przeciwko obojętność wobec przemocy. Ja tam wolę myśleć o filmie jako historii o specyficznym trójkącie miłosnym.

HOMOPHOBIA (Short Film) from Gregor Schmidinger on Vimeo.


Michael jest spokojnym chłopakiem, który nie może oderwać wzroku od towarzysza broni. Ten na szczęście jest na tyle spolegliwy, że dopiero przy bezpośrednim kontakcie ust reaguje gwałtownie (choć jego spolegliwość ma też negatywne efekty pod prysznicem). Problem w tym, że na Michaela chrapkę ma inny chłopak, który na dodatek pozuje na walecznego homofoba. Komuś takiemu lepiej nie wchodzić w drogę. Już sam fakt, że jest kuszony wystarczyłby do wzbudzenia u niego agresji, lecz kiedy powód jego uczuć zdaje się w ogóle go nie zauważać, jedynym wyjściem są rękoczyny...
Zbyt oczywisty tytuł to mój jedyny zarzut do filmu. Reszta to przyzwoita krótkometrażówka, dobrze zrobiona, którą fajnie się ogląda.

Ocena: 6

Game of Death (2010)


Chyba powinienem podziękować reżyserowi. Spodziewałem się straszliwego badziewia, a tymczasem dostałem film "tylko" słaby. Muszę też wyrazić swoje uznanie dla twórcy, który z materiału na co najmniej 30 minut wycisną półtorej godziny fabuły.


"Zabójcza gra" to niestety średniak kina akcji. Bardzo standardowa fabuła i bohaterowie. Zero napięcia i mało efektownych walk. Giorgio Serafini myślał chyba, że jest sprytny używając nakładających się na siebie zdjęć, ale po pewnym czasie jasne stało się, że jest to sposób na wypełnienie czasu. Te wszystkie powtórzenia były zaś strasznie irytujące.

Fajnie było zobaczyć Hudsona, który zawsze kojarzyć mi się będzie z "OZ" czy Daviego (którego dobrze wspominam z "Profilera"), ale trochę szkoda, że muszę sięgać po takie kwiatki, żeby móc się na nich natknąć.

Ocena: 4

Envelope (2012)


No proszę, Kevin Spacey w krótkometrażówce pokazywanej na YT. Ale za to jaka to krótkometrażówka! Piękna, prosta opowieść o skomplikowanych przypadkach życiowych. Przypowieść o synchroniczności, która zdaje się kierować ludzkim losem.


Jeden wysłany list. Ostatni w życiowym projekcie Jewgienija, a ileż komplikacji. I jaka zagadka! Bo - co najważniejsze - film pozostawia otwartą tajemnicę tego, co naprawdę wydarzyło się w listopadzie. Z pozoru drugi list odpowiada na pytanie, ale tylko z pozoru. Wystarczy zastanowić się głębiej, by prawda przestała być tak oczywista.

Cudo!

Ocena: 8

The Seminarian (2010)


Robienie filmu, do którego wprowadza się rozważania filozoficzne/teologiczne i tym podobne, to bardzo ryzykowna sprawa. Z jednej strony nie można być zbyt hermetycznym, bo odstraszy się większość widowni. Z drugiej strony nie można pójść na łatwiznę, bo wtedy zamiast inteligencji twórcy mogą się pochwalić co najwyżej naiwnością. Niestety "The Seminarian" to ten drugi przypadek.


Kilka ciekawych obserwacji o Bogu i miłości, ale bohater nie potrafi wyciągnąć z nich interesujących wniosków. Koniec końców oferuje więc ideę miłości jako lekcji z przebaczenia. Błeee, ależ to nuda. A przecież sama historia Ryana i wszystkich w jego otoczeniu to znakomity punkt wyjścia do zupełnie innych rozważań. O Bogu jako istocie totalnie samotnej, o miłości, której przyczyną jest owa samotność, o egoizmie uczucia i dlaczego, choć miłość wymaga obiektu, jest doświadczeniem jednostkowym, niemożliwym do dzielenia. Stąd jest już tylko krok od kwestionowania całego stworzenia, altruizmu, zastanawiania się jakie są konsekwencje miłości w relacji Bóg-człowiek oraz człowiek-człowiek oraz tego, co jest lepsze, czy gdy uczucie jest "odwzajemnione" czy też nie. I za to, że reżyser pobudza do stawiania tych pytań, nawet jeśli czyni to nieświadomie, ma u mnie dodatkowe dwa punkty.

Bo sam film jest niestety słaby. Aktorsko nie zbliża się nawet do poziomów średnich. Wątpliwe są też niektóre decyzje reżysera (jak choćby najbardziej oczywiste niepotrzebne zostawienie sceny Jeffa nagrywającego wiadomość Anthony'emu, jakbyśmy się nie mogli domyślić, że jest olewany z tego, co dzieje się potem).

Ocena: 4

Primos (2011)


Kiedy ekipa odpowiedzialna za "GranatowyPrawieCzarny" powraca z nowym filmem, oczywiście musiałem to zobaczyć. Niestety spotkanie po latach nie wypada równie udanie, jak wspomnienie pierwszej wizyty. "Kuzyni" to film ciepły i sympatyczny. Przyjemnie się go oglądało, ale nie robi większego wrażenia.


Jedyne, co mi po nim pozostanie, to przekonanie, że monogamia nie zawsze się sprawdza. Ale to dla mnie nic nowego. Przykład Diego i jego dylematów sercowych pokazuje, jak bardzo ograniczoną koncepcją jest związek dwojga osób. Czasem przydałoby się wyjść poza schemat i przestać cierpieć. Ale reżyser najwyraźniej nie miał takiego zamiaru, więc wątek Diega kończy się w rozczarowująco oczywisty sposób.

Może więc dlatego z trójki tytułowych kuzynów najbardziej spodobał mi się José Miguel. To było pomysłowe, by uczynić z niego "ofiarę" zespołu Munchausena. A scena na łodzi pirackiej była i zabawna i zaskakująco wzruszająca. Ta postać zdecydowanie przeszła najciekawszą podróż wewnętrzną.

Ocena: 6

sobota, 23 czerwca 2012

J. Edgar (2011)


Z bólem serca piszę te słowa, bo uwielbiam filmy Clinta Eastwooda. Jego "Doskonały świat" i "Północ w ogrodzie dobra i zła" należą do moich ulubionych tytułów. Jednak po obejrzeniu "J. Edgara" dochodzę do wniosku, że powinien on przejść na emeryturę. Niech sobie dalej kręci filmy, skoro musi, w zaciszu domowych pieleszy, lecz niech nie pokazuje ich światu i nie łamie serca jego fanom, takim jak ja.


"J. Edgar" to rzecz straszna. Geriatryczne mamrotanie, jeszcze gorsze od bełkotu tytułowego bohatera. Wszystko jest tu nie tak. Począwszy od samej struktury, najgłupszej z możliwych, czyli wspominania swojego życia przez starego Hoovera. To już w "Żelaznej damie" lepiej tę formę wykorzystano. Jeszcze gorzej jest, kiedy spojrzeć na wybory dotyczące zdarzeń, na których się skoncentrowano. Jasno wynika z nich, że za scenariuszem nie kryje się żadna większa koncepcja. Mając zbyt wiele materiału, twórcy nie potrafili wyeliminować z niego tego, co byłoby zbędne do opowiedzenia bardzo konkretnej historii Hoovera. Twórca FBI jest po prostu zbyt skomplikowaną postacią, by dało się go wcisnąć do jednego filmu. Nie jest więc to ani film o człowieku władzy, który poświęcił wszystko dla swojego jedynego dziecka, jakim jest agencja. Nie jest to historia związku z matką, która miała bardzo silną osobowość. Nie jest to historia jego miłości, którym nie potrafił dać wyraz inaczej jak poprzez relacje zawodowe. Nie jest to historia obsesji, strachu i kompleksów. Owszem każdy z tych elementów pojawia się w filmie, ale w takiej postaci, że trudno je traktować inaczej, jak obowiązkową wyliczankę.

Film słaby jest też aktorsko, a to za sprawą Leonardo DiCaprio. To był żenujący popis człowieka, który stara się za bardzo. Trudno było mi się skupić na wypowiadanych przez niego kwestiach, bo miałem cały czas wrażenie, że jedyne, co mówi, to "Oscar, Oscar, Oscara, Oscar...". Jego nieudolność widać najlepiej w scenie kłótni Edgara z Clyde'em. Gdzie DiCaprio jest sztywny i zmanierowany, tam Armie Hammer jest żywy i pełen pasji. Jestem pod coraz większym wrażeniem tego aktora. Ma on zadatki na zostanie prawdziwą gwiazdą amerykańskiego kina, a nie tylko celebrytą.

Jedyne, co mi się podobało w filmie, to niezauważalne zmiany agentów, którym Hoover opowiada swoją historię. Ale może chcę widzieć w tym coś więcej, bo tak trudno jest mi się pogodzić z tym, że Eastwood mógł zrobić film tak bardzo pusty.

Ocena: 3

środa, 20 czerwca 2012

The Big Year (2011)


Ten film nie mógł się udać. Dlatego też to, że jest słaby nie jest zaskoczeniem. Choć to, że nie jest tragiczny, już zaskakuje. Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł wierzyć, że będzie inaczej, że można dać na to pieniądze i spodziewać się zysków. "Wielki rok" miałby szanse powodzenia jedynie jako kino niezależne. Zaś robienie z tego produkcji wytwórni (choć zapewne za małe pieniądze) było najbardziej absurdalnym pomysłem, na jaki można było wpaść.


Jedyna ciekawa rzecz, to fakt, że "Wielki rok" wpisuje się w modny obecny trend wychwalania obsesji. Twórcy przekonują, że obsesje nie są szkodliwe, że nie trzeba się z nich leczyć, jeśli tylko potrafimy nad nimi zapanować. Z trójki bohaterów, dwójka spełnia warunki zdrowia psychicznego określone przez Freuda.

Fajnie było też oglądać pasjonatów w akcji. I nawet tak dziwaczne hobby jak podglądanie ptaków okazuje się mieć całkiem spore grono oddanych zapaleńców. "Wielki rok" sprawia, że ci, którzy nie mają żadnej pasji poczują się zdołowani, jakby coś wspaniałego ich omijało w życiu.

Szkoda więc, że całość nie jest śmieszna. A w przypadku komedii, nie ważne jakie ma inne zalety, jeśli brakuje tej jednej cechy, to nie sposób uznać ją za udaną. Na całym filmie zaśmiałem się w trzech miejscach, z czego dwa związane były z trzecioplanową postacią świeżo upieczonej żony jednego z fanów ptactwa.

Ocena: 4

wtorek, 19 czerwca 2012

Chernobyl Diaries (2012)


Hmm, "Czarnobyl. Reaktor strachu" to meta-meta-film. Wykorzystuje stylistykę found footage, choć z technicznego punktu widzenia nim nie jest. Found footage to przecież film, który udaje, że powstał z autentycznych materiałów nagranych czy to kamerą wideo, czy to pochodzący z kamer produkcyjnych, ekip telewizyjnych bądź z komórek. W przypadku "Czarnobylu" kamera też zachowuje się tak, jakby była trzymana przez jednego z członków wycieczki, tyle że go nie ma. I tak Oren Peli zapętla stylistykę jeszcze bardziej.


Ale akurat stylistyka jest tym, co najlepiej wypada w "Czarnobylu". To cała reszta jest nieco wątpliwa. Fabuła razi sztampowością i to bardziej niż zazwyczaj w tego rodzaju produkcjach. Miałem wrażenie, że wszystko potraktowano olewczo, jakby nikomu nie chciało się naprawdę wysilić, bo i po co. To niestety negatywnie rzutowało na poziom napięcia, które było zdecydowanie niższe od rzekomego poziomu radioaktywności. Tylko pointa mi się podobała.

Ocena: 5

Ps. Jesse McCartney strasznie przypominał mi młodziutkiego Leonardo DiCaprio.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Spoiler (2011)


Wow, świetna krótkometrażówka. Chętnie zobaczyłbym ją rozbudowaną albo w wersji mini-serialu albo jako film kinowy.

Spoiler from spoiler movie on Vimeo.


Thron miał świetny pomysł pokazując nie początek epidemii zombie i nie koniec. Zamiast tego mamy świat, zupełnie normalny, tyle tylko że przystosowany do nowych warunków, w których epidemia zombie jest pod kontrolą, ale nie została w pełni wyeliminowana. "Spoiler" to prosta, lecz emocjonalnie bardzo wyrazista historia, która została świetnie opowiedziana (poza drobnostkami przy efektach dźwiękowych) i dobrze zagrana (Michael James Faradie pokazał tu, że stać go więcej niż tylko na statystowanie w "Mroczny Rycerz powstaje").

To ciekawe, że zombie o wiele lepiej wypadają w krótkim metrażu niż w pełnym. "Spoiler" przypomniało mi o "I Love Sarah Jane", które też było znakomitym shortem.

Ocena: 8

The Gate (2011)


Takie filmy propagandowo-edukacyjne to ja mogę oglądać na okrągło. "The Gate" w pomysłowy sposób uwrażliwia na problem leków pozostających poza wszelką kontrolą. I choć na razie wydaje się, że tak ekstremalne efekty uboczne są czystą fantazją, to jako film sprawdza się bardzo dobrze.

THE GATE - QUIET EARTH VERSION from Joyrider Films on Vimeo.


Twórcy postawili na prostotę, co pozytywnie wpłynęło na całość. Oczywiście na pełen metraż to za mało, ale jako krótkometrażówka w pełni wystarcza. Co prawda nie przekonała mnie do tego, że urzędy regulacyjne dobrze pełnią swoją funkcję, więc nie do końca "The Gate" jest skuteczne w przekazywaniu przesłania. Ale to już wina samych ciał regulacyjnych. Dobrze pamiętam histerię z "ptasią grypą", kiedy to na szybko przekonywano wszystkich, że nie tylko jest epidemia, ale że jeszcze trzeba brać szczepionki (które nota bene nie przeszły testów nad długotrwałymi efektami ubocznymi, jakie – jak się później okazało – występują).

Ocena: 7

niedziela, 17 czerwca 2012

ドラゴンエイジ ブラッドメイジの聖戦 (2012)


Uwielbiam serię Dragon Age. Kocham zwłaszcza drugą grę, bo choć pierwsza oferowała sporą różnorodność zadań, to w drugą nie grałem, drugą przeżywałem (może miałem farta, że za pierwszym razem tak grałem, że fabuła wciągnęła mnie bez reszty i nie zadania, a losy bohatera były mi bliskie, zwłaszcza kiedy okazało się, jak wysoką cenę osobistą zapłacił(em) za to, by zostać wybawcą). Dlatego też sięgam nie tylko po gry ale i po inne materiały związane z Dragon Age, zwłaszcza że sprytne BioWare każdy nośnik wykorzystuje do rozbudowywania świata, a odniesienia do tego, co jest na przykład w książkach potem można znaleźć w grze i na odwrót.


Niestety anime ze świata Dragon Age to straszne filmowe rozczarowanie. Owszem, poznałem historię Cassandry, którą przecież spotkałem w drugim "Dragon Age", owszem poznałem też innych bohaterów, którzy prawie na pewno pojawią się w trzecim "Dragon Age", ale to tylko sprawia, że rzecz jest "do zaliczenia". Nie ma w tym jednak żadnej satysfakcji czysto filmowej. Fabularnie rzecz jest bardzo słabiutka. Intryga za mało skomplikowana, bohaterowie prawie w ogóle się nie rozwijają, poza tym Cassandra jest za dobra, nie wyobrażam sobie wykorzystanie jej w grze, skoro jednym ciosem pozbawia smoki życia. Finałowa batalia jest mało emocjonująca. Najbardziej jednak rozczarowuje muzyka, która jest o kilka poziomów niżej niż ta z gier, a wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, ale to właśnie w filmie muzyka powinna być lepsza.

Jedynym plusem jest strona wizualna animacji. Przed obejrzeniem trochę trudno mi było sobie wyobrazić "Dragon Age" jako anime, a jednak wyglądało to bardzo dobrze i zaskakująco spójnie z wizualną stroną gier. Szkoda, że tylko tyle udało się zrobić.

Spośród wszystkich materiałów w uniwersum Dragon Age, anime uważam za najsłabsze.

Ocena: 3

Kommandør Treholt & ninjatroppen (2010)


Trudno nie podziwiać pomysłowości i odwagi twórców filmu "Norweski ninja". Słynną sprawę lewicowego działacza oskarżonego o szpiegostwo na rzecz ZSRR przemieniono w szaloną przygodę z pogranicza kina akcji i czystej fantastyki. Dziś, po sprawie Breivika, film raczej nie miałby szansy powstać.


Mimo głupawej formy i słabej w gruncie rzeczy narracji, siłą filmu jest stawianie przed widzami trudnych kwestii do rozważenia. Pytanie o to, jak zdefiniować patriotyzm. Krytyka zarówno władzy jak i mas. Żadna ideologia nie jest tu pozostawiona w stanie nienaruszonym.

Jednak w ramach absurdalnych historii alternatywnych w ostatnim czasie powstało kilka lepszych filmów. Ten, przy wszystkich zwariowanych pomysłach, był niestety chwilami po prostu nudny.

Ocena: 5

sobota, 16 czerwca 2012

Монтевидео, Бог те видео (2010)


Lubię sentymentalne kino, ale bez przesady. "Montevideo" to orgia ckliwego bezguścia. Wszystko jest tu nie tak, jak powinno być. Począwszy od zdjęć w kolorze sepii, przez wątki romantyczne, po mądrego ponad wiek dzieciaka.


Owszem, chwilami film jest wzruszający, ale jest to wyłącznie reakcja fizjologiczna na tej samej zasadzie, co łzy podczas krojenia cebuli. Nie ma w tym za grosz prawdy i autentyzmu, choć przecież całość inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Można było całość opowiedzieć na sto różnych sposobów. Wybrany przez reżysera może nie jest najgorszy, ale dobry też nie jest. Jeśli to był najlepszy serbski film roku, to współczuję tamtejszym widzom. Musiał być to rok jeszcze gorszy niż dla polskich produkcji.

Ocena: 4

F (2010)


No cóż. Nie wiem, czego spodziewałem się decydując się na ten film, ale wiem, że seans zakończył się dla mnie sporym rozczarowaniem. Na okładce ekscytujący cytat, który w ogóle nie pokrywa się z moimi wrażeniami.


Jestem filmowi w stanie bardzo wiele wybaczyć, jeśli zaskoczy mnie czymś, jeśli twórca udowodni mi, że miał nietuzinkowy pomysł. Tymczasem "F" to rzecz z technicznego punktu widzenia bardzo poprawna, tyle że kompletnie nie rozumiem, po co została nakręcona. Początek jest jeszcze ok, kiedy pokazano efekt straty pozycji i szacunku. Jeden cios w twarz i główny bohater został pozbawiony wszystkiego, co liczyć u osoby z pozycją władzy i autorytetu. Potem pojawiają się zakapturzeni bandyci i... nic. Fabuła się nie rozkręca. Wydaje się, jakby ci bandyci powstali z niebytu, niczym mythago z powieści Roberta Holdstocka narodzili się z potrzeby złamanego umysłu. Nie mają własnej motywacji. Istnieją tylko w odniesieniu do nauczyciela, a choć mordują na prawo i lewo, ich działania są podporządkowane jednemu tylko celowi: wymuszeniu decyzji na głównym bohaterze.

Nie lubię tak przedmiotowego traktowania bohaterów (a przynajmniej nie, kiedy ta przedmiotowość jest pokazana w tak ordynarny sposób). Szkoda, że straciłem na to czas. Na szczęście film jest króciutki.

Ocena: 3

piątek, 15 czerwca 2012

eCupid (2011)


Film ma dwa fajne pomysły. I sympatycznych bohaterów. Niestety nie jest zbyt zabawny, za to strasznie sztampowy. Ale po kolei.


Pierwszą rzeczą, która mi się spodobała, to pomysł uwspółcześnienia modelu miłosnych sił nadprzyrodzonych. Koncepcja wszechpotężnej aplikacji była strzałem w dziesiątkę bezbłędnie komponując się w to, jak wygląda współczesny świat.

Druga rzecz, która przypadła mi do gustu, to uczynienie z szatana postaci w gruncie rzeczy pozytywnej. Kusiciele owszem wprowadzają zamieszanie, a nawet rozwalają dotychczasowe życia głównych bohaterów, ale nie czynią tego ze złośliwości. Są raczej niezbędnymi pomocnikami, dzięki którym możemy zrozumieć, co tak naprawdę liczy się w życiu.

Na plus zaliczam też Houstona Rhinesa. Uważam, że był rozkosznie uroczy. Miałem wrażenie, że jest to absolwent akademii dla mimów, który właśnie odkrył, że grać można również głosem, więc mówi, ale nie potrafi nie być nadekspresyjnie sztuczny.


Szkoda więc, że jak na komedię jest tu tak niewiele naprawdę zabawnych gagów. Tak naprawdę rozśmieszył mnie tylko tekst szefa głównego bohatera z przyjęcia. Było kilka pomniejszych zabawnych momentów, ale reżyser w tym aspekcie się nie popisał.

Ocena: 5

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Cosmopolis (2012)


Po słabej "Niebezpiecznej metodzie" David Cronenberg wraca na właściwe tory. I choć film daleko odbiega od ideału, dla prawdziwego fana reżysera jest to lektura absolutnie obowiązkowa.

Choć bowiem "Cosmopolis" jest adaptacją książki, to ogląda się to przede wszystkim jako podsumowanie całej dotychczasowej twórczości Cronenberga. Jak pod mikroskopem ukazane zostały tu wszystkie jego fascynacje i obsesje. Poruszany jest więc temat cielesności i śmiertelności, zależność między życiem biologicznym a technologią, cała maszyneria ukazana jest jako wyraz impulsów erosa i thanatosa; władza, pieniądze, seks i pęd ku autodestrukcji.


Co więcej, "Cosmpolis" zbudowane jest prawie w całości na cytatach i parafrazach wcześniejszych filmów Cronenberga. Tam gdzie kończyła się "Mucha", czy "Wideodrom", tam zaczyna się "Cosmopolis". Tu bohater nie przechodzi transformacji. Ona już się dokonała. Eric otoczony jest technologią, pochłonięty przez limuzynę, w której oddaje się wszystkim czynnościom życia zawodowego i prywatnego. Limuzyna ma tu wyraźnie hermafrodytyczną symbolikę będąc zarazem swoistym fallusem penetrującym miejską tkankę, wbijając się w galaretę ludzkiego tłumu, jak i kobiecym łonem, macicą kryjącą w swym wnętrzu dziecię, freudowskie pierwotne pragnienie powrotu do stanu sprzed porodu, które to pragnienie napędza autodestrukcyjne zapędy każdej jednostki. Limuzyna jest więc Szatanem, zarówno tym z chrześcijańskich mitów, uosabiającym grzech, dominację, zniszczenie jako siłę rozwoju, jak i tym z satanistycznych wizji, personifikacją najbardziej podstawowych ludzkich popędów, gdzie chaos równa się życie, a porządek = śmierć.

To, co najbardziej mi się spodobało w "Cosmopolis", jest zapewne tym, co większości spodoba się najmniej, przez co film określać będą jako nudny. To dialogi, bardzo teatralne w swej naturze, ale zarazem niezwykle fascynujące, jeśli się w nie zagłębić. Przywodzi mi to na myśl filmy Dereka Jarmana, "Orlando" Sally Potter", "Dogville" Von Triera i wiele innych produkcji spoza kręgu kina komercyjnego. Dlatego też nie spodobała mi się cała otoczka. Mam wrażenie, że Cronenberg poszedł tu na zbyt duży kompromis i mimo wszystko podał widzom film w zbyt standardowej formie. Moim zdaniem mógł spokojnie nadać otoczeniu większą formę umowności, odrealnić zarówno samą limuzynę, jak i w ogóle nie wychodzić do świata zewnętrznego (czy raczej stworzyć jego sztuczny odpowiednik).

Mam nadzieję, że "Cosmpolis" jest zapowiedzią powrotu Cronenberga do formy i kolejny film będzie już na poziomie, jakiego od niego oczekuję.

Ocena: 6

niedziela, 10 czerwca 2012

Age of Heroes (2011)

Straszna sztampa. A przecież film oparty jest na prawdziwej historii, za którą stał sam twórca postaci Jamesa Bonda. Można więc było naprawdę zrobić z filmu porządne wojenne widowisko.


Tymczasem największym atutem obrazu jest jego obsada. Nie bardzo wiem, po co twórcy starali się ściągnąć do siebie tak ważne nazwiska jak Bean czy Dyer. Mogli sobie ich darować, skoro i tak w żaden sposób ich nie wykorzystują. Równie udanie film wyglądałby w wykonaniu naturszczyków.

Nie to, żeby "Czas bohaterów" był naprawdę zły. Problemem jest tu raczej całkowita poprawność i od strony narracyjnej i od strony technicznej. Wszystko odmierzone od linijki, bez ducha, bez indywidualnego charakteru. Coś takiego mogłaby nakręcić maszyna.

Ocena: 5

Vincent will Meer (2010)


Kolejny z całej serii road movies powstałych w ostatnim czasie w Europie. Tym razem z Niemiec. I jak podobne filmy z krajów Beneluksu czy Finlandii, tak i ten jest ciepłą, słodko-gorzką przypowieścią o przyjaźni i złożonej ludzkiej naturze.


Nie jest to w żadnym razie arcydzieło, ale historia dwóch podróży, jednej trójki uciekinierów, drugiej terapeutki i ojca jednego z uciekinierów, to rzecz, którą ogląda się bardzo przyjemnie. Mnie osobiście bardziej przypadła do gustu ta druga historia. Jest opowiedziana z większą werwą, a i bohaterowie bardziej skontrastowani, jednocześnie lepiej do siebie pasują. Pierwsza historia jest zbyt konwencjonalna jak na mój gust. Ale Florian David Fitz zagrał całkiem dobrze, więc z pewnością będę w przyszłości zwracał na niego baczniejszą uwagę.

Ocena: 6

Kill List (2011)


Czasem wydaje mi się, że nauka powinna pozostać sferą bardziej ezoteryczną. Wiedza bez prawdziwego zrozumienia może bowiem wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Tak jest chociażby z psychologią, gdzie wyjaśnienie zjawiska niemal zawsze pociąga za sobą oskarżenie o usprawiedliwienie lub odwrotnie, na wskazywanie palcem. Skoro jednak wiedza ta jest powszechnie dostępna, to należy się cieszyć, że powstają filmy w rodzaju "Kill List", które zamiast wyjaśniać wszystko łopatologicznie, sprawiają, że wkraczamy w świat normalnie dla nas niedostępny.


Na "Kill List" można bowiem spojrzeć jak na obraz szaleństwa widziany od wewnątrz. To, co przedstawione jest na ekranie, to stan umysłu Jaya, głównego bohatera, weterana wojny w Iraku, który prawdopodobnie przeżył tam traumatyczne wydarzenia. Cały czas na psychotropach (którymi faszeruje się jakby to były tic taci), nie jest w stanie (a za nim i my, widzowie), rozgraniczyć, co jest prawdą, a co wymysłem chorego umysłu. To prowadzi go na drogę do zatracenia, niekontrolowanej przemocy, której konsekwencją jest potworność popełnionej zbrodni. Jego urojenia i obsesje nakładają się na rzeczywiste frustracje związane z brakiem pracy i napięcie w relacjach rodzinnych. Jest więcej niż prawdopodobne, że wcale nie jest zabójcą do wynajęcia, że nie ma żadnego spisku, a Fiona nie jest tą tajemniczą, pojawiającą się tu i tam, jakby znikąd, kobietą.

Ale na "Kill List" można też patrzeć jako szaleństwo zupełnie inaczej. Sam film można uznać za szalony w tym sensie, że składając się z trzech wyraźnie różnych historii/konwencji, zaciera granice pomiędzy nimi, tworząc całość tak splecioną, że trudno rozdzielić jedną historię/konwencję od drugiej. Wszystkie na siebie wpływają dodatkowo mieszając w głowie. Podstawą jest horror z wątkiem tajemniczego kultu, którego kapłani wybrali sobie Jaya na ofiarę/championa. Na to nakłada się thriller sensacyjny o płatnych zabójcach. A na to nałożono dramat psychologiczny o zaburzonym psychicznie człowieku i jego rodzinnych relacjach. Trzy filmy, które stały się jednym. Bez granic i bez wyjaśnienia, za to wymagające od widza niepodzielnej uwagi.

Ocena: 7

Sherlock Holmes (2010)


Tyle słyszałem o produkcjach Asylum, ale do tej pory nie widziałem ani jednej. Postanowiłem teraz to nadrobić. Mój wybór padł na "Sherlocka Holmesa", a to za sprawą występującego w nim Garetha David-Lloyda czyli Ianto Jonesa z "Torchwood". I o ile sam film mnie nie rozczarował (bo też nie spodziewałem się po nim niczego dobrego), to jest mi trochę smutno widząc, że David-Lloyd niezbyt dobrze się starzeje.


Sam "Sherlock Holmes" to straszliwe badziewie. Efekty specjalne wywołują śmiech (kiedy mini-dinozaur wyskakuje zza krzaków mało się nie utopiłem, bo akurat popijałem sok). Praca kamery jest przerażająco amatorska (topornością powala już pierwsza scena na statku). Ale ku mojemu zaskoczeniu, scenariusz miał kilka niezłych dialogów, które mogły uczynić z filmu strawną komedyjkę awanturniczą. Jako plus zaliczam też Bena Sydera. Chętnie zobaczyłbym go w czymś porządnym. Mam nadzieję, że uda mu się załapać jakąś niezłą rolę.

Ocena: 3

sobota, 9 czerwca 2012

The Killing Room (2009)


I znów to samo: pomysł dobry, ale z wykonaniem gorzej (ileż razy już tak określałem film??). Spodobała mi się idea naukowego (rodem z nazistowskich Niemiec) podejścia do zjawiska terrorystów-samobójców. Twórcy dotknęli tu niezwykle interesującego i złożonego moralnie problemu poświęcenia jednostki dla dobra społecznego organizmu. Ale zamiast podrążyć temat, wykorzystują go jedynie do przyozdobienia fabuły wymyślną terminologią ( jak "apoptoza").


W rezultacie mamy smętną minę Sevigny, cynicznego Stormare'a i czwórkę biedaków przeznaczonych do odstrzału. Liebesman ostatecznie udowodnił, że nie jest w stanie nakręcić porządnego filmu. Ten jest ledwie przyzwoity, daleko mu jednak do najlepszych filmów o podobnej tematyce (jak "Metoda" – jeśli chodzi o proces selekcji, "Pięć palców" – jeśli chodzi o walkę z terroryzmem). Najgorzej wypada w warstwie emocjonalnej, gdzie po prostu wieje pustką.

Ocena: 5

piątek, 8 czerwca 2012

La rafle (2010)


Nie lubię tego rodzaju filmów. Mam wrażenie, że kiedy opowiada się o wydarzeniu lub sytuacji, nie sposób uniknąć klisz i uogólnień. Rozumiem, że dzięki temu można ukazać pełne spektrum zachowań wobec danego wydarzenia, ale ginie gdzieś autentyczność prawdy dramatu indywidualnego człowieka. Dlatego też ja wolę historie bardziej osobiste, skupione na konkretnych ludziach i ich historiach, a nie jak w "Obławie", gdzie bohaterowie są pionkami niezbędnymi do ukazania takich a nie innych postaw.


Ta przedmiotowość w traktowaniu postaci jest w "Obławie" mocno wyczuwalna. Niemniej jednak to interesujący film, choć przede wszystkim w kontekście tego, co w ostatnich latach działo się we Francji, w szczególności chodzi mi tu o politykę wobec Romów. W ten sposób "Obława" stała się dość ostrym filmem oskarżającym były już rząd Francji. I to się twórcom chwali.

Ocena: 6

czwartek, 7 czerwca 2012

Miss Bala (2011)


Jeśli czego dowiedziałem się po tym filmie, to tego, że istnieje coś głupszego od przysłowiowej blondynki. To bohaterka "Miss Bala" Laura Guerrero. Nie wiem, czy taki był zamiar twórców, czy może chcąc ukazać ją jako dziewczę naiwne, przeholowali, ale Laura to kretynka jakich mało. Wszystko robi tak, że tylko sobie utrudnia żywot. Nie ma w niej ani ziarna instynktu samozachowawczego. I przez to film jest tak przygnębiający, bo z jakiegoś powodu zawsze ląduje na czterech łapach. Jeśli głupota ma taką siłę trwania, to ciężko widzę przyszłość rasy ludzkiej.


A sam film? No cóż, nie przyłączę się do brytyjskich i amerykańskich zachwytów nad filmem. To rzecz solidna, ale nic ponad to. Dobrze zrobiona, lecz bez prawdziwego jaja. Zbytnie zacięcie "artystyczne" sprawia, że przegapiono szansę na mocne kino. Pozostał realizm, który jednak nie robi takiego wrażenia.

Ocena: 6

The Divide (2011)


Gdy kończy się świat, każdy musi liczyć tylko na siebie. Niestety lojalność i stadne przyzwyczajenia umierają bardzo powoli. W rezultacie, zanim zginą, mutują w odrażające zachowania, odsłaniając płytkość ludzkiej natury, pod którą ukrywa się bród, smród strachu i rozpaczy przybierającej często formę agresji. A jednak tkwimy w patologicznych relacjach, które powoli wszystkich wykańczają. I tylko na końcu, jedno jest w stanie odciąć się od całego tego gówna. Ale czy nie jest to czasem pyrrusowe zwycięstwo?


Xavier Gens postanowił pokazać, że jest reżyserem niepozbawionym artystycznych ambicji. Postapokaliptyczna opowieść nabiera tu kształtu paraboli o ludzkiej naturze. Jednak Gens nie jest Henekem, a "The Divide" nie jest "Czasem wilka". Mimo to w dość standardowej formie znalazło się kilka ciekawych, niejednoznacznych scen, który udowadniają, że Gens jednak ma nam coś ciekawego do powiedzenia. Trochę więc szkoda, że są to ledwie przebłyski tego, czym mógł być "The Divide", ale dobrze, że są. Bez nich byłoby znacznie gorzej. Plus dla Michaela Eklunda, który stworzył chyba najbardziej złożoną postać w filmie.

Ocena: 6

środa, 6 czerwca 2012

Kawa (2010)


Przeklęte baśnie. I przeklęta formułka "Żyli długo i szczęśliwie", na której baśnie się kończą, dając iluzję i nadzieję, że ślub jest końcem udręki i walki o szczęście, że potem jest już tylko harmonia aż po grób. Niestety, życie to nie bajka, nawet jeśli usilnie próbujemy zaczarować rzeczywistość, wyrzekając się samego siebie. Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. A im później to nastąpi, tym większy ból i wyższa cena.


"Kawa" to liryczna opowieść na dość już wyświechtany temat. Twórcy nie odkrywają tu Ameryki krocząc dobrze wytyczoną przez filmowców ścieżką. Ale trzeba przyznać, że Katie Wolfe ładnie opowiada historię Kawarikiego. Jest w tym magia i dramat, w który łatwo mi było się wczuć, nawet jeśli uważam, że wszyscy bohaterowie robią z igły widły. Ich poglądy na relacje i miłość są strasznie przestarzałe. Jakby istniała tylko jedna forma miłości i to domagająca się wyłączności. Jakby nie można jednocześnie kochać żony, być oddanym ojcem i pragnąć mężczyzn. Jakby "zdrada" wymagała straszliwych wyrzutów sumienia. Wydaje się, że gdyby bohaterowie pozbyli się tych ograniczających poglądów, ich życie byłoby o wiele bardziej harmonijne.

Ocena: 6

What to Expect When You're Expecting (2012)


Oglądając "Jak urodzić i nie zwariować" miałem poczucie podróży w czasie, jakieś 20 lat wstecz. Dziś już takich filmów się nie robi, a przynajmniej tak mi się wydawało.


Zestaw głównych bohaterów jest szokująco monochromatyczny. Wszyscy są biali za wyjątkiem jednej latynoskiej pary. Na drugim planie jest minimalnie lepiej. Mniejszości rasowe reprezentują Chris Rock i Amir Talai. I to wszystko. Ani jednej mieszanej rasowo pary. Zero związków nieformalnych (bo nawet  te pary, które zachodzą przed ślubem, o formalizacji związku myślą). Czarnoskórzy bohaterowie są sprowadzeni do roli dawców dzieci (adopcje z Etiopii) lub też posługaczy przy całym procesie "zdobywania" dziecka przez rasowo czystszych bohaterów (jak pracownice opieki społecznej, pielęgniarki i położne). Oglądając film trudno mi było uwierzyć, że został on nakręcony w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Dobrze, że przynajmniej parę dowcipów okazało się zabawnych. Za mało, by obronić film, ale wystarczająco, bym powstrzymał się przed oceną miażdżącą.

Ocena: 4

niedziela, 3 czerwca 2012

Take Me Home Tonight (2011)

Ugh. Po szalonej nocy przynajmniej nie pamięta się połowy tego, co się wtedy wydarzyło. Szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o filmie "Szalona noc".


Topher Grace chciał najwyraźniej tym filmem przypomnieć się swoim fanom z czasów serialu "Różowe lata 70-te". Niestety w kostiumie z lat 80-tych nie wypada równie zabawnie. Zresztą cały ten film przypomina próbę recyclingu lepszych pomysłów. Nawet całkiem przyzwoita obsada nie jest w stanie przyprawić mnie o uśmiech, a co dopiero mówić o gromkim śmiechu. Najlepsza jest scena z niemieckim wojerystą, ale i ona nie została w pełni wygrana.

Nuda, nuda, nuda. Jedyny plus to zestaw muzycznych przebojów z lat 80. Ale by ich posłuchać, nie potrzeba oglądać filmu.

Ocena: 4

Catch .44 (2011)


"Paragraf 44" ma w sobie wszystko, co powinno sprawić, bym oszalał na jego punkcie. Poszatkowaną fabułę, intrygę zarazem banalnie prostą i skomplikowaną jak węzeł gordyjski i nagłe zmiany w akcji, dodawanie kolejnych pięter do niestabilnej konstrukcji.


A jednak "Paragraf 44" pozostał filmem zupełnie mi obojętnym. Wydaje mi się, że stało się tak za sprawą niedoświadczonego reżysera, który miał świetny pomysł, ale nie potrafił go dobrze wykorzystać. Dialogi są zbyt toporne, tempo narracji przypomina raczej to z dramatu egzystencjalnego, a bohaterowie są za mało wyraziści. Miałem wrażenie, jakby wszystko było zanurzone w jakiejś gęstej mazi, która ograniczała ekspresję i blokowała wszystkich przed pokazaniem pełni swoich możliwości.

Szkoda, bo pomysł był naprawdę dobry.

Ocena: 5

Another Happy Day (2011)


"Kolejny szczęśliwy dzień" to typowa produkcja niezależna z USA. Mam już powoli dość tej samej mieszanki smutków i radości, traum i dziwactw i tych samych twarzy w kolejnych takich samych rolach.


Jednak ten film broni się za sprawą Ellen Barkin. Genialna, niedoceniona rola aktorki, która potrafiła w bardzo wyrazisty i autentyczny sposób ukazać neurotyczną osobowość. Jej mistrzostwo widać chociażby w sceny, w której opowiada traumatyczną scenę z czasów małżeństwa i nie otrzymuje żadnego wsparcia i zrozumienia ze strony rodziny. Jej totalne zagubienie chwyta za serce. Dzięki niej ta sztampowa historyjka zyskuje życie autonomiczne, niezależne od konstrukcji wymyślonej przez twórcę.

Ocena: 7

Never Back Down 2: The Beatdown (2011)


Po ten film sięgnąłem z czystej ciekawości. Nie wyobrażałem sobie bowiem, jak można nakręcić sequel dla takiego gniota jak "Po prostu walcz". Okazało się, że nie można.


Całość oczywiście nie ma nic wspólnego z jedynką, poza faktem, że jest równie kiepsko zrobiona. Najzabawniejsze jest w nim to, że nikt tam nie walczy z miłości dla sportu, z pragnienia sprawdzenia się, skonfrontowania z innymi w męskiej rywalizacji. Tu walki MMA są zawsze związane z jakąś traumą, a to matką pracującą w klubie ze striptizem, a to z lękiem przed ślepotą, a to z ojcem, który porzucił rodzinę dla innego faceta, a to z poczuciem niższości powiązanym z czystą psychopatią.

Gdyby jeszcze reżyser potrafił to wszystko jakoś sprawnie opowiedzieć. Ale nie, więcej emocji i napięcia można znaleźć w transmisji meczu szachowego.

Ocena: 3