wtorek, 31 lipca 2012

La vie d'une autre (2012)


Czy ten film miał podnosić na duchu? Bo ja wyszedłem z niego totalnie przygnębiony. Chyba wolę temat amnezji w wydaniu naiwnych amerykańskich komedyjek, nie dają bowiem do myślenia, a przy "Zakochanej bez pamięci" główka cały czas pracuje, a wnioski nie są zbyt przyjemne.


Bo też co się okazuje, kiedy bohaterka traci wspomnienia ostatnich 15 lat? Że jest zupełnie inną kobietą. Tak, odniosła materialny sukces, ale za cenę wszystkiego co ważne. Nagle odkrywa, co ją ominęło, ale bez wiedzy, jak do tego doszło. W rezultacie wniosek może być tylko jeden. Dorosłe życie to czas, kiedy marnujemy i niszczymy to, kim jesteśmy, trwonimy dane nam dary i zamykamy się w iluzorycznych dowodach statusu. Nie rozwijamy się. Życie jest dekonstrukcją budowli, jaką sami jesteśmy. I nie ma na to rady. Bo chociaż bohaterka za sprawą amnezji przerywa jedno błędne koło, to natychmiast rozpoczyna drugie. Film jednak niczego nie rozwiązuje. Bohaterka nie odzyskuje pamięci, więc nie może skonfrontować tego, czego się nauczyła pozbawiona wspomnień, z doświadczeniami ostatnich 15 lat. Otwarte zakończenie jest ślepą ulicą z napisem śmierć, bo też innego definitywnego rozwiązania problemów bohaterów po prostu nie ma.

Ocena: 6

PS. Nie ma żadnego usprawiedliwienia na niszczenie życia Mathieu Kasovitza, nawet jeśli jest się Juliette Binoche.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Madagascar 3: Europe's Most Wanted (2012)


Wow, dawno już nie widziałem tak psychodelicznego filmu. "Madagaskar 3" wydaje się krzyżówką Michaela Baya z Angiem Lee i jego sceną odlotu ze "Zdobyć Woodstock" dokonanego w laboratorium do produkcji LSD. Nie wiem czy akurat to brali twórcy. Cokolwiek to było, musiało być naprawdę mocne.


"Madagaskar 3" nie ma żadnej fabuły. Owszem jest jakiś czarny charakter, jest też pretekst, dla którego dzieje się to, co się dzieje, ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko chaos kolejnych skeczowych fajerwerków. Cały czas coś się dzieje, twórcy nie dają nam ani na chwilę odpocząć. Do maksimum wykorzystują efekt 3D (w końcu znalazł się film, który daje to, co w 3D większość z nas lubi najbardziej). Czasem ich starania nie przynoszą rezultatów, innym razem bawią do łez. Feria barw i ruchu ma tu wyraźnie halucynacyjny charakter.

Polski dubbing jest całkiem niezłym. Kilka z tekstów naprawdę warto zapamiętać. Do moich ulubionych należą: Jestem tęczą w czarno-białym filmie (nie wiem czemu, ale rozbawił mnie ten tekst do łez); Masz szorstką szczecinę. Lubię to u kobiety i jeszcze to: Traktujesz mnie jak emocjonalny materac! Dziś śpisz na podłodze.

Ocena: 7

niedziela, 29 lipca 2012

(2011) הערת שוליים


"Twierdza Beaufort" nie zrobiła na mnie zbyt dużego wrażenia. Ale nowy film Cedara, to zupełnie inna para kaloszy. Ileż w nim treści, jak świetnie został zagrany, a przede wszystkim po mistrzowsku opowiedziany.


"Przypis" to opowieść o tym, że kobiety mają lepiej. Wystarczy wziąć przykład piękności, której jednak nie udało się wygrać upragnionego konkursu na Miss. Po pewnym czasie wiek robi swoje i nie ma zmiłuj się, musi przyjąć do wiadomości, że już nigdy nie wygra. Może więc spokojnie przelać swoje ambicje na córkę i wypchnąć ją w świat rywalizacji, by wygrała tytuł dla matki. Z facetami jest inaczej. A już w szczególności z facetami żyjącymi w świecie nauki. Tu nie ma daty przydatności, więc nigdy nie można pozbyć się złudzenia, że należne zaszczyty kiedyś w końcu spadną. A skoro tak, to trudno wspierać syna, który tytuły i nagrody otrzymuje ot tak, zupełnie od niechcenia. Syn staje się rywalem, który zamiast dumy budzi zazdrość, którego sukcesy są tylko przypomnieniem własnych porażek.

"Przypis" to także opowieść o świecie nauki i naukowców w ogóle. Cedar demaskuje mit "prawdziwego uczonego". Pokazuje to środowisko jako hermetyczną grupę, która wcale nie jest oświecona, która jest równie małostkowa, nagradzająca nie oryginalność, ale podążanie wyznaczonymi torami. Jednak Cedar nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu. Owszem syn może jest tchórzem i konformistą, ale z drugiej strony jego ojciec uprawia nic więcej jak naukową masturbację, ma gigantyczny zasób wiedzy i jeszcze większe umiejętności analitycznego, drobiazgowego myślenia, a jednak nie wykorzystuje tego, zatrzymany w pół drogi, nie potrafi się wziąć w garść.

Jest to również historia o ludzkiej szlachetności i podłości. Choć określenia te zazwyczaj używane są w taki sposób, jakby były to cechy absolutne i człowiek szlachetny nie mógłby być zarazem podły, Cedar pokazuje jak błędne jest to myślenie. Że zachowanie pozornie szlachetne wynika czasem z wyrachowania, a podłość może być reakcją emocjonalną na wyjątkowo nieprzyjemny splot okoliczności. I dlatego najbardziej podoba mi się intryga Grossmana, który stawia syna głównego bohatera w tragicznym położeniu. Grossman może nienawidzić bohatera, ale zna jego umiejętności aż za dobrze. Dlatego, kiedy proponuje synowi deal, zastawia na niego pułapkę, z której nie ma wyjścia. Cokolwiek ten zrobi, Grossman i tak wygra. Uwielbiam ten drobny wątek.

Jednak film zapewne nie zrobiłby na mnie aż takiego wrażenia, gdyby nie sposób narracji. Cedar w fantastyczny sposób operuje obrazem. Kilka statycznych ujęć odpowiednio ze sobą zmontowanych mówi tu więcej niż mogłoby to wyrazić kilkadziesiąt zdań. Mistrzostwo! I tylko żałuję, że reżyser zdecydował się na otwarte zakończenie. Zazwyczaj jestem ich zwolennikiem, ale w tym przypadku, kiedy tak bardzo koncentrujemy się na psychice bohaterów, ta ostateczna decyzja powinna zostać pokazana.

Ocena: 8

In the Closet (2008)


Brent Corrigan ma tak niewinną twarz, że łatwo uwierzyć, kiedy mówi, że to jego pierwszy raz. W rzeczywistości w jego tyłku można byłoby otworzyć centrum handlowe, tylu go odwiedziło przez wszystkie lata pracy w porno-biznesie.


Ponieważ widziałem go już w normalnych produkcjach, jego maślane spojrzenie nie robi na mnie tak szokującego wrażenia. A to na tym właśnie bazuje ten film. Bez tego kontrastu filmik jest słabiutki, a pointa ledwie co wygrana, jakby była jedynie usprawiedliwieniem dla rozebrania Corrigana.

Ocena: 4

sobota, 28 lipca 2012

Reuniting the Rubins (2010)


Film, który można włączyć, kiedy ma się w domu coś do zrobienia, ale nie lubi się ciszy. Wtedy od czasu do czasu można zerknąć jednym okiem i nic się nie straci.


Bo też "Spotkanie rodzinne" to rzecz błaha, wtórna i zupełnie niewykorzystująca potencjału aktorskiego. Jedyne, co było fajne w filmie, to rozrzucenie dzieci bohatera po czterech kątach świata, każde wyznające inny światopogląd. To dawało sporo możliwości, ale niestety nic z tego w filmie nie wynika. Trochę szkoda.

Ocena: 4

Hostel: Part III (2011)


Ja naprawdę od filmów w rodzaju "Hostel III" nie wymagam wiele. Mam gdzieś fabułę, logikę, a nawet grę aktorską. Ale nie mogę zignorować tego, że ktoś rżnie głupa i wydaje mu się, że widzowi byle kit wciśnie.


A tak właśnie jest w "Hostelu III". Rzecz opiera się przecież wyłącznie na scenach tortur. Niestety twórcy zrobili wszystko, by nic nie pokazać. Najlepiej wypada odzieranie ze skóry na żywca, bo tam przynajmniej pokazano krwawy efekt. Przy pozostałych sekwencjach nie było nawet tyle dobrego. Twórcy wolą koncentrować się na znudzonych twarzach widzów, szalonych spojrzeniach oprawców i opiętych skórą pośladkach. Tak więc jedyną atrakcją filmu jest Cassie Keller w jakże wymagającej roli "topless waitress".

Ocena: 3

czwartek, 26 lipca 2012

The Dark Knight Rises (2012)

!!! MEGA SPOILERY !!!

Nolan mógłby podać rękę Leni Riefenstahl, a "Mroczny Rycerz powstaje" spokojnie można postawić obok "Triumfu woli". Ja rozumiem intencje reżysera, ale sposób ich prezentacji budzi mój wewnętrzny opór. Ten film byłby przebojem w czasach McCarthy'ego i Hoovera. I pozostaje mi mieć nadzieję, że większość zadowolonych z takiej retoryki nie zauważy tego.


Bo na pierwszym planie trzeci Batman wydaje się rejteradą wobec przesłania "Mrocznego rycerza", gdzie Nolan przekonywał, iż bushowska polityka totalnej inwigilacji i gwałcenia praw obywatelskich jest w pełni uzasadniona stanem wyższej konieczności i walki o wolność. Nolan demaskuje Prawo Denta jako narzędzie terroru, które tylko pozornie daje bezpieczeństwo, a w rzeczywistości rodzi coraz większe podziały. Jak ten – wzięty z życia – gdzie 1% żyje w niewyobrażalnym luksusie, podczas gdy 99% musi jakoś wiązać koniec z końcem. A im większa jest przepaść, tym bardziej prawdopodobne jest, że pojawi się hydra rewolucji, która spróbuje zniszczyć świat uprzywilejowanych i to w taki sposób, by pognębieni nie mieli szans stać się nową rasą panów. Nolan więc oskarża tych, którzy stosują ekstremalne środki, że wychowują sobie jeszcze bardziej ekstremalnych przeciwników.

I wszystko jest cacy, gdyby nie fakt, że jest to zwykły brokat, pod którym kryje się historia inna o 180 stopni. W rzeczywistości Nolan tylko podsyca strach. Ruch 99% zostaje tutaj ubrany w szaty rodem z najgorszego propagandowego filmu ostrzegającego przed komunistyczną rewolucją: motłoch, któremu tylko jedno w głowie – ruina świata. Nolan karmi absurdalny strach konserwatywnych Amerykanów, przez który większość obywateli tego kraju nie ma połowy tych praw, co Europejczycy, ponieważ piętnowane są one jako "socjalizm" (sam Obama ostatnio często nazywany jest socjalistą – oczywiście jako obelga – za sprawą ustawy zdrowotnej). Zamyka tym samym drogę do tego, by uzasadnione obawy wyrażane przez Ruch 99% mogły zostać rozwiane, a problemy rozwiązane.

Film Nolana to także usprawiedliwienie starych rodów finansowych. W osobie Bruce'a Wayne'a zostają oni oczyszczeni z wszelkich win, pokazani jako ci, którzy są sojusznikami Amerykanów poprzez organizacje charytatywne i biznesy, które prowadzą. Bruce nawet bankrutuje, by okazać się jeszcze bliższy ludu. Wrogami są ci, którzy wyrośli w biedzie i dorobili się fortun (jak Talia). To oni są chciwcami, którzy niszczą idealny system kapitalistyczno-wolnorynkowy. Morał z tego jest rzecz jasna prosty: należałoby maluczkim uniemożliwić dorabianie się fortun. Wyjątkiem jest sytuacja, w której wychowamy sobie wiernego sługę nie mającego w głowie nic poza lojalnością (jak Alfred, który dostaje w spadku kasę po Brusie). Oczywiście zawsze też można w sobie bogacza rozkochać. Ta opcja też jest przez Nolana akceptowana.

Od strony wizualnej film oczywiście jest bez zarzutu. O dziwo nawet sam Batman nie wygląda tu już jak eksponat z sex-shopu. Kobieta-Kot jest bardzo dobrym dodatkiem i Anne Hathaway spisała się w tej roli koncertowo. Bardzo spodobał mi się wątek Mirandy/Talii. Ja od początku wiedziałem, kim jest (dopiero po filmie czytając cudze opinie zorientowałem się, że nie jest to dla wszystkich oczywiste). A jednak fajnie pogrywa postacią tak, że w pewnej chwili zacząłem wątpić. Jego Bruce widzi Ra'sa oznajmiającego, że Bane jest jego synem zacząłem myśleć, że twórcy skomplikowali fabułę jeszcze bardziej, niż sobie to wyobrażałem.

Oczywiście koniec końców okazuje się, że jest to tylko "Batman i Robin" tyle że w mrocznym odbiciu. I pewnie dlatego najfajniej wypada w filmie wątek Robina bez Robina. Choć grający go Gordon-Levitt wydał mi się trochę sztywny, zwłaszcza w pierwszych scenach.

Ocena: 7

wtorek, 24 lipca 2012

Step Up Revolution (2012)


Gdybym chciał wziąć fabułę filmu na poważnie, to musiałbym czwartą część "Step Up" uznać za jeden z najbardziej perwersyjnych i cynicznych filmów, jakie widziałem w ciągu ostatnich paru lat.


Wątek córka-ojciec chyba zupełnie wbrew intencjom twórców przybiera tu monstrualne rozmiary kompleksu Elektry, który daleko za sobą pozostawia granicę normalności. Symbiotyczna więź przywoływana jest co pięć minut, ale to już przeszłość. Teraz więź ta się rozpada pod wpływem rozbudzonej seksualności córki. Ale ponieważ relacja jest wciąż patologiczna, o seksie nie ma mowy, więc jest on sublimowany w taniec. Niezaspokojona potrzeba seksualna pomiędzy ojcem i córką osiąga kulminacyjny poziom w scenie, gdy ojciec widzi córkę tańczącą erotycznie sugestywny taniec z młodym Latynosem. Łzy w oczach wynikają z uświadomienia sobie przez ojca, że już nigdy nie posiądzie córki, niezależnie od tego ile osiedli zabuduje fallicznymi wieżowcami.

Jest też wątek wuj-siostrzenica. Ja rozumiem, że to miało być zabawne i całkiem niewinne, ale twórcom i to nie wyszło. Scena, w której bohater ściąga koszulkę i prezentuje swoje perfekcyjnie wycyzelowane ciało tylko po to, by zabawić kilkuletnią siostrzenicę, budzi jednoznacznie skojarzenia z pedofilią. Zwłaszcza, że bohater wykorzystuje swoją półnagość by uczyć siostrzenicę tańca. A w "Step Up Revolution" taniec jest substytutem seksu, co widać w każdej scenie tanecznej, a zwłaszcza, kiedy tańczą główni bohaterowie.

To jest na swój sposób zabawne, że twórcy "Step Up" tak bardzo boją się seksualności młodych, że wolą już, by ci sublimowali popęd seksualny do potrzeby walki o lepsze jutro. Lepszy jest bunt niż seks.

Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić, skoro bunt jest w tym filmie pokazany jako rzecz zupełnie bezsensowna. W świecie bohaterów (a więc i w tym, w jakim my żyjemy) wolność nie istnieje. Jedyne, o co możemy walczyć, to o podniesienie własnej wartości, przez co znajdziemy większą korporację, gotową zapłacić za nas więcej pieniędzy. Bunt kończy się sukcesem, kiedy buntownicy godzą się sprzedać siebie i się jeszcze z tego cieszą. Przerażająca perspektywa...

A tak na serio. "Step Up 4" to dowód na to, że filmy taneczne nie powinny być mieszane z ideologią. Wygląda to po prostu absurdalnie. Całość byłaby o wiele bardziej strawna, gdyby fabuły nie było w ogóle. Bo choreografie scen tanecznych są naprawdę dobre. Na mniej szczególnie duże wrażenie zrobiła sekwencja w galerii. Pyszna uczta audiowizualna. Do tego Ryan Guzman to niezłe latynoskie ciacho. Z pań Kathryn McCormick nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Zdecydowanie wolę grającą DJ-kę Cleopatrę Coleman.

Ocena: 3

poniedziałek, 23 lipca 2012

Meet Monica Velour (2010)


Słabiutki film o niczym. Pewnie w zamyśle miała to być gorzka komedyjka i przemijalności czasu i konfrontacji marzeń z rzeczywistością. Ale ponieważ bohaterowie są bladymi kopiami postaci z setek podobnych filmów, całość prezentuje się nad wyraz mizernie.


Najgorsze jest jednak to, że film nie pokazuje żadne emocjonalnej podróży. Zakończenie wydaje się mocno naciągane i nie wynika za bardzo z tego, co widać na filmie. Bo też trudno pogodzić fakt, że główny bohater pozostaje do końca odporny na rzeczywistość i kurczowo trzyma się swego snu z tym, że na końcu wydaje się iść na przód. To byłoby możliwe gdyby pogodził się, iż marzenie jest tylko marzeniem albo też gdyby rozczarował się rzeczywistością. Ponieważ tak nie jest, jego zachowanie jest nielogiczne i nieuzasadnione. Podobnie jak i Moniki. Pewnie miało wyjść na to, że za sprawą wierzącego w nią nastolatka zyskuje siłę i motywację, ale to również nie zostało pokazane.

Za to jest dużo nudy i pozorowanych atrakcji. (OK, Princess LayMe było nawet fajnym pomysłem.)

Ocena: 4

niedziela, 22 lipca 2012

Powder Blue (2009)


Czy ten pocałunek na końcu miał mi przynieść nadzieję na lepsze jutro? Jeśli tak, to muszę rozczarować twórców, na mnie to nie podziałało. Oglądając "Błękitny deszcz" miałem wrażenie, że sfinansowała go jakaś ekstremalna grupa chrześcijańska.


Bóg w tym filmie to przerażająca istota. Jurysta, przy którym o wybaczeniu i nadziei możemy zapomnieć. To nadzorca pilnujący, byśmy żyli w kieracie wyznaczonych nam ról. I jak długo jesteśmy spolegliwi, tak długo kara wisi nad nami niczym miecz Damoklesa. Ale wystarczy, że na chwilę się zapomnimy, pozwolimy sobie na miłość, marzenia o lepszej przyszłości, nawiną wiarę, że jutro wszystko będzie dobrze, by miecz spadał na nas z mocą wszechwładnego gniewu.

A jeśli jakimś cudem, Bóg postanowi na "przebaczyć", to robi z tego wielkie show i oczekuje wdzięczności. A przecież nic nie zostało wybaczone, nic nie zostało zapomniane. To tylko kot bawiący się myszą przed jej pożarciem poluzował pazury dając myszy iluzję uwolnienia.

Szkoda, że film został porządnie zrobiony, bo z takim przesłaniem to chętnie postawiłbym mu niższą ocenę.

Ocena: 6

Ps. Eddie Redmayne raczej nie powinien farbować włosów na czarno.

Salvation Boulevard (2011)


Jeśli kiedyś zostanę porwany. To mam nadzieję, że więziony będę w takich samych warunkach, jak główny bohater przez meksykańskiego "biznesmana". O wiele lepiej być ofiarą skorumpowanego bogacza niż fałszywego ewangelistę.


Zupełnie nie rozumiem, dlaczego "Bulwar odkupienia" nie cieszy się popularnością. Na mnie film zrobił jak najbardziej pozytywne wrażenie. Był przewrotny, a przede wszystkim zabawny. Podobał mi się Pierce Brosnan jako głowa Kościała Trzeciego Tysiąclecia (bezcenna scena policzkowania Jorge). Jeszcze lepsza była nawrócona Jennifer Connelly (jestem uzbrojona i niebezpieczna, jestem Mieczem Bożym).

Nie jest to jakiś niezwykły film, ale oglądając go bawiłem się nieźle. Niczego więcej naprawdę nie potrzebowałem.

Ocena: 7

sobota, 21 lipca 2012

Arena (2011)


Nie mam nic przeciwko takim filmom. Tylko nie rozumiem, dlaczego muszą do nich angażować aktorów, którzy jednak sugerują, że będzie to coś więcej niż kolejna produkcja jednorazowego użytku.


"Arena" ma bardzo kiepską fabułę i jeszcze gorszą reżyserię. Wstęp do głównej części jest żenująco kiepski. Po nim można już się domyślić, jaki będzie główny twist filmu. Walki komputerowo podrasowe, żeby wyglądały na brutalne i chude gołe laski to dwie atrakcje. Na mój gust raczej dość tanie. Samuel L. Jackson odbębnia swoją rolę bez większego wysiłku. Natomiast nie wiem, na ile poważnie rolę potraktował Lutz. Czy naprawdę jest tak kiepskim aktorem, czy po prostu pojawił się tu dla czeku i resztę miał w głębokim poważaniu.

Ocena: 3

środa, 18 lipca 2012

Prometheus (2012)


Filmem "Prometeusz" Ridley Scott dołącza do grona Starców, którzy dla dobra swojego własnego imienia powinni zrezygnować z reżyserii. Scott wypada ostatnio zdecydowanie lepiej w roli producenta i to telewizyjnego, więc niech się do tego ograniczy.


Po seansie rozumiem, dlaczego w tytule nie ma "Obcego". W ten sposób Scott dokonał jedynej rozsądnej rzeczy i pomimo faktu, że jest to bezpośredni prequel "8 pasażera Nostromo", wyjaśniający wszystko od Space Jockeyów po wygląd Obcych, zdystansował się do głównej serii. Dzięki temu uratował ją przed szmirą, którą niestety okazał się "Prometeusz".

Jakim cudem ktoś może uważać, że Damon Lindelof jest dobrym scenarzystą? To właśnie tekst jest największą wadą filmu. Fabuła nie trzyma się kupy, z logiką nie ma nic wspólnego. Motywacje bohaterów i ich zachowania są enigmą. Miałem wrażenie, iż oglądam nie naukowców prowadzących pionierską wyprawę, a niedorozwiniętych potomków Dee Dee z serialu "Laboratorium Dextera". Tylko czekałem, kiedy ktoś z załogi powie ooooo, buttons. Do tego stwierdzanie oczywistości (o, głowa!), plemnikopodobni obcy, Fifield i Millburn jako nieudolna próba wprowadzenia do filmu humoru – wszystko to pogrąża "Prometeusza".

Jednak byłbym w stanie wybaczyć filmowi jeszcze większe głupoty, gdyby tylko całość była kinem rozrywkowym. Niestety wynudziłem się na "Prometeuszu" niemiłosiernie. Jedynie w scenach masakr robiło się ciekawiej. Reszta niestety to smęty potęgowane jeszcze przez fakt, że główna bohaterka to mimoza, a reszta postaci jest niewiele lepsza (no może z jednym czy dwoma wyjątkami).

Od filmu o wiele lepsza była kampania promocyjna z wiralami.

Ocena: 3

wtorek, 17 lipca 2012

Dirty Laundry (2012)


Ile trzeba zrobić, żeby wkurzyć Punishera? Samo znęcanie się nad uliczną dziwką nie wystarczy. Nawet zagrożenie życia małolata to za mało. Dopiero Ron Perlman i Jack Daniels są w stanie zmusić Punishera do działania. Ale kiedy w końcu ruszy swoje cztery litery, boy oh boy, będzie się działo.


Choć jest to niepopularna opinia, osobiście uważam "Punishera" z Jane'em za całkiem udany film. Fajna komiksowa adaptacja, trochę przejaskrawiona, ale zabawna. Wolę w każdym razie tę wersję niż późniejszą z Rayem Stevensonem. Dlatego też z ciekawością sięgnąłem po tę "fanowską" krótkometrażówkę.

Filmik rozkręca się powoli. Niektóre sceny trochę drażnią (automat z zabawkami). Ale sekwencja akcji jest pierwszorzędna. Brutalna i na maksa odjechana. Taka, jaka powinna być w Punisherze. Ciekawe, czy pozwoli to Jane'owi wrócić do roli naprawdę.

Ocena: 7

Ronal Barbaren (2011)

Nie wiem, kto jest bardziej perwersyjny. Czy twórcy, którzy ponownie nie mają żadnych świętości? Czy może polski dystrybutor, który próbuje przekonać wszystkich, że jest to film dla dzieci? "Roman Barbarzyńca" jest filmem familijnym tylko wtedy, kiedy uznacie, że sado-masochsityczne, biseksualne, softcore'owe tematy są idealne w dziecięcej produkcji.


Ci z was, którzy widzieli szaloną i obrazoburczą "Wyprawę na Saturna" wiedzą jednak doskonale, czego mogą się spodziewać. I twórcy tych oczekiwań nie zawodzą. Nie jest co prawda aż tak absurdalnie, a i poziom kontrowersji jakby został obniżony. Mimo to wciąż jest sporo mocnych scen i przezabawnych momentów.

Polski dubbing przypomina ścieżki dźwiękowe do drugorzędnych gier, ale i tak za kilka tekstów należą im się brawa (gra w dwie wieże, kołczan i grot, itp.).

Nie wiem, czy polecałbym ten film dzieciom. Za to dorosłym, którzy lubią brudny i dziwaczny humor, gry aluzjami oraz absurd, mogę film polecać z czystym sumieniem.

Ocena: 7

niedziela, 15 lipca 2012

Game Change (2012)


Rozczarowująco płaski i mało wnikliwy film. Ale nie powinno mnie to dziwić. Jay Roach jest raczej reżyserem komediowym niż dramatycznym, czego dowiódł słabiutkim "Decydującym głosem". Tym razem wcale się nie poprawił, ale film oceniam wyżej, bo i Julianne Moore i Ed Harris zagrali na tyle dobrze, że wyciągnęli całość do poziomów przyzwoitej średniej.


"Zmiana w grze" mogła poruszać wiele tematów. Mogła opisywać proces celebrytyzacji życia politycznego. Mogła demaskować obłudę amerykańskich wyborców, którzy sami niewiele wiedzą o świecie, ale wyśmiewają się z tych, którzy w życiu publicznym okazują się ignorantami. Mogła naświetlić dramatyczny konflikt na prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej, gdzie republikanie ścierają się z członkami tea party. Mogła być portretem ambitnej kobiety, która znalazła się na środku oceanu w czasie sztormu i która za wszelką cenę chciała go przetrwać i ujarzmić. Mogła...

Niestety Roach zrobił po prostu film o prezydenckiej kampanii. Skrupulatnie odnotował wszelkie wzloty i upadki. Tyle tylko, że nie wiadomo po co to zrobił. Z filmu nie wynika żadna diagnoza, nie pojawiają się żadne wnioski, refleksje. Po skończonym seansie czułem się tak, jakbym w ogóle filmu nie widział. Nic, kompletnie nic się nie zmieniło.

Na szczęście całość bronią solidne kreacje aktorskiej. W szczególności na pochwałę zasługuje Moore, która uczyniła z Palin postać z krwi i kości, skomplikowaną i niejednoznaczną.

Ocena: 6

The Beaver (2011)


Życie jest kłamstwem, które mówimy sami sobie. Dla siebie, bliskich, w pracy decydujemy się na kompromisy. I nawet nie zauważamy, aż zostajemy unieruchomieni w cemencie zobowiązań i pozorów. A jeśli nawet czujemy jakiś lęk, niewyraźnie wyczuwamy, że coś jest nie tak, to mamy psychiatrów, którzy z radością zaczną nas faszerować chemikaliami, byśmy oślepli na prawdę do reszty. Nie zdając sobie sprawy, zmieniamy się w zombie. Umieramy w środku, zapominając poinformować o tym ciało.


Ale nie jest za późno. Możemy odzyskać życie. Musimy tylko przyznać się do kłamstwa. Musimy zdobyć się na ryzyko wkroczenia do labiryntu, bez pomocy nici Ariadny. Czasem droga do zdrowia wiedzie przez szaleństwo. I w tym tkwi niebezpieczeństwo. Nie można udawać, grać w odgrywanie ról. Trzeba pogrążyć się całkowicie, otworzyć i dać wchłonąć, ryzykując, że nie dotrze się na drugi brzeg w całości lub w ogóle, ryzykując utratę wszystkiego, co ważne. Tej podróży nie można zamarkować, tu nie ma miejsca na oszustwo i kłamstwo. To mroczna, absurdalna i niebezpieczna podróż. Ale tylko w ten sposób można odnaleźć siebie.

Jodie Foster powraca do reżyserii w wielkim stylu. Jeszcze większe brawa należą się scenarzyście-debiutantowi. Napisał wielowymiarową przypowieść o życiu, którą cechuje niezwykła dojrzałość i wyczulenie na ludzkie doświadczenie. Jednak największym atutem "The Beaver" jest Mel Gibson. To fenomenalna kreacja, która zasługuje na uznanie większe, niż to otrzymane przez aktora. Być może jest to jedna z najlepszych ról w jego całej karierze, a przez chaos w życiu prywatnym została przez większość zignorowana. Wielka szkoda.

Ocena: 9

Angel on My Shoulder (1946)


Archie Mayo. Muszę się przyznać, że nazwisko to praktycznie nic mi nie mówi. Muszę to jednak zmienić. Ktoś, kto nakręcił film, który ponad 60 lat później potrafi rozbawić do łez, z całą pewnością jest nietuzinkowym twórcą. "Anioł na ramieniu" to jeden z jego ostatnich filmów, ale i dziś jest to przednia rozrywka, z którą nie może się równać większość współczesnych komedii.


Punktem wyjścia jest hiobowa przypowieść o Bogu i szatanie. Reżyser wraz ze scenarzystami wykorzystali tę historię do stworzenia bardzo przewrotnej komedii o gangsterze, który za namową diabła wciela się w popularnego sędziego, by go skompromitować. Całość została naszpikowana masą gagów. Do tego jest to rzecz wyjątkowo przewrotna. Główna bohaterka, choć jest piękna i szlachetna, zarazem jest ambitna, a gdy trzeba i wyrachowana. Szatan jest tu całkiem sympatyczną osóbką, mającą swoją autonomię w piekle, ale w sumie podlegającą Bogu. W kilku miejscach – zwłaszcza tam, gdzie akcent położony zostaje na relację romantyczną – film grzęźnie na mieliznach. Na szczęście jest tego mało i głównie w końcowych partiach, więc aż tak bardzo nie dawało się to w kość.

Bardzo spodobał mi się duet Paul Muni i Claude Rains. Między nimi aż iskrzy, świetna dynamika sprawia, że nawet mniej trafne gagi i tak śmieszą.

Ocena: 7

sobota, 14 lipca 2012

Blue Valentine (2010)


Jeden z najbardziej przerażających filmów, jakie widziałem. Bardzo właściwym było obsadzenie w głównej roli Ryana Goslinga. Zagrał on wcześniej w jednym z najpiękniejszych (moim zdaniem) filmów o miłość "Notatnik", a teraz demaskuje mit Wielkiej Miłość jako jedną wielką ściemę.


"Blue Valentine" udowadnia, że miłość romantyczna to wielkie gówno. I naprawdę farta mają ci, którzy tak jak Romeo i Julia w rezultacie giną. Nie doczekali bowiem końca miłości, który jest straszny. Derek Cianfrance pokazując historię Deana i Cindy przekonuje widzów, że miłość romantyczna jest wymysłem i domeną mężczyzn. Że tylko oni mogą prawdziwie kochać, ponieważ dla nich monogamiczny związek i deklaracja wierności jest wynikiem uczucia, i do tego uczucia sprzecznego z ich naturą. Z kolei kobiety lubią o sobie myśleć, że są romantyczkami, lubią marzyć o Rycerzu na białym koniu, który ich porwie w ramiona baśni wiecznej szczęśliwości. Kiedy przychodzi co do czego, są jednak bezwzględnymi pragmatyczkami. Dlatego Cindy nie rozumie, dlaczego Dean nie widzi żadnego problemu w tym, że "nie rozwija swojego potencjału". Dlatego Dean jest ślepy na to, że Cindy reaguje alergią na jego miłość. Im bardziej stara się pokazać, że ją kocha, tym bardziej ona się od niego oddala. I tak miłość staje się nowotworem, który zżera ich od środka, zostawiając po sobie ból, frustrację i pustkę.

Tak naprawdę to mężczyźni są z Wenus, a kobiety z Marsa i możliwe jest między nimi tylko spotkanie, ale nie trwanie. Chyba że spoiwem będzie coś innego niż romantyczna miłość. Morał z "Blue Valentine" jest prosty. Jeśli jesteś facetem i zakochałeś się w kobiecie, to wybij sobie żeniaczkę z głowy. Twoja miłość zniszczy ukochaną. Jeśli zaś jesteś kobietą, która ma szczęście spotkać faceta, który dla niej zrobi wszystko, zakochany po uszy, to spieprzaj w trymiga. Inaczej znienawidzisz tego, który ofiarowuje ci szczęście.

Co do samego filmu, to Cianfrance poszedł na łatwiznę. Nie ma bowiem nic prostszego jak skonfrontować początek związku z jego końcem. Sztuką jest pokazać, jak do tego końca doszło. Czy rozpad zapisany jest zanim jeszcze dwoje ludzi powie sobie sakramentalne "tak"? Czy może jest to powolna erozja, niezauważalna dla zakochanych, aż jest za późno na naprawę? A może po prostu pewnego dnia budzimy się z alergią na uczucie, które dotąd nas uszczęśliwiało? Cóż na te pytanie będą musiały odpowiedzieć inne filmy.

Ocena: 7

Meek's Cutoff (2010)


Surowy film o surowych czasach. Trzy rodziny przemierzają pustkowia Oregonu. Ich przewodnikiem jest zarośnięty traper, który wydaje się lepszy w gadce-szmatce niż w prawdziwym wytyczaniu szlaku. Może dlatego sięgną po niechętną pomoc Indianina.


"Meek's Cutoff" opiera się na samych znakach zapytania. Nie wiemy nic o bohaterach. Skąd przybyli, co sprawiło, że porzucili swoje domy. Jak oni, tak i my nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdują, komu mogą zaufać i czy w ogóle ujrzą cel swej wędrówki. To wszystko jest tu jednak nieważne. Liczy się wyłącznie brutalna monotonia wędrówki przez nieznane, ryzykując wszystko w sposób pozbawiony spektakularności i heroizmu.

Fajnym zabiegiem było takie skonstruowanie filmu, by nie miał on ani prawdziwego początku ani końca. Interesujące doświadczenie, choć wątpię, by jeszcze kiedyś po ten film sięgną.

Ocena: 6

piątek, 13 lipca 2012

Magic Mike (2012)


Życie jest drogą. Choć nie, jest raczej podróżą, którą każdy z nas odbywa oddzielnie. Może nawet po tej samej drodze. Ale każdy przemierza ją inaczej, swym własnym tempem. Możemy mówić, że ktoś marnuje swój potencjał, że stoi w miejscu, że ma talent, który trwoni lub z którym nic nie mówi. Ale to można mówić z boku, ze swojego własnego toru. Jak przekonuje Soderbergh na przykładzie Mike'a i Adama, w życiu nie ma drogi na skróty, rzeczy dzieją się właśnie w takiej, a nie innej kolejności, w tym a nie innym momencie i nie da się tego przyspieszyć.


Ot taki Mike. Ma fajny pomysł na biznes. Potrafi nawet zaoszczędzić pieniądze. A jednak nic naprawdę nie robi, by zmienić swoje życie. Od sześciu lat stoi w miejscu. Jest to miejsce atrakcyjne, z szansą na szybką kasę i fajne laski u boku. I Adam. Dobrze zapowiadający się sportowiec, który wpadł na mieliznę. Jest dzieciakiem, któremu w głowie zabawa i przyjemności. Może i jest to mało dojrzałe. Może i jest niebezpieczne. Może i rozbiłby się po drodze. Ale ponieważ jest tym, kim jest, nie ma dla niego innej drogi. Jego wzloty i upadki są tym, co go kształtują i nikt ani nic poza nim samym nie jest w stanie go odciągnąć od obranego kierunku. Adam jeszcze tego nie wie. Mike z początku filmu też nie. Podobnie jak i większość widzów, która wyrusza z nimi dwoma w trzymiesięczną podróż.

Mówiąc szczerze nie sądziłem, że Steven Soderbergh ma jeszcze w sobie ten artystyczny ogień, którym może mnie zaskoczyć. Po "Che", "The Girlfriend Experience", "Intrygancie" i ostatnio "Ściganej" przestałem się po nim czegokolwiek dobrego spodziewać i wcale nie było mi żal, że przymierza się do filmowej emerytury. Tymczasem "Magic Mike" rozłożył mnie na łopatki. Zdębiałem. Zamurowało mnie. To kapitalne kino. Niezależna produkcja z rodzaju tych najlepszych, odrzucająca cały ten smęt i normalność dziwactwa (czego w obecnym kinie niezależnym mam już serdecznie dosyć). Jak dla mnie jest to najlepszy film w dorobku reżysera, który powraca do "Seksu, kłamstw i kaset wideo", czyli miejsca, które tak dawno temu, jako młody twórca opuścił.

Co najbardziej mnie zaskoczyło, to fakt, że cały film zbudowany jest na banałach. W przekonujący sposób pokazać truizm na ekranie i do tego oczyścić go z patyny ignorancji i pokazać jako żywą, wciąż aktualną prawdę, to wyczyn godny prawdziwego mistrza. Soderbergh naprawdę mi tym zaimponował. Czy chodzi o kuszący urok szybkiej forsy, łatwe dziewczyny, czy też zwykłą opowieść o kształtowania się romantycznego uczucia, wszędzie pozostaje autentyczny. Ta kusicielska moc kasy tutaj nie jest jakąś bajońską sumą, a niezbyt imponującą stertą banknotów o drobnych nominałach. Tu dialogi są żywe i cięte, ale nie czuje się w nich oczekiwania na oklaski i śmiech z offu.

Soderbergh nie czaruje nawet świata striptizerów! Zachwyciło mnie to, jak podszedł do scen w klubie. Zero podpimpowywania sekwencji taneczno-rozbieranych. Nie ma ostrego montażu, efektownych najazdów kamery. Tu naprawdę musieli uwodzić aktorzy. Ingerencja montażowa jest bardzo delikatna. W kinie spod znaku wielkiej hollywoodzkiej produkcji, takie podejście byłoby nie do pomyślenia. Wystarczy przypomnieć sobie pierwszy lepszy film taneczny albo kino akcji, gdzie rozpycha się wideoklipowa stylistyka.

"Magic Mike" to również świetna gra aktorska. Po raz pierwszy na poważnie zacząłem myśleć, że Alex Pettyfer ma talent. McConaughey zaimponował mi charyzmą. Jego wodzirej jest perfekcyjny i jakże odmienny od typowego wizerunku podobnych postaci, choć przecież ma ten sam zestaw cech opiekuna i wyzyskiwacza. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie Cody Horn. W dwóch scenach była po prostu niezrównana. Obie też nie wymagały od niej zbyt wiele słów. Pierwsza to scena, kiedy obserwuje Mike'a w pracy i powoli, wbrew sobie ulega jego urokowi. Druga to scena ostatniej rozmowy z Mikiem. Swoją drogą razem z Tatumem tworzyli bardzo zgraną parę. Z niekłamaną przyjemności słuchałem ich rozmów.

W tym wszystkim mam tylko dwa "ale". Pierwsze wynika z tego, że jestem fanem Matta Bomera, więc trochę mi było żal, że nie miał zbyt wiele scen dialogowych. To jednak jestem w stanie wybaczyć, tego wymagał film. Z drugą rzeczą jest mi się trudniej pogodzić. Prawie cały "Magic Mike" jest sfilmowany w kontrze do tego, jak podobne sekwencje kręcone są "w normalnej produkcji". Dlatego też scena narkotykowego zjazdu była zawodem. Tu Soderbergh nie wysilił się. Owszem, fajnie zmontował ujęcia, ale całość i tak była wtórna. Na szczęście, to jedyny minus tego udanego filmu.

Ocena: 9

21 Jump Street (2012)


Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że "21 Jump Street" stało się kasowym przebojem. Dziwi za to opóźnienie w Polsce (a przez chwilę wydawało się nawet, że w ogóle do kin nie wejdzie). Niby u nas komedie kumpelskie nie są zbyt popularne, ale nawet ja, który też się już przejadłem podobnymi filmami, przyznaję, że jest to rewelacyjna rozrywka.


Rzecz ma sporo kapitalnych scen. Mnie do łez doprowadziła scena "palcówki" i odlot głównych bohaterów po dragach. Świetne były eksplodujące kurczaki, aromatyczny Chrystus i scena aresztowania w parku. Tatum i Hill tworzą wdzięczną komediową parę. Dave Franco już wkrótce będzie miał równie wiele fanek, co jego bardziej znany brat. I jest jeszcze Ice Cube, który bardzo mnie zaskoczył brawurową kreacją opartą na wszelkich możliwych stereotypach.

Film w pewnych chwilach trochę zbyt mocno wyhamowuje. Ale i tak była to przednia zabawa.

Ocena: 7

czwartek, 12 lipca 2012

Seeking a Friend for the End of the World (2012)


Jak dużo zależy od chemii pomiędzy aktorami, można się przekonać oglądając "Przyjaciela do końca świata". Niby wszystko jest pomyślane tak, jak należy. Poszczególne elementy układają się w spójną wizję ostatnich dni na Ziemi. A jednak całość nie funkcjonuje i na poziomie romantycznym i na poziomie komediowym.


Wszystko to wina Steve'a Carella i Keiry Knightley. Choćby się dwoili i troili, to i tak nie wypadają przekonująco jako zakochana para. W ich relacji jest coś z lekka perwersyjnego. Bliżej jej do podszytej erotycznym napięciem relacji nauczyciela i uczennicy. Dodge i Penny nie są dla siebie równorzędnymi partnerami. Nie ma tu nic z tej chemii, którą czuło się w związku Carella i Julianne Moore w "Kocha, lubi, szanuje".

Komediowo jest tylko odrobinę lepiej. Owszem jest trochę zabawnych tekstów i scenek. Ale to, co najlepsze dzieje się na drugim planie i rzadko dotyczy dwójki gwiazd. Na dodatek przyjmijcie moje wyrazy współczucia wszyscy ci, którzy nie znacie angielskiego. Polski tłumacz nie ma chyba za grosz poczucia humoru i zignorował wszystkie najzabawniejsze teksty filmu.

Ocena: 5

środa, 11 lipca 2012

Αλπεις (2011)


Przewrotny film o tym, że żaden system nie może obejść się bez buntowników i odstępców, nawet jeśli musi ich zniszczyć.


Na pierwszym planie jest to intrygująca historia surogatów, ludzi udających zmarłych, by pomóc bliskim pogodzić się ze stratą (a przynajmniej tak mówią w oficjalnej wersji). Już sam w sobie jest to pomysł genialny i niejednoznaczny. Bowiem z jednej strony członkowie grupy zdają się autentycznie wierzyć, że mogą pomóc, ale z drugiej strony są jak sępy wyławiające ofiary jeszcze przed ogłoszeniem zgonu i którzy czynią to dla zaspokojenia własnych potrzeb.

Jednak w "Alpach" pomysł ten nie zostaje tak naprawdę wygrany. Wykorzystano zostaje jako dekoracja, bardzo egzotyczna i dziwna, ale w zasadzie nic ponadto. Reżyser o wiele bardziej interesuje jednostkowa historia członkini grupy i to, jaki wpływ ma jej zachowanie na całą grupę reprezentowaną przez postać gimnastyczki. Otóż bohaterka ta postępuje nie do końca zgodnie z kodeksem grupy. W tajemnicy przed resztą wyławia klientów, przekracza granice zwykłego pocieszenia. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, reakcja jest natychmiastowa i brutalna. Ale choć nikt się nie sprzeciwi, choć wszyscy uznają karę za właściwą do winy, to jednak wszyscy na tym skorzystali. Spinające całość sceny prób gimnastycznych wyraźnie to pokazują. Bez buntu nie byłoby zmiany.

Ocena: 6

poniedziałek, 9 lipca 2012

Beastly (2011)


Chyba powinienem podziękować twórcom tego filmu. Dzięki nim odkryłem w sobie nowe pokłady perwersji, o jakich do tej pory nie miałem pojęcia. Bo jak inaczej potraktować fakt, że spodobała mi się Mary-Kate Olsen. Jako wiedźma Kendra wypadła rewelacyjnie.


A sam film? No cóż, można mu naprawdę wiele zarzucić. Ale paradoksalnie to właśnie swoim wadom zawdzięcza to, że jest intrygujący. "Beastly" odchodzi bowiem od tradycyjnego traktowania baśni o Pięknej i Bestii, która jest przecież w gruncie rzeczy przypowieścią o tym, by kobiety akceptowały swą masochistyczną i submisywną naturę, ponieważ to ona umożliwia im ujarzmienie męskiej zwierzęcości. Tu skoncentrowano się na Bestii, ale twórcy nie do końca chyba zrozumieli znaczenie roli głównej i uczynili z bohatera narcyza i egocentryka. I w tym właśnie tkwi moc filmu. Ponieważ zupełnie nieświadomie opowiedzieli o niemożliwości racjonalnego analizowania uczuć. Bo gdzie kończy się pragnienie Kyle'a by znów stać się pięknym, a gdzie zaczyna autentyczna miłość? Dla autorów "Beastly" to zbyt trudne zagadnienie, więc po prostu udają, że go nie ma. W rezultacie nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, na ile prawdziwe jest uczucie Kyle'a. Twórcy próbują przekonać nas o jego czystości, ale nie rozwiązując napędzającego fabułę problemu umykającego czasu, mogą tylko modlić się, by widzowie nie myśleli zbyt długo nad motywacją bohatera. W ten sposób z pozoru uproszczony i ignorujący wszystkie odcienie rzeczywistości film, stał się niespodziewanie wielowymiarowy i zaskakująco wnikliwy.

Ocena: 6

The Warrior's Way (2010)


Kolejna Po "Bunraku" mocno wystylizowana produkcja, która przeszła bez echa, a która wypada o wiele lepiej od popularniejszych obrazów jak "Sucker Punch" czy "Watchmen". Zaczynam przyzwyczajać się do tego, że w przypadku podobnych filmów dla większości nie liczą się walory estetyczne, a jedynie to, kto/co za produkcją stoi.


Za "Honorem wojownika" nie stoi nikt. Za cud należy uznać to, że zagrało w nim aż tyle gwiazd i chwała im za to. Bo "Honor wojownika" to niezwykła wizualna gratka. Skrajnie przejaskrawiony, wzięty w cudzysłów umowności obraz to gorzka przypowieść o tym, że ceną za perfekcję jest samotność. Doskonałość nie godzi się na kompromisy. A kiedy jest się młodym, bezwzględna cena wydaje się całkiem przystępna. Z wiekiem zaczynamy patrzeć na świat inaczej. Niestety wtedy nasz rachunek jest już tak pokaźny, że nie można go zignorować. Jedyne, na co możemy liczyć, to chwilową przerwę. Nic więcej. Ale alternatywa jest jeszcze gorsza. Możemy niszczeć powoli, samotni, otoczeni rutyną przemocy. Chwila wytchnienia, kiedy minie, będzie bolesnym wspomnieniem, a jednak lepiej zgodzić się na ból, niż zgorzknieć do szpiku.

Jak na mój gust w filmie było trochę za mało czarnego humoru. Wydaje się też, że chwilami nie jest aż tak przestylizowany, jak być mógł. Ma jednak wiele wspaniałych scen (jak choćby w korytarzu w hotelu) i cieszę się, że film mogłem obejrzeć.

Ocena: 6

niedziela, 8 lipca 2012

Kaffepausen (2007)


Kiedy wejdziesz między wrony, kracz jak i one. Tak głosi stare ludowe przysłowie. Warto się jednak nad nim chwilę zastanowić, ponieważ głosi ono pochwałę tchórzostwa i konformizmu. Jego konsekwencje mogą być okrutne.

Kaffepausen (UK Title: Coffe break) from Johannes Pico on Vimeo.

Jedna insynuacja nakręca spiralę. Dla ratowania skóry świeżo upieczony policjant gotów jest złamać prawo i podstawowe zasady moralne. Jednak jego czyn udowadnia tylko jego słabość. Może plotki (jeśli jakieś plotki w ogóle były) przygasną, ale raczej nie na długo, a kiedy wrócą, będzie jeszcze gorzej.

Ocena: 6

Ps. Czy zobaczę jeszcze kiedyś Sørena Mallinga w pozytywnej roli?

Un fils (2003)


Dziwny film. Wydawać by się mogło, że biorąc pod uwagę jego temat, będzie on bardziej emocjonalnie poruszający. Tymczasem reżyser wybrał inną strategię. Wolał pozycję zdystansowanego obserwatora, bezosobowego narratora, który opowiada całą historię na chłodno.


Nie jestem przekonany, czy taka decyzja reżysera najlepiej posłużyła filmowi. Jak dla mnie był on zbyt suchy, a przez to nudny. Zbyt łatwo wpadał w koleiny stereotypów. A przecież było tu wiele tematów, na których można się było skupić. Jak choćby na tchórzostwie ojca, który wie, że syn go okłamuje, ale który nic z tym nie robi, poza ranieniem go, kiedy odmawia przyjęcia pieniędzy. Na naiwności Salima i jego nieco histerycznym charakterze, który sprawił, że nie wytrzymał presji kilku bolesnych zawodów jeden po drugim. Czy też na płytkości solidarności zawodowej prostytutek i powierzchowności przyjaźni, które z byle powodu są wystawiane na szwank.

Szkoda, że reżyser nie wykorzystał szansy.

Ocena: 5

The Trouble with Bliss (2011)


Kiedy oglądam filmy takie jak "The Trouble with Bliss", utwierdzam się w przekonaniu, że kino niezależne w Stanach przeżywa kryzys. Przynajmniej to, które przyciąga gwiazdy.


Reżyser nie oferuje ani ciekawej fabuły, ani barwnych bohaterów. Zamiast tego recyclinguje przebrzmiałe schematy opowiadając historię faceta, którego inercja dobiega końca za sprawą dwóch kobiet i dwóch kumpli. A w tle jak zwykle śmierć, choć tym razem umieranie na ekranie zostało oszczędzone. Gdyby nie kilka momentów, byłby to film nudny ponad moją cierpliwość.

Ocena: 4

piątek, 6 lipca 2012

Albert Nobbs (2011)


Smutna historia Alberta Nobbsa aż się prosi, by patrzeć na nią przez pryzmat zgubnego wpływu tajemnic. Ukrywanie tego kim się jest ma prowadzić do miałkości życia, bezsensownego końca i straconych okazji na szczęście. Należy jednak oprzeć się pokusie generalizacji, bowiem tak naprawdę w filmie wszyscy bohaterowie mają tajemnice. Czy jest to pan Page i jego żona, czy też wicehrabia i jego towarzysz, czy też właścicielka hotelu i jej nagła fortuna. "Albert Nobbs" pokazuje, że nie chodzi o samą tajemnicę, tylko o to, jak z nią sobie radzimy.


Życie Nobbsa jest puste nie dlatego, że ukrywa to, kim jest, lecz dlatego, że jest tym, kim jest. A jest rozbitą skorupą człowieka, osobą zranioną przed wielu laty, który nigdy nie miał okazji wyzdrowieć. To, że jego ran nie widać na ciele, tylko pogorszyło sprawę. Jego przebranie nie było tak naprawdę stworzone na potrzeby świata, lecz na potrzeby mydlenia jego własnych oczu. Skupiając się bowiem na iluzji, nigdy nie musiał konfrontować się z prawdziwym bólem. I tak wegetował, utrzymując ze wszystkich sił status quo przez całe dziesięciolecia.

To, że historia ta nie została w przekonujący sposób opowiedziana, to już inna para kaloszy. "Albert Nobbs" niestety udowadnia, że czasami aktorzy powinni zajmować się tylko grą, a całą resztę pozostawić innym. Ja rozumiem, że dla Close był to projekt niezwykle osobisty. Jednak na scenarzystkę się nie nadaje. "Albert Nobbs" to rzecz pusta, płaska i rozczarowująca emocjonalną obojętnością. Jedyne, co z niej pozostaje to kreacja samej Close, która jest oczywiście mistrzowska. To niestety za mało, by usprawiedliwić powstanie filmu. Obraz, który mógł być dziełem prowokującym i intelektualnie prowokującym, stał się ładną wydmuszką jednorazowego przeżycia.

Ocena: 5

środa, 4 lipca 2012

Your Sister's Sister (2011)


Kurcze, i jak ja mam oceniać "Siostrę twojej siostry"?! To naprawdę ciekawy, mądry, intrygujący film o międzyludzkich relacjach i uczuciach. Jest zabawny, dobrze opowiedziany, fajnie zagrany, chwilami rzewny, chwilami nieco odjechany. Tyle tylko, że widziałem "Humpday", i cóż, Lynn Shelton nie ruszyła z miejsca. Zmieniła bohaterów, ale to są te same problemy, te same komplikacje, nawet scena, na której rozgrywa się historia jest podobna.


Najzabawniejsze jest to, w jaki sposób reżyserka wykorzystuje Marka Duplassa. W "Humpday" grał zwyczajnego heteryka, który wraz z kumplem wpadł na genialny pomysł, że nakręcą film, o tym jak uprawiają seks. Tym razem gra postać, która uprawia seks z lesbijką. Aż strach pomyśleć, co będzie w kolejnym filmie. Mam jednak nadzieję, że Shelton w końcu minie faza monotematyczności i opowie inną historię. Choć, jeśli w dalszym ciągu jej filmy będą na podobnym poziomie, to powtarzanie się jestem w stanie jej wybaczyć.

Ocena: 7

wtorek, 3 lipca 2012

2 Days in New York (2012)


Delpy z Paryża przeniosła się do Nowego Jorku, by uraczyć nas kolejną powiastką o niczym i o wszystkim. Choć nie, tym razem nie jest już tak zupełnie o niczym.  Swoisty sequel nie ma już w sobie tej beztroskiej konfrontacji dwóch odmiennych kultur i filozofii życiowych. Neurotyczna postać Jacka była o wiele ciekawsza od zabawnego ale raczej nijakiego Mingusa. A bez wyrazistych bohaterów całość traci pazur i nie jest już tak rozkosznie przyjemne w oglądaniu. Pozostaje więc nieco zbyt banalna historia tego, że z rodziną jest jak z rybą, na drugi dzień zaczyna śmierdzieć.


Jednak Delpy wciąż udowadnia, że potrafi pisać piekielnie śmieszne teksty. Niektóre dialogi są absolutnie genialne (z moim ulubionym tekstem My soul was in his underpants na czele). Dzięki temu całość jest naprawdę wartą obejrzenia komedią.

Ocena: 7

The Amazing Spider-Man (2012)


Nie widziałem żadnego ze "Spider-Manów" Raimiego, więc trudno jest mi się odnieść co do jakości rebootu. Fakt, że ten film obejrzałem w całości, jest już w mojej ocenie sukcesem Sony. Jednak porównując go z produkcjami konkurencji, muszę stwierdzić, że Człowiek-Pająk jest trochę niedorobiony. Nie ma w sobie tej zawadiackiej werwy czystej przygodówki, jaką zaproponował Whedon w "Avengers". Nie ma wyrazistego charakteru estetycznego jak "Captain America". "Niesamowity Spider-Man" pozostaje też daleko w tyle w porównaniu do emocjonalnie angażującego "X-Men: Pierwsza klasa". Nawet tania "Kronika" lepiej radzi sobie z portretowaniem nastolatków obdarzonych nadludzkimi mocami.


Oczywiście nie jest tak, że "Niesamowity Spider-Man" jest złym filmem. Kiedy jednak wymienione przeze mnie tytuły ustawiły poprzeczkę tak wysoko, to dobry średniak, jakim jest film Webba, to za mało, by wzbudzić mój entuzjazm. Po podsumowaniu wszystkich plusów i minusów, wychodzi bowiem niezłe rozrywkowe filmidło, ale pozbawione charakteru, wyjątkowości.

A to niestety oznacza, iż reżyser poniósł porażkę, ponieważ jest tu wiele scen, które wyraźnie sugerują próbę mariażu kina niezależnego z wysokobudżetowym widowiskiem. I to te sceny są tym, co wspominam z największą przyjemnością (sekwencja początkowego przystosowywania się Petera do posiadanych mocy, rozmowy z Gwen, scena w bibliotece). Podobały mi się też czysto efekciarskie sekwencje akcji ukazane z perspektywy Spidermana. Jednak na każdą fajną scenę, przypada jedna scena żenującą. Szczytem wszystkiego, sabotażem, który niemal niszczy cały film, jest scena z dźwigami. To nie powinno mieć w ogóle miejsca. Dla tej sceny nie ma żadnego usprawiedliwienia.

Twórcom nie udało się też utrzymać iluzji, iż Garfield jest nastolatkiem. W niektórych scenach rzeczywiście wygląda nadzwyczajnie młodo. W innych niestety przypomina godnego litości podstarzałego hustlera, który nie potrafi się pogodzić, że utracił już swą młodość (a wraz z tym i popularność), więc udaje młodzika licząc, że w ciemnej alejce kogoś jeszcze oszuka wiedząc zarazem, że tak nie będzie.

Ocena: 6

niedziela, 1 lipca 2012

Hesher (2010)


Łatwo jest udawać twardziela, pokazywać światu plecy z wytatuowanym uniwersalnym znakiem "odpieprzcie się". Trudniej być naprawdę twardym, kiedy życie daje w kość, kiedy jedyne, na czym możemy się skupić to nasz własny ból, a przecież są ludzie wokół, których nie możemy ignorować.


TJ, to chłopak, który stracił matkę. Potrzebuje teraz ojca jak nigdy dotąd, ale ten pogrążony jest w rozpaczy tak głębokiej, że nie ma sił, by zajmować się synem. Zresztą TJ też nie bardzo potrafi zrozumieć ojca, wymaga od niego rzeczy, których sam nie jest w stanie dać. Ich mieszkanie, a raczej babci, to smutne siedlisko żałoby i bólu. I to właśnie tam trafia Hesher. Chłopak wygląda na włóczykija. Zdaje się być osobowością destrukcyjną, wprowadzającą chaos wszędzie tam, gdzie się pojawi. A jednak za tą brudną i arogancką powierzchownością kryje się prawdziwa troska i potrzeba bliskości. W TJ-u rozpoznaje bratnią duszę i z nieznanych nam powodów postanawia wyprowadzić go na prostą.

"Hesher" to niezależny komediodramat, który w zasadzie można odczytywać jako wariację na temat popularnego w amerykańskim kinie i telewizji motywu anioła pomagającego potrzebującym. Hesher jest postacią bez przeszłości. Nic o nim nie wiemy, a jego opowieści też wydają się mieć niewiele wspólnego z faktami. Zamiast tego są raczej przypowieściami, za którymi kryje się życiowa mądrość. Dlatego też łatwo można uznać go za swoistego anioła, który incognito pojawia się i znika tam, gdzie tylko zajdzie taka potrzeba. Wzorzec fabularny jest oczywisty, jednak ponieważ Hesher pozostaje postacią niejednoznaczną, całość nabiera ambiwalentnego charakteru, a przez to jest ciekawsza.

Plus za Portman w roli dziewczyny będącej chodzącym nieszczęściem.

Ocena: 6

Mother's Day (2010)


Darren Lynn Bousman może kręcić krwawe jatki, ale nikomu tym nie zmydli oczu. Jest straszliwym konserwatystą, a jego filmy są niczym ewangelizacyjne lekcje pisane krwią. Tak było z "Piłami", gdzie uczył nas wartości życia. Tak jest i w przypadku "Mother's Day".


Tym razem uczy nas lekcji macierzyństwa. I jest to lekcja niezbyt politycznie poprawna. Macierzyństwo jest tu nierozerwalnie związane z biologią. Kiedy ciało nas zdradza, reszta nie może funkcjonować prawidłowo. Stąd tytułowa matka musi, z definicji punktu wyjścia, być psychopatką. A że pomysł nie jest Bousmana, tylko jest to remake, nie ma tu większego znaczenia.

Jak i w "Piłach", tak i tu Bousman szczególną uwagę poświęca karaniu grzeszników. Co jednak ciekawe albo większymi grzesznikami są według niego mężczyźni albo też kobiety traktuje ulgowo, tym ostatnim jest bowiem łatwiej przetrwać, a przy tym są bardziej okrutne w pragmatycznym podejściu do sprawy przetrwania.

"Mother's Day" ma też w sobie coś z filozofii tao i pod tym względem przypomina choćby "Cube". Pokazuje, że w ludzkiej naturze nie leży bezruch i to właśnie ten fakt jest przyczyną większości naszych tragedii.

Jako film "Mother's Day" niczym specjalnym się nie wyróżnia. Myślałem, że będzie trochę bardziej krwawy bądź trzymający w napięciu. Lepiej jest z humorem. Do tego podobała mi się gra Rebecci De Mornay.

Ocena: 6