czwartek, 30 sierpnia 2012

Total Recall (2012)


Doświadczenie uczy, że kiedy film ma więcej niż dwóch scenarzystów, to nie może być dobry. A "Pamięć absolutna" wylicza ich w napisach aż pięciu (więc zapewne drugie tyle nie spełniło wymogów WGA i nie zostali włączeni). Dlatego też byłem rozczarowany, kiedy okazało się, że nie jest to aż tak zły film, jak to liczba "kucharek" sugerowała. Niestety jeszcze bardziej rozczarowało mnie to, że film ma równie niewiele wspólnego z opowiadaniem Dicka, co film Verhoevena.


Tak. "Pamięć absolutna" Wisemana nie jest bowiem nową adaptacją prozy Dicka, a remakem – i to dość wiernym – "Pamięci absolutnej" sprzed 22 lat. Paradoksalnie jednak w tym tkwi siła filmu. Wiseman i spółka pozostając wierni oryginałowi jednocześnie wszystko postawili na głowie. Dzięki temu udało się poprawić liczne błędy filmu Verhoevena. Oryginalna "Pamięć absolutna" była fajną produkcją rozrywkową, brutalną ale jednak mocno infantylną. Tu co prawda brutalności jest mniej, za to całość ma więcej sensu, a bohaterowie, zwłaszcza na drugim czy trzecim planie, mają sporo oleju w głowie. Widać to chociażby w scenie w Recall, kiedy nalegają na przeprowadzenie diagnostyki pamięci, a nie działają z radosną ignorancją konsekwencji.

Spodobało mi się również to, jak bardzo świadomi oryginału są twórcy. Dzięki temu chwilami nowa "Pamięć absolutna" sprawia wrażenie, jakby nie była remakem, a raczej sequelem (jak coś takiego nazwać? semakem?). Podobało mi się również to, co wniósł do scenariusza Kurt Wimmer, czyli wszystkie te zapożyczenia z innych widowisk SF. Skorzystał tu z tego samego patentu, który z powodzeniem wykorzystał w "Equilibrium". Jednak o ile tamten film był Wielką Księgą Cytatów, tu, przez fakt, że jego pomysły zostały rozwodnione w pomysłach pozostałych scenarzystów, mamy raczej do czynienia z kieszonkowym zeszytem aforyzmów.

Mój największy zarzut do filmu, to brak napięcia. Przez swoją wierność oryginałowi nie ma w tym filmie żadnej niespodzianki, od początku do końca wiadomo z grubsza, jak potoczy się historia. A skoro tak, to raczej trudno jest się ekscytować losami bohaterów i wszystko, co się im przytrafia było mi kompletnie obojętne. Pozostała więc tylko cała otoczka, scenografia, wizja świata niedalekiej przyszłości. Nie jest to wizja zbyt oryginalna, a twórcy poza domkami z kart niewiele nam pokazują, więc i to szybko zaczyna nudzić. Na szczęście Colin Farrell wygląda tu bardzo pozytywnie (jak na razie fajnie się starzeje), a Kate Beckinsale jest super suką. Wiseman doskonale wie, jak pokazać żonę z najlepszej strony. To chyba najlepsza rola Beckinsale w dużej produkcji. Za to żal mi Billa Nighy'ego. Jego dyskusja z bohaterem na temat tożsamości jest najgorszym momentem całego filmu i przywodzi na myśl żenujący pomysł z Architektem z "Matrixów".

Ocena: 5

Ps. Ciekawe, czy na DVD pokażą sceny z Ethanem Hawke'em. Szczerze mówiąc nie bardzo wyobrażam sobie, gdzie mieliby go dać.

środa, 29 sierpnia 2012

On the Road (2012)


"W drodze" jest kinowym odpowiednikiem jazzu. W sumie to nie jestem fanem tego rodzaju kina, ale na poziomie czysto estetycznym jestem w stanie docenić ten film. Podobają mi się zdjęcia Erica Gautiera, pełne intymności i namiętności obrazy jak choćby w scenie z grającym na saksofonie Walterem. Tyle tylko, że obraz jest za długi, żeby sama estetyka wystarczyła.


A tu zaczynają się schody. Bo kiedy zastanowić się, co takiego chce nam opowiedzieć Walter Salles, to okazuje się, że albo nie ma nic do powiedzenia albo są to banały o fascynujących autodestrukcyjnych jednostkach czy o twórcach-pijawkach, którzy potrzebują cudzych tragedii, by karmić potwora talentu (nawet jeśli udają współudział).

Natomiast na plus zaliczyć muszę obsadę. Garrett Hedlund po tym, jak zrobił na mnie dobre wrażenie w "Country Strong", teraz wzmacnia moją o nim opinię, skutecznie wymazując niesmak, jaki zostawił po "Tronie". Również Kristen Stewart pokazuje, że nie dla niej są wielkie widowiska, że powinna grać w skromnych filmach, w których może pokazać się z najlepszej aktorskiej strony.

Ocena: 5

Abraham Lincoln: Vampire Hunter (2012)


Coś mi się zdaje, że nigdy więcej z własnej woli nie wybiorę się na film, którego reżyserem jest Timur Bekmambetow. "Wanted" mogło być wypadkiem przy pracy. Każdy ma prawo mieć słabszy moment, zwłaszcza ktoś, kto dostaje szansę od Hollywood. Ale, kiedy okazuje się, że niczego się nie nauczył, że powtarza te same błędy, no to już trudno go usprawiedliwiać. A "Abraham Lincoln" jest jeszcze gorszy od "Wanted".


Wszystko w tym filmie jest nie tak. Przede wszystkim wydaje się być obrazem spóźnionym. "Abraham Lincoln" idealnie wpisywałby się w wampiryczną modę z czasów "Buffy". Połączony z przestylizowaną formą graficzną rodem z "Sin City", "Sky Captain" czy nawet nie tak znowu starego "Bunraku" byłby filmem rewolucyjnym. Tyle tylko, że Bekmambetow to nie Whedon. "Abraham Lincoln" nie ma w sobie ani lekkości ani humoru. Wizualnie też pozostawia wiele do życzenia. Tak naprawdę jedynie sekwencja z pociągiem trzyma przyzwoity poziom. Większość pomysłów niestety została spalona, jak choćby sekwencja z końmi, która mogłaby być fajna, gdyby tylko skorzystano z bardziej radykalnego montażu, a przede wszystkim dodano muzykę z jajami, a nie jakieś mdłe popłuczyny (ścieżka dźwiękowa to zdecydowanie najsłabszy element całości).

Bekmambetow ośmieszył się odsłaniając wszystkie swoje braki nie jako rzemieślnika, ale jako artysty. "Abraham Lincoln" nie ma bowiem pomysłu na siebie. Sposób w jaki traktowane są najważniejsze elementy schematu filmowego, bagatelizowanie, skróty myślowe, absolutne ignorowanie nawet podstaw psychologizowania bohaterów mógłby sugerować, że był to zamysł artystyczny, wywrócenie na nitce schematu, który doskonale zna każdy widz kinowy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby reżyser oferował widzom coś w zamian. Ponieważ tak nie jest, "Abrahama Lincolna" odebrałem po prostu jako dzieło lenia, któremu nie chciało się nawet udawać, że stara się zrobić porządny film.

Problemem jest też Benjamin Walker, który nadaje się wyłącznie do grania Teletubisiów. W porównaniu z nim kiepski Hedlund z "Tron: Dziedzictwo" wydaje się niewyczerpanym źródłem charyzmy.

Ocena: 3

wtorek, 28 sierpnia 2012

Four Lions (2010)


Christopher Morris to geniusz! Aż trudno jest mi uwierzyć w to, że "Cztery lwy" to jego debiut. Niesamowite, jak sprawnie potrafił połączyć szczery śmiech ze łzami przemożnego smutku, zabawę i humor z mrożącą krew diagnozą zjawiska jakim jest fanatyzm. Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że pomysł na połączenie tak skrajnych przeciwności okazał się banalnie prosty. Wszystko spina bowiem absurd, ten rzeczywisty i ten wykreowany na potrzeby filmu.


"Cztery lwy" to historia młodych muzułmanów mieszkających w Wielkiej Brytanii, którzy pragną podjąć walkę w obronie islamu. Morris od samego początku zastawia na widza pułapkę przyjmując konwencję absurdalnej komedii. I rzeczywiście trudno się nie śmiać, kiedy widzi się nieudolność bohaterów. Żaden z nich nie wydaje się prawdziwym zagrożeniem. Trudno widzieć w nich zamachowców-samobójców. Choć ślepo marzą o męczeńskiej śmierci, wcale nie są krwiożerczymi potworami. Przeciwnie. To sympatyczni faceci, a Waj czy Omar, nawet kiedy są irytujący, wydają się być idealnymi kumplami.

I w tym właśnie tkwi przewrotność. Bo choć bohaterowie są przerysowani, są karykaturami prawdziwych terrorystów, to właśnie dlatego tak perfekcyjnie oddają przerażającą prawdę: że terrorystą może być każdy, większość tych, którzy decydują się oddać życie nie ma zielonego pojęcia o ideologii, zna tylko kilka wyuczonych regułek, w dyskusji szybko zostaliby zdemaskowani, większość z nich nie wygląda też na potwory i jest lubiana przez otoczenie.

Ale Morris idzie dalej. Choć bohaterowie są nierozgarniętymi kretynami, to reżyser nigdy, przenigdy nie traktuje ich z wyższością, nie wyśmiewa. Czuje do nich nić sympatii, lubi ich i sprawia, że i widzowie ich lubią. Dzięki temu z czasem zaczynamy zdawać sobie sprawę, w jaką pułapkę się zapędzili, że są ofiarami w beznadziejnej sytuacji, ponieważ nie ma nikogo, kto mógłby im pomóc. Kiedy eksploduje pierwszy z nich, scena jest tak absurdalna, że reagować można tylko śmiechem. Pod koniec miałem jednak łzy w oczach, choć przecież film cały czas pozostał zabawny.

Ale i to nie wszystko. Morris bowiem sprytnie pokazał też i drugą stronę barykady – świat wszechobecnej inwigilacji, ograniczonej prywatności. Wykorzystuje zdjęcia z kamer przemysłowych, szpiegowskich, noktowizorów, komórek, kamerek internetowych itp., itd. by udowodnić jak bezsensowna jest cała ta maszyneria pseudopolicyjnego stanu ochrony. Okazuje się (co zresztą wie każda zdroworozsądkowo myśląca osoba), że wszystkie te kamery przed niczym nas nie chronią. One są dobre PO fakcie, kiedy zarejestrowany materiał pozwala zidentyfikować kto i jak doprowadził do danej sytuacji. Nie ma jednak fizycznie szans na to, by inwigilacja odegrała jakąkolwiek funkcję prewencyjną.

W ten sposób choć "Cztery lwy" to komedia, jest to zarazem bardzo gorzki dramat demaskujący rzeczywisty absurd sytuacji, w jakie się znajdujemy. Co gorsza Morris zdaje się być pesymistą i nie oferuje żadnego rozwiązania impasu w cywilizacyjnym konflikcie.

Film oceniłbym wyżej, gdyby "nadzienie", a więc poszczególne sceny były równie udane, co sama konstrukcja. Tak jednak nie jest. Niektóre sceny nie udały się, inne zostały uratowane nie tyle przez scenarzystów czy reżysera ile przez żywiołowych aktorów. Niemniej jednak, jak na debiut jest to rzecz naprawdę imponująca. Szacun.

Ocena: 8

sobota, 25 sierpnia 2012

The Limits of Control (2009)

"The Limits of Control" to 10-minutowa prelekcja Jima Jarmuscha na temat Reality is arbitrary. Cała reszta to obszerny komentarz pełen cytatów, analogii, symboli i porównań mająca pomóc nam w zrozumieniu początkowego wykładu. Oczywiście w tym tkwi paradoks, ponieważ zrozumienie nie jest możliwe.



Jarmusch staje po stronie skrajnych relatywistów. Wszystko jest subiektywnym doświadczeniem. Prawda, fakty, obiektywnie istniejące obiekty to iluzja. Każdy człowiek to wirująca w ekstazie planeta. Aby pomóc nam przyjąć tę "prawdę", Jarmusch korzysta z metafory podróży: wszystko wokół wędrowca podlega zmianie, ale on sam, z własnego, subiektywnego punktu widzenia pozostaje stałą (choć wcale nie niezmienną).

Ponieważ wszystko jest subiektywnym doświadczeniem, prawdziwe porozumienie/wzajemne zrozumienie nie jest możliwe. Stąd sakramentalne "Nie mówisz po hiszpańsku, prawda?", którym rozpoczynają się wszystkie poza jedną "rozmowy" z głównym bohaterem. To zdanie, mające charakter rytuału, nic nie znaczy, a jednocześnie jest wszystkim. Uznanie braku możliwości porozumienia daje bowiem jednocześnie szansę na wzajemną komunikację. Przez tłumaczenie (w pierwszej scenie traktowane dosłownie, później już symbolicznie).

Co to oznacza? "Proste". Tak naprawdę słowa, które napisałem nie są tym, co chciałem napisać. To tylko przybliżone tłumaczenie moich myśli, nawet jeśli jest "dosłowne". Ale to nie koniec. Kiedy przeczytam napisane dopiero co zdania, to tak naprawdę przeczytam (w sensie: zrozumiem z nich) nie to, co napisałem (nie mówiąc już o tym, co wcześniej pomyślałem). Na moje odczytanie wpływ będą miały wszystkie moje doświadczenia, łącznie ze wspomnieniami tego, co myślałem, kiedy pisałem powyższe zdania. A wspomnienia są "tak naprawdę" iluzjami. Każde wspomnienie jest już opracowaniem, a nie "obiektywnym" ani tym bardziej pełnym zapisem tego, co było. A to tylko ja. A kiedy odbiorcą jest ktoś inny...

Choć jednak zrozumienie nie jest możliwe, to komunikacja tak. A to dlatego, że język jest efektem umowy. Nie jest funkcją zrozumienia, lecz reakcji na powtarzalne wzorce subiektywnego doświadczenia (jakby jakiekolwiek inne było możliwe). Komunikację należy więc traktować jako warunkowanie. Tak jak pies uczy się siadać, kiedy słyszy "siad", tak kelner uczy się przynosić kawę w dwóch filiżankach, a my przyjmujemy definicję bohemy.

Teoretycznie w opozycji do słowa stoi obraz, dźwięk (dla ułatwienia przyjmijmy za właściwe słowo "sztuka"). Sztuka funkcjonuje bowiem wyłącznie dzięki subiektywności doświadczenia. Jest afirmacją braku porozumienia, uznając za równorzędne wszystkie możliwe reakcje/interpretacje. Jest też uznaniem nieintencjonalnego wpływy. Ale opozycja jest pozorna, ponieważ sztuka także jest narzucona arbitralnie (próba flamenco, wspomnienia nut "zapisane" w skrzypcach). Co więcej słowo też może być odbierane jako dzieło sztuki.

Jak przekonuje Jarmusch, mythos i logos, nauka i sztuka są niczym więcej, jak systemami kontroli nad światem. Czy to przez myślenie logiczne czy też reakcje emocjonalne nadajemy strukturę naszemu doświadczeniu, iluzję zrozumienia. Jeśli chcemy poznać "prawdę", powinniśmy więc wydostać się poza granice kontroli mythosu i logosu. (A skoro wszechświat nie ma ani środka ani granicy, owo "poza" jest tożsame z "wewnątrz" – stąd niewielka dobrze strzeżona warownia). W filmie do granic kontroli wiodą bohatera pudełka od zapałek. Symbol Lucyfera i Prometeusza, dwóch buntowników, którzy zakwestionowali system.

Ale wyjście poza system kontroli to pyrrusowe zwycięstwo. To pusta kartka papieru. Czyste (ale tylko z pozoru) płótno. I ani jednym ani drugim nie pozostanie na długo. W naturze człowieka jest bowiem nadawanie znaczenia nawet temu, co go nie ma. Jedynym rozwiązaniem jest zakończyć podróż, przestać być człowiekiem. Tyle tylko, że wtedy jedyną prawdą jaka zdaje się według Jarmusha pozostawać jest ta, którą znajdzie każdy człowiek na cmentarzu.

Jak widać "The Limits of Control" jest dla mnie filmem, w którym nie należy zbytnio koncentrować się na fabule (która jest niemal pastiszem thrillerów sensacyjnych).

Ocena: 7

piątek, 24 sierpnia 2012

Odete (2005)

Kiedy po raz pierwszy widzimy Odete, dziewczyna wydaje się nieco dziwna, ale tylko tyle. Można łatwo zrozumieć dlaczego tak jest. W końcu bardzo pragnie dziecka, ale jej chłopak woli bzykanko bez zobowiązań. Jednak nawet dziwne dziewczyny nie zrobiłyby tego, co Odete nieco później, która wzięła do ust palec trupa, by skraść mu obrączkę. Wkrótce potem ogłasza, że nosi w brzuchu pogrobowca. A że nigdy ze zmarłym nie była, tego świat nie musi wiedzieć.



"Odete" mogło być naprawdę fajnym filmem z rodzaju tych dziwacznych, które tak lubię. Niestety, choć reżyser słyszy dzwony, to chyba nie bardzo wie, z którego dochodzą kościoła. I tak jego dziwny film rozbija się na niespójne fragmenty. Wszystko trawi chaos i niekonsekwencja. Po 2/3 filmu reżyser nagle odkrywa, że histeryczna ciąża to za mało i zamiast tego zaczyna transformację dziewczyny w zmarłego. W pewnym momencie czyni nawet z Odete swego rodzaju medium, choć ani wcześniej ani później nic nie wskazuje na to, że ma jakiekolwiek wyczucie świata astralnego.

Najgorsze są jednak manifestacje żywiołów. Mogę zrozumieć, że jest to natrętnie dosłowne pokazanie obecności zmarłego. Jednak reżyser nie przekonał mnie do idei, że nawet niezwykły podmuch wiatru może przejąć kontrolę nad wolną wolą bohaterów i za nich decydować, co uczynią. Gdyby tylko wiatr popychał dwójkę bohaterów w swoją stronę. Ale nie, oni wyraźnie podejmują działania, które chwilami są sprzeczne z ich naturą. I po prostu nie wygląda to przekonująco.

W ten sposób najdziwaczniejsza jest ostatnia scena filmu i następująca po niej dedykacja reżysera. Czysty absurd.

Ocena: 3

środa, 22 sierpnia 2012

Precious (2009)

Wow. Biorąc pod uwagę tematykę, "Hej, Skarbie" musi być ulubionym filmem polskich reżyserów. To taplanie się w ludzkim brudzie przyjęło tu monstrualne rozmiary. Nie dość, że główna bohaterka jest niedouczoną grubaską, to jeszcze gwałcona jest przez ojca, z którym ma dwójkę dzieci (pierworodne ma dodatkowy chromosom), jest poniewierana przez matkę, która wyżywa na niej swoje poczucie winy i zazdrości plus jeszcze okazuje się, że ma HIV. A że rzecz dzieje się w latach 80., to szansa na przeżycie przez nią choćby pięciu lat jest równa zeru. Twórcy wyczerpali chyba cały asortyment tragedii.




I byłoby to nieznośne, gdyby nie fakt, że zostało genialnie zagrane. Debiutująca Sidibe ma fantastyczną scenę, kiedy ogłasza w klasie rozmiary swego dramatu. Mo'Nique jest fenomenalna w scenie, kiedy przed zbrzydzoną Mariah Carey po raz pierwszy w życiu obnaża całą ohydę ostatnich nastu lat jej życia. Do tego Lee Daniels to zmyślna bestia. Nie można mu odmówić reżyserskiego instynktu. Spodobały mi się te wszystkie urozmaicenia narracji. Może nie do końca wyszło naturalnie. Chwilami wydaje się to za bardzo narzucone i sztuczne. A jednak dzięki sprawności i wyczuciu, zadziałało. Jedyne, co mi się naprawdę nie spodobało, to zatrudnienie w roli nauczycielki Pauli Patton. Jest zdecydowanie zbyt ładna, przez co całość sprawia trochę wrażenie, jakby było komiksową adaptacją, gdzie pozytywni bohaterowie są piękni i harmonijni, zaś negatywni są zdeformowani.

Ocena: 6

En kort en lang (2001)

Oto najstarsza historia świata. Mężczyzna spotyka kobietę. Oboje są wstawieni i tak dochodzi do pocałunku. Ona jest mężatką. On właśnie się oświadczył. A jednak ten pocałunek to nie tylko efekt promili szarżujących w ich krwiobiegach. Wkrótce jeden pocałunek doprowadzi do kolejnego, a od niego już niedaleka droga do łóżka.



Prawda, że brzmi znajomo? Ale tym razem w historii jest twist. I to dość niezwykły, praktycznie niespotykany w kinie. Co swoją drogą jest dość dziwne. Otóż mężczyzną w tym zakazanym związku jest gej. Kobietą żona brata jego partnera. O ile filmów w drugą stronę jest bez liku, o tyle historii gejów flirtujących z heteroseksualizmem jest jak na lekarstwo. Niestety Duńczycy nie posunęli się aż tak daleko jak choćby Brytyjczycy w "Sypialniach i przedsionkach" i flirt Madsa Mikkelsena z kobietą jest tylko przejściową fazą. Co też dużo mówi o współczesnym kinie.

Jako fan zarówno Mikkelsena jak i skandynawskiego kina miałem nadzieję na całkiem niezłą rozrywkę. Niestety Duńczycy w wersji na pół melodramatycznej na pół komediowo-romantycznej nie wypadają zbyt przekonująco. Zabawne sceny wcale nie są tak zabawne. Zachowanie Jorgena jest chwilami trudne do zrozumienia. Wszystko wypada tu dość blado, bez życia. Najbardziej brakuje czarnego humoru (bo reakcja Jorgena na utratę oka to jednak trochę za mało).

Ocena: 5

Poco più di un anno fa (2003)

Druga szansa to miecz obosieczny. Jednym rzeczywiście daje możliwość rozpoczęcia wszystkiego od nowa, podczas gdy innym pokazuje, co bezpowrotnie stracili. Są bowiem takie życiowe wybory, od których nie da się uciec. Są też i takie, które wydają się ślepymi uliczkami, aż otwierają się dotąd zamknięte drzwi. Przekonali się o tym bohaterowie "Poco più di un anno fa", bracia Federico i Riccardo.



Nigdy nie byli sobie bliscy. A od 10 lat nie widzieli się w ogóle. Riccardo, po śmierci matki, mając 18 lat, uciekł z rodzinnej rezydencji i zanurzył się w świecie "plugastw" i "bezeceństw" biznesu  porno. To, co było młodzieńczym wyrazem buntu, stało się z czasem dobrze obwarowanym bastionem, pilnie strzeżoną filozofią życiową, iluzją, że wybór dokonany przed laty nie był ani pochopny ani błędny.

Federico pozostał posłusznym synem. Żył według reguł, choć niszczyło to jego szanse na szczęście. Dopiero po śmierci ojca odkrył, jakimi iluzjami się karmił. I właśnie wtedy, uparcie sprzeciwiając się najbliższym, Federico postanawia poznać bliżej swego brata. Kiedy odkryje drugie życie Riccardo, przeżyje straszliwy szok. Mógł on na zawsze zniszczyć braterską relację. Ricky nic by na tym nie stracił. Dla niego byłoby nawet lepiej, gdyby Federico go odrzucił. Ale po pierwszym szoku Federico pozostał przy bracie i tak stali się – być może po raz pierwszy w życiu – prawdziwym rodzeństwem.

Ta więź okazała się błogosławieństwem dla Federico. Zrozumiał czym jest życie, miłość i tak odzyskał kobietę, którą kiedyś odtrącił i syna, którego prawie w ogóle nie zna. Riccardo też zobaczył, czym może być prawdziwa bliskość. Jednak w jego przypadku świadomość prawdy zniszczyła mury jego warowni. Pozwolił sobie na nadzieję, która niestety rozbiła się w drobny mak. Nadzieja ta jednak zamknęła drogę do życia jakie pędził przez ostatnie 10 lat, nie dając w zamian żadnej alternatywy... a przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy.

O dziwo, "Poco più di un anno fa" okazało się zaskakująco solidnym filmem. Oczywiście, najpierw trzeba zignorować fakt, że jest to produkt megalomanii reżysera, który w roli tytułowego uwielbianego kutaśnego boga pornosów obsadził sam siebie. Te wszystkie pieszczoty własnego oblicza są chwilami niesmaczną formą filmowej masturbacji. Problemem obrazu jest też konstrukcja wielokrotnie złożonych reminiscencji. Jest więc poziom dokumentu kręconego przez Pietro, który tak naprawdę służy tylko i wyłącznie pokazaniu, jak wielki wpływ miał Riccardo na małego osieroconego chłopca. Są też wspomnienia samego Ricky'ego zaczerpnięte z jego pamiętników. Są wreszcie wspomnienia jego brata. Ta konstrukcja zamiast przybliżać nas do bohaterów, rozbija jedyną prawdziwie interesującą historię, czyli braterskiej więzi. Co szkodzi ostatecznemu rezultatowi.

Ocena: 5

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Your Highness (2011)

David Gordon Green powinien pójść na nauki do Duńczyków. Może wtedy wiedziałby, jak łączy się seks, przemoc i fantasy w jedną zabawną całość. W porównaniu z takim "Romanem Barbarzyńcą" "Your Highness" to rzecz ledwie mierna.



Podstawową wadą filmu jest to, że wcale nie jest zabawny. Seksualne aluzje są mało wymyślne i podane w taki sposób, że nie wywołują uśmiechu, Wyjątkiem jest minotaur z erekcją i w ogóle wszystkie sceny z penisem. Z drugiej strony film miejscami jest dość brutalny. W scenach rodem z trzeciego "Mad Maxa" czy koniec Toby'ego Jonesa jatka przypomina raczej rzeźnickie horrory. Do tego obsada też średnio pasuje. Wadliwy jest przede wszystkim Franco, z którego taki dzielny rycerz, jak ze mnie Kleopatra. Za to pozbawiony przyrodzenia Jones i wojownicza Portman, to były strzały w dziesiątkę.

Ocena: 5

Das Trio (1998)

Mówiłem to nieraz i powtórzę przy okazji "Das Trio": Nie lubię, kiedy bohaterowie traktowani są przedmiotowo. Tak, to są wytwory wyobraźni i wszystko z nimi można zrobić. Ale jednak na te półtorej godziny czyni się ich żyjącymi istotami i choćby z tego powodu należy im się szacunek. Jednak dla twórców "Das Trio" bohaterowie są niczym.



Ot taki Karl. Szybko zostaje wyrzucony na śmietnik, by zrobić miejsce dla Rudolfa. Karl ma ustaloną pozycję i nie może być wykorzystany dla "zabawnej" perypetii, jaką mają w zamyśle twórcy. Pojawia się więc Rudolf, który wprowadzi sporo zamieszania w życie ojca i córki. Ale nie jest to ani zabawne ani też do niczego nie prowadzi. Kiedy kończy się film, ma się poczucie zmarnowanego czasu. Łagodzi je co prawda ostatnia scena pokazująca mocno alternatywną rodzinę z radośnie pląsającą córeczką, jej rodzicami trzymającymi się za ręce oraz ojcem dumnej mamy trzymającym dłoń na tyłku zięcia.

Ocena: 4

sobota, 18 sierpnia 2012

Last Night (2010)

Kiedy żona zaczyna oskarżać męża o zdradę, to znak, że coś niedobrego dzieje się w małżeństwie. Albo ma rację i mąż ją zdradza albo też nie zdradza, ale przez sam fakt podejrzeń ujawnia, że nie jest tak pewna małżeństwa, że są w związku tajemnice, niewypowiedziane pragnienia, które zagrażają status quo. Dzień w oddaleniu sprawie, że para z trzyletnim małżeńskim stażem przetestuje siłę swego związku.



"Last Night" to jednak bardziej gadka-szmatka o zdradzie, miłości, lojalności. Michael czuje pociąg do seksownej współpracownicy. Za to Joanna żyję dawną miłością, a jej były niespodziewanie pojawia się u jej drzwi. Każde z nich dokonuje zdrady, nie w afekcie – choć uczucia odgrywać będą tu ważną rolę – lecz z premedytacją, po drobiazgowej analizie uczuć, relacji, konsekwencji swoich wyborów. Każde z nich dokona też zdrady na innej płaszczyźnie. W przypadku Michaela mamy do czynienia z fizycznym przyciąganiem. Z kolei w przypadku Joanny wszystko rozgrywa się na poziomie uczuć.

Film kończy się pozornie w sposób otwarty, w rzeczywistości ma jednak jednoznaczne zakończenie podane wcześniej przez jedną z bohaterek. Ale to właśnie ta scena, kiedy mają paść słowa, które zdecydują o przyszłości związku, to najlepsze, co jest w "Last Night".

Poprzedni film oskarżyłem o zbytnią teatralność. W przypadku "Last Night" jest odwrotnie – tu przydałoby się więcej teatru. Film ma bowiem konstrukcję typową dla takich filmów jak "Kto się boi Virginii Woolf?" czy "Kotka na blaszanym dachu". Potrzebował więc aktorów charyzmatycznych, którzy potrafią zdominować ekran, zawładnąć widzami. Potrzeba była ekspresja teatralna, która nadałaby dialogom intensywności uczuć. A tak wszystko tu jest letni, bezpłciowe, ułomne.

Ocena: 6

Valentín (2002)

Niedawno pisałem, że lubię filmowe zabawy Szekspirem. Cóż, gra, jaką zaoferował Iborra, będzie jednym z niechlubnych wyjątków.



Pomysł fajny. Oto trupa teatralna przygotowuje się do wystawienia Szekspira. Za sprawą żywiołowego aktora, którego imię nosi film, życie zaczyna przypominać teatr i to nie szekspirowską komedię, a "Otella". Można by rzec: kto Szekspirem wojuje, ten od Szekspira ginie. Tyle tylko, że Iborra aż tak daleko w przyszłość nie wybiega.

Głównym grzechem reżysera jest zbytnia teatralność. To zrozumiałe, bo Iborra przeniósł na ekran swoją własną sztukę. Tyle tylko, że w efekcie udowadnia jedynie tyle, że dramaturg nie powinien adaptować swoich sztuk. Postać Raula, którego 90% tekstów to monologi skierowane bezpośrednio do widza, na deskach teatru zapewne sprawdzała się idealnie. Tu jest kompletnie zbędna. Do tego niektóre decyzje dotyczące, jak sceny zostaną pokazane, okazała się wątpliwa, prowadząc do niepotrzebnego bałaganu.

Najlepiej wychodzi w filmie postać Jamiego, który niczym Jago manipuluje pozostałymi bohaterami (tylko dlaczego Ramón znika nagle z jego sieci?). Nieźle wypada również Homar w scenie ostatecznego szaleństwa. To jednak za mało.

Ocena: 5

piątek, 17 sierpnia 2012

Stake Land (2010)

Na "Stake Land" trafiłem zupełnie przypadkowo i wciągnął mnie na tyle, że obejrzałem w całości. Nie jest to jakaś rewelacja. Tak naprawdę, to wpisuje się w cały szereg podobnych historii. A jednak wędrówka Martina i Mistera przez Amerykę pożartą przez wampiry jest na swój sposób ciekawa.



Termin "wampiry" jest to użyty dość luźno. Nie jest to europejski krwiopijca znany z horrorów. Bliżej mu do zombie z tą różnicą, że wychodzi na żer tylko w nocy. W zasadzie są to duże szkodniki. Niebezpieczne ale możliwe do pokonania. Klęska ludzkości wynikła z szybkiego rozprzestrzeniania się epidemii w początkowym okresie. Teraz większym zagrożeniem dla ludzi są inni ludzie. Braterstwo to ciekawy, choć mało oryginalny twór. A ich taktyka zrzucania na wrogów wampirów całkiem pomysłowa.

I tylko zakończenie jest spaprane. Nie rozumiem zupełnie decyzji Mistera. Dlaczego nie poczekał tych parę dni?

Ocena: 6

Dancing (2003)

Chyba nie do końca załapałem, o co w tym filmie chodzi. Wydał mi się bowiem banalny i na siłę udziwniony. A paradoksalnie dla mnie najdziwniejszą rzeczą były ciągle pojawiające się wiadomości o nielegalnych imigrantach. To musi mieć jakieś odniesienie do fabuły, ale za nic nie byłem w stanie pojąć, jakie ono jest.


Podstawowy pomysł nie jest taki najgorszy. Oto Pierre i Rene w jednym mieszkają domu. Domu mającym żywą przeszłość, ale teraz jest cichy, niemal martwy. Pierre, który zna ten dom od podszewki, żyje sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Z Rene jest jednak inaczej. Jego artystyczne obsesje wyrywają się spod kontroli. Zaczyna widzieć i słyszeć rzeczy, które z racjonalnego punktu widzenia nie istnieją.

I tu zaczynają się schody. Rene jest artystą, więc powinna cechować go ciekawość. Tymczasem on przez długi czas zachowuje się inaczej, próbując wszelkimi sposobami pozbyć się natręta. Kiedy w końcu staje twarzą w twarz jest to równie nieprzekonujące jak jego wcześniejsze próby ucieczki. Cały proces jego "szaleństwa" jest sztuczny. Wynika to też ze sposobu opowiedzenia historii. Banalne zdjęcia i irytująca muzyka, która choć cicha, to wrzeszczy "uwaga, dzieje się coś niezwykłego". No i ci obcy zalewający Francję, niczym obcy z piwnicy, których widzi Rene.

Ocena: 3

czwartek, 16 sierpnia 2012

Tooth Fairy (2010)

Nie wiem, jak to się stało, że znalazłem się w posiadaniu "Dobrej wróżki", ale wcale nie żałuję, że film obejrzałem. To jeden z najbardziej campowych obrazów ostatnich lat. I ciekawe, na ile wyszło to twórcom intencjonalnie, bo przecież jest to produkcja dla dzieci. A camp raczej kojarzy się z przeciwieństwem familijnej rozrywki.



Biorąc jednak wszystko pod uwagę, wydaje mi się, że jeśli nawet studio nie miało pojęcia co trafi do kin, reżyser doskonale wiedział, co czyni. Bo jak inaczej rozumieć scenę, kiedy The Rock po raz pierwszy zamienia się we wróżkę, Od czasu ciąży Arnolda Schwarzeneggera i kobiecego kostiumu Gene'a Hackmana nie widziałem czegoś równie szalonego. A te wszystkie docinki z brytyjskim akcentem? Bardziej kojarzy się to z innym rozumieniem słowa "fairy" niż wróżka. No i Crystal. Zabawny jak za dawnych lat. A tekst o żonie i paście zmniejszającej to czysta perwersja w wydaniu PG.

Oczywiście koniec końców familijna formuła wygrywa, więc nie jest aż tak ciekawie, jak mogłoby być. Niemniej jednak uznaję całość za pozytywne zaskoczenie.

Ocena: 6

środa, 15 sierpnia 2012

2:37 (2006)

Film zaczyna się od walenia w zamknięte drzwi i krwi wypływającej spod nich. Wybucha chaos i przerażenie. Po 15 minutach staje się jasne, że jest to najdziwniejsza scena w całym filmie. Patrząc na liczbę i wagę problemów uczniów liceum, można byłoby się spodziewać, że średnio raz na tydzień ktoś popełnia tam samobójstwo i że działania związane z nimi są rutynowym zachowaniem. Ja wszystko rozumiem, ale twórcy naprawdę przesadzili z liczbą problemów. Niektórzy z bohaterów mają pecha, bowiem pokarani zostali kilkoma przywarami, które czynią z ich codziennego życia piekło. Jest tego tak dużo, że zamiast wzmacniać przesłanie filmu, osłabia poszczególne problemy i na większość tego, co przydarza się bohaterom reagowałem wzruszeniem ramion.


Za to podobała mi się sama narracja. To zwijanie kłębka kilku splecionych linii. "2:37" postało w apogeum mody na wielowątkowe fabuły i w pełni z tego korzysta. Podobało mi się to płynne przeskakiwanie z bohatera na bohatera. Powracanie do zdarzeń już rozegranych, ale teraz albo wychodzących na pierwszy plan albo też będących tłem innych wydarzeń.

Ocena: 6

wtorek, 14 sierpnia 2012

Eduart (2006)

Po co komu diabeł, skoro człowiek doskonale sam radzi sobie jako strażnik samego siebie w piekle. Wystarczy, że zarazi się złością, a staje się ślepy na możliwości wybawienia.




Eduart nie jest złym człowiekiem. Ale każdy lepiej by zrobił, nie zasypiając obok niego, ani nie pozostawiając pieniędzy w zasięgu jego rąk. Przepełnia go złość, którą potrafi skrywać za miłą powierzchownością. Pewnie dlatego tak łatwo inni spieszą mu z pomocą. Jednak przez tę złość nie potrafi wydobyć się błędnego koła niedoli. Zawsze w innych widzi przyczynę swoich porażek, ale nie dostrzega tego, jak bardzo inni mu pomogli. Gniew czyni z niego człowieka niebezpiecznego przede wszystkim dlatego, że jest nieobliczalny. Słodki i miły w jednej sekundzie, staje się bezwzględny w następnej. Przypomina w tym psy dingo, które mogą towarzyszyć ludziom, ale nigdy nie zostaną oswojone i zawsze mogą się zwrócić przeciwko tym osobom, które uważały ich za swoich przyjaciół.

Niestety film "Eduart" rozczarowuje. Pal go sześć, że sceny bójek więziennych wyglądają sztucznie. Nie takie rzeczy da się zignorować, jeśli historia jest ciekawa. Niestety reżyserka kompletnie nie potrafi w przekonujący sposób opisać wewnętrznej podróży bohatera. Jego przemiana pojawia się zupełnie znikąd, od czapy, jego relacja z doktorem nie została wygrana, a metafora wilka i orzechowca to już czysty artystyczny bełkot. I tylko prawdziwej historii żal, bo film powstał na faktach, a reżyserka poznała prawdziwego Eduarta.

Ocena: 3

Burke and Hare (2010)

Pewnie gdybym nie lubił tego rodzaju filmów, zapewne kląłbym twórców na czym świat stoi. Jest to bowiem bardzo specyficzna forma komedii. Na szczęście ja jestem ich fanem. Nie jest to z całą pewnością najlepsza produkcja tego rodzaju, ale wystarczająco dobra, bym się nie nudził, a w paru miejscach zaśmiałem się gromko.



Duet w głównych rolach sprawdził się znakomicie. Szczególnie podobał mi się zawstydzony Pegg. Wyglądał wtedy bardzo słodko, niczym szczeniak ze schroniska czekający na nowego właściciela. Zaskoczyła mnie też Isla Fisher. Nie spodziewałem się po niej aż takiej lekkości komediowej. Najlepsze jednak były teksty, jak choćby ten uzasadniający morderstwa. Perełka i do tego na swój sofistyczny sposób prawdziwa.

Ocena: 7

sobota, 4 sierpnia 2012

Teddy Bear (2012)


Hahaha. A to dobre. Ten film powinni obejrzeć wszyscy, którzy zastanawiają się nad kulturystyką. Może zamiast tego zastanowią się, co też wielka masa ciała ma pomóc im ukryć.


Dennis na przykład ma bardzo dużo do ukrycia. To matka, drobniuteńka kobiecina, z którą mieszka. Niby co taka krucha istotka mogłaby zrobić facetowi, który w normalnych drzwiach i bokiem ledwo się przeciśnie? No cóż, kiedy w grę wchodzą emocjonalne więzy, masa mięśniowa na niewiele się zdaje. Jednak Dennis ma już dość. A rozwiązanie znaleźć może na drugim końcu świata, w Tajlandii.

O ile podoba mi się historia relacji Dennisa z matką i jego starania by znaleźć sobie żonę (te wszystkie nasyłane na niego Tajki gadają jak zaprogramowane), o tyle jego relacja z Toi nie została równie głęboko przeanalizowana. Jakby reżyser bał się, co może się za nią kryć. Ale przez to "Misiaczek" zawiera w sobie nierównowagę, a niewygodne pytania wcale nie znikają. Na ile szczera jest relacja z Toi? Czy kobieta została mu podstawiona ale w mniej oczywisty sposób? Czy Dennis szuka równorzędnej partnerki, czy też chce odwrócić zależnościową relację samemu stawiając się w pozycji matki, a Toi przydzielając rolę, którą dotąd sam pełnił? Przez to "Misiaczek" sprawił mi niestety zawód.

Ocena: 6

Dog Tags (2008)


Są takie filmy, w których wyraźnie widać rozdźwięk pomiędzy intencjami twórcy zapisanymi w scenariuszu, a efektem końcowym wynikłym z umiejętności reżyserskich. Z takim przypadkiem miałem do czynienia oglądając "Bezpańskie psy".


W intencjach jest to film o zamotaniu w własnych prawdziwych i wyimaginowanych problemach, przez co jesteśmy całkowicie sparaliżowani. Uciekamy albo dajemy sobą komenderować, ale zawsze unikamy odpowiedzialności. Nate nie może pogodzić się z brakiem wiedzy o tym, kim jest jego ojciec. Andy nie może przeboleć straty miłości swego życia. Nate robi to, co każą mu matka i dziewczyna. Andy ucieka od matki i swego syna. Los (i przedsiębiorczy porno-impresario) zetknął ich ze sobą, dając impuls, by przecięli swe gordyjskie węzły i zaczęli żyć.

I choć na pierwszy rzut oka reżyser trzyma się podręcznika, korzystając z gotowych klisz, to w rzeczywistości wychodzi mu zupełnie inna historia. A wszystko przez to, na czym skupia się obraz, przez montaż, a także przez grę aktorów. "Bezpańskie psy" stają się przypowieścią o grze pozorów, kłamstwie, wykorzystywaniu innych, manipulacji. I co z tego, że robią to, by ukoić swój ból. Aby samemu lepiej się poczuć ranią innych. Najwyraźniej widać to na przykładzie postaci Andy'ego, który ma być pozytywnym bohaterem. Dla mnie był obmierzłym draniem, przy którym fałszywy impresario wydaje się ostatnim sprawiedliwym. To w jaki sposób wykorzystuje dramat Nate'a to niedopuszczalne nadużycie. I fakt, że Nate nie poniósł na tym większej szkody, nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem.

Ocena: 4

The Bourne Legacy (2012)

Zapewne będę w mniejszości, ale muszę to powiedzieć: wcale nie żałuję, że w filmie nie ma Jasona Bourne'a. Tony Gilroy bardzo fajnie wybrnął z problemu jakim był brak Matta Damona. Co prawda jest to rozwiązanie rodem z telewizyjnego serialu, ale ponieważ jak lubię podobne seriale, więc zupełnie mi to nie przeszkadzało.


Dlatego też przyjmuję do wiadomości nowe programy, którym bliżej do filmów SF niż klasycznego kina akcji. Dlatego podoba mi się postać Aarona, która przywodzi mi na myśl "Kwiaty dla Algernona" tyle że z innym zakończeniem. Ba, podoba mi się nawet postać grana przez Rachel Weisz, choć raczej nie lubię jej w kinie akcji, wolę w dramatach. A najbardziej podoba mi się cały wykreowany świat i możliwości, jakie w sobie kryje.

Niestety jako kino akcji wypada gorzej. To zdecydowanie najsłabszy reżyserski film Gilroya. Wydaje się za bardzo wtórny i sztampowy w podejściu do schematu pościgu za zbiegiem. Odcina po prostu kolejne kupony i nie oferuje nic poza dobrym rzemiosłem. Chwilami miałem wręcz wrażenie deja vu. Od serii o Bournie spodziewałem się czegoś więcej, choć przecież już przy "Ultimatum" pojawiały się u Greengrassa oznaki zmęczenia materiału

Ocena: 6

The Expendables 2 (2012)

Ooops. Zapomniałem, że nie napisałem komentarza do tego filmu. Ale teraz to nadrabiam.


Jestem przekonany, że spora część widzów będzie wolała drugą część "Niezniszczalnych" od pierwszej. Ja jednak do nich nie należę. Wolę jedynkę i to właśnie dla tych powodów, dla których większość wybierze dwójkę.

Pierwsza część była autentycznym hołdem złożonym klasycznemu kinu akcji. Film zrobiono z czystą miłością, na serio, ale z zachowaniem wszystkiego tego, co czyniło filmy z lat 80 przebojami na VHS-ach. Dwójka jest zupełnie inna. Tu twórcy postawili na dystans. Wychodząc z założenia, że stara stylistyka jest martwa (albo, pożyczając jeden z tekstów z filmu: jej miejsce jest w muzeum) postanowili zamiast tego zrobić komedię. Śmieją się więc na całego. I przesadzają. Zbyt dużo docinków, zbyt mało prawdziwej akcji. Dobrych momentów można zliczyć na palcach jednej ręki. A chwilami film stał się straszliwie ckliwy, jakby to były "Stalowe magnolie" na testosteronie (cały wątek Kida).

Jak dla mnie "Niezniszczalni 2" są zbyt wyrachowanym produktem, bym mógł się nim spokojnie cieszyć.

Ocena: 5

środa, 1 sierpnia 2012

Margaret (2011)

Ten film powstał pięć lat temu! Aż trudno w to uwierzyć. Choć nie. Po jego obejrzeniu jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tak się stało. Przez cztery lata reżyser próbował znaleźć klucz do zmontowania nakręconego materiału. Pomocy udzielili mu Martin Scorsese i Thelma Schoonmaker. Niestety ostateczny rezultat rozczarowuje i zupełnie nie mogę pojąć zachwytów co niektórych recenzentów. Jeśli o mnie chodzi, to "Margaret" jest najgorszym filmem, jaki w tym roku widziałem w kinie.


Lonergan stworzył jedyne w swoim rodzaju artystyczne szambo, w którym znalazło się miejsce na wszystko. "Margaret" to tak naprawdę kilka filmów w jednym. To także kompilacja bardzo różnych stylistyk od niezależne komedii o nastolatkach wkraczających w dorosłość, przez obyczajowy dramat, po formalny eksperyment z maksymalnie wystylizowanymi dialogami.  Problem w tym, że nie składa się to w żadną całość. Na ekranie panuje chaos, co 10 minut otwierane są nowe wątki, a stare rzucane w kąt, całkiem zapomniane. Poszczególne sceny często są emocjonalnie sprzeczne, przez co nieintencjonalnie autor popada w absurd.

Owszem, jest tu kilka ciekawych elementów. Podobały mi się niektóre dialogi. I w innych filmach byłby to powód do podwyższenia oceny. Tu jednak sprawiają, że jeszcze wyraźniejszy staje się twórczy bałagan. Nic nie ratuje "Margaret". Dziś jest to już tylko przypomnienie o tym, kim byli aktorzy, zanim znaleźli swoją niszę (Paquin dopiero miała zagrać w "Czystej krwi"!).

Ocena: 1