niedziela, 30 września 2012

Taken 2 (2012)


Powtórka z rozrywki może być fajna, ale tylko, jeśli została naprawdę dobrze przemyślana. "Uprowadzona 2" do tej grupy nie należy.


Film jest ledwie bladym cieniem oryginału. Nie wnosząc nic nowego, twórcy na siłę spróbowali powtórzyć sukces. Efekt był fatalny. Intryga jest płaska jak biust anorektyczki. Zabrakło efekciarstwa jakim w jedynce był chociażby pościg samochodowy po budowie. Parkour w wykonaniu Neesona niezamierzenie śmieszył. A w całym filmie dobrych scen można było zliczyć na palcach jednej ręki (najbardziej absurdalny jest telefon do przyjaciela). Z tekstów wartych zapamiętania jest tylko jeden: "Know how to shoot?", "No.", "Then drive".

Film ma niezłe tempo, więc przynajmniej nic mi się nie dłużyło. Ale chyba nie o to powinno tu chodzić.

Ocena: 4

sobota, 29 września 2012

On Strike for Christmas (2010)


Oto przykład filmu, w którym twórcy mają coś ciekawego do powiedzenia, ale niestety nie potrafią tego dobrze wyartykułować. Zrobienie z tego głupawej komedyjki, z przejaskrawionymi zachowaniami bohaterów było żenująco złym posunięciem. A szkoda, bo za tymi beznadziejnymi scenami kryje się kilka ciekawych (choć może niezbyt oryginalnych) przemyśleń.



"Świąteczny strajk" to przypowieść o tym, jak biorąc pełnię odpowiedzialności ma się pretensję, że inni uważają nasze zaangażowanie za pewnik i w niczym nie pomagają. To przypowieść o tym, że bierze się całą odpowiedzialność na siebie, bo w głębi ducha kryje się strach, że wcale nie jest się niezastąpionym, że świat i ludzie poradzą sobie bez naszego udziału. To także opowieść o tym, jak walcząc w słusznej sprawie używa się zbyt wielkich dział, przez co zamiast naprawy można jeszcze bardziej wszystko zniknąć.

I szkoda, że w tym filmie wystąpił David Sutcliffe. Uwielbiam tego aktora. Niestety nie widzę już żadnej nadziei dla niego na wybicie się.

Ocena: 5

piątek, 28 września 2012

En blomst (1971)


Zanim Lars Trier dodał sobie przed nazwiskiem "von", nie był raczej zbyt obiecującym twórcą. Ale może jestem zbyt surowy, w końcu "En blomst" nakręcił mając ledwie 15 lat. I to widać. Historyjka jest bardzo młodzieńcza, razi naiwnością zestawem dramatycznym. Dobrze oddaje naturę nastolatka, który patrzy na świat przez pryzmat totalności. Kiedy jednak się z tego wyrośnie, patrzy się na to z uśmiechem zażenowania.


Jedna rzecz mi się za to podobała. To surowość, która pewnie była wymuszona brakiem środków i technicznych umiejętności. Czasem może to być zaletą, a nie wadą.

Ocena: 4

Poulet aux prunes (2011)


Vincent Paronnaud i Marjane Satrapi chcieli chyba opowiedzieć o wielkiej, niespełnionej miłości i konsekwencjach, jakie ma ona ludzi, ich historię życia oraz na sztukę. Jak dla mnie jest to jednak opowieść-przestroga przed wielka miłością. Główny bohater umiera bowiem dwukrotnie. Za każdym razem za sprawą tego "wspaniałego" uczucia.


Nie jestem też przekonany co do formy filmu. Z jednej strony uczynienie z "Kurczaka ze śliwkami" kinowego komiksu uważam za całkiem fajny pomysł. Z drugiej, wydało mi się, że twórcy za bardzo koncentrują się na kształcie historii i treść filmu gdzieś im przecieka między kadrami. Najbardzie spodobała mi się nielinearność narracji, pogrupowanie wszystkiego tematycznie a nie czasowo. Uwypukla to poszczególne dramaty i czyni nawet z pozoru negatywnych postaci bohaterów tragicznych.

Ocena: 6

wtorek, 25 września 2012

The Angels' Share (2012)

I gdzie są ci wszyscy obrońcy moralności, kiedy naprawdę są potrzebni? "Whisky dla aniołów" to jeden z najbardziej społecznie nieodpowiedzialnych filmów, jakie powstały w ostatnim czasie. A jednak nikt go nie oprotestuje. Wszystkim morał historii przysłoni ciepła atmosfera narracji, sympatyczni bohaterowie i ponure warunki życia, w jakich się znajdują.


Loach, jak to ma w zwyczaju, opowiada historię rozgrywającą się w świecie społecznych nizin. W tym świecie brutalność jest koniecznością i wcale nie jest związana z tym, że ludzie są z gruntu źli. Po prostu nie potrafią inaczej poradzić sobie z negatywnymi emocjami albo są elementami błędnego koła przemocy, z którego nie sposób się wyrwać. W takich warunkach łatwo przychodzi nam kibicować Robbiemu, który naprawdę chciałby zająć się rodziną, nierozgarniętemu Albertowi, kleptomance Mo i sympatycznemu Rhino. Dlatego też bez większych problemów "łykamy" lekcję życia przekazaną przez Loacha, która sprowadza się do zdania: kradzież popłaca pod warunkiem, że jesteś zdeterminowany i wiesz dlaczego to robisz.

Ciekawe ilu widzów weźmie sobie tę lekcję do serca?

Ocena: 6

The Possession (2012)


Hollywood jest prawdziwym cmentarzyskiem skandynawskich twórców. U siebie robią znakomite, wyraziste film, dzięki którym zostali zauważeni w Ameryce. Kiedy jednak dostają ofertę z Fabryki Snów, ich wyjątkowość gdzieś znika i pozostaje typowa hollywoodzka papka. W przypadku "Kroniki opętania" nie jest może aż tak źle, ale gdyby nie napisy, nigdy w życiu nie powiedziałbym, że film wyreżyserował Ole Bornedal, jeden z moich ulubionych duńskich twórców.


O "Kronice opętania" mogę powiedzieć, że jest to naprawdę przejmujący i wzruszający film... co chyba w przypadku horroru nie jest najlepszą rekomendacją. Ale cóż, zbyt straszna ta historia to nie jest. Najbardziej przeraża w tym to, że inspirowane jest prawdziwymi wydarzeniami (choć ile z tej prawdy na ekranie pozostało, trudno powiedzieć). Jednak mnie się film w miarę spodobał, ale jako historia ojca, który jest w stanie poświęcić wszystko dla córki. Jeffrey Dean Morgan stworzył bardzo dobrą rolę, jedną z najlepszych w swojej karierze. Ma kilka znakomitych scen. Mi najbardziej podobała się jego bezradność wobec tego, co usłyszał od chasydów.

Za to żal mi, że Kyra Sedgwick nie została lepiej wykorzystana. Najbardziej zapamiętam z jej kreacji to, jak wyglądała w obcisłym sweterku w scenie konfrontacji z córką.

Ocena: 6

Dredd (2012)


Bardzo współczuję twórcom. Gorzej ze swoim filmem nie mogli trafić. Największą tragedią "Dredda" jest to, że trafia do kin po "Raidzie". Niestety "Dredd" wydaje się być podpimpowaną wersją "Raidu". I w tym tkwi jego słabość. Nie robi na mnie wrażenia wszystkomogąca giwera Dredda, kiedy w "Raidzie" główny bohater wszystko załatwiać musiał rękami (i nogami).


Jeśli jednak ktoś nie widział "Raidu", to pewnie bawić się będzie na "Dreddzie" całkiem dobrze. Film jest tak brutalny, jak to jest tylko możliwe w produkcji z udziałem gwiazd drugiej aktorskiej ligi. Niektóre teksty są całkiem zabawne. A i sam Dredd przypomina bohaterów sprzed 30 lat, choć ze względu na samą formę filmu, raczej nie załapie się na panującą modę nostalgiczną za latami 80.

Niezła rozrywka, która z powodzeniem zaciera złe wrażenie, jakie zostawił Dredd-Stallone.

Ocena: 6

Rebelle (2012)


Serio? "Wiedźma wojny" jest najlepszym kanadyjskim filmem roku, wartym Oscara? Jeśli tak, to współczuję Kanadyjczykom, bo musiał to być kiepski dla nich rok w kinach.


Film zaczyna się jak typowa opowieść o dzieciach walczących w wojnach dorosłych na Czarnym Lądzie. Przez moment miałem silne wrażenie deja vu. Potem twórcy próbują przeskoczyć na inne tory narracyjne, ale nie do końca im się to udaje. Całość nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Najmocniejszy jest sam początek i tekst bohaterki skierowany do nienarodzonego dziecka, w którym to wyznaje, iż modli się do Boga o siłę, by mogła dziecko kochać.

"Wiedźma wojny" ślizga się po traumie wojennej. Wszystko się tu przydarza jakoś tak z boku, mimochodem i gdyby nie dwie czy trzy sceny, można byłoby uznać, że bohaterka w ogóle nie przeżywa jakoś ciężko tych wszystkich okropieństw.

Ocena: 5

poniedziałek, 24 września 2012

Take This Waltz (2011)

Ten film to kolejny dowód na to, że monogamia jest najgorszą rzeczą, jaka mogła się przydarzyć rodowi ludzkiemu. I nie chodzi tu o seks, bo w tej sferze gorset moralny już się powoli rozluźnia, ale o monogamię uczuciową. Choć pewnie Polley (sądząc po kazaniu wygłaszanym przez pijaną Silverman) z moimi wnioskami płynącymi z jej filmu by się nie zgodziła.


W "Take This Waltz" mamy trójkę naprawdę fajnych ludzi. Żadne z nich nie jest złe i nie zasłużyło na cierpienie. Ale przez wdrukowaną w ich naturę monogamiczność, zostają postawieni pod ścianą płaczu i muszą podjąć decyzję, która nikogo w pełni nie zadowoli. Margot i Lou są małżeństwem z niedużym jeszcze stażem, ale rutyna już się wkradła. Na ich przykładzie Polley pokazuje (co zresztą ostatnio można było zobaczyć także w "Dwojgu do poprawki"), że miłość w związku to nie wszystko. Margot i Lou wciąż się kochają, a jednak każde z nich przebywa na innym etapie życiowej drogi i nie są w stanie spełnić wszystkich wzajemnych potrzeb. Dla Margot  tym alternatywnym źródłem staje się równie sympatyczny i o wiele bardziej seksualny Daniel. Kogokolwiek by nie wybrała Margot, zawsze kogoś zrani, co i u niej wywoła dyskomfort. I to jest tajemnica, której nie potrafię rozgryźć: dlaczego żadne z nich ani przez chwilę nie rozważa nawet, że nie muszą wybierać, dlaczego nie chcą zaakceptować, że fakt, iż się komuś nie wystarcza, nie oznacza jeszcze, że nie jest się ważnym i że trzeba z tego związku zniknąć?

Ocena: 6

niedziela, 23 września 2012

The Future (2011)


Życie to kwestia perspektywy. Sophie i Jason nawet nie zauważają, jak mijają kolejne dni. Są ze sobą cztery lata i wydaje im się, że to szmat czasu. Ale wystarczy jedno drobne zdarzenie, by nagle czas zaczął biec inaczej, a wraz z nową perspektywą rodzą się nowe lęki. To, co wydawało się solidną konstrukcją, nagle staje się ledwie początkiem początku. Przyszłość, choć przecież odległa, pędzi przed ich oczami. I choć młodzi, oczami duszy widzą swą starość. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy oni bojąc się życia, gnają ku przyszłości, ktoś, kto czeka na przyszłość z nimi, jest o krok od śmierci.


Uwielbiam "Ty i ja i wszyscy, których znamy", dlatego też nie mogłem nie skorzystać z okazji obejrzenia kolejnego filmu reżyserki. Niestety mimo kilku ciekawych pomysłów i obecności w obsadzie Hamisha Linklatera "Przyszłość" rozczarowuje. Z magii tamtego filmu pozostały ledwie strzępy. Gdzieś podziała się lekkość i świeżość. Miranda July sprawia wrażenie, jakby za mocno się starała. "Przyszłość" to wciąż niezły film, a połączenie nadziei i z brutalnością procedur codzienności robi wrażenie. Niemniej jednak daleko mu do tego, czego spodziewałem się nawet w najgorszych snach.

Ocena: 6

Bachelorette (2012)


No cóż, nie są to "Druhny", ale nie jest to też tak zły film, jak go opisują zagraniczni recenzenci. Być może na tak niskiej jego ocenie zaważyło to, jak cała historia jest opowiedziana. Więcej jest tu kina niezależnego spod znaku stonowanego komediodramatu, mniej za to szalonego tempa i ostrego montażu.


Kobiety mogą też mieć problem z zaakceptowaniem głównych bohaterek, które są zakompleksione, znarkotyzowane i samotne (poza tą, która wychodzi za mąż). A jednak film ma sporo do zaoferowania, zarówno w warstwie czysto komediowej, jak i na bardziej poważnym poziomie portretowania problemów współczesnych kobiet. Najlepiej wypada wątek Geny i Clyde'a, pewnie dlatego, że między Caplan i Scottem jest największa chemia, co nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, że grali ze sobą w świetnym serialu "Melanż z muchą".


W sumie "Wieczór panieński" jest sympatycznym filmikiem, przy którym szybko mija czas.

Ocena: 6

In Their Room: Berlin (2011)


W oczekiwaniu na to, aż Travis Mathews pokaże, jak James Franco uprawia seks z facetem i kiedy w końcu zobaczę kinową wersję "I Want Your Love", postanowiłem zapoznać się z kolejną częścią projektu "In Their Room".


Z jakiegoś powodu część berlińska jest trzy razy dłuższa od części z San Francisco, co otwartym zostawia pytanie o długość powstającej części londyńskiej (ale chyba 3 godziny nie będzie trwać). Oczywiście po obejrzeniu filmu wiem, skąd taka długość. Wszystko przez to, że 1/3 zajmuje scena seksu między dwójką bohaterów. Moim zdaniem poświęcenie temu aż tyle czasu było błędem. Kompletnie zaburzyło równowagę całego filmu. Lepiej byłoby, gdyby Toby i Luc doczekali się własnej, odrębnej krótkometrażówki.

Z drugiej strony cały ten projekt jest mocno skrzywiony w jednym kierunku. Podobnie jak w przypadku San Francisco, tak i tu dokonany przez Mathewsa wybór tego, co pokazać, jest mocno ograniczony i monotematyczny. Mnie to rozczarowało, ale najwyraźniej taki jest zamysł reżysera, ponieważ rzecz jest spójna zarówno wywnętrzenia (poza sekwencją z Tobym i Lucem) jak i z częścią w San Francisco.

Nie odrzucam filmu w zasadzie tylko dlatego, że wciąż podoba mi się ten surowy, bardzo prosty sposób filmowania, dzięki któremu jednak potrafi Mathews przekazać bardzo dużo intymności. Świetnie pracuje na zbliżeniach.

Ocena: 6

Lemminge, Teil 1 Arkadien (1979)


Ten film okazał się całkiem interesującym przeżyciem. Nie, wcale nie dlatego, że jest to dobry film, bo nie jest. Styl Hanekego, z którego będzie słynął w kolejnych dekadach, tu jest jeszcze w powijakach, trochę nieporadny, pretensjonalny, sztuczny. Okazał się interesujący, ponieważ oglądałem to jako totalną egzotykę. Choć bowiem film opowiada o wydarzeniach odległych ledwie o pół wieku i rozgrywających się w nie tak znów dalekiej Austrii, równie dobrze, jak dla mnie, mógłby się rozgrywać na Księżycu.



Dramaty młodego pokolenia, ich zmagania z kodeksem moralnym, są mi całkowicie obce. Naprawdę trudno mi było wczuć się w bohaterów, dla których seks (lub jego brak) jest tak traumatycznym przeżyciem. Z drugiej strony jest w tym coś godnego zazdrości. Kodeks moralny, może i więzi ich, ale z drugiej strony wyznacza kierunek ich zachowań (nawet jeśli jest to kierunek "anty"), zdejmuje częściowo z nich odpowiedzialność. Kiedy nie ma kodeksu, nie ma ograniczających ścian, stoi się na pustkowiu, gdzie wszystko można zrobić, ale też gdzie pełna odpowiedzialność za te czyny spoczywa na nas i nikim innym. Bycie lemingiem może i prowadzi do tragicznego końca, ale przynajmniej jest to koniec dzielony z innymi.

Ciekawe jest też to, że Haneke opisuje tu siebie i swoje pokolenie. Z drugiej strony jest to uniwersalny portret pokoleniowych zmagań, kiedy to młodzi odkrywają dorosłość i zagubieni nie bardzo wiedzą, co z nią począć, poza odczuwaniem pogardy i niechęci do pokolenia rodziców. Mimo pesymizmu, los Hanekego pokazuje najlepiej, że ów chaos jest tymczasowy, ale nie każdy jest to w stanie przetrwać.

Ocena: 6

Wake Wood (2011)


Horrorowy standard: para po tragedii, zamknięta społeczność i krwawa jatka na koniec.


To, co wyróżnia film (poza obsadą), to morał. Przestrzega on małe społeczności przed ufaniem przyjezdnym. "Wake Wood" pokazuje, że im ufać nie można, że wykorzystają dla własnych celów to, co jest lokalną tajemnicą, a konsekwencje zapłacą ci, którzy w dobrej wierze chcieli nowym pomóc.

Ocena: 4

sobota, 22 września 2012

To Rome with Love (2012)


Ach, seans "Zakochanych w Rzymie" przyprawił mnie o głęboką depresję. To było jak oglądanie występu chorego na alzheimera, który jest jeszcze na tyle świadomy, żeby pragnął po raz ostatni wejść na scenę, lecz niestety mota się i plącze przy najprostszych nawet tekstach.


W "Zakochanych w Rzymie" jest wszystko, co potrzeba, by zrobić mistrzowską komedię. Świetny pomysł z prysznicem, zabawne teksty o grabarzach, ciekawa konstrukcja połączenia przeszłości z teraźniejszością. Jednak Allen nie potrafi tego połączyć w jedną spójną całość. Co gorsza, większość dowcipów zostaje spalona przez sprowadzenia poszczególnych wątków do najgorszych stereotypów o Włochach. W Barcelonie i Paryżu potrafił przekuć stereotypy w żywą materię filmu, w Rzymie kompletnie się pogubił i nawet Wieczne Miasto wygląda tu mniej atrakcyjnie niż w rzeczywistości.

Nie sądziłem, że dla Allena może być gorsze miasto niż Londyn. Niestety Rzym okazał się ziemią przeklętą.

Ocena: 3

Edwin Boyd (2011)


Co za bolesne rozczarowanie. Przy tej obsadzie miałem prawo oczekiwać przynajmniej solidnej produkcji. Tymczasem z ekranu wyzierała pustka i brak pomysłu na to, co i jak chce się powiedzieć.


Boyd to barwna postać, szczególnie dla Kanady, która pewnie nie może poszczycić się aż tyloma medialnymi gangsterami co sąsiednie Stany. Oglądając "Edwina Boyda" musiałem jednak wierzyć twórcom na słowo, ponieważ nic z jego barwnej, showmańskiej osobowości nie przedostało się na ekran. Jeden taniec na stole rabowanego banku wiosny nie czyni.

Jasnymi punktami całości są Brian Cox w skromnej roli ojca Boyda i Kelly Reilly jako żona, która chyba jako jedyna naprawdę postarała się, by wypaść wiarygodnie. Ale też jej postać wydaje się najbardziej dopracowana ze wszystkich.

Ocena: 4

czwartek, 20 września 2012

The Trotsky (2009)


No tak. Trochę dziwnie ogląda się całkiem przyjemną komedyjkę, kiedy jej bohaterem jest jeden z twórców krwawego terroru XX wieku. To, że stał się ofiarą Stalina wcale go nie wybiela, oznacza jedynie tyle, że przegrał walkę o władzę. Tu tymczasem staje się symbolem przebudzenia młodzieży z marazmu, postacią niosącą nadzieję tym, którzy zapomnieli, czym jest walczyć o swoje. Po tym filmie pozostaje mi tylko jedno pytanie bez odpowiedzi: kiedy podobnym pokoleniowym idolem stanie się Bin Laden.


Z drugiej strony rozumiem, dlaczego twórcy wybrali akurat Trockiego. Główny bohater reprezentuje bowiem desperację współczesnego pokolenia nastolatków, późnych dzieci lub wczesnych wnuków eks-hipisów. Rok '68 w zachodniej kulturze jest symbolem ostatniego wielkiego ruchu młodzieży, po którym – przynajmniej w popularnej opinii – nie było już niczego, bo młodzieży przestało zależeć (choć i protesty alterglobalistów sprzed paru lat oraz ruch OWS sprzed roku są jawnym jej zaprzeczeniem). Leon/Lew nie jest jednym z nich, jemu zależy, ale biorąc pod uwagę warunki w jakich żyje, jego bunt zdaje się pozbawiony sensu, a to sprawia, że czuje się zdesperowany, postawiony w sytuacji bez wyjścia. A jak wiadomo zdesperowany człowiek nie jest wybredny i sięgnie po każde narzędzie, które oferuje choć cień szansy na spełnienie swych pragnień. Dla muzułmanów tym czymś stały się samobójcze zamachy bombowe. Dla bohatera film jest nim życie Trockiego.

Sama fabuła to niezależny standard. Pełno tu mniejszych lub większych dziwaków, którzy nie tylko są nieszkodliwi, ale wręcz stają się niezbędnym elementem życia społecznego. To oni bowiem pilnują, by mury codzienności nie skostniały w tłamszącą indywidualizm klatkę. Jeśli zapomni się o biografii Trockiego, wtedy jest to nawet całkiem przyjemny filmik, choć oczywiście bardzo wtóry.

Ocena: 6

Café de Flore (2011)


Oto opowieść o paradoksie miłości. Z jednej strony jest to siła, która sprawia, że to druga osoba jest najważniejsza, że jej szczęście i dobro liczy się bardziej niż własny dobrobyt. Z drugiej strony jest to siła niezwykle zaborcza, bowiem wymaga, by wolność, jaką zapewniamy drugiej osobie ta wykorzystała w celu wybrania właśnie nas. Kiedy  jednak wybiera kogoś innego, wtedy zaczynają się schody. I nagle miłość staje się destrukcyjnym szaleństwem. Zaś muzyka okazuje się medium, idealnym nośnikiem emocji towarzyszących tej paradoksalnej mieszance.


"Café de flore" udaje film bardziej skomplikowany, niż jest w rzeczywistości. To chwilami bywa męczące, zwłaszcza w chwilach, kiedy sytuacje zdają się oczywiste, a jednak reżyser dalej brnie swoim torem, obojętny na to, co rozumie (lub czego nie rozumie) jego widownia. Niemniej jednak jest w nim piękno, cudowne obrazy i muzyczny zestaw, który satysfakcjonuje, choć nie zaskakuje. Po Vallée nie spodziewam się niczego mniej niż genialnego soundtracku. I tym razem mnie nie rozczarował.

Paradis trochę dziwnie wyglądała w czarnych włosach, ale poza tym zagrała lepiej, niż się tego spodziewałem.

Ocena: 7

środa, 19 września 2012

The Watch (2012)


Z filmu "Straż sąsiedzka" wyniosłem dwie lekcje:
Po pierwsze – lepiej nie próbować zostać amerykańskim obywatelem, nawet jak ci się to uda, to i tak marnie skończysz
Po drugie – nic tak nie łagodzi obyczajów jak dobrze rozkręcona orgia.


W sumie to jednak żałuję, że film nie jest zabawniejszy. Dziwne to tym bardziej, że ma on wszystko, co dobra komedia powinna mieć wzorując się na najlepszych tytułach gatunku z lat 80, kiedy komedie mogły być i zabawne i brutalne. Tego drugiego filmowi nie można odmówić. Sami kosmici też są dobrze wykreowani, warci lepszego dzieła. Kilka tekstów świetnych. Scena z latającą głową kosmity albo z sercem na wierzchu – cud. Dla fanów Lonely Island fajny orgietkowy epizodzik. A jednak przez większą część film jest po prostu drętwy. Stiller chyba nie ma żadnego naprawdę mocnego momentu. Ayoade jest potrzebny tylko po to, by mówić z brytyjskim akcentem, a przecież potrafi być naprawdę zabawny. Te wszystkie niewykorzystane szanse mszczą się może nie okrutnie, ale jednak, pozostawiając po sobie niedosyt.


Ocena: 5

Savages (2012)


Muszę powiedzieć, że spodobał mi się nowy film Stone'a. Reżyser w końcu zaczął iść w dobrym kierunku. Udało mu się i to pomimo fatalnego w gruncie rzeczy scenariusza. Kiedy bowiem przyjrzeć się z dystansu, to okazuje się, że fabuła jest dość mizerna, że historii nie ma tu prawie wcale, że w zasadzie jest to film o niczym.


Jednak Stone skrzętnie te niedostatki zamaskował. To, czym przykuwa uwagę, jest narracja. Bawi się tempem, zmienia podejście do montażu, do preferowanych ujęć. Niektóry może się to wydać nieco chaotyczne, ale na mnie zrobiło pozytywne wrażenie. Niektóre sekwencje to wizualny majstersztyk, jak choćby ta, w której Elena każe Chonowi włożyć sobie pistolet do ust. Do tego "Savages" jest filmem dość brutalnym, ale Stone nie epatuje nią, a traktuje ją jako naturalny element. Jeśli kogoś torturują to gałki oczne mogą wypaść, taka jest po prostu kolej rzeczy.

I jeszcze jednak rzecz mi się spodobała (ale to już jest zasługa literackiego pierwowzoru). Obraz alternatywnego związku, ona jedna, a ich dwoje i pełne harmonia, bez całego tego kitu, który w 99% podobnych historii miałby miejsce.

Ocena: 7

poniedziałek, 17 września 2012

Resident Evil: Retribution (2012)

Brawo panie Anderson! Tym razem zyskałeś mój pełen podziw i szacunek. "Resident Evil: Retrybucja" wychodzi naprzeciw wszystkim oczekiwaniom fanów, którzy domagali się adaptacji gry, a jednocześnie wywraca je na do góry nogami. Anderson podszedł do tych żądań bowiem całkiem poważnie, czego rezultat był oczywiście z góry wiadomy, choć żaden fan by się do tego nie przyznał. Dosłowne przeniesienie gry na ekran daje tragiczny rezultat.


Już słyszę te głosy oburzenia, że film w niczym nie przypomina gry. Tak, to prawda. Ale są to tylko pozory. Film jest negatywem gry. Gdzie gra próbowała imitować rzeczywistość, tam film imituje wirtualną rzeczywistość. Całość, dosłownie wszystko, jest tu sztuczne aż do granic wytrzymałości. Sterylne lokacje są bardzo umownym odtworzeniem świata, bo też ich intencją nie jest perfekcyjne odzwierciedlenie rzeczywistości, a jedynie stworzenie warunków na tyle dookreślonych, by zachowania postaci miały choć niewielki stopień prawdopodobieństwa. Anderson cofa się tu do estetyki i filozofii myślenia o grach z połowy ostatniej dekady XX wieku (czyli z czasów, kiedy pojawiała się na rynku gier pierwsza część "Resident Evil", a sam Anderson szykował kinową wersję "Mortal Kombat"). Stąd pełno jest tu filmowych klisz, żywcem kopiowanych. Stąd aktorzy grają jak automaty, nie prezentując żadnych emocji.

Anderson jest bezwzględny w rygorystycznym trzymaniu się wybranej konwencji. Jest tak bezbłędny, że patrząc na krytyczne opinie, można uznać, iż ginie od własnej broni. "Restrybucja" to film-paradoks: nie można go brać na serio, choć został całkiem serio zrobiony. A Anderson (podobnie zresztą jak i Uwe Boll) nie ma tego kredytu zaufania, by widzowie/krytycy uznali, że mógł świadomie wybrać taką formę i po prostu stwierdzili, że zrobił zły film. I jest to opinia, o którą Anderson aż się prosi, ponieważ nie zagrał asekurancko. Większość twórców będących na jego miejscu starałaby się bronić swoje dobre imię poprzez tworzenie dystansu wobec filmu, branie wszystkiego w cudzysłów lub ubieranie w komediowe szaty (vide: "Niezniszczalni 2"). U Andersona nie ma przysłowiowego śmiechu z offu, jeśli więc nie wierzy się w jego umiejętności reżyserskie, łatwo jest nie zauważyć, że to wszystko jest tylko grą. Ponieważ mi "Retrybucja" natychmiast skojarzyła się z odcinkiem "LEXXa", w którym bohaterowie trafili na planetę permanentnej telewizyjnej rozrywki, natychmiast zwróciłem uwagę na formę. I trochę żałowałem, że Anderson nie poważył się na jeszcze bardziej skrajną sztuczność (a przy tym mniej odniesień do "Matrixa", a więcej do "TRONu"). Przydałoby się też trochę seksu (jak w "LEXXie") i może jeszcze bardziej sterylne środowisko.

Ocena: 7

niedziela, 16 września 2012

City Island (2009)


O, to jest kino, jakie lubię. Prawdziwie alternatywna rodzina, pełna dziwaków, choć zupełnie nieszkodliwych. Ojczulek wstydzi się przyznać, że marzy mu się aktorstwo. Matula wstydzi się przyznać, że czuje się odrzucona przez męża. Jest córuchna, która dorabia sobie jako striptizerka, a w więzieniu objawia się zapomniany synalek. W tym wszystkim najbardziej spodobał mi się fetysz młodszego syna, którego podnieca dokarmianie spasłych dziewojek.


Film ogląda się całkiem zabawnie, choć moim zdaniem zabrakło w nim skandynawskiej nuty. Przez to wszystko jest zbyt frywolne, za bardzo zalatuje bajką. Odrobina goryczy i północnej depresji wydobyłaby głębię aromatu dania przygotowanego z tak ciekawych składników. Ale i tak miło, że Polacy przyczynili się do powstania fajnego filmu.

Ocena: 7

Rundskop (2011)

Jedno w życiu jest pewne: to, że wszyscy mamy przerąbane. Ale niektórzy jakby bardziej niż inni. Takim nieszczęśnikiem jest Jacky.


W oczach wymiaru sprawiedliwości jest osobą winną i w pełni odpowiedzialną za swoje czyny. Świadomie zażywa różne środki, które wypaczyły jego psychikę (jakby trauma z dzieciństwa nie wystarczyła). Naprawdę bywa brutalny i ma za co odpowiadać. Ale z perspektywy osobistej wygląda to zupełnie inaczej. Jego życie skończyło się, kiedy był małym chłopcem. Przez kolejne 30 lat po prostu kurczowo trzymał się krawędzi. Ale w końcu zaczęło brakować mu sił...

Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że Belgowie wystawili ten film do Oscarów. I całkiem zasłużenie zdobył nominację. To mocne, ponure kino o tym, jak jedno zdarzenie może zaważyć na losie kilkunastu osób.

Ocena: 8

No soy como tú (2012)


Co się stanie, kiedy one night stand zostanie nieoczekiwanie przedłużony? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć reżyser "No soy como tú".


Film pozostawia sporo do życzenia. Aktorsko bardzo nierówny, wypada gorzej, kiedy bohaterowie mówią. O dziwo milczenie bohaterom lepiej wypada. Trudno mi było też oderwać wzrok od ich oczu. Obaj aktorzy mają duże, ciemne oczy, które lepiej sprawdziłyby się w jakimś horrorze lub filmie SF. Fabularnie najlepsze jest to, će reżyser rezygnuje z happy endu. To na swój sposób jest orzeźwiające.

Ocena: 5

(2010) שמור עלי


Uwaga! Maga spoileruję!


Oto kolejny dowód na to, że Izrael ma niezwykle lojalnych obywateli. Tam wszyscy, absolutnie wszyscy walczą z arabskim zagrożeniem i odmieńcami psującymi obraz praworządnego Izraelczyka. Nawet wampiry, które zorganizowane są w specjalnej jednostce łączącej przyjemne z pożytecznym.

Pomysł tej krótkometrażówki jest bardzo fajny, ale z wykonaniem jest trochę gorzej. Nie do końca podoba mi się samo tempo narracji, które bardziej pasuje do egzystencjalnego dramatu, niż do historii o sympatycznym wojaku z bardzo mroczną osobowością. Całość jest też zbyt rozwleczona. Można było spokojnie skondensować wątek "romansowy" i skrócić film do mniej niż 10 minut.

Ocena: 5

sobota, 15 września 2012

Terri (2011)


"Terri" jest jak wycieczka do ZOO z tym wyjątkiem, że zamiast zwierząt oglądamy ludzkie oryginały. Ten film to jednak wielka wylęgarnia dziwaków i społecznych wyrzutków. To, co normalne, ginie gdzieś w tle.


Powinno mi się to spodobać. A jednak tak nie jest. Całość jest zbyt naiwnie uproszczona. Reżyser próbuje przekonać widzów, że dziwactwo nie równa się samotności, ponieważ swój ciągnie do siebie zgodnie z powszechnym prawem ciążenia. Tyle tylko, że z tej wspólnoty nic nie wynika. Życie żadnego z bohaterów nie zmienia się nawet o jotę, a przekonanie o tym, że dwóch, trzech lub czterech oryginałów jest lepsza od jednego, nie podlega dyskusji ani uzasadnieniu. Reżyser oczekuje, że uwierzymy mu na słowo. Co przy tej konstrukcji filmu nie przychodzi łatwo (jeśli w ogóle).

Ocena: 5

Mamma Gógó (2010)


Nostalgiczny film o tym, że czas jest bezlitosny, nie da się go powstrzymać. Nawet wspomnienia stają się jego ofiarą i sztuka, która przecież mogłaby pomóc je uwiecznić pozostaje bezradna. To film o umieraniu i o tym, jak natura sprawia, że pamięć o nas samych jest stopniowo wycierana ze świata żywych. To pełna tęsknoty oda reżysera, który sam już młodość ma dawno za sobą.


Tak silne postawienie akcentu na nostalgię było ryzykownym posunięciem i muszę powiedzieć, że początkowo oglądało mi się "Mamę Gógó" niezbyt wygodnie. Ale po ostatniej scenie widać, że ta struktura miała sens. Friðriksson nie oswaja nas ze śmiercią, ani nie demonizuje choroby, dwie najczęściej wybierane ścieżki narracyjne w przypadku bohaterów starych, cierpiących na alzheimera. Wybiera własną, bardziej niebezpieczną drogę. Ryzykując, że jego film będzie zbyt ckliwy i przesłodzony, stworzył film, który naprawdę porusza.

Słodycz udało mu się zneutralizować historią syna-reżysera, która staje się pretekstem do porównania świata islandzkiego (a pewnie i większości małych krajów) kina ze chorobą alzheimera. Friðriksson widzi wiele podobieństw, co nadaje całości goryczy, bo jest swego rodzaju oskarżeniem dla rzeczywistości, w której żyje, w której musi albo udawać, że mu na sławie nie zależy albo też godzić się na bycie pachołkiem na usługach grupy trzymającej kasę. Tak samo jest z chorymi na alzheimera, którzy muszą ze wszystkich sił udawać, jeśli chcą zachować choć odrobinę autonomii.

Film ma kilka genialnych scen i dwie popisowe role: Kristbjörg Kjeld i Hilmira Snæra Guðnasona.

Ocena: 7

piątek, 14 września 2012

Paris Manhattan (2012)

Są ludzie, którzy nie podejmą żadnej decyzji bez konsultacji z wróżką. Inni wolą porady księdza albo terapeuty. Bohaterka "Paryż – Manhatta" zdecydowała się na podążanie za filmami Woody'ego Allena. Przez długi czas Allen służył jej do utrzymywania wybiórczej ślepoty polegającej na ignorowaniu tego, co złe w jej rodzinie. Ale pewnego dnia zmieni się to za sprawą bardzo allenowego bohatera, który jednak żadnego filmu Allena nie wdział.


"Paryż – Manhattan" to film, który w ogóle nie zapada w pamięć. Ale nie znaczy to, że jest zły. Jest lekki, przyjemny, ma sympatycznych bohaterów i trochę fajnych dialogów. Tyle tylko, że jest typową impresją, działa wyłącznie podczas seansu i ani chwili dłużej. Gdy tylko na sali zapala się światłu – puff – i magia znika. Dobrze przynajmniej, że trwa podczas seansu.

Ocena: 6

czwartek, 13 września 2012

Son of Morning (2011)


Czasami całość to mniej niż suma poszczególnych części. Tak jest w przypadku "Syna Poranka". Jest w nim sporo fajnych elementów. Pomysł mesjasza jako celebryty nie jest może nazbyt oryginalny, ale też zaskakująco rzadko bywał ogrywany. Niektóre teledyskowe sekwencje były fajne. Zbyt oczywiste, ale jednak interesujące było zestawienie niemającego nic do powiedzenia zbawcy z mającym przesłanie, ale mówiącym po próżnicy, bo nikt go nie słucha.


Niestety nad tych wszystkim unosi się duch chaosu. Patrząc na końcowy efekt trudno pojąć, co też takiego chciał widzom przekazać reżyser. Czy ma to być satyra na świat show-biznesu? A może śmianie się z płytkości ludzkich pragnień w obliczu apokalipsy? No cóż, wydaje się, że reżyser zmarnował tkwiący w pomyśle potencjał, ale przynajmniej jego film nie jest zbyt długi.

Ocena: 5

Barbara (2012)


No cóż. Tym razem Christian Petzold nie zachwycił mnie aż tak bardzo, jak to było w przypadku "Jerichow", ale jednego nie mogę mu odmówić: poczucia humoru. Obsadzenie w głównych rolach Niny Hoss i Ronalda Zehrfelda to było świetne posunięcie. Są tak różni od siebie. Ona jest chuda i krucha, że gdyby zdjęła ubranie, pewnie w ogóle nie byłoby jej widać. On zaś masywny, może uchodzi za ideał każdego misioluba.


Sam historia? No cóż. Lepiej wypada trzeci plan, cała ta enerdowska otoczka, od głównego wątku. Wystarczy znać podstawy filmowej arytmetyki, by wiedzieć dokładnie, jak się skończy cała historia. Nie jest to trudniejsze od obliczenia ile jest 2+2. Nie bardzo rozumiem, dlaczego "Barbara" dostała nagrodę za reżyserię. Za to dwójka aktorów oprócz tego, że wyglądają jak romantyczna wariacja Flipa i Flapa, to też zagrała całkiem przyzwoicie.

Ocena: 6

wtorek, 11 września 2012

Beasts of the Southern Wild (2012)


Cóż to za sprytna bestyja! Przez pierwsze pół godziny zachodziłem w głowę, o co tyle hałasu, skąd te wszystkie nagrody. Ale niepostrzeżenie, minuta po minucie czar "Bestii z południowych krainy" coraz bardziej dawał o sobie znać i z kina wyszedłem ze łzami w oczach.


Ten film to cudowna opowieść o świecie widzianym oczami dziecka, pełnym dziwów i magii kryjącej się w codzienności. To także przypowieść o cyklu życia i śmierci, jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało, jak również o brutalnej harmonii zapierającego w dech piękna i bolesnych tragedii. "Bestie z południowych krain" to także świetny pretekst do zastanowienia się na ile "człowiek cywilizowany" ma prawo na siłę uszczęśliwiać innych. To wspaniały głos w obronie tych, którzy wolą krótkie życie na własnych warunkach od wygody więzienia cywilizacji. Temat ten jest mi teraz szczególnie bliski, bo właśnie kończę czytać znakomitą książkę "The Standing Dead" Ricardo Pinto, jednego z najbardziej niedocenionych autorów fantasy.

"Bestie z południowych krain" czarują za sprawą trzech elementów. Pierwszym jest cudowna muzyka, która buduje jedyny w swoim rodzaju klimat. Drugim jest Quvenzhané Wallis. Nie mam zielonego pojęcia, czy ma ona jakikolwiek aktorski talent, ale tu pasowała idealnie. Oba te elementy w jedną całość wiążą znakomite zdjęcia, dzięki którym historia staje się wyjątkowym i osobistym spojrzeniem na świat lumpów i społecznych wyrzutków.

Ocena: 8

poniedziałek, 10 września 2012

Hope Springs (2012)


"Dwoje do poprawki" jest dla mnie niczym letni romans. Wpadłem po same uszy, wbrew rozsądkowi pozwoliłem, by Meryl Streep, Tommy Lee Jones i David Frankel skradli moje serce. Niby wiem, że ten film to nic specjalnego, że pewnie za parę miesięcy poza wspomnieniem tego, jak się czułem oglądając go, nic więcej nie będę pamiętał. A jednak póki trwał, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.


W sumie jest to krzepiąca bajka mająca na celu wzbudzić w widzach siłę, by zamiast spisywać związek na straty, wzięli się w garść i powalczyli nie o to, co było, ale o przyszłość. Pomimo tego jest to jeden z najbardziej szczerych filmów o małżeństwie z długim stażem i starości. I to opowiedziany w sposób, jakiego się kompletnie nie spodziewałem.

Frankel nie poszedł typową dla Amerykaną drogą komedii, gdzie problemy są trzymane na dystans dzięki humorowi. Owszem, jest tu wiele scen, na których można się śmiać. Wynika to jednak z nieporadności bohaterów, która prowadzi do absurdalnych sytuacji. Jednocześnie sytuacje te są bardzo bolesne, obnażając przerażającą prawdę o skostniałych związkach, gdzie nie sposób wyobrazić sobie rozmowę od serca, skoro zwykłe dotknięcie ramienia ukochanej osoby jest przedsięwzięciem równie trudnym co wspinaczka na Mont Everest. Frankel nie ucieka od prawdy, ale ukazuje ją w warunkach ciepła i akceptacji, umożliwiając bohaterom odrzucenie masek i mechanizmów obronnych.

Streep i Jones okazali się genialnie dopasowaną parą. Ciągle narzekający Jones łatwo mógł się stać kolejnym wcieleniem zgreda znanego z prawie każdego sitcomu. Ale w jego kreacji jest to tylko zewnętrzna warstwa, pod którą kryje się ból odrzucenia, lęk i wstyd. Scena konfrontacji, kiedy mówi "I did good" – Boże, ależ to było mocne! A Streep?! Ten jej uśmiech, kiedy budzi się w objęciach męża! Mistrzostwo! Nie potrzeba mi nic więcej do szczęścia.

Do tego dochodzi ścieżka muzyczna, która jest doskonałą składanką na Walentynki, rocznice czy po prostu na romantyczny wieczór we dwoje.

Ocena: 8

niedziela, 9 września 2012

रा.वन (2011)


Moda na Bollywood w Polsce szybko przeminęła, ale ja nie zamierzam rezygnować z oglądania tych produkcji. Choć w przypadku "Ra.One" nie trafiłem najlepiej.


Co to w ogóle jest za film? Przez większość czasu wygląda jak familijne kino akcji. I byłoby ok, gdyby trzymał się konwencji. Ale od czasu do czasu pojawiają się sceny, które w kinie dla dzieci raczej nie powinny się były pojawić. Jak choćby scena spointowana "I don't like chinese" albo scena na lotnisku.

Kiedy przeważa komedia, jest jeszcze całkiem nieźle. Scena z kluczykami na początku rozrywa. Za to kiedy akcent przenosi się na akcję, robi się niestety nudno. Spektakularne w zamyśle sekwencje są tylko imitacją tego, co oferuje Hollywood. Ja rozumiem, że Bollywood próbuje konkurować z Ameryką, ale w pewnych sprawach jeszcze daleko do Fabryki Snów.

Muzycznie też jest przeciętnie. Lepsze są choreografie niż same piosenki. Jedyny numer od biedy warty zapamiętania to "Chammak Challo" śpiewane przez... Akona.


Ocena: 5

The Bunny Game (2010)


Nie dziwi mnie to, że "The Bunny Game" został zakazany w Wielkiej Brytanii. Sprawia bowiem wrażenie filmu zrealizowanego specjalnie dla tchórzliwych sadystów i psychopatów , którym brak odwagi, by wcielić w życie swoje chore fantazje. Rzecz równie dobrze mogłaby nosić tytuł "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o torturowaniu dziwek, ale baliście się zapytać".


Choć "The Bunny Game" zaczyna się od dwóch mocnych scen, pierwsza część filmu jest w sumie bardzo asekurancka. Adam Rehmeier zaczyna bowiem od prezentacji bohaterki. Udaje przy tym, że to ona jest główną bohaterką, że jest to smutna i okrutna historia dziwki, którą spotyka wyłącznie przemoc i maltretowanie. Kiedy jednak pojawia się rzeczywisty główny bohater, dziewczyna zostaje sprowadzona do właściwej roli. Od tego momentu "The Bunny Game" odsłania swoją prawdziwą twarz, czyli jest obrazem tortur widzianych z perspektywy sprawcy. Kobieta jest ofiarą, która zostaje tak kompletnie uprzedmiotowiona, że nawet pomimo wrzasków (swoją drogą Rodleen Getsic ma zadatki na całkiem niezłą sercem queen) i płaczu nie staje się bohaterką, której chciałoby się pomóc. I ta właśnie konstrukcja jest na tyle kontrowersyjna, że mogę zrozumieć szkody, jakie film mógłby wywołać, gdyby trafił w ręce jednostki niedojrzałej emocjonalnie.

Pod maską torture porn kryje się tak naprawdę portret żałosnego (ale przez to wcale nie mniej groźnego) człowieka. To bezwzględny brutal, którego do działania popycha jego własne cierpienie. Jest jednak emocjonalnym impotentem, który nie jest w stanie odreagować swój własny ból, a przez to nie ma żadnych narzędzi do wyleczenia duszy. Skoro nie potrafi przeżywać własnego cierpienia, to współuczestniczy w cierpieniu cudzym, które musi sam wywołać. Prowadzi to do błędnego koła zrytualizowanych zachowań, podczas których zyskuje imitację zaspokojenia. O trwałej satysfakcji nie ma oczywiście mowy.

Ocena: 5

Mandrill (2009)


Ernesto Díaz Espinoza staje się powoli moim ulubionym reżyserem guilty pleasures. "Mandrill" to jego trzeci film, jaki oglądam i choć wiele można im zarzucić, to tylko podsycają mój apetyt na więcej.


"Mandrill" nie jest obrazem, który można traktować poważnie. Niewiele w nim jest sensu. Fabuła jest schematyczna i maksymalnie uproszczona. Broni się jednak, ponieważ całość wystylizowano na podróbki amerykańskich filmów szpiegowskich z lat 60. i 70. To pozwala wziąć całość w cudzysłów i bawić się idiotyzmami, przerysowanymi dialogami i historią, w której jest wszystko: od zemsty po miłość.

No i Marko Zaror nieźle kopie. Ciekawe, czy uda mu się zrobić karierę w Hollywood. Udział w "Undisputed III" sugeruje, że przynajmniej o tym myśli.

Ocena: 6

sobota, 8 września 2012

Paradies: Liebe (2012)


"Raj : miłość" udowadnia, że naiwność nie jest cnotą, a wręcz przeciwnie grzechem ciężkim. Na przykładzie (seks)turystyki Ulrich Seidl uczy także widzów podstaw ekonomii, prawa podaży i popytu, a przede wszystkim tego, byśmy wiedzieli, na co się decydujemy.


Teresa jest jak klienci Amber Gold. Bez nawet podstawowej wiedzy decyduje się skorzystać z dodatkowych atrakcji urlopu w Kenii. Wierzy, bo chce wierzyć, że obietnice hojnie obdarzonego przez naturę "czarnulka" to czysta prawda, że otrzymuje właśnie to, czego oczekuje, a o wykorzystywaniu nie ma nawet mowy. I tak jak klienci Amber Gold, tak i ona grubo się na tym przejechała. Pomysłowość Mungi w wyciąganiu kasy z grubej Niemki nie zna granicy. Na tym jednak naiwność Teresy wcale się nie kończy. Lekcja poszła w las i kiedy napatoczył się kolejny miły facet, znów dała się naciągnąć.

Teresa nie potrafi podchodzić do sprawy relacji fizycznej w sposób pragmatyczny, jak jej znajome z ośrodka wczasowego. Te niby przytakują jej, kiedy dzieli się marzeniami, by spotkać faceta, który zobaczy prawdziwą ją a nie tylko jej ciało. Gdy jednak przychodzi co do czego, doskonale zdają sobie sprawę, że to jest czysta transakcja handlowa: one płacą i wymagają. Dlatego też koniec końców one wrócą do domu zrelaksowane, a Terasa nie będzie mogła sobie spojrzeć w lustro, kiedy zda sobie sprawę z tego, w co się pod koniec urlopu zmieniła. Jej wstrząsane szlochem w przedostatniej scenie cielsko nie budzi u mnie żadnego współczucia. Sama sobie zgotowała ten los.

Seidl stawia też pytanie na ile seksualna turystyka jest "zła" i kto kogo w tej sytuacji wykorzystuje. Reżyser jest dość cyniczny i bez mrugnięcia okiem pokazuje, jak prężnym biznesem jest seksturystyka, ilu ludzi dzięki zarobionym na białych pieniądzach może godnie żyć. Kluczowa jest tu jedna z pierwszych scen w Kenii, kiedy widzimy turystów opalających się na leżakach, a dwa metry dalej, w żarze lejącym się z nieba stoją tubylcy gapiąc się w nadziei, że któryś z turystów wyjdzie do nich i da zarobić. I kto w tej sytuacji jest większym draniem? Ten kto leży i drażni nadzieją pieniędzy, która jest na wyciągnięcie ręki, ale jednak poza zasięgiem? Czy ten, kto zignoruje moralne skrupuły i skorzysta z czarnych atrakcji.

Oczywiście Seidl w żadnym razie nie usprawiedliwia białych turystek. Jest dla niego jasne, że bez nich wszyscy ci młodzi i gibcy mężczyźni znaleźliby sobie inne zajęcie. Jednak w tej konkretnej sytuacji, kiedy obie strony z takich lub innych powodów decydują się na seks (czy finansowe powody są gorsze od emocjonalnych?), temat wykorzystywania rozmywa się. Mężczyźni oczekują konkretnych zachowań. Obie strony uczestniczą w pewnym tańcu i jeśli znają jego zasady, wszystko jest w porządku. Gorzej, kiedy – tak jak Teresa – zasady te są im obce. Wtedy w oczywisty sposób stają się ofiarami. Pierwsze spotkanie Teresy z Kenijczykiem jest czymś na pograniczu gwałtu i to nie ona jest drapieżnikiem.

Sam film jest trochę zbyt suchy. Owszem, ma w sobie posmak autentyczności, ale nie wgryza się tak w człowieka, jak poprzedni film Seidla.

Ocena: 7

Faces in the Crowd (2011)


W zasadzie "Twarze w tłumie" mają jedną fajną rzecz. To wielość aktorów, którzy wcielają się w tych samych bohaterów. Pomysł na zaburzenie rozpoznawania twarzy to fajny zabieg fabularny. Niestety okazał się tylko ciekawostką, a nie siłą podtrzymującą cały film.


A fabularnie i aktorsko nie jest najlepiej. "Twarze w tłumie" z trudem dotrzymują tempa kinowym przeciętniakom. Brakuje napięcia, co w thrillerze jest dość sporą wadą. Zwroty akcji nie zaskakują, są jakby pozbawione wyobraźni. No i to zakończenie. Mogło być jeszcze gorzej, ale to małe usprawiedliwienie.

Ocena: 4

piątek, 7 września 2012

Silencio en la nieve (2011)


Co jest z Hiszpanami i ich obsesją na punkcie faszyzmu i okultyzmu? Przynajmniej tu ma to ręce i nogi, inaczej niż w większości filmów o podobnej tematyce.


A wszystko przez to, że całość osadzona jest w czasie II Wojny Światowej. Jednak wojna, choć pełni istotną rolę, jest na drugim tle. Na pierwszym trwa śledztwo w sprawie morderstw popełnianych na hiszpańskich żołnierzach walczących po stronie Hitlera. Oba te elementy, oddzielnie nie wyróżniające się niczym nadzwyczajnym,  razem składają się w całkiem interesującą całość. Oglądało się to nawet fajnie, a pewnie robiłoby jeszcze lepsze wrażenie, gdyby nie muzyka, która jak na mój gust bardziej pasowałaby do kostiumowego melodramatu, a nie kryminału i filmu wojennego w jednym.

Ocena: 6

Upside Down (2012)


Nie wiem czemu, ale uwielbiam Jima Sturgessa. Może ma na to wpływ, że po raz pierwszy widziałem go w "Across the Universe"? Tak czy siak na filmy z nim chodzę w ciemno i niestety za zwyczaj wychodzę rozczarowany. Może powinien zmienić agenta? Jeśli już wybiera filmy, których prawie nikt nie obejrzy, to niech przynajmniej będą to filmy ciekawe!


"Odwróceni zakochani" do tych nie należy. Choć trzeba przyznać, że Sturgess sprawdza się w nim bardzo dobrze. Powiedziałbym nawet, że ratuje cały film. Kiedy rozpacza po tym, jak zabierają mu ciotkę albo patrzy z nadzieją, że ukochana go rozpozna, całym sercem byłem z nim. Problem w tym, że nawet gdyby się dwoił i troił to i tak nie przysłoni braku wyobraźni twórców, którzy nie mieli żadnego pomysłu na ciekawą historię.

Wynika to pewnie z prostego faktu, że cały swój wysiłek włożyli w wykreowanie spójnej wizji świata. Wygląda to nawet nieźle, choć jak dla mnie jest to zbyt sterylnie komputerowe, bym kupił to bez zastrzeżeń. Większe wrażenie robi na mnie sama idea niż to, jak została pokazana na ekranie.

Ocena: 5

czwartek, 6 września 2012

Amour (2012)


Z dużym zainteresowanie zasiadłem do oglądania "Miłości" Hanekego. Ciekaw byłem jak chłodny akademik kina poradzi sobie z tematem, który aż prosi się o osobiste potraktowanie. Austriak jak zwykle stanął na wysokości zadania, choć tytuł jest nieco zbyt pretensjonalny, a całość nie jest tak dobra, jak najlepsze jego dzieła (łącznie z ostatnią "Białą wstążką").


Być może traktuję "Miłość" zbyt surowo. A wszystko przez "W pół drogi", które obrzydziło mi i temat i formę. Haneke stosuje ten sam pomysł wojerystycznego przyglądania się stopniowej deterioracji ludzkiego ciała (i co za tym idzie międzyludzkich więzi). Na szczęście "Miłość" nie jest prostackim dance macabre. Za każdą sceną kryje się cała masa tłumionych emocji. To zaskakujące. Bo Haneke do tej pory nie kojarzył mi się z uczuciami. Zawsze trzymał się na dystans wobec swoich bohaterów, stawiał grubą szybę między widzem a opowieścią. Tym razem ta granica jest o wiele delikatniejsza, przepuszczając więcej emocji.

I byłoby to genialnym posunięciem, gdyby zarazem Haneke nie wpadł w pułapkę sentymentalizmu. Finał opowieści niestety rozczarowuje. Na siłę można uznać go za dwuznaczny, a tytuł filmu za pełen przekory, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Zbyt wiele razy w kinie stosowano podobne rozwiązanie. Niestety wyszedłem zawiedziony, że tym razem Haneke postawił na oczywistość.

Ocena: 7

wtorek, 4 września 2012

That's My Boy (2012)


Deja vu, tylko że w krzywym zwierciadle. "Spadaj, tato" jest niczym brat bliźniak "Teda". W obu lata 80. to stracona dekada, której zdeformowane rezultaty w postaci chronicznego spowolnienia procesu dorastania i brak brania odpowiedzialności za swoje czyny prowadzą właśnie do poważnych komplikacji. W obu dziecię tamtych lat jest trzecim kołem u wozu. W obu też mamy symbol kiczu tamtej dekady. Ale wszystko w "Spadaj, tato" wypada blado. Humor nie ten, Vanilla Ice jest może i zabawny, ale Sam Jones rozkłada go na łopatki.


Chwilami jest ostro. Film naprawdę ma swoje momenty. Wielkim plusem jest Milo Ventimiglia, który mocno mnie zaskoczył będąc zabawniejszym zarówno od Sandlera (który zjada już własny koniec) jak Samberga (który gdzieś stracił trochę ikry, jaka miał w Saturday Night Live). Spodobała mi się też, i to bardzo, ścieżka dźwiękowa, niezwykle różnorodna, od Meat Loafa po NKOTB.


Moja ocena byłaby pewnie o oczko wyższa, gdyby nie "Ted". Niestety twórcy "Spadaj, tato" po prostu nie są równie zabawni.

Ocena: 5

poniedziałek, 3 września 2012

Ted (2012)


"Ted" to komedia przeznaczona dla trzydziestoparoletnich fanów humoru Setha MacFarlane'a. Choć pewnie młodsi widzowie też się będą na niej bawić, to jednak właśnie ta grupa najbardziej doceni "Teda". Dla nich bowiem lata 80., z których zaczerpnięto wiele cytatów i odniesień, nie są bowiem czymś, co znają z powtórek z telewizji, a z własnej autopsji. "Flash Gordon" naprawdę jest filmem dzieciństwa, "Najdroższa mamuśka", "Knight Rider", "Zdrówko" i "T.J. Hoover" wprowadzą w sentymentalny nastrój. Podobnie jak Belinda Carlisle.


Całość zrobiona jest w charakterystycznym MacFarlane'owym stylu. To jest rzecz jasna siłą "Teda", ale i jego słabością. Ci bowiem, którzy znają "Family Guy" lub "American Dad" wiedzą, że stać go na rzeczy zabawniejsze. Gdyby porównać film z serialami, to "Ted" znalazłby się w gronie przeciętnych odcinków obu tych seriali, a jak każdy ich fan dobrze wie, przeciętnych odcinków nie ma tam zbyt wiele.

Oczywiście oznacza to, że jest to wciąż zabawny film. Cała sekwencja balangi z Flashem Gordonem czy bójka Teda z Johnem to humor pierwszej wody. Było też coś fascynującego w tym, jak tańczył Ribisi. Za to zupełnie nie spodobała mi się akcja na stadionie. Za dużo kiczu lat 80., za mało humoru.

Jednak pod komediowymi szatami kryje się dość ponury morał. "Ted" jest bowiem pochwałą niedojrzałości. Dorosłość jest tu postrzegana jako wielka strata dla jednostki, a nie jako zyskanie czegoś nowego. W komediach choćby Judda Apatowa infantylizm bywał na początku czarujący i uwodzący swoją beztroską, na końcu zaś demaskowany był jako balast. MacFarlane jednak pokazuje, że zaszliśmy już tak daleko, że balastem stało się oczekiwanie, że wydoroślejemy. W "Tedzie" MacFarlane pokazuje winnych. Lata 80 wychowały duże dzieci i od tej pory dorosłość z każdym kolejnym pokoleniem traci na atrakcyjności. A jeśli tak, to nie pozostaje nam - tak jak bohaterom - nic innego, jak być niedojrzałymi na serio.

Ocena: 7

niedziela, 2 września 2012

Quelque chose à te dire (2009)


Na pierwszym planie "To przez mamę" jest trudnym do zniesienia melodramatem z rodzaju tych najgorszych, telenowelowych. Nie pomaga muzyka, która stara się za wszelką cenę wycisnąć z nas uczucia, na które nie mamy ochoty zirytowani naiwnością intrygi. Ale na szczęście gdzieś w tle opowiadana jest zupełnie inna historia, delikatnie zarysowana, chwilami ledwie widoczna, a dla mnie niezwykle fascynująca ze względu na swoją niejednoznaczność pozostającą w kontrze do głównej linii fabularnej.


To opowieść o milczeniu. Cenie, jaką płacą ci, którzy się na nie godzą. I skutkach, jakie bezwiednie dotykają tych, którzy są rezultatem owego milczenia, ale o tym nie wiedzą. Fascynujące jest obserwować przemianę Mady z jednowymiarowej matki-zołzy w skomplikowana postać naznaczoną dramatami i skrywającą uczucia, których nikt by się po niej nie spodziewał. Wspaniała była też scena, w której Antoine konfrontuje się z ojcem. Grający ojca Patrick Chesnais jest fenomenalny w tej scenie.

Ocena: 6

Love, Wedding, Marriage (2011)


Dermot Mulroney raczej nie będzie jednym z tych aktorów, którzy odnajdą się w roli reżysera. "Gry małżeńskie" okazały się wydmuszką, która poza sprawnie zrealizowaną oprawą nie ma nic ciekawego do powiedzenia.


Mulroney nie nadał dość standardowej historii osobistego akcentu. Nie wycisną też z fabuły wszystkich soków, przez co poza powiastką o trzech małżeństwach, które nie są doskonałe, ale na swój dziwny sposób funkcjonują, film nic sobą nie reprezentuje. W mojej pamięci zapisze się jedynie przez fakt, że jest to pierwszy film ze Żmudą Trzebiatowską, który widziałem. Co wydało mi się na swój sposób zabawne.

Ocena: 4

sobota, 1 września 2012

Swedish Auto (2006)


Co jest takiego w Ameryce, że nawet kiedy powstają tam filmy od odludkach, outsiderach, ludziach doświadczonych przez los, to i tak ich twórcy nie potrafią oprzeć się pokusie optymizmu? Jak na dłoni widać to chociażby w "Swedish Auto".


Oto historia samotnika, faceta, który przeżył traumę i teraz jedyny kontakt z drugim człowiekiem może nawiązać na dystans, podglądając i przysłuchując się z oddali. Do czasu, kiedy odkrywa, że sam też jest obserwowany. Nie dość, że taka sytuacja jest mało prawdopodobna, to jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że byłby w stanie przełamać swoją traumę i nawiązać z obserwującą go kobietą realną więź. A Carter przełamie więcej barier przed końcem filmu.

Jest to więc bajka ubrana w surowe i ponure szaty tragedii. I obowiązkowo musi być trochę mroku i dużo śmierci. Tyle tylko, że koniec końców okazuje się, że wszystko to jest dekoracją, a twórcy nie mają nam absolutnie nic do przekazania. No może za wyjątkiem powtórzenia znanej ludowej mądrości, że każda potwora znajdzie swego amatora.

Ocena: 5

The Sunset Limited (2011)


Kilka razy podchodziłem do tego filmu. Teraz, w końcu, udało mi się go obejrzeć w całości. I cóż, szczerze mówiąc jestem trochę rozczarowany.


Aktorsko "Sunset Limited" prezentuje się bardo dobrze. Cieszy przede wszystkim dobra forma Samuela L. Jacksona, który ostatnio raczej nie wybierał zbyt ambitnych ról. To, co budzi moje wątpliwości, to reżyseria. Wydaje mi się, że Tommy Lee Jones nie poradził sobie z utrzymaniem dynamiki relacji dwóch protagonistów. A skoro w filmie nie ma nic więcej poza nimi, to było to poważne zaniedbanie. Przez to cała dyskusja i końcowe zwycięstwo obu stron nie robi aż tak dużego wrażenia, przynajmniej na mnie.

Nie podobało mi się również zastosowanie muzyki. Moim zdaniem film byłby lepszy, gdyby Lee zdecydował się na surowszą formę, w której jedynymi dźwiękami byłyby te dochodzące zza ścian. Muzyka była tu niczym trzeci bohater, który wtrynia się nieproszony w dyskusję.

Ocena: 6

Dinero fácil (2010)


Jeśli komuś wydaje się, że najgorsze w pracy dziwki jest uprawianie seksu z nieznajomymi, ten naprawdę powinien obejrzeć "Dinero facíl". Pokazuje on bowiem, jak bardzo zawód ten niszczy ludzką psychikę i nie chodzi tu wcale o seks, ale o bycie zabawką w chorych grach klientów.


Jaime wydaje się być uodporniony na przedmiotowe traktowanie w relacji dziwka-klient. Ale tylko dlatego, że "oswoił sytuację seksu. Jednak jego klient oczekiwać będzie od niego zupełnie czegoś innego. Wrzucony na nieznane wody, zagubiony, szybko zredukowany zostanie do bezbronnego szczeniaka. Zużyty i zbrukany znajdzie się na granicy życia i śmierci, a wszystko dlatego, że dwójka gachów postanowiła się zabawić jego kosztem.

Interesująca przypowieść o naturze gwałtu i wyzysku.

Ocena: 6

Loom (2012)


Po "Loom" sięgnąłem z ciekawości. Chciałem przekonać się, co też reprezentuje sobą syn Ridleya Scotta. Pierwsze wrażenie nie jest złe, ale z drugiej strony efektu "wow" nie było.


"Loom" to dość standardowa historyjka będąca swoistą mieszanką mitu o Pigmalionie i historii Frankensteina i jego potwora. Fabularnie obraz nie wychodzi poza standard. Zabrakło też jakiegoś pomysłowego twistu. Ale Scott potrafi opowiadać. Tempo jest idealne. Czuć melancholię historii, no i aktorsko nieźle się prezentuje.

Biorąc pod uwagę fakt, że "Loom" powstał tylko po to, by pokazać możliwości kamery RED, całość jest przyzwoitą krótkometrażówką. Ale na ocenę talentu Scotta jest jeszcze za wcześnie.

Ocena: 6