poniedziałek, 29 października 2012

Lawless (2012)


Są dwa niechybne sposoby doprowadzenia człowieka do upadku. Pierwszym jest kobieta, jej powab sprawi, że nawet najrozsądniejszy mężczyzna może przestać myśleć racjonalnie. Drugim są ambicje zakompleksionych cwaniaczków. Ich potrzeba udowodnienia sobie, a przede wszystkim otoczeniu, że nie są słabeuszami oślepia ich i sprawia, że bezwiednie sprowadzają zniszczenie na wszystkich znajdujących się blisko nich. Te dwie plagi można przetrwać tylko przy bardzo dużej dozie szczęścia, a i wtedy nie obejdzie się bez poważnych obrażeń.


"Gangster" ma w sobie moc biblijnej przypowieści, choć przecież jest adaptacją książki, która z kolei oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. Film łączy w sobie poezję ballady z brutalnym realizmem życia w czasach kryzysu. Jest w tym piękno, tęsknota, humor i okrucieństwo.

John Hillcoat i Nick Cave tworzą idealną parę filmowców. Ich współpraca już przy "Propozycji" przyniosła satysfakcjonujące rezultaty. Teraz, doszlifowali tamten diament i "Gangster" okazał się obrazem jeszcze lepszym. Do tego, podobnie jak i w "Propozycji", jest tu kilka świetnych postaci. Przede wszystkim Tom Hardy i Jessica Chastain – fantastyczna filmowa para: on mruk, ona żywiołowa uroda. I Guy Pearce, który przecież i w "Propozycji" pokazał się z jak najlepszej strony.

W tym wszystkim jest tylko jedno "ale": "Gangser" jest zbyt podobny do "Propozycji". Tym razem można to przeoczyć i być może jeszcze jest miejsce na trzeci podobny film, ale jeśli Hillcoat i Cave czegoś nie zmienią, to ta współpraca nie ma szans na przetrwanie. A szkoda, zwłaszcza jeśli chodzi o Hillcoata, bo jak pokazała "Droga" bez Cave'a trochę się gubi.

Ocena: 8

piątek, 26 października 2012

Post Tenebras Lux (2012)

Jak rozumiem po oderwanej głowie na końcu filmu, ma to być obraz pesymistyczny, ale ja nie potrafię odbierać go inaczej jako obraz optymistyczny. I to wcale nie dlatego, że post tenebras lux (po ciemności światło), ale dlatego, że film ten zdejmuje wszelką odpowiedzialność z człowieka.



Jeśli wierzyć Reygadasowi, żadna z naszych decyzji nie jest w rzeczywistości nasza. Nasze spojrzenie na świat rzadko kiedy jest pełne (jeśli w ogóle), nasze czyny nie mają większego znaczenia, bo kto inny decyduje o konsekwencjach. Przypadek nie jest więc przypadkiem, grzech nie jest grzechem, a co najwyżej naiwną ucieczką przed tym, przed czym uciec się nie da. Życie więc nie ma większego sensu, skoro kontrola jest tylko złudzeniem. A jednak właśnie w tym tkwi optymizm. Ponieważ to daje nam absolutną wolność. Tylko co można z taką wolnością zrobić? Może być jak dzieci, żyć chwilą obecną i tyle.

Ciekawe czy o to chodziło Kalwinowi? Okazuje się bowiem, sam dowiedziałem się o tym przed chwilą, że post tenebras lux to motto kalwinizmu.

Ocena: 6

The Moth Diaries (2011)

Co to miało być? Audiobook w wersji kinowej? Wątpię, żeby to się przyjęło.



"Internat" przegrywa na wszystkich frontach. Nie ma w sobie nic z gotyckiego klimatu, choć na siłę próbuje się podpiąć do literackiej klasyki nurtu. Brakuje mu też intensywności horroru psychologicznego o mrocznych namiętnościach i obsesjach. A wszystko to dlatego, że film opiera się na gadaniu po próżnicy. Bohaterka gada i gada. Poziomu zanudzenia słuchaczy mógłby jej pozazdrości Castro nawet za czasów swojej świetności. Kiedy wszystko trzeba powiedzieć, na obraz i to, co kryje się między słowami nie zostaje już miejsca ani czasu. Jednym słowem: rozczarowanie.


Film nie był jednak taką zupełną stratą czasu, a to ze względu na piosenkę "Numb". Niestety pojawia się ona dopiero na końcu.

Ocena: 3

czwartek, 25 października 2012

Eighteen (2005)

Alan Cumming w sutannie, a ja dopiero teraz obejrzałem ten film? Ale w sumie lepiej późno, niż wcale, prawda?




Jeśli chodzi o samą fabułę, "Eighteen" jest filmem fantastycznym. To opowieść o tchórzostwie i winie, okrucieństwie świata i elementarnej dobroci, przyjaźni, miłości, życiu i śmierci. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o tym, że wielkie dramaty są nimi dopóki, dopóty nie zostaną zestawione z prawdziwą bezwzględnością i niesprawiedliwością losu.

Pip ma 18 lat i już jest wygnańcem. Ucieka przed tym, czego nie zrobił i czego był świadkiem. W swym gniewie nie zauważa wyciąganych do niego dłoni a to geja sprzedającego swoje ciało, a to dziewczyny pomagającej bezdomnym, a to księdza wierzącego w dobro, a to w końcu dziadka przemawiającego doń zza grobu. Osobno pewnie byłby w stanie zignorować ich, ale kiedy jednocześnie "przypuszczają atak", musi zacząć słuchać, musi zacząć rozumieć, że póki żyje, póty ma szansę czynić dobro i zmieniać świat na lepsze, choćby była to bardzo drobna zmiana.

Na obraz składają się trzy przeplatające się historie. Pierwszą i najważniejszą jest historia Pipa, ale poznajemy też bliżej losy Clarka, męskiej prostytutki oraz Jasona, dziadka Pipa z czasów II Wojny Światowej. I to właśnie ta ostatnia historia spodobała mi się najbardziej. Przede wszystkim za sprawą tragicznej postaci postrzelonego morfinisty.



Z oceną "Eighteen" mam ten sam kłopot, co wcześnie z "Unconditional". Jeśli chodzi o bohaterów i historię, film zasługuje zdecydowanie na bardzo wysoką ocenę. Niestety od strony realizatorskiej pozostawia sporo do życzenia. Nie wszystkie decyzje reżysera podobają mi się (jak choćby wybór oprawy muzycznej w sekwencjach wojennych). Gra niektórych aktorów z Paulem Anthonym na czele jest nierówna. Mają swoje mocne chwile, ale momentami pudłują. Jednak mimo wszystkich "ale" nie jest to film aż tak zły, by reżyser nie mógł zrobić kolejnego filmu, a tak się najwyraźniej stało. Szkoda. Mam nadzieję, że jednak Richard Bell jeszcze kiedyś coś nakręci, a przynajmniej wymyśli jakąś równie fajną historię.

Ocena: 6

Crawl (2012)

"Crawl" to film, którego w telewizji nigdy bym nie obejrzał. Po 10 minutach bez skrupułów i bez żalu przełączyłbym kanał. Ponieważ nie mam w zwyczaju wychodzić z kina, więc dotrwałem do końca seansu. I nie czuję, bym przez to czegokolwiek się nauczył.



Bohaterem filmu jest młody nierób, który drobną kasę zdobywa a to kłusując a to kradnąc a to imając się jakiś drobnych prac. Żyje bez celu, bez ambicji, wściekły na ojca i ledwo co zainteresowany dziewczyną. Ale ta zachodzi w ciążę, co powinno wpłynąć na chłopaka. Niestety jego upór jest tak potężny, że opamięta się dopiero, kiedy dostanie dwa porządne kopy w tyłek. Jeden przez trupa staruszka, drugi przez mdlejącą podczas porodu siostrę.

Historyjka banalna, główny bohater w najlepszym razie jest mi obojętny, w najgorszym irytuje. A końcówka jeszcze tylko podkreśla, że jest artystyczny rzyg a nie autentyczny obraz filmowy.

Ocena: 2

Hemel (2012)

Niebiańskie imię zobowiązuje do buntu i zaprzeczania wszystkiemu, co z Niebem kojarzymy. Dlatego też Hemel (czyli Niebo) zamiast uczuć wybiera seks bez zobowiązań. Idzie tu trochę w ślady ojca, który jest niestały w swoich uczuciach i na przestrzeni lat miał wiele romansów, ale żadnej miłości. Jednak nawet jego strzała Amora w końcu dopadła. Hemel zaś zaczyna orientować się, że może i fajne ma życie, ale całkiem puste.



"Hemel" to kolejny film opowiadający o tym, jak to seks upośledza człowieka, czyni z niego istotę niepełną, pozbawioną tego, co najistotniejsze. W ten sposób obraz okazuje się bardzo konserwatywny i nudny tematycznie, Zdaje się, że twórczynie były tego świadome i postanowiły "uatrakcyjnić" rzecz sporą liczbą nagich scen. Tyle tylko, że w czas kiedy gwiazdy kina pokroju Shii LaBeoufa tańczą  nago w teledyskach, nagość też zrobiła się nudna i nikogo poza dewotami nie zainteresuje. I tak "Hemel" kończy jako nic niewnoszący do kinematografii drobny filmik, którego pominięcie przez widzów nie będzie wielkim grzechem wobec X Muzy.

Ocena: 5

Paradies: Glaube (2012)

W drugiej części trylogii "Raj" Ulrich Seidl pośrednio daje najlepsze uzasadnienie na istnienie seksturystyki. Dzięki niej jest mniej fanatyków religijnych. Bo fanatyzm, przynajmniej w wydaniu katolickim, jest u Seidla prostą pochodną frustracji seksualnej. Główna bohaterka nie ma już pożytku z męża-muzułmanina, który jest sparaliżowany od pasa w dół, więc wybrała sobie nowego ulubieńca: wielki, falliczny krucyfiks z ukrzyżowany Chrystusem, przed którym odprawia masochistyczne orgie pokutne.



Muszę powiedzieć, że "Wiara" trochę mnie rozczarowała. Przez pół filmu wydaje się powtórzeniem tego, co Seidl już powiedział przy okazji "Miłości". Znów mamy samotną bohaterkę (choć mającą rodzinę), znów jest urlop i znów jest poszukiwanie emocjonalnego zaspokojenia. Późniejsze dodanie męża wcale nie prowadzi fabuły na nowe tory. Ja rozumiem, że to jest część jednego cyklu, ale chyba chodzi w nim o coś więcej niż ciągłe powtarzanie się.

Ocena: 6

środa, 24 października 2012

В тумане (2012)

Z czym do ludzi, panie, z czym do ludzi? Dwie godziny banału, który na deskach teatru może udałoby się sprzedać, ale w kinie wykluczone. Całość to historia trzech trupów (choć czy aby na pewno, to skrywa tytułowa mgła). Przez dwie godziny śledzimy losy trójki bohaterów i tego, jak znaleźli się w lesie jako pokarm dla kruków. Każda z postaci ma swoje pół godziny na wspominanie okoliczności, które doprowadziły do spotkania. Między nimi jest teraźniejszość, równie ponura i niewybaczająca.



"We mgle" nie mówi nic ciekawego ani o człowieku ani o wojnie. Bo to, że drań może być na wojnie ogłoszony bohaterem, a uczciwy robol zostanie uznany za zdrajcę to "oczywista oczywistość". Że przez wojnę przyjaciele mogą zostać rozdzieleni wymierzoną strzelbą, a rodzina może paść ofiarą tchórzostwa, to też nic nowego. W rezultacie jedynie nuda zaskoczyła mi, ale jak łatwo się domyślić, nie było to miłe zaskoczenie.

Ocena: 5

Bait (2012)

"W szczękach rekina" mogłoby się znaleźć na egzaminie maturalnym z matematyki. Zadanie jest banalnie proste. Jeżeli potrzeba śmierci dwóch osób (jednej nieważnej i jednej istotnej), by dwójka bohaterów rozstała się, to ile osób musi zginąć, żeby się zeszli? Cały film jest niczym innym, jak rozpisaną arytmetyką rozwiązania.



I jest to równie nudne do oglądania z boku, co patrzenie na obliczenia funkcji wykładniczej. I tego nie mogę zrozumieć. Ludzie, którzy są w stanie wymyślić coś tak absurdalnego, jak rekiny w supermarkecie, powinni też umieć stworzyć niezłą jatkę, która stanowiłaby świetną filmową rozrywkę. Tymczasem "W szczękach rekina" jest tak przerażająco nudne, że na każdy ochłap czegokolwiek rzucałem się jak zagubiony na pustyni rzuca się na wodną fatamorganę. Fajny był jedynie wiszący Chińczyk oraz Kyle i jego dziunia z pieskiem. Resztę lepiej wymazać z pamięci.

Ocena: 3

Unconditional (2012)

Mam wielką słabość do osób takich jak Liam, zwłaszcza że kilka podobnych spotkałem naprawdę. Łamią mi serce tym, że są tak bardzo poharatani na psychice, że pragnąc ciepła, nie są w stanie go zdobyć, choć jest ono na wyciągnięcie ręki. Wobec takiego dramatu nie można przejść obojętnie, ale też mało kto jest w stanie tu pomóc.


Liam z pozoru wydaje się być zupełnie normalnym facetem. Ale żeby to osiągnąć musiał bardzo ciężko nad sobą pracować. Całe jego życie jest okupione niewyobrażalnym wysiłkiem. To kreacja, marzenie, które stało się ciałem. Brakowało w nim już tylko miejsca dla miłości. I tu pojawia się 17-letni Owen. Staje się on przedmiotem, który Liam ukształtuje w osobę, którą będzie mógł kochać "bezwarunkowo". Owen nie potrafi wobec nagich uczuć Liama pozostać obojętnym, bo też któż mógłby? Ale biedny Owen nie ma szans w zetknięciu z czarną dziurą cierpienia kryjącą się w duszy Liama. Tu potrzeba niezwykłego wyczucia i doświadczenia, by oswoić dzikie zwierzę, a i tak nie miałoby się gwarancji, że rezultat będzie zadowalający. Rany Liama są po prostu zbyt głębokie. Obaj więc stoją na straconych pozycjach, zgubieni przez uczucie, które zwać będą miłością.

Bryn Higgins miał świetny pomysł. Historia Liama należy do tych, które kupuję bez mrugnięcia okiem. Niestety "Unconditional" zupełnie niepotrzebnie za bardzo bazuje na oczywistościach. Liam jest pokurczem nie wiedzieć czemu. A kiedy Owen jako Kristen po raz pierwszy mu się oddaje, matka przeżywa kolejny zawał serca. Więcej finezji na przyszłość, proszę.

Ocena: 6

wtorek, 23 października 2012

For Ellen (2012)

"Dla Ellen" przywodzi mi na myśl skecz o protestanckiej rodzinie z "Sensu życia". Tam protestant dumnie mówił, jak to może uprawiać seks w prezerwatywie. Nie uprawia seksu, ale mógłby. Tak samo jest z bohaterem filmu "Dla Ellen". Joby mógł być ojcem, ale nim nie był. Teraz jednak, kiedy zostaje skonfrontowany z nieuchronną utratą praw rodzicielskich, nagle odzywa się w nim potrzeba bycia ojcem. Ale jest to potrzeba wynikając wyłącznie z lęku przed utratą potencjalnej możliwości, a nie z realnego poczucia, że ojcostwo jest ważne. Nie dość, że nie jest gotowy na budowanie relacji z córką (które przecież nie odrodzą się podczas jednego 2-godzinnego spotkania), ale nawet nie jest gotowy na przyjęcie na swoje barki odpowiedzialności i najważniejszą decyzję zwala na swoją nieletnią córkę.



W ten sposób "Dla Ellen" jest smutnym portretem alienacji człowieka, który podjął przed laty pewne decyzje i nie jest gotowy wybrać inną drogę. To opowieść o niedojrzałym człowieku, który musi podjąć bardzo ważną decyzję. A ponieważ nie jest do tego zdolny, to koniec końców zachowa się jak tchórz, którym w gruncie rzeczy jest.

Sam film prezentuje dla mnie pewien problem, z którym czasem trudno jest mi sobie poradzić: jak rozdzielić ocenę bohatera od oceny samego filmu. Joby jest niedojrzały i przewidywalny w swojej szamotaninie. Przez to i film wydaje się nieco nudny i wtórny. Niemniej jednak jest to obraz przekonujący psychologicznie i nawet jeśli nie jest odkrywczy, to przynajmniej jest prawdziwy.

Ocena: 6

Was bleibt (2012)

W swoim najnowszym filmie Hans-Christian Schmid przekonuje nas, że choroba psychiczna nie jest kwestią indywidualną, ale jest zaburzeniem dotyczącym całej rodziny. Co w takim przypadku stanie się, kiedy osoba chora nagle wyzdrowieje lub chociaż zagrozi wyzdrowieniem? Jaki wpływ ma to na całą rodzinę.



Rodzina Heidtmannów od przeszło 30 lat żyje w cieniu zaburzeń emocjonalnych Gitte. Lęk przed jej atakami, obsesyjne sprawdzanie, czy leki działają może i jest przyczyną ciągłego narzekania członków rodziny, uciekania w prace lub do innych miast. Jednak to właśnie jej choroba definiowała relacje rodzinne, była spoiwem łączącym rodzinę w jedną całość. Przekonają się o tym, kiedy Gitte wyzdrowieje. Póki trzymała swoje rewelacje w tajemnicy, póty wszystko było w porządku. Niestety pewnego piątku ogłosiła to mężowi i swoim synom. I nagle zapanował chaos, padły bariery, za którymi skrywana dotąd swoje własne problemy. W ciągu trzech dni wszyscy staną się sobą, a Gitte niczym bohater "Kwiatów dla Algernona" odczuje, z jaką protekcjonalną wyższością była dotąd traktowana. Czy w takich warunkach rodzina, którą łączyła wyłącznie choroba Gitte może przetrwać?

Schmid nakręcił bardzo prosty film, który jednak zachodzi za skórę i nie daje o sobie łatwo zapomnieć. Poruszający portret osób zapędzonych w ślepy zaułek, przed którymi nagle otwierają się nowe drogi wyjścia. Łatwo jest przyjąć perspektywę bohaterów, wczuć się w burzę ich emocji. Fascynująca prostota.

Ocena: 7

L'enfant d'en haut (2012)

Dziwny to film. Rzecz o dojrzałości, kiedy wciąż jest się dzieckiem i niedojrzałości, kiedy życie wymusiło przyspieszone dorastanie.



Simon i Louise zajmują miejsca, których nie powinni zajmować. Ona nie potrafi stać się odpowiedzialną kobietą, on jest tak zaradnym 12-latkiem, że rozkręca całkiem nieźle prosperujący biznes złodziejsko-paserski. Ale jak bardzo jest z tym układem źle, dowiemy się znacznie później, kiedy kłamstwa i niedomówienia zostaną zastąpione prawdą. I nagle okazuje się, że Louise nie jest taką egocentryczką, jak się wydaje, a Simon wcale nie jest aż tak dojrzały, jakiego gra. Są po prostu ofiarami losu, które próbują odnaleźć się w świecie, ale którym nie za bardzo to wychodzi. Najgorsze jest jednak to, że są kompletnie sami, nie ma nikogo, kto mógłby im odjąć ciężaru z ramion.

Ocena: 6

poniedziałek, 22 października 2012

Paranormal Activity 4 (2012)

Auć, to było spore rozczarowanie. Po trzech niezłych częściach, czwarta nie utrzyma nawet przyzwoitego poziomu. Nie podoba mi się również kierunek, w jakim podąża seria.



Przez większość filmu jest to obraz po prostu nudny. Kilka dobrych pomysłów zostało tutaj maksymalnie rozwodnionych, jak choćby to, że głównej bohaterce rodzice nie wierzą, choć sami też przecież doświadczają dziwnych wypadków. Zupełnie niewykorzystany jest pomysł z nagrywaniem wszystkiego. Bohaterowie ustawiają kamery, a potem jakby zupełnie o nich zapominają. No i zakończenie, któremu bliżej jest do "Resident Evil" niż do serii "Paranormal Activity". Piąta część z całą pewnością powstanie, więc mam nadzieję, że przywróci ona serię na właściwe tory.

Ocena: 4

Apaföld (2009)

Niby wszyscy wiemy, że dojrzałość fizyczna nie idzie w parze z dojrzałością psychiczną. Ale jedno to wiedzieć, a co innego zetknąć się z tym naprawdę.



Oto młody chłopak. Z wierzchu bardzo miła powierzchowność, przystojniak z nieźle wyrzeźbioną sylwetką. Ale wystarczy minuta obserwacji w relacjach z ojcem czy ciotką, by nie było wątpliwości, że to wciąż jest dzieciak, który dopiero co wyrósł z pieluch (a może i to nie). Niedojrzałość emocjonalna wyłazi z niego niczym przysłowiowa słoma z butów. Za piękną twarzyczką kryje się obrażony na cały świat bachor. Owszem, ma powody, żeby czuć gniew, ale on zamiast coś z nim zrobić upaja się swoją arogancją i butą, co naprawdę czyni z niego gnojka. A takie zachowanie musi doprowadzić do tragedii i kiedy się opamięta, może być już za późno na skruchę i bagaż negatywnych emocji powiększy się o poczucie winy.

Sam film jest jednak bardzo dziwny. Rzucają się w oczy przede wszystkim zdawkowe dialogi, które w niczym nie przypominają naturalnych rozmów. Jakby deklamowały je jakieś automaty. A to sprawia, że film pozostał mi trochę obojętny.

Ocena: 6

Simon vagyok (2009)

Moja ocena tego filmu może nie być zbyt obiektywna. Do kina wybierałem się zupełnie na co innego, więc rozczarowanie mogło wpłynąć na odbiór. Niemniej jednak "Nazywam się Simon" wydał mi się filmem zbytnio przegadanym.


Za to kreska animacji całkiem fajna. Choć jak na mój gust całości bliżej do ruchomego komiksu niż do animacji z prawdziwego zdarzenia (ale czy rzeczywiście można robić takie rozróżnienie?). Chwilami psy co prawda przypominały jakieś diplodoki, ale i to miało swój czar.

Ocena: 5

niedziela, 21 października 2012

(2012) שרקייה

"Sharqiya" to obraz tego, jak ciężkie jest życie beduinów we współczesnym Izraelu. Dla tych półnomadów nie ma miejsca i to z kilku powodów. Po pierwsze nie są Żydami, co już stawia ich w roli obywateli drugiej kategorii. Po drugie ich tradycyjne przywiązanie do ziemi powiązane z brakiem odpowiedniej dokumentacji (co jest po części konsekwencją tego, że nie są Żydami) sprawia, że są zadrą w oku każdej biurokratycznej maszynerii wymagającej na wszystko tysiąca dokumentów.



Jednak "Sharqiya" to tak naprawdę film o niczym. Niby jest dwóch braci, którzy muszą stawić czoła nakazowi rozbiórki nielegalnie postawionych domostw. Ale w rzeczywistości reżyser poza niespiesznym nakreśleniem oczywistości, nie daje widzom nic. No, może są dwa momenty, kiedy rzeczywiście pojawiają się jakieś relacje, jakaś refleksja. Dla mnie to zdecydowanie za mało.

Ocena: 5

A vizsga (2011)

Uwielbiam historie, w których wszyscy wiedzą, że wszyscy wiedzą, tworzą więc skomplikowane plany w planach, intrygi, których granic nie sposób poznać, gdzie blef jest ważniejszy niż lojalność. Częściej z takimi historiami stykam się w książkach, tym większe wrażenie robią na mnie filmowe wersje. I dlatego też "Egzamin" tak bardzo mi się spodobał.



Wigilia 1957 roku. Węgry powoli dochodzą do siebie po nieudanej kontrrewolucji. W służbach bezpieczeństwa trwa egzamin z lojalności. Każdy każdego egzaminuje. Nikt lub prawie nikt nie wie jednak dokładnie, kto jest egzaminowany i na czym ten egzamin polega. Oczywistym obiektem testu jest Jung. Ale jest też Marko, jest też enigmatyczny obserwator no i piękna kobieta, niczym rasowa femme fatale.

Choć film zrealizowana przy pomocy prostych środków, rzecz ogląda się z zapartym tchem. Pomaga w tym świetny muzyczny motyw przewodni, który z powodzeniem mógłby być wykorzystany w rasowym hollywoodzkim thrillerze sensacyjny. Fajnie też było znów zobaczyć na ekranie Zsolta Nagyego, którego widziałem dawno temu w "Kontrolerach".

Ocena: 8

Kicsi rigó (2009)

Smutna przypowieść o tym, czym jest prawdziwa samotność.





Oto mężczyzna. Kiedy widzimy go po raz pierwszy, jego życie jest uporządkowane i pewnie nie czuje już dyskomfortu na jego rutynę. Wszystko zmienia się, kiedy na jego parapecie pojawia się rezolutny ptaszek. Nagle mężczyzna nie jest już sam, nagle ma towarzysza, z którym nawiązał kontakt pomimo różnic. Ale  podczas gdy dla mężczyzn ta więź będzie mieć naprawdę dużą wagę, dla ptaka będzie miłą odmianą, ale niczym więcej. Nawet nie wie, jak bardzo jego (nie)obecność zdefiniuje samotność mężczyzny.

Ocena: 6

Cesare deve morire (2012)

To już trzeci dramat Szekspira, jaki widzę w tym roku. Czyżby 2012 rok miał zapisać się w mojej pamięci jako rok szekspirowski? I co ciekawe, każda z adaptacji nie jest typowym, kostiumowym widowiskiem."Cezar musi umrzeć" bliższy jest "Private Romeo" (z którym łączy go chociażby fakt, że występują w nich wyłącznie mężczyźni), niż "Koriolanowi". Ale tak naprawdę trudno go z czymkolwiek porównywać. Jest to film wyjątkowy.



"Cezar musi umrzeć" ma dziwną formę ni to dokumentu, w którym więźniowie odtwarzają proces przygotowywania przedstawienia Szekspira "Juliusz Cezar" ni to samego przedstawienia. Przypomina tym obraz Ala Pacino "Sposób na Szekspira". Oglądamy więc z jednej strony zmagania z tekstem więźniów, którzy nagle odkrywają jego aktualne znacznie, odnoszą go do swoich własnych sytuacji. Z drugiej strony jest to szekspirowski dramat o zdradzie i walce o własne przekonania. Obie te przestrzenie bracia Taviani splatają w zapierającą dech w piersiach opowieść. Trudno jest oderwać wzrok od ekranu. Choć wydaje mi się, że z inną nacją pomysł takiego filmu by nie wypalił. Włosi są na tyle ekspresyjni sami w sobie, że wszelka sztuczność wydaje się tak naturalna, że wcale nie przeszkadza, a wręcz pomaga nadając całości dodatkowego aromatu.

Świetne kino.

Ocena: 8

piątek, 19 października 2012

Dicke Mädchen (2011)


Kino chałupnicze. Nakręcone zwykłą kamerą, z dźwiękiem, który pozostawia wiele do życzenia i aktorami, którzy również na Oscara nie zasługują (przynajmniej na razie). A jednak polscy twórcy wielkich widowisk mogliby się od reżysera "Ciężkich dziewczyn" uczyć. Zamiast robić filmy, na które nas po prostu nie stać, lepiej robić takie, które są przede wszystkim pomysłowe.


"Ciężkie dziewczyny" to historia krótkiej relacji Svena i Daniela. Daniel opiekuje się zdziecinniałą matką Svena, a ten się w nim podkochuje. Daniela też coś do Svena ciągnie, ale problem w tym, że ma żonę i syna. A Sven nie bardzo chce się dzielić. I tak radość i niezgoda sąsiadują ze sobą, nadzieja i rozczarowanie walczą o lepsze. A wszystko to opowiedziane lekko, bez zadęcia. Reżyser wiedział, co robi i nie udaje niczego innego. Opiera wszystko na umiejętności bajania i w tym przypadku to się sprawdziło.

Ocena: 6

Blondie (2012)


Oto przykład na film absolutnie nijaki. Nie można się tu do niczego przyczepić, ale też nie ma nic, absolutnie nic, co sprawiłoby, że po seansie wyszedłbym zadowolony.


Historia toksycznej rodziny jest typowo skandynawska, ale jakoś wszystko jest tu stonowane. Dramaty są jakieś wyblakłe, pytania zadawane są dla samego zadawania, bez oczekiwania na odpowiedź. W tym wszystkim jedynym absurdem jest próba przekonania widza, że Carolina Gynning jest modelką. Może gdyby nosiła inne sukienki, ale w tych wyglądała po prostu niezgrabnie.

Ocena: 5

czwartek, 18 października 2012

The Making of Jesus Christ (2012)

Jezus Chrystus to jedna z tych postaci, o której filmy i książki wyrastają jak grzyby po deszczu. Kiedy nie włączę kanał National Geographic, zawsze trafię na film a to o Biblii, a to o Jezusie, a to Marii Magdalenie, a to o Świętym Graalu itp., itd. Skoro powstało już tyle filmów, to po co kolejny? Wydawać by się mogło, że jedyną rozsądną odpowiedzią jest: bo ma się coś nowego do powiedzenia. Jak udowadnia Luke Gasser, nic nie jest bardziej odległe od rzeczywistości.


"The Making of Jesus Christ" to ubrana w szaty analizy życia i nauczania Jezusa relacja z wycieczek turystycznych reżysera po Europie i Izraelu. Kilka wypowiedzi specjalistów i dużo cytatów z Biblii służy wyłącznie mydleniu oczu. Nie wiem, dla kogo przeznaczony jest ten film, ponieważ tak naprawdę mogliby na nim skorzystać jedynie ci, którzy nigdy w życiu nie słyszeli o Jezusie Chrystusie, a jakoś wątpię, by wśród ludzi chodzących na świecie do kin znalazłaby się chociaż jedna taka osoba. Nawet na pierwszej lepszej lekcji religii dowiecie się więcej. A ci, którzy trochę różnych analiz się naczytali lub naoglądali będą jedynie zirytowani banalnością całego tego przedsięwzięcia.

Jedyny plus seansu był taki, że przez pół filmu zastanawiałem się, jak mógłby wyglądać serial o Jezusie zrobiony w stylu "Dynastii Tudorów" lub "Rodziny Borgiów", gdzie uczniowie i apostołowie to kłótliwa sfora walcząca o uwagę i względy Chrystusa i próbująca nagiąć jego nauki do swoich ideałów. Gdzie sam Chrystus staje się graczem w wielkiej politycznej rozgrywce między Sanhedrynem, zelotami, esseńczykami, mistycznymi kultami greckimi i oczywiście Rzymianami. To mógłby być naprawdę ciekawy serial.

Ocena: 2

Elefante blanco (2012)


Strasznie męczące kino. Dość prosta historia księdza, który z deszczu wpada pod rynnę, czyli z wioski zmasakrowanych Indian do równie brutalnych slumsów wielkiego miasta, została tu rozciągnięta ponad miarę. Fabuła jest standardowa: ksiądz chce pomóc, ale jest w beznadziejnej sytuacji, więc bezradność i koszmary tego, co wcześniej doświadczył sprawiają, że przechodzi kryzys, którego oczywistym wyrazem stanie się złamanie zakazu celibatu.


Obraz można za to potraktować jako paradokument ukazujący realia życia w slumsach. Owszem, nie mówi nic nowego, ale jeśli samemu nie mieszka się w tymczasowych ruderach nie łącząc nawet końca z końcem, to zawsze będzie to egzotyka na swój sposób interesująca.

"Biały słoń" ma jednak przewrotny morał. Z filmu wynika jasno, że kościół lepiej zrobiłby, gdyby w ogóle nie mieszał się w życie zwyczajnych ludzi. Po pierwsze i tak niewiele może, a po drugie daje tylko złudną nadzieję na lepsze jutro, a obietnic, przynajmniej tych doczesnych, nie jest w stanie spełnić.

Ocena: 5

Blackbird (2012)


Ach ta młodość! Te totalne sądy. Brak tolerancji dla dwuznaczności i sprzecznych komunikatów. Egocentryzm absolutny. Dorastanie to czas, kiedy monolit pewności zaczyna być powoli miażdżony, przycinany, cyzelowany, aż w końcu racjonalizacje, kompromisy stają się codziennością. Właśnie o utracie niewinności opowiada Jason Buxton w swoim filmie.


Poszedł jednak na łatwiznę, bo wybrał przypadek dość skrajny. Wszystkie procesy, jakie zazwyczaj dzieją się niepostrzeżenie, poprzez z pozoru nic nieznaczące ustępstwa, tu są powiększone niczym atomy w mikroskopie elektronowym. Stąd Sean musi być odmieńcem, choć wcale nim nie jest. Po prostu chce zaznaczyć swoją autonomię. Stąd oskarżenia o planowanie masakry i nacisk, żeby się przyznał, bo tak wyjdzie na wolność.

I z jednej strony mogę to zrozumieć. W ten sposób procesy "wychowawcze" zostały wyraźniej ukazane. Z drugiej strony skrajność historii sprawia, że między filmem a widzem pozostaje dystans. Gdyby to samo reżyser spróbował pokazać na przykładzie bliższym życiu każdego z nas, wtedy miałby trudniejsze zadanie, ale jego wymowa mocniej wstrząsnęłaby widzami.

Mam jeszcze jeden problem z "Czarnym ptakiem". Ten film jest zbyt romantyczny. Żegnamy bohatera w chwili, w której jeszcze nie do końca stał się dorosłym, wciąż jeszcze ma ideały. Świat go nie przygniótł. Może jestem cynikiem, ale jakoś na co dzień mało spotyka się takich osób. W pewnym wieku idealizm staje się chorobą psychiczną, więc poza murami wariatkowa lub w sektach trudno się nań natknąć.

Z drugiej strony spodobało mi się ukazanie relacji ojcowsko-synowskiej, w szczególności troski połączonej z niemożliwością nawiązania komunikacji. To wydało mi się bardzo prawdziwe.

Ocena: 7

金陵十三釵 (2011)


Nankin to ostatnio modny temat historycznych dramatów, ale nie ma się co dziwić. To, co się tam wydarzyło mrozi krew w żyłach. Brutalność Japończyków przeszła do legendy, którą kino po prostu odświeża raz za razem.


"Kwiaty wojny" przywodzą oczywiste skojarzenia z "Miastem życia i śmierci". I choć obu postawiłem tę samą ocenę, to tak naprawdę stoją one na przeciwnych biegunach. Obraz Lu był widowiskiem z jednej strony bardziej surowym, z drugiej starającym się pokazać pełny obraz sytuacji. Yimou poszedł w stronę opowieści bardziej wzruszającej i jednocześnie mocno wybiórczej. Oglądamy dramat grupy dziewic i ladacznic oraz grabarza-pijaka. Wszyscy oni będą mieli swoje chwile słabości i tchórzostwa, ale w obliczu okrucieństwa będzie ich stać także na czyny bohaterskie.

Owszem, można kwękać, że wszystko składa się w jedną całość zbyt łatwo, że jeszcze zanim rozpoczęła się historia to, kto zginie, a kto nie było już wiadome. Ale przynajmniej Yimou jest na tyle sprawnym filmowym gawędziarzem, że pokazuje nam tę przewidywalność w taki sposób, że po prostu chce się to oglądać. Piękne zdjęcia, świetni aktorzy i przejmująca historia. Czego chcieć więcej?

Ocena: 7

Blancanieves (2012)


Wydawać by się mogło, że trzecia Śnieżka jednego roku, to zdecydowanie przesada (czwarta, jeśli liczyć serial "Once Upon a Time"). A tymczasem nie. Niby historia jest zawsze ta sama, ale nigdy taka sama. Tym razem wodze fantazji popuścili Hiszpanie i wyszło im zaskakująco ciekawe dzieło.


"Królewna Śnieżka" podobnie jak "Artysta" pokazuje, że nieme kino może być rozrywkowe. Przeniesiona do przedwojennej Hiszpanii akcja bajki braci Grimm jest świeżą i zabawną opowieścią o matadorze, jego córce i jego drugiej żonie. W filmie znalazły się wszystkie obowiązkowe elementy bajki. Ale choć od początku wiemy, co nas czeka, to i tak ogląda się z fascynacją.

Wielkie brawa mają jednak twórcy ode mnie za końcówkę, w której odbiegają od najpopularniejszej wersji bajki. Poszli w stronę wysmakowanej perwersji, co dało fantastyczne wręcz rezultaty.

Ocena: 7

Grassroots (2012)


Ugh. I to jest zdaniem Stephena Gyllenhaala komedia? Jeśli tak, to mamy zupełnie inne poczucia humoru. Ja to nazywam nudą.


Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia przybliża nam walkę jednego idioty o miejsce w radzie miejskiej. A ponieważ ma pasję i przemawia z rozbrajającą szczerością, to zaczyna zdobywać zwolenników. Niestety Gyllenhaal robi wszystko, by przekonać mnie, że życie pisze banalne scenariusze. Nie dość, że fabuła jest przewidywalna, to jeszcze mało angażująca, zabawna czy prowokująca do myślenia. Bohaterowie są sympatyczni, a Moore i Biggs grają zaskakująco dobrze, ale niewiele to zmienia.

Jedyne, co mnie zaintrygowało, to fakt, że rasa jednak ma znaczenie dla bohaterów. Walcząc z czarnoskórym radnym, wokół nich są głównie biali. Ciekawe, na ile był to świadomy wybór reżysera?

Ocena: 4

Mansome (2012)


Lubię dokumenty Spurlocka. Dopiero co zachwycałem się jego spojrzeniem na Comic-Con w San Diego, więc z wielkimi nadziejami wybrałem się na "Męskość". Była to wielka strata czas.


Nie mogłem zrozumieć, gdzie podziała się lekkość stylu, dowcip, a przede wszystkim umiejętność Spurlocka do wynajdywania ciekawego punktu zaczepiania. Tu wszystko jest przerośnięte. Większość bohaterów wygląda na pozerów, bufonów bądź też udawaczy. Trudno było mi chwilami uwierzyć w realność i szczerość tego, co widzę. Co gorsze większość sekwencji jest zbyt długa. Zupełnie jak w przypadku opowiadania dowcipu: jeśli zacznie się przeciągać historię, to nawet najzabawniejszy dowcip traci i przestaje być zabawny.

Do tego wszystkiego gwiazdy komedii wypadają niezwykle blado, co jest sporym zawodem. Wyjątkiem jest chyba tylko Galifianakis, no i może Apatow.

Ocena: 5

wtorek, 16 października 2012

Alyah (2012)


Jedyna rzecz, jaką wyniosłem z tego filmu to myśl, że Żydzi mają całkiem fajnie. Niezależnie gdzie są i co robią, zawsze mogą rzucić to wszystko w cholerę i zacząć od nowa, z czystą kartą, w kraju przodków, jako nowy obywatel. I nawet jeśli Izrael nie jest krajem idealnym, to mimo wszystko i tak oferuje komfort symbolicznego odrodzenia, na jaki większość z nas nie może sobie pozwolić.


Natomiast sam film do mnie nie przemówił. Nie potrafiłem przyjąć punktu widzenia Aleksa. Jego zachowanie wydało mi się nieproporcjonalne do problemów. Łatwiej chyba byłoby pójść na kurs asertywności niż uciekać przed bratem i ślubem byłej dziewczyny na drugi koniec świata. Alex kojarzy mi się z osobą, która w celu wywiercenia dziury w ścianie, podpala tonę dynamitu. Nie czułem, by reżyser uzasadnił psychologiczne podstawy motywacji bohatera. I stąd taka a nie inna ocena.

Ocena: 4

DonT Stop (2012)


Punk to była ślepa uliczka. Przynajmniej w Czechosłowacji. Wyraz buntu młodych, którzy wiedzieli tylko, że chcą żyć inaczej, ale nie wiedzieli jak. To celebracja ignorancji i autodestrukcji, która w najlepszym razie po latach może być wspominana z sentymentem, kiedy już zaprzedało się wszystkie punkowe ideały, w najgorszym razie kończy się przedwczesną śmiercią.


Taka wymowa filmu czyni z "DonT Stop" bardzo cyniczne dzieło. Tym bardziej, że utrzymane jest w konwencji kinowej bukoliki, przez co forma ostro kontrastuje z wymową. W sumie jednak trzyma podobny poziom, co "Wszystko, co kocham", nawet jeśli w Czechosłowacji nie było stanu wojennego.

Ocena: 6

(2012) חדר 514


Ileż w tym filmie jest wspaniałych pomysłów! Ileż niewykorzystanych okazji na stworzenie wyjątkowego widowiska. Niestety Sharon Bar-Ziv nie wymierzył sił i ambitny projekt zakończył porażką.


"Pokój 514" to trudny projekt. Wszystko w zasadzie rozgrywa się w czterech ścianach tytułowego pokoju przesłuchań. Klaustrofobiczna sceneria narzucała teatralność i sztuczność. Reżyser tego najwyraźniej nie tylko był świadomy, ale wręcz się bał, więc cały swój wysiłek skoncentrował na przeciwdziałaniu wrażenia oglądania teatru. Pracuje więc na bliskich planach i ekstremalnych zbliżeniach. Zupełnie niepotrzebnie wychodzi też poza pomieszczenie, umieszczając kilka scen w autobusie. Forma filmu zaprząta tyle uwagi reżysera, że na całą resztę nie starcza już czasu.

Mało doświadczeni aktorzy niestety nie pomagają. Zostali bez asekuracji wrzucenie na bardzo głęboką wodę. Ten projekt mógł się udać tylko i wyłącznie z aktorami, którzy oprócz talentu mają też doświadczenie, by wiedzieć, jak skupić na sobie uwagę widza.

(Udi Persi)


W tym wszystkim więc ginie gdzieś to, co jest tu najlepsze: pomysł. "Pokój 514" pokazuje jak bezduszne jest prawo, którego ślepe przestrzeganie zamiast chronić naraża życie. W bardzo przewrotny sposób uświadamia też, że święte przekonanie wykonywania swoich obowiązków może w rzeczywistości prowadzić do tragedii. Pokazuje również, jak pozorna jest siła żołnierza. Nawet najtwardszy z nich ma swój słaby punkt, który znaleziony sprawi, że twardziel zamieni się w bezradne dziecko. Zadaje też pytania o to, gdzie kończy się obowiązek wobec ojczyzny, a zaczyna lojalność wobec oddziału.

To byłby fantastyczny film, gdyby się udał.

Hors les murs (2012)


Coś mi się wydaje, że w przypadku oceny tego filmu będę osamotniony. Nie dość, że w kinie pozostało sporo wolnych miejsc, to część z widzów nie doczekała końca. Oceny na IMDb też nie są zbyt zachęcające. Tymczasem mnie "Za murami" bardzo się spodobał.


Film jest w moim guście na bardzo wielu poziomach. Z jednej strony spodobała mi się smutna historia miłości, którą zniszczyło życie. Odpowiada to mojej romantyczno-nostalgicznej części natury. Szczególnie mocno zapadają sceny z widzeń. Ten ból, dramat, bezradność, jaka malowała się na twarzach bohaterów! Z drugiej strony bardzo spodobało mi się przesłanie, które mówi, iż nie przeskoczymy swoich ograniczeń. Świat może nam oferować miliard rzeczy do wyboru, co nie znaczy, że wszystkie one są dla nas dostępne. Wystarczy drobna zmiana, by to, co było idealne, nagle stało się nie do zaakceptowania. To przesłanie przemawia do cynicznej strony mojej natury.

Do tego wszystkiego film ma całkiem niezłą obsadę. Guillaume Gouix zdążył już zwrócić moją uwagę. Za to miłą niespodzianką był Matila Malliarakis, którego ponoć widziałem w "Adeli Blanc-Sec". Przez długi czas wydawało mi się, że w roli Paulo lepiej poradziliby sobie Jérémie Renier lub Grégoire Leprince-Ringuet, ale koniec końców obronił rolę i teraz nie wyobrażam sobie w niej nikogo innego (kupił mnie sceną histerii w więzieniu). Plusem są też całkiem fajne zdjęcia. Scena pierwszego pocałunku - miodzio.

Ocena: 8

poniedziałek, 15 października 2012

Hitler's Children (2012)


"Dzieci Hitlera" to film dokumentalny, którego bohaterami są dzieci i wnuki słynnych nazistów. Z tego jednego zdania można z łatwością przewidzieć kształt filmu. Obraz podąża bowiem wytartą ścieżką. Ci, którzy opowiadają o swoich przodkach, są osobami negatywnie do hitleryzmu nastawionymi. Mamy więc standardowe odcinanie się, piętnowanie, szok, poczucie winy, wstyd. Nie pojawia się tu nikt, kto stanąłby w obronie ojca czy dziada (choć tacy członkowie rodzin są wspominani). Film uratował jedyny Żyd wśród bohaterów, który wylewa zimny prysznic w bezwzględnym, ale jakże prawdziwym podsumowaniu.


Mimo swojej przewidywalności, jest to dokument, który robi naprawdę duże wrażenie. Zwłaszcza historie potomków Götha, Hößa i Franka. To wstrząsające portrety ludzi, którzy żyją w poczuciu winy, które zostało im narzucone przez czyny przodków. Mnie najbardziej poruszyła okrutna historia Niklasa Franka, który ciągle "dokonuje egzekucji" swoich rodziców, by w ten sposób obronić się przed synowską miłością niemożliwą.

"Dzieci Hitlera" mają też bardziej uniwersalny wydźwięk. Pokazują, że niezależnie od tego, jak bardzo chcemy być "sobą", nasze "ja" zawsze sprzężone jest z naszą rodziną. I choć na ich czyny często nie mamy żadnego wpływów, to przez sam fakt pokrewieństwa dzielimy odpowiedzialność za nie, tak jak nasze dzieci i wnuki będą ponosić konsekwencje naszych wyborów. Ponura to wizja.

Ocena: 7

Villegas (2012)


Cienka granica dzieli niedomówienie od filmu, który nic nie mówi. Gdzie ona przebiega, łatwo się zorientować oglądając "Villegas". Reżyser bowiem do granicy tej nie dotarł i pozostał po niewłaściwej stronie.


To, co chciał opowiedzieć, pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. To, co widać na ekranie można zaś streścić w zasadzie w jednym zdaniu. Dwaj kuzyni jadą do rodzinnego miasteczka na pogrzeb dziadka. Łączy ich jakaś przeszłość, historia zażyłości, której symbolem są opowieści o ich wspólnym muzykowaniu. Ich drogi się jednak rozeszły. Podczas tej podróży przypomną sobie, co ich łączyło i wyraźniej uświadomią sobie, co ich teraz dzieli. Niestety wszystko to pozostaje dla widza tajemnicą, podobnie jak łzy Estebana. Możemy oczywiście spekulować na temat natury relacji bohaterów i ich przeszłości, ale spekulacje te dużo powiedzą o widzu, ale o filmie nie mówią nic.

Ocena: 5

Little Thirteen (2012)


Oglądając "Słodką trzynastkę" miałem poczucie deja vu. Podobne historie widziałem już w kinie nie raz i nie dwa. Ten film nie wnosi nic nowego.


No może poza jedną rzeczą. Smutną postacią matki, która nie potrafi odnaleźć się w roli rodzicielki i widzi siebie raczej jako nastoletnią kumpelę córki. A kiedy niebezpiecznie zaczyna zbliżać się do świadomości, ile naprawdę ma lat, wtedy staje się bezwzględna i nawet dla córki nie będzie miała taryfy ulgowej. Fajnym pomysłem było też uczynienie z chłopaków kupców własnych podbojów seksualnych. Chałupnicze seks-kasety sprzedają klientom lubiącym nastolatki w akcji. W ten sposób zaciera się gdzieś granica między ofiarą i sprawcą w transakcji, której naprawdę blisko jest do pedofilii.

Mając takie pomysły pod ręką, reżyser nie robi nic, żeby je wykorzystać. Zamiast tego mnoży poboczne tematy, które podobnie jak i główne wątki zmierzają donikąd.

Ocena: 6

niedziela, 14 października 2012

Pervertigo (2012)

Twórcy "Pervertigo" pokazują, jaką droga powinni podążać pasjonaci kina, którzy nie mają ani pieniędzy ani doświadczenia, by zrobić naprawdę dobry film (cokolwiek owo "dobry" ma znaczyć). Większość niedostatków da się bowiem zamaskować albo sprawić, by widz je zignorował. Wystarczy dobry pomysł. A ten Jaron Henrie-McCrea miał.


"Pervertigo" opowiada o ludziach, którzy przez "normalne" osoby uznane zostałyby za perwersów czy zboczeńców. Już sam fakt ich odmienności sprawia, że stają się wyrzutkami. Gorzej, kiedy okazuje się, że ich słabość może zostać wykorzystana przeciwko nim. Jedynym rozwiązaniem jest znaleźć sobie podobnych. Bo w grupie siła (a przynajmniej parze).

Absurdalny humor był bardzo w moim stylu, choć jak na mój gust dowcipy byłe ledwie umiarkowanie odjechane. Twórcy nie poszli na całość, ale i tak stworzyli film na tyle odmienny, by zyskiwał przez sam fakt świeżości (choć oryginalność nie jest aż tak wielka, jak to się niektórym widzom może wydawać). W sumie był to sympatyczny, niezależny filmik.

Ocena: 6

À coeur ouvert (2012)


Czy to jakaś epidemia? Tak, jak w "Tango libre", tak i tu przez cały film konsekwentnie trzymana jest jedna stylistyka, by na końcu ni z gruszki ni z pietruszki wskoczyć na zupełnie inne tory. I znów jest to zmiana zbyt zaskakująca, bym mógł ją ot tak zaakceptować.


"Otwarte serce" to opowieść o wielkiej miłości, która jednak prowadzi do destrukcji. Mila i Javier kochają się namiętnie, ale ich związek ma mocno niezdrowe efekty uboczne. Oni nie tyle są ze sobą, co są od siebie uzależnieni. Kiedy drugi z nałogów Javiera – alkohol – coraz bardziej daje o sobie znać, Mila ignoruje znaki, bo wie, że alkoholizm jeszcze bardziej uzależnia Javiera od niej. Zapomniała jednak o sile alkoholu. Ale wtedy pojawia się ciąża. Kolejna kotwica, która ma utrzymać w miejscu związek. Ale każdy marynarz by im powiedział, że nie rzuca się kotwicy w czasie sztormu.

Przez cały film reżyserka konsekwentnie buduje dramat psychologiczny. Lecz w finale porzuca go na rzecz onirycznej poetyki, która może i byłaby piękna, gdyby nie śmieszyła swoją dosłownością. Końcówka jest żenująca, ale na szczęście mocne kreacje Binoche i Ramíreza sprawiły, że mimo wszystko nie przekreślam filmu.

Ocena: 6

Tango libre (2012)

Z tangiem nie ma żartów. Ten taniec to próba okiełznania namiętności. Jeśli jednak ktoś jest kiepskim tancerzem, to może się poważnie sparzyć. Tak dzieje się w przypadku bohatera filmu "Tango libre". Jego niewinna pasja wywoła prawdziwą rewolucję w więzieniu, w którym pracuje i wplącze go w bardzo nietypowy związek kobiety i dwóch mężczyzn.


"Tango libre" przez długi czas nawet mi się bardzo podobało. Zwłaszcza sekwencje taneczne wykonywane przez "Argentyńczyka", były świetne. Ale na koniec reżyser chyba trochę za bardzo sobie pofolgował. Finał jest wzięty jakby z zupełnie innej bajki i ja tego przeskoku nie kupuję.


Ocena: 6

The Domino Effect (2012)


Sorry, ale zupełnie nie kupuję tej historyjki, choć rozumiem, że w naszym kraju, gdzie wciąż świeże są efekty spraw Amber Gold, OTL i nastu biur podróży, może to być popularna produkcja. Mnie wydała się odrażająca w swojej naiwności. O tym, że w dzisiejszym świecie kryzys gospodarczy jest zjawiskiem globalnym, wie chyba każdy. Reżyserka próbuje to nam uzmysłowić, ale robi to w tak łopatologiczny sposób, że jest to wręcz niesmaczne. Zwłaszcza, kiedy próbuje wzruszyć nas historią bankowca.


I jeszcze morał, że w czasach kryzysu trzeba chwytać się uczuć, bo te nie ulegają dewaluacji, a wśród bliskich łatwiej przetrwać tragedię. Sorry, ale takie morały to można prawić, jak się ma co do garnka włożyć. Wątpię jednak, by dawały one komfort tym, którzy mając wszystko, teraz nie mają nic.

Jedyne, co mi się w filmie podobało, to obraz kompletnego braku elastyczności człowieka. Ponoć jesteśmy gatunkiem łatwo adaptującym się do zmiennych warunków. Z "Efektu domina" wynika coś odwrotnego. Kryzys nie jest tu żadną okazją, o przekwalifikowaniu nie ma mowy. Nikt nie chce się zmienić. Wszyscy chcą, by było jak dawniej i chwytają się najgorszych pomysłów, by iluzje podtrzymać. Nie sądzę jednak, by reżyserka intencjonalnie tak poprowadził narrację. Wydaje mi się, że jest to raczej efekt uboczny przyjętej przez nią tezy, że przyczyną kryzysu był brak zadowolenia ludzi z tego, co mają i ślepy pęd do wzbogacenia. Teza zbyt uproszczona, by reżyserka była w stanie ją obronić przy bliższym przyjrzeniu się jej.

Ocena: 5

eŠteBák (2012)


Jeśli mają powstawać takie filmy jak "Konfident", to jestem za tym, by kręcono jak najwięcej koprodukcji z naszymi południowymi sąsiadami. Reżyser znakomicie odnalazł się w świecie permanentnej szarości, gdzie dobro i zło to piękne ideały, ale nie przystające do codziennego życia. Kiedy oglądając film przypomni się, jak dziś szafuje się oskarżeniami o współpracę z bezpieką, to trudno podchodzić do nich poważnie. Wszyscy chcemy wierzyć, że jesteśmy ponad to, ale kiedy spadnie na nas twarda pięść terroru, ile osób jest w stanie poświęcić siebie, nie mówiąc już o swoich bliskich, byle pozostać wiernym ideałom.


Z polskich akcentów na największą pochwałę zasługują Natalia Grosiak i Dawid Korbaczyński z zespołu Mikromusic. Nastrojowe kompozycje może na pierwszy rzut oka nie pasują do tematyki filmu, za to świetnie współgrają ze zdjęciami nadając filmowi wyjątkowego klimatu. A to w tym przypadku jest duży plus, ponieważ tak naprawdę jest to bardzo typowy film z naszego regionu, z oczywistym zestawem zwrotów akcji i bohaterów. Trochę to nudne, ale póki trzyma dobry poziom, nie będę narzekał.

Ocena: 7

Mejor no hablar (de ciertas cosas) (2011)


Nałóg to straszliwa pułapka. Uwolnić się od niego można tylko uderzając dna. Problem w tym, że nie każdy jest w stanie to uderzenie przeżyć. O przetrwaniu decyduje makabryczna mieszanka wewnętrznej pustki i ślepego losu. Jest to mocno nie fair, ale właśnie takie jest życie.


Javier Andrade zaprezentował całkiem ciekawy koktajl cynizmu i melodramatyzmu. Ponieważ gustuję w takich kombinacjach, film wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Nie jest to może rzecz najbardziej oryginalna czy najlepiej opowiedziana, ale obejrzałem to bez żalu, że tracę czas. Do tego całość okraszono fajną muzą, choć przeboje jednego z głównych bohaterów raczej nie przypadły mi do gustu.

Ocena: 6

sobota, 13 października 2012

Booster (2012)


To zabawne, że najkrótszy z filmów, które dziś widziałem, dłużył mi się, jak mało który. Matt Ruskin rozciąga narrację niczym gumę, testując cierpliwość widza. Muszę powiedzieć, że był to test trudny do przejścia.


Film w zasadzie niewiele ma nam do przekazania. Główny bohater miał pecha urodzić się w świecie brutalnym, gdzie liczy się tylko twardość charakteru i bezwzględność. Do tej pory udawało mu się jakoś lawirować, ale teraz staje przed hamletowskim wyborem: czy spełnić rodzinny obowiązek i dokonać czynu, który jest tak bardzo niezgodny z jego charakterem, czy może wyrzec się więzów krwi i pozostać lojalnym tylko wobec siebie. I te rozterki stanowią clue opowieści, choć tak naprawdę na ekranie nie poświęca im się zbyt wiele uwagi.

Jest jednak jedna rzecz, która mi się w tym filmie spodobała. To zdjęcia Tima Gillisa. Piękna jest choć scena gdy główny bohater jest ze swoją babcia na basenie. Ta intymność, delikatność, poszanowanie dla ich uczuć, a jednocześnie wojerystyczna wręcz ciekawość. Operatorowi udało się to wszystko uchwycić w sposób, który po prostu zachwyca.

Ocena: 4

piątek, 12 października 2012

Le grand soir (2012)


Oto jeden z tych filmów, w których poszczególne części wypadają lepiej niż ich suma. "Wielkie wejście" ma kilka bardzo zabawnych momentów utrzymanych w konwencji humoru absurdalnego, który uwielbiam. Dziecko z McDonaldsa czy na punkowym koncercie albo też karuzelowy szubienicznik to perełki najwyższej jakości. Podobali mi się też rodzice głównych bohaterów, szczególnie matka.


Film ma również całkiem interesującą wymowę. To gorzka konstatacja współczesnego świata, w którym człowiek znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z jednej strony są trybiki systemu, niewolnicy, którzy są zarazem swoimi nadzorcami pilnującymi, by nigdy nie zrzucili z siebie jarzma. Nagrodą za to są materialne dobra, spokój i bezpieczeństwo. Z drugiej jest wolność i swoboda, ale odbywa się to za cenę odrzucenia, biedy, ciągłej walki. Twórcy zdają się nie wierzyć w kompromis. Film kończy się smutnym wykrzyczeniem światu "We are not dead". Tyle tylko, że świat jest na to absolutnie obojętny.

Niestety mimo tylu zalet, "Wielkie wejście" wcale mnie nie zachwyciło. Jest w nim coś mocno nie tak, co sprawia, że jako całość po prostu się nie sprawdza. Trudno jest mi to ubrać w słowa, dokładnie wskazać, co to takiego, niemniej jednak nie potrafię przekonać się do tej produkcji.

Ocena: 5

La suerte en tus manos (2012)


Ten film ma wszystkie cechy, za które powinienem go wykpić: jest naiwny i ma zbyt dokładnie pasujące do siebie elementy, by był wiarygodny jako opowieść o życiu.  A jednak film Burmana urzekł mnie i oczarował zamiast irytować.


Być może zdecydował o tym przewrotny morał, który sugeruje mężczyznom poddanie się wasektomii w celu odnalezienia prawdziwej miłości? A może moje serce podbili śpiewający rabini? Sympatyczni bohaterowie z całą pewnością też nie zaszkodzili.

Przede wszystkim spodobało mi się w filmie to, co tak naprawdę jest mi obce. Czyli przykładanie uwagi do drobiazgów, rzeczy ulotnych, wydawać by się mogło, że nieistotnych, a jednak w relacjach międzyludzkich nabierających niezwykłej wagi. Burman uczy nas, byśmy nigdy nie lekceważyli detali, bo to one właśnie budują związek, a nie wielkie aspiracje i jeszcze większe dokonania.

Ocena: 7

Hotel Noir (2012)


Przy okazji "W drodze" powiedziałem, że nie jestem zwolennikiem jazzowych filmów. I może właśnie dlatego "Hotel Noir" nie przypadł mi aż tak bardzo do gustu. Choć muszę przyznać, że klimat klubowego dymu papierosowego i aromatu kawy po irlandzku twórcom udało się oddać bardzo dobrze.


Spodobała mi się ta cała wystudiowana, przesadzona stylizacja. Formuła kolejnych narracji idealnie pasowała do całości. Niestety reżyser nie jest wirtuozem, więc całość jest trochę toporna, zbyt ciężka, by naprawdę fascynować. Oczywiście wielkim plusem jest obsada. Miło było zobaczyć w roli innej niż czarnego charakteru Sewella. Fajnie też było oglądać na dużym ekranie Gugino.

Ocena: 6

czwartek, 11 października 2012

Les infidèles (2012)


Rzadko zdarza mi się być aż tak zaskoczonym w kinie. Wybierałem się na film licząc na jakąś głupawą komedyjkę. Po cichu miałem nadzieję (biorąc pod uwagę osoby odpowiedzialne), że nie będzie to gorsze od serii "OSS 117". Tymczasem zamiast jednego filmu dostałem zestaw nowelek o zdradzających facetach. Moje zamieszanie jeszcze wzrosło, kiedy w kolejnych segmentach pojawiali się ci sami aktorzy, tylko że w innych rolach.


Chwilę zajęło mi porzucenie oczekiwań i przyjęcie konwencji. Potem było już jednak lepiej. Poziom poszczególnych nowelek jest dość różny. Większość niestety bazuje na stereotypach i niewiele robi, by je wykorzystać w przewrotny sposób. Pozostaje więc nie to, co się mówi, ale jak. Jeśli o to chodzi, to najbardziej spodobała mi się nowelka opowiadająca o wyjeździe firmowy. Główny bohater jest tak smutny w swoich nieudolnych próbach wyrwania babki na noc, że było mi go po ludzku żal. Bardzo rozśmieszyła mnie też nowelka o S/M w garażu i następująca po niej nowela o anonimowych seksoholikach, choć oczywiste jest, że ta ostatnia była pójściem na łatwiznę. Sam temat jest już komediowym samograjem. Za to mam mieszane uczucia co do nowelki opowiadającej o starszym facecie w związku z młodą kobietą. Było to zbyt sztampowe i oczywiste. Broni się tylko i wyłącznie dzięki znakomitej grze spojrzeniami w końcówce.

Ocena: 6

środa, 10 października 2012

September Eleven 1683 (2012)


Renzo Martinelli jest moim nowym idolem. W genialny sposób ośmieszył Polaków, a raczej sprawił, że ci sami się wygłupili. Awantura o orła i krzyż odsłoniła wszystkie najgorsze wady Polaków z pieniactwem na czele. Tym, którzy tak wrzeszczeli, że "Bitwa pod Wiedniem" mija się z prawdą historyczną, musi być teraz naprawdę głupio (a przynajmniej powinno być, jeśli mają choć trochę przyzwoitości). W filmie, w którym ludzie zmieniają się w wilki, duchy chadzają po ziemi, miecze same z siebie goreją, a ślepi nagle zaczynają widzieć, mówienie o jakiejkolwiek prawdzie jest totalnym absurdem. "Bitwa pod Wiedniem" ma tyle samo wspólnego z historią Europy, co "Xena".


Martinelli ma u mnie plus również za poczucie humoru, choć chyba to wyszło mu zupełnie przypadkiem. Ja wiem, że Adamczyk znalazł się w obsadzie tylko dlatego, że jest – obok Jerzego Stuhra – pradopodobnie najbardziej rozpoznawanym polskim aktorem we Włoszech. Mimo to, trudno nie śmiać się, kiedy widzi się "człowieka, który został papieżem" w roli cesarza mówiącego tak, jakby nieustannie był kopany w jądra. Nie sposób też pozostać poważnym, kiedy Bachleda-Curuś zachwyca się mnisimi rękami, które leczą.

Sam film przypomina raczej jakąś grę komputerową niż rzeczywistą produkcję kinową. Kiedy zobaczyłem pierwszą scenę, górski krajobraz, poczułem się tak, jakbym oglądał "Skyrim" na dużym ekranie. Krew i zwierzaki również są tak sztuczne, że "kupić" je można byłoby tylko w jakimś RPG. Za to sceny z oblężonego Wiednia przywodziły mi na myśl ostrzał z makaronu z "Pana Kleksa w Kosmosie", choć chyba w filmie Gradkowskiego efekty specjalne były mimo wszystko lepsze.

Jednak techniczne niedociągnięcia mógłbym wybaczyć. Jak już nie raz wspominałem, jestem fanem filmów spod znaku peplum. Jednak tego, czego nie jestem w stanie zignorować, to potworna antyislamska propaganda. Z "Bitwy pod Wiedniem" wyziera fanatyzm najgorszego rodzaju. Gdyby wciśnięto do niego "agenta brzozę" i portret Kaczyńskiego, film mógłby spokojnie uzyskać błogosławieństwo ojca Rydzyka. Choć chrześcijanie nie są tu zupełnie wybieleni, to sposób pokazania muzułmanów jest odrażający. I nie chodzi mi tu o postać Kary Mustafy, a o Abula. Na jego przykładzie twórcy pokazują "zasadę trzech Z", jaką kierują się muzułmanie: zerżnąć, zapłodnić, zdradzić. Sorry, ale tego było dla mnie za wiele.

Ocena: 2

poniedziałek, 8 października 2012

Lemminge, Teil 2 Verletzungen (1979)


W drugiej części "Lemingów" Michael Haneke przekonuje, że depresja nie jest przypadłością indywidualną, lecz chorobą pokoleniową. Bohaterowie pierwszej części 20 lat później są osobnikami żałosnymi w swoim zaślepionym nieszczęściu. Żadne z nich nie potrafi cieszyć się życiem. Nie potrafią również przejść obojętnie obok rozczarowań. Pozostaje im więc wieczne rozdrapywanie ran i dziwienie się, że taka egzystencja sprawia im ból.


Byłoby to nawet ciekawe, gdyby nie nieznośna wręcz sztuczność wszystkich sytuacji. Bohaterowie zachowują się niczym kiepskiej jakości symulakry. Z perspektywy czasu jedyna wartość filmu to pokazanie, skąd wywodzą się późniejsze obrazy Austriaka. To właśnie tu w swojej niepełnosprawnej formie zaprezentowane zostały idee i pomysły fabularne, które w pełni rozwiną się w takich obrazach jak "Biała wstążka" czy "Pianistka".

Najciekawsze w dylogii "Lemingi" wydaje mi się to, że Haneke unika wskazywania przyczyn dla których portretowane przez niego pokolenie jest stracone, choć przecież wystarczy prosty rachunek, by zorientować się, że opowiada o ludziach urodzonych pod koniec wojny lub tuż po. Czy wynika to z faktu oczywistości? A może Haneke chce postawić bardziej ogólną tezę błędnego koła przekazywania depresji z rodziców na dzieci?

Ocena: 5

Notre paradis (2011)


O ileż łatwiej by się nam wszystkim żyło, gdyby ludzie czyniący zło, byli źli do szpiku kości, a ci, którzy są troskliwi i kochający, cali przepełnieni byli dobrocią. Ale świat zbudowany jest inaczej. Dlatego też Vassili może być zarazem bezwzględnym mordercą jak i wspaniałym kochankiem, przyjacielem, zastępczym ojcem. Mrok nie tłumi światła, a dobro nie kasuje zła.


Jak to się stało, że Vassili znalazł się właśnie z kablem od adaptera w mieszkaniu klienta? Tego nigdy się nie dowiemy, ale nietrudno się domyślić. Przybysz z prowincji, jako dzieciak zanurzył się w paryskim świecie szybkich pieniędzy i jeszcze szybszego seksu. Pozwoliło mu to zapomnieć. A póki był młody i przystojny, nie narzekał na brak klientów, więc nie miał czasu zauważać ran, jakie sam sobie zadaje i jakie pozwalał, by zadawali mu inni.

Teraz jednak, będąc już po 30 znalazł się w piekle każdego geja: za stary, by być popularnym, za młody, by stać się tatusiem, w jakim niektórzy gustują. Zagłuszacze gdzieś zniknęły. Pozostał strach, ból i cierpienie. Ale Vassili nie siebie czyni za to wszystko odpowiedzialnym, lecz tych, na których jeszcze niedawno żerował, a którzy teraz żerują na nim albo jeszcze gorzej - całkowicie ignorują. Agresja stała się jego narkotykiem.

Ale to nie niweluje tego, co w nim dobre. Troska, którą wzbudza w nim Angelo, przed którą wzbrania się kurczowo utrzymując relacje zawodowe. Miłość, tak silna, jak to tylko możliwe w przypadku geja obdarzającego tym uczuciem kobietę. Opiekuńczość, którą okazuje dziecku, choć nie przeszkadza mu to w wykorzystaniu jego bólu jako pretekstu dla swych mrocznych żądzy.

"Notre paradis" to także opowieść o tym, że szczęście jest ulotne, to iluzja, którą budujemy w przerwach między dramatami, zagospodarowując drobne poletka leżące na tyłach naszej egzystencji. To także opowieść o tym, że szczęście ma swoją cenę, a jest nią zawsze cudze cierpienie. Aby być szczęśliwym, trzeba być egoistą. Egoistą i marzycielem, bo szczęście nie jest prawdą. Ale czy poza nożem wbitym w pierś coś jeszcze jest prawdziwe?

Są tacy twórcy, po których filmy sięgam w ciemno. Nie sprawdzam o czym są ich filmy. Po prostu widzę nazwisko, więc muszę obejrzeć. W przypadku "Notre paradis" są dwa takie powody. Pierwszym jest reżyser Gaël Morel, drugim aktor Stéphane Rideau. A rozkosznym dodatkiem jest obecność Béatrice Dalle.

"Notre paradis" nie jest wielkim kinem, o nie. Ale jako przypowieść o szczęściu i koegzystencji przemocy i troski, wypada bardzo dobrze. Rideau świetnie odnalazł się w roli mężczyzny, dla którego wiek staje się mieczem Damoklesa definiującym każdą jego świadomą minutę.

Ocena: 7

niedziela, 7 października 2012

Hemingway & Gellhorn (2012)


Oglądając film czułem zawód, ale potem sprawdziłem, kto jest reżyserem i wszystko stało się jasne. Po twórcy "Amnezji" raczej nie spodziewam się zbyt wiele.


Z tego też powodu "Hemingway & Gellhorn" najlepiej wypada w swojej najbardziej zewnętrznej warstwie: postarzająca charakteryzacja Nicole Kidman i zabawa zdjęciami od tych udających materiały archiwalne po przesycone barwami. Aktorsko Owen wypadł lepiej niż Kidman.

Za to fabularnie film utkwił na mieliźnie. Ognisty związek tu ma letnią temperaturę. To, co najciekawsze jest albo maksymalnie spłycone albo nie jest pokazane w ogóle. Wydaje się, że bohaterowie są niczym liście w wartkim potoku: płyną i wirują, ale wszystko dzieje się bez ich woli. O ile w przypadku relacji emocjonalnej jeszcze mogę to zrozumieć, to jeśli chodzi o ich kariery, już nie.

Ocena: 6

Broken (2012)


"Broken" to film, który doprowadzi do depresji wszystkich, którzy wierzą, że są sami kowalami swego losu. Na przykładzie trzech rodzin mieszkających po sąsiedzku Rufus Norris pokazuje, jak losy ludzkie są ze sobą splecione, a jedna tragedia niczym dżuma rozprzestrzenia się po wszystkich.


I tak od rodziny składającej się z wdowca i trójki nastoletnich, rozwydrzonych dziewojek przerzuci się na rodzinę z młodym chłopakiem o chyba nieco obniżonym IQ, a potem i na rodzinę głównej bohaterki cierpiącej na cukrzycę. Strach i panika rodzą przemoc, pod której irracjonalnym ciężarem pękają słabi psychicznie, co prowadzi do wypadku i nakręcania się spirali przemocy tak, że w pewnym momencie nie sposób oddzielić tego, co o kimś się mówi od tego, kim on jest naprawdę. Bo też, czy Rick naprawdę zachowałby się tak a nie inaczej, gdyby nie było oskarżeń ze strony sąsiadek? A może nieświadomie odczytały mrok jego natury, z którego on sam jeszcze nie zdawał sobie sprawy?

Film stawia ciekawe pytania na temat ludzkiej natury, ale jest też trochę zbyt pretensjonalny z nie do końca dla mnie jasnych przyczyn starając się nadać filmowi pewną poetyckość. Końcówka na tym cierpi. Jest po prostu zbyt naiwna.

Ocena: 6

La femme du Vème (2011)


Mam problem. Jak ocenić film, który rozczarowuje tym, że nie spełnia moich oczekiwań. Z jednej strony fajnie, że Pawlikowski poszedł własną ścieżką. Z drugiej strony, to czego w nim nie ma podobało mi się najbardziej, więc rzecz jasna żałuję, że tego nie ma.


A wszystko przez postać graną przez Kristin Scott Thomas. Spodobała mi się Margit jako świadoma swej roli muza. To rzadki obraz w kinie, gdzie muza jest raczej postacią bierną, nie istniejącą bez artysty, którego inspiruje. W "Kobiecie z piątej dzielnicy" jest odwrotnie, to artysta nie istnieje bez muzy. I właśnie szkoda, że jej natura okazuje się zupełnie inna, przez co i wymowa się zmienia.

Jednego wszakże filmowi odmówić nie można: ma naprawdę zachwycające zdjęcia.

Ocena: 6

piątek, 5 października 2012

Play (2011)


Östlund nie zawiódł. I choć uważam, że "Mimowolnie" jest znacznie lepszym filmem, to i tym razem Szwed stworzył prawdziwie wstrząsającą rzecz. "Gra" to jeden z najlepszych proanarchistycznych filmów, jakie widziałem w życiu. Mrozi krew w żyłach, pokazując, że cywilizacja to cichy zabójca człowieka, morduje bowiem nasz instynkt samozachowawczy. Po seansie najbardziej zdrową reakcją jest chęć rozwalenia całego tego systemu, z wszelkimi służbami porządkowymi i absurdalnie uprzejmymi funkcjonariuszami publicznymi na czele. A osoba, która wspomni coś o państwie opiekuńczym, powinna być opiekana na wolnym ogniu, aż wszelkie dyrdymały wyparują z niej wraz z ostatnimi kroplami krwi.


To naprawdę przerażające, jak bardzo zdemoralizowani są ludzie ucywilizowani. Nie mogą się z nikim równać pod względem głuchoty na własny instynkt przetrwania. Młodzi bohaterowie filmu mają wiele możliwości ucieczki, uratowania się, ale nie robią nic, nawet wtedy, kiedy czują, że coś jest nie tak. Choć nie, oni jeszcze mają jakieś zdrowe odruchy. Dorośli są jeszcze gorsi. Nawet ich "konfrontacje" są żenującymi przedstawieniami bezradności. A kiedy słyszy się słowa jednej naiwnej babki, że imigranci są w gorszej sytuacji, to ogarnia mnie pusty śmiech. Bo też jest dokładnie odwrotnie. Imigranci, którzy rzeczywiście w stabilnej społeczności zajmują podrzędną pozycję, wciąż muszą walczyć, ich instynkt pozostaje nietknięty (no, nie przesadzajmy, powiedzmy raczej, że jest bardziej sprawny).

I tu pojawia się paradoks. Rozwinięta cywilizacja wymaga, by ludzie zapomnieli o swej zwierzęcej naturze, o rywalizacji i agresji. I póki jest to system homogeniczny, bez intruzów z zewnątrz, rzeczywiście się sprawdza. Wystarczy jedna czarna owca (w "Grze" potraktowana dosłownie), by zachwiać równowagę. Jednak problem polega na tym, że to imigranci, aspirując do materialnych zdobyczy tubylców, prędzej czy później zostaną przez system wchłonięci. I koniec końców zostaną nam wszystkim tylko gry w barbarzyńców, z których wyrośniemy wraz z zakończeniem okresu dojrzewania.

"Gra" ma bardzo wyrazistą tezę, ale równie wyraźnie czuje się, że jest to film nieobiektywny, że reżyser nagina fakty lub pomija to, co jest mu niewygodne. Dlatego też całość sprawia wrażenie manipulacji. Ale kiedy widz jest tego świadomy, może na tym tylko zyskać.

Ocena: 8

czwartek, 4 października 2012

La chance de ma vie (2010)


Kolejna cukrowa wata. "Tylko nie miłość" nie ma naprawdę żadnych wartości, poza jedną. Jest czystą, bezpretensjonalną rozrywką. Oglądałem to bez wyrzutów sumienia, że tracę czas, ale też bez przekonania, że odmieni on moje życie.


Bohaterowie są sympatyczni, sceneria niczym z polskiej komedii romantycznej, ale za to poziom humoru znacznie wyższy. Biorąc pod uwagę pomysł główny, mogło być co prawda zabawniej, ale twórcy i tak rozśmieszyli mnie ładnych parę razy. Jak ktoś nie bardzo wie, co zrobić z 90 minutami wolnego czasu, wybranie tego filmu nie będzie błędem.


Ocena: 6

środa, 3 października 2012

ParaNorman (2012)


Zaskakująco zabawny komediowy horror, który tak się składa, że jest też animacją. A za tym idzie fakt, że jego target wiekowy jest nieco obniżony w porównaniu do aktorskich odpowiedników w stylu "Porąbanych". Jednak dziecka poniżej 10 roku raczej bym na to nie wysyłał. Temat śmierci, zabijania dzieci i zemsty mógłby za bardzo namieszać w głowie.


Ja za to bawiłem się bardzo dobrze. Makabryczny humor (scena wyrywania książki) i pomysłowe rozwiązania chwilami stały na najwyższym komediowym poziomie. Do tego lukier i naiwność familijnej produkcji równoważą nietypowe chwyty (jak choćby postać Mitcha). Trochę zawiodło mnie rozwiązanie głównego wątku, a i oprawa muzyczna pozostaje w tyle za oprawą wizualną, ale w sumie była to bardzo przyjemna rozrywka.

Ocena: 7

Comic-Con Episode IV: A Fan's Hope (2011)


Comic-Con w San Diego to symbol komercjalizacji świata geeków i nerdów, który z jednej strony daje im dostęp do szalonej masy atrakcji, ale z drugiej uczynił z nich obywateli niemal drugiej kategorii w ich własnym świecie. Dokument Morgana Spurlocka to fascynujące spojrzenie w ten przedziwny świat paradoksów.


To co rzuca się w oczy na samym początku, to niesamowita pasja i zaangażowanie. Bohaterami dokumentu są dziwolągi, którym jednak trudno nie zazdrościć. Ta ich totalna fiksacja jest naprawdę godna podziwu. Sam chciałbym posiadać zdolność absolutnego poświęcenia się dla jednej wyłącznie rzeczy. I choć film jest pieśnią pochwalną na cześć nerdów i geeków, to jednak nie ogranicza się wyłącznie do wielbienia naiwności.

"Comic-Con" pokazuje też drapieżną stronę całego przedsięwzięcia, gdzie pasja przestaje być czymś, co robi się tylko dlatego, że się to kocha, ale staje się pomysłem na zawodową karierę. Większość z bohaterów filmu albo zarabia na fanach albo chciałaby zarabiać. Zresztą definicja fana mocno się rozszerzyła, stając się terminem ekonomicznym, skalą bezwzględnego wyzysku ze strony wielkich korporacji medialno-zabawkarskich.

I znów Spurlock mógł wejść na tory żalącego się sentymentalizmu i opowiadać o tym, jak to środowisko się zepsuło. Ale on nie dał wciągnąć w tę pułapkę. Zamiast tego, niczym mistrz zen obserwuje i akceptuje zmiany, wiedząc, że i obecna komercyjna koniunktura jest fazą, jedną z wielu.

Ocena: 8

wtorek, 2 października 2012

En kongelig affære (2012)


To jedna z tych historii, które wolałbym przeczytać. Jest tu wszystko, co dobra opowieść powinna mieć w sobie: namiętność, ideały, konflikty i intrygi, naiwniacy, którzy posiedli władzę i bezwzględni polityczni gracze, miłość, przyjaźń, zdrada.


Niestety w wersji filmowej rzecz nie jest aż tak atrakcyjna. "Kochanek królowej" wydał mi się obrazem nudnym, który ciągnął się i ciągnął i ciągnął. Fajna obsada nie była w stanie zainteresować mnie tym, co się działo na ekranie. Jak dla mnie było to spore rozczarowanie, w końcu jest to duński kandydat do Oscara.

Ocena: 5

Ps. Søren Malling fajnie wypadł.A Alicia Vikander w XVIII-wiecznych kostiumach wygląda uroczo.

poniedziałek, 1 października 2012

Le moine (2011)


Dominik Moll kiedyś był moim ulubieńcem. Kiedy więc usłyszałem, że będzie kręcił "Mnicha" z niecierpliwością czekałem na film. Może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, ale to, co zobaczyłem, kompletnie nie przypadło mi do gustu.


"Mnich" to fantastyczna historia, która żeni antyczną tragedię z chrześcijańskim światopoglądem. Co więcej, jest to jedna z tych historii, którą za swoją mogą przyjąć i katolicy (ale nie ci z moherami na głowie) jak i sataniści. Dla tych pierwszych "Mnich" będzie przypowieścią o teście, jaki szatan stawia przed każdym z nas, o tym, że pewność swych racji niepoparta doświadczeniem jest nic nie warta, a im wyżej jest człowiek, tym trudniejszy test go czeka. Wolna wola to odpowiedzialność, która nie jest tylko regułką wygłaszaną z ambony lub w konfesjonale, ale codziennym zmaganiem, jak w cytacie z psalmu 6. Dla satanistów jest to z kolei historia potwierdzająca siłę i władzę szatana, który jest w stanie skłonić do odejścia od Boga każdego.

Niestety Moll kompletnie nie wykorzystał tej historii. Co więcej, zrobił z tego jakąś przedziwną ramotkę skonstruowaną według szablonów nie będących w użyciu od kilkudziesięciu lat. Miałem wrażenie, jakby wstydził się niedzisiejszości całej historii. Ale jeśli tak, to po co w ogóle się brał za adaptację tekstu Lewisa?

Moll mnie rozczarował. I to już drugi raz. Poprzednio – przy "Innym świecie" – był jednak tylko współscenarzystą. Tu niestety jest także reżyserem.

Ocena: 5

Keep the Lights On (2012)

Smutny to film. Zwłaszcza dla wszystkich romantyków, którzy chcą wierzyć, że miłość jest siłą mogącą wszystko, wytrzymującą wszystko i zdolną uleczyć każdą krzywdę.


W "Zostań ze mną" miłość to zdecydowanie za mało. Nie daje siły, by wybawić z niepewności, by dać siłę walczyć o przyszłość. Czasem zadane rany są tak głębokie, że nawet miłość nie wystarczy. A najgorsze jest to, że uczucie wcale nie mija. Przynajmniej w przypadku Erika, dokumentalisty, który potrafi długo cierpieć w cieniu ukochanego. Kiedy jednak przychodzi moment ostatecznej decyzji, wtedy nagle staje w miejscu. Tak było z Paolo, jego byłym, o którym możemy usłyszeć różne opowieści, ale który sam nie pojawia się w filmie. Tak samo wydaje się być też i Paulem, młodym prawnikiem o autodestrukcyjnej osobowości. Tak można byłoby odczytywać film, ale można też inaczej.

Ira Sachs w swoim nowym filmie powtarza to, co już powiedział wcześniej w "Życiu małżeńskim". I znów, tak jak tam, jego ponure i cyniczne spojrzenie wydaje się nieco zbyt zachowawcze, jakby powstrzymywał się przed pełnym zaakceptowaniem wniosków, do jakich prowadzą jego spostrzeżenia. Brak zdecydowania widać szczególnie w portrecie Erika. Sachs wydaje się iść w kierunku uniwersalnego przesłania, że miłość to za mało. A mnie ciekawsze wydaje się spojrzenie jednostkowe i pokazanie Erika jako osoby ułomnej. To, że najpierw trwał u boku Paolo, kiedy ten był w ciężkim stanie związanym z AIDS, a potem wybrał  Paula-narkomana i obu porzuca, kiedy zdają się wychodzić na prostą, nie prowadzi do głębszego wnikania w motywacje Erika. To Paul jest tu osobą niekompletną, nie Erik, choć przecież ewidentnie widać, że z nim także jest coś głęboko nie tak. Ale Sachs nie idzie na całość, nie stawia diagnozy, a nawet nie zachęca widzów do refleksji nad Erikiem.

Liczę jednak, że za którymś razem Sachs pójdzie o krok dalej. I dlatego kolejny jego film też obejrzę.

Ocena: 6