środa, 28 listopada 2012

(2012) מנתק המים


Ponoć żaden pieniądz nie śmierdzi. Może to i prawda, ale jednak lepiej jest wykonywać pewne zawody, a innych nie. W Izraelu do tej drugiej kategorii należy odcinacz wody. Kiedy ktoś nie płaci rachunków, przychodzi on i zakręca kurek. Płaci mu się od liczby wykonanych odcięć, więc zależy mu na tym, by było ich jak najwięcej. Ale z drugiej strony praca nie jest łatwa, bo trzeba radzić sobie z wrogością i dramatami obcych (choć nie zawsze) ludzi.



Przy takim opisie zestaw sytuacji, z jakim będzie miał do czynienia bohater filmu jest łatwy do przewidzenia. I rzeczywiście, reżyser nie zawodzi, odhaczając wszystkie możliwe opcje. Przez swą przewidywalność film bardzo dużo traci. Po prawdzie miałby pewnie jeszcze niższą ocenę, gdyby nie to, że mimo wszystko stał się pretekstem do rozważań na temat tego, jak sposób wykonywania pracy wpływa na jej postrzeganie. Otóż główny bohater chwilami zachowuje się niemal jak włamywacz, kryminalista: przemyka chyłkiem tak, by nikt go nie zobaczył. W ten sposób sam ustawia sytuację tak, by wyglądała niegodnie. Być może, gdyby pracowano dwójkami, gdyby przychodzono otwarcie, szacunek do nich byłby większy. Owszem, nadal pełno byłoby pretensji i obelg, a jednak trochę trudniej jest o bezczelność, kiedy stoi się w obliczu "autorytetu" a łatwiej wobec kogoś, kto się cichaczem zakrada.

Ocena: 5

wtorek, 27 listopada 2012

(2012) למלא את החלל


Jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Zachwyciła mnie prostota i delikatność opowieści, a przede wszystkim absolutna naturalność.


Chasydzi to bohaterowie wielu filmów. Zazwyczaj jednak pokazuje się ich w starciu z laicką cywilizacją, bądź wprost jako opresyjny przeżytek. Tu jest inaczej. Nie ma w filmie ani cienia ideologii, choć przecież cały czas jesteśmy świadkami obyczajów zupełnie nam obcych. Reżyserka prowadzi nas pewną ręką tak, że zanurzamy się w tym świecie bez wahania. A wszystko dlatego, że bohaterami nie są figury z propagandy tego czy owego, ale ludzie z krwi i kości, którzy przeżywają jakże prawdziwe rozterki.

Zakochałem się w filmie bez pamięci. Ale jak mogło być inaczej, skoro reżyserka po mistrzowsku opowiada o smutku, obowiązku i miłości? Uczucia są tu tak zaplątane, że z łatwością mogły stać się groteskowe, rodem z telenoweli. Pięknymi zdjęciami i cudowną twarzą Renany Raz reżyserka maluje wyjątkowe dzieło wychodząc zwycięsko z tego ambitnego fabularnego labiryntu.


I do tego wszystkiego całość ozdobiona została przepiękną wersją Psalmu 137. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w tym roku.

Ocena: 10

Manipulation (2011)


Film straconych szans. I to na bardzo wielu płaszczyznach. Wszystko jest tu letnie, rozrzedzone tak, że cały smak i oryginalność są niemal niewyczuwalne. Zastąpiła je bezbarwna rutyna, teatralna maniera i absolutny brak pomysłu na to, co chce się przekazać.


A przecież mógł być to znakomity aktorski pojedynek. Sytuacja, w której mistrz propagandy spotyka się z mistrzem przesłuchań aż prosiła się o starcie dwóch wielkich manipulatorów. Przerzucanie się argumentami, nagłe zwroty akcji, szala przechylająca się to na jedną to na drugą stronę, nowe teorie co chwilę falsyfikowane lub wspierane. W scenariuszu pozostały po tym odległe echa, ale poza pojedynczymi ripostami na ekranie nic z tego nie zostało pokazane.

To mógł być również świetny komentarz do współczesnej roli massmediów, które w poszukiwaniu ekskluzywnych materiałów, wyścigu o to, kto pierwszy o czymś powiadomi, nie patrzą na ręce dające im poufne informacje, przez co same są manipulowane, jednocześnie dokonując manipulacji opinii publicznej. Ale poza patetycznym przemówieniem jednego z bohaterów i ten wątek ginie w powijakach.

Najgorsza jest jednak konstrukcja bohatera granego przez Brandauera. Niby ma to być doświadczony spec od przesłuchań, który musiał podczas swojej kariery wiedzieć dużo (zwłaszcza że zaczynał ją podczas I Wojny Światowej, a akcja rozgrywa się w 1956-7 roku). Mimo to zachowuje się jak naiwna panienka, która żyła w kokonie, chroniona przed wszystkim co złe w świecie. Gdyby jego motywację choć trochę powiązano ze zranioną ambicją (że ktoś go wystrychnął na dudka) albo gdyby powiązano ją z chęcią pozostawienia po sobie spuścizny, skoro przechodzi na emeryturę, wtedy może jeszcze bym to kupił. W tej wersji jest to pic na wodę.

Ocena: 4

poniedziałek, 26 listopada 2012

L'homme qui voulait vivre sa vie (2010)


Jeśli nie masz jaj, by być sobą, ułożyłeś sobie wygodne życie, z modelową rodzinką i dobrze płatną pracą, wtedy marzenia spełnić możesz tylko radykalnymi środkami – morderstwem. Oczywiście, brakuje ci jaj, więc do śmierci musi dojść niejako przez przypadek, ale kiedy okazja zakrwawi już ci ręce, wtedy nie ma czasu się zatrzymać. Możesz w końcu być tym, kim zawsze pragnąłeś. Ale... No właśnie, jeśli jesteś za dobry w tym, czym chciałeś być, możesz wpaść w jeszcze większe kłopoty. Morderca nie może żyć na świeczniku. I o tym właśnie opowiada "L'homme qui voulait vivre sa vie".


Prosta historia, prosty film, a jednak zrobiony z taką sprawnością i lekkością, że nie sposób go nie polubić. Z daleka jest naprawdę świetny. Dopiero z bliska okazuje się, że jego głębia jest iluzją. Jednak płytkość przesłania nie przeszkadza, kiedy całość jest dobrze opowiedziana, a umiejętności filmowego bajania reżyserowie zdecydowanie nie można odmówić.

Ocena: 7

Billy's Hollywood Screen Kiss (1998)


Biedny Sean Hayes. Nie sądzę, żeby był w stanie kiedyś w kinie zagrać główną rolę i nie być porównywany do swojej roli z serialu "Will & Grace". Nawet w tym filmie, który powstał w tym samym czasie, co pierwszy sezon sitcomu, już widać, że stoi w cieniu – choć być może wydaje się tak tylko z perspektywy czasu.


Sam w sobie filmik jest uroczą wydmuszką. Reżyser bawi się formą, ale poza tym pozostaje rozczulająco naiwny. Mimo to klisze, z których korzysta zostały tu sprawnie wykorzystane i dlatego całość bawi i cieszy, choć jest rozrywką ulotną. Widać, że choć reżyser miał frajdę kręcąc "Billy's Hollywood Screen Kiss", to jednak czuł, że jest to jego szansa na zostanie zauważonym.

Ocena: 6

Complices (2009)


Miłość. Tylko ona może naprawdę spieprzyć człowiekowi życie. To smutny morał filmu "Complices".


Ot, taki Vincent. Przez dwa lata żył sobie spokojnie, zarabiając jako męska dziwka. I wtedy musiał poznać w kafejce internetowej Rebeccę. Ta szara myszka zupełnie zawróciła mu w głowie. A Rebecca? Zanim poznała Vincenta był zwyczajną licealistką. Dopiero z miłości dla niego wkroczyła w świat, który w innych warunkach na zawsze pozostałby dla niej obcy. Koniec znamy od samego początku. Film zaczyna się bowiem od wyłowienia ciała Vincenta. "Complices" opowiada o tym, jak się tam znalazł.

Jedyna pozytywna wiadomość, jaką ma w sobie film, to fakt, że policjanci czasem mają serce.

Ocena: 6

niedziela, 25 listopada 2012

Era Uma Vez Eu, Verônica (2012)

O rany! Co za pretensjonalny kretynizm. Przegada historia kryzysu świeżo upieczonej doktor psychiatrii. Niedorzeczna fabuła obraża nie tylko inteligencję widza, ale też wszystkie osoby zmagające się z problemami egzystencjalnymi. Końcówka tak bardzo trywializuje problem, że ręce opadają. Sorry, ale ten film wydał mi się po prostu obleśny intelektualnie.


To, że nie postawiłem 1 zawdzięcza wyłącznie niezłym zdjęciom. Ale wizualna forma może tylko osłabić ostrą ocenę, ale nie zastąpi całego filmu. Dodatkowo, polski tytuł jest kompletnie pozbawiony sensu. Więcej mówi o osobach, które na taki tytuł się zgodziły niż o samym filmie.

Ocena: 3


(2011) موت للبيع


Oto kino konserwatywne, ale nie fanatyczne. "Życie na sprzedaż" to przestroga przed podążaniem za głosem serca i uleganiem namiętnościom. Zamiast romantycznej wizji popularyzowanej przez kino europejskie i amerykańskie, ta marokańska produkcja pokazuje, jak zdradliwe i niszczycielskie są uczucia. Niosą ze sobą śmierć, rozczarowanie i egoizm. Choć nie jest to nigdzie w filmie powiedziane wprost, morał jest jednoznaczny: lepiej iść za głosem rozumu, a nie serca.


Sam film jest dość nierówny. Kilka pomysłów po prostu mnie zachwyciło. Scena spotkania Malika z Dounią i w ogóle temat muzyczny towarzyszący temu wątkowi, scena gorejącego drzewa i Soufiane okrwawiony i wiszący na gałęzi, czy scena w samochodzie z pieniędzmi i delikwentem w bagażniku. Obok nich jest jednak sporo rutyny i zwyczajnej nudy.

Ocena: 6

Infancia clandestina (2011)


Twórcy z Ameryki Południowej uwielbiają opowiadać historie o dorastaniu osadzone w czasach junt wojskowych i tym podobnych dyktatur. Obfitość obrazów sprawia, że z każdym kolejnym filmem co raz trudniej o oryginalność i ciekawe potraktowanie tematu. To zapewne sprawia, że "Jak mam na imię" nie poruszył mnie aż tak bardzo, jak pewnie zrobiłby to jeszcze parę lat temu.


Fabularnie historia jest dość słaba, choć ponoć inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Mając w pamięci inne dzieci żyjące w cieniu opresyjnych rządów, historia Juana/Ernesta nie robi większego wrażenia. Zwłaszcza, że mimo całego strachu żył z rodzicami w miarę normalnych warunkach.

Za to bardzo spodobała mi się strona wizualna. "Jak mam na imię" ma przecudne zdjęcia (sekwencja ćwiczeń ze wstążką – mimiarcydzieło). Fajne są też wszystkie sekwencje animowane. Dzięki temu całość nabiera charakteru i wyjątkowości. Za mało, bym naprawdę docenił ten film, ale wystarczająco, bym nie skreślił go zupełnie.

Ocena: 5

O som ao redor (2012)


Zemsta to jeden z najpopularniejszych tematów kina. Wydawać by się więc mogło, że wykorzystany został na wszystkie możliwe sposoby. Tymczasem "Sąsiedzkie dźwięki" pokazują, że jest inaczej.


Obraz rozpoczyna dramatyczna muzyka i pokaz archiwalnych zdjęć. Zaraz potem trafiamy na wielkomiejskie osiedle, które z tamtymi zdjęciami nie ma nic wspólnego (a przynajmniej tak się może wydawać). Łącznikiem jest cichnący rytm wybijany na bębnach. To, co oglądamy przez kolejne dwie godziny, to sceny z codziennego życia kilku osób. I znów, poza miejscem nic prawie ich nie łączy. I znów, można byłoby się zanudzić na śmierć, gdyby co jakiś czas sceny nie nabierały przerażającego charakteru, a to w postaci koszmaru nocnego, a to w postaci przemykających cieni, czy nagle zmieniającego się koloru wody.

Dopiero koniec przyniesie rozwiązanie, ale i tak tylko częściowe. Bohaterowie, którzy są wtajemniczeni w przeszłe wydarzenia, nie czują potrzeby ich przypominania. W ten sposób choć rozumiemy motywy, choć zrozumiemy piętno, jako co jakiś czas było nam odkrywane, to jednak całej historii, wszystkich faktów i okoliczności, nigdy nie poznamy. Przez to niedopowiedzenie film będzie bardziej intrygował i nurtował. Jest to przecież sprzeczne z naturalnym instynktem widza pragnącego domknięcia każdej fabuły.

I to jest chyba największa wartość filmu: wydobycie się z głębokich kolein standardowej narracji.

Ocena: 6

piątek, 23 listopada 2012

O Palhaço (2011)


Czasami może się nam wydawać, że powinniśmy być gdzieś indziej, robić coś innego, być kimś innym. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że właśnie zajmujemy nam przeznaczone miejsce. By zdobyć tę świadomość, musimy porzucić to co znamy, a kiedy wrócimy, będziemy szczęśliwi, ponieważ już będziemy wiedzieć, kim jesteśmy.


"Klown" to film chwilami bardzo zabawny i na pierwszy rzut oka niezwykle optymistyczny. Niestety jest to również najbardziej depresyjny film, jaki można sobie wyobrazić... dla tych wszystkich, którzy naprawdę marzą o zmianie. "Klown" przekonuje, że nie jest ona możliwa, że jedynym rozwiązaniem jest akceptacja.

Na szczęście jest to tylko jedne z punktów widzenia, z którym ja nie do końca się zgadzam. Ale film mi się podobał.

Ocena: 7

Lucky (2011)


Ten film próbuje przekonać, że nie ma takich ciemności, by nie znalazło się tam miejsce choćby dla jednego promyka nadzieje. I trzeba powiedzieć, że przekonuje dość skutecznie.


To historia osób, które różni wszystko: rasa, pochodzenie, wiek, język. A jednak odnajdują się i wzajemnie sobie pomogą. Może nie potrafią ze sobą się porozumieć słowami, ale to okazuje się nieistotne. Wszystkie różnice i podziały giną bowiem w świetle zwykłego ludzkiego doświadczenia, które jest nam wspólne.

Smutny, ciepły, zabawny i wzruszający film. "Lucky" to krzepiąca uczta dla tych wszystkich, którzy tracą wiarę w bliźniego.

Ocena: 7

Seven Psychopaths (2012)


Po dobrym "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj" oczywiście musiałem wybrać się na kolejny film Martina McDonagha. I nie zawiodłem się, choć muszę się przyznać, że po cichu liczyłem na więcej.


Film ma trochę mocnych dialogów, ale wydaje się, że jest ich mniej niż we wcześniejszym filmie. Kiedy jednak reżyser trafia, to jest to dziesiątka. Spodobali mi się bohaterowie, w szczególności Kieślowski, Zachariasz i bezimienny Wietnamczyk. Całość sprawia wrażenie bardziej lajtowego Lyncha z czasów, kiedy jeszcze miał n wyobraźnię pełną surrealistycznych pomysłów.

Niestety nie do końca podoba mi się pomysł z pisaniem scenariusza. Mam nieodparte wrażenie, że w ten sposób McDonagh zamknął się w więzieniu, narzucił sobie zbyt wąskie ramy i tonie w przyciężkiej formie. Wszystko jest tu jakoś ściśnięte, poprowadzone bez polotu. I o ile sceny historii poszczególnych psychopatów wypadają świetnie, o tyle łącząca je nić fabularna "tu i teraz" jest w strzępach. Manieryczność czasem jest potrzebna, ale przesadne przekonanie o własnej zajefajności nie robi dobrego wrażenia.

Ocena: 7

czwartek, 22 listopada 2012

Después de Lucía (2012)


Oto opowieść o naturze cierpienia, o byciu ofiarą i sprawcą i niejasnej granicy dzielącej jedno od drugiego. "Pragnienie miłości" unaocznia, jak wiele wniosków wyciągamy na podstawie bardzo niepełnych danych.


Na pierwszy rzut oka obraz Michela Franco wpisuje się w serię filmów o bullyingu, przemocy fizycznej i psychicznej wśród młodzieży. Ale jest tak tylko do momentu, w którym nie zaczniemy zadawać sobie pytań o to, dlaczego ta historia otoczona jest aluzjami dotyczącymi innej historii, innego cierpienia i dlaczego najistotniejsze pytania, które mogłyby zupełnie zmienić interpretację zdarzeń, pozostają do końca bez odpowiedzi.

Alejandra wraz z ojcem przybywa do nowego miasta. Dlaczego tak się dzieje, tego dowiemy się dopiero stopniowo. Ale od samego początku czuć, że za ich pozorną normalnością kryje się przeogromny ból. Dziewczyna zdaje się radzić sobie lepiej od ojca, ale prawda jest taka, że po prostu lepiej się maskuje. I wtedy zostaje nakręcony seks-wideo z jej udziałem, który zaraz potem dociera do wszystkich uczniów. Od tego momentu dziewczyna traktowana jest jak szmata. Alejandra poddaje się brutalności "kolegów" z klasy. Oni nie wiedzą, że choć czuje ból, choć chciałaby nie być przez nich poniżana, to jednak woli to od alternatywy. Nie zdają sobie sprawy z tego, że to ona (choć w filmie nigdy nie jest to wyjaśnione, mnie wydaje się to najbardziej oczywiste) wysłała filmik w świat. Potrzebowała tego. Jest jak osoba, która musi się ciąć. Może się tego wstydzić, może chcieć przestać, ale nie może się powstrzymać. Ból fizyczny zagłusza bowiem cierpienie duszy. I Alejandra musi pójść na dno, zanim będzie mogła uwolnić się od bagażu cierpienia (choć po drodze może też przecież zginąć, co w sumie na jedno by wyszło).

Ale Alejandra w swoim egocentrycznym zaślepieniu nie wzięła jednego pod uwagę. Jak jej manipulacja, nawet jeśli nie była do końca świadomie intencjonalna, wpłynie na otoczenie i jakie konsekwencje zrodzi. Franco pokazuje, że ból i cierpienie rodzą jeszcze więcej bólu i cierpienia.

Ocena: 6

wtorek, 20 listopada 2012

The Babymakers (2012)


Lubię poczucie Jaya Chandrasekhara, dlatego w ciemno sięgam po jego filmy. Niestety nie jest to twórca zbyt równy. Ale w tym przypadku wina chyba leżała po stronie niezwiązanych z grupą scenarzystów.


Tak, chwilami jest świetnie. Pomysł scen rodem z pornosów i sprawienie, by zagrali je Paul Schneider i Olivia Munn wart jest każdej sumy pieniędzy. Ale Broken Lizard ma na swoim koncie bardziej czupurne komedie. Wydaje się, że nie do końca wykorzystano dynamikę grupy. Munn w szczególności wydaje się dość skąpo obdarowana fajnymi scenami, co mnie smuci, bo lubię tę aktorkę.

Ocena: 5

Argo (2012)


No proszę, jednak Hollywood może zmienić świat. Na nieszczęście dla Fabryki Marzeń jest to wyłącznie możliwe wtedy, kiedy darują sobie realizację filmu. To jedna z lekcji, jaką wyniosłem po seansie "Operacji Argo". Drugą jest to, że bohatera od zdrajcy dzieli tylko koniec misji. Obaj łamią reguły, ale bohaterem jest tylko ten, który mimo odmowy wykonania rozkazu jest w stanie doprowadzić misję do pożądanego końca.


Muszę powiedzieć, że fajnie ogląda się nowy film Afflecka. Przyklaskuję jego samodyscyplinie. Ta historia jest tak niewiarygodna, że aż prosiła się o efekciarskie jej opowiedzenie. Tymczasem Affleck poszedł inną drogą i stworzył bardzo solidne widowisko. Tyle tylko, że mimo wszystkich ochów i achów, "Argo" pozostaje "zaledwie" dziełem rzemieślnika. Dobrze wykonanym, starannie przemyślanym, ale nie ma w sobie tego pierwiastka zapewniającego transcendencję. Co w przypadku filmu, który się spodobał, jest powodem do żalu.

Nie podoba mi się końcówka, te oklaski i łzy, ale to jest bardzo trudny moment w każdym filmie o podobnej konstrukcji i praktycznie zawsze twórca na nim się wykłada, więc nie mam o to do Afflecka pretensji. Za to bardzo fajne jest to, że nakreślając okoliczności całego wydarzenia nie ograniczają się do samej rewolucji, ale też pokazują, jaką rolę odegrały Stany Zjednoczone w obalaniu demokracji w Iranie i jak sami sobie wyhodowali żmiję, która do dziś im zagraża.

"Argo" jest dla Afflecka kolejnym ważnym krokiem w karierze reżyserskiej. Wszystko wskazuje na to, że po Eastwoodzie w Hollywood zadomowił się kolejny aktor-reżyser. Wielu innych próbowało, mało kto jednak może poszczycić się taką stabilnością co Affleck. Oby tak dalej.

Ocena: 7

poniedziałek, 19 listopada 2012

Sinister (2012)


UWAGA SPOILERY


Trochę trudno jest mi uwierzyć w to, że "Sinister" jest oryginalnym pomysłem. Oglądając go miałem nieodparte wrażenie, że jest to remake któregoś z japońskich horrorów z lat 90. Wszystko jest tu symulacją tamtejszego stylu, od tematu klątwy przenoszącej się z ludzi na ludzi za sprawą mediów, przez bohaterów z nieszczęsnymi dzieciakami, które stają się jednocześnie ofiarami i sprawcami, po samą narrację prostą, skłaniającą się ku defetyzmowi.

"Sinister" to solidna produkcja. Derrickson fajnie wykorzystuje modę na filmy found footage, choć nie ogranicza się wyłącznie do tej stylistyki. Całość ma swoje momenty, ale choć uważam go za horror lepszy niż "Egzorcyzmy Emily Rose", to jednak wciąż Derrickson ma spore pole do poprawy.

Ocena: 6

niedziela, 18 listopada 2012

Keller - Teenage Wasteland (2005)


Ten film przeleżał u mnie dość długo. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, okazało się, że powinienem go był obejrzeć znacznie wcześniej. Jest to bowiem przewrotne kino z tego rodzaju, który lubię najbardziej.


"Keller" fascynuje przede wszystkim jako przypowieść o walce o duszę pewnego chłopaka. Niczym anioł i diabeł o Paula walczą Sebastian, kolega z klasy i Sonja, sprzedawczyni, którą chłopcy porwali. Ale choć spętana i poturbowana, Sonja wcale nie jest bezbronna. Wyczuwa w Paulu delikatność, która zresztą przyciąga też i Sebastiana. "Keller" jest najlepszy w tych scenach, w których rozgrywa się niewypowiedziana wprost rywalizacja o uwagę Paula. Nagrodą jest on sam, odda się temu, kogo wybierze. Jest to więc również bardzo rozbudowana metaforycznie opowieść o młodzieńczej seksualności, która niedookreślona dopiero wymaga zdefiniowania w procesie bezpośrednich interakcji, czasem brutalnych, zawsze kończących się czyjąś krzywdą.

"Keller" to również opowieść o wygłodniałych emocjonalnie nastolatkach, którzy braki rodzicielskiej troski i opieki próbują zrekompensować gdzie indziej. Rodziców Sebastiana w ogóle nie zobaczymy. Tak jak nieobecni są na ekranie, tak nieobecni są również w jego życiu. Z samotności uczynił fortecę, za którą się skrył i dopiero Paul zdołał przełamać jej mur. Ale Sebastian nie wie, jak okazać swoje przywiązanie, więc robi niezdarnie to, co podpatrzył od ojca: jest zaborczy, brutalny, zagarnia to, co chciałby, aby mu ofiarowano. Paul nie ma ojca, a matka sama wymaga opieki. Szuka więc rodzica, który by go zdominował, ale który także obdarzyłby go ciepłem. Obaj są jak wyschnięte rośliny w czasie suszy, stają się ostre, nieprzyjemne, choć wszystko, czego pragną to przeciwieństwo tego, jakie robią wrażenie.

"Kellera" nie można brać jako rejestracji zdarzeń, które mogłyby się wydarzyć naprawdę. Jeśli ktoś chce w sposób tak przyziemny odbierać tę historię, tego czeka jedynie frustracja. Wątpię, by ktokolwiek postawiony w podobnej sytuacji zachowałby się tak, jak bohaterowie. Ale kiedy spojrzymy na całość jak na ilustrację pewnej koncepcji, wtedy "Keller" nabiera życia i intryguje.

Ocena: 7

Alex Cross (2012)


Nie wierzę, że za scenariuszem filmu stoją prawdziwi ludzie. Od początku do końca "Alex Cross" wygląda jak rzecz wypluta przez automat i to zaopatrzony w dość prosty algorytm fabularny. W rezultacie całość jest jak bryła węgla, którą ktoś próbuje wcisnąć widzom jako diament. To, że oba posiadają tę samą strukturę, nie znaczy, że są tożsame.


Mechaniczność narracji widać już od pierwszych minut. Najpierw mamy trzy sceny przedstawiające głównego bohatera. Pierwsza pokazuje, że choć ma tytuł doktora, to bierze czynny udział w akcjach. Druga pokazuje jego troskę o bliźnich. Trzecia zaś jest świadectwem jego genialnego zmysłu obserwacji i wyciągania wniosków. Potem są dwie sceny przedstawiające złoczyńcę, a później jest równie przewidywalnie. Najbardziej zaskakują więc absurdy w grze aktorskiej. Wychudzony Matthew Fox wygląda jak bohater dramatu o mężczyźnie umierającym na raka, a nie jak morderca-psychopata. O mało nie popłakałem się ze śmiechu, kiedy Tyler Perry wygłasza mowę-portret psychologiczny sprawcy. Swój tekst deklamuje, jakby to był co najmniej monolog Otella. Rozbrajająco kretyńska jest finałowa konfrontacja, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób Fox został zaprezentowany w pierwszej swojej scenie.

Z całego filmu spodobała mi się tylko jedna scena: na końcu w samochodzie. Z pozoru najbardziej sztuczna i wymuszona, w porównaniu z całą resztą wypada wyjątkowo prawdziwie.

Ocena: 2

Laurence Anyways (2012)


Xavier Dolan musi się jeszcze sporo o życiu nauczyć. Kiedy kręcił młodzieńcze filmy, jego histeryczny manieryzm komponował się z tematem perfekcyjnie. Kiedy jednak próbuje sobie wyobrazić życie oddalone od niego o całe dekady (i to w przód i w tył), niestety wypada zdecydowanie mniej wyraziście.


"Na zawsze Laurence" to spory krok w tył. Gdyby to był jego debiut, uznałbym go za obraz ciekawy, z potencjałem. Ale tak nie jest, więc zaczynam wątpić. Czy być może Dolan nie jest więźniem własnego zmysłu estetycznego? Jeśli tak, jego monotematyczność szybko zmęczy (przynajmniej mnie). Owszem, wciąż jak mało kto łączy muzykę z obrazem. Film ma swoje zapierające dech momenty. Ale sama historia sprawia wrażenie niechlujnej kopii Almodovara z przełomu lat 80. i 90. To wystarcza, by film uznać za dobry, ale za mało, bym mimo wszystko nie wyszedł z kina rozczarowany.

Ocena: 6

Ps. Z Melvila Poupauda jest całkiem niezła babka, ale i tak wolę go w męskim wydaniu.

The Master (2012)


Chyba od czasu "Matriksa" nie widziałem w kinie filmu, który by w tak ostentacyjny sposób celebrował to, że jest antologią cudzych idei ubranych w szaty oryginalnego dzieła. Wszystko, dokładnie wszystko, co zostało tu pokazane, w kulturze funkcjonuje od czasów starożytnej Mezopotamii.


Zasługą Andersona jest jedynie to, że dokonał selekcji tematów i zgrabnie je poskładał tak, że wyszedł z tego rasowy melodramat. I owszem jest to historia miłości tyle tylko, że nie dwóch mężczyzn a twórcy i jego stworzenia. Freddie jest osobistym eksperymentem tytułowego Mistrza. Z jakichś powodów to on a nie dziesiątki innych osób przykuły jego uwagę. Innymi manipuluje odruchowo, nim kieruje intencjonalnie, Freddie to jego opus magnum. Ale, jak to z takimi dziełami bywa, relacja szybko przestaje być jednostronna. Freddie równie nieświadomie przetwarza Mistrza, staje się jego obsesją. Koniec może nie jest tak histeryczny jak w "Czarnym łabędziu", ale końcowa piosenka jest gwoździem do trumny banału, jakim jest ten film.

Po raz kolejny przekonuję się do tego, że Anderson jest artystycznym socjopatą: nie posiada w sobie umiejętności przeżywania emocji. Zna je intelektualnie i potrafi perfekcyjnie je odwzorować, ale nie ma w tym życia. Kiedy na początku filmu w tle słychać Ellę Fitzgerald śpiewającą "Get Thee Behind Me Satan", od razu zacząłem się zastanawiać, czy Anderson czuje ten tekst. "Mistrz" dał mi na to odpowiedź. Niestety mnie jego monumentalizm nie powalił już przy "Aż poleje się krew", tym bardziej nie zrobił wrażenia i teraz.

Za to aktorsko jest świetny. Bardzo fizycznie wyrazista kreacja Joaquina Phoenixa i ekspresyjna Philipa Seymoura Hoffmana oczywiście od razu rzucają się w oczy. Mnie spodobała się Amy Adams, niby pozostająca w cieniu i jako aktorka i jako bohaterka, ale jej sztywna Peggy jest fascynująca postacią, znacznie mniej jednoznaczną niż obaj protagoniści.

Ocena: 6

piątek, 16 listopada 2012

Wild Bill (2011)


W zasadzie nie bardzo wiem, dlaczego "Wild Bill" aż tak mi się podoba. Bo przecież historyjka jest dość prosta i zupełnie nieoryginalna. Ale jest w tym wszystkim jakiś urok, nieuchwytna magia kina, która sprawia, że po prostu dałem się złapać w sidła narracji i wcale nie żałuję.


Na pewno pomogła w tym forma. Dexter Fletcher zrezygnował z typowo komediowych chwytów. Brak punch line'ów jest mocno wyczuwalny, ale działa na korzyść. Film jest surowy, pozbawiony świecidełek, którymi inni twórcy mamią widzów. A jednak jest tu ciepło, dramat, nadzieja i oczekiwanie klęski. Bo "Wild Bill" opowiada o życiu, nie jest bajką z happy endem. Fletcher świetnie wyczuwa napięcia między bohaterami i wygrywa je bezbłędnie przez co schematyczna opowieść o ojcu, który wraca do domu po ośmiu latach spędzonych w więzieniu naprawdę chwyta za serce.

Duża w tym też zasługa obsady. Creed-Miles świetnie gra bezradnego faceta, który staje w obliczu nieplanowanej konieczności zajęcia się obcymi dzieciakami, które tak się składa są jego synami. Świetnie dogadywał się z Willem Poulterem, co zaowocowało kilkoma genialnymi scenami.

Klimat uzupełnia ciekawie dobrana ścieżka muzyczna.

Ocena: 8

Ps. To zabawne, że sam film roi się od przekleństw i wszystko jest ok. Natomiast w scenach usuniętych każdy "fuck" jest ocenzurowany.

czwartek, 15 listopada 2012

Anna Karenina (2012)


Joe Wright w końcu znalazł sposób na kino kostiumowe. Po bezbarwnej "Dumie i uprzedzeniu" i porządnej, ale nic ponadto "Pokucie", teraz stworzył spektakl z prawdziwego zdarzenia. I nawet jeśli jest trochę zbyt długi, to za samą formę należą mu się wielkie brawa.


"Anna Karenina" Wrighta jest niczym suknie głównej bohaterki: drapowane warstwa na warstwie tworząc skomplikowaną konstrukcję, której nie da się w dwóch słowach opisać.

Najwyższa warstwa tworzy parabolę na temat niemożności przyjęcia miłości Boga i jego przebaczenia. Karenin można właśnie być utożsamiony z Bogiem: jest oddalony, choć ciągle obecny, zdystansowany, choć jego miłość jest absolutna. Ta doskonałość odrzuca, ponieważ jawi się jako zaprzeczenie wszystkiego, co ludzkie. I dlatego grzech jest tak kuszący, upajający intensywnością przeżyć. Jednak bez Boga nic one nie znaczą. Prędzej czy później "miłość" staje się trucizną, która niszczy samą siebie. I wtedy pojawia się przebaczenie Boga, równie totalne jak jego miłość. Zamiast jednak wszystko naprawić, tylko jeszcze pogarsza sprawę, bowiem w obliczu miłosierdzia nasza grzeszna natura jest jeszcze bardziej podkreślona, a przez to musimy przed przebaczeniem uciec, nawet jeśli jedyną drogą jest zatracenie.

Na niższym poziomie jest to opowieść o tym, że miłość wymaga spektaklu. W tej wersji to Karenin a nie jego żona, jest postacią tragiczną. Kocha on swoją żonę miłością bezgraniczną, gotową na wszelkie poświęcenia, ale jest człowiekiem zachowującym się z rezerwą. I to jest jego klęską. Wroński to paw, który obnosi się ze swoją pewnością siebie, uparcie pędzie po zdobycz, celebruje proces uwodzenia, składa histeryczne deklaracja. Showman pełną gębą. Podobnie jest z Lewinem. Nie jest może gwiazdą salonów, ale wie, kiedy trzeba się popisać (jak w scenie obiadu, kiedy wygłasza płomienną przemową na cześć czystej miłości).

Jednak dla mnie "Anna Karenina" jest przede wszystkim polemiką z "Rekonstrukcją". Wright stosuje podobną formułę co Boe, ale dochodzi do odmiennych wniosków. U Duńczyka inscenizacja miała udowodnić, że nieważne jak bardzo sztuczne i arbitralne środowisko stworzy twórca, to emocje i tak pozostaną prawdziwe. U Brytyjczyka jest odwrotnie. Jego "Anna Karenina" dowodzi, że kostiumowy dramat, gdzie miłosna egzaltacja uderza w wysokie C, jest gatunkiem martwym, że emocje, o których opowiada są fałszywe i jedyną formą, w jakiej można je obronić jest sztuczność inscenizacji. W takich warunkach powstaje naturalna strefa buforowa, która sprawia, że przestajemy traktować emocje bohaterów na serio, a uwagę skupiamy na samy widowisku. Trochę to smutna konstatacja. Wright twierdzi bowiem, że jesteśmy tak cyniczni, że gdyby zrobił film na serio, bez teatralnej otoczki, to widzowie wyśmialiby bohaterów. I pewnie ma rację, ale ja tęsknię za kinem z rozmachem i bez trzymanki wskakującym w ocean uczuć absolutnych, egzaltowanych i histerycznych. I może dlatego większą sympatią darzę wersję z Sophie Marceau.

Ocena: 7

Ps. Domhnall Gleeson świetnie tu wypadł. Widać, że kino kostiumowe mu służy.

wtorek, 13 listopada 2012

Astérix et Obélix: Au service de Sa Majesté (2012)


Świetna parodia brytyjskiego języka może wiele zdziałać, ale całego filmu nie da się na tym zbudować. O czym przekonuje najnowsza odsłona przygód Asteriksa i Obeliksa. Teksty "Brytoli" są największą zaletą filmu, ale i tak nie zmienia to faktu, że całość jest straszliwie monotematyczna i po prostu nudna.


No dobra. Kilka scen się twórcom udało. Mnie szczególnie spodobała się parodia "Mechanicznej pomarańczy". Ale z drugiej strony nie bardzo rozumiem, dlaczego nagle 3/4 dowcipów ma homoseksualny podtekst. Twórcy do upadłego próbują śmiać się z relacji Asteriksa i Obeliksa (za pierwszym razem jest to nawet zabawne, ale po piątym powtórzeniu robi się irytujące). Mamy też Normanów całujących Gala, żeby zarazić się tchórzostwem. A symbolem dobrze wychowanego dżentelmena jest bukiet polnych kwiatów wręczany kumplowi.

Film jest do bólu poprawnie zrealizowany. Nie ma w nim ani odrobiny świeżości, a już komiksowego humoru i zawadiackości jest tu jak na lekarstwo. I fakt, że mogło być gorzej, nie jest dla mnie żadnym pocieszeniem.

Ocena: 5

Il cuore grande delle ragazze (2011)


Kino włoskie w najgorszym wydaniu. Dziwaczna mieszanka komedii, romansu i prowincjonalnej opowiastki. Zamiast jednak bawić, irytuje, zamiast wzruszać męczy.


Ten film to jakiś absurd. Facet chucha, a kobiety padają mu do nóg. Fabuła jest gorsza od naszych rodzimych swojsko przaśnych komedii obyczajowych. Dwie, może trzy zabawne sceny to zdecydowanie za mało, by starczyło na fabułę. Może przez to film, który jest bardzo krótki, tak mi się dłużył.

Ocena: 4

Biec w stronę Ty (2012)


Chyba jestem już za stary na niektóre filmy. Rozegzaltowane dziewojki, które stroją banał w królewskie szaty wyszywane przedziwnymi metaforami nie robią na mnie wrażenia. Dlatego też opowieść o niezrozumiałej, wrażliwej dziewczynce, która wyrosła na naiwną (by nie powiedzieć bezmyślną) kobietę zdumioną faktem, że ignorując faceta doprowadziła do tego, że ten znalazł sobie wdzięczniejszy obiekt dla swych uczuć była mi zupełnie obojętna. A scena w wodzie wywołała uśmiech pobłażania. Ale niczego innego nie oczekiwałem od filmu o TAKIM tytule.


Nie skreślam filmu zupełnie tylko dlatego, że podobała mi się schizofrenia głównej bohaterki. Jak również kilka scen, które fajne są jednak wyłącznie w oderwaniu od fabuły obrazu.

Ocena: 3

poniedziałek, 12 listopada 2012

Shadow Dancer (2012)


James Marsh po raz kolejny upewnia mnie w przekonaniu, że jest jednym z ciekawszych brytyjskich reżyserów. Choć tym razem znaczna część zasługi należy się autorowi literackiego pierwowzoru. Bogactwo tematów naprawdę imponuje.


Przede wszystkim "Shadow Dancer" jest opowieścią o bardzo cienkiej granicy między obietnicą a zdradą. W chwili smutku, w obliczu tragedii, racjonalna propozycja może odmienić ludzkie życie. Obietnice złożone w dobrej wierze, mogą jednak okazać się picem na wodę, a codzienna szczerość maską, za którą kryje się drugie życie. Brutalna rzeczywistość wojny domowej, dramat rodzinny i pytania o to, komu winni jesteśmy lojalność. To tylko niektóre z tropów, którymi możemy podążać podczas seansu.

Fajna muzyka, piękne zdjęcia i znakomita gra Andrei Riseborough dopełniają dzieła. Film oceniłbym jeszcze wyżej, gdyby nie jedno potknięcie. Niby niewielkie, ale dla mnie mające kluczowe znaczenie. Wybór motywacji bohatera granego przez Owena zupełnie do mnie nie trafia. Każdy inny powód jego decyzji "kupiłbym", ale ten nie. Co też strzeliło twórcom, że włączyć możliwość tak ckliwego wątku?

Ocena: 7

Csak a szél (2012)


Co się dzieje z Fliegaufem? Z każdym kolejnym filmem wydaje mi się coraz bardziej pretensjonalnym artystycznym pozerem. "To tylko wiatr" ostatecznie przelało czarę goryczy. Coś mi się zdaje, że na tym zakończę mój flirt z jego twórczością.


"To tylko wiatr" to półtorej godziny niczego. Oglądamy jeden dzień z życia romskiej rodziny. Matka pracuje jako sprzątaczka. Córka idzie do szkoły. Syn włóczy się po lesie. A wszystko to w czasach, kiedy ktoś poluje na Cyganów. I od pierwszej minuty wiadomo, jak ta historia się skończy. Po co więc ten surowy nie-do-końca-minimalizm? Czy to ma być traktat etnograficzny o realiach życia Cyganów? Ale jeśli tak, to dlaczego tłem dla nich są dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce naprawdę? W swej obecnej formie Fliegauf sprawia wrażenie, jakby po prostu podpinał się pod kontrowersyjny temat. Nie chcę wierzyć, by o to jednak chodziło.

Ocena: 3

niedziela, 11 listopada 2012

Courageous (2011)


Ewangelicka propaganda. Już samo to wystarczyło, by zachęcić mnie do obejrzenia tego filmu. Zrealizowany poza systemem wielkich wytwórni, w zgodzie z "chrześcijańskimi wartościami". To mógł być koszmar stulecia. Ku mojemu zdumieniu wcale nie był. Oczywiście, większość dialogów brzmi jak kazania, a nie szczere wypowiedzi. Ale osobiście spodziewałem się czegoś znacznie gorszego, więc jestem mile zaskoczony.


Natomiast bardzo, ale to bardzo spodobało mi się przesłanie. Wszyscy chrześcijanie powinni film obejrzeć i wziąć sobie do serca zapisy przyrzeczenia. W tym filmie nie ma mowy o nienawiści, jaką niestety często kojarzy się z postępowaniem chrześcijan wobec tych, którzy postępują inaczej. "Odważni" zamiast piętnować i potępiać, skupiają się na budowaniu i pozytywnym wzmocnieniu. Gdyby tak wyglądało chrześcijaństwo w życiu codziennym, wszystkim żyłoby się lepiej.

Ocena: 5

The Deep Blue Sea (2011)


"Głębokie błękitne morze" okazało się dla mnie sporym szokiem. I to nie z rodzaju tych pozytywnych. Terence Davies nigdy nie należał do moich ulubionych reżyserów, ale mimo wszystko spodziewałem się od niego czegoś o wiele bardziej solidnego. Tymczasem w swoim najnowszym obrazie oscyluje gdzieś pomiędzy stylistyką wczesnego kina dźwiękowego i teatru telewizji. Co gorsza, w tym wszystkim gubią się aktorskie gwiazdy. Równie dobrze w obsadzie mogli się znaleźć naturszczycy, tyle dobrego wychodzi z ich gry.


"Głębokie błękitne morze" to portret miłości histerycznej. To obraz kobiety, która odkrywa miłość totalną i zostaje nią odurzona niczym osoba, która pierwszy raz zakosztowała opium. I jak ona, tak i bohaterka upojona wzbudzonymi przez miłość uczuciami, nie potrafi się powstrzymać, musi wracać po więcej, choć jednocześnie niszczy i siebie i obiekt swej adoracji.

Na drugim planie króluje zaś miłość cicha, cierpliwa, pozbawiona fajerwerków widowiskowej afektacji. Tyle tylko, że nie bardzo wiadomo, po co Davies ją włącza. Czy ma to być swego rodzaju kontrast, czy tylko pokazanie różnych dróg, jakimi miłość ma podążać. W ostatecznym rozrachunku nawet namiętna miłość bohaterki wypada sztucznie, jest tylko słabą inscenizacją, która nie potrafi wciągnąć. A w odbiorze zdecydowanie przeszkadza natrętnie ilustracyjna muzyka, która chce być czymś więcej, choć tak naprawdę nie jest.

Ocena: 5

Fyra år till (2010)


Zakazany romans polityczny to wdzięczny temat dla komedii. Ale chyba nie dla Szwedów. Gdzieś zapodział się pazur ostrej satyry i czarnego humoru, w rezultacie czego "Jeszcze cztery lata" jest zaskakująco prowincjonalny filmikiem. Owszem, bohaterowie są sympatyczni, wszystko składnie zostało sklecone i ogląda się to nawet bardzo przyjemnie. Ale od Skandynawów oczekuję czegoś więcej, nawet w przypadku tak wyświechtanego gatunku jak komedia romantyczna.


Niemniej jednak fajnie byłoby, gdyby film doczekał się polskiego remake'u. Oczywiście wtedy lepiej byłoby zmienić tytuł na "Popis", ale resztę można byłoby zostawić prawie niezmienioną. Za sam fakt osadzenia fabuły w polskim politycznym bajorku, jego komediowy walor podskoczyłby dwukrotnie.

Ocena: 6

Mixed Kebab (2012)


"Mixed Kebab" to typowy przykład tragedii wynikającej z obfitości pomysłów. Jest tu wszystko od rasowego mezaliansu przez oczarowanie islamskim ekstremizmem, pragmatycznym podejściem do emigracji do Europy, po radzenie sobie z przemocą i kodami moralnymi. Ale Guy Lee Thys zagubił się w tym bogactwie i w rezultacie nie jest to ani słodki romans, ani wnikliwe kino obyczajowo-społeczne. Ot, typowy celuloidowy kundel.


Główny wątek jest niestety słaby. Słabość tę jeszcze bardziej wyeksponował reżyser, kiedy zrezygnował z typowych chwytów romansowych na rzecz bardziej artystycznej wizji (stąd na przykład w scenie "masażu" nie ma muzyki, choć sekwencja aż prosi się o ckliwą melodyjkę). Wątek brata głównego bohatera niewiele ma wspólnego z głównym, a jednak jest rozbudowany ponad miarę. Ja rozumiem, że chodziło o to, by pokazać różne drogi, jakimi może podążać młode pokolenie Belgów, którzy jednocześnie są Turkami. Ale ponieważ akcenty są inaczej rozłożone, ten plan spalił na panewce.

Pozostają więc drobnostki. Jak choćby komentarz, że czasem ostrzejszy kod moralny wobec kobiet jest na emigracji niż w Turcji. Albo reakcja matki jednego z bohaterów, która na początku wydaje się bardzo otwarta na mniejszości seksualne, by jednak zmienić zdanie, kiedy zacznie na tym cierpieć jej portfel. Lub też morał, że czasem przemoc jest pomocna, bo zapobiega jeszcze gorszej tragedii.
I w końcu okładka DVD, która wydała mi się najbardziej uroczym elementem całego filmu.

Ocena: 5

sobota, 10 listopada 2012

Looper (2012)


Rian Johnson najwyraźniej się rozkręca, i dobrze. Po znośnych "Braciach Bloom", teraz nakręcił całkiem interesującą wariację na temat "Terminatora". Niestety, choć pod wieloma względami jest to film zdecydowanie lepszy od obrazu Camerona, to w dwóch miejscach pozostaje daleko w tyle. A są to właśnie te punkty, które decydują o wszystkim. Dlatego też "Terminator" pozostanie w mej pamięci, a "Looper" nie.


Film Johnsona ma o wiele ciekawszą fabułą, bardziej skomplikowaną intrygę, lepiej zbudowanych bohaterów i w ogóle fajniej jest opowiedziany. Niestety przez to jego czysto rozrywkowy charakter jest mocno rozrzedzony. Nie ma tu ani scen ani tekstów, które mogłyby się stać kultowymi. Nie ma też w nim lekkości, którą niezdarnie próbuje reżyser wprowadzić przez postać Kida. Drugi punkt jest jednak istotniejszy. W porównaniu z "Looperem" "Terminator" wciąż wydaje się rewolucyjnym obrazem, a to za sprawą oddania całej akcji w ręce kobiety. W "Looperze" niestety żeński pierwiastek został sprowadzony do dwóch wymiarów dziwki i matki. Łowczyni została wyeliminowana. I to bardzo skutecznie. Emily Blunt niby ma broń i potrafi z niej strzelać, ale zabić... niestety nie.

"Looper" ma też zbyt naiwne jak dla mnie przesłanie. Wiara w to, że troskliwa matka może z Hitlera zrobić Gandhiego wydaje mi się mocno przesadzona. Na dodatek Johnson idzie tutaj na łatwiznę. Bo rzecz jasna łatwiej jest uwierzyć w dobro tkwiące w dzieciaku, jeśli skutki jego działań 30 lat później słyszymy z trzeciej ręki, a nie jesteśmy ich świadkami bezpośrednio.

Ocena: 7

Perfect Days - I ženy mají své dny (2011)


Jeden z najbardziej hiszpańskich filmów, jakie powstały w Czechach. "Idealne dni" mają w sobie mieszankę melodramatyzmu i ckliwości, jaką kojarzę głównie z produkcji z Półwyspu Iberyjskiego. Alice Nellis jest konsekwentna w tym, co robi. Pewnie już nigdy wielkiego filmu nie nakręci, ale jej rzeczy ogląda się z przyjemnością.


I to nawet pomimo faktu, że bardziej obcego mi tematu, jak pragnienie posiadania potomka, nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Wyznaczana przez urodziny i święta historia jest podróżą pewnej 40-latki od zadowolonej z życia spełnionej zawodowo kobiety, przez pogrążoną w depresji z powodu własnej bezdzietności, po kobietę o zmienionych priorytetach. Nellis wrzuciła do fabuły wszystko: dzieciatą kumpelę, męża, który znalazł sobie nowe życie, geja oferującego własną spermę i świeże ciacho, co to dopiero wyruszyło w świat i już się w bohaterce zakochało. Ten miszmasz udało się reżyserce wziąć w karby i dzięki temu powstał słodki, ale nie przesłodzony, naiwny, ale nie głupi film.


Ocena: 6

Arme Riddere (2011)


Tym razem czarny skandynawski humor przybrał barwę świeżo przelanej krwi. I jeśli jak ja jesteście fanami makabrycznego komizmu, będziecie zachwyceni. Sądząc po reakcjach innych widzów, większość na mój śmiech reagowała, jakby siedział obok nich wariat. Bo czy może być coś zabawnego w próbie poćwiartowania zwłok? Otóż może.


Pomysłodawcą fabuły jest pisarz Jo Nesbø. I jeśli jego książki są równie przewrotne, co ten film, to muszę się chyba przemóc i zacząć go czytać. Historia jest bowiem całkiem sprytnie pomyślana, choć opiera się na prostym punkcie wyjściowym. Czwórka facetów wygrywa w zakładzie piłkarskim grubo ponad 1,5 miliona. Kilkanaście godzin później większość z nich nie żyje, a w położonym niedaleko klubie ze striptizem dochodzi do prawdziwej jatki. Od tej sceny zresztą "Jackpot" się zaczyna. Jeden świadek i jeden dziwny policjant rozpoczynają grę w kotka i myszkę, której celem jest rozwikłanie zagadki, jak 12 spotkań piłkarskich mogło doprowadzić do rzezi.

Sam film jest dość nierówny. Ale kiedy uderza w makabryczne tony, robi się naprawdę absurdalnie zabawny. A ponieważ ja lubię takie kino, bawiłem się na filmie doskonale.

Ocena: 7

czwartek, 8 listopada 2012

Into the Abyss (2011)


Muszę powiedzieć, że Wernerg Herzog coraz bardziej mnie irytuje. Jego maniera dokumentalisty, która sprawdziła się przecież w "Spotkaniach na krańcach świata" teraz wywołuje u mnie ostrą reakcję alergiczną. Jego usilne starania, by dokument dotykał samej istoty ludzkiej egzystencji, tajemnego misterium są coraz bardziej wymęczone. "Otchłań" jest dla mnie obrazem sztucznym, artefaktem intelektu, a nie autentycznym doświadczeniem. A szkoda, bo Herzog dotyka przecież poważnego i bardzo skomplikowanego problemu winy i kary.


Bohaterami "Otchłani" są młodociani mordercy, którzy w 2001 roku dla samochodu zamordowali trzy osoby. Herzog rozmawia również z rodzinami ofiar, próbuje poznać ich traumę. Większość bohaterów to ludzie prości, bez wykształcenia (jeden z nich nauczył się czytać dopiero w więzieniu). Jednak Herzog tak bardzo zaślepiony jest swoimi poszukiwaniami sensu, że co chwilę zadaje im pytania, na które nawet akademicy nie potrafiliby łatwo odpowiedzieć. Zamiast budować obraz z ich własnych wypowiedzi, Herzog próbuje wymusić na nich to, co mu się samemu zwidziało, kiedy przygotowywał się do kręcenia dokumentu. Jest to moim zdaniem mocno nie fair zarówno w stosunku do bohaterów filmu jak i widzów.

W rezultacie najciekawsze w "Otchłani" okazuje się to, o co Herzog nie pyta. O tą szczęśliwą niby rodzinę zamordowanej kobiety, w której to mieliśmy ciążę 16-latki ukrywaną ponieważ jej syn został zaadaptowany przez jej rodziców i wychowywany jako brat, o wuja heroinistę i syna, który kumplował się z recydywistami. Dlaczego jeden ze sprawców dostał karę śmierci, a drugi tylko dożywocie i to z możliwością warunkowego skrócenia kary? (cynicznie mógłby powiedzieć, że lepiej być przystojnym mordercą niż wyglądać jak rozwydrzony dzieciak) Jest wiele fascynujących wątków w tej sprawie, w szczególności cała otoczka rodzinno-środowiskowa. Ale gdyby na tym skupił się Herzog, wtedy nie byłaby to "opowieść o śmierci, opowieść o życiu", jak brzmi absurdalnie patetyczny podtytuł filmu.

Ocena: 5

wtorek, 6 listopada 2012

Cloud Atlas (2012)

Na wstępie muszę powiedzieć, że nie czytałem książki, więc wszystko, co będę tu pisał odnosi się wyłącznie do filmu. Obraz Wachowskich i Tykwera jest jednak na tyle interesujący, że z całą pewnością po powieść sięgnę.


Oglądając "Atlas chmur" nasunęły mi się dwie drogi interpretacyjne. Pierwsza wydała mi się bardziej oczywista, a przez to mniej dla mnie ciekawa. Dlatego też ja wolę podążać drugą ścieżką.

Zgodnie z pierwszą "Atlas chmur" jest niczym innym, jak obrazem koła reinkarnacji i karmy. Ma ono tutaj charakter niczym z "Dnia Świstaka". Bohaterowie skazani są na ciągłe odtwarzanie tego samego dramatu. Choć ten sam, za każdym razem jest inny, bo konfiguracje ról ulegają zmianie, jak również rozkład akcentów. A to wszystko, choć prowadzi do niemal identycznych rezultatów, to za każdym razem jest lekko modyfikowane. Końcowym efektem jest zmiana świata, dodanie owej przysłowiowej kropli do oceanu.

Takie spojrzenie kojarzy mi się z "Fundacją" Asimova, a dokładnie z koncepcją kryzysów Seldona stanowiących podstawę psychohistorii. Bowiem bohaterowie, których widzimy na ekranie, są albo zdają się znajdować w kluczowych momentach historii ludzkiej cywilizacji (choć owa "kluczowość" jest nieco inaczej rozumiana).

Problem z takim spojrzeniem na świat jest taki, że człowiek jawi się tutaj jako więzień okoliczności, nad którymi kompletnie nie ma kontroli, bo są one kształtowane przez przeszłość i przyszłość – rzeczy niedostępne człowiekowi "tu i teraz". Bardziej optymistycznie można powiedzieć, że ludzie są aktorami w sztukach życia. Za każdym przedstawieniem mają okazję zagrać albo tę samą postać, ale inaczej albo też kogoś innego, ale podobnie.

Druga interpretacja jest w zasadzie rozwinięciem pierwszej. Na "Atlas chmur" można bowiem spojrzeć jak na opowieść o wiecznym procesie stwarzania. Bohaterowie są tutaj nieświadomymi awatarami podstawowych pierwiastków takich jak miłość, śmierć, zdrada, odkupienie, twórczość. Z ich ciągłego ścierania się i stykania powstaje ruch świata jego rozwój i zmiana. To kosmiczny, nieustający ani na chwilę proces zapewniający trwanie.

Sam film zaś jest kalekim olbrzymem. Zrealizowany został z wielkim rozmachem i jestem pod wielkim wrażeniem realizatorskiego kunsztu. Ale czegoś w nim zabrakło. Tego emocjonalnego patosu, który chwytałbym mnie za gardło i sprawił, że wzruszyłbym się aż do łez. Jest kilka scena, gdzie ewidentnie powinny pójść w ruch chusteczki. Niestety łzy nie popłynęły. Opowieść o co najmniej dwóch miłościach przekraczających ograniczenia czasu nie porywa, nie jest przeżyciem totalnym. W tym przypadku trzeba to uznać za wadę.

Ocena: 7

niedziela, 4 listopada 2012

Love (2011)


Filmy takie jak "Miłość" sprawiają, że jeszcze bardziej doceniam ekstremalny minimalizm twórców pokroju Lisandro Alonso. Przynajmniej mają oni odwagę podążać z bezwzględnym uporem za swoją wizją. Williamowi Eubankowi tej odwagi zabrakło.


"Miłość" w zamyśle jest niezwykle ambitnym zapisem rozważań nad ludzką kondycją. Niestety ambicje okazały się zbyt duże i reżyser nie udźwignął ich ciężaru. Zamiast wizji przekraczającej ograniczenia ludzkiego umysłu i wizualizacji podstawowych potrzeb człowieka, jak kontakt, jak relacja pomiędzy osobowością a środowiskiem, jak wpływ sytuacji ekstremalnych na możliwość doświadczenia przeżyć granicznych, otrzymujemy banalną pogadankę. Eubankowi ktoś powinien powiedzieć, że milczenie jest złotem. Gdyby wyciąć połowę dialogów (zwłaszcza w drugiej części) i gdyby całość oparto na obrazie i muzyce (która jest chyba najlepszym elementem filmu), wtedy "Miłość" mogłaby mieć silniejszy wydźwięk. A już teksty z napisów końcowych Eubank naprawdę powinien sobie darować. Bardziej spłycić filmu już nie mógł.

Ocena: 6

La fille du puisatier (2011)


Dziwny jest ten debiut reżyserski Daniela Auteuila. Przywodzi mi na myśl adaptacje Szekspira osadzone we współczesnych realiach, ale posługujące się oryginalnym tekstem. Ta cała wzniosłość wypowiadanych tekstów, egzaltacja rodem z książkowego pierwowzoru (a przynajmniej takie sprawia wrażenie). W innym filmie mogłoby to razić bardziej, tu akurat się sprawdziło, bo dzięki temu zbudowało naturalną barierę przysłaniającą emocjonalne braki w narracji.


Choć bowiem "Córka studniarza" to opowieść o głębokich uczuciach i namiętnościach, o konflikcie miłości i honoru, o rozczarowaniach serca i cnocie cierpliwości, w filmie nie czuje się tych targających bohaterami emocji. Wszystko jest poprawne, pięknie sfilmowane, ale chłodne, zdystansowane. Jakby Auteuil był zbyt świadomy, że jest to adaptacja i bardziej zależało mu na oddaniu charakteru literackiego pierwowzoru niż stworzeniu własnej opowieści. Po obejrzeniu filmu nie wiem, dlaczego akurat tę książkę wybrał sobie Auteuil na debiut.

Ocena: 6

A Bird of the Air (2011)


Pomysłowe wywrócenie do góry nogami bajki "Piękna i bestia". On jest samotnikiem naznaczonym tragedią, ona optymistyczna ekstrawertyczką, która z niejasnych powodów jest bibliotekarką. On zawodowo pomaga ludziom. Ona zupełnie prywatnie pomoże jemu. A wszystko przez jedną gadatliwą papugę.


Fajny pomysł, z wykonaniem różnie. Jak na mruka Lyman jest strasznie gadatliwy. To trochę przeszkadzało. Głupio bowiem wygląda ekspozycja, którą zaraz twórcy demaskują jako kłamstwo. I pojawienie się Fiony w niczym tu nie pomaga. Przy niej każdy normalny człowiek wygląda jak milczek z dziczy. Potwierdzanie dialogami tego, czego nie pokazuje się w inny sposób jest marnym zabiegiem.

Za to historia papugi i żyć ludzi, z którymi była związana. To wypada znakomicie. Świetny przegląd historii, życiowych tragedii, rozczarowań ale i radości. Do tego wdzięcznie na ekranie wypadają zwierzęta i to nie tylko papuga ale również pies głównej bohaterki.

Ocena: 6

Der ganz große Traum (2011)


Niby film jest oparty na faktach, ale takie obwieszczenie zawsze trzeba brać z przymrużeniem oka. Swoją drogą, ciekawie byłoby się do wiedzieć, jak rzeczywiście piłka nożna trafiła do Niemiec.


W "Lekcji marzeń" historia ta nabrała bardzo romantycznego charakteru po tym, jak wciśnięto ją w sztywny kostium fabuły o postępowym nauczycielu, który pokazuje uczniom, że nauka nie musi być nudną dyscypliną. Poza więc ciekawym punktem wyjścia, cała reszta jest standardem. Dlatego też to, co wypada najciekawiej, to cała otoczka.

Na szczęście całość została zrealizowana przyzwoicie i ma w sobie wystarczająco dużo naiwnego uroku, że daje się to obejrzeć bez większego znudzenia (ale i bez szczególnego zainteresowania).

Ocena: 6

sobota, 3 listopada 2012

The Sensei (2008)

Hmm. Dziwny to film. Mam wrażenie, że jest co najmniej o 10 lat spóźniony. Wtedy jego toporność i moralizatorstwo nie raziłoby, bo wpisywałoby się w trend rozliczeniowy z czasami początku epidemii AIDS. Dziś jego anachroniczność razi.


Bohaterowie są zbyt płascy. Pomysł, by zrobić poważną wariację na temat "Karate Kid" ginie gdzieś w odmętach fabuły, która miota się pomiędzy historią młodego geja a umierającej na AIDS mistrzyni karate. Rezultat jest niestety mało satysfakcjonujący.

Ocena: 5

piątek, 2 listopada 2012

Steve (2010)


"Steve" to fragment antologii "Stars in Shorts". Jej największą wartością jest liczba brytyjskich (i nie tylko) gwiazd. Mam nadzieję, że pozostałe filmiki tez uda mi się z czasem obejrzeć.


Sam "Steve" jest, cóż, nie do końca udany. Ma dwie świetne sceny. Pierwszą są pomysłowe napisy początkowe. Drugą fajnie zmontowana sekwencja krojenia ogórka i pisania na laptopie. Sama fabuła jest jednak niesatysfakcjonująca. Bardziej dziwaczna w zamyśle niż w realizacji.

Ocena: 6

Beefcake (1998)


Dziwny to film. Ni to dokument, ni to fabuła. Łącząc jedno z drugim reżyser chciał się chyba wykazać sprytem, ale nie jestem przekonany, czy to było dobre posunięcie. Mam wrażenie, że zamiast wzmocnić, rozwodniło to historię. Co innego krótkie inscenizacje, ale w "Beefcake" mamy tego zdecydowanie więcej i po początkowej dominacji wywiadów dokumentalnych, potem giną one w natłoku fabularnych pomysłów.


W rezultacie film staje się opowieścią tak naprawdę o niczym. Bo i nie pokazuje naiwności rewolucji z obyczajowym gorsetem, rozmydla absurdy takie jak procesy wytaczane przez pocztę, ślizga się po powierzchni problemu intencjonalnego lub nie wyzyskiwania młodych chłopaków i nie wgryza się w problem prostytucji, narkotyków i przemocy.

Mnie bardziej podobała się część dokumentalna, przez sam fakt ukazania przemijania czasu, co widać chociażby na przykładzie Joe Dallesandro. Fajne też były scenki udające zdjęcia archiwalne. Najsłabiej wypada fabuła, bo jest jakaś chaotyczna. Niby bohaterem jest Bob Mizer, ale później to Neil staje się dominującą postacią. I nie bardzo wiadomo dlaczego.

Ocena: 6

czwartek, 1 listopada 2012

Team America: World Police (2004)


Ten film przeleżał u mnie ładnych parę lat i szczerze mówiąc nie znajduję żadnego uzasadnienia dla tego, że dopiero teraz go obejrzałem. Bo to kolejna rewelacja twórców "Orgazmo" i "South Park". Przez nią jeszcze bardziej żałuję, że nie miałem dotąd okazji obejrzeć "The Book of Mormon".


Podziwiam też odwagę twórców. Dziś ten film pewnie nie wywołałby już większych emocji, ale pojawienie się go w kinach w trzy lata po 11 września, to musiał być dla Amerykanów prawdziwy szok. Nic więc dziwnego, że film się nie sprzedał. Śmiać się z zagrożenia terrorystycznego? Pokazać Amerykanów walczących o wolność, jako bandę pozbawionych kontroli niszczycieli wszystkiego, co się im napatoczy?


Mnie się jednak podobało. Począwszy od absurdalnego pomysłu na to, by wszystko opowiedzieć laleczkami, przez piosenkę "wszyscy mamy AIDS", anegdotę z gorylami, tekst "I need you like Ben Affleck Leeds an acting school" po sceny seksu, i aktorów zjednoczonych w FAG. Świetne gagi i pochwała broadwayowskich aktorów w jednym.

Ocena: 7

Prom (2011)


Skoro obejrzałem film o licealistach z Walii i nie było tak źle, to pomyślałem, że dla równowagi warto obejrzeć coś o licealistach z Ameryki. Niestety była to wielka pomyłka z mojej strony.


Podobnie jak "Hunky Dory", "Bal maturalny" bazuje na kliszach wykorzystywanych w kinie od dziesięcioleci. W przeciwieństwie jednak do brytyjskiej produkcji, która mimo wszystko zachowała lekkość i klimat nostalgii, tu króluje nuda i prymitywizm. Postaci są żenująco jednowymiarowe, a wartości wychowawcze przyćmiły zdrowy rozsądek twórców.

W tym wszystkim jedyną ciekawostką jest problem afirmacji życia w pojedynkę. Z jednej strony twórcy chcieli pokazać, że bycie samemu nie jest złe, a czasem lepsze jest niż godzić się na związek z zakłamany i zadowolonym z siebie tchórzem. Z drugiej strony znalezienie drugiej połówki pokazane jest jako nadrzędny sens życia. Twórcy nie byli w stanie wyjść z tego labiryntu, czego rezultatem jest motywacyjny groch z kapustą.

Ocena: 3

Hunky Dory (2011)


Oglądając "Hunky Dory" od razu przypomniał mi się "Were the World Mine". Podobny temat, tylko bohaterowie bardziej mainstreamowi. Zaraz potem zaczęły mi do głowy przychodzić kolejne podobne tytuły, jeden po drugim. Bo też film Marca Evansa to bardzo standardowa powiastka o wkraczaniu w dorosłość i kanalizowaniu emocjonalnej burzy przez sztukę.


Jak się bliżej przyjrzeć, film nie niesie ze sobą żadnego głębszego przesłania. Bohaterowie pełnią tu raczej funkcje przedmiotowe, ich losy są istotne o tyle o ile . Liczy się w zasadzie jedynie klimat gorącego lata w Walii i młodzieńczych kłopotów z lokowaniem uczuć. Ot, taka sympatyczna impresjonistyczna zabawa do obejrzenia i zapomnienia.

Ocena: 6

Život i smrt porno bande (2009)


"Život i smrt porno bande" porównywane jest do "Srbskiego filmu". Dlatego też po niego sięgnąłem. Niestety pod względem brutalności czy hardcore'u scen, daleko mu do swego filmowego brata. Z "Srbskim filmem" łączy go jedynie tematyka.


Obraz Mladena Ðorđevicia to pesymistyczna wizja świata zniszczonego przez wojnę. Walki na froncie są już może przeszłością, ale wojna w ludzkiej duszy tak szybko nie ustaje. Pozostaje spustoszenie, z którego można sobie nie zdawać sprawy, który może w ogóle nie być z wojną wiązany, a który sprawia, że całe serbskie pokolenia są spisane na straty. Zatopienie się w świecie seksu i śmierci ma przynieść zapomnienie, wypełnić pustkę, nadać sens życiu. Ale jest to jak karmienie czarnej dziury – nic jej nie wypełni. Koniec może być tylko jeden: smrt.

Chociaż nie. Ðorđević daje jedną drogę wyjścia i jest ona zaskakująco konserwatywna: to kościół i wiara. Tylko tam można znaleźć balsam na zranioną duszę. Problem w tym, że nie każdy jest w stanie rozpoznać uzdrowicielską wartość.

Utrzymana w paradokumentalnym stylu całość jest interesującym obrazem, ale nie robi specjalnie dużego wrażenia. No może scena z robieniem loda osłowi jest tu wyjątkiem. Reszta nie jest bardziej krwawa niż "Piła".

Ocena: 6