wtorek, 31 grudnia 2013

The Wise Kids (2011)

"The Wise Kids" to niezwykle odświeżająca lektura. Głównie za sprawą rzadkiego w dzisiejszym kinie podejścia reżysera do poruszanych tematów. Wiara, wątpliwości, życie – wielkie problemy, które łatwo stają się narzędziem indoktrynacji. Z jednej strony istnieje pokusa ukazania religii jako kagańca, który ogranicza wolność jednostki. Z drugiej strony mamy syndrom oblężonej twierdzy skłaniający do widzenia świata w sztywnym rozróżnieniu na białe i czarne z zerem tolerancji dla szarości. Stephen Cone wybrał inną drogę. W jego filmie ludzie nie są jednowymiarowi. Ich emocje, pragnienia, rozmyślania sprawiają, że nie sposób ich łatwo zaklasyfikować. Cone nikogo nie piętnuje, niczego nie narzuca. Pokazuje różnorodność, która istnieje nie tylko pomiędzy ludźmi, ale w środku człowieka. Delikatność i odwaga Cone'a bardzo mi zaimponowała.


Film jest swoistego rodzaju tryptykiem opowiadającym o orientacji seksualnej, kryzysie wiary i pewności wiary. Pierwszy temat wydał mi się najmniej interesujący, głównie dlatego, że w kinie był on w ostatnich latach wałkowany wielokrotnie. Jedyna fajna rzecz w tym filmie, to stworzony przez Cone'a "triumwirat" Harry-Austin-Tim, poprzez który reżyser pokazuje jak bardzo różnią się od siebie kolejne pokolenia gejów. Wątek ten ma też jedną bardzo piękną scenę. To spotkanie Austina z Timem, kiedy ten pierwszy, niby starszy i bardziej doświadczony, z lękiem wyznaje prawdę, że nie wie, co ma robić. Cudowna chwila!

Wątek Brea, która powoli zaczyna tracić wiarę, jest ciekawszy głównie za sprawą Molly Kunz. Udało jej się bardzo przekonująco odegrać postać dziewczyny, która odkrywa, że wiara nie daje odpowiedzi na pytania, że wiara istnieje właśnie ze względu na brak odpowiedzi. Jej Brea nie potrafi tego zaakceptować. Kunz ma kilka znakomitych momentów, w których w oszczędny a zarazem sugestywny sposób odegrała wewnętrzne rozterki bohaterki. Niemal można zobaczyć w jej oczach powoli gasnący płomień wiary.


Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie Laura, dla której wiara jest stanem tak naturalnym jak oddychanie, nawet jeśli nie zawsze rozumie Słowo Boże. Laura jest też bohaterką dwóch zdecydowanie najlepszych scen w filmie. Pierwsza to scena w restauracji, kiedy Laura zadaje fundamentalne pytanie: czy jeśli zaczniemy wybierać z Biblii to, co nam odpowiada, to czy Biblia ma jeszcze jakieś znaczenie, czy nie dokonujemy dewaluacji wiary. Druga scena – najlepszy moment w filmie! – jest wtedy, kiedy składa deklarację wiary i kiedy błaga Brea, by lekko nie porzucała swojej wiary. W tym momencie doskonale widać, że dla Laury wiara nie jest ideologią, filozofią życia, światopoglądem. Wiara stanowi jądro jej tożsamości. Przepiękny, na swój bolesny sposób, jest moment, kiedy widzimy jej absolutny strach za tych, którzy nie wierzą. Cone jak mało kto oddał w tej jednej scenie prawdę o czystej, prawdziwej wierze.

Ocena: 7

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Heile Gänsje (2013)

Zabawne. W czasach, kiedy na świecie nabiera rozpędu walka o uprawnienie orientacji seksualnych, dorasta pokolenie, dla którego samo pojęcie orientacji staje się bezwartościowe. Co prawda w "Heile Gänsje" główny bohater stosuje jeszcze terminologię z epoki sztywnego podziału orientacyjnego. Wydaje się jednak, że wynika to po prostu z braku nowych słów na określenie świata, w jakim Max i jego kumple żyją. Zachowanie wyprzedza słowa. Mamy działanie bez zrozumienia, instynkt bez introspekcji. Intrygujące. Czy jest to ewolucja czy regres? Jeszcze ciekawsze jest pytanie, czy wciąż można twierdzić, że pierwsze jest pozytywne, a drugie negatywne.


Ów niedobór pojęciowy dotyczy nie tylko zachowań bohaterów, lecz również samego filmu. Bo też korzystając z obecnie obowiązującej terminologii nie sposób określić, czym jest "Heile Gänsje". Filmem krótkometrażowym? Teledyskiem? Wideo-artem? Filmem modowym? Video-editorialem? Dokumentem? Fabułą? Każdy z nich wydaje się właściwym określeniem, ale jednocześnie zbyt ograniczającym, by dokładnie oddawać to, co nakręcił Matt Lambert.

Ocena: 6

niedziela, 29 grudnia 2013

Awakening (2010)

O matko, co za nieznośnie pretensjonalny bzdet. Reżyser zdecydowanie przedawkował z symbolizmem, przez co film zamiast być intrygującą medytacją nad rzeczywistością, stał się bełkotliwym wodolejstwem, obsesyjnym staraniem upchnięcia jak najwięcej rzeczy w jak najmniejszej przestrzeni.


Rezultat jest łatwy do przewidzenia. Zamiast wartościowego wykładu o gnozie i anamnezie, otrzymałem wrzód nabrzmiały od koncepcyjnego (konceptualnego?) bezguścia. Czasem trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć "dość". Potrzebny jest jakiś filtr, klucz doboru symboli. Nie może być nim wyłącznie ogólny temat, ponieważ wtedy przesłanie kompletnie się rozmywa. Nie pomaga też kiepskie gra. Aktorzy chyba nie do końca zrozumieli ideę filmu i postawili na nadekspresję rodem ze skeczy o pretensjonalności teatru undergroundowego. A przynajmniej mam nadzieję, że aktorzy nie zrozumieli reżysera. Byłoby bowiem jeszcze gorzej, gdyby właśnie taką grę swoich aktorów wymarzył sobie reżyser.

Ocena: 2

Joe Average (2009)

Życie to jedno wielkie pasmo rozczarowań. Nawet kiedy ma się szczęście i spełniają się marzenia. Joe ma to, co dorosły człowiek może oczekiwać: żonę, rodzinę, pracę, kumpli. A jednak wcale nie jest szczęśliwy. Żona zamiast seksu o poranku obdarowuje go podbitym okiem. Ojciec jedną nogą jest w grobie i najwyraźniej nie ma zamiaru z niego wychodzić. Praca jest nudna, a kumpel tak irytujący, że najchętniej by się go zamordowało. Ale Joe nie ma wyjścia. Bo to jest właśnie życie.


"Joe Average" to film zupełnie przeciętny. Ma kilka niezłych momentów (kelner w restauracji, kopniak o poranku). Ma też kilka scen, które należałoby nagrać raz jeszcze (rozmowa Joe z ojcem). Jednak największą wadą filmu jest to, że nigdy nie domyśliłbym się pełni idei kryjącej się za filmem, gdybym nie zapoznał się z opisem filmu.

Ocena: 5

Naked As We Came (2012)

Oto przepis na naprawę rodziny w rozsypce. Podstawowym składnikiem jest umierający członek rodziny, który postrzegany jest jako źródło wszelkich problemów. Może to być na przykład matka w ostatnim stadium raka. Do tego należy dodać w równych ilościach dziatwę irytującą, ale głównie przez fakt chronicznego psychicznego cierpienia, bo w głębi duszy są to miłe istoty. Potrzebny jest też przystojny nieznajomy, by zamieszać w relacjach i wyrwać rozmowy z utartych kolein. Całość należy też obficie podlać sosem z marihuany, by poluzować wewnętrzne blokady bohaterów.


"Nake As We Came" wpisuje się więc doskonale w nurt filmów o śmierci jako okoliczności otwierającej wrota do lepszego życia dla tych, którzy mają szczęście być jedynie świadkami umierania. I jako taki nie prezentuje sobą nic nadzwyczajnego ani oryginalnego. Na szczęście, nie jest to jednak cała prawda o tym filmie. "Nake As We Came" jest bowiem jednocześnie opowieścią o tym, jak to ludzie wzajemnie się wykorzystują i używając do zaspokojenia własnych kompleksów, wyrzutów sumienia i zagłuszenia poczucia winy. Każdy z bohaterów filmu jest winny egoizmu. Umierająca Lilly nie chce być sama w obliczu śmierci, więc wykorzystuje potrzebę Teda, by zdobyć materiał na kolejną powieść. Ted wykorzystuje pokręcone relacje rodziny Lilly, by spełnić się jako pisarz. Elliot wykorzystuje Teda, by zagłuszyć lęk, jaki budzi w nim samotność, zaś Laura wykorzystuje sytuację, by pokazać się jako troskliwa córka i zagłuszyć sumienie, które gryzie ją z powodu ignorowania matki przez lata jej choroby.

Co ciekawe, i jest to największa zaleta filmu, zarówno pozytywna jak i negatywna linia narracyjna prowadzone są jednocześnie i żadna z nich nie przekreśla drugiej, co jest częstą skłonnością amerykańskich twórców. Dzięki temu bohaterowie jednocześnie budzą sympatię i odrzucają swoją małostkowością. Tu nic nie jest proste, zupełnie jak w prawdziwym życiu.


"Nake As We Came" to kolejny dziś widziany przeze mnie film, który pozytywnie mnie zaskoczył. I znów jest to skromna pozycja, z niewielką obsadą, rozgrywająca się w jednej lokalizacji (choć tym razem bardziej urozmaiconej) i stawiająca przede wszystkim na relacje międzyludzkie. Reżyser wydaje się świadom wtórności podstawowej idei fabuły, więc postawił na delikatność narracyjną, piękne zdjęcia i dobrze dobranych aktorów, między którymi czuć prawdziwą "chemię". Szczególnie udanie prezentuje się Ryan Vigilant. Ciekawe jestem, czy z modela uda mu się przeistoczyć w odnoszącego sukcesy aktora. Zaletą filmu jest też całkiem fajna ścieżka muzyczna.

Ocena: 7

Solo (2013)

Spore pozytywne zaskoczenie. "Solo" raz jeszcze udowodniło, że tak naprawdę nie potrzeba wiele w kinie, by mnie zadowolić. Marcelo Briem Stamm na swój debiut wybrał pomysł, który w różnych konfiguracjach był już w kinie wałkowany wielokrotnie.  Całość nie wyróżnia się ani realizacyjnie ani aktorsko, a jednak prostota, lekkość narracyjna i swoboda pozbawiona artystycznego "udawactwa" sprawiła, że oglądałem film z przyjemnością.


"Solo" jest wariacją na temat, który bardzo lubię w kinie, czyli kameralnego spotkania dwójki nieznajomych. Początkowo przywodzi na myśl "W łóżku" czy "28 pokoi hotelowych". Tak jak tamte filmy, tak i ten rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni. Dwójka bohaterów zupełnie się nie zna, a jednak nie przeszkadza im wylądować w jednym łóżku. Jednak seks jest tylko wstępem do rozmowy. Rozmowa zaś prowadzi do odsłonięcia wewnętrznej pustki bohaterów i pragnienia jej zaspokojenia. W "Solo" bardziej niż w innych tego typu filmach akcent postawiony jest na kłamstwo. Jest ono tutaj potraktowane nie tylko jako narzędzie narracyjne, ale też służy podkreśleniu, jak bardzo bohaterowie spragnieni są autentycznego kontaktu z drugą osobą i jak bardzo niemożliwe jest spełnienie. Manu i Julio wydają się być stworzeni dla siebie, a jednak cały czas sprawiają, że to jedno to drugie jest opychane, aż po zaskakujący finał.

Gdyby "Solo" do końca trwało w konwencji intymnego dramatu, miałoby u mnie ocenę nieco niższą. Ale Stamm na finał przygotował niespodziankę, całkowicie zmieniając naturę obrazu. Ta wolta okazała się strzałem w dziesiątkę i wzmocniła film oczyszczając go z dość dużej porcji sentymentalizmu. Może realizatorsko pod koniec rzecz trochę kuleje, ale ogólnie zmiana nastroju wyszła całości na dobre.

Ocena: 7

czwartek, 26 grudnia 2013

Red Dawn (2012)

"Czerwony świt" ma tylko jedną wartość. Może stać się ilustracją definicji hasła "niepotrzebny remake". Jakie szczęście mieli Hemsworth i Hutcherson, że film nie trafił do kin wtedy, kiedy powstał. Sądzę bowiem, że skutecznie przekreśliłby ich szanse na stanie się gwiazdami dwóch najbardziej kasowych obecnie serii filmowych.


Ten obraz to festyn nudy, głupoty i totalnej żenady. Chaotyczne zdjęcia, powierzchowne traktowanie bohaterów, kretyńskie teksty i trudna do wytrzymania sztywność w scenach dramatycznych to tylko kilka z grzechów głównych tej produkcji. Jeszcze na początku próbowałem dać filmowi szansę, ale po 30 minutach dałem sobie spokój i resztę obejrzałem zrezygnowany, co chwilę sprawdzając na zegarku, ile jeszcze zostało zanim to "dzieło" dobiegnie końca.

Nie rozumiem też w ogóle idei stającej za chęcią realizacji tego filmu. W latach 80. "Czerwony świt" odpowiadał na lęki związane z wyścigiem zbrojeń i zimną wojną. Dawał nadzieję, że nawet jeśli sowieci podbiją kraj, to nie zdołają pokonać Amerykanów. Nowy film powstał w apogeum ekspansji Amerykanów w Azji. Niby w filmie próbują odwrócić kota ogonem i misje w Iraku i Afganistanie prezentowane są jako rzeczy pozytywne. Ale jest to nieudolna próba. Z tego też powodu film wygląda bardziej na usprawiedliwienie partyzanckich praktyk stosowanych na amerykańskich żołnierzach przez talibów, niż na wspieranie ducha amerykańskiej wolności i solidarności. Lęki Amerykanów nie są dziś związane z otwartą inwazją, lecz ze zdradliwymi atakami terrorystycznymi.

Ocena: 3

środa, 25 grudnia 2013

Proximity (2013)

Mam wrażenie, że coraz częściej krótkometrażówki są realizowane jako swego rodzaju "pitch", próba przyciągnięcia kogoś z dużej wytwórni, by zainwestował w czyjś projekt. Taką krótkometrażówką zdaje się być "Proximity".


Ma to swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że udany pitch to udany film. "Proximity" zdecydowanie należy do tej kategorii. Stworzony świat jest na tyle enigmatyczny, że budzi zainteresowanie. Sama fabuła jest prosta, ale zaprezentowana w sposób na tyle dynamiczny, że ogląda się to bardzo dobrze. Zła jest taka, że udany pitch budzi chęć zobaczenia czegoś więcej. I tak jest niestety w przypadku "Proximity". Bardzo chciałbym zobaczyć albo pełnometrażową wersję filmu albo też serial rozwijający pomysł. Odpowiedź na pytania o to, kim jest bohater, dlaczego został postawiony w takiej sytuacji, kto go w takiej sytuacji postawił, jaki jest przysłowiowy "big picture" mogłyby ułożyć się w fascynującą opowieść.

A tak pozostaje mi poczucie niedosytu.

Ocena: 7

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Metaffliction (2013)

Po "Metaffliction" sięgnąłem z jednego powodu – "Ciastek i potworów", a dokładniej grającego w nim Lucasa Linehana. W tamtym filmie zrobił na siebie moją uwagę, ale nie byłem przekonany, czy jest dobrym aktorem. Chciałem go więc zobaczyć w czymś innym i sprawdzić. Niestety "Metaffliction" nie dało odpowiedzi na to pytanie. Wciąż nie mam pewności, czy jest on sympatycznym beztalenciem, czy też nieoszlifowanym diamentem.


Jest to jednak jedyne rozczarowanie związane z tym filmem. Wszystko inne pozytywnie mnie zdumiało. Przede wszystkim spodobał mi się sam pomysł na film. Nie jest to bowiem typowa fabuła, która ma konkretną historię do opowiedzenia od punktu A do punktu Z. Zamiast tego mamy tu rejestrację pracy filmowców kręcących film o filmowcach kręcących film o filmowcach kręcących film o filmowcach. Owszem, gdzieś tam jest scenariusz historii o wypadku, który imituje/zapowiada wypadek w rzeczywistości. I to może wprowadzać widzów w jeszcze większe zamieszanie, ponieważ sprzyja poszukiwaniu w tym filmie "prawdziwej historii". A tak naprawdę wszystko jest tu inscenizowane. Zmienia się tylko poziom rzeczywistości, na którym dochodzi do owej inscenizacji. To strasznie mi się spodobało. Uważam to za fantastyczny zabieg, do tego całkiem sprawnie zrealizowany.

Spodobała mi się też naturalność gry aktorów (głównie Nathana Barillaro). W niezależnych, na wpół amatorskich produkcjach gra aktorów jest zawsze największym problemem. Próbując być zwyczajni, wypadają zazwyczaj sztucznie i sztywno, a ich kwestie wypowiadane są bez śladu autentyczności. Tu chwilami możne było zapomnieć, że grają. Najlepsze wrażenie sprawiało to w tych momentach, w których najpierw są niby prawdziwymi postaciami, a za chwilę stają się aktorami, którzy nie utrzymali się w roli, bo coś ich na przykład rozśmieszyło. Choć niby wiedziałem, o co chodzi, za każdym razem taka nagła zmiana wywoływała efekt chwilowego zawrotu głowy.

Uwielbiam takie momenty i dlatego, mimo paru "zgrzytów", ogólnie uważam "Metaffliction" za rzecz fantastyczną.

Ocena: 8

Studies on Hysteria (2012)

Proszę, jak niewiele potrzeba, by opowiedzieć zrozumiałą dla wszystkich historię paranoicznego lęku przed tym, co odmienne, nieznane, grożące w status quo.


W "Study of Hysteria" mamy idylliczną wspólnotę, w której harmonia utrzymywana jest tylko i wyłącznie dlatego, że jest mieszkańcy odcięci są od wszelkich impulsów napędzających zmianę. Nawet Adam, lokalny listonosz żyje w niewiedzy, dlaczego jest inny. Podobnie inni nie wiedzą, dlaczego on jest odmieńcem, ale patrzą na niego krzywo. I wtedy pojawiają się one - spodnie. Spirala lęku, obsesji rozkręca się, by doprowadzić do jedynego możliwego rozwiązania - wspólnota niczym żywy organizm, rozpoczyna reakcję immunologiczną, której celem jest usunięcie obcego zagrożenia.

A teraz, podmieńmy spodnie na "ideologię gender" i będziemy mieli doskonałą ilustrację histerii biskupów, którzy boją się utracić status quo, nie rozumiejąc nawet, czego tak naprawdę się boją.

Ocena: 6

Ps. Warto doczekać do końca napisów.

niedziela, 22 grudnia 2013

Starbuck (2011)

Naprawdę to był taki wielki przebój w Kanadzie? Naprawdę Amerykanie uznali, że warto robić angielski remake? Jakoś trudno jest mi w to uwierzyć.


"Starbuck" to film typu "ciepłe kluchy". Niby bohaterowie są sympatyczni, ale jakoś nie potrafiłem się do nich przekonać. Niby jest lekko, ale jak na komedię zdecydowanie za mało w nim humoru. Niby wszystkie te dzieci są odmienne, a jednak wyjątkowo podobnie zachowują się wobec głównego bohatera. Ta pobieżność w potraktowaniu problemu w połączeniu z brakiem prawdziwie komediowych momentów sprawia, że film po prosty przepłynął obok mnie nie pozostawiając na mnie żadnego śladu.

Jedyna rzecz, która może zainteresować widzów na Wisłą, to fakt, że główny bohaterem jest synem emigranta z Warszawy. To na swój sposób jest zabawne, że podczas gdy w Polsce panuje niż demograficzny, w kanadyjskim filmie polskie plemniki podbijają tamtejsze łona.

Ocena: 5

sobota, 21 grudnia 2013

Paulette (2012)

Film sponsorowany przez wszystkich pragnących legalizacji miękkich narkotyków. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. "Babcia Gandzia" pokazuje bowiem, że narkotyki zmieniają świat na lepszy, a wszystko co jest w nich złego wynika wyłącznie z faktu, że są nielegalne, a przez to kontrolowane przez bandziorów.


A przecież może być inaczej. Tytułowa Paulette na początku filmu jest niemal żebraczką, rasistką, złośliwą jędzą. Ale jak tylko zostaje dilerką, jak za dotknięciem magicznej różdżki zmienia się nie do poznania. Robi się miła, zyskuje pewność siebie, akceptuje swojego mało kaukaskiego wnuka. Dostaje nawet błogosławieństwo kościoła. I wszystko szło by w najlepsze gdyby nie ruski zbir...

Niestety poza prezentacją ten szlachetnej w mniemaniu niektórych idei, film nie ma nic do zaoferowania. Jeszcze na początku twórcy markują, że jest to komedia i kilka scen im nawet wyszło. Potem przestają udawać. Od czasu do czasu rzucą jakiś ochłap (jak otwieranie drzwi, kiedy policjant bierze rozbieg), ale poza tym wieje nudą.

Ocena: 5

czwartek, 19 grudnia 2013

Rubbeldiekatz (2011)

Widzę, że crossdressing wraca w mediach do łask. "Kocur czy kocica?" to taka toporna wariacja na temat "Tootsie". Trzeba jednak przyznać, że w sukience Matthias Schweighöfer prezentuje się o wiele lepiej niż Dustin Hoffman. Ba, wygląda lepiej od niejednej sportsmenki (i to nie tylko z przysłowiowego NRD). Szkoda więc, że jest to w zasadzie jedyna zaleta filmu.


Całość jest bardzo łagodną komedią romantyczną. Twórcom zabrakło wyobraźni, by wykorzystać fakt, że Alexander staje się na potrzeby pracy Alexandrą, ku uciesze widzów. Dowcipy są albo bardzo proste albo mało śmieszne, a często i jedno i drugie na raz. Wątek romansowy też jest rozwinięty o tyle o ile. A już końcówka w stylu: byle szybko i byle szczęśliwie – rozczarowuje całkowicie. Dobrze przynajmniej, że nie jest to nudne, bo wtedy bym tego nie zdzierżył.

Ocena: 5

środa, 18 grudnia 2013

The Wolf of Wall Street (2013)

Witajcie w piekle. Jest to miejsce, gdzie spełniają się marzenia... wszystkie marzenia. Pod warunkiem, że marzą wam się tony gotówki, szybkie samochody, jeszcze szybsze panienki i niekończący się strumień dragów i wódy. "Wilk z Wall Street" pokazuje, jak żyje się w grzechu i wierzcie mi, po obejrzeniu filmu nikt z was nie będzie myślał o niebie.


Jeśli jest jakiś film, który zasługuje na ekskomunikę, to jest nim właśnie najnowsze dzieło Martina Scorsese. "Wilk z Wall Street" gloryfikuje bowiem wszystko to, z czym walczy kościół. Choć "gloryfikuje" chyba nie jest do końca odpowiednim słowem. Sugeruje ono, że Scorsese wybiela swoich bohaterów, akcentuje zalety hedonistycznego stylu życia, a bagatelizuje jego wady. Tak wcale nie jest. Scorsese postawił przed nami zwierciadło, w którym ukazał amerykański sen, z całym inwentarzem plusów i minusów. Widzimy jaką cenę trzeba zapłacić za luksus, jak niszczycielski jest ów absolutny hedonizm. Ale "Wilk z Wall Street" pokazuje, że dla typowego człowieka, któremu marzy się lepsze życie, nie ma alternatywy. Może być albo bezwzględną pijawką albo anonimowym trutniem pocącym się w metrze. Amerykański sen jest wspaniały i straszny zarazem. Lecz przede wszystkim jest jedynym snem, który może się ziścić. Altruizm to luksus, na który można sobie pozwolić zarabiając 22 miliony dolarów w 3 godziny.

"Wilk z Wall Street" jest również jedną z najprzystępniejszych produkcji kinowych poruszających temat skomplikowanych machinacji świata finansów. Nie mówi nic, czego widz "Inside Job" już by nie wiedział. Ale liczba skomplikowanych terminów została zredukowana do minimum. Scorsese pokazuje, że pieniądz i wszystko, co się z finansami wiąże to jedna wielka iluzja (świetny i jakże sugestywny wykład na ten temat ma w krótkim epizodzie McConaughey). I może trwać tylko wtedy, kiedy wszyscy, bez wyjątków, będą tę iluzję podtrzymywać. To rzeczywistość rekinów: dopóki trwa ruch, dopóty istnieje życie. Przestaną pływać, giną. Ale w świecie finansów jest gorzej, bo jeden człowiek może za sobą pociągną setki jeśli nie tysiące innych. Dlatego tak ważna jest solidarność. To nie jest świat dla wątpiących i mających skrupuły moralne. Jak tylko ktoś chce się w filmie wycofać, wyjść na prostą, natychmiast zwalają się na niego problemy. "Wilk z Wall Street" udowadnia, że z tego świata nie ma bezbolesnej drogi wyjścia.

Przede wszystkim jednak "Wilk z Wall Street" to jeden z najlepszych filmów w karierze Martina Scorsese. Naprawdę nie spodziewałem się po nim takiej żywiołowości i energii. Obraz sprawia wrażenie, jakby został nakręcony przez twórcę mającego o połowę mniej lat na karku. Trzy godziny mijają w tempie ekspresowym. Pierwsza godzina to arcydzieło komedii. Druga jest niewiele gorsza. Film ma znakomite dialogi, świetny humor sytuacyjny i wiele, naprawdę wiele scen, które będziecie wspominać jeszcze długo po wyjściu z kina.

Jestem też pod olbrzymim wrażeniem tego, że producentom udało się przekonać MPAA do dania filmowi kategorii R. "Wilk z Wall Street" za wszystkie te orgie i gloryfikowanie użycia narkotyków powinien spokojnie otrzymać kategorię NC-17.

Scorsese nie bierze jeńców. Poszedł na całość i wygrał. A wraz z nim wygrała też cała obsada.

Ocena: 9

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Death Race: Inferno (2012)

Kino akcji to z pozoru gatunek banalnie prosty do realizacji. Nie wymaga bowiem zbyt wiele. Wystarczy dużo akcji i paru wyrazistych bohaterów, którym owe akcje się przydarzają. Kiedy film to ma, całą resztę można wybaczyć: i czerstwe dialogi, i dziury w scenariuszu, a nawet wpadki realizacyjne. Niestety "Wyścig śmierci: Piekło" udowadnia, że te niewielkie wymagania przerastają niektórych twórców.


"Piekło" jest po prostu nudne. Historyjka jest beznadziejna, choć pod koniec okazuje się, że mogła być o wiele ciekawsza. Trejo siedzi pokornie na trzecim planie. A Dougray Scott, którego lubię, tu się ośmiesza w roli czarnego charakteru. Jest jeszcze bezbarwny Luke Goss. Jego Frankenstein nie jest w stanie wykrzesać z siebie choć trochę entuzjazmu, a co dopiero mówić o widzach. Najgorsze są jednak same sceny wyścigów. Pokazane zostały bez żadnej wyobraźni. Wyglądają raczej jak making-of a nie faktyczny film. Kiepski montaż, słaba choreografia i brak tempa. Chwilami miałem wrażenie, że oglądanie rosnącego drzewa byłoby bardziej ekscytujące.

Ocena: 3

niedziela, 15 grudnia 2013

So Undercover (2012)

W końcu stało się dla mnie jasne, dlaczego Miley Cyrus zdecydowała się na tak radykalne posunięcia jak striptiz w wideoklipie i publiczne palenie jointa. Z takiego szamba, jakim jest "Tajna agentka", nie da się bowiem od tak po prostu wyjść, tu potrzeba środków ekstremalnych. Nie wiem, co sobie myślała Cyrus, ale wygląda tu jak skrzyżowanie przydrożnej dziwki ze sklepową z mięsnego z czasów stanu wojennego – i to w tych najlepszych scenach. Do opisania reszty po prostu słów brakuje.


"Tajna agentka" udowadnia, że uniwersyteckie żeńskie stowarzyszenia nie są najlepszym tematem na komedię. Temat okazał się za trudny dla Anny Faris w "Króliczku", a teraz nie udało się Cyrus. Początek sprawia wrażenie produkcji półamatorskiej. Później zrobiło się odrobinę lepiej, ale jedynie w warstwie dialogowej (kilka tekstów można uznać od biedy za zabawne). Cyrus jednak robi wszystko, by się utaplać w filmowym gównie jak najdokładniej. Reszta obsady ma szczęście, że zajmuje mniej przestrzeni, bo tylko to chroni ich przed równie epicką porażką.

Ocena: 3

Look Again (2011)

Nie bardzo wiem, jakim cudem ten film znalazł się u mnie. Ale skoro był, to znaczy, że miałem jakiś powód, by go obejrzeć. Niestety teraz nie jestem w stanie zobaczyć w nim nic ciekawego.
No, może nie do końca. Ta cała intryga rodem z opery mydlanej nie była nawet najgorsza. Sieć niewiadomych udało się spleść nawet całkiem przyzwoicie tak, że choć niby rzecz była oczywista, to jednak detale długo pozostały nieznane. Niestety wykonanie pozostawia dużo do życzenia. Brak finezji w reżyserii uderza po oczach i obezwładnia. Aktorsko jest ledwie przyzwoity. W tej postaci całość może posłużyć jednie za tło do innych czynność, na przykład przygotowywania obiadu.

Ocena: 4

Flypaper (2011)

Szczerze mówiąc sięgnąłem po film bez większego entuzjazmu. Do produkcji przyciągnęło mnie kilka nazwisk, ale spodziewałem się obejrzeć gniot. Ku mojemu zdumieniu "Lep na muchy" okazał się zgrabną i do tego miejscami całkiem zabawną komedyjką.


Spodobał mi się ogólne ustawienie fabuły: kilka rabunków jednego banku w tym samym czasie, które nie do końca są tym, czym się wydają. Zabawne były też te wszystkie "zwroty" akcji. Plus także dla Dempseya, który zagrał całkiem fajną postać (ale jako jeden z producentów wybrał sobie najsoczystszy kąsek). Trochę szkoda, że Octavia Spencer jest za bardzo zepchnięta na drugi plan. Twórcy wyrównali tę stratę pokazując Matta Ryana, którego już dawno w filmie nie widziałem (w grze też, bo AC IV to nie moja bajka)

Ocena: 6

Monster Pies (2013)

Zaczęło się źle: od liceum, Szekspira, "Romea i Julii". A potem było już tylko gorzej: ojciec skłonny do przemocy, matka w szpitalu, zmarły brat, naprzykrzająca się kobieta, zazdrosna przyjaciółka, scena na basenie w środku nocy... Każda klisza opowieści o młodych gejach została przez reżysera wykorzystana. Czym chwilami mi imponował. Kiedy bowiem wydawało mi się, że historia weszła na tory wykluczające użycie któregoś z popularnych fabularnych rozwiązań, Lee Galea znajdował sposób, by je mimo wszystko włączyć.


Niestety rezultat takiego postępowania mógł być tylko jeden. Rzecz jest nieznośnie sztuczna. A każdy moment, kiedy robi się ciekawie, szybko zostaje przytłoczony kolejnymi kliszami i stereotypami. Ostatecznie nie ma w nim nic autentycznego. Całość wypada bardziej jak zabawa grupy kumpli w kręcenie filmu niż prawdziwy film.

W tym wszystkim moją uwagę zwrócił jedynie Lucas Linehan, który przypomina mi młodego Sama Worthingtona (z okresu "Salta"). Wydaje się naprawdę sympatycznym gościem. Ale czy ma talent? Po "Ciastkach i potworach" trudno to ostatecznie wyrokować. Mam nadzieję, że się mylę i że ma talent a nie tylko urok osobisty. W każdym razie postaram się obserwować jego aktorski rozwój.

Ocena: 3

piątek, 13 grudnia 2013

We Are What We Are (2013)

Niespodzianka. Byłem przygotowany na remake "Jesteśmy tym, co jemy", a tymczasem "Jesteśmy czym jesteśmy" to rzecz ledwie inspirowana meksykańskim oryginałem. Jim Mickle zostawił jedynie tytuł i punkty wyjścia, czyli rodzinę kanibali muszącą sobie poradzić po tym, jak jedno z nich – to odpowiedzialne za żywność – umiera. Cała reszta jest zupełnie inna.


Oryginał był dramatem rodzinnym zbudowanym na planie horroru. Jego wadą było zbyt mało krwi i za dużo pustych pseudoartystycznych chwytów. Ale sam pomysł, by konwencję horroru wykorzystać w inny sposób, był świetny, a i historie poszczególnych bohaterów były interesujące. Niestety w filmie Mickle'a tego nie ma. "Jesteśmy czym jesteśmy" to stuprocentowe kino gatunkowe. To, co było siłą oryginału, tu stało się tylko płytką dekoracją, która nic nie wnosi, a miejscami nawet irytuje. Postaci są mniej wyraziste i mają bardziej przedmiotowy charakter.

Za to film jest o wiele lepszy pod względem estetycznym. Ma świetne zdjęcia i fajny temat muzyczny. Jako kino gatunkowe sprawdza się dobrze i ogląda się to z zainteresowaniem, choć mnie trochę brakowało większej oryginalności. Jest tu też więcej krwi, aczkolwiek przemoc ma mało racjonalne uzasadnienie.

W sumie wolę oryginał, ale sądzę, że na ocenę "Jesteśmy czym jesteśmy" negatywnie wpłynęło właśnie to, że "Jesteśmy tym, co jemy" widziałem. Sądzę, że bez znajomości meksykańskiego filmu ten oceniłbym wyżej.

Ocena: 6

De Wederopstanding van een Klootzak (2013)

Przemoc nie jest zła. Przemoc jest niezbędna w procesie zbawienia. Po pierwsze jest potrzebna po to, żebyśmy mieli od czego być wybawieni. Po drugie jest potrzebna po to, by to zbawienie zainicjować. Taki morał wyniosłem z pokazu "Zmartwychwstania drania". Nie jestem przekonany, że o to chodziło twórcom.


Tytułowy bohater nie jest draniem. To słowo nie oddaje w pełni jego bestialstwa i brutalności (scena z odkurzaczem!). Pewnego dnia zmasakruje niewłaściwą osobę, co rozpocznie łańcuch zdarzeń, w którym dwukrotnie otrze się o śmierć. Za pierwszym razem zdarzenie to będzie tak przełomowe, że zmieni charakter bohatera. Za drugim razem wpłynie na losy innych przesiąkniętych pragnieniem mordu.

Film tak naprawdę ma być bajką o wybaczeniu i zadośćuczynieniu. Twórcy dość standardową opowieść opakowali kilkoma paranormalnymi chwytami i kilkoma całkiem brutalnymi scenami. Jednak nie udało im się ukryć faktu, że jest to historia dość naiwna i właśnie przez tę naiwność prowadząca do przewrotnych, niezgodnych z intencjami twórców wniosków.

Nie spodobała mi się też konstrukcja filmu, która dzieli narrację pomiędzy dwójkę postaci. Tą drugą jest emigrant z Afryki. Ma on tak naprawdę jedną istotną scenę, która nie uzasadnia wcześniejszego tak mocnego koncentrowania się na nim. Spokojnie mogłoby tej osoby w filmie nie być i nikt nie zwróciłby na to uwagi.

Ocena: 5

czwartek, 12 grudnia 2013

The Rambler (2013)

Kino eksperymentalne, które niczym brzytwa podzieli widzów. Ci, którzy potrafią wytrzymać bez odpowiedzi na kluczowe pytania, będą w stanie przeniknąć w świat onirycznych (nie)możliwości. Jeśli jednak poszukiwanie sensu przysłania wszystko inne, "Wędrowiec" okaże się niezrozumiałym bełkotem, nudnym, pustym i głupim.


Ja należę do tej pierwszej grupy. Choć muszę przyznać się, że i mnie chwilami film trochę męczył. Wydał mi się bowiem próbą kopiowania Lyncha zamiast szukania własnego głosu. Ale jednocześnie spodobało mi się to, jak konsekwentnie reżyser wprowadza widzów w świat szaleństwa, snów bez wyjaśniania mechanizmów, jakimi ta rzeczywistość się rządzi.

Ja uznałem, że nic z tego, co pokazano, nie dzieje się naprawdę. I widzę dwie możliwości, obie sugerowane w różnych momentach przez samego reżysera. Po pierwsze Wędrowiec może śnić lub być na skraju śmierci/nieprzytomny. W tych snach prawdziwe, traumatyczne wydarzenia ulegają deformacji, rozczłonkowaniu, tracą koherentność, ale ponieważ są budulcem rzeczywistości, bohater nie może się od wątków/postaci uwolnić, zmienia się jedynie konfiguracja i kontekst. Być może jest ofiarą eksperymentu z rejestracją snów. Być może jest to zapis na kasecie VHS.

Drugą możliwość podsunął mi list brata głównego bohatera. Być może należy potraktować to, co widzimy jako wytwór czegoś na kształt holodecku. Oto imitacja Ziemi, za sprawą której Obcy mogą bawić się w bycie ludźmi. Ale podobnie jak dzieci, które grają role kosmitów, nie są w swych zabawach konsekwentne, tak i tu konwencjonalne zachowania (poker, bójka w barze, podrywanie dziewczyny, szemrane interesy) nabierają dziwnego charakteru. Kosmita nie zrozumie człowieka, przez co imitacja będzie zawsze niedoskonała. Być może Wędrowiec jest uparciuchem i chce zatracić się w człowieczeństwie, choć raz za razem jest skazany na porażkę, bo nie rozumie czym jest empatia albo też kopiuje wzorce z popkultury a nie z prawdziwego życia.

Takie zabawy z interpretacją nadają filmowi dodatkowego smaczku. Ale nie są tak naprawdę konieczne. Jeśli bowiem zaakceptujemy zaburzenie praw przyczynowo-skutkowych, wtedy sama historia okazuje się ciekawym ciągiem anegdot. Do tego odrobina gore sprawia, że jest się z czego pośmiać.

Ocena: 6

Fin (2012)

I kolejny hiszpański film, który ma całkiem niezły pomysł, ale w którym wykonanie pozostawia wiele do życzenia. W "Końcu" spodobało mi się to, że bohaterami nie są nastolatki, choć fabuła skonstruowana została według schematu wykorzystywanego od lat w filmach o młodzieży. Jeszcze bardziej spodobało mi się to, w jaki sposób mówi się tu o relacjach łączących głównych bohaterów: czytelny, a jednocześnie kreślony delikatnymi barwami, niczym portrety malowane akwarelami. Najlepiej widać to na przykładzie postaci Félixa: jego uczucia do Hugo, relacji z Maribel i nici porozumienia, jaką nawiązuje z Evą. Postać Hugo jest równie intrygująca przez to, jak zaangażowany jest w związek z Covą, a jednocześnie objawia drapieżną zazdrość o Félixa przed Evą.


Niestety "Koniec" nie jest dramatem obyczajowym, a postapokaliptycznym horrorem. Ale to właśnie cała ta apokaliptyczna otoczka tutaj nie działa. Reżyser sięgnął po banalne rozwiązania, które na dodatek tak powykręcał, że stały się wręcz scenami parodystycznymi. Jako horror w ogóle się nie sprawdza. Nie ma klimatu. Nie ma napięcia. Dobrze przynajmniej, że przyczyna katastrofy nie jest wprost wyjaśniona, bo wtedy nie miałbym jak obronić filmu.

Ocena: 5

środa, 11 grudnia 2013

Zombie Hunter (2013)

Na wstępie powinienem uprzedzić: znajdująca się na dole ocena filmy jest bardzo myląca. Jeżeli ktoś z was sądzi, że film jest doskonały, to pozwólcie, że rozwieję wasze nadzieje. Przy "Zombie Hunter" większość produkcji Asylum powinno otrzymać Oscara. Scenariusz, efekty specjalne, aktorstwo – wszystko, co tylko może, jest na tak niskim poziomie, że nie uwierzycie, dopóki sami tego nie obejrzycie. A jednak 9 wydaje się oceną mocno niewystarczającą.


Dlaczego? Z jednego powodu: "Łowca zombie" daje olbrzymią frajdę. W przeciwieństwie do produkcji Asylum, tu twórcy bawili się kiczem, złym smakiem, brakiem funduszy na efekty specjalne. Scenarzysta chciał zapewne pobić rekord liczby sucharów w jednym tekście. I śmiem twierdzić, że dokonał tego już po 30 minutach. A jednak zamiast irytować i zmuszać do opuszczenia sali, "Łowca zombie" śmieszy do łez. Dawno nie bawiłem się tak dobrze na czymś tak absolutnie głupim. Teksty z offu, mądrości Trejo, piersiaste bohaterki w kusych wdziankach, komputerowe pośladki zombie, krwawe jatki... Zaserwowano mi krwisty kawał dobrej zabawy, który pochłonąłem z apetytem na więcej.

Filmu nie polecam nawet amatorom kina pozaklasowego. Ale jeśli naprawdę potraficie nie brać wszystkiego, co widzicie i słyszycie, na serio, to czeka na was prawdziwe arcydzieło złego smaku.

Ocena: 9

El cuerpo (2012)

"Ciało" ma tylko jedną zaletę. Jest nią sama intryga: niebywale skomplikowana, a na końcu okazuje się banalnie prosta. To się Hiszpanom udało.


Niestety forma, jaką przybrała opowieść, pozostawia sporo do życzenia. Gra aktorska chwilami ociera się o amatorszczyznę. Kiepsko wypada szczególnie drugi plan. Warto zwrócić uwagę na aktorów stojących w tle. To, co wyprawiają, chwilami jest tak straszne, że aż żałosne (co smutne, najgorzej wypada chyba Oriol Vila, które lubię). Reżyser jest miejscami niewiele lepsza. Kicz wylewa się z każdej praktycznie sceny. A ponieważ wszystko tu jest opowiedziane "na serio", w pewnym momencie przestaje być to możliwe do strawienia. Niestety "Ciało" to przykład najgorszej formy hiszpańskiego thrillera, na jaki można się natknąć w kinach.

Ocena: 3

The Philosophers (2013)

Hmm. Jestem ciekaw, czy twórcy naprawdę chcieli obrazić filozofów (czy też uczących się filozofii), czy po prostu tak jakoś im to wyszło. W filmie Huddlesa jedyna wartość filozofii tkwi w trenowaniu umysłu, dzięki czemu wyobraźnia nabiera niespotykanej wyrazistości jeśli chodzi o detale. Do niczego więcej się nie nadaje. Logika okazuje się słabym narzędziem, kiedy w grę wchodzi przetrwanie gatunku. Co udowodnione zostaje ponad wszelką wątpliwość w ćwiczeniach, jakim poddawani są bohaterowie filmu.


"Filozofowie" jednak to film, który fajnie się ogląda. Co prawda młoda obsada jest jak na mój gust zbyt sterylnie śliczniutka, by mogli być autentyczni. Z drugiej strony nic w tym filmie nie jest prawdziwe, więc aż tak bardzo aparycja postaci nie przeszkadza. Całość funkcjonuje jako swoisty bryk z postapokaliptycznych historii. Wykorzystano tu większość klisz i trochę szkoda, że aż tak skrótowo zostały one potraktowane. W ten sposób poruszonych zostało wiele ciekawych tematów, ale żaden z nich nie został przepracowany. Pytania i problemy stawiane są dla ich wartości rozrywkowej, a nie po to, żeby coś widzom przekazać, do czegoś zainspirować. Rozumiem, że inaczej się nie dało, ale i tak żałuję.

Ocena: 6

The Butler (2013)

Zupełnie nie dziwi mnie to, że "Kamerdyner" tak dobrze sprzedał się w amerykańskich kinach. Jest to bowiem rzecz, która ma zachwycać masową widownię. Ma w sobie powab wielkiego filmu, który wynika przede wszystkim z faktu, że fabuła opiera się na prawdziwych wydarzeniach, a sam temat jest Ważny i Wyjątkowy dla amerykańskiej historii i tożsamości jej mieszkańców. Lee Daniels stworzył pokrzepiający i inspirujący fresk historyczny opowiadający o tym, jak to wspaniale zmienił się kraj i jego mieszkańcy.


No cóż. Nie jestem Amerykaninem i nie mam ciemnego koloru skóry. Nie mam więc skrzywienia percepcyjnego, dzięki któremu mógłbym się bezkrytycznie zachwycać "Kamerdynerem". Pozostał więc mi sam film, a ten niestety wygląda w moich oczach solidnie ale tylko przeciętnie. Nie lubię takich przeglądow-poglądowych historii. Temat zawsze przytłacza ludzi, o których opowiada. I choć Daniels starał się, jak tylko mógł, to nie zmienia to faktu, że osobiste historie są potraktowane wyrywkowo i zdawkowo. Mnie najbardziej zaintrygowała trwałość małżeństwa głównego bohatera, pomimo wielu kryzysów: jego pracoholizmu, alkoholizm i niewierność żony. Wiele związków nie przetrwałoby tego, a im się udało. W czym tkwiła tajemnica, tego się nie dowiemy.

Na tym tle "Zniewolony" sporo zyskuje. "Kamerdyner" jest zbyt "czysty", kolorowy, wręcz radosny (nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa). I choć czasem wzrusza, jest dla mnie odrobinę za słodki. Choć trzeba przyznać, że Daniels dobry reżyserem jest, a i aktorzy pokazali się z dobrej strony.

Ocena: 6

Casse-tête chinois (2013)

Bohaterowie "Smaku życia 3" to dopiero mają przechlapane. Co by nie zrobili, zawsze wylądują na czterech łapach, zawsze znajdzie się ktoś, kto im pomoże, przygarnie, zatroszczy się. Taki Xavier. Ledwo przybył do Nowego Jorku, a już spotkał życzliwego prawnika, jeszcze bardziej życzliwego faceta, przez którego znalazł pracę i w końcu bardzo pomocną babkę, dzięki której będzie mógł stać się Amerykaninem.


Takie sploty okoliczności w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Ale może to i dobrze, bo przez to całe szczęście bohaterowie filmu co chwilę popadają w kłopoty. Fakt, sami są sobie winni, i to prawda, że są to problemy egzystencjalne, które większość ludzi na świecie wolałaby mieć zamiast kłopotać się tym, czy będą mieli co do garnka włożyć. Niemniej jednak to trochę frustrujące i niszczące konstrukcję baśniowej opowieści, która ma pocieszać i napełniać nadzieją. Skoro fart spokoju nie daje, to co może go dać?

Aż trudno uwierzyć, że od pierwszego filmu minęło ponad 10 lat. Fajnie znów było spotkać starych znajomych. Choć z drugiej strony świadomość czasu, jaki minął przygnębia. No ale miło jest widzieć, że Klapisch wciąż potrafi z werwą opowiadać banalne historyjki.

Ocena: 6

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Cheap Thrills (2013)

"Tanie podniety" masakrują amerykańskie ideały, odkrywają koszmar, którym są wpajane w USA wartości: konkurencja, sportowa rywalizacja, inicjatywa, dbanie o dobro rodziny. Wszystko to zostanie tu wypaczone, wykorzystane samo przeciwko sobie, wyprute z wszelkiego "dobra". Pozostanie tylko cyniczne samozadowolenie i masakryczna rozrywka w czasach upadku imperium. Oglądając film E.L. Katza można zrozumieć, dlaczego w obliczu klęski ludzie tak łatwo dają się omamić igrzyskom. Ci, co mają pieniądze, wykorzystują tych, co ich nie mają. Jednak wszyscy wiedzą, że ich czas został policzony i właśnie dobiega końca. Desperacja, rezygnacja - dwie strony tego samego medalu.


Ale choć "Tanie podniety" można oglądać przez pryzmat "głębszych treści", równie dobrze można film odbierać bardzo powierzchownie. Wtedy jest to po prostu jedna z lepszych w tym roku krwawych komedii, w której co chwilę dostarczana jest widzom nowa dawka niesamowitych wrażeń: defekacja, amputacja, kanibalizm to tylko niektóre z atrakcji, jakie przygotował Katz. Jeśli ktoś ma twardy żołądek, wtedy będzie bawił się fantastycznie. Można się popłakać ze śmiechu, tak jest krwawo i absurdalnie.

Ocena: 8

Almost Human (2013)

"Prawie jak człowiek" nie warto oglądać dla aktorstwa. Istnieje ono bowiem na poziomie minimalnym, jeśli w ogóle. Nie należy po niego sięgać, jeśli oczekuje się przynajmniej poprawnej reżyserii i fabuły mającej ręce i nogi. Obraz Joe Begosa można obejrzeć tylko i wyłącznie z jednego powodu: dla jatki.


Rzecz polecam wyłącznie najtwardszym amatorom kina pozaklasowego. Tylko oni będą mieli prawdziwą frajdę z oglądania mordowania ludzi, gwałtów przy pomocy kosmicznych wypustek i okrwawionych ochłapów ludzkiego mięsa. Ponieważ ja się do tego grona zaliczam, na filmie bawiłem się wyśmienicie, co chwilę miałem się z czego pośmiać. Dlatego też wybaczam twórcom wszystkie grzechy, których jest całe mnóstwo. Obraz nie ma żadnych walorów poza czystą rozrywką, a tę doceni naprawdę niewielkie grono fanów. Reszta wyjdzie zniesmaczona i to zapewne na długo przed końcem.

Ocena: 4

Love Eternal (2013)

"Miłość na wieczność" to rzecz na swój sposób intrygująca. Głównie dlatego, że za pozornie główną osią fabularną ukrywa się sprzeczna z nią historia.


Na pierwszy rzut oka, głównie za sprawą dziwnych fiksacji bohatera i jego niezwykłej zdolności do trafiania na zwłoki, wydaje się to być opowieść o uwodzicielskiej śmierci. Kusi ona tajemnicą, fascynuje fizycznością ukazującą finalność ludzkiego organizmu, a jednocześnie wskazuje drogę ku wieczności. Ian zdaje się jej pragnąć, najpierw dla siebie, a potem dla innych, by poprzez umierających uczestniczyć w misterium będącym odpowiedzią na jego samotność (której nawet nie rozpoznaje jako takowej). W rzeczywistości jednak "Miłość na wieczność" jest opowieścią o potrzebie życia, pragnieniu istnienia, zaznaczenia swej obecność poprzez wpływanie na losy innych. Film ukazuje paradoks, który polega na tym, że tak bardzo możemy pragnąć żyć, że śmierć wydaje się jedynym rozwiązaniem. Tak jest z Naomi, która chce żyć, bawić się, być z mężem, ale poczucie winy po stracie syna (nawet jeśli świadomie je odrzuca, a może właśnie dlatego, że działa ono nieświadomie) nie pozwala jej na to. Tak jest z samobójczynią Tiną, która czyni to z obawy przed tym, do czego życie ją doprowadzi. Tak też jest z samym Ianem, który żyje w cieniu śmierci od dzieciństwa i zaakceptowanie jej wydaje mu się jedynym rozwiązaniem na poradzenie sobie z szokiem.

Niestety "Miłość na wieczność" jest też filmem chwilami zbyt męczącym, nadmiernie przemyślanym, przez co wydaje się ciężki, za mało naturalny. Ma piękne zdjęcia, ale bardzo często funkcjonują one autonomicznie, bez związku z fabułą, co niestety mi przeszkadzało.

Ocena: 6

The Battery (2012)

W końcu film o zombie, w którym naprawdę pojawia się zombie, a nie jakieś umarlaki z turbo doładowaniem w nogach cierpiące na chorobę kuru. Jeremy Gardner oddał żywym trupom to, co Hollywood skutecznie im odebrało w ciągu ostatniej dekady. Końcówka filmu jest po prostu świetna, wypunktowując wszystko, co czyni z prawdziwych zombie tak ciekawych adwersarzy.


Za to, jak pokazano zombie oraz za scenę, kiedy Ben zmusza Micky'ego do zabicia zombie, chciałbym "Grę o wszystko" móc wyżej ocenić. Ale nie mogę, bo niestety jako całość film nie prezentuje zbyt wysokiego poziomu. A sam pomysł nie jest aż tak rewelacyjny, bym mógł z czystym sumieniem zignorować niedostatki narracyjno-techniczne.

Ocena: 5

Call Girl (2012)

Cóż, "Call Girl" nie spełniło moich oczekiwań. Film wydał mi się zdecydowanie zbyt długi i za mało dookreślony. Dwie linie fabularne prowadzone są zbyt niezależnymi torami. Do tego wszystkiego, myśl przewodnia jest zbyt prosta i oczywista, by uzasadnić tak przygnębiająco mało atrakcyjną ponad dwugodzinną narrację.


Nie znajduję w tym filmie nic wartego zapamiętania. No może poza muzyką, która miejscami była nawet interesująca i wybudzała mnie z marazmu, w jaki wprowadzały mnie zarówno opowieść o nastoletniej dziwce jak i śledztwie i kontrśledztwie. Najciekawiej wypada w filmie tło antropologiczne, z ideą otwartych zakładów poprawczych na czele. Ciekawie było obserwować miotających się bezradnie opiekunów i stojącą w opozycji do nich burdelmamę.

Szkoda, że od strony realizacyjnej jest tak dobry. Fabuła nie warta jest wysiłku.

Ocena: 6

niedziela, 8 grudnia 2013

Outlaw Country (2012)

Trochę szkoda, że "Outlaw Country" nie zostało zakupione. Pilotowy odcinek nie jest może szczytem oryginalności, ale historia jest na tyle ciekawa, że chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej. Jak na pilot jest to rzecz raczej standardowa, najgorszy jest w nim pomysł, który jest zbyt przejrzystą próbą wydojenia na raz dwóch krów. Jednak główni bohaterowie mają w sobie wystarczająco dużo potencjału, by mogło się to przerodzić w coś całkiem interesującego.


Ponieważ jednak z serialu nic nie wyszło, "Outlaw Country" jest tworem niespełnionym. Otwarte zakończenie niestety nie może satysfakcjonować. W zasadzie rzecz podkłada się, by ją sponiewierać. Ale zarazem aż szkoda to robić, bo Hawkes był fajny i Steenburgen nie najgorsza. Była szansa, ale nigdy nie zostanie ona spełniona.

Ocena: 5

sobota, 7 grudnia 2013

Tom à la Ferme (2013)

Xavier Dolan całkowicie mnie zaskoczył. Jego trzy pierwsze filmy utrzymane są w podobnej konwencji, która przy "Na zawsze Laurence" już mi się przejadła. Gdyby więc "Tom" był kolejnym wizualnym cacuszkiem z podobną historią, to już bym tego nie kupił. I oto dziw nad dziwy: "Tom" to perfekcyjnie skrojony dreszczowiec, choć przecież jego temat wydaje się mało pasować do tego gatunku. Dolan jednak udowodnił, że jego reżyserskie emploi jest o wiele bogatsze, niż to do tej pory pokazywał i "Tom" perfekcyjnie łączy różne materie, tworząc fascynujące studium mrocznych zakamarków ludzkiej natury.


Bowiem w tym filmie wszystkie postaci są skrzywione, uszkodzone, wypełnione mrokiem. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że powodem tego jest niespodziewana śmierć Guillaume'a. Jednak wkrótce okaże się, że wady mają swe źródło w naturze ludzkiej, a nie zewnętrznych okolicznościach. Ból, przemoc, miłość – granice między nimi zacierają się na tytułowej farmie. Matka potrafi niemal na jednym oddechu trzepnąć syna mocno po głowie i z troską prowadzić jakąś opowieść. Jej syn kipi w środku od złości i niespełnionych marzeń. Nie mogąc być tym, kim chce (bo sam się przeciw swoim pragnieniom buntuje i okoliczności mu nie sprzyjają), wyżywa się na innych, niczym pająk osnuwając świat pajęczyną swoich kłamstw i wymysłów. Pogrążony w żałobie, cierpiący z poczucia winy Tom, łatwo daje się omotać. Mrok w jego duszy odpowiada na wyraźną woń psychopatii rozsiewaną przez matkę i brata jego zmarłego kochanka. W tym filmie psychopatą (przynajmniej w pewnych aspektach) okazuje się każdy. Nawet pojawiająca się na chwilę znajoma Toma szybko udowadnia, że ma pazury i nie zawaha się ich użyć.

W "Tomie" Dolan triumfuje jako reżyser gatunkowy. Tu już nie uwodzi wyłącznie audiowizualna stroną. Choć chwilami zdjęcia są fantastyczne, aczkolwiek bardziej surowe i "chropowate" niż na przykład w "Wyśnionych miłościach". Sukces zagwarantowało mu jednak przede wszystkim to, że udało mu się stworzyć konstrukcję dopracowaną do ostatniego szczegółu. Film cały czas trzyma świetne tempo, ma odpowiednio dawkowane napięcie, tragedie i humor. Jak chyba nigdy wcześniej, Dolan jest tu reżyserem skupionym i zdyscyplinowanym. Nie popełnił żadnego poważnego błędu. A do tego znalazł świetnych aktorów, którzy idealnie odnaleźli się w postaciach barwnych, intrygujących i o wiele bardziej złożonych, niż mieliśmy to prawo oczekiwać. Roy jest cudowna jako matka. Jej psychopatia nie jest tak oczywista, jak w przypadku syna, ale przez to chwilami jest o wiele bardziej drapieżna i niebezpieczna. Cardinal jest prawdziwie mrocznym przedmiotem pożądania. Łatwo zrozumie dlaczego Tom daje sobą tak pomiatać. Cardinal jest zarazem brutalną bestią, jak i człowiekiem zranionym wymagającym specjalnej troski. Sam Dolan zresztą też wygląda tu inaczej. Mniej jest w nim histerii.

Nie do końca spodobał mi się tylko koniec. Wydał mi się zbyt konwencjonalny jak na tak daleko odbiegającą od "normy" opowieść.

Ocena: 8

piątek, 6 grudnia 2013

Au nom du fils (2012)

"W imię syna" to inteligentna, zabawna i makabryczna przypowieść o tym, jakie są skutki kłamstwa. W tym filmie kłamią wszyscy. Mąż, który twierdzi, że jeździ na polowania, a w rzeczywistości szkoli się na chrześcijańskiego bojownika-fanatyka. Syn, który wspiera kłamstwo ojca nawet po jego śmierci i który okłamuje matkę co do swoich relacji z księdzem. Księża, wszyscy jak jeden mąż, ukrywający prawdę o pedofilii i innych grzechach ludzi kościoła. I wreszcie główna bohaterka, która rozpocznie krucjatę przeciwko pedofilom, bo łatwiej jest jej pogodzić się z myślą, że jest morderczynią, niż z tym, jak zachowała się na antenie, kiedy syn zadzwonił do jej audycji, by wyznać prawdę. Kłamstwo w filmie Vincenta Lannoo oznacza śmierć. Zazwyczaj związaną ze zmasakrowaną głową: najpierw mamy dwie kulki w łeb, a później czerep rozwalony czajniczkiem do herbaty.


Obraz Lannoo to dzieło obrazoburcze, które jeszcze pół wieku temu doczekałoby się ekskomuniki. Film robi piorunujące wrażenie, ponieważ łączy ze sobą rzeczy, których "normalny człowiek" nigdy by nie połączył: fundamentalne problemy jak pedofilia i rasizm z absurdalną komedią, której podstawą jest krwawa jatka. Ja lubię takie mieszanki, więc "W imię syna" zachwyciło mnie prawie od samego początku.

Ale później mój podziw dla reżysera jeszcze wzrósł, ponieważ Lannoo nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie wytyczył prostych granic podziału na dobro i zło. Tu nic nie jest tak jasne i jednoznaczne, jak chcieliby tego obrońcy moralności. Związek syna z księdzem wcale nie jest pokazany jako zbrodniczy. Fałszywość kazań księży kontrastowana jest z autentyczną lekcją pokory i tolerancji. Reżyser demaskuje katolicką obsesję na punkcie cierpienia, jako sadomasochistyczne misterium orgiastyczne, pokazuje absurdalne próby łączenia wiary z nauką, ale zarazem nie neguje prawdy wiary, ani autentycznego zaangażowania niektórych z wierzących. Wreszcie główna bohaterka. Z jednej strony ofiary pedofilów z satysfakcją będą oglądać jej działania, ale z drugiej strony reżyser nie ucieka od wskazania, że jej krucjata kończy się atakiem na niewinnych ludzi tylko dlatego, że kto inny został obwiniony za jej zbrodnie.

"W imię ojca" to drugi po "Wielkich złych wilkach" film widziany przeze mnie w tym roku, który mówiąc poważnie na najtrudniejsze tematy, jednocześnie śmieszy i szokuje wyrazistymi scenami przemocy. Jak dla mnie jest to mieszanka doskonała. A polski kler dobrze zrobiłby biorąc sobie do serca to, co w tym filmie pokazano. Bo jeśli księża dalej będą gadać głupoty, to fikcja może za którymś razem przerodzić się w rzeczywistość.

Ocena: 9

Dood van een schaduw (2012)

"Śmierć cienia" to rzecz o tym, że czasem warto jest oddać swoje życie. Nathan Rijckx umarł w 1917 roku. Ale nie do końca. W zamian za przyjęcie makabrycznej pracy, jego śmierć została odroczona. Może z powrotem wrócić do życia, może zdobyć miłość, o której marzył przez 10 tysięcy dni. I kiedy wszystko ma na wyciągnięcie dłoni, odkrywa, że nie jest tak gruboskórny i bezduszny, jak mu się wydawało.


Krótkometrażówka Toma Van Avermaeta to rzecz miła i sympatyczna, ale nic ponad to. Spodobał mi się pomysł konesera śmierci oraz łowcy cieni. Zaintrygowała mnie też sama maszyna. Czy decydowała ona o tym, kto jaką śmiercią żyje? Czy oni i tak by w ten sposób zginęli, niezależnie od przycisków wybranych przez bohatera. Ale jeśli chodzi o samą fabułę, to nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Nie jest źle, ale z całą pewnością nie jest też warte zapamiętania.

Ocena: 6

Oldboy (2013)

Nie jestem wrogiem remake'ów. Wręcz przeciwnie, uważam, że mają one bardzo dużą wartość. Przede wszystkim dlatego, że mogą wyrwać mnie z kolein myślenia o danej historii w konkretny sposób. Wbrew temu, do czego się przyzwyczajamy, nawet najbardziej znaną opowieść można "ugryźć" w inny sposób, można naświetlić jakiś interesujący, a dotąd ignorowany aspekt, można wreszcie wykorzystać znaną historię, by na niej zbudować zupełnie nową konstrukcję. Po drugie remaki są najlepszym barometrem zmian cywilizacyjnych pokazując, jak ewoluują gusta i nastroje masowego odbiorcy.


I to te drugie podejście sprawia, że nowy "Oldboy" jest tak przygnębiającym doświadczeniem. Film Parka miał w sobie moc antycznej tragedii. Tamten "Oldboy" był skromną opowieścią o kosmicznych rozmiarach, co robiło wstrząsające wrażenie. Był to bezdenny ocean nieświadomości. W porównaniu z nim "Oldboy. Zemsta jest cierpliwa" jest jak brodzik dla niemowląt. Ponieważ historia jest znana Lee miał okazję wydobyć z niej coś więcej, coś nowego. On jednak poszedł w drugą stronę, wycisną z niej wszystkie soki i zaserwował nam wyżymaną ścierkę, płytkie kino próbujące zainteresować widzów powierzchownymi atrakcjami. I działa to jedynie w przypadku Sharlto Copleya. Głównie dlatego, że nie spodziewałem się, iż jest on aż takim kameleonem. I tylko to zaskoczenie ratuje postać, która w gruncie rzeczy jest karykaturą psychopatycznych złoczyńców. Cała reszta niestety nie jest w stanie przykuć mojej uwagi nawet w niewielkim stopniu. "Oldboy" jest po prostu nudny i kilka krwawych scen nie jest w stanie to zmienić. Sama intryga zaś zamiast szokować, wydaje się tak kretyńska, że w trzecim akcie trudno jest traktować poważnie rozwój sytuacji.

Ocena: 3

czwartek, 5 grudnia 2013

The Hunger Games: Catching Fire (2013)

Cuda się jednak zdarzają. Francis Lawrence potrafi nakręcić dobry film. Po tym, jak zmasakrował "Jestem legendą", nie wierzyłem, że rozumie on fantastykę. A ponieważ pierwsze "Igrzyska śmierci" bardzo mi się spodobały, angaż Lawrence'a przyjąłem ze smutkiem. Tymczasem okazało się, że reżyser jak chce, to potrafi uchwycić ducha SF i nakręcić opowieść, która zawiera wszystko to, co w tym gatunku najlepsze (a przynajmniej to, co ja w nim cenię).


"W pierścieniu ognia", jeśli chodzi o samą fabułę, niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest to w gruncie rzeczy powtórka z rozrywki z tym, że na trzecim planie zaczynają się dziać ciekawsze rzeczy. Film wygrywa samą atmosferą i tym, jak rozłożone zostają akcenty. Spodobało mi się to, jak pokazane są zmagania głównej bohaterki. Dziewczyna miota się, buntuje, ale niemal do samego końca pozostaje wierna systemowi, w jakim się wychowała. Zamiast próbować się wyrwać, ona stara się wytrzymać, walczy, ale według reguł narzuconych przez grupę trzymającą władzę. To temat, który uwielbiam w SF: wiwisekcja systemu, który jest wrogi człowiekowi, a z którego nie sposób się uwolnić, nawet jeśli się z nim walczy.

Jeszcze bardziej spodobało mi się to, jak ukazana została główna postać. Jej heroizm jest czymś, co zostaje jej narzucone przez potrzeby i pragnienia tłumów. Ona sama nie ma takich ambicji. Niespodziewanie więc "Igrzyska śmierci" stają się studium zbawienia, w którym jednak zbawiciel staje się zakładnikiem, narzędziem, symbolem. Jedyne, co mu pozostaje, to dorosnąć do roli, jaką wyznaczyli mu inni albo dać się zniszczyć.

Oczywiście sukces "W pierścieniu ognia" polega głównie na tym, że tematy te zostały zaznaczone, ale nie ukończone. To dopiero przed nami. Lawrence może więc jeszcze wszystko sknocić. Póki co jednak z nadzieją patrzę w przyszłość i z całą pewnością wybiorę się do kina na część trzecią.

Ocena: 7

niedziela, 1 grudnia 2013

Saving Mr. Banks (2013)

"Ratując pana Banksa" dało mi wszystko to, czego oczekiwałem po "Zniewolonym" i jeszcze dużo, dużo więcej. Zazwyczaj takich emocji i wrażeń, jakich dostarczył mi film Hancocka, szukać mogłem jedynie w amerykańskich filmach niezależnych. To, że obraz pochodzący z wielkiej wytwórni może być tak magiczny, cudowny i wzruszający, jest dla mnie szokiem. Miło wyjść z kina oczarowanym i pozytywnie zaskoczonym.


Dzieło Hancocka to zachwycająca opowieść o przebaczeniu i leczniczej sile wyobraźni. To również przypowieść o tym, że piękno historii rodzi się w bólu. "Ratując pana Banksa" rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Pierwszy to opowieść o młodej Helenie Goff, która świata nie widzi poza swoim wspaniałym, obdarzonym niebywałą wyobraźnią ojcem. Tyle tylko, że ten ojciec nie jest niezwyciężonym mistrzem imaginacji, a człowiek słabym, zniszczonym przez marzenia, których nie był w stanie zrealizować. Co więcej w swej nieudolnej próbie chronienia córki, tylko jeszcze bardziej ją skrzywdził, czyniąc niejako współwinną (przynajmniej w jej oczach) jego tragicznego losu. Drugi plan to opowieść o pobycie P.L. Travers, autorki "Mary Poppins", w wytwórni Disneya, gdzie pracuje ze scenarzystami nad ekranizacją jej książki (czy raczej sabotuje ich pracę). W tej opowieści mamy dramat twórcy, który musi rozstać się ze swoją wizją bohaterów i zawierzyć, że inni potrafią z szacunkiem podejść do dzieci jej wyobraźni.

Film zachwyca pięknymi zdjęciami, przywodzącymi na myśl baśnie, które skrywają ponurą historię pełną toksycznych relacji, bólu i rozczarowania. Aż dziwne, że kiedy przychodzi do rzeczywistych ekranizacji baśni, wytwórnia Disneya nie potrafi skorzystać z zaprezentowanego tutaj modelu. Jest to ciekawa kontrpropozycja na obecną modę na mroczność. W "Ratując pana Banksa" tragedie rozgrywają się w pełnym słońcu, wśród ciepłych barw i malowniczych pejzaży.

Colin Farrell raz jeszcze udowodnił, że jest mistrzem drugiego planu. Wiem, że każdy aktor marzy o tym, by być gwiazdą, ale Farrellowi zdecydowanie lepiej wychodzą te role, od których nie zależy los całego widowiska. Hanks stworzył ciekawą kreację, ale mimo wszystko wolę go w "Kapitanie Phillipsie". Zaś Emma Thompson pokazuje klasę. Jest po prostu cudowna, ale niczego innego się po niej nie spodziewałem.

John Lee Hancock był dla mnie do tej pory przede wszystkim scenarzystą dwóch moich ulubionych filmów Eastwooda ("Doskonały świat" i "Północ w ogrodzie dobra i zła"). Teraz udowodnił, że jest też dobry reżyserem.

Ocena: 10

Ps. Na seans radzę wybierać się z wodoodpornym makijażem. Po sali aż echem rozchodziło się pochlipywanie widzów.

Cottage Country (2013)

Tyler Labine najwyraźniej uznał krwawe komedie za swoją specjalność. I w sumie dobrze, bo ten gatunek do niego pasuje. Niestety w przypadku "Wiejskiej idylli" skończyło się na pomyśle. Całość jest o wiele słabsza od "Porąbanych".


"Wiejska idylla" to przestroga dla wszystkich facetów, którym marzy się założenie rodziny z kobietą o wiele za atrakcyjną dla nich. Film pokazuje, że takie marzenia mogą się spełnić, ale niestety ujawnia też cenę, jaką trzeba za to zapłacić. I jak się okazuje nie jest to niska cena. Piękna kobieta u boku to droga inwestycja, a w przypadku głównego bohatera "Wiejskiej idylli" również krwawa. Kiedy wyznaje ukochanej, że przypadkowo zabił podczas kłótni brata, na pewno nie spodziewał się tak pragmatycznej reakcji. A już z całą pewnością nie tego, że to już za jej sprawą będą ginęły kolejne osoby.

"Wiejska idylla" naigrywa się z "Makbeta", ale poza może dwiema zabawnymi scenami i jednym świetnym one-linerem, który idealnie pasowałby do starej "Pamięci absolutnej", robi to dość nieudolnie. Pomysł świetny, ale humoru i dynamiki w tym niewiele. Mina skrzywdzonego szczeniaka, jaką prezentuje Labine daleko nie jest w stanie pociągnąć całość. Zaś Lucy Punch zbyt szybko schodzi ze sceny, by jej zagraniczny akcent był w stanie naprawdę rozbawić.

Ocena: 5

12 Years a Slave (2013)

Serio? "Zniewolony" dostawał owacje na stojąco? Owszem, to film dobry, a chwilami bardzo dobry, na poziomie "Wstydu", ale bez przesady. Choć z drugiej strony, być może nie da się w przypadku tego filmu uciec od kontekstu. Dla Amerykanów musi być to naprawdę mocne przeżycie. McQueen nie wygładza rzeczywistości, jest brutalny i szczery, jak to tylko on potrafi. W czasach, kiedy prezydentem jest Afroamerykanin, a prawa obywatelskie znów są gorącym tematem (choć dotyczą innej grupy ludzi), obraz niewolnictwa w Ameryce musi wstrząsać.


Niestety, ja Amerykaninem nie jestem i ten kontekst nie robi na mnie wrażenia. Dla mnie "Zniewolony" okazał się rozczarowaniem. Jest to dość standardowa opowieść o niewolnictwie. Wszystkie obowiązkowe sceny i przewidywalny wianuszek bohaterów został uwzględniony. Wkładem McQueena było nadanie życia, mięcha, krwi i potu tam, gdzie inni twórcy staraliby się delikatniej obchodzić z tematem.

Niestety nie odnalazłem w tym filmie głębszego sensu. To jest po prostu relacja jednego człowieka, i to farciarza jakich mało (nawet jeśli na uśmiech losu musiał czekać 12 lat). I to mi właśnie przeszkadzało. To, że mimo wszystko jest to historia optymistyczna, a takich (co przyznaje sam reżyser w napisach końcowych) było w owych czasach bardzo niewiele. W filmie nie pojawia się żadne uzasadnienie wyboru akurat tego bohatera. Nie wyszedłem też z seansu z żadną głębszą refleksją.

Największą irytację wzbudził jednak we mnie Hans Zimmer. Jego angaż to tak naprawdę jedyny błąd McQueena. Nie usłyszałem w tym filmie ani jednej nowej kompozycji. Motyw przewodni jest niczym innym, jak przeróbką "Time" z "Incepcji" (a przecież nawet "Time" było już utworem recyclingowym). Połączenie "Incepcji" z historią o rozgrywającą się w połowie XIX wieku było surrealistycznym przeżyciem i to wcale nie w pozytywnym znaczeniu.

Za to "Zniewolony" jest świetnie zagrany. Owszem Brad Pitt jest tu piątym kołem u wozu, ale ponieważ jest producentem filmu, więc ma pewne prawa.Nie zrobił też na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia występujący w głównej roli Ejifor, ale gra on na tyle dobrze, że zrozumiem, jeśli będzie obsypywany nominacjami. Za to już Lupita Nyong'o była po prostu świetna, mocna, zagrana z werwą i pasją kreacja, której łatwo nie da się zapomnieć. Klasą samą w sobie jest zaś Michael Fassbender. Nie wiem, co też McQueen z nim robi, ale potrafi z niego wydobyć niesamowite rzeczy. Fassbender powinien u niego grać za darmo albo jeszcze mu płacić. Jego wynagrodzeniem jest to, że spełnia się jako aktor. Jego Edwin Epps to postać fascynująca i skomplikowana, przedziwna mieszanka siły i słabości. W jednej chwili czuć wobec niego litość i współczucie, a minutę później budzi odrazę i pogardę. Fassbender w każdej sekundzie jest po prostu bezbłędny. I jeśli komuś będę kibicował z tego filmu w walce o Oscara, to właśnie jemu.

Ocena: 7

piątek, 29 listopada 2013

Кругови (2013)

Kamień rzucony do jeziora wywołuje na tafli kręgi, które rozchodzą się po powierzchni wody jeszcze długo po tym, jak sam kamień opadł na dno. Tak samo jest z odebranym życiem. Wiele lat później ci, których to zdarzenie dotknęło wciąż, niczym kręgi na wodzie pozostają uwięzieni przez to wydarzenie.


"Kręgi" to opowieść o cenie jaką płaci się stając w obronie życia. Ale nie chodzi tu o cenę, jaką zapłacił Marko – młody serbski żołnierz, który będąc na przepustce stanął w obronie muzułmanina, którego maltretowała trójka innych serbskich żołnierzy. Nie, w "Kręgach" widzimy, jaką cenę płacą inni: ten, którego życie okupione zostało śmiercią Marko; ten, który zainkasował zapłatę; ten, który był niemym świadkiem oraz ci, którzy zostali z pustką w sercu.

Dziesięć lat po znakomitym "Sto na sto" Srdan Golubović znów opowiada o konsekwencjach wojny na Bałkanach. W przeciwieństwie do innych twórców z tego regionu, jego opowieści są skromne i ciche. Nie epatują grozą, ale przez to są równie wymowne. Jego cisza wybrzmiewa bólem równie głośno, co wywrzeszczane szokującymi obrazami traumy innych. Nie jest też aż tak łzawy, co twórcy zagraniczni (najlepszy przykład: "Powtórnie narodzony"). Choć chwilami ma skłonność do nadmiernego sentymentalizmu. W "Kręgach" daje się to we znaki w ostatniej scenie, kiedy to los Marko – który przecież jest oczywisty – musi zostać pokazany, jakby reżyser fizycznie nie czuł się na siłach pozostawić to niedomówienie. A przecież chwilę wcześniej udowadnia, że potrafi pracować bez słów, w jednej z najlepszych scen filmu rozgrywającej się w szpitalu, gdzie wszystko, czego potrzeba, to jedna mała łza.

Ocena: 7

Goltzius and the Pelican Company (2012)

Hendrik Goltzius to postać związana z twórczością Greenawaya od wielu, wielu lat. Jego ryciny pojawiły się w "Księgach Prospera". Wspomina go też w moich ulubionych "Tulse Luper Suitcases" (zresztą to ponoć Luper jest "autorem scenariusza, który miał ponoć "napisać" w Moskwie w 1950 roku). Nic więc dziwnego, że w końcu poświęcił mu cały film. Mam jednak wrażenie, że zbyt długo zwlekał z tą opowieścią. W rezultacie rzecz straciła pazur, pozostając piękną i na swój sposób nawet bardzo fascynującą błyskotką.


Na pierwszy rzut oka "Goltzius and the Pelican Company" wydaje się typowym filmem Greenawaya. Do jego konstrukcji posłużyły bowiem ulubione obsesje reżysera: ciało, malarstwo, teatr, słowo. I w warstwie czysto wizualnej film robi imponujące wrażenie. Jednak w tym filmie cielesność potraktowana została jednobiegunowo. Greenaway skoncentrował się na seksie, zaś śmiertelność i rozkład przemykają na odległym planie. I ten brak wyraźnie daje się we znaki. Grzech cielesny, choć fascynuje, sprawia wrażenie zasłony dymnej. Jakby starzejący się Greenaway nie miał już tej odwagi, co 20 lat temu, by wprost brać się za bary z nieuchronnością śmierci. Co więcej, wiedza, która tak sprytnie była przemycana jeszcze w "Pillow Book", tu sprowadzona zostaje do intelektualizacji, mechanizmu obronnego budującą bufor między życiem a śmiercią.

W rezultacie tego "Goltzius and the Pelican Company" jest jednym z najbardziej interesujących wykładów o sztuce, jakie było mi dane obejrzeć w ostatnich latach. Jednak film jest dokładnie taki, jakim opisuje słynną, ikonotwórczą rycinę Adama i Ewy: "zaskakująco chłodną". Mimo całej tej nagości i tematyki, zmysłowości jest tu tyle, co kot napłakał.

Za to fantastyczny jest sam pomysł, który – gdyby religijni fundamentaliści interesowali się naprawdę sztuką, a nie tylko głośnymi tytułami – wywołałby powszechne oburzenie wiernych. "Biblia", za sprawą przypomnianych pięciu historii starotestamentowych i jednej z Nowego Testamentu, jawi się tu jako księga samych perwersji. Dostaje się mocno też samemu Bogu. Greenaway wychodząc z przypowieści zawartych w Piśmie Świętym, sprytnie zadaje niewygodne pytania, które w oczach wiernych muszą brzmieć bluźnierczo i na które nigdy z własnej woli nie odpowiedzią inaczej niźli wyuczoną na katechezie czy kazaniu formułką.

Świetna jest też pointa: przypowieści ze Starego Testamentu nie miały być czytane dosłownie, lecz są metaforami, Nowy Testament stanowi transgresję – odczytane dosłownie czynią rzeczywistość krwawą rzeźnią.

Ocena: 6

Ps. Chwilami miałem problem ze skupieniem się. Ramsey Nasr za bardzo przypominał mi Sheldona z "Teorii wielkiego podrywu". To budziło dziwaczny dysonans.

czwartek, 28 listopada 2013

Last Vegas (2013)

"Last Vegas" jak na dłoni pokazuje, że Hollywood panicznie boi się starości. Twórcy "Last Vegas" próbują ją oswoić. Ubierają ją w modne szaty kumpelskich zwariowanych komedii. A ponieważ najlepszą obroną jest atak, więc 90% dowcipów oparli wyłącznie na podeszłym wieku, jakby po 70-tce inne cechy charakteru traciły na znaczeniu (poza jedną cechą charakterystyczną, która zastępuje imię i wydaje się łatwiejsza do zapamiętania). Rezultat jest łatwy do przewidzenia.


"Last Vegas" to kompletnie sflaczałe "Kac Vegas". Nie ma tu ognia, dynamiki, a nawet autentycznego humoru. Z czwórką głównych bohaterów twórcy obchodzą się w rękawiczkach, jakby to były zgniłe jaja, które w każdej chwili mogą się roztrzaskać. Niby próbują wpompować rubaszny humor, ale ponieważ niechybnie rzecz aż prosi się o porównanie czy to z "Kac Vegas" czy to z "Druhnami" czy z "Projekt X", to za każdym razem kończy się to zawodem. Owszem, jest tu kilka nawet zabawnych scen. Ale wydają się one raczej wypadkiem przy pracy, niż zamierzonym efektem.

W rzeczywistości harce emerytów w Las Vegas budziły u mnie coś pomiędzy zażenowaniem a znudzeniem. Podobał mi się pomysł na opowieść o najlepszych przyjaciołach i poświęceniu, ale niestety w filmie sprowadzony został on do jednej wzruszającej sceny i tyle. Na plus zaliczam też Michaela Douglasa. Niespodziewanie zagrał on tu bardzo dobrze, z łatwością przyćmiewając całą resztę obsady. Rak najwyraźniej w jego przypadku okazał się zbawienny. Douglas zachowuje się tak, jakby dostał zastrzyk talentu i teraz nawet w gniotach nie potrafi nie być świetny.

Ocena: 5

środa, 27 listopada 2013

Kvinden i buret (2013)

"Kobietę w klatce" trudno jest traktować z pełną powagą. Nie wiem, jak to jest w książce, ale filmy robi wrażenie, jakby był delikatną parodią skandynawskich kryminałów. Wszystko jest tu wyjęte z katalogu najpopularniejszych kryminałów tamtego regionu. Począwszy od bohatera, który ma problemy w nawiązywaniu relacji, przez szefów, którzy robią wszystko, by utrudnić mu życie, po tak skomplikowaną intrygę, że aż banalną. Jednak w przeciwieństwie do typowego kryminału, każdy z tych elementów został wypaczony, jakbyśmy widzieli go w krzywym zwierciadle. Ta "deformacja" nie jest na tyle wyrazista, by można było "Kobietę w klatce" uznać za produkcję campową, ale sprawia, że wszystko zostaje przesłonięte niezbyt gęstymi oparami absurdu. Stąd też łatwiej przychodziło mi podczas seansu śmiać się niż emocjonować historią rozgrywającą na ekranie.


Film ogląda się dość dobrze, ale jak dla mnie to skrzywienie konstrukcyjne jest zbyt delikatne. I nie mam wcale pewności, czy rzeczywiście ma to być parodia, czy może całość jest po prostu tak źle napisana, że wydaje mi się zabawna. Mam nadzieję, że chodzi o to pierwsze, ale w takim przypadku ja wolę rzeczy o wiele bardziej wyraziste. Jak choćby genialny "Detektyw Cloth".

Ocena: 5

poniedziałek, 25 listopada 2013

Enough Said (2013)

Jest coś niezwykle ujmującego w historii dwójki osób po przejściach, którzy odnajdują miłość. Ale ponieważ są po przejściach (oboje mają za sobą nieudane małżeństwa), nowy związek budzi w nich strach. Pragnienie bycia walczy o lepsze z pragnieniem zapewnienia sobie bezpieczeństwa przed ponownym zranieniem. "Ani słowa więcej" to opowieść o tym, jak trudno jest powiedzieć drugiej osobie, że ją się kocha, że się za nią tęskni, że jej obecność budzi lęk, że jej brak budzi strach.


Nicole Holofcener znakomicie potrafiła uchwycić te ludzkie utrapienia. Napisany przez nią scenariusz, choć jest typowym produktem amerykańskiego kina niezależnego, jest jednym z najlepszych w tym roku. Ma znakomite dialogi pełne ciepłego humoru i sporej dawki skrępowania. Do tego dobrała sobie doskonałą obsadę. O Keener i Collette można było być spokojnym. Obie panie takie role są w stanie zagrać przez sen i wypaść w nich doskonale. Jestem jednak pod wielkim wrażeniem Louis-Dreyfus i Gandolfiniego. Jest między nimi prawdziwa chemia, dzięki której całość robi tak pozytywne wrażenie.

Ocena: 8

niedziela, 24 listopada 2013

4:44 Last Day on Earth (2011)

Auć. To zabolało. Abel Ferrara może sobie podać rękę z Jerzym Skolimowskim i Lechem Majewskim. "4:44. Ostatni dzień na Ziemi" to pretensjonalny gniot o podobnym poziomie wzdęcia artystycznego, co "Essential Killing" i "Młyn i krzyż".


Ferrara spróbował stworzyć film kontemplacyjny o końcu życia na Ziemi. Udowodnił jednak tylko tyle, że nie jest w stanie opowiedzieć o tym w sposób wyrazisty, bez popadania w patos."4:44" to rzecz chaotyczna, w której aż roi się od błędnych decyzji. Przede wszystkim sama katastrofa jest już słabym pomysłem. Robi się bowiem z filmu kino propagandowe wspierające zielonych i Ala Gore'a. Równie mało udanym pomysłem było wplecenie w narrację autentycznych wypowiedzi różnych osób oraz dodanie zdjęć archiwalnych z masowych uroczystości. Za dużo tego wszystkiego, ze zbyt wielu źródeł. Wydaje mi się, że gdyby reżyser zostawił tylko te zdjęcia, które bezpośrednio dotykają różnych sposobów radzenia sobie przez ludzkość ze sprawami ostatecznymi, film wiele by zyskał. No i na koniec dwójka bohaterów i to, co się miedzy nimi dzieje. O rany: to było jak rzecz z najgorszej polskiej produkcji. Ferrara przegiął na całej linii. Kilka drobnostek tu i tam nie są w stanie naprawić tego, co zaszwankowało w samej istocie filmu.

Wielka szkoda. Liczyłem, że może to być ciekawe uzupełnienie artystycznych wizji katastroficznych jak "Ostatnia miłość na Ziemi" czy "Melancholia". Tak jednak nie jest.

Ocena: 3

Last Hours in Suburbia (2012)

"Pamięć Grace" to kino o głęboko chrześcijańskich korzeniach. Opowiada bowiem o sensie pokuty (kary). Ma ona, zdaniem twórców, rację bytu tylko i wyłącznie w sytuacji świadomości popełnionego grzechu. Bowiem kara/pokuta nie jest jedynie konsekwencją złego postępku, ale również ostatnią fazą procesu wydobywania się z grzechu (na który składa się też jego wyznanie i zadośćuczynienie), zamknięciem dającym możliwość nowego otwarcia, nowych narodzin.


Grace jest nastolatką, która spędza swój ostatni dzień na wolności. Kilka miesięcy temu prowadząc po pijanemu samochód doprowadziła do wypadku, w którym zginęła jej najlepsza przyjaciółka. A przynajmniej tak wynika z zebranych dowodów, bo dziewczyna nic z feralnej nocy nie pamięta. Przyjęła jednak ugodę z prokuraturą, na mocy której została skazana na dwa lata pozbawienia wolności. Czuje się winna i karę postrzega jako źródło cierpienia, na które w pełni zasłużyła. Ale czy na pewno? I za co konkretnie? Ostatniego dnia na wolności dostanie szansę, by wszystko sobie przypomnieć.

"Pamięć Grace" to świetny pomysł. Niestety pod względem realizacji pozostawia wiele do życzenia. Aktorstwo jest w najlepszym razie przeciętne, w najgorszym trąci totalną amatorszczyzną. Zresztą cała ta produkcja wygląda, jakby nie była do końca profesjonalna. Ma to swój urok, twórcy nadrabiają entuzjazmem, ale pewnych rzeczy nie da się zamarkować i braki niestety widać. Nawet jak na standardy produkcji telewizyjnych wypada dość słabo.

Ocena: 5

Manuale d'am3re (2011)

Włosi mają chyba jakieś dziwne pojęcie o miłości. Przynajmniej ci, którzy odpowiadali za powstanie trzeciej części "Manuale d'amore". Z trzech nowelek składających się na całość wyłania się dość ponury obraz miłości, której bliżej jest do szaleństwa niż do czegokolwiek innego. Wprost powiedziane zostało to w drugiej historyjce, w której wariatka sprawiła, że chwilowo rozum stracił też szanowany dziennikarz. W pierwszej nowelce ten sam morał został ukazany nieco łagodniej, jako chwilowe upojenie. Ale obie są dość ponure i pokazują "miłość" jako siłę gorzką i niszczycielską.


Na tym tle trzecia nowelka z pozoru wydaje się nie pasować do całości. Tym razem zakochanie kończy się pozytywnie. Ale trudno nie uznać miłości za nagrodę pocieszenia za lata wyrzeczeń. Główny bohater najpierw musiał otrzeć się o śmierć i trzy lata czekać na nowe serce, a potem jeszcze sześć lat spędzić w dobrowolnym celibacie, by Amor w końcu dał mu spokój i zesłał ponętne ciało do kochania. Tak patrząc ta nowelka idealnie pasuje do pozostałych, bo i w niej miłość jest siłą sadystyczną.

Po film sięgnąłem wyłącznie ze względu na Bellucci i De Niro mówiącego po włosku. I przynajmniej ta nowelka mnie nie rozczarowała. Z trzech okazała się najciekawsza. Najgorzej wypadła pierwsza, która wydała mi się bardzo dziurawa. Jest w niej za dużo wątków pobocznych, które bardziej mnie zainteresowały od głównej historii.

Ocena: 5

Goon (2011)

"Zabijaka" ma niby być komedią. Ale mnie nie wydała się specjalnie zabawna. Gdyby nie postać Baruchela i komentatora sportowego w ogóle nie zorientowałbym się, że jest to komedia. Dla mnie jest to raczej dramat opowiedziany w lekkiej tonacji. Dramat o współczesnych rycerzach.


Doug jest bestią o łagodnym usposobieniu. Nie jest zbyt bystry, ale za to ma szlachetne serce, jest otwarty na świat, lojalny aż do przesady. Ma też wielki talent do mordobicia. Talent ten zostanie skrzętnie wykorzystany przez hokejową drużynę. Doug może wielkim graczem nie jest, ale za to z zadania, jakie zostało na niego nałożone, wywiązuje się z pasją i solidnością, jakiej trener nie może wykrzesać z reszty zawodników.

Walki na lodowisku wyglądają brutalnie, są krwawe i często kończą się kontuzjami (zazwyczaj drobnymi). Jednak "Zabijaka" przekonuje, że nie jest to przemoc bezmyślna. Doug i jemu podobni hokeiści są współczesnymi rycerzami, którzy rządzą się własnym kodeksem honorowym, a między walkami są wobec siebie uprzejmi, niczym towarzysze broni. Co więcej, mięśnie i pięści są narzędziem walki, ale to nie one prowadzą do zwycięstwa. To bierze się z czystości intencji, pasji, lojalności i zdolności do poświęcenia dla drużyny. Doug swoim podejściem do świata w końcu porywa zespół do zmiany, a nie tym, że potrafi przeciwnika znokautować.

Ocena: 6

Obława (2012)

Lubimy myśleć, że wojny wybuchają w imię wyższych racji: dla dobra (lub potęgi, co w propagandzie znaczy to samo) narodu, za wolność, demokrację, braterstwo. Jednak w rzeczywistości wojna jest kotłem, w którym destylowane są ludzkie charaktery. A przede wszystkim wojna jest łatwym pretekstem do podjęcia działań, które nie mają moralnego uzasadnienia.


W "Obławie" nie ma czystych postaci. Wszyscy są wymazani brudem egoistycznych motywów, których rezultatem jest śmierć w annałach historii wpisana na listę ofiar wojennej zawieruchy. Każdy z czwórki bohaterów ma racjonalne uzasadnienie swojego postępowania: Wydra walczy z kolaborantami, Henryk chce dobra swojego i swojej żony, ta ma dość jego traktowania i zdrady, a Pestka zrobi wszystko w obronie swojej siostry. Ale racjonalne uzasadnienie nie oznacza uzasadnienia właściwego, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki tego pragnęliby bohaterowie. Ich racje są bowiem racjami jednostkowymi, pozostającymi w sprzeczności z pragnieniami innych. Na tym tle rodzi się konflikt, którego rezultatem jest przemoc i krew. Lecz ponieważ wszystko to okrywa noc wojny, ich krzyk i dramat pozostaje niemy.

"Obława" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, że o wojnie można w Polsce nakręcić podobny film. Tymczasem obraz Krzyształowicza ma nie tylko ciekawy pomysł formalny, ale cztery wyraziste postaci. Po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłem w polskim kinie ludzi, a nie personifikacje idei. Z tego też powodu bardzo chciałem polubić film, ale koniec końców okazało się, że nie wszystko się reżyserowi udało. Narracja nie potrafiła przykuć mojej uwagi i chwilami łapałem się na tym, że myślami błądzę daleko od tego, co dzieje się na ekranie. Trochę szkoda, ale mimo wszystko reżyser ma ode mnie wielkie brawa.

Ocena: 6

piątek, 22 listopada 2013

Venuto al mondo (2012)

Takich filmów nie powinno się pokazywać jesienią. Aura sprzyja depresji, a tu Sergio Castellitto dobija nas historią o ludzkich przywarach, tchórzostwie, źle ulokowanych uczuciach.


"Powtórnie narodzony" przekonuje, że świat jest miejscem, w którym rządzi ból i poczucie winy. Życie ludzkie budowane jest na błędach i niespełnieniu. Człowiek dźwiga ten bagaż, aż w którymś momencie nie wytrzymuje i pada pod jego ciężarem. Miłość nie wszystko zwycięża. Najbardziej lojalny jest ból i wstyd. Możemy być pewni, że nigdy nas nie opuszczą. Dramatem człowieka okazuje się też organiczna niemożność cieszenia się drobnostkami. Zawsze jest pragnienie posiadania czegoś więcej, sięgania po to, co nie jest nam dane i w pędzie po to istota ludzka jest zdolna do niezwykłych czynów. Ale co z tego, kiedy czyny te jedynie zwielokrotniają ból.

Na film wybrałem się pamiętając, jak świetnie udała się poprzednia współpraca Castellitto z Cruz. Niestety "Powtórnie narodzony" nie jest powtórką z "Namiętności", choć przecież porusza podobną tematykę skomplikowanych relacji międzyludzkich. Tym razem jednak konstrukcja filmu nie jest zbyt udana. Całość jest zbyt sztuczna, przesadnie stylizowana, ale za mało, by uznać to za coś organicznie niezbędnego narracji. Chwilami ma bardzo piękne zdjęcia, ale znów, wydaje się, że jest to piękno dla samego piękna, ignorujące wymagania opowieści, jak reżyser snuje. Dlatego też przez cały seans coś mnie uwierało, nie pozwalało cieszyć się przygotowaną filmową ucztą.

Ocena: 6

czwartek, 21 listopada 2013

Ti presento un amico (2010)

Marco Ferretti to mężczyzna idealny. Jest przystojny, szarmancki, ma dobrą pracę i potrafi prawić komplementy. O spotkaniu takiego mężczyzny marzy każda kobieta. Nie, żeby z nim być, ale żeby dzięki niemu dowartościować się i zdobyć się na odwagę wzięcia życie we własne ręce. Bo Marco to taki ludzki odpowiednik Kupidyna. Za jego sprawą pary, którym grozi rozpad mogą w końcu być ze sobą. W tym wszystkim brak jest jednak miejsca dla jego szczęścia. Biedak pozostaje samotny, mogąc liczyć co najwyżej na szybki numerek, choć częściej tylko na parę skradzionych pocałunków.


Biedny jest też Raoul Bova. Lubię go, ale chłop powinien zacząć czytać scenariusze ZANIM zdecyduje się w nich grać. "Poznaj mojego przyjaciela" to gniot pełną gębą. Ma być komedią, ale bazuje na stereotypach, przez co wcale nie jest zabawny, a miejscami jest po prostu żenująco prostacki. Film przypomina trochę komedię z Dane'em Cookiem "Facet pełen uroku", ale Cook przynajmniej na całego się zabawiał, nie to co świętoszkowaty Bova.

Jak na komedię jest też bardzo słaby w warstwie dialogowej. Ma tak naprawdę jeden niezły tekst:

Mówiłaś, że kochasz tylko mnie.
To było przed kryzysem.

Niestety pada on na początku filmu, więc potem poziom pozytywnego myślenia leciał u mnie w dół na łeb na szyję.

Ocena: 3

środa, 20 listopada 2013

Aningaaq (2013)

Jest w "Grawitacji" taka scena, w której osamotniona bohaterka próbuje nawiązać z kimkolwiek łączność radiową. I przez chwilę jej się to udaje. Co prawda jej rozmówca jest na Ziemi, nie mówi po angielsku, a ich kontakt jest bardzo ulotny, ale w filmie jest to ważna chwila. Teraz możemy ją zobaczyć z drugiej strony.


"Aningaaq" rozgrywa się na dalekiej północy. Pod wieloma względami jest to świat podobny do kosmosu, jaki poznała bohaterka "Grawitacji". Jest skrajnie nieprzyjazny dla ludzi, surowy, piękny, okrutny. Z tej perspektywy jeszcze lepiej widać, że tak naprawdę nie nawiązany został kontakt. Jedno nie rozumie drugiego, nie wiedzą, o czym rozmawiają, nie potrafią pojąć swoich mniejszych i większych dramatów. A jednocześnie więź pomiędzy nimi jest wręcz namacalna. To więź umykająca słowom, pozostająca poza sferą logosu. Ta więź ma atawistyczny charakter, to rozpoznanie drugiej istoty rozumnej, współbrata w egzystencji. I samo w sobie to rozpoznanie jest istotne, nadaje sens nam samym i tym, z którymi nawiązaliśmy kontakt. Ta więź nie ma praktycznego zastosowania. Kiedy los upomni się o swoje, machnie się na nią ręką, zapomni w walce o przetrwanie. Póki jednak trwa, jest w tym magia, jest w tym prawda o życiu, prawda, której nigdy nie da się wypowiedzieć.

Ciekawe uzupełnienie do "Grawitacji".

Ocena: 7

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rush (2013)

"Wyścig" jest jak sport, o którym opowiada: zamknięty w bardzo sztywnych ramach zasad, które stara się wypełnić dynamicznymi atrakcjami. I dla fana Formuły 1 będzie to oczywiście wielka zaleta. Ja jednak nigdy specjalnie za tym sportem nie przepadałem (choć i tak uważam go za bardziej sensowny od żużla), więc oczekiwałem czegoś więcej niż próby odtworzenia wrażeń i emocji związanych z wyścigiem. A tego niestety tu nie ma.


Obraz Rona Howarda przywodzi mi na myśl "Grawitację". I tu i tu nacisk położony jest na stronę wizualną/techniczną filmu, zaś fabuła jest pretekstowa. Niestety dla Howarda, mnie bardziej oczarował kosmos od bolidów F1. Niemniej jednak uważam, że "Wyścig" jest absolutnym arcydziełem pod względem montażu. Różne "materiały" filmowe zostały tutaj bezbłędnie zszyte w jedną płynną tkaninę. Rzecz jest widowiskowa i dynamiczna, pulsuje w rytm pracy setek koni mechanicznych.

Sprawność techniczna nie jest jednak w stanie w pełni zamaskować kolejnej przeciętnej opowieści Petera Morgana. O sporcie pisze on na jedno kopyto, korzystając z banałów, które przy kimś mniej sprawnym technicznie od Howarda uczyniłby z "Wyścigu" gniot jak się patrzy. Wszystko jest tu płytkie, przewidywalne, wręcz irytująco wtórne. Jak tak zwana rywalizacja dwójki bohaterów, obowiązkowe sceny zaniepokojonych fanów/bliskich, slow-motion w czasie deszczu (jeden z najbardziej kiczowatych chwytów, jaki można sobie wyobrazić). Całość sprawia wrażenie, jakby Morgan przekopiował scenariusz "Przeklętej ligi" podmieniając piłkę nożną na Formułę 1, a zamiast Clougha dając Laudę. W sumie to nie powinienem narzekać. Dobrze, że wybrał akurat ten scenariusz. Mógł przecież wzorować się na "360". Nawet nie chcę myśleć, co w tedy wyszłoby za "cudo".

Nie podzielam też zachwytów nad obsadą. Gra Hemswortha jest drewniana i tylko w jednej scenie pokazał coś więcej. Jest jednak i tak lepszy od Brühla, którego podstawowym zadaniem było chyba nauczenie się angielskiego z austriackim akcentem. Z całego filmu najlepiej zapamiętam Wilde, ale ze względu na to, jak wygląda, a nie to, jak gra.

Ocena: 6

ねこぢる草 (2001)

Przedziwna animacja. Choć ma już ponad 10 lat, to nic a nic się nie zestarzała. Pewnie dlatego, że podejmuje uniwersalne tematy życia i śmierci.


"Kocia zupa" to opowieść surrealistyczna o okrucieństwie egzystencji w świecie, który jest oparty na sadyzmie i samolubstwie. Bo choć główny bohater "ratuje" swoją siostrę i się o nią troszczy, to w wielu momentach ignoruje jej stan ducha kompletnie. Przemoc przybiera tu bardzo fantazyjne formy, stając się jedyną rzeczywistą rozrywką. W ten sposób film jest bardzo nihilistyczną przypowieścią, w której nawet nadzieja okazuje się gorzką mazią trudną do przełknięcia.

Film zapewne robiłby na mnie większe wrażenie, gdyby był krótszy. W swojej ostatecznej formie niestety w pewnym momencie zaczął mnie męczyć.

Ocena: 6

niedziela, 17 listopada 2013

Una pistola en cada mano (2012)

Dzień niezręcznych rozmów. Gay znów opowiada o mężczyznach. Tym razem są już dojrzali, po przejściach. Wydawać by się mogło, że bogaci w życiowe doświadczenie są w końcu zdolni stanąć pewnie na swoich nogach. Ale nic bardziej błędnego. Ten film złożony jest z serii spotkań i rozmów. Każda z nich ujawnia kompleksy, lęki, problemy, wady. A przede wszystkim niezręczność, jaka nieuchronnie pojawia się w relacji z drugą osobą. Rodzi ją niemożność powiedzenia tego, co chciałoby się powiedzieć lub też zbytnie odsłonięcie siebie w najmniej odpowiednim momencie, co prowadzi do zranienia.


"Wieczni kowboje" to kino bardzo teatralne. Może nawet za bardzo. Ale każde ze spotkań rozpatrywane z osoba jest świetne. Znakomita obsada potrafiła przekształcić rozmowy w maleńkie cacuszka. Mimo że wszystkie sekwencje bazują na rozmowach, wiele rozgrywa się tu między słowami. Jak choćby w pierwszej rozmowie, gdzie do końca nie wiedziałem, kim dla siebie przed laty byli jej bohaterowie. Albo genialna spotkanie męża z kochankiem żony, kiedy ten pierwszy orientuje się, kim jest ten drugi. Świetna jest też scena z Eduardem Noriegą, który dostaje niezłą lekcję etykiety.

Problem polega na tym, że zgromadzone w jednym miejscu i czasie prowadzą do dewaluacji swoich wartości. Jako seria krótkich metraży projekt chyba sprawdziłby się lepiej. A może po prostu jestem zawiedziony, że film z obsadą moich marzeń nie jest arcydziełem?

Ocena: 6