wtorek, 29 stycznia 2013

Gangster Squad (2013)

Nie rozumiem myślenia Rubena Fleischera. Dlaczego zrobił film, który wydaje się połączeniem dwóch skrajnie różnych konwencji, niczym mysz z wyhodowanym na grzbiecie uchem?


"Gangster Squad" chwilami jest mocno podrasowane i wystylizowane, czym przypominało mi "Sky Captain" albo "Bunraku". Ale o ile tamte filmy były od początku do końca konsekwentnie stylistycznie prowadzone, o tyle tu są to wyjątki wciśnięte w bardzo standardowe scenografie. I choć hiperstylizacje są fajne, to jest ich po prostu za mało. Ich brak odczuwałem jako nudę, przez co cały film jest jazdą na kolejce górskiej: raz w górę, raz w dół.

Trochę też szkoda, że pokazano wersję przemontowaną. W końcu u nas nikt jeszcze nie urządza strzelanin w kinie, więc ta scena mogła w polskiej wersji pozostać.

Ocena: 5

Simon och ekarna (2011)

Ależ mnie ten film wynudził! A zapowiadała się tak fajna historia. Szwecja. II Wojna Światowa. Losy dwóch rodzin, które muszą zmagać się z własnymi problemami i tajemnicami i jeszcze przetrwać wojnę. Co prawda Szwecji udało się zachować neutralność, ale to wcale nie znaczy, że wojna ominęła ten kraj.


Niestety film wydaje się składać wyłącznie z rzępolenia na skrzypcach i smęcenia o tym, jaki to główny bohater jest biedny, bo rodzice chcieli uratować mu życie za wszelką cenę. Pomysł z dębem gdzieś się szybko rozpływa, stając się tylko narzędziem do podkreślenia, że Simon ma wrażliwą naturę. Wątki miłosne prowadzone są tak żałośnie nieporadnie, że aż wstyd jest na to patrzeć. Aktorzy miotają się bez ładu i składu. Wszystko jest takie chaotyczne. Nic nie przyciągnęło mojej uwagi.

Ocena: 3

niedziela, 27 stycznia 2013

The Girl (2012)

Auć, to bolało. Nie spodziewałem się, że "Dziewczyna Hitchcocka" będzie aż tak słabym filmem. Zwłaszcza, że ma wszystko, by być obrazem o klasę lepszym od "Hitchcocka".


Przede wszystkim film ma o wiele ciekawszych bohaterów. Tu Hichcock jest znacznie bardziej antypatyczną postacią, a przez to znacznie bardziej skomplikowaną psychologicznie. Jeszcze lepsza jest jego żona, która w "Hitchcocku" jest postacią bardzo sympatyczną, a tu wypada negatywnie. Jest niczym matka, która udaje, że nie wie, że ojciec molestuje córkę. Fascynująca jest również sama historia obsesji Hitchcocka.

Niestety całość jest tragicznie opowiedziana. Napięcie, emocje, wszystko to przecieka jak z durszlaka. Pozostaje pustka i świadomość, że potencjał był większy. Imelda Staunton stoi w zbyt dużym cieniu. Nie ma nawet jednej chwili, by wykazać się talentem. A szkoda, bo o ile Toby Jones okazał się Hitchcockiem równie dobrym, jeśli nie lepszym niż Anthony Hopkins, o tyle Staunton nie ma szans dorównać Helen Mirren.

Ocena: 4

Overnight (2012)


Po film sięgnąłem ze względu na Jamesa D'Arcy'ego. Ale kiedy zobaczyłem na ekranie Claudię Christian, moje zainteresowanie wzrosło dziesięciokrotnie. Niestety ma ona skromną rolę, zabawną, ale miałem nadzieję na coś więcej.


Tak naprawdę "Nocny lot" to typowa walentynkowa zapchaj dziura. Choć scena z psiakiem był zabawna, to jednak większość scen humorystycznych jest na poziomie letnim i nic ponadto. D'Arcy i Blanchard tworzyli fajną parę. LaPaglia też jest niezły. Niemniej jednak o filmie pewnie zapomnę za tydzień. Nie ma w nim nic, co wyróżniłoby go z setek podobnych produkcji.

Ocena: 5

Morgan (2012)


Kiedy film się zaczął, byłem pełen jak najgorszych przeczuć. Wszystko wskazywało na to, że czeka mnie chorobliwie ckliwa i namolna romantyczna powiastka. Obaj bohaterowie noszą piętna tragedii, ale jedna piłka wystarcza, by się zakochali. A potem jest cała seria scen pod tytułem "żyli długo i szczęśliwie". Na szczęście moje obawy nie spełniły się. Twórcy pozytywnie mnie zaskoczyli zrozumieniem, że w przypadku uczuć droga na skróty nie istniej (scena ze zwiastuna o wyparciu problemu, w filmie się nie pojawia).


I tak "Morgan" to naprawdę inteligentne kino opowiadające o trudnym procesie dochodzenia do siebie po tragedii. Morgan na początku filmu wydaje sobie radzić z własnym kalectwem zaskakująco dobrze. Dean z kolei zdaje się bezrefleksyjnie skakać z roli opiekuńczego syna do roli opiekuńczego kochanka. Wszystko jest tak idealne, że nawet w filmie romantycznym byłoby uznane za perwersję. I ta bańka iluzji musi pęknąć. Bohaterowie muszą zmierzyć się z ciążącymi na ich barkach problemami. Muszą zamknąć przeszłość i zrozumieć, że przyszłość będzie inna, ale to nie znaczy, że musi być mniej satysfakcjonujący.

Ocena byłaby wyższa, gdyby nie problem z wykonaniem. Chwilami miałem wrażenie, że twórcy za bardzo się śpieszą, poganiają wydarzenia, które muszą dojrzeć, zanim wydadzą owoce. Przypomina to trochę problem majsterkowicza, który chce zrobić dziurę w ścianie, więc niewiele myśląc spuszcza bombę atomową.

Niemniej jednak, biorąc pod uwagę moje obawy z początku seansu, film zakończyłem nastrojony pozytywnie.

Ocena: 5

Bonsái (2011)

Czasami oglądam jakiś film i za żadne skarby nie mogę zrozumieć, dlaczego chciałem go kiedyś zobaczyć. Tak jest w przypadku "Bonsái".


No dobra, historia nie jest nawet taka zła. Zostawia widza z ciekawym pytaniem na temat tego, na sztuka odzwierciedla życie, a na ile życie sztukę. Trudno przecież nie zastanawiać się, czy gdyby nie roślinka dana w prezencie, to czy Julio i Emilia byliby razem, i czy gdyby Julio nie pisał historii o chłopaku, który dowiaduje się, że jego była nie żyje, to czy Emilia dotrwałaby żywa do końca opowieści.

Jednak sam film nie przypadł mi tak do końca do gustu. Owszem, podział na rozdziały z przeskakiwaniem to 8 lat do przodu to 8 lat do tyłu był fajny. Reszta wydała mi się jak wyjęta z kserokopiarki. Widziałem to już wielokrotnie, a bohaterowie nie byli aż tak interesujący, by mnie zainteresować.

Ocena: 5

sobota, 26 stycznia 2013

Paraphernalia (2009)


"Paraphernalia" to znakomite spojrzenie na świat oczami chorego dziecka. Robot jest tu symbolem choroby, która ogranicza swobodę chłopaka. Ten jest więc nieznośny wobec robota, który ratuje mu życie, chce się od niego uwolnić.


I tu pojawia się ciekawa dychotomia. Bo kiedy patrzymy na historię przez pryzmat znaczeń symboli, reakcja chłopaka jest całkiem naturalna. Jest przecież niejako więźniem maszyny. Kiedy chce być normalnym dzieciakiem, choroba, mająca swój fizyczny wymiar w postaci maszyny, nie pozwala mu na to. Kiedy jednak zapomnieć o warstwie symbolicznej, wtedy bardziej żal jest robota, który jest lojalny i musi znosić niczym niesprowokowane napady agresji.

Świetna robota.

Ocena: 7

Logan (2012)


No i gdzie jest teraz komisja Senatu USA? Dlaczego tym razem nikt nie protestuje przeciwko torturom? Co prawda tym razem torturujący dostali więcej, niż się spodziewali, ale nic to nie zmienia. Biedak był przecież dość brutalnie torturowany.


No ale pewnie ci, których tak oburzał "Wróg numer jeden" tego filmiku nie widzieli. W końcu jest to fanowska rzecz, hołd złożony komiksowemu bohaterowi. I jak na fan-made jest to filmik całkiem fajny.

Ocena: 6

R'ha (2013)


Jak łatwo zostać zdrajcą. Wystarczy protokół motywacyjny i garść informacji, w które łatwo uwierzyć. Reszta dzieje się sama. Niby wszyscy to wiemy, ale najprostsze techniki działają najskuteczniej...


"R'ha" przypomina mi filmy SF z lat 50. Sposób animacji i wykorzystania modeli jest niemal identyczny. Ta sztuczność w innych warunkach pewnie by drażniła, ale ponieważ mam sentyment do kina klasy C, więc w sumie fajnie mi się to oglądało.

Ocena: 6

Les hommes libres (2011)


Historia to suka, jakich mało. Garściami zgarnia naiwniaków, z którymi robi co tylko zechce. A i ci, którzy są bardziej świadomi i zdają sobie sprawę, że na świecie nic nie jest proste, są jej powolni z czysto pragmatycznych powodów. "Les hommes libres" to opowieść o straszliwych czas, kiedy to jednak Francuzi, Żydzi i muzułmanie stali ramię w ramię, przeciwstawiając się faszyzmowi. Algierczycy walczyli u boku Francuzów o wolność. Muzułmanie poświęcali się, by ratować Żydów. Za kilka lat będą mordować siebie nawzajem z bezwzględnością większą, niż w czasach ruchu oporu Niemców.


Ale na tym właśnie polega przerażająca moc historii. Nikt w czasie okupacji nie wiedział, co będzie działo się za parę lat, a już nie ktoś taki jak Younes, który jest postacią fikcyjną, ale jednocześnie reprezentuje typowego emigranta z północnej Afryki, który trafił do Francji tuż przed wojną. Younes nie chce mieć nic wspólnego z walką. Ale wbrew sobie zostanie w nią wplątany. Rozdarty między egoistycznym pragnieniem przetrwania i równie egoistycznym pragnieniem bycia – we własnej ocenie – porządnym człowiekiem, będzie robił drobne kroki, aż w końcu nie będzie już odwrotu.

"Les hommes libres" to fascynujący fragment historii. Fragment, który należy do rzadziej przypominanych. Sam Tahar Rahim w wywiadzie dołączonym do filmu wspomina, że w szkole nie uczono go o wydarzeniach przypominanych w "Les hommes libres" i dopiero przygotowując się do roli poznał szczegóły. Tym bardziej film ogląda się (a przynajmniej ja oglądałem) z fascynacją. Oczywiście duża w tym zasługa gry aktorskiej. Rahim, kiedy jest dobrze poprowadzony przez reżysera, jest niesamowity. I tak właśnie jest w tym przypadku.

Ocena: 7

Be Mine (2009)


Jest mi sobie naprawdę trudno wyobrazić film gorzej zrealizowany. Amatorka wystaje niczym słoma z butów z każdej sceny. Dźwięk jest straszny, raz jest za głośno, innym razem prawie w ogóle nie można aktorów usłyszeć. Kamera w statycznych ujęciach jeszcze jakoś daje radę, ale nagłe zoomy są momentami szokującym przykładem fuszerki. Gra aktorska trzyma poziom pierwszej lekcji szkoły teatralnej.


A jednak oczarował mnie film. Swoją naiwnością i bezpretensjonalnością. "Be Mine" ma w sobie coś uroczego, co sprawia, że ignoruje się wszystkie mankamenty. Może byli to sympatyczni bohaterowie, może chodzi o samo przesłanie filmu, które jest ckliwe i romantyczne. Zupełnie wbrew sobie polubiłem wszystkie postaci, łącznie z dziwaczną Jesse piszącą nekrologi.

Ocena: 5

piątek, 25 stycznia 2013

Chroniques sexuelles d'une famille d'aujourd'hui (2012)


Filmowy seks jest jednak nudny. A przynajmniej ten pokazywany przez Barra i Arnolda. Przez pół filmu pokazują pary uprawiające seks, a ja miałem w tym czasie ochotę wcisnąć przycisk FF. Jedyne, co mnie powstrzymywało, to inwencja twórców w pokazywani aktorów tak, by nic tak naprawdę nie pokazać. Ta pomysłowość była na swój sposób fascynująca i skutecznie odwracała uwagę od pustki, jaką jest fabuła.


Tytuł filmu prawdę mówi. To rzeczywiście jest kronika seksualnych przypadków pewnej rodzin. Tyle tylko, że nic kompletnie z tego nie wynika, żaden morał, żadna obserwacja. Fabuła jest pretekstem, ale nie bardzo wiem do czego. Zdecydowanie jest to najsłabszy film Barra i Arnolda, jaki widziałem.

Ocena: 5

Castillos de cartón (2009)


Jest ich troje. Spotkali się na uczelni artystycznej. Marcos jest nieśmiały do tego stopnia, że w kontaktach z kobietami staje się impotentem. Jaimé jest mistrzem grafiki, pewnym siebie i wygadanym. Jose jest utalentowaną dziewczyną z zahamowaniami, które nie pozwalają jej przeżyć orgazmu. To ją obaj kumple wybiorą jako ostatni element swojego planu: trójkąta erotyczno-uczuciowego.


Początkowo wszystko wydaje się układać idealnie. Żyjąc iluzją, że artyści nie są normalnymi ludźmi, mamią się poczuciem wolności i swobody. Relacje wydają się ustalone, konstrukcja jest stabilna. Ale uczucia i artystyczne ambicje wymagają egoizmu, a ten prędzej czy później zagrozi iluzorycznemu szczęściu domagając się od bohaterów spojrzenia prawdzie w oczy. Marcos odsłoni bezwzględny rdzeń instynktu samozachowawczego, a Jaimé skonfrontowany zostanie ze swoją największą słabością.

Szkoda, że Salvador García Ruiz nie wykorzystał tkwiącego w filmie potencjału. Zrobił z niego nudną, telenowelową przypowiastkę, którą wyróżnia jedynie duża liczba scen nagości. Wszystko jest tu stłumione, jakby ukazane przez osmaloną szybę. Jakby sam reżyser nie do końca rozumiał skomplikowaną sieć emocjonalnych powiązań, pragnień i zazdrości, jaką zaplótł i w którą schwytał bohaterów.

Ocena: 5

środa, 23 stycznia 2013

Den skaldede frisør (2012)

Widzę, że kraje z ciepłym klimatem stały się celem Duńczyków, którzy muszą sobie na nowo ułożyć życia. W "SuperClásico" była to słoneczna Argentyna, a w "Weselu w Sorrento" są to równie piękne Włochy. W filmie Bier stają się miejscem, gdzie można w końcu sobie odpuścić, zaakceptować stratę i otworzyć się na nowe możliwości.


Ida, w porównaniu z resztą bohaterów, ma szczęście. Niby straciła pierś i nie jest pewna, jak długo pożyje, ale przynajmniej w jej przypadku strata i zmiana to procesy zachodzące w ekspresowym tempie. Gorzej mają Philip, który ze smutku zamknął się w sobie na całe lata i Benedikte, która jest tak wygłodniała uczucia, że stała się potworem pozbawionym empatii. Wszyscy bohaterowie śmieszą nieporadnością, odrzucają swoim egotyzmem, a jednak trudno im nie współczuć. Nawet tym najbardziej durnym. Oni wszyscy pragną tylko, by znalazł się ktoś, w czyich oczach będą piękni; chcą poczuć, że ktoś ich pragnie. W filmie jest to apogeum, lepiej być nie może, ale przez to właśnie napawa lękiem, ponieważ wymaga porzucenia pozorów i zaakceptowania własnej bezbronności wobec okoliczności.

"Wesele w Sorrento", może z racji tego, że akcja rozgrywa się głównie we Włoszech, przywodził mi na myśl filmy Oztepeka, tylko że z przesuniętymi akcentami. U niego oczywistym głównym bohaterem byłby Patrick, a Ida z Philipem byliby gdzieś na drugim planie. U Bier to ich historia jest najważniejsza dając nadzieję na lepsze jutro ale i przestrzegając przed całymi latami, których nie da się odzyskać.

Całość oglądało mi się nawet przyjemnie. Odetchnąłem z ulgą, że nie powtórzyła się sytuacja z "W lepszym świecie". Ale mimo wszystko, to jeszcze nie to. Po Bier spodziewam się jednak więcej.

Ocena: 6

The Collection (2012)


"The Collector" nigdy do polskich kin nie trafił. "Kolekcjoner" za to się w nich pojawia. Można by więc wnioskować, że oba filmy niewiele mają ze sobą wspólnego i że spokojnie da się obejrzeć dwójkę bez jedynki. Otóż nic bardziej mylnego.


"Kolekcjoner" jest bardzo mocno zakorzeniony w pierwszej części i to na wszystkich poziomach. Po pierwsze główny bohater jedynki jest jedną z dwóch najważniejszych postaci dwójki. Po drugie tytułowy bandzior stosuje w dwójce to samo mo co w jedynce, są oczywiste odwołania do pułapek z jedynki (które tym razem daje się uniknąć: vide tragiczny los chłopaka córki masakrowanej rodziny z jedynki i tylko aparat słuchowy w dwójce). Po trzecie w filmie są nie tylko flashbacki ale i mniej oczywiste aluzje do jedynki (jak latarka). I wreszcie bez znajomości jedynki ostatnia scena będzie wydawała się wzięta z kosmosu.(Są jeszcze psy, które w obu częściach źle kończą)

Niestety w porównaniu z jedynką nie widać u twórców żadnej poprawy. Wręcz przeciwnie, próbując postępować zgodnie z zasadą: więcej i krwawiej, przekroczyli granice absurdu. Główne ofiary kolekcjonera sprawiają wrażenie jakby były mutantami: łamią sobie ręce tylko po to, żeby lepiej nimi manipulować, przebite na wylot policzki nie trzeba nawet zszywać, wystarczy kilka plasterków. Chwilami jest tak debilnie, że wręcz zabawnie.

Ale film ma też niewielkie plusy, jak choćby pierwsza masakra w klubie. Kosiarka to efekciarski pomysł, ale się sprawdza. Koniec szalonej ulubienicy też był niezły. No i sposób na zwrócenie na siebie uwagi ludzi z zewnątrz – chyba najlepszy moment w całym filmie.

Ocena: 3

The Collector (2009)


W przerwie między szóstą a siódmą częścią "Piły" Marcus Dunstan z kumplem Patrickiem Meltonem napisał scenariusze jeszcze dwóch filmów: trzeciej części "Krwawej uczty" i pierwszej (jak się później okazało) części "Kolekcjonera". Tego pierwszego nie widziałem, ten drugi był za to lepszy od trzech z czterech "Pił", za które odpowiadali Dunstan i Melton. To o niczym nie świadczy, bo "Piły" od V do 3D były po prostu bardzo słabe.


"The Collector" ma fajny pomysł: złodziej z drania, wbrew sobie zostaje bohaterem, kiedy dom, który zamierza okraść staje się miejscem prawdziwej rzeźni. Niektóre pułapki były całkiem pomysłowe. Ale problemem filmu jest to, że twórcy nie potrafią budować napięcia. Niby wszystko robią jak należy, a jednak na poziomie reakcji czysto adrenalinowej ich chwyty nie działają. Film jest po prostu nudny, mimo wymyślnych katuszy czekających na drugoplanowych bohaterów. Co prawda główny bohater nie jest tu jeszcze niezniszczalnym mutantem, jakim okaże się w kontynuacji, ale to pomaga tylko w niewielkim stopniu. W sumie jest to typowy slasher z wypożyczalni.

Ocena: 4

Kanadyjskie sukienki (2012)


Kurcze. I co ja mam począć z tym filmem. W zależności od tego, jak spojrzeć, jest w nim albo za wiele albo za mało.


Może zacznę od pozytywów. Spodobał mi się sam pomysł fabularny. Portret toksycznej rodziny, z dokładnym prześledzeniem źródeł nieszczęść poszczególnych członków. Anna Seniuk jako kobieta zraniona, ale na tyle zaradna i egoistyczna, by złagodzić swój ból zarażając nieszczęściami swoje dzieci, to znakomita kreacja. Dzięki niej cała opowieść jest chwilami fascynującym obrazem tego, jak niszczycielskie mogą być drobiazgi. Reżyser świetnie oddaje dynamikę grupy rodzinnej. Chciałoby się powiedzieć: samo życie. Do tego szczypta absurdu, który zawsze sobie cenię (portret matki szalonej bohaterki! wokalizy na poczcie). Chwilami ma też bardzo piękne zdjęcia.

Niestety absurdu jest tu za mało, by można go było uznać za chwyt usprawiedliwiony. Kiedy reszta narracji utrzymana jest w bardzo lirycznej formie, ten absurd jest jak wyjęty z innej bajki. Sprawia raczej wrażenie przerwy reklamowej i niczego więcej. Chwilami liryzm też jest posunięty za daleko, przechodząc w łopatologię, w której nie ma nic uroczego. "Kanadyjskie sukienki" sprawiają wrażenie dzieła zrealizowanego przez osobę, która nie bardzo wierzy, że nakręci jeszcze kiedyś jakiś film, więc postanawia wykorzystać wszystkie pomysły, jakie tylko siedzą w głowie. Mnie ten miszmasz się nie podobał. Nie lubię bigosu czy to na stole czy to w kinie.

Ocena: 5

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Elliot Loves (2012)

Czy ten film miał być uroczy i optymistyczny? Jeśli tak, to do mnie zupełnie nie trafił. Mnie wydał się przygnębiający i to bardzo.


Dwójka bohaterów, Elliot i jego matka, zachowują się jak osoby chore na wściekliznę: umierają z pragnienia, a jednak nie potrafią się napić. W ich przypadku woda zastąpiona jest przez miłość. Oboje zakochują się tak szybko, że w zasadzie miłość nic w ich przypadku nie znaczy. Bo też naprawdę fakt, że kogoś kochają nie ma znaczenia. Liczy się tylko pragnienie, by samemu zostać pokochanym. Ale ponieważ rzucają się w ramiona facetów w sposób desperacki, niczym psy Pawłowa śliniące się na dźwięk dzwonka, nie mają szans na rzeczywisty związek. Stąd trudno uwierzyć w szczęśliwe zakończenie, skoro kończy się ono w momencie miesięcznicy.

Z całego filmu wyziera też bierna agresja. Niby Elliot twierdzi z offu, że rozumie matkę i że ją kocha, ale montaż scen temu przeczy, wyziera z końcówki niechęć, którą zmusza się do przepracowania tak jak wcześniej zmuszano ludzi do zakochania. Na siłę nic jednak nie da się zrobić. Nie, kiedy w grę wchodzą uczucia. Tu droga na skróty kończy się bolesnym poturbowaniem. Nie mówiąc zresztą o tym, że film w zawoalowany sposób ale jednak wskazuje palcem winnych. Morał filmu jest jasny: niedojrzałe matki mocno komplikują emocjonalne życie swoich dzieci.

Sam film niczym specjalnym się nie wyróżnia. No może poza sekwencją animowaną, która była całkiem fajna i w której namolny charakter głównego bohatera mniej raził. Fajna była też scena, kiedy mały Elliot pyskuje leniwemu gachowi matki.

Ocena: 5

niedziela, 20 stycznia 2013

Goats (2012)


Po "Goats" sięgnąłem ze względu na obsadę. Ale czasem aktorzy to za mało, by film przypadł mi do gustu. I tak jest w tym przypadku. Są po temu dwa powody.


Po pierwsze nie do końca spodobała mi się struktura filmu. Z jednej strony bohaterem jest Ellis, który po części jest też narratorem. Z drugiej strony co chwilę są wstawki z życia matki i jej mini-komuny, które nie mają bezpośredniego połączenia z tym, co dzieje się u Ellisa, i których ten nie może znać z prostego faktu swojej nieobecności. To posunięcie jest trochę nielogiczne. Ciekawe, czy tak samo było w książce.

Drugim powodem jest przesłanie, bardzo deterministyczne. W zasadzie niewiele zależy tu od bohatera. Wszystko płynie swoim tempem, a od Ellisa wymaga się jedynie tyle, by utrzymał się na powierzchni strumienia. Reszta jest nieistotna. Oczywiście to pasuje do całego tego marihuanowego wątku, czyni z filmu stonera idealnego, ale mnie to i tak nie pasowało.

Ocena: 5

piątek, 18 stycznia 2013

Django Unchained (2012)


Heh, "trylogia zemsty" – całkiem dobra nazwa na kręcenie tego samego tylko w zmienionych scenografiach. Ale choć Tarantino nie zaskakuje i nie wprowadza nic nowego, to nie oznacza to wcale, że źle się go ogląda. Wręcz przeciwnie, na poziomie czysto rozrywkowym, film oglądało mi się z nieskrywaną przyjemnością. Nadal uważam, że "Death Proof" to jego najlepszy film, ale "Django" stawiam wyżej niż chociażby "Bękarty wojny".


Film podoba mi się najbardziej wtedy, kiedy odwołuje się do stylistyki kina z przełomu lat 60./70. Podoba mi się praca kamery, faktura zdjęć (jak choćby w reminiscencjach Django) i gra aktorów, którzy jednocześnie są bardzo serio i świetnie się bawią. Pozytywnie zaskoczył mnie Samuel L. Jackson. Jeśli już ktoś zasługiwał na nominację do Oscara, to właśnie on. Waltz też jest fajny, ale gra tak, jakby dr Schultz był dziadkiem Landy. Gdyby między "Bękartami" a "Django" nie zagrał tej samej roli w trzech innych filmach, pewnie ceniłbym ją bardziej.

Owszem film jest trochę nierówny i przydługi. Problemem jest potrzeba Tarantino popisywania się przed widzami. Przez to trochę niepotrzebnie miesza w filmie i wrzuca do niego elementy, bez których "Django" spokojnie mogłoby się obyć.

Osobną kwestią jest soundtrack. Tym razem Tarantino dopieścił muzykę. Piosenki reprezentują bardzo różne style, a jednak nie gryzą się, bezproblemowo wkomponowując się w obraz. Kto by pomyślał, że przekonam się z powrotem do Ennio Morricone, który jak dla mnie jest zbyt płodny i w końcu miałem go dość. Ale "The Braying Mule" jest cudowne. Cały soundtrack to lektura absolutnie obowiązkowa.


Ocena: 8

środa, 16 stycznia 2013

Lincoln (2012)


Tego się niestety obawiałem. Te wszystkie nominacje, jakim obsypany został "Lincoln" nie są wcale miarą wielkości obrazu, lecz patosu, jakim Spielberg nasycił swój film. Gdyby to był alkohol, wychodząc z kina widzowie przekroczyliby śmiertelny poziom promili.


"Lincoln" to obraz monumentalny i Spielberg nie pozwoli nam o tym zapomnieć ani na chwilę. Sceny są rozwleczone, byśmy mieli pełną świadomość celebrowania doniosłości chwili. Fabuła rozpisana został podług wzorca, który już w czasach Szekspira uznawano za klasyczny. Każda z postaci musi mieć przynajmniej jeden bombastyczny monolog. Większość z nich jest rewelacyjnych, ale w tej dawce działały na mnie jak efekty specjalne w "Transformers 2" – po pewnym czasie poczułem przesyt i zaczęły mi być zupełnie obojętne.

Chwilami film jest genialny. Kilka scen wartych jest lepszego dzieła. Niestety są też momenty tak sztywne, że przy nich zwłoki ze stężeniem pośmiertnym wydają się wzorem elastyczności. Spokojnie można byłoby też odchudzić film o 30 minut, jeśli nie więcej.

Daniel Day-Lewis jest niestety świetny. Piszę: "niestety", bo to jest po prostu nudne. Może dlatego mnie bardziej spodobał się Tommy Lee Jones, którego aktorskie dokonania są znacznie bardziej niejednorodne. Zdjęcia jak zwykle perfekcyjne, ale jak cała reszta filmu zbyt oczywiste. "Lincoln" to kino przestarzałe, zrobione z rozmachem i dopracowane do ostatniego szczegółu, ale coraz wyraźniej widać, że Spielberg zostaje w tyle. Wybrał zachowawczą, acz skuteczną metodę, zamiast zaryzykować i pokazać nam coś nowego.

Ocena: 5

Ps. Najzabawniejsza dla mnie okazała się scena kłótni Lincolna z żoną. Spielberg wykazał w niej wyższość mężczyzn nad kobietami, które nie są w stanie kontrolować swoich "humorów" (żałoby), a mężczyźni potrafią. Wydało mi się to przezabawne biorąc pod uwagę temat całego filmu.

wtorek, 15 stycznia 2013

Safety Not Guaranteed (2012)


Uroczy film, który cierpi na klęskę urodzaju. Reżysera trochę poniosło i spróbował wcisnąć w tę skromną historyjkę jak najwięcej materiału. Przez to w całość wkradł się chaos sprzecznych morałów.


"Na własne ryzyko" na swoim podstawowym poziomie jest opowieścią o micie przeszłości. To dawno temu byliśmy szczęśliwi, to gdzieś przed laty przeżywaliśmy najlepsze chwile swojego życia, to wtedy doznaliśmy tragedii, które nosimy w duszy do dziś. Jednak reżyser nie może się zdecydować, jak tę pogoń za tym, co minęło oceniać. Z jednej strony jest Kenneth i Darius, których przeszłość pcha ku szalonym i niezwykłym pomysłom. Z drugiej strony jest Jeff, który odkryje, że od przeszłości lepsza może być przyszłość, gdyby nie to, że wydarzyła się za późno.

Gdyby film zakończył się pięć minut wcześniej, pozostawiają główny wątek sprawą otwartą, wtedy przynajmniej widz miałby otwartą drogę do wyciągnięcia własnych wniosków. A tak, niestety koniec trochę rozczarowuje. Za to Mark Duplass i Jake Johnson jak najbardziej są na plus. Aubrey Plaza również nieźle się spisała.

Ocena: 6

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jack Reacher (2012)


Christopher McQuarrie ma jeden dobry film w swojej karierze, a to tylko dlatego, że był wyłącznie scenarzystą. "Desperaci" nie zrobili na mnie większego wrażenia i tak samo jest z nakręconym 12 lat później "Jackiem Reacherem". I tym razem jest to wyłącznie jego wina.


Fabuła jest istnym samograjem. Wystarczyło postawić aktorów przed kamerą, a mógł z tego wyjść nowy "Gliniarz z Beverly Hills" czy "Zabójcza broń", czyli film robiony jednocześnie na poważnie i z przymrużeniem oka. Tekstów i scen humorystycznych jest tu na pęczki. Jednak McQuarrie zupełnie tego nie wygrywa. Jego filmowi brakuje lekkości i ikry. A Tom Cruise uparł się, że wszystko zagra na poważnie, co przy wytrzeszczu oczu Richarda Jenkinsa i absurdalnej kreacji Wernera Herzoga sprawia wrażenie, jakby urwał się z zupełnie innej choinki.

Tak więc jedynym prawdziwym plusem obejrzenia filmu było to, że mogłem zobaczyć w akcji Jaia Courtneya. Nie oglądam "Spartakusa", więc "Jack Reacher" jest jedyną okazją, żebym przygotował się na to, jak wyglądać będzie syn Johna McClane'a w "Szklanej pułapce 5". Courtney ma gębę idealnie pasującą do kina akcji, więc może z Willisem stworzy zgrany duet. Tu nie miał partnera do gry.

Ocena: 5

niedziela, 13 stycznia 2013

ฝนตกขึ้นฟ้า (2011)

"Mroczna karma" przeleciała przez polskie kina lotem błyskawicy. Zanim zdążyłem się na film wybrać, już go nie można było obejrzeć. Wtedy byłem mocno zawiedziony. Jednak w sumie to muszę losowi podziękować. Nie wiem, jak zdołałbym na tym wysiedzieć w kinie. W domu ledwo mi się udało.


Zarys fabularny nie był taki zły. Ale problem polega na tym, że reżyser zamienił całość w egzystencjalny badziew. Nic tylko zawodzenie, jak to w świecie brakuje sprawiedliwości, więc "logiczne" jest, że samemu też sprawiedliwie nie ma co postępować, lepiej być tępym cynglem samozwańczo wykonującym wyroki. Nie dość, że strasznie to głupie, to do tego niemożliwie wręcz nudne. Nic, tylko marnotrawstwo czasu. Bardzo duże rozczarowanie.

Ocena: 3


sobota, 12 stycznia 2013

Life of Pi (2012)

Oto film, który powinien polecać wiernym każdy rabin, ksiądz, pastor, mułła, lama, bramin itp., itd. "Życie Pi" pokazuje, że ideologiczne różnice pomiędzy religiami nie powinny wyznawcom przysłaniać prawdziwego wroga, którym jest panoszący się wszędzie sekularyzm. Ang Lee stworzył widowisko będące wielkim peanem na cześć stworzenia. Oszałamia wizją grozy i piękna, życia i śmierci, cudu i prozy codzienności. A wszystko po to, by ukazać chwałę Boga (bogów).


Lee, za autorem książki, przekonuje, że skoro są dwie wersje patrzenia na świat, a żadna z nich nie daje 100-procentowo pewnej odpowiedzi na temat genezy, to historia, która zawiera w sobie Boga jest po prostu historią lepszą. Dla osiągnięcia wyznaczonego celu zastosował najnowocześniejszą technikę i zrobił wszystko, by olśnić wizualnym spektaklem. W ten sposób paradoksalnie "Życie Pi" ma szansę stać się drugim "Brokeback Mountain". Tamten film zjednoczył w zachwycie hetero- i homoseksualistów. Ten film może połączyć wierzących i niewierzących.

Ocena: 7

God Bless America (2011)


Wow! Jestem pod wielkim wrażeniem odwagi twórców. Że też podjęli się nakręcić film, która tak łatwo mógłby się stać pożywką dla wszelkiej maści idiotów. Ale jeszcze bardziej dziwi mnie to, że ktoś w Stanach ten film obejrzał.


Od czasu "Cholernego świata" nie widziałem chyba równie bezwzględnej i tak udanej próby krytyki amerykańskiej cywilizacji przesiąkniętej prymitywizmem i opartej na stymulacji najgorszych instynktów. Kiedy główny bohater ogląda przykłady telewizyjnej papki, to choć są to rzeczy zrealizowane na potrzeby tego filmu, wyglądają dokładnie tak, jak większość reality show, jakie naprawdę można zobaczyć w telewizji.

Jednak twórcy poszli dalej. Z bohatera uczynili postać tragiczną, ale jednocześnie niebezpieczną. To osoba zdesperowana, dla której nie ma miejsce we współczesnym świecie. Swoje frustracje i sprzeciw kanalizuje w aktach czystego terroryzmu. I tu film jest najbardziej kontrowersyjny, ponieważ nasyca czarnym, absurdalnym humorem sceny mocno realistycznych rzezi. Są one zabawne (jak pierwsza scena rozstrzelania rozwrzeszczanego bachora i matka przesiąknięta jego krwią). Jednocześnie jednak wszystkie te sceny wyglądają dokładnie tak, jak wyglądają rzeczywiste masakry, do których dochodzi w Stanach i nie tylko. To budzi poznawczy dysonans, wywołuje niepokój i zmusza do głębokiej refleksji (lub całkowitego okopania się w bezpiecznym sposobie myślenia, podług formułki każącej odrzucić film jako obrazę). I to mi się właśnie w "Boże, błogosław Amerykę" spodobało najbardziej.

Plus dla świetnej pary aktorskiej. Joel Murray i Tara Lynne Barr stworzyli bardzo udane kreacje, powołując do życia jedną z najbardziej oryginalnych par seryjnych morderców.

Ocena: 7

piątek, 11 stycznia 2013

Zero Dark Thirty (2012)


"Wróg numer jeden" okazał się kinem solidnym, ale żeby od razu obsypywać go nagrodami? Nie sądzę. Jak dla mnie trzyma ten sam poziom, co "Stan gry" czy "Operacja Argo". A w tematyce walki z terroryzmem moim ulubionym (co nie znaczy, że najlepszym) filmem pozostaje "Pięć palców". Owszem, całość jest bardzo dobrze zrobiona. Bigelow powinna otrzymać nominację do Oscara. Film ma też świetny montaż, ale z kolei Chastain, jeśli o mnie chodzi, miała lepsze role niż ta tutaj.


To, co najbardziej mnie zainteresowało w filmie, to jego absolutna amoralność. Twórcy odsuwają na bok kwestie moralnych wyborów, decydowania, co jest dobre, a co złe. Liczy się tylko cel i obsesja jego wykonania. Ponieważ bohaterami są ci, których większość widzów oceni jako "dobrych", ten aspekt zapewne zignorują. Jednak konstrukcja filmu jest taka, że bohaterów można byłoby zamienić miejscami i nic w wymowie by się nie zmieniło. Niestety Bigelow nie wykorzystuje tego w żaden sposób. Tu jest to zastosowane wyłącznie jako narzędzie, które ma być tarczą ochronną przed myśleniem widzów. Ponieważ w momencie dodania elementu moralności, natychmiast Bigelow musiałaby się zająć kwestią odpowiedzi na pytanie o tortury i o zabójstwo Bin Ladena. "Wróg numer jeden" jest więc tak skonstruowany, by zniechęcić widzów do zadawania niewygodnych pytań. Ale przez to staje się właśnie doskonale amoralnym dziełem.

Ocena: 7

Ps. Nie wiedziałem, że Kapitan Jack zajmował się tak przyziemnymi sprawami, jak chwytanie ziemskich terrorystów :)

czwartek, 10 stycznia 2013

Wreck-It Ralph (2012)


W ocenie tego filmu będę zapewne w mniejszości, ale mnie "Ralph Demolka" nie powalił na kolana. Owszem, gdybym nie siedział na fotelu, a stał, pewnie wylądowałbym na kolanach, ale to ze znużenia, a nie zachwytu.


Owszem, film ma wiele zalet. Podobały mi się wszystkie odniesienia do gier arkadowych i wideo. Podobali mi się bohaterowie. A przede wszystkim spodobały mi się teksty, jakimi raczy nas twórca polskiej wersji językowej. Są zabawne, pomysłowe i przede wszystkim mocno trzymające się świata, w którym akcja się rozgrywa. Ale sama fabuła nie mogłaby mi być bardziej obojętna. Gdyby ktoś mi ją opowiedział, nie uwierzyłbym, że dotyczy pełnego metrażu. Nic tu nie ma. Przez to całość przypomina spalonego pączka mającego przepyszne nadzienie. O ile jednak z pączka można wyjeść nadzienie bez zjadania spieczonego ciasta, o tyle w filmie muszę ścierpieć wszystko.

Poza tym mam spore wątpliwości co do morału. Film promuje skrajny determinizm. Od pierwszej do ostatniej sceny jak mantra powtarzane są słowa, że należy zaakceptować siebie takim, jakim się jest. W tym oczywiście nie byłoby nic złego (nie do końca, ale na potrzeby dyskusji zostawmy to), gdyby na tym twórcy poprzestali. Oni poszli dalej. Twierdzą bowiem, że akceptacja to jedynie wyjście w sytuacji, w której zmiana jest niemożliwa. Jesteś tym, kim jesteś i koniec kropka, nic tego nie zmieni. Ja rozumiem, że za takim przesłaniem mogła kryć się polityczna poprawność i zawoalowana próba deprecjonowania takich ruchów jak te próbujące leczyć z homoseksualizmu. Ale z dwóch powodów ten strzał nie wypalił. Po pierwsze w przypadku odmienności problemem nie jest akceptacja przez samego siebie, a brak akceptacji ze strony otoczenia, której rezultatem jest wyuczony brak akceptacji siebie. A tu "Ralph Demolka" pozostaje bardzo ambiwalentny, bowiem to, co mówią bohaterowie, pozostaje w kontraście z tym co robią. Po drugie tak skrajne stawianie sprawy zamyka drogę do samorozwoju: po co męczyć się ze zmienianiem siebie, skoro mogę siebie polubić takim, jakim jestem.

Ale animacja sama w sobie jest śliczna i za to ma u mnie dodatkowe pół punktu.

Ocena: 6

Paperman (2012)


Czarująca animacja, która zachwyca prostym pomysłem i świetnym wykonaniem. Choć nie pada tu ani jedno słowo, samym obrazem twórcom udało się bezbłędnie opowiedzieć historię miłości od pierwszego wrażenia.


"Paperman" to powiastka sympatyczna, zakończona happy-endem. Jednak mnie wydała się niezwykle smutna. Morał z niej bowiem jest jeden: bez magii nieśmiały szarak nie ma szans zdobyć serca ukochanej. Tak więc przy obecnym poziomie magii na świecie, szansa ta wynosi zero.

Ocena: 7

Lo imposible (2012)


Gdyby nie strona wizualna, wątpię, by większość poświęciła filmowi więcej niż pięć minut. Jest to bowiem nic więcej, jak standardowy wyciskacz łez inspirowany prawdziwą historią. Amerykańskie kanały telewizyjne produkują tego rodzaju filmy na pęczki. Różnica jest w nich jedna: część kończy się happy-endem, część nie.


Wizualnie "Niemożliwe" jest jednak wspaniałe. Samo tsunami imponuje realizmem wykonania. Można naprawdę poczuć, jakim to potężnym żywiołem jest woda. Podobają mi się też zdjęcia, piękne krajobrazy i intymne portrety ludzkiej niedoli. Ale na tym nie da się wygrać całego filmu. Z aktorów największe wrażenie zrobił na mnie młody Tom Holland. Dzieciak ma talent, a kamera go kocha. Naomi Watts, która zdobywa nominacje na prawo i lewo, moim zdanie jest przereklamowana.

Ogólnie na ceremonii rozdania nagród Goya będę kibicować "Królewnie Śnieżce", a nie "Niemożliwemu".

Ocena: 5

wtorek, 8 stycznia 2013

L'homme qui ment (1968)


W planach miałem dziś obejrzenie zupełnie innego filmu. Cieszę się jednak, że wyszło inaczej. Dzięki temu mogłem zobaczyć ten fenomenalny film. Aż mi wstyd, że dopiero teraz do niego dotarłem. Ale lepiej późno niż wcale.


"Człowiek, który kłamie" to film bardzo wiele wymagający od widza. Reżyser wystawia nas bowiem na ciężką próbę, tworząc film w duchu Merkurego (którego symbol – rtęć – pojawia się nawet na chwilę): zmienny, fałszywy, przewrotny, teatralny, histeryczny, psychodeliczny. Niczego nie można być tu pewnym. Kim jest narrator, kim jest reszta bohaterów, gdzie rozgrywa się akcja i kiedy? Ciekawe, czy film ten miał wpływ na Leosa Caraxa, bo jego "Holy Motors" wydaje się bardzo podobny do obrazu Alaina Robbe'a-Grilleta. O ile jednak w "Holy Motors" zmienność jest usystematyzowana, w "Człowieku, który kłamie" panuje nieprzewidywalna anarchia.

To otwiera drogę do miliona różnych interpretacji. Oczywiście na swoim podstawowym poziomie, ze względu na historię, którą (nie) opowiada, jest to sugestywna przypowieść o wojennej traumie, o ucieczce przed sobą, przed prawdą, o zagubieniu własnej tożsamości, o potrzebie bohatera, którego mit nie ma nic wspólnego z faktami, a rzeczywista postać staje się zakładnikiem tego, w co ludzie chcą wierzyć. W sensie ogólniejszym jest to opowieść o ludzkiej naturze. O próbach uporządkowania chaosu, jakim jest świat. Próbach, które sprowadzają się do kłamstw. Jednak lepsze jest kłamstwo o braku czegokolwiek. Film można też odczytywać jako opowieść o ludzkim umyśle, traktować jako podróż w głąb nieświadomości, o skomplikowanej relacji między przemocą, seksem, szaleństwem i śmiercią.

Ocena: 9

poniedziałek, 7 stycznia 2013

The Hobbit: An Unexpected Journey (2012)

Ech, ten Peter Jackson. Ze skrajność popada w skrajność. Przy "Władcy Pierścieni" narzekałem na teledyskowość narracji, gonienie od jednego punktu historii do drugiego. Tym razem reżyser pokazał się jako kinowy odpowiednik Roberta Jordana (który do perfekcji doprowadził umiejętność opowiadania na setkach stron historii, która nie posuwa bohaterów o krok do przodu). "Hobbit" jest rozciągnięty do granic ludzkiej wytrzymałości. Gdzie tylko może, Jackson przedłuża sceny w nieskończoność. I tak na przykład, kiedy krasnoludy przybywają do Bilba, to Jackson prezentowuje nam wszystkie elementy zastawy stołowej oraz każdy najmniejszy okruch ze spiżarni. Od czasu "Titanica" nie spotkałem się z takim marnotrawieniem czasu na przyglądanie się scenografii.


Drugim problemem Jacksona jest nieumiejętność prowadzenia narracji awanturniczej. Kiedy ma być podniośle i heroicznie, wszystko gra, ale kiedy próbuje wprowadzić elementy humorystyczne, wypada żenująco słabo. Są od tego wyjątki, ale niestety nie należy do nich Kili (a szkoda, bo Turnera dobrze wspominam z serialu "Being Human"). Na dodatek znów przedawkował obrotowe panoramy. Jest w tym równie nieznośny, jak Zack Snyder ze slow-motion w "Sucker Punch".

Film ma jednak i parę plusów. Przede wszystkim Gollum. Scena spotkania Bilba z Gollumem jest chyba najlepszą sceną w całym filmie, a sama kreacja Golluma zdecydowanie zasługuje na nominację do Oscara w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy (skoro kiedyś Judi Dench za parę minut w "Zakochanym Szekspirze" dostała statuetkę). Scena z trollami z kolei to chyba jedyny przykład dobrego użycia humoru przez Jacksona. Podobał mi się też wątek muzyczny krasnoludów.

W sumie myślałem, że będzie gorzej. Ale poziomu pierwszej trylogii nie trzyma. Jackson musi zrozumieć, że powtórka z rozrywki to nie to samo, co spójność stylistyczna.

Ocena: 6

Ps.: Polecam obejrzeć film w kinie IMAX. Nie dość, że duży ekran zapewnia lepsze wrażenia wizualne, to jeszcze przed "Hobbitem" można zobaczyć fragment nowego "Star Treka".

American translation (2011)


"Bad boys" – nie bez powodu funkcjonuje takie określenie. Źli chłopcy są naprawdę źli, ale przez to nie są nudni. Działają więc jak afrodyzjak, najlepszy narkotyk, którym mogą upajać się dziewczyny wychowane w cieplarnianych warunkach. Przekona się o tym Aurore, kiedy siedząc z ojcem w hotelowym lobby zauważy Chrisa. Kilka wymienionych spojrzeń i już była jego. Nie wiedzieli o sobie nic. Ona zresztą większych tajemnic nie miała. On to jednak zupełnie inna para kaloszy.


Mroczną stronę Chrisa Aurore poznaje stopniowo. Odkrywa, że jest narkomanem najgorszego sortu, a jego nałogiem jest przemoc i śmierć. I choć czuje pewien dyskomfort, jest on niewystarczający, by przerwać znajomość. Woli ignorować wszystkie konsekwencje czynów swoich i Chrisa, zamiast tego czując się wolna od strachu, jaki w rzeczywistości zżera i ją i jego.

"American translation" to ciekawy obraz seryjnego zabójcy. Jego siłą jest to, że nie jest diagnostyką. Nie proponuje łatwych odpowiedzi. Owszem, w całym filmie pełno jest tropów i aluzji, ale ich waga (czy nawet prawdziwość) nigdy nie jest oceniona. To widzowi zostaje pełna swoboda interpretacyjna. Z okazji tej chyba większość widzów nie skorzysta, skutecznie od myślenia ich uwagę odwracać będą liczne sceny nagości Perriera i Brocheré.

Ocena: 6

niedziela, 6 stycznia 2013

Please Give (2010)


"Daj, proszę" to ciekawy film głównie ze względu na jego bohaterki, skomplikowane kobiety, które albo wydają się bardziej wredne, niż są w rzeczywistości bądź też nie są tak dobre, jak chciałyby wierzyć. Ot Kate, cały czas rozdaje pieniądze bezdomnym, troszczy się o nich. Ale kryje się za tym egoistyczna potrzeba ukojenia wyrzutów sumienia jak i nieuświadomiona potrzeba karmienia się niedolą innych. Nie potrafi tych, którzy mają "gorzej" od niej, traktować normalnie i nie rozumie, że inni tak potrafią.


Jest też Andra, 91-letnia staruszka, która do wszystkiego nastawiona jest na "nie", bez pardonu obraża ludzi na prawo i lewo. Dlatego też z takim zdumieniem jej bliscy i sąsiedzi słuchać będą o tym, co kiedyś robiła. Jest też skrzywdzona w uczuciach Mary, która ukrywa za cynizmem fakt, że boi się zestarzeć.

Niestety poza ciekawymi bohaterkami film ma niewiele do zaoferowania. Dlatego też nadaje się wyłącznie do jednorazowego obejrzenia.

Ocena: 6

Wild About Harry (2009)


Miłość to skomplikowana rzecz. Wprowadza zamieszanie nie tylko w życiach tych, których dotyka bezpośrednio, ale też wszystkich wokół. Pogubić się jest bardzo łatwo, szczególnie nastoletniej dziewczynie, której matka niedawno zmarła. Ale "Sekret Harry'ego" to nie jakiś strasznie poważny film, raczej skromny, sympatyczny i optymistyczny, który nazwałbym bajką, gdyby nie to, że inspirowany był prawdziwymi wydarzeniami.


Film, jak film, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Podobała mi się pierwsza część, kiedy to prowadzona jest prawdziwa wojna podjazdowa. Ojciec udaje, że jego partner to tylko partner biznesowy, jedna córka robi wszystko, by wrzucić go w ramiona jednej z samotnych pań z sąsiedztwa, a druga zrobi wszystko, żeby w ich szpony nie wpadł. Potem robi się standard z dość szybko rozwiązaną kwestią konfliktową. Ale oglądało się to przyjemnie.

Fajnie wypadł Josh Peck, choć w swoim głównym monologu jednak przeszarżował. Plus też za angielski akcent Tate'a Donovana.

Ocena: 6

sobota, 5 stycznia 2013

Beneath the Darkness (2011)

Gatunkowy standard. Małe miasteczko. Samotny psychopata. I banda nastolatków stanowiących tę specyficzną mieszankę ciekawości i traumy, która sprawia, że w każdym filmie wpakowują się w kłopoty. Dennis Quaid zagrał chyba tylko dlatego, że musiał szybko opłacić rachunki.


Ale też za sprawą Quaida film okazał się nawet zabawny. Wiedział, że gra w kiepskim filmie, więc poszedł w kierunku autoironii, na co jego młodsi koledzy po fachu nie mogli sobie pozwolić. Scena, kiedy robi zeza paląc elektronicznego papierosa rozwaliła mnie totalnie.

Ocena: 5

piątek, 4 stycznia 2013

Monsieur Lazhar (2011)


Pierwsze pozytywne zaskoczenie tego roku. Zupełnie nie spodziewałem się tego, że ten film tak mnie wzruszy i przypadnie do gustu. Bo też na pozór nie ma się czym zachwycać. Fabuła jest dość prosta, narracja bardzo nieinwazyjna. A jednak niepostrzeżenie rzecz chwyta za serce. Prostota okazuje się zwodnicza. Pretekstowa narracja przesycona jest bogactwem treści, które odbiera się nie tyle głową co sercem.


"Pan Lazhar" to opowieść o śmierci i poczuciu winy. Dwie tragedie sprawią, że losy tak różnych osób jak algierskiego emigranta i młodych uczniów montrealskiej szkoły splotą się ze sobą. To również opowieść o przyjaźni ponad rasowymi i pokoleniowymi podziałami. Dla nas w Polsce jest to również interesujący obraz tamtejszego systemu edukacji, który mocno różni się od tego w naszym kraju (i to wcale nie na naszą niekorzyść).

Zaskoczył mnie również sam reżyser i to, jak sprawnie poradził sobie z poprowadzeniem młodych aktorów, z których większość nie miała dotąd zbyt dużego doświadczenia w występach przed kamerą. Szczególnie wyróżniała się Sophie Nélisse, która może być francuskojęzyczną odpowiedniczką Chloe Moretz, jeśli tylko będzie kontynuować aktorską karierę.

Ocena: 7

Intruders (2011)


"Intruders" przypomina skomplikowane puzzle, w których zgubił się kluczowy element. Niby cały obrazek został ułożony i dokładnie widać, jak wygląda. Ale brak boli i nie daje satysfakcji z poukładania całości.


W filmie niby wszystko jest. Dwa światy, które łączy jeden los, połączenie tragicznej historii chłopca Juana i 12-letniej dziewczynki. Wygrywanie a to historii opętania, a to paranoi indukowanej mogło, a nawet powinno się udać. Za to, że tak się nie stało, winię reżysera i finał, jaki widzom zaserwował. Wyobrażam sobie, że podobny zawód może czuć dziewica podczas nocy poślubnej: tak budowane napięcie, a potem puf i po wszystkim, a w głowie zostaje pytanie: Tylko tyle?

Cóż, Fresnadillo po dwóch całkiem fajnych filmach, tym razem spreparował zakalec. Mam nadzieję, że jest to wyłącznie wypadek przy pracy i że przy kolejnych produkcjach weźmie się w garść.

Ocena: 4

czwartek, 3 stycznia 2013

The Damned United (2009)


Jedno zdarzenie, drobnostka, a jak potrafi zamieszać w życiach wielu osób i wpłynąć na historię piłki nożnej. Wszystko zaczyna się od meczu mistrzów Anglii Leeds United z podrzędną drużyną z Derby. Jej trenerem jest nikt znany o nazwisku Clough i pewnie dlatego nie został zauważony przez prowadzącego drużynę Leeds, kiedy wyciągnął do niego rękę. To pominięcie zrodziło obsesję. Z obsesji narodziły się sukcesy Derby. Ale sukcesy drużyny tylko karmiły potwora doprowadzając do straszliwych 44 dni Clougha na stanowisku trenera Leeds.


Film o ambicjach, obsesjach i epickiej rywalizacji. Do tego za sterami autor "Les Miserables Nędzników" i scenarzysta "Królowej". Powinno być dobrze... No właśnie powinno, ale w rzeczywistości było ledwie przeciętnie. Po "Boskim" i "Bronsonie" "Przeklęta liga" wygląda jak studencka wprawka. Ma kilka fajnych zabiegów formalnych, ale w sumie jest filmem zbyt konserwatywnym, by wzbudzić zainteresowanie (zwłaszcza u kogoś takiego jak ja, kto angielską piłką nożną wcale się nie interesuje). Hoopera jeszcze mogę zrozumieć. "Przeklęta liga" powstała przed "Jak zostać królem" i "Nędznikami". Ale Peter Morgan zawiódł mnie po raz kolejny. Muszę pogodzić się z faktem, że "Królowa" to było ziarnko, które trafiło się ślepej kurze i nic więcej.

Za to Michael Sheen w roli Clougha jest fantastyczny. Pierwszorzędna kreacja aktorska.

Ocena: 6

wtorek, 1 stycznia 2013

Dolphin Tale (2011)


Życie może i pisze lepsze scenariusze, ale to wcale nie znaczy, że kino potrafi z tego skorzystać. "Mój przyjaciel delfin" jest na to najlepszym dowodem.


Kilka dni temu odświeżyłem sobie "Uwolnić orkę". Film zrealizowany 20 lat temu wciąż oglądam z wielkim rozczuleniem. Scena, kiedy Jesse po raz pierwszy dotyka Willy'ego, do dziś wzrusza mnie. "Mój przyjaciel delfin", inspirowany prawdziwą historią, nie wytrzymuje niestety porównania. Mimo że roi się tu od tragedii i historii podnoszenia się po upadku, to na próżno szukać tu podobnych wzruszeń. Za to więcej jest wygłupów i zapchaj dziur. To smutne, że film, który miał wszystko, by stać się następcą "Willy'ego" skończył jako gadżet dla kina 3D (na szczęście widziałem film w 2D).

Ocena: 5

Afterschool (2008)


Chyba miałem zbyt wysokie oczekiwania wobec tego filmu (na okładce DVD same zachwyty oceny 4- i 5-gwiazdkowe). Niestety po seansie nie mogę pozbyć się poczucia niedosytu. Jak dla mnie film jest zbyt egzaltowany, koniec jest oczywisty od samego początku (no, nie od początku, a od sceny śmierci bliźniaczek). Jedyne więc, co tak naprawdę przykuło moją uwagę, to kreacja młodego Ezry Millera i to głównie w kontekście jego późniejszej roli w "Musimy porozmawiać o Kevinie". Ciekawie było zobaczyć, skąd "wyrósł".


Fabularnie film opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest typowa historia młodzieżowego wyalienowania. Robert jest zamknięty w sobie. Czuje się "inny", stara się tę inność ukrywać, przez co tylko jeszcze mocniej czuje własne wyobcowanie. Jednak nie potrafi do końca swoich fiksacji stłamsić. Staną się one obsesją, z którą będzie musiał żyć. Doprowadzi to do dualistycznego rozwarstwienia jego osobowości na podmiot i przedmiot wojerystycznej obserwacji.

Drugim filarem jest konstatacja współczesnego świata, w którym wszyscy stajemy się widzami głupoty i przemocy. Nie świadkami, lecz właśnie widzami, obserwującymi wszystko przez kamery w telefonach, na YouTubie i tym podobnych stronach, na pseudoamatorskich stronach porno. To medialne nasycenie podkręca chorobliwą ciekawość, a jednocześnie wzmacnia bierność. Kiedy bowiem dzieje się coś tragicznego, brutalnego, niespodziewanego, pierwszym odruchem nie jest niesienie pomocy czy próba przerwania sytuacji, a wyciągnięcie komórki i nagrywanie wszystkiego.

Wnioski jakie wysnuwa reżyser, są tak oczywiste, że większość widzów nie potrzebuje oglądać filmu, by je powtórzyć. I właśnie ten brak oryginalności i powierzchowność analizy tak bardzo mnie zawiodła. Szczególnie przy formie, która chce, byśmy film traktowali jako rzecz niebanalną.

Ocena: 6

Funkytown (2011)


1976 rok. W Montrealu gorączka disco osiąga punkt wrzenia. To czas, kiedy marzenie wydają się spełniać, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. I nikt nie myśli o rachunku, jaki wystawi życie. Ale rok 1976 to tylko początek. Cztery lata później bohaterowie filmu znajdują się bardzo daleko od miejsc, z których startowali. Żadne z nich nie spełniło swych marzeń, jednak nie wszyscy źle na tym wyszli. Czasem warto zrezygnować z tego, co wydaje się całym naszym życiem, by odnaleźć prawdziwe powołanie.


Ale twórcę filmu powyższy morał zdaje się mniej interesować. Dlatego też w "Funkytown" więcej miejsca poświęca postaciom tragicznym: dj-owi, który jest niespełnionym aktorem i młodemu Włochowi, który prowadzi podwójne życie. Producent radiowy i modelka/piosenkarka są w centrum zainteresowania dopóty, dopóki ich losy wydają się dążyć w stronę rynsztoka. Za to Mimi i właściciel klubu Starlight są daleko na drugim planie. Oni zaczynają na dnie, a droga z szamba na szczyt reżysera o wiele mniej ciekawi.

To, co wyróżnia film, to jego ścieżka dźwiękowa. Jest to kompilacja absolutnych hitów tamtych czasów. Ci, którzy lubią tamtą stylistykę, powinni koniecznie zaopatrzyć się w ścieżkę muzyczną. Trudno o lepszą składankę.

Ocena: 6

Scenes from a Gay Marriage (2012)


"Scenes from a Gay Marriage" to jeden z tych filmów, w których sąd obiektywny mocno odbiega od oceny subiektywnej. Patrząc na wykonanie i konstrukcję filmu, niestety trzeba powiedzieć, że rzecz jest dość słaba. Pomijam już fakt, że chwilami ma kiepski dźwięk. Chodzi o samą narrację. Całość jest nierówna. Są miejsca dopieszczone, gdzie fajnie współgra obraz, montaż i aktorzy. Należy do nich większość scen interakcji między Darrenem a Joe. Są jednak i takie sceny, które wydają się zbyt ogólnikowe, zrobione na szybko, bardziej zaznaczone niż dopracowane. To sprawia, że cała konstrukcja fabularna jest chwiejna. Trudno jest chociażby uwierzyć w obsesję Darrena sąsiadem z góry. A bez tego jego "olśnienie" co do Joe nie jest właściwie wygrane.


Ale nie potrafię być surowy wobec twórców. Widać, że lubią kino i być może to robienie filmów jest ich obsesją, kompulsywnym przymusem. Ale tego rodzaju obsesje jestem w stanie zrozumieć i nie krytykować. "Scenes from a Gay Marriage" zresztą nie kryguje się na niewiadomo jakie dzieło. To mały film, zrobiony z pasji i to widać w niektórych dialogach i scenkach rodzajowych, który tak naprawdę nie posuwały akcji do przodu i można je w sumie uznać za nudne, ale mi się podobały same w sobie, jako naturalne zobrazowanie różnorodności ludzkich interakcji.

Ocena: 5