środa, 27 lutego 2013

Warm Bodies (2013)

"Wiecznie żywy" budzi u mnie mieszane uczucia. Bardzo podoba mi się sam pomysł, ale nie do końca podoba mi się sprowadzenie go do bajeczki i optymistycznej wersji historii Romea i Julii.


Chwilami film jest naprawdę bardzo dobry. Ma kilka ciekawych obserwacji i ciętych tekstów. W paru miejscach jest przezabawny. Ogólnie mam wrażenie, że kiedy górę bierze formuła kina niezależnego, koncentracja na niezdarnych próbach nawiązania relacji z drugą osobą przez jednostkę wyalienowaną, odbiegającą od standardu nastolatka, wtedy jest naprawdę nieźle. Kiedy jednak rzecz ześlizguje się w stronę typowej komedii romantycznej, wszystko się psuje, świeżość znika w oka mgnieniu, pojawia się za to rutyna i nuda.

Ale Nicholas Hoult całkiem zręcznie poradził sobie z rolą zombiaka obdarzonego sumieniem.

Ocena: 6

poniedziałek, 25 lutego 2013

Hyde Park on Hudson (2012)

Dziwny to film. Niby wszystko jest w porządku. Mamy interesujących bohaterów, którzy zostali bardzo dobrze zagrani. Poszczególne scenki rodzajowe są doskonale rozpisane. Znaleźć tu można sporo perełek (jak choćby cała dyskusja na temat hot-dogów). Film momentami ma bardzo lajtowy charakter, chwilami zaś jest zrobiony całkiem na serio. Sporo jest tu sugerowane, choć niewiele tak naprawdę zostaje powiedziane wprost. I w końcu ostateczny układ, który jest kwintesencją alternatywnego stylu życia - to musiało mi się spodobać.


A jednak coś tu jest nie tak. Gdzieś to wszystko nie do końca zazębia się w płynnie funkcjonującą maszynerię. Jakby co jakiś czas gubiony był jeden takt, pojawiała się jedna drobna fałszywa nuta sama w sobie nieuchwytna, a jednak budująca atmosferę niespełnienia. Trudno też nie być skonsternowanym wyglądem głównych bohaterów, którym bliżej do postaci z filmów Kena Loacha niźli koronowanych głów i prezydenta jednego z największych mocarstw świata.

Ocena: 6

バトル・ロワイアル (2000)

I to jest arcydzieło współczesnego kina? No cóż, ja chyba inaczej definiuję "arcydzieło". "Battle Royale" w wersji specjalnej zaskoczyło mnie, ale niezbyt pozytywnie. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem.


Pomysł jest genialny. To prawda. Świat niedalekiej przyszłości, rozwydrzona młodzież, której nie udaje się wziąć w karby normalnymi metodami. Powstaje więc ustawa BR i rozpoczyna się selekcja nienaturalna uczniów. Jatka, walki, dylematy, zdrady i źle zrozumiane intencje. Wszystko to została świetnie ukazane.

Ale niestety całość zalano taką ilością ckliwości, że po pierwszym zmieszaniu, szybko zaczęło mi się robić niedobrze. Te wszystkie kretyńskie epitafia. Liczba scen, która nawet w tradycyjnym melodramacie byłaby nie do zniesienia. Trzeba mieć naprawdę niezwykłą wytrzymałość, żeby znieść to wszystko. Dla mnie to była tortura. Z ciężkim sercem to przyznaję, ale jak "Igrzyska śmierci" są lepsze. Może nie tak brutalne, ale też i nie tak przesłodzone.

Ocena: 5

Good for Nothing (2011)

Fantastyczna komedia, która doskonale oddaje klimat westernu, a jednocześnie bawi świetnie przemyślaną przewrotnością. Wszystko zaczyna się od przyjazdu Angielki na Dziki Zachód. Niestety po drodze zatrzymuje się wraz ze swoimi opiekunami w saloonie. Tam pojawia się rewolwerowiec, który zabija obu towarzyszy damy, a ją samą uprowadza. Cel rewolwerowca jest jasny: zamierza ją zgwałcić. Problem w tym, że w kluczowym momencie mu nie staje. Biedak nie wie dlaczego, więc zaczyna się wyprawa po bezdrożach Dzikiego Zachodu w poszukiwaniu leku na erekcję. Sprawa dodatkowo się komplikuje, kiedy kolejna strzelanina sprawi, że śladem rewolwerowca i kobiety wyruszy banda celem pomszczenia śmierci towarzysza. Kobieta, uznana za brytyjską dziwkę i wspólniczkę rewolwerowca, nie będzie mogła liczyć na pobłażliwe traktowanie...


Całość ma konstrukcję typową dla westernu. Komediowe zmiany wydają się niewielkie, ale twórcy wybrali je bezbłędnie. Pomysł, by fabuła krążyła wokół uczuć rewolwerowca i jego niemożność zgwałcenia Angielki, był genialny. Scena strzelania w rzece rozśmieszyła mnie do łez. Podobnie jak i wizyta w obozie Chińczyków. Cohen Holloway i Inge Rademeyer tworzą doskonale uzupełniającą się parę. A do tego film ma genialną ścieżkę muzyczną. Chętnie zdobędę cały soundtrack.

Ocena: 7

niedziela, 24 lutego 2013

Flight (2012)

Z reżyserowaniem nie jest jak z jazdą na rowerze. Nieużywana, ta umiejętność obumiera i trzeba jej się uczyć od nowa. Od ostatniego aktorskiego filmu Zemeckisa minęło ponad 10 lat i to niestety widać.


Pod wieloma względami "Lot" wygląda jak dzieło debiutanta. Wszystko jest tu zbyt oczywiste, podane ładnie na tacy. Reżyser nie pozostawia prawie w ogóle miejsca na grę aktorską. Nie wystarczyło mu to, że scenarzysta wkłada w usta bohaterów oczywiste dyrdymały, jak teksty o Bogu, kłamstwach alkoholików, czy nawet temat eseju, jaki pisze syn głównego bohatera. Najgorsze są jednak piosenki, które Zemeckis dobrał według beznadziejnego klucza powtarzania tego, co oczywiste. Stąd rzecz jasna, kiedy Nicole wstrzykuje sobie narkotyki, to w tle leci piosenka "Red Hot Chili Peppers". I tak jest ze wszystkim.

"Lot" mógł być ciekawym, a nawet przewrotnym filmem. Zemeckis mógł przecież zadać pytanie, czy gdyby Whip nie był tego dnia pijany, to czy podjąłby się tak niebezpiecznego manewru i uratował wszystkich. Ale nie, Zemeckis idzie dobrze wydeptaną ścieżką przez filmowców opowiadających o uzależnieniu. A dodanie do tego wykładu o szanowaniu życia, jaki wygłasza umierający na raka, to był już chwyt poniżej pasa.

To, że film się mimo wszystko broni, jest wyłącznie zasługą Denzela Washingtona i Kelly Reilly. Stworzyli oni, mimo wszystkich kłód rzucanych przez reżysera i scenarzystą, ciekawe i wyraziste role. Tylko oni sprawili, że całość da się wytrzymać (a nie jest to film krótki).

Ocena: 5

Promised Land (2012)

SPOILERS!


Jak przekonać nieufnych ludzi, by uwierzyli w gruszki na wierzbie? To proste: znaleźć jednego z nich, który poznał, czym jest kryzys i który szczerze wierzy w to, że pomaga innym. Kimś takim jest Steve. Wychował się w małej wiosce. Był świadkiem, jak znienawidzona fabryka zamyka podwoje i wraz z nią z miasteczka wypływa życie. Ta gorzka lekcja uczyniła z niego szlachetnego cynika. On wie, że katastrofa jest nieuchronna i że człowiek albo może zostać zmieciony wraz z jej nadejściem albo coś na niej zyskać. On wierzy w to drugie rozwiązanie. Wierzy tak bardzo, że potrafi manipulować, kłamać, przeinaczać fakty. Zrobi wszystko, byle tylko uratować ludzi przed fałszywie pojętą dumą.

Osoba taka jak Steve jest bezcenna dla każdej korporacji. Ale będzie on dla niej działać tylko tak długo, jak długo może wierzyć. Choć bowiem Steve robi wrażenie człowieka pragmatycznego na wskroś, w rzeczywistości widzi siebie jako apostoła. Jak długo korporacja umożliwia mu oszukiwanie samego siebie, tak długo wszystko jest w porządku. Ale kiedy Steve raz ujrzał jej drugie oblicze, kiedy został przez nią zmanipulowany, tak jak on manipulował innymi, wtedy wszystko się rozpadło. Jeden błąd Dustina, o jedno wypowiedziane zdanie za dużo i skrzętnie pielęgnowana przez Steve'a iluzja rozwiała się w nicość.

Trochę szkoda, że "Promised Land" pokazuje tylko jedną stronę medalu. Udawany ekolog bowiem podniósł ciekawą kwestię tego, jak toczy się naprawdę walka między korporacjami a organizacjami ekologicznymi. I jedna i druga strona walczy o swoje racje. Dla jednej i dla drugiej strony zwyczajni ludzie są jedynie pionkami. Obie strony udają, że dobro obywateli leży im na sercu, ale w rzeczywistości tak nie jest. Niestety intryga Dustina sprawia, że ekolodzy zostają niejako oczyszczeni przez twórców filmu, co moim skromnym zdaniem jest nie fair.

Kolejna ciekawa kwestia, jaką podnoszą Damon i Krasinski, to pytanie o to, jaki wybór ma człowiek zdesperowany, stojący w sytuacji podbramkowej. Piramida Maslowa sugeruje, że nie ma on żadnego. Kiedy liczy się dobro rodziny, a na drugiej szali położy się przyszłe możliwe zagrożenie dla środowiska, większość ludzi wybierze to pierwsze. Przetrwanie jest najważniejsze.

Damon i Krasinski choć nie chcą być aż tak okrutni w swoich sądach i kończą obraz nutą optymistycznego rozsądku, to jednak wcześniej pokazują, że człowiekowi nie można pomóc. Nagły zastrzyk gotówki, otrzymany niby za nic, sprawia, że pieniądze nie są szanowane, szybko się rozchodzą, a człowiek zamiast zyskać traci wszystko.

Sporo tematów jak na jeden film. Być może za dużo, bo "Promised Land" to rzecz poprawnie zrealizowana, ale nic ponadto.

Ocena: 6

Pitch Perfect (2012)

"Pitch Perfect" było jednym z większych zaskoczeń amerykańskiego box office'u ubiegłego roku. Po obejrzeniu filmu dochodzę do wniosku, że większym zaskoczeniem jest to, że ktoś był zaskoczony tym, jak dobrze obraz poradził sobie w kinach. To, co nie wypaliło wieki temu z "Zakonnicą w przebraniu 2", teraz udało się i to z nawiązką w "Pitch Perfect".


Fabularnie jest to film dość standardowy. W każdym pokoleniu powstaje kilka podobnych filmów. Nie należą one do obrazów z najwyższej półki, ale mają w sobie wystarczająco dużo żywiołowości i sympatycznych bohaterów, by "kupić" widzów. Tu mistrzynią jest Rebel Wilson, choć żeby w pełni przekonać się o tym, jak jest zabawna, trzeba obejrzeć nie tylko samy film ale też dodatki do wydania DVD. Absolutnie klasa sama dla siebie. Kendrick dobrze radzi sobie z rolą głównej bohaterki, ale oczywiście nie wymagała ona od niej wykorzystania w pełni posiadanego talentu (którego istnienie udowodniła we wcześniejszych filmach). Mnie podobała się też bardzo postać Lily i te jej wszystkie dziwaczne teksty.


Film ma też bardzo fajne aranżacje muzyczne. Choć mnie najbardziej podobały się nie te z konkursów, ale występ dziewczyn na riff-offie i mashup z piosenką Bruno Marsa.


Ocena: 7

Gayby (2010)

Krótkometrażówka, która była podstawą do wersji kinowej. W zasadzie jest to skondensowana wersja tego, co widziałem w pełnometrażówce. Sceny powtórzone są praktycznie 1:1, łącznie z dialogami. Owszem, jest tu kilka zmian, ale mają one bardzo drobny charakter i oczywiście tu mamy tylko dwójkę bohaterów i nikogo więcej.


To, co jest plusem filmiku, to bardziej wyeksponowana cała niezręczność sytuacji, w której kobieta hetero i face homo próbują zajść w ciążę. Reżyserowi i aktorom naprawdę w zabawny sposób udało się pokazać absurdalność i normalność takiej sytuacji. Ale ponieważ widziałem wcześniej wersję pełnometrażową, więc "Gayby"-short nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia.

Ocena: 6

Gayby (2012)

Jenn słyszy w głowie tykanie zegara biologicznego i w końcu postanawia coś z tym zrobić. Skoro nie znalazła dotąd faceta na stałe, postanawia zrobić sobie dziecko ze swoim najlepszym przyjacielem jeszcze z czasów studiów. Ponieważ zaś nie ufa klinikom płodności, chce to zrobić metodą staromodną, idąc do łóżka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że jej kumpel, Matt, jest gejem. O dziwo, po pierwszych trudnościach, sama łóżkowa procedura idzie im dość łatwo. Gorzej jest z wszystkim innym.


"Gayby" to typowa produkcja niezależna. Zrobiona niewielkim kosztem, tak że trochę przypomina teatr telewizji. Bohaterowie sympatyczni, zdarzają się fajne sytuacje czy dialogi. Ogląda się to przyjemnie i tyle. Słyszałem o tym filmie dużo dobrego, więc miałem chyba nieco większe oczekiwania. Okazało się, że ten film to jednak nic specjalnego, ale na ponury wieczór jest jak znalazł. Jenn Harris jest naprawdę zabawna, choć lekcja jogi na ziółkach trochę jej nie wyszła.

Ocena: 6

piątek, 22 lutego 2013

Mama (2013)

Nie, nie i jeszcze raz nie. Ależ ja cierpiałem na tym filmie. Ciągnął się i ciągnął w nieskończoność. Żeby jeszcze miało to coś jakiś klimat albo fajny pomysł, a tu nic. Film jest tak słaby, że nawet scena przejęta z krótkometrażowej wersji wypada znacznie słabiej. Short zachował przynajmniej atmosferę grozy.


Najbardziej jednak szkoda mi aktorów. Nikolaj Coster-Waldau już dawno nie rozsiewał tak pozytywnych wibracji (ostatnio widywałem go w rolach albo negatywnych albo ambiwalentnych). Świetnie wyglądała Jessica Chastain w krótkich włosach, z tatuażami i rockowym makijażem. Niestety oboje straszliwie się marnują.

Z całego filmu wyniosłem tylko jedną naukę, że dziewczynki powinny być sterylizowane tuż po urodzeniu, może przydałaby się też jakaś ingerencja w mózg, byle tylko powstrzymać instynkt macierzyński. Okazuje się bowiem, że miłość matki to największa zaraza tego świata, szczególnie wtedy, kiedy matka jest szurnięta.

Ocena: 2

czwartek, 21 lutego 2013

Seal Team Six: The Raid on Osama Bin Laden (2012)

"Zabić Bin Ladena" to tytuł, który mówi wszystko. I na pierwszy rzut oka może się wydawać, że po "Wrogu numer jeden" oglądanie tego filmu pozbawione jest sensu. Z punktu widzenia czysto artystycznego, rzeczywiście tak jest. "Zabić Bin Ladena" pod każdym względem realizacyjnym jest gorszy: słabsze zdjęcia, montaż, gra aktorów.


A jednak warto po niego sięgnąć, by zobaczyć, jak nieautentyczny jest mimo wszystko "Wróg numer jeden" i jak mało oryginalny był jego scenariusz. Film opowiada historię ostatecznej akcji amerykańskich sił przeciwko liderowi Al-Kaidy. Koncentrując się już wyłącznie na wydarzeniach związanych z domem w Pakistanie. Ale film zaczyna się dokładnie tak samo, jak "Wróg numer jeden", od sceny tortur. Muszę powiedzieć, że wolę tę wersję, od wersji Bigelow. Podobało mi się to, że więzień łamie się na wieść o tym, że zostanie oddany w ręce Saudyjczyków.

Kathleen Robertson to oczywiście nie jest Jessica Chastain, ale też i jej rola jest znacznie mniejsza. Co ciekawe w tej wersji agentka FBI znacznie mniej czasu spędza w terenie (właściwie w ogóle), a więcej przed monitorami. Jednak największa różnica dotyczy całkowitego pominięcia we "Wrogu" postaci pakistańskich współpracowników CIA, którzy nie dość, że obserwowali dom, to jeszcze odegrali rolę w pacyfikacji tłumu podczas nalotu. Napisy końcowe "Zabić Bin Ladena" informują, że zostali oni aresztowani i oczekują na wyrok oskarżeni o zdradę państwa. Trochę więc to słabe, że nie ma o nich ani słowa we "Wrogu", który ponoć powstał na bazie dokumentacji całej akcji.

Sama akcja nie jest tu tak efektowna, a zestaw bohaterów wydaje się wręcz sztampowy. A jednak to właśnie ta wersja wypada bardziej autentycznie.

Ocena: 6

Xingu (2012)

"Wyprawa do Xingu" to typowy film okolicznościowy. Co niestety znacznie obniża jego wartość. Nakręcony z okazji 50-lecia istnienia Parku Narodowego Xingu, opowiada historię jego powstania. Jest to historia niezwykle ciekawa i warta uwiecznienia na filmie. Reżyser został dobrze wybrany, a jednak tym razem nie wyszło.


Obraz składa się tak naprawdę z wyliczanki faktów. Gdzieś na drugim, a czasem i trzecim planie zagrzebana jest opowieść o nieuchronności postępu cywilizacyjnego, o destrukcyjnej sile białej skóry, nawet jeśli jej właściciel działa w dobrej mierze, o tym, jak walcząc z potworami samemu można się nim stać. Film mógłby zadać ciekawe pytania o to, czy pierwotne społeczności należy zachowywać, czy też integrować, czy naiwność jest wystarczającym rozgrzeszeniem, jeśli potem stanie się "po właściwej stronie". Mógłby, ale nie zadaje. Jeśli komuś mimo wszystko wpadną one do głowy, to stanie się tak wyłącznie przez przypadek.

Ocena: 5

poniedziałek, 18 lutego 2013

Syberiada polska (2012)

Wybierałem się na "Syberiadę polską" przekonany, że nie będzie to dobry film. To więc, co zobaczyłem na ekranie, zupełnie mnie nie zdziwiło. Zaskoczyło mnie za to to, że film nie jest aż tak złym, jak mógł być.


"Syberiada" ma jedną zaletę, ale dla mnie bardzo ważną: pokazuje nieco inny obraz polskiej martyrologii. W końcu zobaczyłem Polaków, którzy zamiast jak te lemingi iść na zatracenie w imię honoru, walczą o przetrwanie wszelkimi możliwymi metodami. Gdy trzeba, pójdą do łóżka z Rosjaninem, a innym razem zastosują mało szlachetny, ale jakże skuteczny szantaż. To nie są bohaterowie z "Katynia", którzy wolą umrzeć niż splamić swój honor. Brawo! To się twórcom chwali.

Niestety reszta to twór jakiegoś schizofrenika. Film opowiada o przesiedleńcach z Polski wywiezionych na daleką Syberię. Ich los jest ciężki, wielu spośród nich umrze. Ale śliczne obraz i sielankowa muzyka pasują bardziej do opowieści o rajskiej egzystencji, zachęcają do radowania się tym, co widzimy.  Zwłaszcza kompozycje Krzesimira Dębskiego działały mi na nerwy, były kompletnie "od czapy". Ja rozumiem, że twórcy chcą pokazać, że nawet w nieszczęściu można znaleźć chwile radości, ale należało to pokazać z większym wyczuciem i subtelnością.

Zaorski ma też problem z opowiadaniem historii. Wszystko to płynie niczym rzeka, czasem się spieni, czasem zawiruje, a czasem rozlewa się leniwie, ale w gruncie rzeczy jako całość, jest bytem kompletnie obojętnych, nie wzbudzającym żadnych emocji. Ani romanse, ani śmierć nie robi żadnego wrażenia. Ot kolejne zdarzenie w tym przedziwnym rajskim otoczeniu. Dobrze, że twórcy chcieli pokazać losy konkretnych bohaterów. Szkoda jednak, że do żadnego z nich nie zbliżają się na tyle blisko, byśmy rzeczywiście mogli ich poznać (a nie tylko co poniektóre fakty z ich biografii).

Ocena: 5

niedziela, 17 lutego 2013

La princesse de Montpensier (2010)

XVI wiek. Kobieta jest walutą w targach możnych o władzę, wpływy i majątek. Jej uczucia nie mają znaczenia. Ma być posłuszna woli ojca i wyjść za mąż za tego, kogo jej podadzą. Wydaje się, że jest to świat całkowicie wrogi kobietom. A jednak to właśnie w tym świecie kobieta posiada broń, która może wstrząsnąć całym światem. Musi jedynie umieć z niej skorzystać. A tej umiejętności zabrakło tytułowej bohaterce filmu Bertranda Taverniera.


Marie posiada urodę, która zawraca w głowach wszystkim mężczyznom, jacy tylko się pojawią wokół niej. Ale dziewczyna jest zbyt naiwna, by wykorzystać tę moc. Niestety siła, która nie zostanie wzięta w karby kontroli, porwie biedaczkę niczym fala tsunami. Dziewczę, które pragnęło tylko miłości, nieroztropnie roztrwoni swoje szczęście, wystawiając się na drwiny losu i cierpienie w brutalnej konfrontacji z rzeczywistością.

"Księżniczka Montpensier" nie jest najlepszym filmem Taverniera, ale ogląda się ją zdecydowanie lepiej niż "Pościg we mgle". W urodę Marie trochę trudno uwierzyć, ale to nic, w namiętność jej adoratorów również. Na szczęście fabuła płynie wartko, bez większych potknięć, więc jako jednorazowa lektura jest w sam raz. Oczywiście sporo moich ulubionych francuskich aktorów w jednym filmie też nie zaszkodziło.

Ocena: 5

Elfie Hopkins (2012)

Niskie oceny na IMDb zupełnie mnie nie dziwią. Sam pewnie bym postawił podobną, gdyby nie ostatnie 25 minut. Powolny, nudny i pozbawiony klimatu obraz nagle przemienił się w całkiem satysfakcjonując jatkę. Szkoda, że tak późno.


Rozumiem ideę reżysera. Próbuje nas wciągnąć w bardzo specyficzny świat tytułowej bohaterki: leserki z detektywistycznymi ambicjami. Przestaje być największym dziwadłem w okolicy, kiedy do domu obok wprowadza się nowa rodzina. Elfie rozdarta jest między fascynacją (urokowi rodziny ulegają wszyscy), a wrodzoną podejrzliwością zrodzoną z traumy i niezaspokojonej ciekawości. Ale to, co nie udało się stworzyć reżyserowi, to mieszanki groteski, barokowego przesycenia detalami i gotyckiego klimatu z opowieści grozy. Wszystko rozłazi się po kątach, filmowi wyraźnie brak jest narracyjnego tempa. Zamiast uśpić czujność widzów przed finalną krwawą łaźnią, reżyser usypia samych widzów.

Jeśli jednak ktoś przetrzyma tę nudę, czeka na niego całkiem satysfakcjonujące zakończenie. Mnie szczególnie przypadła do gustu scena z rodzicami Elfie przy akompaniamencie fortepianu. Bardzo fajnie się tego słuchało i oglądało.

Ocena: 6

ATM (2012)

No dobra. Przyznaję. Pomysł nie był nawet taki zły. Stojący na uboczu bankomat staje się pułapką na naiwne myszy. Tajemniczy łowca może się z uwięzionymi bawić, jak tylko chce, pozostając jednocześnie tuż poza zasięgiem kamer. To mógł być intensywny thriller. Jak to jednak często bywa, na ambitnym pomyśle się skończyło.


Realizacja filmu pozostawia wiele do życzenia. Zawodzi wszystko co najistotniejsze w tego rodzaju produkcji. Po pierwsze słaba jest konstrukcja bohaterów. To nie muszą być skomplikowane osobowości, ale muszą być wyraziste, ich interakcje powinny być bardzo mocno zaakcentowane, podobnie jak każdy zwrot akcji. Reżyser nie potrafi też budować napięcia. Ani przez chwilę los bohaterów mnie nie zainteresował, a sam psychopata jest efemerydą przez co wcale nie budzi grozy, choć przecież dokonuje brutalnych czynów.

Na szczęście film nie jest długi. Reżyser zaoszczędził mi tym samym zbyt długich katuszy.

Ocena: 2

sobota, 16 lutego 2013

The Music Never Stopped (2011)

Życie to jedno wielkie pasmo głupstw, jakie popełniamy, święcie wierząc, że mamy rację. Uczymy się z tym żyć. Zabarwiamy wspomnienia na różowo lub zapobiegliwie zamykamy je tak głęboko, byśmy do nich nie docierali. I tylko z perspektywy czasu widać, jak wiele straciliśmy i jak blisko byliśmy porozumienia. Jeśli mamy szczęście, możemy choć przez chwilę nadrobić stracony czas. Ale nie możemy cofnąć się do przeszłości i przeżyć życie jeszcze raz, lepiej.


Henry był kochającym ojcem, który zaszczepił w swoim synu miłość do muzyki. Póki Gabriel był dzieckiem, ich więź wydawała się niezniszczalna. Ale potem zaczął dorastać. To były czasy hipisowskiej kontrkultury i wojny w Wietnamie. Gabriel odkrył i zakochał się w innej muzyce: Beatlesach, Bobie Dylanie, a przede wszystkim Grateful Dead. Henry nie rozumiał tej muzyki. Nić porozumienia między nim a synem została przerwana. Henry poczuł się zdradzony. I tak doszło do feralnego wieczoru, kiedy wszystko się zmieniło, kiedy widzieli się po raz ostatni.

20 lat później ponownie się spotkali. I cóż to było za wydarzenie! Gabriel z guzem mózgu utracił pamięć i zdolność do zapamiętywania. Odzyskany syn, został stracony nieodwracalnie. I wtedy pojawiła się ona – muzyka. Tylko ulubione piosenki pozwalały Gabrielowi cofnąć się w czasie, do chwil, które na zawsze z nimi powiązał w głowie. Henry próbując nawiązać więź z synem, musiał zrobić to, czego nie był w stanie uczynić 20 lat wcześniej: zrozumieć muzykę Gabriela. To była najtrudniejsza rzecz, jaką zrobił w życiu, a przecież okazała się tak prosta. Nagle odkrył w synu to, co powinien wiedzieć wiele lat temu. We wspomnieniach Gabriela ujrzał też siebie samego, ale nie jako troskliwego ojca, ale jako osobę naciskającą i wkraczającą w życie syna w najmniej odpowiednich momentach. I wraz z Henrym my też mamy okazję zrozumieć, jak drobnostki kształtują nasz los po wsze czasy.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co się stało. Po film sięgnąłem tylko dlatego, że zagrał w nim J.K. Simmons. Nie spodziewałem się po nim wiele. Ot, miała to być kolejna niezależna produkcja, do tego inspirowana prawdziwą historią. Jednym słowem: standard. I rzeczywiście realizacyjnie "Muzyka jest wieczna" niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie ma tu popisów aktorskich. Nie oszałamiają widza zdjęcia, montaż czy kostiumy. Scenariusz jest solidny, ale nic ponad to. Podobnie z reżyserią. A jednak film mnie po prostu zmiażdżył. Chyba od czasu "Sekretnego życia Szekspira i Victora Hugo" żaden obraz w kinie aż tak mocno mnie nie poruszył. Ta opowieść o czasie, życiu, miłości do muzyki i miłości do syna/ojca przeniknęła mnie na wskroś i poraziła aż do jądra mej duszy. Nie pozostaje mi nic, jak tylko być wdzięcznym Jimowi Kohlbergowi za to niezwykłe przeżycie.

Ocena: 10

Hobo with a Shotgun (2011)

O, to jest kino, jakie uwielbiam. Tony kiczu, ale podanego w taki sposób, że zamiast wywoływać wzdęcia, przyprawia o niekontrolowane wybuchy śmiechu. Jason Eisener opowiada absurdalną historię o mieście bezprawia i bezdomnym, który podejmuje się oczyszczenia ulic z szumowin. Przy okazji przemalowuje miasto na krwistą czerwień.


Krew, posoka i flaki lecą na prawo i lewo. Genialna jest scena dźgania bandziorem uciętą ręką, z której wystaje ostro zakończona kość. Nic nie jest tu brane na serio. Każda piramidalna bzdura, jaką można sobie wymyślić, zostanie tu pokazana. A do tego miłą niespodzianką było dla mnie to, że w roli trzymającego w mieście władzę zagrał Brian Downey, czyli mój ulubiony ciapowaty kapitan Lexxa.

Ocena: 7

piątek, 15 lutego 2013

The Simpsons: The Longest Daycare (2012)

Ależ się uśmiałem! Świetna komedia. Fajne inside joke'i, jeszcze lepsze to, co dzieje się na drugim planie. I wreszcie przewrotne spojrzenie na filozofię Ayn Rand, a zwłaszcza to, co zrobili z niej amerykańscy prawicowcy. (Swoją drogą, ciekawe, co sama Rand by powiedziała na to przedszkole)


Podobało mi się w tym filmiku wszystko. Błędna selekcja. Królik, który przestrzega, że dzieci nie mają żadnej przyszłości. Dzieciak, który z motylich trupów robi sztukę. I wreszcie operowy dramat. Cud, miód i malina.

Ocena: 8

Fresh Guacamole (2012)

Pomysłowa zabawa formą. Ale nic ponad to. Ogląda się to przyjemnie. Trudno nie doceniać to, jak wykorzystuje granaty, żaróweczki i inne przedmioty (nie)codziennego użytku i przemienia je w coś innego. Ale jest to film zwiewny. Ot chwila przyjemności, która szybko przemija i którą traci się bez większego żalu.


Ocena: 6

Adam and Dog (2011)

Zakochałem się w tym filmie! Jak dla mnie absolutna rewelacja. Opowieść o przyjaźni, zdradzie i przebaczeniu na tle biblijnej historii o wygnaniu z Edenu.


Fenomenalne, jak sugestywnie udało się uchwycić reżyserowi wszystkie stany świadomości. Zaczyna od sielanki samotności, przechodzi przez odkrywanie czym jest radość z towarzystwa drugiej istoty i rozkwit przyjaźni. Potem nadchodzi zdrada i samotność. I w końcu wzruszająca chwila, kiedy wybierając wygnanie przebacza i zamiast odrzucenia otrzymuje wdzięczność.

Piękna animacja, piękna kreska, przecudowna opowieść. I smutna prawda, że bezinteresowności musi człowieka uczyć zwierzę.

Ocena: 10

Madrid, 1987 (2011)

Odrzeć bohaterów (i aktorów) ze wszystkiego i ubrać ich jedynie w słowa to wielka sztuka. Wielu reżyserów tego próbowało, ale nielicznym tylko się to udało. Niestety David Trueba zasila szeregi tych, którzy polegli.


Starzec i studentka najpierw rozmawiają w kawiarni, potem w malarskim studiu, a na końcu zamknięci zostają w łazience i dalej wymieniają się obserwacjami o świecie. Rozmawiają o wszystkim, ale głównie o seksie, przemijaniu, sztuce komunikacji myśli i polityce. I tyle. On jest zafascynowany jej młodością. Czego ona dokładnie szuka, tego się nigdy nie dowiemy.

Jednak u Trueby nie mamy do czynienia ze słownym pojedynkiem. Rozmowy nie odkrywają przed nami ani głębokich prawd o świecie, ani nawet tych pomniejszych prawd o bohaterach. Słowa płyną z ust obojga, układając się w barokowe konstrukcje, z których nie wynika nic poza czysto estetycznymi wrażeniami. Być może problemem jest to, że bohaterowie to pisarze (on jest uznanym felietonistą, ona ma ambicje kimś takim się stać). Być może w przypadku dwojga zwyczajnych osób reżyser powstrzymałby się przed nadmierną kwiecistością quasi monologów. To właśnie ten potok werbalnych ozdobników tak bardzo mnie nużył. A to już coś musi znaczyć, bo ja zazwyczaj lubię tego rodzaju kino.

Ocena: 5

Glück (2012)

Irina i Kalle niejedno w życiu przeżyli. Szczęście to dla nich odległe wspomnienie, niczym egzotyczny ląd położony po drugiej stronie oceanu pełnego łez, bólu i cierpienia. I być może dlatego lepiej, niż inni wiedzą, że za miłość trzeba umieć zapłacić każdą cenę. Nawet, jeśli jest to niepotrzebne, to i tak trzeba zgodzić się na poświęcenie.


Tym razem Doris Dörrie postanowiła poszukać pozytywów w świecie pełnym bezsensownej przemocy i śmierci. Odmalowuje przed nami liryczny obraz spotkania dwóch wyrzutków. Ale nie ma w tym nic z eskapistycznej próby ucieczki od rzeczywistości. "Szczęście" wydaje się opowiadać o zdarzeniach, które mogłoby się wydarzyć naprawdę. Niemniej jednak jest w tym filmie coś, co mnie uwierało, co nie pozwalało mi wejść w niego w pełni. To jakaś chropowatość narracji, tu i ówdzie rozlegające się pobrzękiwanie fałszywych tonów. Jakby Dörrie wchodziła na niepewny grunt i sama nie do końca wiedziała, jak poradzić sobie z filmową materią. Owszem, wyszedł obraz ciekawy, ale nie fascynujący.

Ocena: 6

środa, 13 lutego 2013

A Good Day to Die Hard (2013)

Ciekaw jestem, jak zareagują na ten film ci, którzy tak psioczyli na czwartą część. Mnie wersja Wisemana przypadła do gustu. Owszem, Olyphant pozostawiał wiele do życzenia jako badguy, ale była Maggie Q, która równoważyła braki po stronie złoczyńców. Dobrym posunięciem było dodanie Justina Longa, który się sprawdził w roli przydupasa, fajnie pomyślano też epizody (jak ten z Kevinem Smithem). W sumie miałam wrażenie, że nawet jeśli nie jest to ten sam poziom co pierwsza i druga "Szklana pułapka", to przynajmniej twórcy nie robią obciachu. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o części piątej.


Tak naprawdę bardzo niewiele jest tutaj "Szklanej pułapki". Mam nieodparte wrażenie, że scenariusz Skipa Woodsa był początkowo pozbawiony postaci Johna McClane'a seniora i po prostu była to typowa fabuła sensacyjna o szpiegu CIA. Potem ktoś w wytwórni wpadł (a przynajmniej tak mi się wydaje) na genialny pomysł, że przecież można byłoby tekst wykorzystać jako podstawę do piątej "Szklanej pułapki"  i szpiega zmieniono w Johna juniora i dopisano postać Johna seniora. Zrobiono to tak mechanicznie, że końcowy rezultat jest tragiczny. McClane pasuje do tego filmu jak kwiatek do kożucha. A to jest oczywiście grzech główny. Bez niego jedynka, dwójka, a nawet czwórka nie istnieją. W przypadku piątki nie byłoby żadnej znaczącej różnicy (John potrzebny jest w zasadzie tylko na początku, żeby uzasadnić sześciominutowe opóźnienie).

Choć już to wystarczyłoby, żeby skreślić film w moich oczach, grzechów popełnionych przez twórców jest znacznie więcej. Choćby to, że wyrzucili do kosza cały schemat szklano-pułapkowej opowieści. Siłą poprzednich filmów było to, że McClane miał cały czas rzucane kłody pod nogi, często przez tych stojących po jego stronie, którzy byli zbyt sztywni, by podnieść oczy znad księgi z przepisami. Musiał nie tylko wykazać się umiejętnościami strzeleckimi i walki wręcz, ale i sprytem. Tu problemy sprowadzają się do jednego pościgu i dwóch strzelanin, a od bohatera wymaga się tylko jednego, żeby w odpowiednich momentach naciskał bądź to na spust, bądź też na pedał gazu. McClane był zawsze bohaterem niezniszczalnym, ale wcześniej pokazywano to zawsze w taki sposób, że się tego nie zauważało. Ba, mozna byłoby być całkiem zaskoczonym, że dotrwał do końca w jednym kawałku. Tymczasem w piątej części wychodzi cało z takich sytuacji, w których nawet cyborgi uległy całkowitemu zniszczeniu!!!

Na tym tle takie idiotyzmy jak fakt, że drogę z Moskwy do Czarnobyla samochodem można przebyć w tym samym czasie co helikopterem, nie robią już większego wrażenia. I można tylko żałować, że mimo efekciarskich sekwencji akcji całość jest zbyt nudna, by można ją było traktować jako dobry odmóżdżacz. Owszem, to film wciąż lepszy od "Maxa Payne'a", ale to o niczym nie świadczy.

Ocena: 4

poniedziałek, 11 lutego 2013

Movie 43 (2013)

Jestem przekonany, że moja opinia o tym filmie jest równie rzadko spotykana co irlandzkie krasnale z garncami złota, ale mnie naprawdę bawiła ta antologia. Żadnemu ze skeczy nie dałbym mniej niż 6, a większości szóstkowym daję tylko dlatego, że moim zdaniem są za długie. Jak choćby skecz z randką w ciemno. Moszna na brodzie Hugh Jackmana – bomba – ale wszystko jest trochę zbyt rozwleczone. Kiedy żart widać na pierwszy rzut oka, żeby zatrzymać zainteresowanie trzeba podkręcać tempo a nie delektować się swoim genialnym pomysłem.


Kilka skeczy rozbawiło mnie do łez. Krótka reklama tamponów – bezbłędna (choć mam wrażenie, że już gdzie to widziałem. Kot jest obłędny, a i cały skecz przypomina najlepsze komedie "domowo-wojenne" jaki widziałem. Skecz "Prawda czy wyzwanie" też mnie porządnie rozbawił, jak i "Happy Birthday". Kto by pomyślał, że będę jeszcze kiedyś chwalił poczucie humoru Bretta Ratnera. A jeśli segment "Middleschool Date" jest jakąś wskazówką na przyszłość, to wróżę Elizabeth Banks przyszłość jako reżyserce komedii.

Najmniej do gustu przypadł mi skecz z superbohaterami – ciągnął się i ciągnął w nieskończoność. Zbyt rozwlekła jest też powiastka o rodzicach wychowujących syna w domu. No i wspomniana pierwsza krótkometrażówka z Jackmanem i Winslet. Ale i one miały swoje momenty. W sumie więc cieszę się, że nie posłuchałem tych, którzy narzekali na film na czym tylko świat stoi.

Ocena: 7

Kapringen (2012)

Tobias Lindholm do tej pory wydawał się pewniakiem. Jego debiut reżyserski ("R") był całkiem udany, "Submarino", do którego napisał scenariusz, było jeszcze lepsze, więc jak tylko nadarzyła się okazja do obejrzenia "Porwania", natychmiast z niej skorzystałem. No i właśnie teraz musiał mnie rozczarować! I to w temacie, który wydawał się idealnie pasować do niego.


Skojarzenia z "R" są oczywiste i to nie tylko za sprawą grającego w obu filmach Pilou Asbæka. Sam temat jest bardzo podobny. I tu i tu bohaterowie zostają zamknięci w niezwykle stresującej sytuacji. Zmienia się tylko sceneria, więzienie zastąpił statek porwany przez afrykańskich piratów. Od tego momentu historia toczy się dwutorowo: obserwujemy sytuację z dwóch punktów widzenia: kuka oraz armatora.

Lindholm rezygnuje z całej filmowej ornamentyki na rzecz surowego, rzeczowego przedstawiania sytuacji prowadzenia negocjacji z piratami. Moim jego film jest zbyt chłodny i zdystansowany. Przestaje przez to być opowieścią, w którą można się zaangażować emocjonalnie. Zamiast tego zostaje tylko sama mechanika, trzewia sytuacji, które mnie przynajmniej nie za bardzo zainteresowały. Za to film ma szansę spodobać się tym, którzy (co wydaje się polską specjalnością) honor przedkładają nad rozsądek. Tak właśnie postępuje armator, kiedy ze źle pojętego obowiązku i nadszarpniętej dumy decyduje się osobiście negocjować z piratami. Kretyńska decyzja, ale cóż, sądzę, że w naszym kraju wiele osób by mu przyklasnęło.

Ocena: 4

I Give It a Year (2013)

Nie jestem fanem formalnych związków. Na małżeństwo zawsze patrzyłem z dużą dozą nieufność. I może dlatego spodobał mi się ten film. Po pierwsze przekornie udowadnia, że małżeństwo ma swoje plusy. Po drugie ze względu na to, z jakim luzem  i normalnością (dla mnie, a nienormalnością zapewne dla całej reszty) potraktowano finalne rozwiązanie.


"Daję nam rok" to frywolna komedia brytyjska, która funkcjonuje prawie jak ostra riposta na te wszystkie ciepłokluchowe amerykańskie komedie próbujące nam sprzedać idę, że na szczęście w związku trzeba zapracować. Dan Mazer przyjmuje identyczny punkt wyjścia (no prawie identyczny, bo przesuwa akcję na po ślubie a nie przed), ale później idzie w przeciwnym kierunku. Szczęśliwa para po 9 miesiącach ląduje u terapeutki, choć i tak na pierwszy rzut oka wydają się radzić sobie lepiej niż siostra młodej żony czy sama terapeutka. Ale Mazer udowadnia zarazem, że przynajmniej jedno małżeństwo trzeba w życiu zaliczyć. Zmienia ono bowiem zupełnie perspektywę spojrzenia na świat. Dzięki temu to, co umykało dotąd naszej uwadze, nagle zaczyna się rzucać w oczy i stopniowo staje się oczywiste. Mazer udowadnia swoją tezę z taką nonszalancją, że jestem w stanie mu uwierzyć na słowo (parę naprawdę zabawnych momentów też robi swoje).

Ocena: 7

niedziela, 10 lutego 2013

スキヤキ・ウエスタン ジャンゴ (2007)

W zasadzie lubię takie kino, wystylizowane, absurdalne, przewrotne. Ale tym razem coś mi nie podpasowało. Owszem, intelektualnie doceniam całą tę konstrukcję. Szekspirowski dramat został tu ubrany w szaty spaghetti westernu, a wszystko okraszono licznymi popkulturowymi adnotacjami. "Sukiyaki Western Django" to kino bardzo pomysłowe, popis wizualnego mistrzostwa i narracyjnego sprytu.


Niestety tak naprawdę podobały mi się pojedyncze sceny, jak ta z rozpłataniem głowy. Całość jednak nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Miike nie rozgrzał mnie swoimi popisami. Przykro to stwierdzi, ale momentami po prostu się nudziłem. Niektóre pomysły, miałem wrażenie, że lepiej wypadały na papierze, zanim nabrały realnych kształtów.

A może po prostu zbyt długo czekałem z obejrzeniem tego filmu? Przeleżał u mnie ponad cztery lata, zanim zdecydowałem się po niego sięgnąć. Czasem czas ma znaczenie.

Ocena: 6

Jeff, Who Lives at Home (2011)

Kolejna znakomita opowieść braci Duplass, którzy przywracają mi wiarę w niezależne kino. "Jeff wraca do domu" to opowieść o bardzo smutnym happy-endzie. W ciągu jednego dnia dwóch braci i ich matka znajdzie na powrót sens życia i wiarę w lepsze jutro.


Ale patrząc z boku trudno uznać końcowy rezultat za pozytywny. Po pierwsze dlatego, że film pokazuje nieuchronną skłonność człowieka do popadania w inercję, psychiczną apatię. Potrzeba niezłego kopa od losu, byśmy się z niej wyrwali. Ale Duplassowie nie dają odpowiedzi na pytanie, jak długo można przed inercją się bronić, zanim znów nas dopadnie. Przykład matki zresztą pokazuje, że czasem relatywne szczęście można osiągnąć tylko poddając się, rezygnując z oczekiwań ponad miarę i akceptować to, co daje los zgodnie z przysłowiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Ale czy to samo w sobie nie jest swego rodzaju małą śmiercią?

Dlatego też końcówka tyleż wywołuje uśmiech co i łzy. Za to wielka chwała należy się braciom, że pokazali, iż nie potrzeba perfekcyjnego scenariusza i oscarowych kreacji aktorskich, że poruszyć duszę widza (a przynajmniej moją).

Ocena: 8

Amnésie: L'énigme James Brighton (2005)

"Amnésie" to wspaniała historia, ale słaby film. Oto w Montreralu, na ulicy budzi się mężczyzna. Nagi, pobity. Kiedy dociera do szpitala nie potrafi o sobie nic powiedzieć. Mówi po angielsku, ale zaskakująco szybko uczy się francuskiego. Z czasem przypomina sobie imię: James Brighton. Ale czy to na pewno jest on? Ponieważ twierdzi, że jest gejem, zyskuje pomoc lokalnego środowiska. Pojawia się też w telewizji, żeby prosić o pomoc w odnalezieniu bliskich. Kiedy ci się w końcu stawią, zamiast odpowiedzi zasypany zostanie kolejnymi pytaniami. Czy cokolwiek z tego, co mówił jest prawdą? Czy udawał amnezję, czy też naprawdę nie pamięta, kim jest? Jaka trauma spowodowała, że udaje albo że naprawdę stracił wspomnienia?


Niestety twórcy zupełnie źle podeszli do całej historii. Przyjmując jednocześnie dwie perspektywy, zamiast żonglować niepewnością, badać różne możliwe wersje, narzucają widzom konkretną interpretację, jednocześnie udając, że zachowują tajemnicę. Szkoda, bo jeśli wersja z Jamesem jest rzeczywiście prawdziwa, to mógłby to poruszający dramat jednostki, która nie potrafi sobie poradzić ze zdradą, jakiej się dopuściła i własną słabością w obliczu przemocy. A tak, no cóż, szansa została stracona.

Ocena: 5

sobota, 9 lutego 2013

डॉन २ (2011)

Co za szokujące rozczarowanie. "Don" swego czasu bardzo mi się podobał, więc wiedziałem, że prędzej czy później obejrzę kontynuację. Niestety film nie dorasta jedynce do pięt.


Rozczarowuje tu wszystko. Na dwie i pół godziny filmu są w zasadzie tylko dwie piosenki (nie liczę napisów końcowych) i do tego tak słabe, że niewarte wspominania. Pozostaje więc fabuła, która została tak rozciągnięta, że pojawiło się w niej pełno dziur. Ponad godzina rabowania banku, to naprawdę spora przesada. W pewnym momencie zorientowałem się, że gapię się w ekran jak otępiały i w ogóle nie śledzę tego, co się dzieje na ekranie, a jednak okazało się, że praktycznie nic nie straciłem. No i jeszcze dlaczego Hrithik Roshan ma taką małą rolę?? Już lepiej by było, gdyby go nie było, przynajmniej nie robiłby mi apetytu na więcej.

W tym wszystkim był jeden plus, to Priyanka Chopra , która wciąż jest śliczna.

Ocena: 3

Herakles (1962)

Krótkometrażówka Wernera Herzoga nakręcona, kiedy miał 20 lat. Z perspektywy lat oglądałem ją z wielkim zainteresowaniem, ponieważ już w niej widać główny punkt zainteresowania reżysera.


Film składa się z dwóch przeplatających się elementów. Pierwszym są młodzieńcy pielęgnujący swoje umięśnione ciała na siłowni i prężący się w wymyślnych pozach na konkursach kulturystycznych. Ci naśladowcy tytułowego Herkulesa skonfrontowani są z tym, co najgorsze we współczesnej cywilizacji: przemoc, totalitaryzm, śmierć w rozrywkach dla mas, śmieci itp., itd. Każdej z tych scen towarzyszy pytanie, które oczywiście ma charakter czysto retoryczny, bo odpowiedź jest na nie jasna jak słońce.

Dogmatyzm filmu i jego absolutna pewność przekonań wydała mi się urocza, bo przesycona jest młodzieńczą pewnością siebie. Taką konfrontację ludzkich marzeń i iluzji z realnością świata trudno odbierać inaczej, jak bunt dzieciaka, który chciałby innego świata i jeszcze wierzy, że może coś zmienić. Oczywiście z perspektywy jego późniejszych filmów widać, że są to zaczątki maniery, która będzie mnie tak irytować w "Złym poruczniku" czy "Otchłani".

Trudno jest też oceniając film nie brać pod uwagę perspektywy czasu. Kiedy patrzyłem na młodego Reinharda Lichtenberga, nie mogłem nie zastanawiać się nad miałkością jego wysiłków i nad tym, jak teraz wygląda (jeśli jeszcze żyje).

Ocena: 6

HellBent (2004)

Slasherowy standard. Halloween, czwórka kumpli wybiera się na balangę i oczywiście muszą przejść obok miejsca niedawnej masakry. Tak stają się obiektem zabójcy z sierpem, który może jest a może nie jest diabłem.


Jak na poziom produkcji sceny zabójstw są nawet całkiem niezłe, ale diabeł powinien poprawić swoje showmańskie umiejętności. Co to za frajda oglądać, kiedy jednym zamachnięciem odcina biedakowi głowę. Dlatego też najbardziej spodobała mi się scena w klubie z Chazem. Gdyby było czegoś takiego więcej, wtedy moja ocena pewnie byłaby wyższa. A tak cóż, średnia krajowa została wypełniona, ale nic ponadto.

Ocena: 4

czwartek, 7 lutego 2013

Hansel & Gretel: Witch Hunters (2013)


Ten film nie powinien był się wydarzyć. A dokładniej: nikt w Hollywood choćby z odrobiną zdrowego rozsądku nie powinien był zgodzić się na produkcję. Dlatego też nie mogę patrzeć inaczej na Tommy'ego Wirkolę jak na jakiegoś cudotwórcę. Nie dość, że przekonał do wyłożenia kasy aż dwie (!!!) wytwórnie, to jeszcze przyciągnął wschodzące gwiazdy. Niezwykłe osiągnięcie. Ale już amerykańskiej widowni nie dało się przekonać. I nic w tym dziwnego. Ten film zaprzecza wszystkiemu, co tak bardzo pielęgnowane jest w kinach za Oceanem. Nie wyobrażam sobie, by gdzieś na środkowym zachodzie tłumy stały w kolejce po bilet na "Hansela i Gretel".


A sam film? Był dokładnie taki, jak się tego spodziewałem. "Hansel i Gretel: Łowcy czarownic" jest odrobinę lepszą wersją "Zombie SS". Niestety Wirkola prawie wcale się nie poprawił. Nadal nie potrafi zbalansować brutalności i humoru. Przez co fajne sceny i makabryczne żarty sąsiadują z totalną nudą. A sama fabuła ma dość pretekstowy charakter i naprawdę trudno uwierzyć w to, że na jej opowiedzenie potrzeba półtorej godzin. No ale gdyby nie liczne sceny mordobicia, to "Hansel i Gretel" trwaliby pewnie jakieś 20 minut.

Najbardziej udał się Wirkoli troll Edward. Genialnie cudaczny pomysł!

Ocena: 6

wtorek, 5 lutego 2013

Silver Linings Playbook (2012)

Serio? O to jest tyle hałasu? No, ale jeśli ogląda to ktoś tylko dlatego, że grają tu aktorzy z "Igrzysk śmierci" lub/i "Kac Vegas", to rzeczywiście może "Poradnik" być odkryciem. Dla mnie nowy film Russella wygląda dokładnie tak samo jak 953 inne niezależne produkcje.


I może dlatego nie robi na mnie wrażenia. Niedostosowane społecznie jednostki poszukujące szczęścia, miłości i miejsca w życiu widziałem już w takich kombinacjach, że tak prościutka fabuła, jaką sprokurował Russell ma się tak do prawdziwie świeżego i pomysłowego działa jak rosół z kostki do tego ugotowanego na mięsie z prawdziwej kury. Russell nawet nie sili się na oryginalność. Cała para poszła w grę aktorską. I tu rzeczywiście nie można się przyczepić. Bradley Cooper jest f e n o m e n a l n y. Chciałbym, żeby dostał Oscara, choć wiem, że jest to nierealne. Dla De Niro rola w "Poradniku" to najlepsza kreacja w tym stuleciu. Reszta obsady aktorskiej też była spoko. Ale co z tego? Wszystko to jest gra dla samej gry i nic więcej.

Ja tam polecam sięgnąć po klasykę kina niezależnego: "Miłość Larsa", "Małą Miss", a nawet słabsze "Ja cię kocham, a ty z nim".

Ocena: 5

poniedziałek, 4 lutego 2013

Sightseers (2012)


Ben Wheatley kontynuuje swoją przygodę ze zwyczajnie zwichrowanymi osobnikami o morderczych skłonnościach. Tym razem, jakby przy okazji, ostrzega widzów przed niebezpieczeństwami, jakie niesie ze sobą uświadomienie sobie przez kobiety własnej siły i możliwości.


Kiedy poznajemy Tinę, nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia. Wydaje się prosta i całkiem zwyczajna. Jej chłopak zresztą też, ale on szybko odsłania swoje prawdziwe oblicze. Jego mroczna strona zamiast przerazić Tinę, fascynuje ją. Chris staje się dla niej przewodnikiem ku osobistej wolności. Chłop nie wie jeszcze, że właśnie otworzył Puszkę Pandory.

Film jest chwilami makabryczny i brutalny. Ale przemoc i krwawa jatka ma tu tak absurdalny charakter, że nie sposób reagować na nią inaczej niż śmiechem. Scen zabawnych jest nawet całkiem sporo. Nie sądzę jednak, że oceniłbym go równie wysoko, gdyby nie zakończenie, które Wheatleyowi się naprawdę udało. Plus za matkę i za dialog:

- Morderczyni!
- To był wypadek, mamo.
- Tak jak i ty!

Ocena: 7

Berberian Sound Studio (2012)

Witajcie w świecie dźwięków, gdzie zwyczajne rzeczy nie dzieją się zbyt często.


Jest wiele powodów, dla których sięgam po ten a nie inny film, ale bardzo rzadko jest nim zwiastun. Jednak w przypadku "Berberian Sound Studio", gdy tylko zobaczyłem zapowiedź, wiedziałem, że muszę całość zobaczyć. Zwiastun zapowiadał film dziwny, gdzie myślenie ma mniejsze znaczenie niż doświadczenie. I nie zawiodłem się. "Berberian Sound Studio" to rzecz fascynująca, hipnotyzująca i co ważne wielowarstwowa.

Całość została tak nakręcona, że właściwie nie bardzo wiadomo, jak ją ugryźć. Jest wiele możliwych interpretacji, każda wydaje się równie prawdopodobna. Najprościej jest oczywiście podejść do filmu, jak do snu, który śni Gilderoy. Ale nawet taka interpretacja nie rozwiązuje wszystkich problemów. Bo też, w którym dokładnie momencie Gilderoy śni? Czy leży sobie w łóżku w Anglii myślami będąc jeszcze przy dokumencie o Box Hill, ale już zastanawiającym się nad tym, jak może wyglądać praca nad włoskim horrorem? A może leci już w samolocie? A może jest po pierwszym dniu pracy we Włoszech? To wymieszanie życia prywatnego Gilderoya, filmu o Box Hill i horroru o czarownicach zostało dokonane z taką wprawą, że całkowicie zatarte zostały granice. Warto zwracać uwagę na rozpiski scen, wsłuchiwać się w powtórzenia efektów dźwiękowych, by wyłapać większość niuansów.

Można też uznać, że jest to historia o szaleństwie, w które stopniowo popada Gilderoy pod wpływem stresu związanego z tym, co widzi i co jest od niego wymagane. Albo też, biorąc pod uwagę tematykę włoskiej produkcji, można uznać, że jest to film o śmierci. Korytarz, w którym widzimy Gilderoya na początku wygląda jak z kafkowskiej wizji piekła.

"Berberian Sound Studio" można też traktować jako opowieść o uleganiu naciskom i przekraczaniu granic, jakie wydawały się osobie nie do przekroczenia. Przypomina to eksperyment o gotowaniu żaby: wrzuć ja do wrzątku, a wyskoczy, wrzuć do zimnej wody, którą następnie będzie się podgrzewać, a da się ugotować. Gilderoy na początku jest postacią spokojną i cichą, ale wraz z rozwojem akcji wzrasta u niego poziom agresji, staje się asertywny, z zawziętą miną dźga kapustę, a nawet "torturuje" jedną z aktorek. Wystarczy porównać to choć ze sceną, gdzie w naiwny sposób próbuje "uratować" jedną z bohaterek przed waginalną torturą odmawiając dodania efektu dźwiękowego (co samo w sobie jest paradoksalne, bo przez to scena jest powtarzana, bohaterka od nowa torturowana).

Oczywiście na swoim podstawowym poziomie "Berberian Sound Studio" to wyraz fascynacji włoskimi horrorami gotyckimi i gatunkiem giallo. (Akcja filmu rozgrywa się w 1976 roku, czyli wtedy, kiedy Dario Argento kręcił "Suspirię".) Jednak nie powiedziałbym, że "Berberian Sound Studio" jest hołdem złożonym temu gatunkowi, a jeśli jest, to Strickland jest jeszcze bardziej przewrotny, niż mi się wydawało. Jakkolwiek efekty dźwiękowe są fascynujące, sam film, nad którym pracuje Gilderoy, jest absurdalny i nie mam żadnych wątpliwości, że jest kiczem. Z "Berberian Sound Studio" wypływa prosty morał: filmów giallo nie da się oglądać, ale jest w nich coś, co działa naw wyobraźnię i fascynuje. Strickland oddaje też hołd wielokulturowemu aspektowi tamtych produkcji, ale i nonszalancji, z jaką pracowano na planie. Aktorzy mówili różnymi językami, co nie miało znaczenia, bo filmy i tak były dubbingowane w dwóch wersjach włoskiej i angielskiej. Choć sam się z tym nie spotkałem, Strickland twierdzi, że zdarzały się takie wpadki, że do kin trafiały kopie będące połączeniem obu wersji językowych. Mogło się więc zdarzyć tak, że część filmu była po angielsku, a część po włosku (co bardzo fajnie Strickland wykorzystał u siebie).

"Berberian Sound Studio" to również nostalgiczna podróż w czasie, kiedy dźwięk był czymś bardziej rzeczywistym, namacalnym. Dziś dźwięki miksowane są na komputerze. W "Berberian Sound Studio" wszystko dzieje się staromodnie. I dzięki temu dźwięk nabiera tu wagi, staje się niczym piąty wymiar, w którym mamy do czynienia z inną percepcją rzeczywistości. Strickland pokazuje, że film nie jest wyłącznie medium dla wzrokowców, że wyobraźnia karmiona jest w równie dużym stopniu przez to, co odbierają nasze uszy.

Ocena: 8

niedziela, 3 lutego 2013

Project Nim (2011)

Nominalnym bohaterem dokumentu Jamesa Marsha jest jeden z najsłynniejszych szympansów świata imieniem Nim. Rzeczywistym bohaterem jest jednak ludzkość. Opowiadając o losach szympansa, Marsh stawia zwierciadło, w którym możemy się przejrzeć. I jest to wizerunek bardziej odstręczający od tego, jaki widział Dorian Gray przyglądając się swojemu portretowi.


Człowiek wcale nie jest tu jednostką rozwiniętą, inteligentną, o nie! To, co rzuca się w oczy, to absolutna, totalna, bezwarunkowa głupota połączona z monstrualną arogancją. To, z jaką ochotą ludzie siebie oszukują, że działają w imię wyższych idei! Marsh zrobił naukowcom niedźwiedzią przysługę, demaskując ich jako totalnych kretynów, ludzi nieodpowiedzialnych, których tak zwane projekty badawcze są nieprzemyślanymi akcjami, w których ryzykuje się ludzkim (i nie tylko) życie. Już mniej niebezpieczne wydaje się być przedszkole dla bogów, niż to, co wyczyniają tak zwani naukowcy.

Ale choć ich przekonanie o własnej mądrości jest w przypadku naukowców fałszem, to i tak budzą mniejszą odrazę. Są przynajmniej szczerzy, w większości, kiedy postępują bezwzględnie wobec innych. Niedobrze robiło mi się na widok tych, którym dobro zwierząt leżało na sercu. Ich głupota i nieporadność okazała się bezdenna. Brak zrozumienia potrzeb zwierzęcia połączony z przekonaniem, że działa się dla jego dobra, to mieszanka równie toksyczna co Cyklon B. Nikt bardziej nie zniszczy żywej istoty, jak ci, którzy widzą w niej coś bliższego człowiekowi, niż jest w rzeczywistości.

A już największą odrazę budziła we mnie duma, z jaką chwalili się ci, którzy bronili Nima przed eksperymentami medycznymi, argumentując, że nie może być traktowany jak inne zwierzęta, bo był wychowywany jako człowiek. Co za straszliwa hipokryzja!

Oczywiście Marsh kręcąc film w takiej formie a nie innej, oskarża również sam siebie. Tak jak wszyscy inni zajmujący się Nimem, tak i on potraktował szympansa przedmiotowo. Chcę jednak wierzyć, że był to zabieg świadomy, ale może po prostu działał na tej samej zasadzie, co w latach 70. lingwiści.

Ocena: 7

Un ange à la mer (2009)


"Anioł nad morzem" to obraz przejmujący, zadający jedno z najtrudniejszych etycznie pytań o to, czy rzeczywiście życie jest wartością najwyższą. Czy można wymuszać na innych cenę wyższą ponad siły próbując ocalić siebie? Czy ratowanie własnego życia nie jest okrucieństwem egoizmu, jeśli w konsekwencji niszczy się życie innych. Bo też jak można złożyć swój los w cudzych rękach!? Odpowiedzialność za czyjś byt to rzecz najgorsza z możliwych, zwłaszcza kiedy wymaga biernego trwania, cierpliwości i bezwarunkowej akceptacji. Świadomość (prawdziwa czy też wyimaginowana, to nie ma znaczenia, w subiektywnym pojmowaniu w obu przypadkach jest równie realna), że rezygnacja z tej odpowiedzialności równoznaczna jest z wyrokiem śmierci, może zgnieść każdego, a co dopiero dziecko.


"Anioł nad morzem" to również opowieść o samolubstwie, które zdaje się wzrastać wraz z wiekiem. Bruno jest samolubnym draniem, kiedy obarcza syna swoim sekretem. Ale jego żona jest nie mniej samolubna, kiedy chce, by wyzdrowiał. Jej działania jasno pokazują, że nie zależy jej na dobrym stanie Brunona, ale na dobrym własnym samopoczuciu. I w jego poszukiwaniu zachowa się jak ostatni tchórz: zazdrosna, wykluczona, przerażona i zniechęcona.

Piękne, lecz bardzo przygnębiające kino kontemplacyjne. Rzecz zdecydowanie nie dla tych, którzy cierpią na depresję.

Ocena: 8

sobota, 2 lutego 2013

Gone, But Not Forgotten (2003)

"Choroba" – to pojęcie ma negatywne konotacje. Ale tak to już bywa, kiedy termin z hermetycznego języka przenika do mowy codziennej. Dla lekarza choroba to zawsze coś złego, stan zaburzenia równowagi organizmu, który wymaga interwencji. Ale dla nas czasem choroba może być błogosławieństwem. Przekonał się o tym Mark, bohater "Gone, But Not Forgotten".


Mark, uratowany samobójca, w wyniku tego zdarzenia traci pamięć. Życie, które wcześniej wydawało mu się zbyt skomplikowane, by istniało z niego inne wyjście niż śmierć, teraz nabrało sensu. Zamiast kłamstw, pozorów i smutku doświadcza prostoty, akceptacji i miłości. Ale wszystko to ma na kredyt, bo kiedy odzyska pamięć będzie musiał raz jeszcze zdecydować, kim chce być.

"Gone, But Not Forgotten" przeleżało u mnie ładnych parę lat. W końcu sięgnąłem po niego, a to za sprawą "Morgana". Tamten film miał sporo wad, ale i tak zostawił po sobie pozytywne wrażenie, dlatego też postanowiłem zapoznać się z debiutem reżysera. I w sumie mam z nim ten sam problem, co z "Morganem". Chciałbym móc wyżej ocenić film, bo reżyser jak mało który amerykański twórca nie upraszcza relacji międzyludzkich. Widać, że rozumie paradoksy skomplikowanej natury ludzkiej. Ale nie zmienia to faktu, że dialogi chwilami są strasznie napisane, aktorsko ledwo dociąga do średniej, a tu i ówdzie problemem są montaż i zdjęcia. Niemniej jednak wolę takie niedoróbki od filmów perfekcyjnych technicznie, za to robiących z widzów idiotów.

Ocena: 5

Dog Eat Dog (2012)

Co za urocza krótkometrażówka. I do tego inspirowana rzeczywistymi doświadczeniami Zachary'ego Quinto. "Dog Eat Dog" to opowieść o tym, że w życiu każdego człowiek potrzebny jest czworonożny towarzysz i dla niego zdolni jesteśmy popełnić drobne oszustwo.


Co prawda film też pokazuje, że psy są jak dziwki, kto da więcej, z tym pójdzie. Ale na szczęście jest happy end: na świecie jest dziwka/pies dla każdego.

Ocena: 8

Secuestrados (2010)

Oglądając "Napaść" przez pierwsze pół godziny miałem wrażenie, że jest to druga "Anatomia strachu" (czy raczej pierwszą, bo "Anatomia" powstała rok później). Rodzina, duży dom, napad. Potem jednak film idzie inną drogą. Zamiast twistu mamy konsekwentne podążanie wytyczonym szlakiem. Niestety nie jest on wcale atrakcyjniejszy od tego wybranego przez Schumachera.


Chwilami reżyser próbuje urozmaicić narrację dzieląc ekran na dwie części. O ile w scenie w Cesarem wypada to fajnie, o tyle później już nie za bardzo. Stawia bowiem pytanie bez odpowiedzi: dlaczego akurat w tych momentach następuje podział? Film jest krótki, a i tak wynudził mnie śmiertelnie. Fajne są tak naprawdę tylko finałowe minuty, kiedy robi się brutalnie i dynamicznie. Niestety za późno i za krótko, by zmieniło to moją opinię o "Napaści".

Ocena: 5

piątek, 1 lutego 2013

(2012) הסיפור של יוסי

To szósty film Eytana Foxa, który oglądam i reżyser nigdy wcześniej nie robił na mnie wrażenia sadysty, ale tym razem było to pierwsze, co przychodziło mi do głowy. "Yossi & Jagger" to jedna z moich ulubionych historii miłosnych i wcale nie uśmiechało mi się to, że Fox zrobił ciąg dalszy. Chciałem na zawsze pozostać z tamtą smutną i piękną historią, z tamtymi wiecznie młodymi chłopakami. Ale oczywiście nie mogłem nie obejrzeć kontynuacji. Ot, taką już mam przeklętą naturę.


I oczywiście stało się dokładnie to, czego się obawiałem. Pierwsze spojrzenie na Yossiego i szok! Ten "ktoś" to Yossi? Trudno mi było w to uwierzyć. Nie tak wyobrażałem sobie go po 10 latach (po prawdzie to wcale nie chciałem sobie go wyobrażać jako kogoś innego niż 23-letni żołnierz). Świetnie oddaje to scena, którą umieściłem powyżej.

Kiedy jednak minął pierwszy szok, okazało się, że Yossi wciąż jest mi bliski, a nowa opowieść Foxa jak zwykle wciągnęła mnie i oczarowała. "Yossi" to przypowieść o samotności, która początkowo była sposobem na poradzenie sobie ze straszliwym bólem straty, ale po latach stała się skorupą, więziennymi murami, zza których nie można się wydostać. Przeżyta tragedia, która dawno już powinna zostać przyprószona grubą warstwą kurzu, przyczynia się do scen pełnych poniżenia, wstydu, dyskomfortu i zwyczajnej niezręczności.


Ale tym razem Fox daje swojemu bohaterowi odrobinę ciepła. I to właśnie owo zetknięcie z Tomem staje się siłą filmu. Reżyser świetnie połączył dwie sprawy. Po pierwsze Tom daje szansę na zamknięcie rany, po drugie jest to też pretekst do porównania pokoleniowych różnic i zmian, jakie w ciągu dekady dokonały się w Izraelu. Fajnie to wygląda i trochę łagodzi szok, jakim jest widok spasionego Ohada Knollera.

W kilku scenach zakochałem się bez pamięci, jak choć ta, kiedy Yossi ma łzy w oczach słuchając recitalu. Fox nadal wie, jak trafić do swojego odbiorcy.

Ocena: 7

PS. Mój ból nowym wizerunkiem Yossiego złagodziło dodanie do płyty "Time Off", mojego najbardziej ukochanego filmu Foxa.